Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Chirurg - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Data wydania:
25 stycznia 2013
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Chirurg - ebook

Serią publikowanych w odstępach rocznych powieści Tess Gerritsen zapewniła sobie pozycję autora # 1 na rynku thrillerów medycznych – przed Robinem Cookiem, uznawanym za mistrza gatunku. Wielkim fanem pisarki jest Stephen King, który stwierdził w wywiadzie prasowym: W moim domu czytamy każdą jej książkę. Niezwykle brutalny zabójca, nazywany przez media „Chirurgiem”, zabija młode samotne kobiety, przeprowadzając na nich zabieg wycięcia macicy bez znieczulenia. Policja ustala, że podobna seria morderstw miała miejsce dwa lata wcześniej, a ich sprawca został zastrzelony przez doktor Catherine Cordell, piękną lekarkę zatrudnioną w bostońskim Centrum medycznym – jedyną ofiarę, której udało się ujść z życiem. Catherine znowu czuje się zagrożona. Jej jedynym sprzymierzeńcem wydaje się detektyw prowadzący śledztwo. Czy obie sprawy i obu zabójców coś łączy?

Kategoria: Sensacja
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7885-027-4
Rozmiar pliku: 639 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Podziękowania

Na spe­cjal­ne po­dzię­ko­wa­nia za­słu­ży­li:

Bru­ce Bla­ke i de­tek­tyw Way­ne R. Rock z Ko­mi­sa­ria­tu Po­li­cji w Bo­sto­nie oraz dok­tor Chris Mi­cha­la­kes za fa­cho­wą po­moc.

Jane Ber­key, Don Cle­ary i An­drea Ci­ril­lo za cen­ne uwa­gi na te­mat pierw­szej wer­sji książ­ki.

Lin­da Mar­row, wy­daw­ca, za dys­kret­ne wska­zy­wa­nie dro­gi.

Mój anioł stróż, Meg Ru­ley.

(Każ­dy pi­sarz po­trze­bu­je swo­jej Meg Ru­ley!).

I mój mąż, Ja­cob. On szcze­gól­nie.Prolog

Dzi­siaj znaj­dą jej cia­ło.

Wiem, jak to się sta­nie. Po­tra­fię so­bie wy­obra­zić cał­kiem wy­ra­zi­ście ciąg wy­da­rzeń, któ­re do­pro­wa­dzą do tego od­kry­cia.

O dzie­wią­tej rano na­dę­te pa­niu­sie z biu­ra po­dró­ży Ken­dall & Lord będą sie­dzia­ły przy biur­kach, stu­ka­jąc wy­pie­lę­gno­wa­ny­mi pal­ca­mi w kla­wia­tu­ry kom­pu­te­rów, aby za­re­zer­wo­wać rejs po Mo­rzu Śród­ziem­nym dla pani Smith i wcza­sy nar­ciar­skie w Klo­sters dla pana Jo­ne­sa. A dla pań­stwa Brown w tym roku coś no­we­go, coś eg­zo­tycz­ne­go: może Chiang Mai albo Ma­da­ga­skar. Nic za­nad­to mę­czą­ce­go. Nie, nie. Przy­go­dzie musi, nade wszyst­ko, to­wa­rzy­szyć kom­fort. To mot­to fir­my Ken­dall & Lord: „Przy­go­dy z wy­go­da­mi”. W ich biu­rze pa­nu­je duży ruch i czę­sto dzwo­ni te­le­fon.

Pa­niu­sie szyb­ko za­uwa­żą, że Dia­ny nie ma w pra­cy.

Któ­raś z nich za­dzwo­ni do jej domu w Back Bay, ale nikt nie pod­nie­sie słu­chaw­ki. Może Dia­na bie­rze prysz­nic i nie sły­szy te­le­fo­nu? Albo wy­szła już do biu­ra, tyl­ko się spóź­nia? Może być wie­le po­wo­dów jej nie­obec­no­ści… Ale z cza­sem, gdy nadal nie bę­dzie od­po­wia­da­ła na te­le­fo­ny, za­czną się nie­po­ko­ić.

Przy­pusz­czam, że to do­zor­ca bu­dyn­ku wpu­ści ko­le­żan­kę Dia­ny do miesz­ka­nia. Wi­dzę, jak po­trzą­sa ner­wo­wo klu­cza­mi, mó­wiąc: „Jest pani jej przy­ja­ciół­ką? Na pew­no nie bę­dzie mia­ła pre­ten­sji? Będę mu­siał jej po­wie­dzieć, że po­zwo­li­łem pani wejść”.

Wcho­dzą do miesz­ka­nia i ko­le­żan­ka woła: „Dia­no? Je­steś w domu?”. Idą ko­ry­ta­rzem obok opra­wio­nych sta­ran­nie pla­ka­tów biu­ra po­dró­ży. Do­zor­ca po­dą­ża tuż za nią, ba­cząc, by ni­cze­go nie ukra­dła.

Po­tem za­glą­da do sy­pial­ni, wi­dzi Dia­nę Ster­ling i prze­sta­je się przej­mo­wać czymś tak ba­nal­nym jak kra­dzież. Chce tyl­ko opu­ścić miesz­ka­nie, za­nim zwy­mio­tu­je.

Chciał­bym być tam, kie­dy zja­wi się po­li­cja, ale nie je­stem głu­pi. Wiem, że będą ob­ser­wo­wać każ­dy prze­jeż­dża­ją­cy sa­mo­chód, wszyst­kich gro­ma­dzą­cych się na uli­cy ga­piów. Zda­ją so­bie spra­wę, jak bar­dzo mnie kusi, żeby tam wró­cić. Na­wet te­raz, gdy sie­dzę w Star­bucks, wpa­tru­jąc się w świt za oknem, czu­ję, jak cią­gnie mnie do tam­te­go po­ko­ju. Ale je­stem jak Ulis­ses, któ­ry słu­cha śpie­wu sy­ren, przy­wią­za­ny bez­piecz­nie do masz­tu. Nie roz­bi­ję się o ska­ły. Nie po­peł­nię tego błę­du.

Piję kawę, pa­trząc, jak Bo­ston bu­dzi się do ży­cia. Wsy­pu­ję do fi­li­żan­ki trzy ły­żecz­ki cu­kru. Kawa musi być słod­ka. Lu­bię do­sko­na­łość. W każ­dym calu.

Z od­da­li sły­chać głos sy­re­ny. Wzy­wa mnie. Czu­ję się jak Ulis­ses, pra­gną­cy wy­rwać się z wię­zów, ale trzy­ma­ją moc­no.

Dzi­siaj znaj­dą jej cia­ło.

Do­wie­dzą się, że wró­ci­li­śmy.Rozdział pierwszy

ROK PÓŹ­NIEJ

De­tek­tyw Tho­mas Mo­ore nie lu­bił za­pa­chu la­tek­su. Wcią­ga­jąc gu­mo­we rę­ka­wicz­ki i wzbi­ja­jąc chmu­rę tal­ku, czuł jak zwy­kle, że za­raz ogar­ną go mdło­ści. Ten za­pach wią­zał się z naj­bar­dziej nie­przy­jem­ną stro­ną jego pra­cy i jak pies Paw­ło­wa, śli­nią­cy się pod wpły­wem okre­ślo­ne­go bodź­ca, ko­ja­rzył go nie­uchron­nie z wo­nią krwi i pły­nów ustro­jo­wych. Węch ostrze­gał go, że po­wi­nien ze­brać siły.

Sta­nął skon­cen­tro­wa­ny przed pro­sek­to­rium. Wy­szedł pro­sto z upa­łu i czuł już na skó­rze zim­ny pot. Było piąt­ko­we po­po­łu­dnie dwu­na­ste­go lip­ca. Po­wie­trze prze­sy­ca­ła wil­goć. W ca­łym Bo­sto­nie hu­cza­ły kli­ma­ty­za­to­ry, a lu­dzi po­no­si­ły ner­wy. Na mo­ście To­bin sta­li już za­pew­ne w kor­ku ci, któ­rzy ucie­ka­li na pół­noc do chło­du la­sów w Ma­ine. Mo­ore’a nie było wśród nich. Zo­stał od­wo­ła­ny z urlo­pu, aby obej­rzeć kosz­mar, któ­re­go wca­le nie pra­gnął zo­ba­czyć.

Miał już na so­bie far­tuch chi­rur­gicz­ny, któ­ry wy­cią­gnął z wóz­ka z bie­li­zną w kost­ni­cy. Te­raz za­ło­żył na wło­sy pa­pie­ro­wy cze­pek, a na buty pa­pie­ro­we ochra­nia­cze, gdyż wi­dy­wał cza­sa­mi, co lało się ze sto­łu na pod­ło­gę. Krew, frag­men­ty tkan­ki… Nie był by­najm­niej szcze­gól­nie schlud­ny, ale nie miał ocho­ty przy­no­sić na bu­tach do domu resz­tek z pro­sek­to­rium. Przy­sta­nął na kil­ka se­kund przy drzwiach, wziął głę­bo­ki od­dech i wszedł zre­zy­gno­wa­ny do środ­ka.

Na sto­le le­ża­ły osło­nię­te zwło­ki. Są­dząc z kształ­tów, była to ko­bie­ta. Mo­ore sta­rał się nie przy­glą­dać zbyt dłu­go ofie­rze, kon­cen­tru­jąc wzrok na obec­nych w pro­sek­to­rium oso­bach. Dok­tor Ash­ford Tier­ney i pra­cow­nik kost­ni­cy ukła­da­li na­rzę­dzia na tacy. Po dru­giej stro­nie sto­łu sta­ła Jane Riz­zo­li, rów­nież z Wy­dzia­łu Za­bójstw w Bo­sto­nie. Mia­ła trzy­dzie­ści trzy lata i była nie­wy­so­ką ko­bie­tą o kan­cia­stym pod­bród­ku. Rysy jej twa­rzy zda­wa­ły się ostrzej­sze niż zwy­kle, bo nie ła­go­dzi­ły ich nie­sfor­ne czar­ne loki, ukry­te te­raz pod pa­pie­ro­wym czep­kiem, a ciem­ne oczy pa­trzy­ły prze­ni­kli­wie. Pół roku temu prze­nio­sła się z oby­cza­jów­ki. Była je­dy­ną ko­bie­tą w wy­dzia­le i do­szło już do kon­flik­tów mię­dzy nią a jed­nym z de­tek­ty­wów, do oskar­żeń o mo­le­sto­wa­nie sek­su­al­ne i bab­ski szo­wi­nizm. Mo­ore nie był pe­wien, czy da­rzy Riz­zo­li sym­pa­tią ani czy ona go lubi. Jak do­tąd łą­czy­ły ich ści­śle służ­bo­we sto­sun­ki i uznał, że chy­ba wo­la­ła, by tak po­zo­sta­ło.

Obok Riz­zo­li stał jej part­ner, Bar­ry Frost, za­wsze we­so­ły gli­na, któ­re­go do­bro­dusz­na, po­zba­wio­na za­ro­stu twarz spra­wia­ła, że nie wy­glą­dał na swo­je trzy­dzie­ści lat. Frost pra­co­wał z Riz­zo­li już od dwóch mie­się­cy i się nie skar­żył. Był je­dy­nym czło­wie­kiem w wy­dzia­le, któ­ry zno­sił cier­pli­wie jej hu­mo­ry.

Gdy Mo­ore pod­szedł do sto­łu, Riz­zo­li po­wie­dzia­ła:

– Za­sta­na­wia­li­śmy się, kie­dy się zja­wisz.

– By­łem w po­bli­żu Ma­ine, gdy ode­bra­łem wasz sy­gnał.

– Cze­ka­my tu od pią­tej.

– Za­czy­nam wła­śnie sek­cję – stwier­dził dok­tor Tier­ney. – Uwa­żam więc, że de­tek­tyw Mo­ore zdą­żył na czas. – Mę­ska so­li­dar­ność. Za­trza­snął drzwi szaf­ki tak ener­gicz­nie, że aż za­dźwię­cza­ła. Rzad­ko oka­zy­wał roz­draż­nie­nie. Po­cho­dził z Geo­r­gii i był wy­twor­nym dżen­tel­me­nem, któ­ry uwa­żał, że ko­bie­ty po­win­ny za­cho­wy­wać się jak damy. Nie lu­bił pra­co­wać z za­dzior­ną Jane Riz­zo­li.

Pra­cow­nik kost­ni­cy przy­cią­gnął do sto­łu wó­zek z na­rzę­dzia­mi, rzu­ca­jąc Mo­ore’owi prze­lot­ne spoj­rze­nie, któ­re mó­wi­ło: Czy moż­na ufać tej suce?

– Przy­kro mi, że nie po­je­cha­łeś na ryby – po­wie­dział do Mo­ore’a Tier­ney. – Chy­ba bę­dziesz mu­siał od­wo­łać urlop.

– Je­steś pe­wien, że to znów nasz chło­pak?

W od­po­wie­dzi Tier­ney od­cią­gnął prze­ście­ra­dło, od­sła­nia­jąc zwło­ki.

– Na­zy­wa się Ele­na Or­tiz.

Choć Mo­ore spo­dzie­wał się tego, co zo­ba­czył, wi­dok ofia­ry po­dzia­łał na nie­go jak obez­wład­nia­ją­cy cios. Czar­ne wło­sy ko­bie­ty, ze­sztyw­nia­łe od krwi, od­sta­wa­ły jak kol­ce je­żo­zwie­rza od mar­mu­ro­wo bla­dej twa­rzy. Usta mia­ła roz­chy­lo­ne, jak­by za­sty­głe w pół sło­wa. Krew od­pły­nę­ła już z cia­ła i jej rany wy­glą­da­ły jak pur­pu­ro­we szra­my na tle po­sza­rza­łej skó­ry. Jed­ną z dwóch wi­docz­nych ran sta­no­wi­ło głę­bo­kie cię­cie na szyi, spod le­we­go ucha przez tęt­ni­cę i krtań. Było śmier­tel­ne. Dru­ga rana wid­nia­ła ni­sko na brzu­chu. Nie za­da­no jej po to, by za­bić. Słu­ży­ła zu­peł­nie in­ne­mu ce­lo­wi.

Mo­ore prze­łknął z tru­dem śli­nę.

– Ro­zu­miem, dla­cze­go ścią­gnę­li­ście mnie z urlo­pu.

– Ja zaj­mu­ję się tą spra­wą – oznaj­mi­ła Riz­zo­li.

Usły­szał w jej gło­sie nutę ostrze­że­nia. Bro­ni­ła swe­go te­ry­to­rium. Wie­dział, skąd to się bie­rze. Cią­głe drwi­ny i scep­tycz­ne uwa­gi, na ja­kie na­ra­żo­ne były po­li­cjant­ki, bu­dzi­ły w nich agre­sję. Praw­dę mó­wiąc, nie za­mie­rzał rzu­cać jej wy­zwa­nia. Mu­sie­li pra­co­wać ra­zem nad tą spra­wą i za wcze­śnie było wal­czyć o do­mi­na­cję.

Sta­rał się za­cho­wać pe­łen sza­cun­ku ton.

– Mo­żesz za­po­znać mnie ze szcze­gó­ła­mi?

Riz­zo­li ski­nę­ła gło­wą.

– Ofia­rę zna­le­zio­no o dzie­wią­tej rano w jej miesz­ka­niu przy Wor­ce­ster Stre­et w So­uth End. Zwy­kle oko­ło szó­stej przy­cho­dzi­ła do pra­cy w kwia­ciar­ni, kil­ka prze­cznic od domu. To ro­dzin­na fir­ma, wła­sność jej ro­dzi­ców. Gdy się nie po­ja­wi­ła, za­czę­li się mar­twić. Brat po­szedł jej szu­kać i zna­lazł ją w sy­pial­ni. Dok­tor Tier­ney sza­cu­je, że śmierć na­stą­pi­ła mię­dzy pół­no­cą a czwar­tą rano. Zda­niem ro­dzi­ny nie mia­ła ak­tu­al­nie chło­pa­ka i nikt w ka­mie­ni­cy nie pa­mię­ta, by od­wie­dza­li ją męż­czyź­ni. Była pra­co­wi­tą, po­boż­ną dziew­czy­ną. Ka­to­licz­ką.

Mo­ore po­pa­trzył na prze­gu­by ofia­ry.

– Zo­sta­ła skrę­po­wa­na.

– Tak. Ta­śmą na prze­gu­bach i kost­kach. Zna­le­zio­no ją nagą. Mia­ła na so­bie tyl­ko bi­żu­te­rię.

– Jaką?

– Na­szyj­nik. Pier­ścio­nek. Kol­czy­ki. Szka­tuł­ka z bi­żu­te­rią w sy­pial­ni była nie­tknię­ta. Nie cho­dzi­ło o ra­bu­nek.

Mo­ore spoj­rzał na siną po­zio­mą smu­gę na bio­drach ofia­ry.

– Tu­łów był rów­nież unie­ru­cho­mio­ny.

– Mia­ła prze­wią­za­ne ta­śmą uda i ta­lię. A tak­że usta.

Mo­ore wes­tchnął cięż­ko.

– Chry­ste…

Pa­trząc na Ele­nę Or­tiz, przy­po­mniał so­bie na­gle inną ko­bie­tę. Ko­lej­ną ofia­rę. Blon­dyn­kę z cię­ty­mi ra­na­mi na szyi i brzu­chu.

– Dia­na Ster­ling – rzekł pod no­sem.

– Od­na­la­złem już ra­port z jej sek­cji – stwier­dził Tier­ney. – Na wy­pa­dek gdy­byś po­trze­bo­wał go przej­rzeć.

Ale było to zbęd­ne. Spra­wa Dia­ny Ster­ling, któ­rą kie­dyś pro­wa­dził, cią­gle nie da­wa­ła mu spo­ko­ju.

Rok temu trzy­dzie­sto­let­nią Dia­nę Ster­ling, za­trud­nio­ną w biu­rze po­dró­ży Ken­dall & Lord, zna­le­zio­no nagą i przy­wią­za­ną ta­śmą do łóż­ka. Mia­ła roz­cię­te gar­dło i brzuch. Zbrod­nia po­zo­sta­ła nie­wy­ja­śnio­na.

Dok­tor Tier­ney skie­ro­wał świa­tło na pod­brzu­sze Ele­ny Or­tiz. Krew spłu­ka­no już wcze­śniej i kra­wę­dzie rany mia­ły bla­do­ró­żo­wy ko­lor.

– Są ja­kieś śla­dy? – spy­tał Mo­ore.

– Za­nim ją umy­li­śmy, zna­leź­li­śmy kil­ka włó­kien. I przy­kle­jo­ny do rany włos.

Mo­ore oka­zał na­głe za­in­te­re­so­wa­nie.

– Na­le­żał do ofia­ry?

– Był o wie­le krót­szy. Ja­sno­brą­zo­wy.

Ele­na Or­tiz była bru­net­ką.

– Po­pro­si­li­śmy już o prób­ki wło­sów wszyst­kich osób, któ­re mia­ły kon­takt z cia­łem – wy­ja­śni­ła Riz­zo­li.

Tier­ney sku­pił uwa­gę na ra­nie.

– Mamy tu do czy­nie­nia z po­przecz­nym cię­ciem. Chi­rur­dzy na­zy­wa­ją to „cię­ciem May­lar­da”. Brzuch był roz­ci­na­ny war­stwa­mi. Naj­pierw skó­ra, po­tem po­więź, mię­sień i otrzew­na jamy brzusz­nej.

– Jak u Dia­ny Ster­ling – oznaj­mił Mo­ore.

– Owszem. Są jed­nak pew­ne róż­ni­ce.

– Ja­kie?

– W przy­pad­ku Dia­ny Ster­ling kra­wę­dzie rany były tro­chę po­szar­pa­ne, jak­by spraw­ca wa­hał się lub miał nie­pew­ną rękę. Tu­taj tego nie wi­dać. Za­uważ, jak ide­al­ne jest na­cię­cie. Żad­nych nie­rów­no­ści. Zro­bił to z cał­ko­wi­tą pew­no­ścią sie­bie. – Tier­ney spoj­rzał Mo­ore’owi w oczy. – Nasz nie­zna­ny spraw­ca czy­ni po­stę­py. Po­pra­wił tech­ni­kę.

– Je­śli to nadal ta sama oso­ba – stwier­dzi­ła Riz­zo­li.

– Są jesz­cze inne po­do­bień­stwa. Wi­dzi­cie ten pro­sto­kąt­ny kształt koń­ców­ki rany? Wska­zu­je, że cię­cia do­ko­na­no od pra­wej do le­wej. Jak u Dia­ny Ster­ling. W obu przy­pad­kach uży­to pro­ste­go ostrza, bez ząb­ków.

– Skal­pe­la?

– Moż­li­we. Rów­ne cię­cie su­ge­ru­je, że ostrze się nie chwia­ło. Ofia­ra była nie­przy­tom­na albo tak moc­no zwią­za­na, że nie mo­gła się po­ru­szać, nie mo­gła wal­czyć. Nie była w sta­nie spra­wić, by ostrze zbo­czy­ło z pro­stej li­nii.

Bar­ry Frost wy­glą­dał tak, jak­by zbie­ra­ło mu się na wy­mio­ty.

– Chry­ste! Bła­gam, po­wiedz, że już nie żyła, kie­dy to ro­bił.

– Oba­wiam się, że to nie jest po­śmiert­na rana. – Zza chi­rur­gicz­nej ma­ski wi­dać było tyl­ko zie­lo­ne oczy Tier­neya, któ­re pa­ła­ły gnie­wem.

– Mia­ła przed­śmiert­ne krwa­wie­nie? – spy­tał Mo­ore.

– W ja­mie brzusz­nej. Co ozna­cza, że jej ser­ce nadal pra­co­wa­ło. Żyła, gdy… to się dzia­ło.

Mo­ore spoj­rzał na sine krę­gi na prze­gu­bach ofia­ry. Po­dob­ne śla­dy mia­ła wo­kół ko­stek, a na jej bio­drach wid­nia­ły pod­skór­ne krwia­ki. Ele­na Or­tiz pró­bo­wa­ła uwol­nić się z wię­zów.

– Jest jesz­cze inny do­wód na to, że żyła, gdy roz­cię­to jej brzuch – oznaj­mił Tier­ney. – Włóż rękę do rany, Tho­mas. Chy­ba wiesz, cze­go się spo­dzie­wać.

Mo­ore wsu­nął nie­chęt­nie dłoń w rę­ka­wicz­ce do rany. Cia­ło było zim­ne w do­ty­ku, wy­zię­bio­ne po kil­ku­go­dzin­nym spo­czy­wa­niu w chłod­ni. Czuł się tak, jak­by wkła­dał rękę do in­dy­ka, by wy­jąć z nie­go po­dro­by. We­tknął dłoń aż po prze­gub, do­ty­ka­jąc pal­ca­mi kra­wę­dzi rany. Ta­kie pe­ne­tro­wa­nie naj­bar­dziej pry­wat­nej sfe­ry cia­ła ko­bie­ty sta­no­wi­ło po­gwał­ce­nie jej in­tym­no­ści. Sta­rał się nie pa­trzeć na twarz Ele­ny Or­tiz. Tyl­ko w ten spo­sób mógł po­dejść z dy­stan­sem do jej do­cze­snych szcząt­ków i skon­cen­tro­wać się z zim­ną krwią na tym, co uczy­nio­no z jej cia­łem.

– Nie ma ma­ci­cy – stwier­dził, pa­trząc na Tier­neya.

Dok­tor ski­nął gło­wą.

– Zo­sta­ła usu­nię­ta.

Mo­ore wy­jął rękę z cia­ła i spo­glą­dał na ranę, przy­po­mi­na­ją­cą roz­war­te usta. Te­raz Riz­zo­li wsu­nę­ła do środ­ka dłoń w rę­ka­wicz­ce, pró­bu­jąc spe­ne­tro­wać krót­ki­mi pal­ca­mi wnę­trze rany.

– Ni­cze­go wię­cej nie usu­nię­to? – za­py­ta­ła.

– Tyl­ko ma­ci­cę – od­parł Tier­ney. – Pę­cherz i je­li­ta po­zo­sta­ły nie­tknię­te.

– Wy­czu­wam tu, po le­wej, ja­kieś zgru­bie­nie – stwier­dzi­ła.

– To szew. Spraw­ca pod­wią­zał na­czy­nia krwio­no­śne.

Riz­zo­li spoj­rza­ła zdu­mio­na na dok­to­ra.

– To nić chi­rur­gicz­na?

– Zwy­czaj­ny kat­gut – za­ry­zy­ko­wał Mo­ore, ocze­ku­jąc od Tier­neya po­twier­dze­nia.

Tier­ney przy­tak­nął.

– Taką samą nić zna­leź­li­śmy w cie­le Dia­ny Ster­ling.

– Kat­gut? – ode­zwał się sła­bym gło­sem Frost. Od­szedł od sto­łu i stał te­raz w rogu sali, go­to­wy rzu­cić się w kie­run­ku zle­wu. – Czy to ja­kaś… fir­mo­wa na­zwa?

– By­najm­niej – stwier­dził Tier­ney. – To ro­dzaj nici chi­rur­gicz­nych, pro­du­ko­wa­nych z je­lit krów i owiec.

– Dla­cze­go je tak na­zwa­no? – spy­ta­ła Riz­zo­li.

– W śre­dnio­wie­czu uży­wa­no je­lit do wy­ro­bu strun do in­stru­men­tów. Mu­zy­cy na­zy­wa­li je „kit­gu­ta­mi”. Z cza­sem sło­wo to prze­kształ­ci­ło się w okre­śle­nie „kat­gut”. W chi­rur­gii uży­wa się ta­kich nici do zszy­wa­nia głę­bo­kich warstw tkan­ki łącz­nej. Or­ga­nizm roz­kła­da je z cza­sem i wchła­nia.

– Skąd spraw­ca miał te nici? – spy­ta­ła Riz­zo­li, pa­trząc na Mo­ore’a. – Zba­da­li­ście to po za­bój­stwie Dia­ny Ster­ling?

– Trud­no usta­lić źró­dło ich po­cho­dze­nia – stwier­dził Mo­ore. – Kat­gut pro­du­ku­je kil­ka­na­ście róż­nych firm, głów­nie w Azji. Sto­su­je się go nadal w wie­lu za­gra­nicz­nych szpi­ta­lach.

– Tyl­ko za­gra­nicz­nych?

– Są już lep­sze ma­te­ria­ły – wy­ja­śnił Tier­ney. – Kat­gut nie jest tak moc­ny i trwa­ły jak nici syn­te­tycz­ne. Wąt­pię, by ko­rzy­sta­ło z nie­go wie­lu ame­ry­kań­skich chi­rur­gów.

– A po co wła­ści­wie uży­wa go nasz spraw­ca?

– Żeby mieć do­bre pole wi­dze­nia. Kon­tro­lo­wać krwa­wie­nie do­sta­tecz­nie dłu­go, by wi­dzieć do­kład­nie, co robi. To pe­dant.

Riz­zo­li wy­cią­gnę­ła rękę z rany. Na rę­ka­wicz­ce mia­ła za­krze­płą kro­pel­kę krwi, jak czer­wo­ny ko­ra­lik.

– Co on po­tra­fi? Mamy do czy­nie­nia z le­ka­rzem czy rzeź­ni­kiem?

– Z pew­no­ścią po­sia­da wie­dzę ana­to­micz­ną – od­parł Tier­ney. – Nie wąt­pię, że już to wcze­śniej ro­bił.

Mo­ore od­stą­pił krok od sto­łu, sta­ra­jąc się nie my­śleć, ile mu­sia­ła wy­cier­pieć Ele­na Or­tiz, ale nie umiał od­pę­dzić od sie­bie kosz­mar­nych wi­zji, gdy le­ża­ła przed nim z otwar­ty­mi ocza­mi.

Wzdry­gnął się i od­wró­cił, usły­szaw­szy brzęk na­rzę­dzi na me­ta­lo­wej tacy. Pra­cow­nik kost­ni­cy pod­su­nął ją w kie­run­ku dok­to­ra Tier­neya, aby ten mógł roz­po­cząć sek­cję. Te­raz po­chy­lał się do przo­du i przy­pa­try­wał ra­nie na brzu­chu ofia­ry.

– Co się po­tem dzie­je z tą ma­ci­cą? – za­py­tał. – Co z nią robi, kie­dy ją wy­tnie?

– Nie wie­my – od­parł Tier­ney. – Usu­nię­tych or­ga­nów nig­dy nie zna­le­zio­no.Rozdział drugi

Mo­ore stał na chod­ni­ku w dziel­ni­cy So­uth End, gdzie zgi­nę­ła Ele­na Or­tiz. Kie­dyś były tam ubo­gie czyn­szo­we domy, od­dzie­lo­ne li­nią ko­le­jo­wą od bo­gat­szej, pół­noc­nej czę­ści Bo­sto­nu. Roz­ra­sta­ją­ce się mia­sto jest żar­łocz­ną be­stią, za­wsze żąd­ną no­wych te­re­nów, i tory ko­le­jo­we nie sta­no­wią prze­szko­dy dla agre­syw­nych in­we­sto­rów. Nowe po­ko­le­nie bo­stoń­czy­ków od­kry­ło So­uth End i sta­re domy czyn­szo­we za­mie­nia­no stop­nio­wo na bu­dyn­ki apar­ta­men­to­we.

Ele­na Or­tiz zaj­mo­wa­ła nie­wiel­ki apar­ta­ment w ta­kim wła­śnie blo­ku. Choć wi­dok z jej miesz­ka­nia na pierw­szym pię­trze nie był zbyt atrak­cyj­ny – okna wy­cho­dzi­ły na pral­nię po dru­giej stro­nie uli­cy – lo­ka­to­rom za­pew­nio­no rzad­ki w Bo­sto­nie luk­sus: przy­le­ga­ją­cy do są­sied­niej alei par­king.

Mo­ore szedł wła­śnie tą ale­ją, przy­glą­da­jąc się oknom w miesz­ka­niach i za­sta­na­wia­jąc się, kto w tym mo­men­cie ob­ser­wu­je go z góry. Za szy­ba­mi nie było wi­dać żad­ne­go ru­chu. Lo­ka­to­rzy miesz­kań, któ­rych okna wy­cho­dzi­ły na ale­ję, zo­sta­li już prze­słu­cha­ni. Nie do­star­czy­li żad­nych uży­tecz­nych in­for­ma­cji.

Przy­sta­nął pod oknem ła­zien­ki Ele­ny Or­tiz i spoj­rzał na pro­wa­dzą­cą do nie­go dra­bin­kę prze­ciw­po­ża­ro­wą. Była pod­cią­gnię­ta do góry i od­su­nię­ta na bok. W nocy, kie­dy zgi­nę­ła Ele­na Or­tiz, był pod nią za­par­ko­wa­ny sa­mo­chód jed­ne­go z lo­ka­to­rów, na któ­re­go da­chu zna­le­zio­no od­ci­ski bu­tów roz­mia­ru osiem i pół. Spraw­ca wszedł po nim na dra­bin­kę.

Mo­ore zo­ba­czył, że okno ła­zien­ki jest za­mknię­te. Tam­tej nocy, gdy zja­wił się za­bój­ca, było otwar­te.

Opu­ścił ale­ję, za­wró­cił do głów­ne­go wej­ścia i wszedł do bu­dyn­ku.

Drzwi miesz­ka­nia Ele­ny Or­tiz były za­kle­jo­ne po­li­cyj­ną ta­śmą. Otwo­rzył je, czu­jąc pod ręką pro­szek uży­wa­ny do zdej­mo­wa­nia od­ci­sków pal­ców. Gdy wcho­dził do środ­ka, zwi­sa­ją­ca ta­śma prze­śli­zgnę­ła mu się po ra­mie­niu.

Sa­lon wy­glą­dał tak samo jak dzień wcze­śniej, gdy zja­wił się tu z Riz­zo­li. Była to nie­przy­jem­na wi­zy­ta. Wy­czu­wał at­mos­fe­rę ry­wa­li­za­cji. Riz­zo­li pro­wa­dzi­ła od po­cząt­ku spra­wę Ele­ny Or­tiz i oba­wia­ła się kwe­stio­no­wa­nia swe­go au­to­ry­te­tu, zwłasz­cza przez star­sze­go od niej po­li­cjan­ta. Choć sta­no­wi­li te­raz ze­spół, po­więk­szo­ny już do pię­ciu de­tek­ty­wów, Mo­ore czuł się na te­re­nie Riz­zo­li jak in­truz i sta­rał się for­mu­ło­wać wszel­kie uwa­gi w jak naj­bar­dziej dy­plo­ma­tycz­ny spo­sób. Nie za­mie­rzał z nią wal­czyć, choć sama go pro­wo­ko­wa­ła. Pró­bo­wał wczo­raj skon­cen­tro­wać uwa­gę na miej­scu zbrod­ni, ale nie­przy­chyl­ność Ri­zol­li sta­le go roz­pra­sza­ła.

Do­pie­ro te­raz, bę­dąc sam, mógł obej­rzeć do­kład­nie miesz­ka­nie, w któ­rym zgi­nę­ła Ele­na Or­tiz. W sa­lo­nie zo­ba­czył nie­pa­su­ją­ce do sie­bie me­ble, usta­wio­ne wo­kół wi­kli­no­we­go sto­li­ka do kawy. W rogu stał na biur­ku kom­pu­ter, a na pod­ło­dze le­żał be­żo­wy dy­wan z mo­ty­wa­mi wi­no­ro­śli i ró­żo­wych kwia­tów. Jak twier­dzi­ła Riz­zo­li, od dnia za­bój­stwa ni­cze­go tu nie ru­sza­no. Na dwo­rze już zmierz­cha­ło, ale Mo­ore nie za­pa­lał świa­tła. Stał w miej­scu przez dłuż­szą chwi­lę, nie po­ru­sza­jąc na­wet gło­wą i cze­ka­jąc, by w po­ko­ju za­pa­no­wa­ła kom­plet­na ci­sza. Po raz pierw­szy miał oka­zję być sam w tym miesz­ka­niu. Nie roz­pra­sza­ły go gło­sy i twa­rze in­nych lu­dzi. Wi­dział ocza­mi wy­obraź­ni, jak czą­stecz­ki po­wie­trza, po­ru­szo­ne jego wej­ściem, po­wo­li nie­ru­cho­mie­ją. Chciał, żeby ten po­kój do nie­go prze­mó­wił.

Nic jed­nak nie czuł. Żad­nych flu­idów zła ani at­mos­fe­ry gro­zy.

Spraw­ca nie wszedł drzwia­mi. Nie prze­cha­dzał się po swo­im no­wym kró­le­stwie śmier­ci. Skon­cen­tro­wał całą uwa­gę na sy­pial­ni.

Mo­ore mi­nął po­wo­li nie­wiel­ką kuch­nię i za­czął iść ko­ry­ta­rzem. Czuł, jak jeżą mu się wło­sy na kar­ku. Przy­sta­nął przy pierw­szych drzwiach i zaj­rzaw­szy do ła­zien­ki, za­pa­lił świa­tło.

Czwart­ko­wa noc jest cie­pła. Tak cie­pła, że w ca­łym mie­ście są po­otwie­ra­ne okna, aby po­chwy­cić każ­dy po­dmuch wia­tru, każ­dy po­wiew chłod­ne­go po­wie­trza. Cza­isz się na dra­bin­ce prze­ciw­po­ża­ro­wej, po­cąc się w ciem­nym odzie­niu i pa­trząc w okno ła­zien­ki. Pa­nu­je ci­sza. Ko­bie­ta śpi w sy­pial­ni. Wcze­śnie rano za­czy­na pra­cę w kwia­ciar­ni i o tej po­rze znaj­du­je się już w fa­zie naj­głęb­sze­go snu.

Nie sły­szy zgrzy­tu me­ta­lo­we­go ostrza, któ­rym pod­wa­żasz ża­lu­zję.

Mo­ore spoj­rzał na ta­pe­tę, przy­ozdo­bio­ną drob­ny­mi pącz­ka­mi czer­wo­nych róż. Ty­po­wo ko­bie­cy wzór, któ­re­go męż­czy­zna na pew­no by nie wy­brał. Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że była to ła­zien­ka ko­bie­ty: szam­pon o za­pa­chu tru­ska­wek, pu­deł­ko tam­pak­sów pod umy­wal­ką i wy­peł­nio­na ko­sme­ty­ka­mi ap­tecz­ka. Dziew­czy­na dba­ła o ma­ki­jaż.

Wcho­dzisz przez okno, zo­sta­wia­jąc na fra­mu­dze włók­na gra­na­to­wej ko­szu­li z po­lie­stru, a na bia­łym li­no­leum pod­ło­gi od­ci­ski adi­da­sów, roz­miar osiem i pół. Są też śla­dy pia­sku, zmie­sza­ne­go z krysz­tał­ka­mi gip­su. Ty­po­wa mie­szan­ka, gdy cho­dzi się po Bo­sto­nie.

Być może przy­sta­jesz, na­słu­chu­jąc w ciem­no­ściach. Upa­ja­jąc się at­mos­fe­rą miej­sca, za­miesz­ka­ne­go przez ko­bie­tę. A może, nie tra­cąc cza­su, zmie­rzasz pro­sto do celu.

Do sy­pial­ni.

Po­wie­trze wy­da­wa­ło się te­raz cuch­ną­ce, jak­by gę­ściej­sze, gdy po­dą­żał śla­da­mi in­tru­za. Nie cho­dzi­ło tyl­ko o wy­ima­gi­no­wa­ne zło, lecz o za­pach.

Pod­szedł do drzwi sy­pial­ni. Wło­sy na kar­ku ster­cza­ły mu już na sztorc. Wie­dział, co zo­ba­czy we­wnątrz. Są­dził, że jest na to przy­go­to­wa­ny. Jed­nak gdy za­pa­lił świa­tło, ogar­nę­ło go prze­ra­że­nie jak wte­dy, gdy uj­rzał ten po­kój po raz pierw­szy.

Śla­dy krwi mia­ły po­nad dwa dni. Miesz­ka­nia jesz­cze nie wy­sprzą­ta­no. Na­wet z po­mo­cą de­ter­gen­tów, od­ku­rza­czy na parę i bia­łej far­by nie uda­ło­by się za­tu­szo­wać tego, co tam za­szło, gdyż po­wie­trze było już na za­wsze prze­siąk­nię­te gro­zą.

Wcho­dzisz do sy­pial­ni. Świa­tło ulicz­nych lamp prze­ni­ka przez cien­kie ba­weł­nia­ne za­sło­ny, oświe­tla­jąc łóż­ko i śpią­cą w nim ko­bie­tę. Z pew­no­ścią przy­glą­dasz się jej przez chwi­lę. My­ślisz z roz­ko­szą o cze­ka­ją­cym cię za­da­niu. Spra­wia ci to przy­jem­ność, praw­da? Co­raz bar­dziej się pod­nie­casz. Po­bu­dza ci to krą­że­nie jak nar­ko­tyk, na­prę­ża każ­dy nerw, aż czu­jesz pul­so­wa­nie na­wet w opusz­kach pal­ców.

Ele­na Or­tiz nie mia­ła cza­su krzyk­nąć. W każ­dym ra­zie nikt tego nie sły­szał. Ani ro­dzi­na z miesz­ka­nia obok, ani para z dołu.

In­truz przy­niósł ze sobą wszyst­ko, cze­go po­trze­bo­wał. Ta­śmę kle­ją­cą, szma­tę na­są­czo­ną chlo­ro­for­mem, ze­staw na­rzę­dzi chi­rur­gicz­nych. Był w peł­ni przy­go­to­wa­ny.

Upior­ny ry­tu­ał mu­siał trwać do­brze po­nad go­dzi­nę. Ele­na Or­tiz przy­najm­niej przez ja­kiś czas była przy­tom­na. Mia­ła star­tą skó­rę na prze­gu­bach i kost­kach, co ozna­cza­ło, że wal­czy­ła. Z bólu i prze­ra­że­nia opróż­ni­ła pę­cherz i jej mocz wsiąkł w ma­te­rac, mie­sza­jąc się z krwią. Ope­ra­cja wy­ma­ga­ła pre­cy­zji i spraw­ca sta­rał się do­brze ją prze­pro­wa­dzić, aby zdo­być tyl­ko to, cze­go chciał, nic wię­cej.

Nie zgwał­cił jej. Może nie był do tego zdol­ny.

Kie­dy wy­ko­nał swój po­twor­ny za­bieg, dziew­czy­na jesz­cze żyła. Rana w ja­mie brzusz­nej nadal krwa­wi­ła, a ser­ce tło­czy­ło krew. Jak dłu­go? Dok­tor Tier­ney uwa­żał, że co naj­mniej przez pół go­dzi­ny. Trzy­dzie­ści mi­nut, któ­re Ele­nie Or­tiz mu­sia­ły się wy­da­wać wiecz­no­ścią.

Co ro­bi­łeś w tym cza­sie? Pa­ko­wa­łeś na­rzę­dzia? Wkła­da­łeś do sło­ika swój łup? A może tyl­ko sta­łeś tu i przy­glą­da­łeś się z sa­tys­fak­cją?

Ostat­nie po­su­nię­cie było szyb­kie i zde­cy­do­wa­ne. Opraw­ca Ele­ny Or­tiz zdo­był to, cze­go chciał, i na­de­szła pora, by za­koń­czyć spra­wę. Pod­szedł do wez­gło­wia łóż­ka i chwy­cił ją lewą ręką za wło­sy, cią­gnąc tak moc­no do tyłu, że wy­rwał ich cały pęk. Zna­le­zio­no je po­tem roz­sy­pa­ne na po­dusz­ce i pod­ło­dze. Pla­my krwi sta­no­wi­ły prze­ra­ża­ją­cy do­wód tego, co wy­da­rzy­ło się póź­niej. Unie­ru­cho­miw­szy ofie­rze gło­wę i od­sło­niw­szy szy­ję, spraw­ca jed­nym ru­chem prze­ciął jej gar­dło, od le­wej do pra­wej stro­ny, uszka­dza­jąc tęt­ni­cę szyj­ną i tcha­wi­cę. Krew try­snę­ła stru­mie­niem, obry­zgu­jąc ścia­nę na lewo od łóż­ka. Po­dusz­ka i po­ściel były tak­że nią prze­siąk­nię­te. Kil­ka po­je­dyn­czych kro­pli spa­dło z ostrza na pa­ra­pet okna.

Ele­na Or­tiz żyła do­sta­tecz­nie dłu­go, by wi­dzieć, jak krew try­ska jej z szyi i roz­bry­zgu­je się na ścia­nie. Wdy­cha­ła krew przez uszko­dzo­ną tcha­wi­cę, sły­sza­ła, jak bul­go­cze jej w płu­cach, od­kasz­li­wa­ła szkar­łat­ną fleg­mą.

Żyła do­sta­tecz­nie dłu­go, by wie­dzieć, że umie­ra.

A kie­dy było po wszyst­kim, kie­dy znie­ru­cho­mia­ła, zo­sta­wi­łeś nam wi­zy­tów­kę. Zło­ży­łeś sta­ran­nie jej noc­ną ko­szu­lę i po­ło­ży­łeś ją na to­a­let­ce. Dla­cze­go? Czy to ja­kiś obłą­kań­czy wy­raz sza­cun­ku dla ko­bie­ty, któ­rą za­mor­do­wa­łeś? A może z nas drwisz? Chcesz nam po­ka­zać, że kon­tro­lu­jesz sy­tu­ację?

Mo­ore wró­cił do sa­lo­nu i za­głę­bił się w fo­te­lu. W miesz­ka­niu było go­rą­co i dusz­no, ale on miał dresz­cze. Może z emo­cji, a może z po­wo­du cho­ro­by. Bo­la­ły go uda i ra­mio­na, jak­by zła­pał ja­kie­goś wi­ru­sa. Pew­nie to let­nia gry­pa, naj­gor­sza od­mia­na. My­ślał o miej­scach, w któ­rych wo­lał­by być w tym mo­men­cie. Pły­wał­by po je­zio­rze Ma­ine, za­rzu­ca­jąc węd­kę. Albo stał na brze­gu mo­rza i ob­ser­wo­wał gęst­nie­ją­cą mgłę. Byle tyl­ko nie prze­by­wać w miej­scu zbrod­ni.

Wy­rwał go z za­my­śle­nia brzę­czyk pa­ge­ra. Wy­łą­czyw­szy go, zdał so­bie spra­wę, że ser­ce wali mu jak mło­tem. Pró­bo­wał się opa­no­wać, za­nim wy­jął te­le­fon ko­mór­ko­wy i wy­stu­kał nu­mer.

– Riz­zo­li – usły­szał już po pierw­szym sy­gna­le. Jej głos za­brzmiał su­cho jak wy­strzał.

– Szu­ka­łaś mnie.

– Nie wspo­mnia­łeś, że masz in­for­ma­cje z PPNP – oznaj­mi­ła.

– Ja­kie in­for­ma­cje?

– Na te­mat Dia­ny Ster­ling. Prze­glą­dam wła­śnie jej akta.

PPNP, czy­li Pro­gram Po­szu­ki­wa­nia Nie­bez­piecz­nych Prze­stęp­ców, był ogól­no­kra­jo­wą bazą da­nych, do­ty­czą­cych za­bójstw i na­pa­dów. Za­bój­cy dzia­ła­li czę­sto we­dług okre­ślo­nych sche­ma­tów i dzię­ki re­je­stro­wi moż­na było usta­lić, któ­re zbrod­nie po­peł­nił ten sam spraw­ca. Mo­ore i jego ów­cze­sny part­ner, Ru­sty Sti­vack, roz­po­czę­li ru­ty­no­wo śledz­two w spra­wie Dia­ny Ster­ling od tego wła­śnie źró­dła.

– W No­wej An­glii nie zna­leź­li­śmy żad­nych po­dob­nych przy­pad­ków – stwier­dził Mo­ore. – Spraw­dzi­li­śmy wszyst­kie za­bój­stwa, przy któ­rych mia­ło miej­sce oka­le­cze­nie ofia­ry, noc­ne wła­ma­nie i uży­cie do krę­po­wa­nia ta­śmy kle­ją­cej. Żad­ne nie pa­so­wa­ło do spra­wy Dia­ny Ster­ling.

– A se­ria za­bójstw w sta­nie Geo­r­gia? Trzy lata temu, czte­ry ofia­ry. Jed­na w Atlan­cie, trzy w Sa­van­nah. Wszyst­kie fi­gu­ru­ją w PPNP.

– Prze­glą­da­łem te spra­wy. Tych zbrod­ni nie po­peł­nił nasz spraw­ca.

– Po­słu­chaj, Mo­ore. Dora Cic­co­ne, dwa­dzie­ścia dwa lata, stu­dent­ka z Emo­ry. Zo­sta­ła odu­rzo­na ro­hyp­no­lem i przy­wią­za­na do łóż­ka ny­lo­no­wą lin­ką…

– Nasz spraw­ca uży­wa chlo­ro­for­mu i ta­śmy kle­ją­cej.

– Za­bój­ca roz­ciął jej brzuch i wy­jął ma­ci­cę, a po­tem po­de­rżnął gar­dło. A na ko­niec – zwróć na to uwa­gę – zło­żył jej noc­ną ko­szu­lę i zo­sta­wił ją na krze­śle obok łóż­ka. Mó­wię ci, że to cho­ler­nie po­dob­ny przy­pa­dek.

– Te spra­wy zo­sta­ły za­mknię­te dwa lata temu – stwier­dził Mo­ore. – Za­bój­ca nie żyje.

– A je­śli po­li­cja z Sa­van­nah coś skno­ci­ła? Je­śli się po­my­li­li?

– Mie­li DNA spraw­cy. Włók­na, wło­sy… I świad­ka. Ko­bie­tę, któ­ra prze­ży­ła.

– No tak. Był świa­dek. Ofia­ra nu­mer pięć. – Głos Riz­zo­li brzmiał dziw­nie iro­nicz­nie.

– Roz­po­zna­ła spraw­cę – za­uwa­żył Mo­ore.

– I przy spo­sob­no­ści go za­strze­li­ła.

– Więc chcesz aresz­to­wać jego du­cha?

– Roz­ma­wia­łeś kie­dyś z tą nie­do­szłą ofia­rą? – spy­ta­ła Riz­zo­li.

– Nie.

– Dla­cze­go?

– A niby w ja­kim celu?

– Mógł­byś się do­wie­dzieć cze­goś in­te­re­su­ją­ce­go. Na przy­kład, że wy­je­cha­ła z Sa­van­nah wkrót­ce po na­pa­dzie. Wiesz, gdzie te­raz miesz­ka?

Po­przez szum w te­le­fo­nie ko­mór­ko­wym Mo­ore sły­szał pul­so­wa­nie swe­go tęt­na.

– W Bo­sto­nie? – za­py­tał ci­cho.

– I nie zgadł­byś, czym się zaj­mu­je.Rozdział czwarty

Mo­ore i Riz­zo­li sie­dzie­li, po­cąc się, w sa­mo­cho­dzie, owie­wa­ni stru­mie­niem cie­płe­go po­wie­trza z kli­ma­ty­za­to­ra. Od dzie­się­ciu mi­nut tkwi­li w kor­ku, a wóz co­raz bar­dziej się na­grze­wał.

– Po­dat­ni­cy mają to, na co za­słu­ży­li – stwier­dzi­ła Riz­zo­li. – A ten sa­mo­chód jest kupą zło­mu.

Mo­ore wy­łą­czył kli­ma­ty­za­cję i opu­ścił szy­bę. Do wnę­trza sa­mo­cho­du buch­nę­ło go­rą­ce po­wie­trze, prze­sy­co­ne za­pa­chem as­fal­tu i spa­lin. Mo­ore był już mo­kry od potu. Nie poj­mo­wał, jak Riz­zo­li może wy­trzy­mać w ża­kie­cie. On zdjął kurt­kę, gdy tyl­ko wy­szli z Pil­grim Me­di­cal Cen­ter i zna­leź­li się w wil­got­nym tro­pi­ku. Wie­dział, że musi jej być go­rą­co, gdyż do­strzegł kro­ple potu, lśnią­ce na jej gór­nej war­dze, któ­ra praw­do­po­dob­nie nig­dy nie mia­ła kon­tak­tu ze szmin­ką. Riz­zo­li nie była brzyd­ka, ale gdy inne ko­bie­ty sta­ra­ły się po­pra­wić swą uro­dę ma­ki­ja­żem lub ozdo­ba­mi, ona jak­by ce­lo­wo o sie­bie nie dba­ła. No­si­ła po­nu­re ciem­ne gar­son­ki, nie­pa­su­ją­ce do jej drob­nej po­stu­ry, a czar­ne krę­co­ne wło­sy mia­ła za­wsze w nie­ła­dzie. Była, jaka była i albo czło­wiek to ak­cep­to­wał, albo mógł iść do dia­bła. Mo­ore ro­zu­miał, dla­cze­go przy­ję­ła taką wo­jow­ni­czą po­sta­wę. W za­wo­dzie po­li­cjant­ki było to za­pew­ne ko­niecz­ne. Riz­zo­li mu­sia­ła cią­gle to­czyć wal­kę o prze­trwa­nie.

Po­dob­nie jak Ca­the­ri­ne Cor­dell. Jed­nak dok­tor Cor­dell ob­ra­ła inną stra­te­gię. Za­my­ka­ła się w so­bie. Za­cho­wy­wa­ła dy­stans. W cza­sie roz­mo­wy od­niósł wra­że­nie, że pa­trzy na nią przez ma­to­wą szy­bę, tak wy­da­wa­ła mu się od­le­gła.

To wła­śnie draż­ni­ło Riz­zo­li.

– Coś z nią jest nie tak – za­uwa­ży­ła. – Ma w so­bie ja­kąś emo­cjo­nal­ną pust­kę.

– Spe­cja­li­zu­je się w chi­rur­gii ura­zo­wej. Po­tra­fi pa­no­wać nad emo­cja­mi.

– Jest zim­na jak lód. Dwa lata temu zo­sta­ła zwią­za­na, zgwał­co­na i nie­mal wy­pa­tro­szo­na. A mówi o tym z ta­kim spo­ko­jem. To za­sta­na­wia­ją­ce.

Mo­ore przy­ha­mo­wał na czer­wo­nym świe­tle i pa­trzył na za­tło­czo­ne skrzy­żo­wa­nie. Po ple­cach spły­wa­ły mu kro­ple potu. Źle zno­sił upał. Czuł się sen­ny i otę­pia­ły. Ma­rzył, by skoń­czy­ło się lato i spadł pierw­szy śnieg…

– Hej! – prze­rwa­ła te roz­my­śla­nia Riz­zo­li. – Słu­chasz mnie?

– Ona jest po pro­stu bar­dzo opa­no­wa­na – stwier­dził. Ale nie lo­do­wa­to zim­na, po­my­ślał, przy­po­mi­na­jąc so­bie, jak Ca­the­ri­ne Cor­dell drża­ła ręka, gdy od­da­wa­ła mu fo­to­gra­fie dwóch za­mor­do­wa­nych ko­biet.

Usiadł­szy po­now­nie za biur­kiem, po­cią­gnął łyk cie­płej coli i prze­czy­tał raz jesz­cze ar­ty­kuł, wy­dru­ko­wa­ny kil­ka ty­go­dni wcze­śniej w bo­stoń­skim Glo­be, pod ty­tu­łem Ko­bie­ty ze skal­pe­lem. Była w nim mowa o trzech pra­cu­ją­cych w Bo­sto­nie ko­bie­tach-chi­rur­gach – o ich suk­ce­sach, trud­no­ściach i szcze­gól­nych pro­ble­mach, któ­re na­po­ty­ka­ły w swo­im za­wo­dzie. Spo­śród trzech za­miesz­czo­nych zdjęć naj­bar­dziej przy­ku­wa­ła uwa­gę po­do­bi­zna dok­tor Cor­dell. Nie tyl­ko dla­te­go, że była atrak­cyj­ną ko­bie­tą. Spo­glą­da­ła w obiek­tyw dum­nym i wy­zy­wa­ją­cym wzro­kiem. Zdję­cie, po­dob­nie jak treść ar­ty­ku­łu, utwier­dza­ło w prze­ko­na­niu, że ta ko­bie­ta pa­nu­je nad swo­im ży­ciem.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: