Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Chrapiący ptak - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Data wydania:
20 kwietnia 2016
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
38,00

Chrapiący ptak - ebook

Gdy w 1951 roku Heinrichowie przyjechali do Ameryki, ojciec Bernda był już dojrzałym mężczyzną i uznanym przyrodnikiem. Często rozmawiał z żoną o życiu, które przed II wojną światową i tuż po niej wiedli razem najpierw w Polsce, potem w Niemczech. Opowieści o baśniowym domu w lesie, o Starym Świecie i tropikalnych krajach, do których Gerd Heinrich wyprawiał się w młodości, zapadły młodemu Berndowi głęboko w pamięć. A ich najbardziej tajemniczym bohaterem był chrapiący ptak, przedstawiciel gatunku, który uważano za wymarły, a na którego poszukiwanie wyruszył kiedyś ojciec.

Bernd Heinrich opowiada, jak kształtowały się jego stosunki z ojcem i jak wyglądała codzienność na farmie w Maine, która stała się domem dla emigrantów z Europy. I co przesądziło o tym, że poszedł w jego ślady, został uznanym przyrodnikiem, autorem wielu książek, w których z ogromnym znawstwem i pasją przybliża swoim czytelnikom fascynujący świat przyrody.

"To świadectwo głębokiego humanizmu i pieczołowicie odtworzonej historycznej perspektywy, w którym relacja ojca i syna – pokrewnych dusz połączonych fascynacją życiem na ziemi – jest pięknie określona jako „pierwotny fenotyp miłości”." David Barber, „The New York Times”

Kategoria: Opowiadania
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8049-284-4
Rozmiar pliku: 823 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Przedmowa

Kiedy w 1951 roku przyjechaliśmy do tego wielkiego kraju, mój ojciec Gerd był dojrzałym mężczyzną i uznanym przyrodnikiem. Większą część życia miał już za sobą, ale przeszłość była stale obecna. Ojciec i matka Hildegarda – „mamusia”, jak się do niej zwracaliśmy – często rozmawiali o życiu, które przed II wojną światową i po niej wiedli w Polsce i w Niemczech. Mieli o czym opowiadać.

Podczas pierwszej zimy spędzonej w Maine w domu nie było telewizji, radia ani elektryczności. Żeby zaoszczędzić na nafcie, lampę zazwyczaj gasiliśmy wcześnie. Po zapadnięciu nocy ja i moja siostra Marianne tuliliśmy się do siebie w łóżku, w którego nogach rodzice umieszczali cegły rozgrzane na piecu w kuchni, a papa snuł opowieści. Byliśmy już wystarczająco duzi, żeby zachować żywe wspomnienie o baśniowym życiu w lesie w północnych Niemczech, gdzie mieszkaliśmy jako uchodźcy, a zarazem wystarczająco mali, by ekscytować się perspektywą nowego początku w kraju kolibrów, grzechotników, Indian i drapaczy chmur.

Ale i tak byliśmy oczarowani opowieściami papy o Starym Świecie, o Polsce, gdzie mieszkaliśmy, a także o dalekich krajach tropikalnych, dokąd papa wyprawiał się w młodości i gdzie żyją cudowne ptaki i motyle. Mój ojciec był przyrodnikiem i najbardziej magiczną ze wszystkich jego opowieści wydała mi się ta o „chrapiącym ptaku”, czyli pewnym gatunku naziemnego chruściela z indonezyjskiej dżungli, który uważano za wymarły. Tytuł tej książki nawiązuje wprost do tytułu dzieła mojego ojca Der Vogel Schnarch, ogłoszonej w 1932 roku relacji z podjętej na poruczenie doktora Leonarda Sanforda z Amerykańskiego Muzeum Historii Naturalnej w Nowym Jorku wyprawy na Celebes, której celem było odszukanie chrapiącego ptaka. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że książka papy popadła w zapomnienie. Niemniej jej tytuł nadal mnie urzeka, podobnie jak dedykacja, którą papa umieścił w darowanym mi egzemplarzu. Napisał wtedy: „­Berndowi Heinrichowi, ku pamięci pionierskich czasów odkrywania różnorodności gatunkowej fauny świata i ku pamięci Jego ojca, który w tym uczestniczył, 24 grudnia 1972”. Tę dedykację pragnę potraktować jako zadanie do wypełnienia. Papa przez dwa lata usilnie tropił na Celebesie chrapiącego ptaka i jednocześnie polował na swoje ukochane gąsieniczniki, dziwne i egzotyczne stworzenia, które stały się swego rodzaju herbem naszej rodziny i wielorako wpływały na bieg naszego życia, albowiem ojciec, nie szczędząc środków, gonił za nimi przez kilka kontynentów.

Mój Chrapiący ptak będzie właśnie opowieścią o losach naszej rodziny, o przetrwaniu dwóch wojen światowych, ucieczce z Polski, potem z Niemiec i osiedleniu się w Ameryce. To, że ja również zostałem naukowcem i pisarzem, w pewnej mierze zawdzięczam ojcu, a historię naszej rodziny ukształtowały nie tylko wojny, lecz także przeżycia i poglądy pasjonatów, którzy pragnęli zrozumieć sposoby działania przyrody w czasach, gdy biologia jako nauka przechodziła ogromną przemianę.

Wszystko, co opisałem, zdarzyło się naprawdę. Odczuwam potrzebę zaznaczenia tego na wstępie, ponieważ niektóre fragmenty tej książki czytelnik mógłby uznać za fikcję. Ale nic w niej nie jest zmyślone, a wszystko możliwie najściślej odpowiada faktom. Początkowo chciałem napisać swego rodzaju historię rodzinną dla moich dzieci, które nie wiedziały nic o dziadkach i bardzo mało o swoich losach. Zacząłem kilkadziesiąt lat temu, żeby wspomnienia nie przepadły, a potem zauważyłem, że układają się w coraz ciekawszą opowieść. Okruchy i fragmenty zapisków zawarłem w niektórych wcześniejszych książkach, ale dopiero teraz połączyłem je w całość i ukazałem związki, które dostrzegłem znacznie później, kiedy zainteresowałem się przeszłością i zdumiewającym, a czasami zatrważającym wpływem, jaki wywiera na przyszłość. Tak oto książka ta przez dziesiątki lat była w sensie dosłownym dziełem w toku.

Początkowo inspirowały mnie opowieści, które usłyszałem od bliskich – najpierw od ojca, potem od matki, ale także od pierwszej żony ojca Anneliese i od jej córki Ursuli, mojej siostry przyrodniej, którą nazywamy Ullą. Pragnę zaznaczyć, że rozmowy cytowane w tym pamiętniku nie zostały nagrane. Odtwarzam je z pamięci, chociaż często po fakcie robiłem notatki, a potwierdzenie wielu najważniejszych informacji, które przekazano mi ustnie, można znaleźć w korespondencji rodzinnej. Heinrichowie zawsze bowiem korespondowali za pomocą odręcznie pisanych listów. Nawet teraz, w epoce poczty elektronicznej, nadal tak postępujemy. Na szczęście nie niszczymy korespondencji, dzięki czemu mogłem obficie z niej czerpać przy pisaniu tej książki. Korzystałem również z niepublikowanego pamiętnika ojca, który zaczął go pisać w wieku osiemdziesięciu kilku lat, niedługo przed śmiercią, a także z pism matki i przyjaciół rodziny. Przejrzałem tysiące stron korespondencji. Lwią część tego materiału epistolarnego stanowi korespondencja mojego ojca z jego dozgonnym przyjacielem i mentorem w sprawach ornitologicznych, nieżyjącym już profesorem Erwinem Stresemannem z Museum für Naturkunde w Berlinie. Jako że częściej przebywałem z dala od papy niż przy nim, również nasza korespondencja jest obszerna.

Starałem się możliwie najwierniej odczytać pismo odręczne i przetłumaczyć niemiecki na angielski. Mam nadzieję, że oddałem sprawiedliwość niemczyźnie papy, Stresemanna i innych. Nie próbowałem tłumaczyć dosłownie, lecz dbałem o zgodność z faktami i zamierzone znaczenia. Oprócz Die Vogel Schnarch czerpałem z dwóch innych książek ojca, a mianowicie z Von den Fronten des Krieges und der Wissenschaft , Berlin 1937, i In Burmas Bergwäldern , Berlin 1940.1 Odwiedziny w domu

Jeżeli do Itaki wybierasz się w podróż,

niech będzie to podróż długa,

pełna przygód i nauk.

Lestrygonów, Cyklopów, gniewnego Posejdona

nie musisz się obawiać.

Jeżeli będziesz myślą szybował wysoko,

a umysł twój i ciało będą ciągle zdolne

do wzruszeń nieprzeciętnych,

nikt z nich ci nie zagrozi.

KONSTANDINOS KAWAFIS, Itaka

Kiedy wszedłem, mamusia właśnie usadowiła się na łóżku, żeby obejrzeć wieczorne wiadomości. Na stoliku obok stoją otwarte za pomocą szpica nożyc dwie puszki piwa Coors i pudełko niemieckich czekoladek. Kiedyś mamusia robiła swoje piwo, ale teraz, w połowie dziewiątego krzyżyka, lubi puszkowe Coors, a sękate ręce ma już tak słabe, że nie jest w stanie otworzyć puszki za uszko. U jej stóp leży Duke, wielki pies pasterski, którego wzięła ze schroniska, a na kolanach umościła się jednonoga kura. Mamusia jest trochę zła na mnie, że przyjechałem bez uprzedzenia – niestety mam brzydki zwyczaj wpadania niezapowiedziany albo zjawiania się godzinę później, niż obiecałem, co tak samo złości ma­musię – ale szybko ją udobruchałem i poczęstowała mnie piwem.

„Mamusia” to polskie słowo. Matka urodziła się i wychowała na terenach, które należą dzisiaj do Polski, a chociaż bardzo polubiła piwo Coors, to jej pamięć i sposób bycia czynią ją nadal mieszkanką Starego Świata. Odwiedziny u niej zazwyczaj upływają mi na słuchaniu opowieści z dawnych lat. Siedzimy w niskim ceglanym pokoju, który dziesiątki lat temu papa zbudował w celu zabezpieczenia drogocennego zbioru gąsieniczników przed pożarem. Reszta domu niech idzie z dymem, ale gąsieniczniki muszą być bezpieczne. Kiedy w 1951 roku sprowadziliśmy się do tego domu opodal Wilton w stanie Maine, był typowym sześciopokojowym farmerskim budynkiem o asymetrycznym dachu, obniżonym na tyłach. Od śmierci papy mamusia fantazyjnie go rozbudowywała, zamieniając w kolaż trzynastu pomieszczeń. Ściany ozdabiała kupowanymi obrazami przedstawiającymi kwiaty, z tym że na jednej pyszni się portret George’a i Laury ­Bushów, który za darmo przysłano pocztą. Główną siedzibą mamusi jest właśnie ten mały niski pokój z cegły, który dzieli z psem i domowymi kurami. W korytarzu przywitały mnie trzy z nich, usadowione na komodzie. W pokoju dziennym jedna z szuflad jest na wpół wysunięta, ponieważ zalęgła się w niej kura wysiadująca jaja.

– Kury znowu mnie przechytrzyły – powiada mamusia. – Wczoraj znalazłam jedną na górze, w kącie sypialni. Za dużo ich. Następnym razem przywieź śrutówkę i w końcu pomóż mi zrobić porządek z paroma kogutami. Są takie ładne, brązowe, czarne, nakrapiane, niektóre mają piórka na palcach, a inne nie. Nie mogę się zdecydować, których się pozbyć.

Mamusia ma kury w stodole i w kurniku, a do domu bierze zwykle te, które chorują. Od czasu do czasu nowo wyklute pisklęta nie wiedzieć czemu mają niewładne nóżki. Kuleją, ledwie potrafią stać, a co dopiero chodzić. Mamusia odkryła, że jeżeli poniańczy kurczę tydzień lub dwa w ramionach i pośpi z nim przytulonym do niej w łóżku, ptaszkowi w końcu poprawia się zdrowie i staje się pełnokrwistym zwierzątkiem domowym. Ciepło wytwarzane przez piecyk na drewno i ziarno rozsypane na podłodze stwarzają kurom doskonałe warunki. Ot, autorska wariacja mamusi na temat „przetrwania najlepiej przystosowanych”. Najbardziej schorowane kurczaki otacza najczulszą opieką, w cieple piecyka kury rozmnażają się przez cały rok i wysiadują kolejne pokolenia niepełnosprawnych piskląt, dzięki czemu mamusia zawsze ma się czym opiekować. Mamusia przechwala się, że jaja tych kur są najlepsze na świecie. Muszę przyznać, że żółtka są w istocie przepysznie wybarwione.

Kurzy bajzel mamusi nieco mnie brzydził, póki moja żona ­Rachel nie napomniała mnie, że opieka nad zwierzętami sprzyja zdrowiu psychicznemu. Rzeczywiście, mamusia przynajmniej nie łyka niczego na depresję ani na uspokojenie. Nigdy nie nauczyła się prowadzić samochodu, więc bardzo rzadko opuszcza dom. No i w końcu to przecież nie ja mam stale na głowie te gdaczące stworzenia! Cały mój udział w tym interesie sprowadza się do tego, że od czasu do czasu przywożę z sobą śrutówkę.

Papa nie mógłby tak żyć. Był maniakiem porządku. Chował każdy świstek papieru, każdy kwitek, prowadził ­księgę rachunkową, w której zapisywał wszystko co do centa. Po jego śmierci w 1984 roku mamusia przez lata utrzymywała, że porządkuje jego papiery, ale nigdy nie spostrzegłem ani śladu postępu. Oczywiście nie moją sprawą było to, co zatrzyma, a co wyrzuci. Matka od dziesiątek lat wytykała mi, że nie zgadzam się z ojcem bardziej, niż przystoi synowi. W rodzinie uważano to za świadectwo braku szacunku. Wiedziałem, że lepiej nie prosić mamusi o jakikolwiek świstek i nie przetrząsać domowych graciarni.

Stodoła, gdzie pośród stosów rzeczy nagromadzonych przez dziesięciolecia mieszkała reszta kur, w czasach mojego dzieciństwa służyła również jako gołębnik. Zaczęło się od jednego ptaka, który uciekł Murrayowi Fossowi. Murray był synem Dota Fossa, właściciela Dot’s Place, stacji benzynowej i sklepiku z papierosami i cukierkami na skrzyżowaniu półtora kilometra od naszego domu. Murray zwiał do Los Angeles, a przed wyjazdem zebrał wszystkie swoje ukochane gołębie pocztowe i kolejno skręcił im karki. Jeden wszakże mu uciekł i przyfrunął na szczyt naszej stodoły. Mamusia wysypała garść ziarna, które gołąb w końcu zjadł. Niedługo potem pojawił się drugi, oczywiście płci przeciwnej, i ptaki zaczęły się mnożyć jak szalone. Ziarno sypane gołębiom zwabiało i żywiło również myszy, pręgowce, wróble i szczury – wszystko to osiedlało się w stodole i opływało w dostatki. Pamiętam, że pewnej nocy za pomocą beczki na ziarno złowiłem dwadzieścia szczurów. Następnie zameldowały się łasice, a potem i para jastrzębi zachwyciła się tym terenem łowieckim. Jastrzębie siadywały na pobliskim drzewie i czekały w ukryciu, a jeżeli w tym czasie ze stodoły wyfruwał gołąb, miał tylko cień szansy na to, żeby nie stać się żerem dla młodych jastrzębi, stłoczonych w gnieździe z patyków wysoko na sośnie na Picker Hill. Mamusia pragnęła chronić swoje gołębie i postulowała zastrzelenie jastrzębi, ale papa stanowczo się sprzeciwił. Pisał do mnie: „Jastrząb trzebi stado gołębi, codziennie porywa jednego, ale rzadko go widujemy. Nie będziemy się wtrącać. Niechże porwie nawet wszystkie”.

Pogadawszy z mamusią przy piwie, poszedłem do stodoły, gdzie po stromych schodkach wdrapałem się na strych do składowania siana. Siana od dawna tam już nie składowano, natomiast walały się nędzne resztki moich uli sprzed co najmniej czterdziestu lat. Bodaj jakiś urson, być może jeszcze ten, którego sam hodowałem, poobgryzał niektóre z nich, podobnie jak krawędzie schodków wiodących na strych. Kiedy przybyliśmy tutaj w 1951 roku, szyby w oknach w obydwu szczytach stodoły były wybite, i tak już zostało. Pamiętałem, że dymówki i drozdy korzystały z tych dziurawych okien i zakładały gniazda na belkach w stodole. Wnętrze budynku pokrywała gruba warstwa kurzu i ptasich odchodów, które się gromadziły przez czterdzieści lat, a na strychu stało trochę pudeł z ruchomościami papy, papierami i rzeczami osobistymi. Kury najwyraźniej gospodarzyły w tych papierach, bo znajdowałem w nich skorupki, dawno zgniłe jaja, z których czasem wyciekła zawartość. O tak, tutaj mogłem sobie szperać, nie narażając się na utyskiwania mamusi. Z pewnego pudła wyzierał stary garnitur papy. Bardzo mgliście przypominałem sobie papę w tym ubraniu. Najżywiej wrył mi się w pamięć w białych szortach i spłowiałej zielonej baseballówce.

W pudle tym znalazłem stare pułapki papy na owady. Było tam też kilka ze szczurzych pułapek, któreśmy mieli z sobą w trakcie ucieczki przed Armią Czerwoną, i tych zabieranych przez papę na wyprawy na Celebes, do Persji, Birmy, na Borneo i w inne egzotyczne krainy. Pamiętałem, jak pod koniec lat czterdziestych, kiedy byłem małym chłopakiem, zastawiał te pułapki w lesie Hahnheide w Niemczech. Inne pudło zawierało odbitki rozpraw naukowych ojca, wiele kartek, pożółkłych już i pokrytych kurzem. Te rozprawy były ukoronowaniem jego kariery, a właściwie sensem całego życia, owocem wielkiej żarliwości i poświęcenia. Zaiste smutne sprawiały wrażenie, niechciane i niszczejące na strychu w stodole. Żadna z tych rozpraw zapewne nie miała więcej niż kilkunastu czytelników. Większość ludzi nigdy nie słyszała o gąsienicznikach, a wielu tych, którzy o nich słyszeli, uważało je pewnie za jakieś przebrzydłe „muchy”.

Gąsieniczniki (Ichneumonidae) to tajemnicze i egzotyczne błonkówki, które są koneserami parazytyzmu. Każdy gatunek specjalizuje się w pasożytowaniu na pewnym innym gatunku owadów lub bardzo niewielu innych gatunkach. Gąsieniczniki odznaczają się wielką delikatnością ukształtowania oraz niesłychanym zróżnicowaniem i subtelnością ubarwienia. Jest ich dziesiątki tysięcy gatunków i niełatwo je rozróżnić. Samce i samice jednego gatunku często różnią się kształtem i wielkością, wymiarami wyrostków i ubarwieniem (od żółci i brązu po opalizujący metaliczny błękit z kontrastowymi czarnymi i białymi deseniami). Samica ma pokładełko wystające z zakończenia odwłoka. W zależności od gatunku pokładełko może być tak krótkie, że ledwo widoczne, albo tak długie jak reszta ciała owada, a nawet dłuższe. Pokładełko spełnia również funkcję żądła, ale przede wszystkim służy do składania jaja w ciele ofiary.

Papa przez całe życie opisał przeszło tysiąc nowych gatunków, z tym że wiele z nich na podstawie okazów muzealnych, a każdy członek naszej rodziny, który trzymał w ręku siatkę do połowu owadów, został uwieczniony w nazwie schwytanego przez siebie gąsienicznika. W nazwach czterech gatunków, których przedstawicieli złowiłem kolejno na Nowej Gwinei, w Afryce, Los Angeles i opodal naszego gospodarstwa w Maine, papa zawarł epitet gatunkowy berndi. O ile wiem, nikt przedtem nie znalazł, a w każdym razie nie opisał żadnego z tych gatunków, chociaż każdy z nich najprawdopodobniej uprawia swój proceder na znacznym obszarze odpowiedniego kontynentu. Dotyczy to wielu innych gatunków, które zostaną odkryte na całej ziemi. Z powodu wielkiej różnorodności i nienarzucającego się sposobu życia tych wspaniałych, delikatnych, cudownych owadów ludzie w zasadzie nic o nich nie wiedzą i ich nie zauważają – prócz papy. Ujmował on świat w kategoriach siedlisk gąsieniczników. Potrafił wskazać setki szczególików odróżniających jeden gatunek od drugiego. W odniesieniu do każdego okazu w swoim zbiorze umiał podać dokładny czas i miejsce jego schwytania. Jak nikt przed nim bądź po nim poznawał, czy na danym terenie znajdzie się gąsienicznika.

Prawdę mówiąc, w dzieciństwie gąsieniczniki mało mnie interesowały. Co więcej, czasami się buntowałem, kiedy ojciec ciągnął mnie zimą w las, żeby rozłupywać butwiejące pnie w poszukiwaniu hibernujących gąsieniczników, a latem, żeby wypatrywać ich na liściach, od czego naprawdę bolały oczy. O wiele bardziej wolałem tropić łasicę albo polować na kuropatwy lub króliki, a więc oddawać się zajęciom, które papa odrzucał, zapewne dlatego, że pochłaniały dużo czasu i bardzo rzadko dawały namacalne wyniki. Najgorsze były letnie wyprawy, kiedy papa pakował mnie do samochodu i jechaliśmy długo na zapadłe bagno, gdzie pożerani żywcem przez meszki i komary poszukiwaliśmy jakiegoś szczególnego gatunku faworytów papy. Gąsieniczniki były jego pasją, nie moją. Muszę jednak przyznać, że kiedy udało mi się złowić „jedynkę” – czyli okaz, który zajął poczesne miejsce w kolekcji papy, a mnie zapewnił smaczną nagrodę – wtedy, jakkolwiek bardzo się sta­rałem, żeby nic nie dać po sobie poznać, rzeczywiście czułem dumę i radość.

Po łowach wracaliśmy do domu i papa udawał się do pracowni, gdzie rozpinał okazy. Za pomocą cieniutkich igieł pieczołowicie eksponował skrzydełka i każdy z kilkunastu – nie inaczej, kilkunastu – wyrostków. Uwielbiał te swoje cudeńka, niczego im nie żałował. Rozpięte w równiutkich rządkach i opisane drobniutkim pismem, umieszczał je w specjalnych hermetycznych przeszklonych gablotkach, które sprowadzał z Niemiec, i tak zabezpieczone przechowywał w ogniotrwałym pomieszczeniu, na którego budowę wydał ostatniego centa. Nie znalazł ani dolara na to, żeby wysłać na studia którekolwiek z pięciorga potomstwa (w mojej opowieści występuje tylko czworo, ponieważ jednego potomka papy nigdy nie poznaliśmy), ale stać go było na ów ceglany sejf na gąsieniczniki. Widząc go zajętego tą żmudną i wymagającą pracą, nieraz zadawałem sobie pytanie: po co? Jaki to ma sens? Po co zadawać sobie tyle trudu?

Kiedy wieczorami pracował przy lampie i mikroskopie, czasem siadałem na wprost niego, a on próbował zainteresować mnie historią rodziny, wyciągając stare fotografie i wskazując obce twarze. Słuchałem grzecznie, ale nic więcej. To była jego historia, a ja pragnąłem należeć do świata przyszłości. Moimi bohaterami byli chłopcy z sąsiednich farm, którzy grali w baseball, biegali po bieżni, wiosną chodzili na ryby, jesienią polowali na jelenie, w nocy wyprawiali się na szopy, a w zimie łowili ryby spod lodu i zakładali wnyki. W porównaniu z nimi papa był tylko beznadziejnym kolekcjonerem robaków, którego czasami się wstydziłem. W gablotce zawieszonej na ścianie trzymał kilka odznaczeń wojennych i nie omieszkał ich pokazywać sąsiadom, podobnie jak zoologicznych osobliwości z Afryki i Meksyku. Przede wszystkim jednak demonstrował naszym gościom swój zbiór owadów, czy byli to uczniowie, farmerzy, robotnicy miejscowych zakładów wełniarskich, czy wykładowcy uniwersytetu w pobliskim Farmington. Niektórzy z gości zachowywali się tak, jak gdyby te eksponaty ich ciekawiły. Ja jednak wiedziałem swoje i wewnętrznie cierpiałem. Czy on nie rozumie, że te robaki nic a nic nikogo nie obchodzą? Jednocześnie gąsieniczniki papy były głównym spoiwem naszego życia, czynnikiem, który trzymał nas razem, a już na pewno mnie i jego. Podejrzewam, że gdyby nie moje bystre oczy i uleg­łe pomaganie mu w łowach, nieczęsto miałbym kontakt z papą. Nie taił, że liczy na to, iż w przyszłości przejmę jego kolekcję, ale ja nie miałem ani chęci, ani zamiaru spełnienia tego oczekiwania. W miarę dorastania oddalałem się zarówno od papy, jak i od jego gąsieniczników. Miałem co innego do roboty. Później rzeczywiście studiowałem biologię, ale innego rodzaju. Myślę, że bardzo zawiodłem ojca, byłem jednak zbyt młody i zanadto pochłonięty swoimi sprawami, żeby to zauważyć.

Wtedy na strychu stodoły mamusi, patrząc na pudła pełne starych, nieczytelnych druków, poczułem żal. Myszkując w rupieciach, spostrzegłem książkę w zielonej oprawie. Szpeciły ją zacieki od śniegu, który przez dziesiątki lat wpadał do stodoły przez dziurawe okna. Były na niej też zaschnięte ślady ptasich kup, a pod nimi widniał wybity złotymi literami napis: Burmesische Ichneumoninae, Part 1, Gerd H. Heinrich, Dryden, Maine, U.S.A. „Dryden” oznaczało jednoizbowy urząd pocztowy opodal Wilton. Na drugim tomie widniało jedynie: Part 2.

W oczach laika te dwie książki mają nie większe znaczenie niż w oczach kur, które grzebały między ich kartkami. Ja wszakże wiedziałem, ile znaczyły dla papy. Ojciec walczył w dwóch wojnach. Aż za dobrze rozumiał ulotność życia. Ale wbrew wszelkim oczekiwaniom nie tylko raz, drugi i trzeci uchodził cało i zaczynał wszystko od nowa, lecz także zdołał w końcu stworzyć dzieło, które zostanie po nim na wieki. I oto miałem je w ręku, uwalane kurzym łajnem, utytłane w pyle i nieczytane. Zastanawiałem się, w jakim sensie „nieśmiertelne” jest dzieło życia, jeżeli traktuje o sprawach tak ezoterycznych, że obchodzących mało kogo. Pasja do badania tych błonkówek była jedną jedyną nicią osnowy, podczas gdy wszystko inne – dom, rodzinę, miłości mojego ojca – oplatały wokół niej wydarzenia światowe, nad którymi papa nie miał władzy. Gąsieniczniki zakotwiczały go w świecie i dzięki nim przetrwał wszystkie burze życia. Czy nie dlatego tak cenił porządek, opanowanie i równomierny postęp, że właśnie tego żądały od niego te owady?

Ojca pamiętam głównie jako mężczyznę w podeszłym wieku. Kiedy w 1951 roku przyjechaliśmy do Stanów Zjednoczonych, miał już pięćdziesiąt pięć lat. Strawił tysiące godzin zgarbiony nad swoimi zbiorami i oczy go już zawodziły. Wkrótce jęły słabnąć władze umysłowe. Dopiero gdy sam miałem tyle lat co ojciec wtedy, zacząłem rozumieć długą drogę, którą przeszedł. Przecież nie urodził się jako dość ekscentryczny, zgorzkniały starszy mężczyzna. Tak oto dopiero poniewczasie dostrzegłem niezwykłą siłę, wytrwałość i pasję, które sprawiły, że życie papy, chociaż pełne wielkich strat, obfitowało w przygody i osiągnięcia.

Jeszcze w latach osiemdziesiątych papa nadal pracował nad swoim zasadniczym studium, tym na temat gąsieniczników orientalnych. Właśnie perspektywa opublikowania tego studium skłoniła go do wyjazdu do Ameryki w obliczu niekończących się i najwyraźniej niemożliwych do przezwyciężenia trudności, które piętrzyły się przed nim w Europie. Ale i w Ameryce nie było łatwo. Podczas gdy zwyrodnienie plamki żółtej odbierało mu wzrok, papa ścigał się z czasem, żeby ukończyć zarówno studium główne, jak i uzupełniające studia na temat gąsieniczników afrykańskich, północnoamerykańskich i rosyjskich. W końcu zrezygnował z publikacji całościowego opracowania na temat gąsieniczników orientalnych i, żeby ocalić chociaż część zdobyczy, postanowił ogłosić tylko swoje najnowsze ustalenia na temat gąsieniczników birmańskich. W tamtym czasie w Stanach Zjednoczonych taksonomia wychodziła z mody, na fali były ekologia, fizjologia i biologia molekularna, więc prasa naukowa niechętnie przyjmowała rozprawy taksonomiczne. Ostatecznie papa był zmuszony szukać wydawców znów w Europie i właśnie tam zaczął ogłaszać studium zasadnicze. Pierwsze siedem części ukazało się po niemiecku na łamach szwedzkiego pisma naukowego, a kiedy jego redaktorzy uznali, że nie mogą zrobić nic więcej, papa zwrócił się do periodyku polskiego, w którym ogłosił pozostałe cztery części studium liczącego w sumie tysiąc dwieście pięćdziesiąt osiem stron.

W pudłach na strychu znalazłem również księgi rachunkowe papy. Namawiał mnie do równie skrupulatnego księgowania wydatków, ale nigdy nie zdołałem się zmusić do zapisywania czegokolwiek związanego z pieniędzmi. W rzeczy samej założyłem księgę, która mogłaby być księgą rachunkową, ale zapisywałem w niej zupełnie inne dane, a mianowicie informacje o tym, gdzie znajdowałem gniazda rozmaitych ptaków i co zawierały, albo informacje o tym, jakie gatunki pszczół zauważałem na różnego rodzaju kwiatach. W tamtym czasie papa miał bardzo mało pieniędzy. Każdy cent się liczył. Kiedy przyjechaliśmy do Stanów Zjednoczonych, papa miał nadzieję, że dostanie posadę akademicką i będzie zarabiał, wykonując pracę, do której był najlepiej przygotowany, a więc polegającą na badaniu jego ukochanych gąsieniczników i zbieraniu okazów na użytek muzeów. Ponieważ jednak nie miał stopnia naukowego, spotykał się ze sceptycyzmem i niechęcią. Zanim zdobył sobie pozycję „zbieracza” i zaczął zarabiać głównie jako badacz terenowy gromadzący okazy małych ptaków i ssaków do kolekcji muzealnych, nie tylko on, ale i mamusia byli zmuszeni podejmować się wszelkiego rodzaju prac, żeby zarobić na nasze utrzymanie.

Myszkując w stodole, znalazłem jeszcze stare siatki do łowienia owadów i pudełka nabojów do śrutówki, niezużytych podczas wyprawy do Afryki, w której i ja uczestniczyłem przez okres obejmujący dwa sezony letnie. Żeby dołączyć do rodziców, przerwałem studia licencjackie, a za udział w tej ekspedycji oczywiście nie otrzymywałem wynagrodzenia. Na strychu znalazłem dwie wzmocnione skrzynie drewniane, które służyły w trakcie wyprawy do Tanzanii. Zostały zbudowane zgodnie z instrukcjami papy w taki sposób, żeby pasowały do ekwipunku. Pomalowano je na ciemnozielono i opatrzono białym napisem: „Yale University”, oraz inicjałami papy: „G.H.”.

Tak oto niby w śmietniku grzebałem w stertach niszczejących rzeczy, które były w istocie świadectwami historii naszej rodziny, i nagle poczułem, że jeżeli chcę zrozumieć tę historię i zarówno na użytek własny, jak i moich dzieci złożyć ją w całość, to muszę działać, i to szybko, zanim będzie za późno. Dwadzieścia lat wcześniej w In a Patch of Fireweed pobieżnie opisałem naszą ucieczkę z Polski, ale mamusia po przeczytaniu tej książki zarzuciła mi „kłamstwa”.

Ten werdykt mnie zaintrygował.

– Jakie kłamstwa? – zapytałem.

Mamusia długo milczała, a w końcu rzekła:

– To nie ty zerwałeś kwiaty forsycji, zanim zeszliśmy do schronu, lecz Marianne.

Rzeczywiście nie pamiętałem wyraźnie, które z nas zerwało gałązkę forsycji. Ale pamiętałem, że wzięliśmy kwiatki z sobą i że napisałem, iż nabrałem obrzydzenia do tej rośliny. Następnej wiosny mamusia, która nigdy przedtem nie hodowała forsycji, posadziła przy domu jej wielki krzak. Odniosłem wrażenie, że to bezpośredni przytyk pod moim adresem, chociaż mamusia powiedziała tylko, że „naszła ją ochota”, żeby posadzić forsycję. Kiedy wróciwszy ze stodoły, powiedziałem mamusi, że chcę spisać dzieje rodziny Heinrichów, rzuciła sucho:

– Nie możesz.

Zamarłem, chociaż nie byłem całkiem zaskoczony. Mimo wszystko myślałem, iż matka się ucieszy, że chcę tak głęboko zająć się przeszłością, o której i ona, i papa stale opowiadali i którą zawsze pragnęli mnie zainteresować.

– Dlaczego? – zapytałem, chociaż dobrze wiedziałem, co odpowie.

– Bo nie napiszesz jej po mojej myśli.

Święta prawda. Mamusia nie wierzyła w moją pisarską rzetelność.

– Możesz mi opowiedzieć wszystko, co wiesz, i możesz mnie poprawiać – próbowałem ją przekonać, przyznając w duchu, że upraszczałem, wielu rzeczy nie dopowiadałem, opierałem się na pogłoskach. – A najlepiej sama wszystko opisz i przyślij mnie – dodałem.

Miałem nadzieję, że mamusia pozwoli mi zajrzeć do księgi gości, którą zabrała z Borówek, naszej posiadłości w Polsce, kiedy uciekaliśmy przed nadciągającą Armią Czerwoną. W trakcie trzymiesięcznego exodusu księga ta służyła jako swoisty dziennik.

– Gdybym wszystko opisała, to sama napisałabym tę książkę – zauważyła mamusia i dodała: – Jestem taka zajęta, nie mam czasu.

Jeżeli nie ma czasu w połowie dziewiątego krzyżyka, to kiedy będzie go mieć, pomyślałem.

– Tak czy owak – rzuciła jeszcze – nie podoba mi się twoje pisanie.

Kiedy jeszcze raz poszedłem do stodoły, wpadła mi w oko strasznie zaplamiona i obszarpana teczka z niebieskiego kartonu, która się nie rozleciała tylko dlatego, że obwiązano ją sznurkiem. Widniała na niej etykieta, na której papa napisał: „Erinnerungs-Correspondenz, 1945–1950”, czyli: „­Listy pamiątkowe, 1945–1950”. Z nabożeństwem podniosłem wystrzępioną i wybrudzoną teczkę. Miałem wrażenie, że to adresowana do mnie wiadomość, prosto od ojca. Otwarłem teczkę i na wierzchu ujrzałem list, który wyszedł spod mojej ręki, kiedy miałem jakieś siedem lat. Na krzywych liniach, które wykreśliłem na kartce czystego papieru, widniały nieporadne bazgroły, po niemiecku, co drugie słowo z błędem. Pisałem: „Kochany Papo, czy przywieziesz orzesznicę, a weź ją z sobą żywą i trzymaj, a ja mam też nietoperza i on jest też żywy w klatce na gąsienice i karmię go, a złapałem też dla ciebie kokoszkę taką jak przedtem i ona jest już obdarta i pozdrawiam Papę i Mamusię”.

Przypomniałem sobie nawet, jak schwytałem tę kokoszkę. Próbowała się ukryć pod okapem wysokiego brzegu stawu. Ów list, który napisałem do ojca, gdy z matką przebywał na wyprawie zbierackiej w Alpach na południu Niemiec – podczas gdy my zostaliśmy w leśnej chacie na północy kraju pod opieką żony papy Anneliese, którą mamusia nazywała „przeklętą wiedźmą” – wywołał lawinę wspomnień i wzbudził we mnie osobliwą pewność, że ojciec celowo zebrał te listy po to, żebym wiele lat po jego śmierci je znalazł.

Później przekartkowałem liczne listy zebrane w niebieskiej teczce. Chociaż przez przeszło pół wieku mało używałem niemczyzny, pamiętałem wystarczająco wiele, żeby o tyle o ile je rozumieć. Rodzice rozmawiali z sobą zwykle po niemiecku, wyjąwszy chwile, gdy nie chcieli, abyśmy ja i Marianne rozumieli, o czym mówią, i wtedy przechodzili na polski. Jeden z listów napisał Ernst Schäfer. Znałem to nazwisko. Wydało mi się, że ojciec o nim wspomniał, ale nie pamiętałem, w jakim kontekście. Schäfer należał nie tylko do NSDAP, lecz również do SS i był jednym z najokrutniejszych zbirów Hitlera. Dlaczego papa z nim korespondował?

Kilka dni później dostałem list od niejakiej Evy Ziesche, mieszkanki Berlina, która przeczytawszy moją książkę Ravens in Winter , podobnie jak wielu innych czytelników postanowiła podzielić się ze mną obserwacjami dotyczącymi kruka, którego hodowała jako zwierzątko domowe. Kiedy przeczytałem, że Eva pracuje w Handschriftenabteilung, czyli Dziale Rękopisów, Staatsbibliothek w Berlinie, bardzo mnie to zelektryzowało. Nigdy przedtem nie słyszałem o tego rodzaju placówce, czy to w bibliotece, czy gdziekolwiek indziej, ale jeżeli stare rękopiśmienne listy, które znalazłem w niebieskiej teczce, były miarodajne, to przydatność takich ośrodków stawała się oczywista. Natychmiast skontaktowałem się z Evą Ziesche, pytając, czy nie pomog­łaby mi odczytać kilku listów. Mniej więcej po tygodniu dostałem odpowiedź:

Mam dla Pana niespodziankę. W naszej bibliotece przechowujemy bogatą spuściznę Erwina Stresemanna. W jej skład wchodzą dwa grube tomy listów od Gerda Heinricha, z okresu od lutego 1926 do listopada 1963! Zapewne Pański zbiór obejmuje drugą część tej korespondencji. Przyjrzałam się odręcznemu pismu Stresemanna i nie sądzę, żeby jego odczytanie nastręczało trudności.

Od razu umówiliśmy się na wymianę materiałów. „Oniemiałam, jak Pan przez mojego kruka dotarł do tak ciekawego zbioru korespondencji. Po prostu bajeczne!”, pisała Eva. ­Zaiste bajeczne, niewiarygodne, pomyślałem.

Skopiowałem listy Stresemanna, a oryginały wysłałem do berlińskiego archiwum, gdzie było ich miejsce. Wkrótce dosta­łem ciężką paczkę zawierającą jakieś półtora tysiąca stron listów papy. Oto bezcenne źródło, gdzie znajdę bezpośredni wyraz wielu przeżyć papy i jego odczuć, którymi się dzielił z najbardziej zaufanym kolegą, przyjacielem i towarzyszem broni, oficerem Luftwaffe w czasach II wojny światowej. W listach tych znajdę żywe opisy wypraw ojca do dalekich krajów, opisy jego ukochanych Borówek i zwierzenia na temat walki nie tylko o to, żeby przetrwać, lecz również o to, by móc kontynuować badania pomimo wojny, a potem wygnania.

Nieprawdopodobne zrządzenie losu, które sprawiło, że to przebogate źródło myśli ojca wpadło mi w ręce, uznałem za znak, którego nie wolno zlekceważyć. Liczne opowieści ojca o jego życiu obfitowały w tyle niesamowitych zbiegów okoliczności, że trudno było w nie wierzyć. A teraz i mnie niewiarygodny uśmiech losu otwarł możliwość poznania prawdy o nim. W ten sposób zacząłem zbierać w całość rozrzucone elementy układanki.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: