Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • Empik Go W empik go

Dysonanse i harmonie - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
1 maja 2015
Ebook
28,00 zł
Audiobook
39,99 zł
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Dysonanse i harmonie - ebook

Szampan czy nalewka? Mercedes czy koza? Wściekły róż czy najczarniejsza czerń? No i w końcu nudny mąż czy gorący doktorek? Życie Marioli stanęło do góry nogami. Którą opcję wybierze czterdziestolatka po otrzymaniu niespodziewanego telefonu?

Czterdziestokilkuletnia Mariola prowadzi spokojne i ustabilizowane życie u boku nudnego, przewidywalnego męża i dorosłego syna. Lepiąc hurtowe ilości pierogów i namiętnie układając pasjanse w internecie, zapomina o emocjach i celach.

Splot wydarzeń rzuca ją do niewielkiej wioski schowanej wśród lasów i od tej pory zamiast zakupów w supermarkecie zaczyna smażyć dżemy i produkować sery z koziego mleka. Ten sam los podmienia jej syna na gnębioną przez ojca alkoholika dziewczynkę, a męża na ociekającego testosteronem weterynarza.

„Dysonanse i harmonie” to pełna humoru i ciętego dowcipu powieść o dążeniu do realizacji marzeń i przemianach, jakie dosięgają każdego z nas pod wpływem życia w zgodzie i obok natury.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7942-738-3
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 2

Koła wagonu turkotały usypiająco. Była zabójcza godzina, trzecia czterdzieści pięć. Mariola siedziała w przedziale pociągu relacji Przemyśl–Szczecin i usiłowała nie zasnąć. Nie to, że jej się nie chciało. Nie to również, że poprzedniego wieczoru nasłuchała się od Jerzego o chuligańskiej młodzieży, cwanych złodziejaszkach czy zboczonych staruchach. I jeszcze o chamskich konduktorach i wścibskich współpasażerach. Nie wspominając o fatalnym stanie wagonów, lokomotyw, torów i w ogóle kondycji PKP. Jerzy był naprawdę bardzo przewidujący i z wielkim rozmachem naświetlił jej, co może wydarzyć się w podróży. Naprawdę ze świecą szukać drugiego takiego optymisty.

Doktor Nizina, pomarudziwszy trochę, zgodził się łaskawie na dziesięć dni absencji w pracy. W zamrażarce dziesięć gołąbków i ze dwadzieścia mielonych oczekiwało na skonsumowanie, drugie tyle pojechało do akademika w Rzeszowie. Worek psiej karmy stał w szafce pod oknem, a Mariola z niewielką torbą i olbrzymim plecakiem zmierzała na północny zachód. Faktycznie nie mogła trafić dalej od domu. Dokładnie po przekątnej znalazła swoje miejsce na ziemi. Przynajmniej do tej pory. A że potrafiła zgubić się praktycznie na jednej ulicy, nie mówiąc nawet o większej przestrzeni, nie było pewne, czy to miejsce na ziemi na pewno było właściwe.

Około szesnastej miała znaleźć się w Szczecinie, a stamtąd jeszcze godzina do rodzinnego Choszczna. Już nie mogła się doczekać. Naprawdę zaniedbała relacje rodzinne. Co prawda rodzice już nie żyli, z Anką kontaktowała się raz na jakiś czas, ale z Piotrkiem widziała się ostatnio… Hmm… na jego ślubie. Nawet na weselu nie zostali, bo Jerzy chciał wracać do Przemyśla nocą z powodu małego ruchu. Nieźle ją tym wtedy zdenerwował, ale argumenty o bezpieczeństwie i spokojnej podróży, logicznie przedstawione przez męża, musiały ją przekonać. Szczególnie gdy wyobraziła sobie dziesięcioletniego wówczas Dawida, zamkniętego przez jedenaście godzin w samochodzie w godzinach szczytu, marudzącego i wymęczonego. No i siłą rzeczy wyobraziła sobie, kto będzie się nim w trakcie podróży zajmować. Nie – wizja śpiącego słodko i milczącego syna zdecydowanie bardziej ją pociągała.

Tak więc po ślubie, życzeniach i szybkim obiedzie wpakowali się do wysłużonego opla astry i pojechali do domu. No i nie wyjechali z niego przez kolejne dziesięć lat. Oczywiście rozmawiała z Anią o jej bracie bliźniaku, całkiem zresztą do niej niepodobnym. Mariola wiedziała, że otworzył i rozwinął firmę budowlaną, że miał dwie córeczki, siedmioletnią Hanię i dwuletnią Michalinę. Razem z żoną Aleksandrą mieszkał w niewielkim, wybudowanym przez siebie domku na peryferiach Choszczna. Fajny był z niego kuzyn, choć nigdy nie byli ze sobą tak naprawdę zaprzyjaźnieni. Pomijając oczywiście najdawniejsze czasy.

Rodzice Marioli zginęli tragicznie w wypadku samochodowym, gdy jakiś pieprzony Ukrainiec zasnął za kierownicą i czołowo zderzył się z fiatem 125p, prowadzonym przez ojca. Oboje zginęli na miejscu. Ukrainiec na szczęście też. Mariola uczyła się wówczas w studium pielęgniarskim w Szczecinie. Poznała Jerzego i tak naprawdę nie wróciła już do domu. Przyjeżdżała naturalnie co jakiś czas, ale przerwy stawały się coraz dłuższe, pobyty krótsze, aż wsiąkła na dobre w miejscu po przekątnej.

Myśląc o Piotrku, widziała raczej małego chłopca, który wiecznie coś budował: to szałas w ogrodzie u Frani, a to domki dla ptaków czy poidła dla licznego Franinego drobiu, a nie dorosłego, żonatego i dzieciatego faceta. O Aleksandrze nie wiedziała kompletnie nic, pomijając to, że Anka ją lubiła, miała więc nadzieję, że ona również ją polubi.

Około czwartej trzydzieści Mariola przegrała walkę z Morfeuszem. Po przebudzeniu stwierdziła, że pewnie przegrały ją również wszelkie oprychy, gdyż tak bagaż, jak i ona sama były w stanie niewskazującym na żadne niecne czyny.

Jerzy będzie rozczarowany – pomyślała trochę złośliwie. Resztę drogi przebyła, przeglądając kolorową prasę, usiłując poczytać najnowszy thriller Cobena i po prostu patrząc przez okno na migające pnie drzew, stojące przed szlabanami auta i smutne tyły domów, łatane od frontów wszelkimi sposobami, ale obnażające rozwalającymi się podwórkami wszechobecną biedę.

W Szczecinie wypiła kawę w dworcowej kawiarence i zadzwoniła do Anki.

– No cześć, kochana. Jestem już prawie w domu. Za kwadrans mam pociąg, więc za godzinkę z hakiem możesz rozkładać czerwony dywan i szykować orkiestrę powitalną.

– Masz to jak w banku. Akurat przez przypadek nie mam dziś służby, więc podjadę po ciebie. Wkładam winko do lodówki! Albo skoczę do sklepu i kupię jeszcze ze dwa. Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że w końcu zobaczę twój ryjek. Szkoda, że nie mogłaś zabrać młodego. Pewnie przystojniak z niego. Pod warunkiem oczywiście, że otrzymał geny po ciociuni Ani.

– No pewnie, że przystojniak, choć na razie żadnej potencjalnej synowej ani widu, ani słychu. Zresztą wysyłałam ci przecież jego aktualne foty. Masz rację, tak wyrósł, sama nie wiem kiedy. Chyba cichaczem szpinak wciągał. Do miłego, pa! A z winem nie przesadzaj, sama wiozę martiniaka, choć pewnie przyda mu się lodówka. Zresztą jestem taka zryta, że wystarczy lekko sfermentowany kompot i zacznę bełkotać.

– Dobra, dobra. Od przybytku głowa nie boli. Choć w sumie to baaardzo kretyńskie przysłowie. Pa!

Z uśmiechem na twarzy zadzwoniła jeszcze do Jerzego.

– No cześć, kochanie. Jestem już w Szczecinie. Anka odbierze mnie z dworca i pojedziemy do niej. Dziś już nic nie załatwię, ale od jutra działam.

– A jak tam droga?

– Spoko. Męcząca, ale nikt mnie nie okradł ani nie zgwałcił, więc możesz być spokojny. Wciąż jesteś ojcem jedynaka – zażartowała, może trochę nie na poziomie, ale Jerzy się zbulwersował.

– Ale mógł. Ty jak zawsze robisz sobie jaja. Wydoroślej w końcu, kobieto! Pomyślałby kto – czterdzieści dwa lata, to coś w głowie powinno być. A tu cisza… Wspomnisz kiedyś moje słowa, ale będzie już za późno. Skończysz bosa i z poderżniętym gardłem w jakimś rowie, jak nie zmądrzejesz wreszcie. Jesteś bardziej naiwna niż Dawid w wieku piętnastu lat. A w ogóle to nie chce mi się z tobą gadać, tak mnie wkurzyłaś. Pa.

Uśmiech spełzł z ust Marioli niczym zaskroniec, który nagle dostał po żółtych uszach. Świetnie. I po co ja w ogóle dzwoniłam? Czyżby w tle leciała melodyjka z Hansa? Jasna cholera! Przegrywam na całej linii z dwoma podstarzałymi facetami w niemieckich mundurach. Świetnie. Heil Hitler!

Droga do Choszczna minęła w mgnieniu oka. Tłocząc się w przejściu do drzwi, Mariola wypatrzyła na peronie Ankę, kręcącą głową niczym sroka w poszukiwaniu znajomej twarzy. Zły humor Marioli odszedł w siną dal. Oby bezpowrotnie. Dziewczyny rzuciły się sobie na szyję. Jedna – wysoka blondyna na niebotycznych szpilkach, druga – średniego wzrostu szatynka w adidasach i lekko zmiętoszonych ciuchach.

– Mari, wyglądasz jak z krzyża zdjęta – powiedziała Anka po długawej i głośnej scenie powitania. – Dawaj toboły i jedziemy do domu. Tam długa ciepła kąpiel z kieliszkiem zimnego szampana, a dopiero później wszelakie ploteczki. – Zarzuciła na ramię plecak, mimo sprzeciwu Marioli, której została tylko niewielka torba z dokumentami i portfelem, i pociągnęła ją w stronę parkingu. Mariola zachichotała. – Czego rżysz?

– Jak byś zobaczyła siebie w tych szpilach i z plecakiem, też byś rżała

– Racja! Przebieraj szybko nogami, żeby nikt ze znajomych mnie nie zobaczył.

Wpakowały plecak do bagażnika małej niebieskiej corsy i Anka przydusiła pedał gazu.

– Czekaj, nie leć tak. Daj się przyjrzeć dawno niewidzianym widokom. O matko, jak tu się zmieniło. Dworzec odnowiony… na chodnikach równiutki polbruk… No, w końcu coś stałego – ta choinka przy cmentarzu identyczna jak zawsze. Nie pamiętam żadnego z tych sklepów…

– Nie zapamiętuj. Wczoraj spożywczy, dziś lumpeks, jutro coś innego. Najprawdopodobniej monopolowy, bo tylko te utrzymują się jako tako.

– Nie gadaj?

Anna pewnie prowadziła samochód znanymi sobie uliczkami.

– Serio. Mamy za to z sześć marketów, które oferują ci jedzonko najwyższej jakości. Lekko w nocy fosforyzuje, ale nie ma się czym przejmować. No i dają pracę wielu ludziom. Najczęściej magistrom wszelkiej maści, bo wiadomo, że na kasę magister najlepszy. Postudiował taki parę latek i przydało się jak znalazł. Napędzają też pracę biurową.

– To znaczy?

– No wiesz. Jak masz kupić jajko za osiemdziesiąt groszy albo za czterdzieści, to idziesz tam, gdzie taniej, prawda? Nie wnikasz, czy ta kura jadła robaczki i grzebała na podwórku, czy jadła mączkę z kukurydzy modyfikowanej i grzebała najwyżej w tyłku. I to raczej koleżanki niż swoim, bo do własnego w ciasnej klatce raczej by nie dosięgnęła. Więc małe sklepiki plajtują i ludzie idą do biura pracy. Hodowcom się nie opłaca i idą do biura pracy. Mówię przykładowo o jajkach, a ile towaru jest w marketach? Więc pomyśl sobie, jaki ruch jest w pośredniaku! Same korzyści, mówię ci.

Zakręt w prawo wzięła wyjątkowo ostro.

– A co ty taka cięta na te markety? Jakaś kontrola tam chyba obowiązuje. Sanepidy czy coś. W końcu one istnieją, bo mają klientów. I to całkiem sporo. Wystarczy iść do któregoś w sobotę. Zresztą nie tylko w sobotę. Sama chodzę.

– A myślisz, że ja nie chodzę? I to mnie wnerwia. Ludzie są jak muły. Lezie jeden za drugim i nie myśli wcale, że truje siebie i swoją rodzinę.

Na zakręcie w lewo Mariola omal nie zaryła głową w szybę.

– Strułaś się czymś czy co?

– Ja nie. Ale Olka kupiła niedawno jakieś superjogurty w superpromocji i Michalina wylądowała w szpitalu, a Hanka rzygała ze dwie godziny. A wszystko oczywiście w terminie, zdrowiutkie, ekologiczne i hermetycznie zamykane.

Mariola zerknęła na prędkościomierz.

– Ty się tak nie emocjonuj, bo zaraz jakiś koleś po fachu mandat ci wlepi.

– Phi… – prychnęła pogardliwie Ania. Nie wiadomo, czy pod adresem kolegów, czy marketów, ale ściągnęła nogę z gazu. Mimo to bardzo szybko znalazły się w niewielkiej, ale gustownie urządzonej kawalerce.

–Ale co z dziewczynkami, już OK? – zawołała Mariolka, dolewając do wanny pachnącego płynu. Zapewne z marketu – pomyślała, uśmiechając się pod nosem.

– Na szczęście OK, ale co się biedulki namęczyły, to masakra. A Olka od tej pory ma wstręt do wszelkiego nabiału. Nawet tego z małych osiedlowych sklepików, które się jeszcze cudem uchowały.

Po kąpieli i butelce martini Mariola poczuła, że nawet zapałki nie pomogą na opadające ze zmęczenia powieki. Jednym tylko uchem słuchała wciąż nadającej Anki, która na szczęście zorientowała się w sytuacji i zaproponowała łóżko.

– Nawet nie dyskutuj. Ja się prześpię na fotelu, a ty do wyrka. Spałam tak już nie raz. Jak się rozłoży, jest całkiem spory i wygodny. Co prawda do łazienki trzeba się wtedy przepychać bokiem, ale to nieistotny szczegół. Nie masz zapalenia pęcherza albo czegoś w tym stylu, prawda? – zapytała, nie wiadomo serio czy na żarty. – Kładź się już, bo wyglądasz jak naćpana, a uwierz mi, to dla mnie niestety codzienny widok.

Ostatnim przebłyskiem świadomości Mariolki była myśl, że mimo zmęczenia dawno nie przeżyła tak miłego wieczoru. I że jutro raczej nie będzie już tak miło.ROZDZIAŁ 3

Obudziła się po siódmej. Anna, ubrana już w mundur, kończyła kawę.

– Aaa… ja też chcę. – Mariola ziewnęła szeroko.

– Nalej sobie, jest pół dzbanka. Dobrze, że się obudziłaś. Proszę, to zapasowe klucze od domu. – Anna rzuciła na łóżko pęk żelastwa. – O dziewiątej jesteś umówiona z Franasem. Piotrek zerwie się z roboty około trzynastej i zawiezie cię do „Rapsodii”.

– Do czego?

– No mówię przecież. Tak nazywamy chatkę Frani. Tam po prostu muzyka wciska ci się na chama do uszu. Nawet jeśli jesteś głucha jak pień. Muszę lecieć. Dziś mam dwunastkę, więc będę w domu dopiero po dwudziestej pierwszej. Czuj się jak u siebie, zresztą nie muszę chyba tego mówić, nie? No to pa!

I już jej nie było. Mariola wzięła szybki prysznic, wypiła kawę (Jak to jest, że kawa przygotowana przez kogoś smakuje lepiej?), zjadła tosta i ruszyła na spotkanie.

–Pani Mariolu, tu są wszystkie dokumenty. Akt urodzenia i zgonu, akt własności nieruchomości i testament pani Franciszki. Proszę tylko podpisać upoważnienie dla mnie, a w try miga wszystko zrobimy. Już jestem umówiony w urzędzie skarbowym, więc najpóźniej do jutra wszystkie formalności zostaną załatwione.

Mariola, lekko spanikowana, spojrzała spod byka na mecenasa Franasa. Starszy pan, cały w skowronkach, energicznie potrząsał spoconą dłonią szczęśliwej spadkobierczyni.

– Ale panie mecenasie, po co ten pośpiech? Ja muszę najpierw zobaczyć… zorientować się…

– Oczywiście, oczywiście. Pojedziemy, obejrzymy, ale dokumenciki można już przecież złożyć w urzędach. Taka piękna posiadłość musi mieć wszystkie papiery w porządku.

– Piękna posiadłość? Przecież to prawie stuletni domek i trochę podwórka, nie dajmy się zwariować. Mąż i ja myślimy, żeby to sprzedać… – Patrzyła na dziwnie podnieconego mecenasa, z coraz większym zaniepokojeniem.

– Spokojnie, pomalutku. Decyzję podejmie pani po obejrzeniu domku, proszę nie działać pochopnie. Pani ciocia miała nadzieję, że to pani tam zamieszka, a nie jakiś przygodny kupiec. A już na pewno, Boże broń, nie Niemiec, który niedługo będzie mógł bezkarnie wykupywać polskie tereny. Bardzo się tym bulwersowała. Proszę obejrzeć, pomyśleć, posłuchać własnego serca, a dopiero później podjąć decyzję, bardzo panią proszę.

– A jaki pan ma w tym interes, żebym przyjęła ten spadek? O co właściwie panu chodzi? – Postanowiła pokazać, że nie jest pierwszą naiwną.

– Kompletnie o nic. – Pan mecenas lekko się obruszył. – Doskonale znałem panią Franciszkę i często bywałem u niej na herbatce z konfiturami. Żal by było nie znaleźć się tam więcej, ale to oczywiście tylko i wyłącznie pani decyzja. No więc dobrze, dziś niech pani pojedzie, rozejrzy się, a papierkami zajmiemy się jutro. O dziewiątej pasuje?

Po wyjściu z kancelarii otumaniona Mariola wybrała się na cmentarz. W przycmentarnym kiosku kupiła kilka zniczy i dwie donice pięknych, herbacianych chryzantem.

Mój Boże, ten cmentarz jest ze dwa razy większy niż za mojego ostatniego pobytu tutaj – pomyślała ze zdziwieniem.

Najpierw poszła na grób rodziców. Postawiła kwiaty i zapaliła dwa znicze.

Cześć mamo, cześć tato. Co tam u was? U mnie jakoś leci pomalutku. Wasz wnuk ma już dwadzieścia lat, dacie wiarę? Ciocia Frania zostawiła mi swój domek. No ale przecież wiecie, pewnie siedzi tam, na chmurce, razem z wami i się ze mnie nabijacie, że moje spokojne życie dostało kopa na rozpęd.

Starła pomnik i wyzbierała leżące dookoła liście. Dobre pół godziny po prostu stała, pozwalając myślom na wspomnienia, a oczom na łzy…

Znaleźć grób cioci Franciszki nie było wcale tak łatwo. Świeżych mogił obłożonych wieńcami i bukietami lekko już przywiędłych kwiatów było całkiem sporo. Udało jej się po jakimś kwadransie.

Ciociu, tak mi przykro, że nie byłam na twoim pogrzebie. Zawiadomili mnie dopiero po otwarciu twojego testamentu. Oczywiście, że przyjechałabym nawet z końca świata… Oczywiście, że tak. Ciociu, ucałuj moich rodziców i powiedz im, że bardzo ich kocham. Ciebie też.

Zapaliła resztę zniczy i pomału skierowała się do bramy wyjściowej.

Trochę zdenerwowana czekała na placu pod fontanną na mogącego przybyć w każdej chwili Piotrka. Co o niej pomyśli? Nie widzieli się dziesięć długich lat. Dla mężczyzny to pikuś, ale jej kobieca duma może zostać urażona, jeśli zobaczy na twarzy kuzyna zdziwienie albo jeszcze gorzej – litość. Co prawda to tylko kuzyn, ale zawsze facet. Była średnio zadbaną ryczącą czterdziestką. Brązowe włosy, rozjaśnione lekko niby naturalnym słońcem, sięgały za podbródek. Klasyczne obcięcie na pazia pozwalało jej albo grzecznie ulizać fryzurę, albo zaszaleć i natapirować się na wampa, z czego zresztą nigdy nie skorzystała. Nie uważała się za piękność, według własnej opinii miała za duży nos i za małe usta, ale niebieskim oczom nie mogła niczego zarzucić. Nie za bardzo zwracała też uwagę na strój. W końcu gdzie się miała stroić? W pracy obowiązywał fartuch medyczny, a w domu kuchenny. Na spacer z psem najlepszy był dres, a na wielkie gale jakoś nikt jej nie zapraszał. Zresztą nawet gdyby zapraszał, to i tak Jerzy miałby to gdzieś, a najgorsze, co może być, to samotna czterdziestka w towarzystwie samych par. Na spotkanie z mecenasem ubrała się w jedyną garsonkę, jaką posiadała, a na wyjazd do leśnej głuszy założyła zwykłe dżinsy i buraczkowy T-shirt. Całości dopełniał lekki fiołkowy sweter. Mimo połowy października była piękna, złota jesień. W każdej chwili mogła jednak zmienić się w paskudną pluchę, więc należało korzystać z pogody, póki była.

– Mari, siostrzyczko, nic się nie zmieniłaś!

Podskoczyła ze strachu jak głupia gąska, a nie stateczna łabędzica, co spowodowało u Piotra wybuch śmiechu.

– No może jednak trochę. Tamta Mari, którą znałem, nie dawała się tak łatwo podejść.

Piotr za to się zmienił. I to sporo. Nadal jednak uśmiechał się szeroko, pokazując wszystkie zęby. No może już nie wszystkie, ale w ubranym w grafitowy garnitur mężczyźnie nie mogła dopatrzyć się małego Boba Budowniczego. Owszem, zbudował sobie niezły mięsień piwny, ale dodawał mu on tylko powagi.

– Spasłem się jak świnia, wiem – skomentował Piotr jej niewypowiedziane uwagi. – Ale to wszystko wina Aleksandry. Jakbyś spróbowała jej gulaszu z kluskami albo pieczeni z karkówki, też nie dałabyś rady zachować swojej mizernej, chuderlawej sylwetki. Założę się, że Jurek też jest przystojnym facetem, tak jak ja. Bo wy, baby, ciągle się odchudzacie, a że natura próżni nie lubi, więc my tyjemy, żeby utrzymać tę równowagę.

Całą tyradę Piotrek wygłosił tak poważnym tonem, że Mariola zwątpiła. Wydurnia się, czy taki z niego buc? Po chwili jednak Piotr błysnął dziurą po górnej lewej trójce i oboje zaśmiewali się jak dzieciaki sprzed lat.

– Siadaj, Mari.

Otworzył przed nią drzwi wypasionego merca.

– Wow, braciszku. Widzę, że się powodzi nie najgorzej.

– Nie narzekam. Choć jeśli mówisz o aucie, to wziąłem je niedawno w leasing. Jeszcze miesiąc temu jeździłem zwykłą corollą, ale Ola się wygłupia, że jako szef powinienem trzymać fason. No nie powiem, ten jej wygłup całkiem mi się spodobał. Zresztą na co dzień i tak poruszam się rodzinnym vanem, bo nie chcę zejść na serce.

Mina Marioli musiała dać Piotrkowi do zrozumienia, że nie nadąża ona za jego tokiem myślenia, bo zaśmiawszy się, wyjaśnił:

– Mam dwie córki, które ciągle jedzą. A im więcej czekolady i im więcej się kruszy, tym lepsze.

– No, teraz wszystko jasne.

Piotrek uśmiechnął się przepraszająco do dawno niewidzianej kuzynki.

– Wybacz, że nie zapraszam cię na kawę czy coś, ale mam mało czasu. O siedemnastej muszę wpaść jeszcze do firmy, więc jeśli jesteś gotowa, to jedziemy, OK?

– Jedziemy.

Droga nie była długa, a Piotrek był doskonałym kompanem. Mariola w myślach śmiała się ze swoich wcześniejszych obaw. Wszelki potencjalny dystans, jaki sobie wyobrażała, zniknął bez śladu. No ale przecież z Anią czuła się tak, jakby rozmawiały codziennie twarzą w twarz, a nie raz w miesiącu, wymieniając maile i SMS-y. Więc niby czemu z jej bratem bliźniakiem miałoby być inaczej?

Jechali przez piękne złoto-bordowe tunele utworzone przez drzewa rosnące wzdłuż szosy. Niektóre straszyły już co prawda nagimi gałęziami, ale większość pyszniła się niesamowitymi jesiennymi barwami.

– O matko… Zapomniałam już, jak tu pięknie.

– Czekaj, zaraz zjedziemy z głównej drogi. Wtedy dopiero będzie pięknie.

Po kilku minutach Piotrek skręcił kierownicą mocno w prawo i wjechali w wąską asfaltową dróżkę gminną. Zwolnił do trzydziestu na godzinę.

– Otwórz okno i oddychaj.

Mariola zaczerpnęła haust jesiennego, wilgotnego powietrza. Zapach liści, wiatru i Bóg wie jeszcze czego całkowicie ją oszołomił. Piotrek uśmiechnął się pod nosem.

– Założę się, że w tym powietrzu jest co najmniej dziewięćdziesiąt procent czystego tlenu. Powinniśmy pakować je we flaszki i wysyłać na Śląsk, dopiero zrobilibyśmy interes. Albo weź parę litrów do swojego Przemyśla, Jerzy od razu zmieni plany co do „Rapsodii”.

– A ty skąd wiesz?

– Anka mówiła, że zamierzasz ją sprzedać.

W jego głosie Mariola wyczuła cień urazy.

– No co ty. Jeszcze nie podjęłam żadnej decyzji.

Nie wiadomo czemu poczuła się winna.

– Dobra. Skup się teraz i nie gadaj. Za chwilę będziemy na miejscu.

Zwolnił jeszcze trochę, a Mariola zaczęła główkować. O co im wszystkim chodzi? O co tyle hałasu? Najpierw mecenas, teraz Piotr. Ania też się nabuczyła przez chwilę podczas telefonicznej rozmowy. Sentyment chyba. Bo raczej nie wielkie skarby ukryte w skrytce pod podłogą. Skończył się asfalt i wjechali na urokliwą, brukowaną uliczkę. Minęli drogowskaz z napisem „Jagodzice 1 km”. Jeszcze chwila. Jeszcze moment i znów będzie można poczuć się jak za starych, dobrych czasów, gdy mała Andzia z trochę większą Mari podkradały kurom jajka, a Piotruś vel Bob Budowniczy budował dla kur saunę z opałowego drewna cioci Frani.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: