Facebook - konwersja
Bomba - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Bomba - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-280-6588-8
Język:
Polski
Data wydania:
6 lutego 2019
Rozmiar pliku:
2,8 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
30,99
Cena w punktach Virtualo:
3099 pkt.

Bomba - opis ebooka

Diana to córka kongresmena, która musi być idealna. Rashid to muzułmanin, który chciałby być dla innych nie tylko muzułmaninem. Z to sierota, który chciałby stać się dla kogoś ważny. Tad to homoseksualista, który właśnie ogłosił coming out. Frankie to sportowiec, który skrywa tajemnicę. Cas to klarnecistka, która chciałaby być szanowana. Szóstka uczniów szkoły średniej poznaje się w dramatycznych okolicznościach. W ich szkole ktoś podkłada ładunki wybuchowe. Uwięzieni w zniszczonym budynku wspólnie starają się przetrwać. Po pewnym czasie okazuje się, że bombę podłożyło jedno z nich…

FRAGMENT KSIĄŻKI

13.51

– Nie kłóćcie się – powiedziała Cas od drzwi, za którymi zniknęli właśnie Frankie i Z. W jej oczach błyszczały łzy, kiedy pytała: – Możemy włączyć z powrotem radio? Może powiedzą, że wreszcie ktoś nadchodzi.

Rashid włączył odbiornik i podszedł, żeby pomóc Tadowi. Rozległ się szum, a potem spiker oznajmił, że strażacy robią postępy. Pożar został ograniczony do zachodniej części szkoły i istniała nadzieja, że wkrótce uda się go całkowicie ugasić.

– Policja zatrzymała w związku z tą sprawą jedną osobę, która jest w tej chwili przesłuchiwana. Prowadzone są też poszukiwania drugiego sprawcy tego straszliwego zamachu. Nasze źródła potwierdzają, że jest nim jeden z uczniów uwięzionych na pierwszym piętrze budynku. Jak dotąd wybuchły cztery bomby, lecz wygląda na to, że w szkole znajduje się jeszcze piąty ładunek, który w każdej chwili może zostać zdetonowany.

Kolejna bomba mogła za chwilę wybuchnąć, a odpowiedzialne za to było jedno z nich.Wcześniej tego samego dnia… 08.35. Diana. Rozdział 1

Wystarczyło się uśmiechać i odpowiednio ubierać, a wszyscy mieli cię za kogoś wyjątkowego. Kiedy wyglądasz jak człowiek sukcesu, ludzie odruchowo uważają, że naprawdę nim jesteś. Jej rodzice byli o tym głęboko przekonani. Na tym opierała się kariera jej ojca. Chcieli, żeby Diana także w ten sposób myślała.

I tak było – tylko że Diana się za to nienawidziła.

– Pozory są najważniejsze – powtarzała jej macocha tak często, że Diana miała ochotę wrzeszczeć. Ale krzyki byłyby nieeleganckie. No i co by o niej pomyślano! Wszystko to sprawiało, że Dianę jeszcze bardziej kusiło, żeby zacząć wrzeszczeć z całych sił.

– Zawsze staraj się dokonywać odpowiednich wyborów – pouczała nieustannie macocha. – Wszystko, co robisz, ma znaczenie i wpływa na wizerunek twojego ojca oraz na odbiór poglądów, które prezentuje. Pomyśl tylko, co powiedzieliby jego wrogowie, gdybyś miała słabe oceny albo nie była najlepsza na swoich dodatkowych zajęciach. Jeśli jego własna córka nie będzie sobie radzić w szkole, zaczną kwestionować jego zaangażowanie w sprawy edukacji. Przeciwnicy twojego ojca zawsze szukają pretekstów, żeby wytykać go palcami i twierdzić, że nie jest godzien swojego stanowiska. Że my wszyscy nie jesteśmy go godni. Więc nie możesz pozwolić sobie na nieuwagę ani na to, żeby twoje oceny się pogorszyły, bo inaczej zaszkodzisz swojemu ojcu, a co najgorsze, przeszkodzisz mu w realizacji planów.

Diana spojrzała na strój, który sobie na dziś dobrała. Po szesnastu latach doskonale wiedziała, jakie szczegóły zwracają uwagę i co ludzie pomyślą na jej widok.

Stylowe białe dżinsy. Gustowna różowa bluzka. Ale nic przesadnie drogiego, bo to budziłoby zazdrość. Ubrania nie mogły być też nadmiernie obcisłe – to sprawiałoby niewłaściwe wrażenie. I wszystko musiało być wyprasowane. Pogniecione ciuchy sugerują lenistwo. A nikt nie ufa leniwym ludziom. Jeśli chcesz dostać w życiu to, na czym ci zależy, musisz wzbudzać zaufanie – nawet jeśli zamierzasz je potem zawieść.

Jej ojciec osiągał ten cel za pomocą idealnie dopasowanych garniturów, których oficjalną sztywność przełamywał zawsze brak krawata i rozpięty guzik koszuli.

Wyglądał jak przeciętny człowiek. Sprawiał przyjazne wrażenie. Stanowił ucieleśnienie powszechnych wyobrażeń o idealnym ojcu i byłym wojskowym specjaliście od łączności, dla którego najbardziej liczą się rodzina i ojczyzna. W każdym razie tak musiano go postrzegać, skoro wygrał wybory. Ciężko pracował, żeby zapewnić sobie reelekcję, a zadaniem jego żony i córki – zadaniem Diany – było nie popełnić żadnego błędu, przez który elektorat zacznie się zastanawiać, czy nadal chce go na stanowisku.

Bułka z masłem.

– Katherine?! – krzyknęła, wiedząc, jak bardzo macocha nie znosi podnoszenia głosu. Zero odpowiedzi. Pewnie zdążyła zejść na dół. A tata brał już udział w jakichś spotkaniach. Diana przygryzła wargę i sięgnęła po małe złote kolczyki, które dostała od Katherine na szesnaste urodziny, po czym dodała do nich wisiorek ze złotym krzyżykiem, który w teorii był prezentem od ojca. Udawała, że nie zauważa, jak jeden z asystentów podaje mu pudełeczko, o którym ojciec do tej pory wyraźnie nie miał pojęcia.

– Ostateczny efekt zależy od drobnych szczegółów – powtarzała Katherine. – Ludzie zwracają uwagę na detale.

Owszem, zwracają. Diana sięgnęła do puzderka z biżuterią i wyjęła znoszoną bransoletkę przyjaźni, którą zrobiła sobie wiele lat temu, marząc o kimś, komu mogłaby ją dać i kto w zamian dałby jej inną. Ale nikomu nigdy nie przyszło do głowy, że ta popularna dziewczyna mogłaby potrzebować takiego podarunku. Nikt nigdy się nie zastanawiał, czy po powrocie do domu nie czuje się samotna. Wszyscy uważali, że popularna dziewczyna ma miliony przyjaciół i rodzinę, która zapewnia jej oparcie.

Diana podeszła do lusterka i sprawdziła makijaż. Był leciutki, miał tylko sprawić, żeby jej błękitne oczy wydawały się większe. Nic więcej, bo inaczej ludzie mogliby kwestionować jej przyzwoitość. A przecież Diana miała być grzeczną dziewczynką. Odhaczyła wszystkie punkty z listy macochy.

Porządne buty.

Ładny dom.

Świetne oceny.

Szanowana rodzina.

Doskonałe maniery.

Wszystko to były oznaki dobrze wychowanej dziewczyny o silnym charakterze. Dziewczyny, z którą cała szkoła chciała się przyjaźnić. Którą rodzice i nauczyciele podawali za wzór innym uczniom. Którą nauczono zwracać uwagę na najdrobniejszy szczegół swojego zachowania i wyglądu, nie wyłączając gładkiej czerwieni oprawy telefonu. A ona była zdecydowana posłużyć się tym wszystkim, żeby pokazać, że wiara w celowo tworzone pozory to głupota.

Dziewczyna idealna.

Jeśli Diana nie chciała zniszczyć tego perfekcyjnego wizerunku, to musiała się zbierać. Spóźnialstwo u osoby rzekomo pozbawionej wad byłoby nie do przyjęcia. Mogło sugerować brak szacunku dla czasu innych ludzi.

Diana rzuciła okiem na zegarek, pokręciła głową i zbiegła na dół w poszukiwaniu macochy, żeby poprosić o podwiezienie do szkoły na spotkanie w sprawie pamiątkowego albumu ich rocznika.

– Katherine?! – krzyknęła jeszcze raz.

Znowu cisza. No tak. Pewnie Katherine była za domem i sprawdzała, czy służba wypolerowała na błysk meble na patio, żeby po dzisiejszym wieczorku można było zaprosić gości z powrotem do domu.

– Katherine?

– Matka już wyszła.

– Co takiego? – Katherine odwróciła się i ujrzała swojego ojca stojącego przy tarasowej huśtawce z telefonem przyciśniętym do ucha. Wiedziała, że wszelkie próby sprostowania jej relacji z Katherine skazane są na niepowodzenie, więc zamiast tego spytała tylko: – Dokąd poszła?

Ojciec podniósł rękę, żeby ją uciszyć.

– Tak, słucham cię, i owszem, rozumiem, że były pewne opory, ale nie mogę się wycofać z tej ustawy, bo rozgniotą mnie na miazgę. Prasa zwęszy krew, to byłby nasz koniec. Wszyscy wiemy, że to prawda. Ale wystarczy tylko jedno drobne wahnięcie na moją korzyść. Musisz mi zaufać.

Diana znowu otworzyła usta, ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, ojciec odwrócił się do niej plecami i zaczął kiwać głową. Jeśli chciała, żeby poświęcił jej swoją uwagę, musiała się ustawić w kolejce.

– Zgadza się. Podkreślę dziś wieczorem tę różnicę. I nie martw się. To będzie świetna okazja, żeby opowiedzieć o zaletach ustawy i zmienić kierunek debaty. Jeśli masz do mnie jeszcze inne sprawy, to za pół godziny będę w biurze. Ja też dziękuję ci za rozmowę, Tim. Naprawdę doceniam twoje poświęcenie. Odkręcimy tę sytuację.

Wreszcie się rozłączył i spojrzał w jej stronę.

Miał na sobie idealnie zaprasowane spodnie khaki, czerwoną koszulkę polo i granatową sportową marynarkę – jej macocha nazywała ten styl „autorytetem na luzie”. Ale pomimo tych ubrań Diana uważała, że ojciec wcale nie wygląda na wyluzowanego.

– To był Tim?

Ojciec przytaknął.

– Niepokoją go złe opinie w prasie na temat projektu mojej ustawy.

Tim trafił do ekipy jej ojca później niż inni, za to był bystry i spostrzegawczy. Dlatego właśnie od razu po studiach dostał propozycję pracy od szefa sztabu ojca. I chociaż był młodszy od innych członków personelu, Diana wiedziała, że słusznie martwi się o tę ustawę. W mediach mówiono, że stanowiłaby ona naruszenie prywatności. Zgodnie z jej zapisami uczniowie i nauczyciele byliby zobowiązani do informowania przełożonych w przypadku wszelkich podejrzeń, że ktoś w szkole planuje kogoś skrzywdzić lub zniszczyć tereny szkolne. Uczniowie oskarżeni o takie zamiary musieliby przekazywać swoje hasła do skrzynek mejlowych i profili na portalach społecznościowych pod groźbą zawieszenia i możliwego dochodzenia przez FBI. W przypadku incydentów ci, którzy nie donieśli o swoich obawach, mogliby zostać oskarżeni o współudział.

Jej ojciec wierzył, że nowe prawo zmieni wreszcie sytuację i zagwarantuje w amerykańskich szkołach to, czego jak dotąd nie zdołały zapewnić inne przepisy – bezpieczeństwo. Każdy uczeń myślący o spowodowaniu jakiegoś zamieszania zastanowi się dwa razy, jeśli będzie wiedział, że koledzy i nauczyciele go obserwują i w przypadku jakichkolwiek podejrzeń natychmiast zareagują. Wyłapanie i powstrzymanie sprawców, zanim dopuszczą się jakichś niebezpiecznych czynów, mogło z kolei pomóc w skierowaniu ich na lepszą drogę. Ojciec był przekonany, że działania w szkołach i zmiana systemu edukacji to najlepszy sposób, żeby zaradzić nasilającej się epidemii przemocy.

– W prasie znowu ukazały się jakieś negatywne głosy? – spytała Diana. Nie wszyscy podzielali opinię ojca na temat tego, jak zapewnić w kraju bezpieczeństwo. Od kiedy ogłoszono projekt ustawy „Bezpieczeństwo przez edukację”, zalewały go telefony i wiadomości mejlowe, a gazety publikowały sążniste artykuły o pogwałceniu prywatności i opinie na temat tego, co dokładnie miałoby oznaczać „zagrożenie dla społeczeństwa”. Nawet Diana otrzymała w związku z pomysłem ojca kilka pełnych nienawiści mejli. Ale kiedy próbowała z nim o tym rozmawiać, kazał jej przekazać te wiadomości Timowi i nie zwracać na nie uwagi. Wszystko się ułoży. Gdy jednak Tim usiadł z nią i wysłuchał opowieści o groźbach, jakie kierowano pod jej adresem, oraz ostentacyjnie wygłaszanych uwagach, że ktoś nie zamierza już głosować na jej ojca, przyznał, że tak wielki opór wobec tej ustawy to faktycznie powód do niepokoju. Oboje zgadzali się, że jeśli fala złej prasy na temat planowanej reformy nie ustąpi, projekt padnie, zanim będzie można choćby przetestować go w praktyce. A razem z nim upadnie kariera jej ojca, bez którego – jak wpojono Dianie – świat nie zdoła zmienić się na lepsze.

Nic dziwnego, że Tim robił wszystko, co w jego mocy, żeby media zwróciły uwagę na dzisiejsze wydarzenie. Diana również chciała jakoś pomóc. Poza tym podobała jej się świadomość, że ktoś wreszcie zdał sobie sprawę z jej możliwości i słuchał tego, co miała do powiedzenia. Tim z kolei cieszył się, że może konsultować z nią swoje pomysły bez obawy, że Diana pobiegnie do senatora i powie, że są one zbyt radykalne albo że Tim nie nadaje się na swoje stanowisko.

Jej ojciec wzruszył ramionami i obdarzył ją wyćwiczonym uśmiechem.

– Niektórzy z pozostałych pomysłodawców zastanawiają się, czy nie powinniśmy odłożyć na razie tego projektu i jeszcze go przemyśleć, lecz Tim ma wyniki jakichś badań opinii publicznej, z których wynika, że odwrót przyniesie nam więcej szkód niż korzyści. Ale ja się nie martwię. Tim i reszta mają już plan, żeby wszystko się udało.

– Jeśli mogę ci jakoś pomóc…

Ojciec podniósł rękę, kiedy jego telefon znowu zadzwonił. A dzwonił bezustannie.

– Odbiorę w drodze do biura. – Spojrzał na Dianę i uśmiechnął się do niej z napięciem. – Matka zostawiła ci liścik w kuchni. Możesz mi pomóc, będąc gotowa, kiedy matka po ciebie przyjedzie. Wszystko musi pójść doskonale, jeśli chcemy zmienić opinię publiczną. – I zanim Diana zdążyła cokolwiek powiedzieć, przyłożył telefon do ucha i odezwał się: – Larry, cieszę się, że dzwonisz… – Po czym zniknął w głębi domu.

Diana pobiegła za nim, ale nawet się nie obejrzał. Po chwili usłyszała trzask drzwi wyjściowych i ojciec wyszedł, zanim zdążyła mu przypomnieć, że ktoś musi ją zawieźć do szkoły. Kiedy przeczytała liścik od macochy, stwierdziła, że od niej także nie może się spodziewać pomocy:

Kochana Diano,

przyjadę po Ciebie do domu o czwartej. Włóż tę niebieską satynową sukienkę, którą masz w garderobie, i nie upinaj włosów. Proszę, bądź gotowa na czas. Dzisiejszy wieczór jest dla nas wszystkich bardzo ważny.

Katherine

Diana wbiła spojrzenie w karteczkę.

Bądź gotowa na czas.

Nie upinaj włosów.

Dzisiejszy wieczór jest bardzo ważny.

Jak widać, to, żeby Diana dotarła dziś do szkoły, nie miało znaczenia.

Obróciła bransoletkę na nadgarstku i jeszcze raz przesunęła wzrokiem po słowach macochy, które rozchodziły się echem po jej głowie wraz ze wszystkimi innymi pouczeniami.

– Nie dziel się swoimi opiniami z innymi ludźmi, Diano. – Bo mogłyby się różnić od tego, czego się po niej spodziewano. A to byłoby niedopuszczalne.

– Pamiętaj, że na ciebie liczymy.

Owszem. Liczyli.

Diana wróciła na górę i podeszła do zabytkowej skrzyni na zabawki w kącie swojego pokoju. Pospiesznie zdjęła na podłogę ozdobne poduszki oraz zapasowy koc i uniosła wieko. Wyciągnęła dwa plecaki. W bocznej kieszeni jednego z nich znalazła listę, którą ułożyła kilka tygodni wcześniej, i wsunęła ją do kieszeni.

Szybkie spojrzenie na zegar przypomniało jej, że musi już iść, bo inaczej spóźni się na spotkanie. Wczoraj sama przesunęła je o dwie godziny wcześniej. Wątpiła, czy komukolwiek spodobałby się fakt, że zmusiła całą grupę do zmiany planów, a potem kazała na siebie czekać.

Odwróciła się i po raz ostatni popatrzyła na swoje odbicie w lustrze. Ujrzała osobę, którą jej rodzina chciała w niej widzieć.

Idealną. Taką, po której wszyscy zawsze spodziewali się tego, co właściwe, i której nikt nigdy nie podejrzewałby o coś złego.

Dobrą.

Obudziła komputer i wysłała szybką wiadomość do Tima z informacją, że wychodzi do szkoły. Wreszcie ostrożnie zabrała oba plecaki, zeszła na dół i wyszła z domu. Jej ojciec sądził, że jedynym sposobem, w jaki mogła mu pomóc, było wieczne przytakiwanie, uśmiechanie się i nieskazitelny wygląd – cała rodzina miała być nieskazitelna. Diana była zdecydowana pokazać mu, że stać ją na więcej.09:52. Rashid. Rozdział 2

– Dlaczego musisz dzisiaj iść do szkoły? – zapytał ojciec, wchodząc do kuchni. Rashid miał nadzieję, że zdoła wyjść z domu przed jego powrotem ze szpitala. Ale nie zdążył. – Lekcje zaczynasz dopiero za tydzień.

Rashid poprawił zarzucony na ramię plecak i wyjaśnił:

– Muszę wyrobić sobie nową legitymację.

– A co się stało ze starą? – Ojciec popatrzył na niego, marszcząc brwi.

– Zgubiłem w zeszłym miesiącu, kiedy byliśmy u Sitto. – Zasadniczo była to prawda. Choć Rashid wiedział, że brzmiało to tak, jakby przypadkowo zostawił legitymację podczas wizyty u babci w Palestynie. – Sekretariat jest otwarty, żeby nowi uczniowie mogli powyrabiać sobie dokumenty. Pomyślałem, że lepiej od razu się tym zająć, zamiast czekać na początek roku szkolnego.

Ojciec przytaknął, po czym spojrzał na zegar na ścianie kuchni.

– Zdążysz wrócić na południową modlitwę?

– Raczej nie.

– Mogę zadzwonić i spytać, czy sekretariat będzie otwarty po południu. Jeśli trochę poczekasz, pomodlimy się razem i może potem zabrałbyś ze sobą siostrę. Przydałoby jej się obejrzeć szkołę teraz, kiedy jeszcze nie ma tam tłumów. Dzięki temu oswoi się z myślą, że od przyszłego roku będzie tam chodzić. I mógłbyś poznać ją ze swoimi kolegami.

Jego siostra znała już większość jego kolegów, bo albo mieszkali w pobliżu, albo chodzili razem z nimi do meczetu. Pozostali zaś…

Ojciec sądził, że rozumie, jak Rashid czuje się w szkole, ale nie miał na ten temat pojęcia. Nie słuchał. A może kuzyni z Palestyny mieli rację i wszystko to była wina Rashida, że ciągle trzyma się nieco na uboczu, bo sam nie wiedział, kim naprawdę jest i czego pragnie.

Jeszcze kilka lat temu zabrałby siostrę do szkoły. Ale to było wtedy. A teraz… tyle się zmieniło. On sam. Jego siostra też, a przyjaciele… Wszyscy nadal lubili komiksy i budowanie robotów – to właśnie ich połączyło. Ale Rashid widział, że pojawiły się też inne kwestie, jak na przykład zarost na twarzy, który wyrósł mu wcześniej niż pozostałym chłopakom w klasie, a posłuszeństwo zasadom wiary nie pozwalało mu go zgolić.

Przełknął gniew, który coraz trudniej i trudniej było mu maskować, i odpowiedział z szacunkiem:

– Następnym razem. Nie wiem, kto tam dziś będzie, a nie chciałbym, żeby się zraziła.

Naprawdę niełatwo było mu wtopić się w szkolną społeczność, szczególnie teraz. Właśnie dlatego nie chciał zabierać ze sobą Arissy. Jej hidżab rzucałby się w oczy jeszcze bardziej niż jego nieogolona broda. Siostra jednak sprawiała wrażenie, jakby noszenie chusty jej nie przeszkadzało. Nieraz wspominała, że podoba jej się uwaga, którą dzięki temu na siebie zwraca, a poza tym teraz wiedziała, kto jest jej prawdziwym przyjacielem. Hidżab sygnalizował jej przynależność religijną i dumę ze swojego dziedzictwa kulturowego. Arissa powtarzała, że jeśli komuś się to nie podoba, to niech lepiej zejdzie jej z drogi.

Rashid zastanawiał się, czy jego siostrze nie jest wręcz łatwiej: hidżab co prawda bardzo rzucał się w oczy, ale jego sens nie pozostawiał wątpliwości. W jego zaś przypadku, ponieważ niektórzy z pozostałych uczniów także postanowili zapuścić brody albo wąsy, zarost interpretowano czasami jako osobistą preferencję, a nie nakaz religijny. Rashid często jednak widział w oczach ludzi pytania, nawet jeśli nigdy nie zadawali ich na głos – nawet jego przyjaciele. Gdyby miał więcej odwagi, mógłby po prostu usiąść z nimi, porozmawiać i wszystko im wyjaśnić. A tymczasem pozwalał, żeby chwile milczenia coraz bardziej się przeciągały.

Teraz czuł, że ma przed sobą tylko jedną możliwość.

– Lepiej pójdę już teraz, bo potem będę musiał cały dzień stać w kolejce – powiedział, czując ciężar plecaka, który ściągał jego ramię do ziemi. – Pomodlę się w szkole. – Dziś będzie tam mnóstwo pustych klas. Lekcje jeszcze się nie zaczęły, więc nie musiał się przejmować drwinami z tego, że przed modlitwą obmywa się w łazience. – Postaram się wrócić jak najszybciej.

Jego ojciec odpowiedział uśmiechem.

– Nie spiesz się. Jeśli wpadniesz na znajomych, powinieneś spędzić z nimi trochę czasu. Przez całe lato nie miałeś okazji zobaczyć się z przyjaciółmi. Najlepsze życie to takie, w którym panuje równowaga. Może przy okazji sprawdzisz, czy w tym roku nie będzie jakichś nowych zajęć dodatkowych, na które chciałbyś się zapisać, choć nadal uważam, że powinieneś się zgłosić do pracy przy szkolnym albumie. Te zdjęcia, które zrobiłeś w wakacje, są bardzo dobre.

– Porozglądam się – obiecał Rashid, wiedząc, że tego nie zrobi. Miał na głowie inne sprawy. Liczył tylko, że ojciec będzie w stanie to zrozumieć.

– Świetnie – powiedział ojciec, klepiąc go po ramieniu, po czym nagle zmarszczył brwi. – A po co ci plecak?

Rashid uśmiechnął się, żeby ukryć zdenerwowanie.

– Zabieram trochę notatek, komiksów i innych drobiazgów do szkolnej szafki, żeby nie dźwigać wszystkiego naraz w pierwszy dzień szkoły. Lubię sobie czytać podczas okienka.

Czytanie zapewniało mu też zajęcie, kiedy koledzy spóźniali się na obiad do stołówki. Dzięki temu nie zwracał na siebie uwagi członków drużyny futbolowej, którzy często się go czepiali.

– Dobrze, że wykorzystujesz dodatkowy czas na naukę. – Ojciec znowu poklepał go po ramieniu. – A masz swój Koran?

– Nie – odparł Rashid, kierując się w stronę drzwi. – Zostawiam go w domu. Muszę już lecieć.

– Poczekaj chwilę. – Ojciec wyszedł z kuchni i wrócił z grubym egzemplarzem w miękkiej okładce. Rashid nie mógł odmówić przyjęcia. – Może jednak przyda ci się w szkole.

Chłopak zmusił się, żeby podziękować, ale wychodząc za drzwi, nie potrafił spojrzeć ojcu w oczy. Schował książkę do plecaka i ruszył do szkoły, nadal nie mogąc się zdecydować, czy naprawdę wcieli w życie swój plan.

Czy na pewno nadeszła już pora, żeby z tym wszystkim skończyć?

Przypomniał sobie przezwiska, którymi obrzucano go w zeszłym roku, i jak skrępowani wydawali się jego niemuzułmańscy koledzy, kiedy próbowali udawać, że nic ich od siebie nie różni. Że nic się nie zmieniło.

Rashid chciałby, żeby tak było. Niczego nie pragnął bardziej niż tego, żeby zegar zawrócił i cofnął go do czasów sprzed brody i sprzed podejrzeń, które budził jego zarost. Już wtedy było mu ciężko, ale łatwiej niż teraz.

Założył plecak tak, żeby jego ciężar lepiej się rozkładał na grzbiecie, po czym zmarszczył czoło i ruszył szybszym krokiem. Jeśli naprawdę zamierza coś zmienić, musi to zrobić dzisiaj. Miał tylko nadzieję, że wystarczy mu odwagi.09:58. Z. Rozdział 3

– Wyrzucacie mnie? – Z. poczuł na plecach i czole krople potu. Powinien mieć jeszcze dwa miesiące. Matka mówiła, że wszystko już ustalone. A teraz próbowali go wyrolować.

Odwrócił się plecami do syna właściciela mieszkania. Na widok zadowolonego uśmieszku na pryszczatej twarzy tego palanta miał ochotę mu przywalić. W ogóle chętnie by w coś uderzył – w cokolwiek.

– Nie do końca – powiedział Nick. – To znaczy, wiem, że mój ojciec i twoja mama rozmawiali o obniżeniu ci na lato czynszu, bo masz trudną sytuację, ale tata doszedł do wniosku, że jeśli tobie pójdzie na rękę, to potem wszyscy będą tego żądali. Wiesz, jak to jest. On naprawdę nie chce tego robić.

Jasne, że chce. Po prostu nie chce przyznać, że wywala na bruk chłopaka, którego matka właśnie zmarła na raka. Bo wtedy wyszedłby na dupka. Ale tym właśnie był ojciec Nicka. Obchodziło go tylko, że osoba, która gwarantowała terminową zapłatę czynszu, leży już w ziemi. Pora znaleźć nowego najemcę i do diabła z całą resztą. Zgadza się, Z. doskonale wiedział, jak to jest.

– Na pewno serce mu pęka – powiedział, zaciskając pięści i wyglądając przez wąskie okienko nad zlewem. Gdyby zamknął oczy, nadal widziałby matkę myjącą tam naczynia… jeśli akurat czuła się na tyle dobrze, żeby zająć się jakimiś normalnymi czynnościami.

– Weź, nie bądź taki.

– Niby jaki? – Z. wbił spojrzenie w Nicka, który wyprostował ramiona, ale cofnął się o krok, obciągając brudną koszulkę. – Twój ojciec obiecał to mojej umierającej matce, a dwa tygodnie po jej śmierci przysyła cię z wiadomością, że tylko się zgrywał.

Nick znowu cofnął się o krok i przełknął ślinę.

– Naprawdę bardzo mu przykro z tego powodu.

– No jasne. – Wszystkim było przykro. Z. miał już dosyć wysłuchiwania, jak cholernie wszyscy go żałują. Bo to wcale nieprawda. Ale owszem, kiedyś naprawdę pożałują. I to wkrótce. Już wkrótce. Rozluźnił pięści i odwrócił się z powrotem ku białej lodówce, którą jego matka obkleiła zdjęciami. – Powiedz ojcu, że nie ma sprawy. To żaden problem, Nicky – powiedział, szarpiąc za drzwi. Omiotło go chłodne powietrze z lodówki, które studziło szukający ujścia gniew. Pomimo otwartych okien w mieszkaniu panował upał.

– Słuchaj, młody, gdyby to zależało ode mnie, pozwoliłbym ci zostać. Wiem, że nie jest ci łatwo. Po tym wszystkim, co się stało, to naprawdę beznadziejna sytuacja, ale…

– W porządku – powiedział Z., wyjmując z lodówki butelkę z kranówką. Choć to wcale nie było w porządku. Nie mogła być w porządku informacja, że w ciągu trzech tygodni ma się stąd wynieść, przekazana przez dwudziestosiedmioletniego faceta w koszulce poplamionej chrupkami, który nadal mieszkał u swoich rodziców. Adios, zarośnięty gnojku. Tylko uważaj, żeby drzwi nie walnęły cię na do widzenia w wytatuowany tyłek.

– Słuchaj, tata naprawdę chciałby pozwolić ci tu zostać. Bardzo lubił twoją mamę. Była miła.

– No. – Z. zamknął lodówkę i popatrzył na zdjęcie swojej szczęśliwej, zdrowej matki, przytulającej twarz do jego umorusanej czekoladą buzi, kiedy miał pięć lat. – Była świetna.

Była.

Przełknął z trudem, podczas gdy za jego plecami Nick Mansanelli mówił dalej:

– Mógłbym pogadać z ojcem, czy nie zgodziłby się, żebyś zajmował się naszymi samochodami w zamian za mieszkanie u rodziców na poddaszu. Nie jest to najlepsza opcja, ale przynajmniej miałbyś czas, żeby się zastanowić, co dalej. Na pewno przyda ci się…

– Nie trzeba. – Z. wolałby spać pod mostem, niż niewolniczo dla kogoś pracować. Odkręcił zimną wodę i się napił. – Powiedz swojemu tacie, że już wkrótce w ogóle nie będzie musiał zaprzątać sobie mną głowy.

Nick zrobił kolejny krok w tył i rozejrzał się, rozcierając dłonią kark.

– Może mogę… no wiesz… jakoś ci pomóc? Potrzebujesz jakichś kartonów albo taśmy klejącej? – Popatrzył w kierunku salonu i kiwnął głową. – Masz tu sporo rzeczy do spakowania. Może ci…

– Nie. – Zanim Nick zdążył zagłębić się w korytarz prowadzący do sypialni, Z. podszedł bliżej i zastąpił mu drogę. – Nie potrzebuję twojej pomocy.

W ogóle nikogo nie potrzebował.

Nick zrobił niepewną minę.

– Jesteś pewien? To naprawdę żaden prob…

– Jestem pewien – powiedział Z. i nagle w tylnej kieszeni jego spodni zabrzęczał telefon. Z. wyciągnął go i popatrzył na ekran.

WSZYSTKO OK? WUJEK Z KALIFORNII SIĘ ODEZWAŁ? MARTWIĘ SIĘ O CIEBIE. PROSZĘ, ODEZWIJ SIĘ DO MNIE.

Kaitlin.

Ze wszystkich ludzi, którzy twierdzili, że pragną mu pomóc, ona jedna naprawdę chciała to zrobić. Choć niewiele mogła zdziałać czy powiedzieć. Ciągle mu powtarzała, że to nic złego, że jest wściekły. Że z czasem będzie lepiej. Wszyscy go ostrzegali, żeby nie podejmował pochopnie żadnych decyzji. Zachęcali, żeby skontaktował się z krewnymi, których prawie nie pamiętał, i pozwolił im sobie pomóc. Cierpliwości.

Ale cierpliwość nie mogła zmienić faktu, że jego matka nie żyje i życie mu się sypie.

Kaitlin była przy nim, kiedy wszyscy inni się zmyli. Rozległa rodzina. Sąsiedzi. Nauczyciele. Gdy wyszła za nim ze szkoły po tym, jak siedział w kozie, powiedział, żeby się odwaliła. Ale ona podążyła za nim aż na parking i uparła się, żeby podrzucił ją do domu. Jej mama była pielęgniarką w szpitalu, gdzie leczono jego matkę. Okej, zgodził się ją podwieźć, ale to nie oznaczało, że musi z nią gadać. Choć prawdopodobnie Kaitlin wcale na tym nie zależało, bo sama miała mu mnóstwo do powiedzenia. Wbiła sobie do głowy, że zostanie jego przyjaciółką, chociaż wcale jej o to nie prosił. I urywał się z lekcji częściej, niż na nie chodził. Ale gdyby nie ona, nie był pewien, czy w ogóle udałoby mu się do tej pory przetrwać.

A teraz zamierzał się od niej odciąć, zanim pociągnie ją za sobą na dno. Kaitlin zasługiwała na coś lepszego.

Schował telefon do kieszeni i znowu popatrzył na Nicka.

– Słuchaj – powiedział, wzdychając dla efektu. – Jeśli nic więcej do mnie nie masz, to muszę już lecieć. Mam pogadać w szkole z jednym nauczycielem i nie chcę, żeby sobie poszedł.

Nick poklepał go po ramieniu. Był to uniwersalny gest, oznaczający: „Chcę, żebyś sądził, że jestem po twojej stronie, chociaż przy pierwszej okazji zamierzam zrobić cię w konia”.

– Okej, spoko. Wpadłem tylko sprawdzić, czy wszystko w porządku i czy niczego ci nie potrzeba, zanim…

Zanim wyrzucisz mnie na bruk. Z. ponownie zacisnął dłonie w pięści, a Nick cofnął się o krok.

Wreszcie skierował się do wyjścia, rzucając:

– No to uważaj na siebie. I daj im popalić w szkole. Nigdy za nią nie przepadałem.

Przynajmniej w tym się zgadzali.

Z. wychylił duszkiem wodę, po czym ruszył korytarzem do swojego pokoju po starą torbę wojskową po ojcu oraz list, który przyszedł w zeszłym tygodniu. Kiedy zarzucał torbę na ramię, jego telefon znowu zabrzęczał, ale Z. go zignorował. Był zajęty.

W kuchni wziął swoje zdjęcie z mamą i schował je do kieszeni razem z komórką. Potem wyszedł z mieszkania. Nie zamknął drzwi na klucz. Jeśli ktoś miał ochotę poczęstować się jego rzeczami, proszę bardzo. Z. szedł do szkoły i nie zamierzał stamtąd wracać.
mniej..

BESTSELLERY