„Ze wszystkimi swoimi bohaterami odczuwam silną więź” – rozmowa z Martą Guzowską

Archeolog, naukowiec, pisarka, nałogowa czytelniczka, fanka ebooków i współautorka bloga. Emanuje pozytywną energią i poczuciem humoru. Do napisania książki przygotowuje się jak naukowiec. Marta Guzowska w rozmowie z Virtualo opowiedziała o swojej pracy archeologicznej, o pisarskich inspiracjach, o tym, co najbardziej lubi w swoich bohaterach, a także o tym, jak to się stało, że w jednej z powieści uśmierciła… swoich przyjaciół.

Jest Pani bardzo aktywną osobą. Wiele Pani podróżuje, jest Pani czynna zawodowo, współprowadzi Pani blog Zbrodnicze Siostrzyczki, pisze Pani książki i przede wszystkim – jest Pani mamą. Jak znajduje Pani na to wszystko czas? Jak radzi sobie Pani z tyloma aktywnościami?

Nie radzę sobie (śmiech). Jestem osobą, która jest w wiecznym niedoczasie, która ma kurz pod kanapą, która gotuje kiepsko, a najlepiej wcale, której mąż często mówi „Kochanie, co mam kupić, bo ty na pewno zapomniałaś pójść do sklepu?” (śmiech). Niestety, jak się ma tyle zajęć, trzeba uszeregować priorytety. Dla mnie najważniejsza jest rodzina, a tuż za nią – książki. Kurz pod kanapą czy słaba kolacja nie są na mojej liście priorytetów. Na szczęście mam taką rodzinę, której nie przeszkadza ten kurz i to nie zawsze udane jedzenie. Co prawda narzekają, że tak dużo mnie nie ma, ale wiem, że są ze mnie bardzo dumni. Myślę, że po prostu dobrze się dobraliśmy i mamy mniej więcej podobne priorytety. A moje życie jest nieustannym wyborem: co zrobię dzisiaj? Czy napiszę rozdział, czy posprzątam? Czy napiszę rozdział, czy pójdę kupić sobie spódnicę? Czasem kupię spódnicę, ale częściej napiszę rozdział (śmiech).  

A co z pracą archeologiczną? Gdzie jest jej miejsce?

Praca archeologiczna póki co nie ma swojego miejsca. Mam do dokończenia kilka drobiazgów do projektów. Natomiast nie zaczynam nic nowego. Nie wiem, szczerze mówiąc, jak to będzie. Chciałabym poświęcić czas archeologii, to jest moje wielkie życzenie, ale nie wiem, jak się sprawy rozwiną. Na razie muszę skupić się na powziętych zobowiązaniach. Poza tym, w tej chwili tak mocno zaangażowałam się w książki, że w moim życiu zrobiło się mało miejsca. Ale z drugiej strony, rodzina mnie trochę mniej obarcza, bo dzieci są coraz większe. Mam nadzieję, że w przyszłości to miejsce dla archeologii się znajdzie.

Tęskni Pani za tą atmosferą wykopalisk?

Strasznie. Do Instytutu na pewno nie wrócę, ale jest cała masa archeologów-freelancerów, więc mogę spokojnie funkcjonować w ten sposób. Na pewno nie byłaby to praca na pełen etat, tylko raczej udział w projektach, co w zupełności by mi wystarczyło.

A co z działalnością akademicką? Wykłada Pani jeszcze okazjonalnie?

Póki co w ogóle nie wykładam. Ale powiem wam, że będę prowadzić kurs pisania kreatywnego. Bardzo się na to cieszę i od jakiegoś czasu się już przygotowuję. To będzie wykład o reaserchu przed pisaniem oraz cykl ćwiczeń. Nie mogę się doczekać, ponieważ od dawna nie prowadziłam żadnych zajęć. Brakuje mi akademickiej atmosfery i co za tym idzie – kontaktu z ludźmi. W ogóle zawód pisarza to zawód bardzo samotny. Jak się nie jest samemu, to się nic nie pisze. Jestem bardzo towarzyską osobą, więc jak mam towarzystwo, to po prostu nic nie napiszę. Muszę być sama, muszę być trochę znudzona tą samotnością, żeby usiąść i zmobilizować się do pisarskiej pracy. A jest to bardzo ciężka praca, wierzcie mi. Trochę mi samotność doskwiera. Nie powiem, ma to pewne zalety, ale i mnóstwo wad. Może nie zniosłabym pracy akademickiej na pełen etat, ale okazjonalnie – bardzo chętnie. 

Kiedy zaczynała Pani swoją przygodę z pisaniem, była Pani czynnym archeologiem. Czy nie obawiała się Pani, jak środowisko archeologiczne, naukowe odbierze to, że tworzy Pani literaturę popularną?

Bardzo się obawiałam. Rozważałam nawet na początku tworzenie pod pseudonimem, ale odradził mi to mój ówczesny redaktor z W.A.B., wspaniały Filip Modrzejewski. Powiedział, że – oczywiście – jeżeli się uprę, to wydawnictwo mi tego nie zabroni, ale on osobiście uważa, że to nie jest dobry pomysł. Jeśli zacznę wydawać kolejne książki, zaczną się spotkania autorskie, prędzej czy później i tak wyda się, kim jestem. Po co mi taki dysonans? Pomyślałam sobie, że zaryzykuję. Faktem jest, że bałam się, zwłaszcza przy pierwszych książkach. Ostatecznie ci, którym się nie podobało, póki co się nie ujawnili. Dostałam za to wiele pozytywnych komentarzy ze środowiska archeologów. Wiele z nich powtarzało, że nareszcie ktoś opisał, jak to naprawdę wygląda – że nie jest to Indiana Jones ani Lara Croft.

Co prywatnie czyta Marta Guzowska?

Wszystko. Mam takie okresy, że np. wolę non-fiction, a potem wracam do fikcji. Kiedy mam dość literatury gatunkowej, sięgam np. po Pamuka, czy coś z wyższej półki. I tak sobie myślę, hmm, nowy Harlan Coben… (śmiech). Moje czytelnicze wybory są bardzo różnorodne. Teraz np. czytam Elenę Ferrante, z lekkim opóźnieniem, ponieważ świat zachwycił się nią już jakiś czas temu. A ja w tym roku byłam w Neapolu, miałam Ferrante na czytniku i postanowiłam poczytać. Wpadłam kompletnie w ten świat. To jest literatura wysoka i póki co absolutnie mnie nie ciągnie, by sięgnąć po coś popularnego.

A co z monitem konkurencji? Z pewnością czyta Pani polskie kryminały?

Czytam, ale nie wszystko. Mam swoich ulubionych autorów. Mam też pisarzy, do których zerkam czasami, np. kiedy jestem poproszona o recenzję. Nie trzeba czytać, żeby wiedzieć, co robi konkurencja, można z nimi porozmawiać, pójść na piwo (śmiech). Na szczęście pisarze kryminałów – może wbrew tematyce, którą się zajmują – są bardzo przyjaznym środowiskiem i lubią się nawzajem.

Miło to słyszeć.

Tak, może po prostu wszystkie negatywne emocje przelewamy na papier i zostają te pozytywne (śmiech).

Które książki wpłynęły na Panią jako pisarkę? Które książki, może te z dzieciństwa, Panią ukształtowały?

Za każdym razem, kiedy jestem proszona o podanie listy 10 ulubionych książek, ta lista jest inna – a, zapomniałam o tej, a, tym razem wspomnę o tej itd. Mogłabym tak samo odpowiedzieć na to pytanie. Ciężko jest mi podać, które książki mnie ukształtowały. Kiedy się przymierzałam do napisania pierwszej powieści i jeszcze nie bardzo wiedziałam, jak to zrobić, postanowiłam podejść do tematu jak naukowiec. Wzięłam książkę Czubaja i Burszty Krwawa setka, gdzie autorzy zawarli listę 100 najlepszych powieści kryminalnych. Po prostu przeczytałam je wszystkie. Miałam wówczas obraz tego, jak mniej więcej wyglądają kryminały z różnych nurtów.

Mnie na przykład Głowa Niobe skojarzyła się z powieścią I nie było już nikogo (poprzednio Dziesięciu murzynków) Agathy Christie. Grupa bohaterów zamkniętych w jednym miejscu, zaczynają ginąć po kolei.

Na pewno to była inspiracja, ale niekoniecznie akurat Dziesięciu murzynków. Jest taka grupa powieści kryminalnych – po angielsku „Who done it?”. Fabuła jest oparta na tym, że jest ograniczona liczba podejrzanych. Nikt nie może przyjść z zewnątrz i nikt nie może wyjść na zewnątrz. To są właśnie powieści Agathy Christie. Nawet te, gdzie teoretycznie jest otwarta przestrzeń, ale nikt nie przychodzi z zewnątrz, jakby nie było społeczeństwa.

Tak, chociażby Morderstwo w Orient Expressie.

Właśnie. Chciałam napisać taki kryminał, w którym nie ma społeczeństwa. Ponieważ nie żyjemy w czasach Agathy Christie, musiałam to jakoś uzasadnić. Wymyśliłam więc burzę śnieżną. Pracuję teraz nad thrillerem, którego szkielet fabuły jest podobny – akcja będzie się działa w centrum handlowym zamkniętym na majowy weekend. Liczba bohaterów również będzie ograniczona i będzie to zamknięta przestrzeń. Będzie to bardziej thriller niż kryminał, ale zasada podobna: nikt z zewnątrz, nikt na zewnątrz się nie wydostanie.

Wspomniała Pani o researchu, który jest z reguły początkiem Pani pracy nad książką.

To jest tak: rzadko robię reaserch zanim zacznę pracować. Zazwyczaj na początku opracowuję bohaterów, staram się dopracować ogólny pomysł – choć w trakcie pisania często go zmieniam. Kiedy piszę pierwszy szkic, zaznaczam sobie: „tu doczytaj to”, „tu sprawdź to”.  Chyba że stanie się tak, że zatrzymam się w martwym punkcie. Przy Chciwości miałam taki moment. Wiedziałam, że ma być grypa hiszpanka, ale nie wiedziałam, co ma się w związku z nią wydarzyć. Przeczytałam więc dwie książki o grypie hiszpance i poszło gładko (śmiech). I rzeczywiście, nie ruszyłabym dalej, gdyby nie te książki. Z reguły staram się napisać pierwszy szkic bez opóźniania pracy, płynnie. Dopiero później wypełniam sobie te dziury.

Czy zawsze opisuje Pani miejsca, w których Pani była?

Zawsze. Nigdy nie pisałam o miejscu, w którym nie byłam. To trochę moje przekleństwo, ponieważ jest kilka miejsc, o których chętnie bym napisała, ale nigdy tam nie byłam. Są na przykład polskie wykopaliska w Peru, w Castillo de Huarmey. Znaleziono tam kilkadziesiąt ofiar złożonych w grobie – no cudowny temat na kryminał. Ale niestety tam nie byłam.

Trzeba się dobrze przygotować, ponieważ czytelnicy nie lubią błędów.

To prawda. Sokole oko do błędów ma moja mama – jest moją najbardziej wnikliwą czytelniczką. Przy Czarnym świetle zwróciła mi uwagę na to, że jest taka scena, kiedy jeden z bohaterów wychodzi z imprezy, a kilka stron później odzywa się przy stole. Nikt tego nie wyłapał – ani ja, ani mój redaktor – a książka poszła już do druku. To była bardzo skomplikowana scena, którą przerabiałam kilka razy, dlatego pewnie wkradł się błąd.

Archeolog to człowiek z misją, poświęcony idei. Tymczasem stworzyła Pani postać, która swoją postawą tej misji przeczy. Jak to było z Simoną, która z jednej strony jest archeologiem, a z drugiej - złodziejką?

Tak, to prawda, Simona jest w zasadzie antyarcheologiem. To była moja piąta książka i wtedy chyba już się odważyłam coś takiego napisać. Inspiracją do powstania Simony był Arsene Lupin. To był taki serial, który leciał w czasach mojego dzieciństwa i opowiadał o dżentelmenie-włamywaczu. Lupin był zawsze elegancko ubrany, uwodził kobiety i… wynosił klejnoty. Nie miał on nic wspólnego z archeologią, ale pomyślałam, że ciekawie byłoby stworzyć taką postać. Uznałam, że dobrze, gdyby to była kobieta. Simona nikogo nie zabija, nie jest gwałtowna ani brutalna. Wyszłam z założenia, że pozytywni bohaterowie są nudni. Im bardziej kontrowersyjny jest bohater, tym większą uwagę czytelnika przyciąga.

A czy Pani lubi Simonę?

Oczywiście! To jest moje dziecko, uważam, że jest fajną bohaterką. Najbardziej lubię w niej to, że jest taka niekonsekwentna. Ułoży sobie te reguły, zgrywa dzielną, a potem, jak się w coś wpakuje, wszystkie te reguły biorą w łeb. Uważam, że tak naprawdę wygląda życie: człowiek sobie coś zaplanuje, a potem nic z tego nie wychodzi. Simona jest przez to prawdziwa.

W takim razie nie mogłabym o to nie zapytać: ile jest Pani w Simonie?

No, trochę jest, tego nie da się ukryć. Na pewno to, że jestem strasznie niecierpliwa. Oprócz tego obie jesteśmy perfekcjonistkami – przynajmniej w pracy. Na pewno te dwie cechy.

Simona to nie jedyna protagonistka Pani powieści. Mario Ybl – tę postać można by podsumować krótko: kobiety kochają drani.

I ja też go kocham! Choć trzeba przyznać, że Mario to nie jest ktoś, z kim dałoby się spędzić życie. Można natomiast spędzić z nim krótki czas (śmiech). Ja mam to szczęście, że spędzam z nim troszkę więcej czasu, bo gdy o nim piszę, to trwa parę miesięcy. Miałam jednak moment, gdy byłam już Mariem trochę zmęczona. Być może rzeczywiście nie jest to facet na życie (śmiech). Ale teraz zaczynam za nim tęsknić, więc może niebawem powróci. Na pewno planuję przynajmniej jeszcze jeden tom o Mariu, który mam już dosyć szczegółowo obmyślony. Tym razem Mario będzie w Jerozolimie.

Tom Mara, tytułowy Ślepy archeolog, to kolejna ciekawa postać w Pani dorobku. Wydaje się, że zmysł wzroku jest niezbędny do pracy archeologa. Czy spotkała Pani kiedyś taką osobę? Czy sądzi Pani, że możliwe jest wykonywanie pracy archeologa przez osobę, która nie widzi?

Odpowiem Pani trochę przewrotnie. Rozmawiałam ostatnio z Lee Childem na ten temat. Powiedział mi, że to naprawdę nie jest ważne, czy to, co opisujesz jest prawdziwe. Ważne, aby czytelnik w to uwierzył. Ja nie znam żadnego niewidomego archeologa, wydaje mi się, że byłoby to niemożliwe albo bardzo trudne. Ale nie ma to żadnego znaczenia, bo to nie jest literatura faktu. Przyznam szczerze, że chwilami w pracy archeologa przeszkadzało mi to, że muszę się trzymać faktów. Czasami aż chciałoby się te fakty tak cudownie rozciągnąć (śmiech). A tu, w pracy pisarza, obowiązuje licentia poetica, a to znaczy, że wszystko mi wolno napisać. Wolno mi więc stworzyć ślepego archeologa, ale muszę to zrobić na tyle sugestywnie, by czytelnik uznał go za realną postać.

Skąd w takim razie pomysł na takiego bohatera?

Ten pomysł mogłabym opisać tak: zagadki ludzkiego mózgu. Byłam kiedyś na lunchu z przyjaciółką i tak sobie gadałyśmy o książkach. W pewnym momencie zapaliła mi się w głowie lampka. Czytałam kiedyś coś, co mnie zainspirowało. Dawno, dawno temu w starej „Fantastyce” były takie powieści we wkładkach. Chyba nawet nikt nie dostawał za nie tantiemów. Najczęściej to były krótkie nowelki. Czytałam nowelkę Kima Stanleya Robinsona Ślepy geometra. Pamiętałam z niej tylko tytuł – naprawdę nie miałam pojęcia, o czym to było. Tylko ten tytuł zapadł mi w pamięć. Zapaliła mi się lampka Ślepy archeolog. Kompletnie nie wiedziałam, o czym to będzie. Wiedziałam natomiast, że taki tytuł będzie nosić moja następna książka.

Czyli tak naprawdę inspiracje spływają na Panią zewsząd, w bardzo niespodziewanych momentach.

Tak, nawet wtedy, kiedy tych inspiracji wcale nie poszukuję.

Czy podczas wielu lat pracy przy wykopaliskach spotkała się Pani z sytuacją podobną do tej opisanej w Ślepym archeologu czy Ofierze Polikseny, kiedy to znaleziono szczątki, które zdawały się współczesne?

Osobiście nie. Natomiast taką historię opowiedział mi jeden z moich przyjaciół, który jest Grekiem i pracuje obecnie w Muzeum Narodowym w Atenach. Wtedy był jeszcze studentem i pracował przy wykopaliskach bizantyjsko-rzymskich. Znaleziono wówczas szkielet. Wszyscy z okolicznej wioski zlecieli się, by go zobaczyć. Podobno jedna kobieta zaczęła krzyczeć i zemdlała. Na szkielecie były szczątki sukienki. Okazało się, że kilkadziesiąt lat temu żyły we wsi dwie siostry. Jedna z nich zakochała się w pasterzu. Ojciec był przeciwny temu związkowi. Dziewczyna zniknęła. Wszyscy byli przekonani, że uciekła z tym pasterzem. Prawdopodobnie jednak ojciec ją zamordował i pogrzebał. I ta druga siostra, po latach, rozpoznała resztki sukienki, w której zniknęła pierwsza.

Opisy miejsc w Pani książkach nierzadko odbiegają od tego, co widzimy np. w broszurach biur podróży. Czy to Pani perspektywa? To Pani w ten sposób zapamiętała te miejsca?

Prawda jest w oku patrzącego. Jest tak, jak widzimy. Moje powieści są pisane w pierwszej osobie, więc to nie mówię ja, tylko mój bohater. Zawsze staram się opisać te miejsca przez pryzmat tego, jak zobaczyłaby je ta konkretna osoba. Na przykład ja zachwycam się jakimiś miejscami, których Mario nie lubi. Ale ja jestem inną osobą niż Mario. Przykładam bardzo dużą wagę i dużo pracy wkładam w ukształtowanie moich bohaterów. Kiedy już ich dobrze poznam, wystarczy po prostu dać im mówić. Wszystkie opisy to wrażenia konkretnego bohatera, uzależnione od tego, jaki on jest, czy się spieszy, czy jest zmęczony itd. Wydaje mi się, że nikt nie widzi tych miejsc w taki sam sposób.

Czy wśród stworzonych przez Panią bohaterów jest jakiś, z którym się Pani szczególnie utożsamia, który jest Pani najbliższy?

Nie mogę powiedzieć, że się utożsamiam, natomiast wszyscy są mi bardzo bliscy. Przez tę pierwszoosobową narrację bardzo zbliżam się z moimi bohaterami. Lubię ten tryb opowieści, ponieważ wydaje mi się bardzo osobisty i wciąga czytelnika. Ale to nie jest utożsamianie, to jest taka bliskość.

Może jak aktor, który wciela się w rolę?

Może tak. Ja rzeczywiście widzę świat ich oczami, ale to nie jest utożsamianie. W pewnym momencie przecież przestaję być tą osobą. Ze wszystkimi swoimi bohaterami odczuwam silną więź, dlatego nie lubię, jak ktoś ich krytykuje (śmiech).

A czy te postaci zostały przez kogoś zainspirowane, np. przez kogoś z Pani otoczenia?

Nie, ja najczęściej biorę sobie jakiś szczegół wyglądu i czasem pożyczam sobie imię. I faktycznie – w moich książkach roi się od bohaterów, którzy noszą nazwiska moich przyjaciół. Absolutnym szczytem jest to, co zadziało się w Ślepym archeologu. Jeden z moich bliskich przyjaciół pewnego razu przychodzi do mnie i mówi: „Słuchaj, Marta, mam do ciebie taką nietypową prośbę. Czy mogłabyś mnie zabić w swojej najbliższej książce?” (śmiech). Odpowiedziałam, że nie ma sprawy. Dodał: „A czy mogłabyś też zabić moją żonę?” (śmiech). „– A ona o tym wie? – No, powiem jej” (śmiech). Dogadaliśmy się w tej kwestii, a Ślepy archeolog właśnie im został zadedykowany. W fabule książki zostali zabici polscy turyści – i to są właśnie moi przyjaciele, którzy chwalą się, że stracili życie w powieści – na ich specjalne życzenie. Po przeczytaniu tej książki moja mama zadzwoniła do mnie przerażona: „– Coś ty tam napisała?! Wojnarów zabiłaś! – Ale mamo, Piotrek mnie prosił. – Jak to cię prosił?! Bo ja się tak strasznie zdenerwowałam!” (śmiech).

Główni bohaterowie Pani powieści mają zagraniczne imiona i nazwiska.

Tak. Staram się, by moich bohaterów nie dało się łatwo wsadzić w jeden kraj. Na przykład Mario Ybl to połączenie węgierskiego nazwiska z włoskim imieniem. Bardzo mi na tym zależało, by nie można było powiedzieć: to jest Polak, to jest Niemiec. To dlatego, że archeolodzy są bardzo międzynarodową grupą. Na wykopaliskach są różne nacje, ale nikt nie patrzy na innych przez pryzmat narodowości.

Czy zdradzi Pani, jakie są Pani plany na przyszłość? Kiedy następna książka i o czym będzie?

Jestem teraz zaangażowana w nowy projekt, mianowicie serial audio. Nie pisze się go kompletnie inaczej niż powieści, ale jednak trzeba inaczej rozłożyć akcenty. Potem planuję thriller o centrum handlowym, o którym już wspominałam. Co dalej? Póki co nie wiem, to są dwa duże projekty, z których muszę się wywiązać.

To ciekawe – czy napisanie serialu audio znacznie różni się od pisania powieści?

Różnica polega na tym, że muszę podzielić tekst na równej długości odcinki, z których każdy musi się kończyć cliffhangerem. Napisałam szkic i teraz pracuję nad tym, by przesunąć te akcenty, zamienić miejscami pewne sceny itd.

Czy sądzi Pani, że audiobooki w odcinkach, jak seriale, to przyszłość?

Trudno mi powiedzieć. Dla mnie to na pewno ciekawe wyzwanie. Pisarz może wpaść w rutynę, a to jest na pewno coś innego.

Można powiedzieć, że jest to powrót do korzeni. Pierwszymi „serialami” były właśnie powieści drukowane w gazetach w odcinkach. Tak publikował np. Sienkiewicz – ludzie czekali na kolejny odcinek jego powieści z ogromną niecierpliwością, jak my dzisiaj na kolejny odcinek serialu.

Również mam taką przeszłość. Kiedy byłam dzieckiem, już czytającym powieści kryminalne, stałam codziennie w kolejce po „Express Wieczorny”. To ówczesna gazeta, która wydawała w odcinkach powieść Coma Robina Cooka. Lubię tę odcinkowość i czekanie na ciąg dalszy. Chociaż teraz, w dobie Netfliksa, oglądam po kilka odcinków naraz. 

Dziękujemy za rozmowę.