Facebook - konwersja
Człowiek z parawanem - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Człowiek z parawanem - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-244-0443-8
Język:
Polski
Rok wydania:
2016
Rozmiar pliku:
13 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
35,00
Cena w punktach Virtualo:
3500 pkt.

Człowiek z parawanem - opis ebooka

Andrzej Strzelecki – aktor, reżyser, autor sztuk teatralnych, rektor Akademii Teatralnej i golfista napisał książkę przygodową. O własnych przygodach. To, że – z racji swoich licznych zawodowych aktywności – nieustannie obraca się on wśród ludzi bardzo znanych i uznanych, nie zasługiwałoby na wzmiankę, gdyby nie sposób, w jaki autor postrzega siebie i innych. Jest w tej książce autoironia, poczucie humoru i dobry duch, który unosząc się nad opowieściami i anegdotami, podpowiada jak można zmagać się z upływem czasu w pastelowych kolorach i w tonacji dur, nie moll.

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

– Otwórz usta, dziecko... Szerzej.

Kobieta zapaliła małą latareczkę. Z miną pomiętą jak psie posłanie i skwaszoną jak po limonce obserwowała moje wnętrze. Miałem wrażenie, że ogląda żołądek. Trochę mnie to krępowało, bo sytuacja była nieplanowana. Jakbym udawał się do dentysty, to przynajmniej zadbałbym o w miarę atrakcyjny wygląd jamy ustnej, choć – prawdę powiedziawszy – widok ten nigdy nie kojarzył mi się z niczym euforycznym. Ale zaszli mnie z zaskoczenia. Zdawałem do Szkoły Teatralnej i wierzyłem głęboko, że to, co jadłem, nie będzie miało decydującego wpływu na wynik egzaminu.

– Zobacz sama... On ma chyba krzywe wiązadełko...

Wezwana do konsultacji koleżanka kwaśnej kobiety skwapliwie skorzystała z zaproszenia i włożywszy okulary, jęła wskazującym palcem przesuwać moje wargi w różne strony.

– Może troszeczkę... Ale i zęby ma nieco za głęboko... Mogą mu przeszkadzać przy mówieniu.

Zaniepokoiłem się tą obserwacją. Z pobieżnego nasłuchu analizy fachowych spostrzeżeń nawet laik zorientowałby się, że nie jest dobrze.

– Powiedz: Purda, wyrna, kurta.

– Przepraszam... co...?

– Purda, wyrna, kurta.

Z nerwów nie mogłem zapamiętać, co mam powiedzieć i w jakiej kolejności. Obawiałem się, że z tego wszystkiego powiem coś brzydkiego, pozbawiając się szansy już na starcie. Z trudem przełykałem ślinę.

– Purda, wyrwa... kurta...

– Słyszałaś?

Zmartwiałem. Czyżby jednak wyrwało mi się coś poza wiedzą i kontrolą? Na szczęście kobiety skupione były nie na tym, co mówię, ale – jak.

– Ma gotyckie podniebienie...

Zaskoczyła mnie. Nie przypuszczałem, że mam w sobie cokolwiek gotyckiego. Raczej stawiałem na zachwaszczone rokoko...

– Wiązadełko krzywe bezdyskusyjnie. Ale zęby – czy ja wiem...?

Okularnica nie była zadowolona, że kwaśna podała w wątpliwość jej niezaprzeczalnie trafną obserwację i z wielką determinacją przystąpiła do obrony swojej tezy.

– Widzę u pana ósemeczki i one mogą szorować o policzek. Niech pan powie...

– Purna...

– Nie, nie. Niech pan powie, czy pana nic nie boli, jak pan mówi?

– Nie.

– Na pewno?

Czułem, że grunt pali mi się pod nogami. Kwaśna prawdopodobnie była już po mojej stronie, ale w tak ważnej sprawie jak egzamin każdy głos się liczy. Musiałem ratować prestiż okularnicy.

– To znaczy... Wczoraj trochę bolała mnie głowa. Powiedziałem o tym koledze. I jak mu o tym mówiłem, to mnie nadal bolało...

– Ale gdzie, przy żuchwie?

– Wszędzie...

– Czyli bolało pana, jak pan mówił, tak?

– Tak.

– No właśnie...

Uświadomiłem sobie, że – być może nieczujnie – popełniam fatalny w skutkach błąd taktyczny. Mogło się bowiem okazać, że zauważona przez okulary przypadłość jest absolutnie dyskwalifikująca. Nie byłem pewien, czy nie strzeliłem samobója. A chciałem się dostać do Szkoły Teatralnej za wszelką cenę.

Nigdy specjalnie nie marzyłem o tym, aby zostać aktorem. Prawdę powiedziawszy – nie przepadałem za teatrem, który zawsze wydawał mi się albo nudny, albo infantylny, ewentualnie głupi. Albo głupi i infantylny, i nudny naraz. Jego synonimem był dla mnie wymalowany szminką dorosły mężczyzna w rajtuzach, który trzymając w rękach kawałek deseczki, zastanawia się nad marnością świata. Jakby spojrzał w lustro, toby wiedział, że gdy ktoś tak wygląda – to się do marności świata przyczynia najbardziej. Nie potrafiłem zrozumieć, na czym polega to, że kilku znanych mi ludzi, mówiąc słowo „teatr”, lekko ściszało głos. Nie pojmowałem, dlaczego sama obecność w teatrze może być świadectwem czyjejś wrażliwości i niemalże dowodem na bogactwo życia wewnętrznego. Z moich wizyt wynikało coś zgoła innego. Owszem – był to test na wytrzymałość własnego organizmu. Rodzaj sprawdzianu, wszelako niewiele różniący się od tego, jaki robiliśmy sobie z chłopakami na podwórku. Chodziło o to, kto dłużej będzie wisiał na trzepaku. W teatrze wyrabiałem spokojnie do dwóch godzin i był to powód do prawdziwej dumy. U kolegów miałem opinię twardziela.

W moim liceum było kółko teatralne. Szczęśliwie nigdy nie uczestniczyłem w jego pracach. Jako wykonawca. Jako widz bowiem uwielbiałem te chwile, kiedy koledzy mówili jakieś teksty, walcząc z przyklejonymi brodami i wąsami, które na ogół odpadały im po kwadransie przedstawienia. Dla moich koleżanek i kolegów teatr był ważnym miejscem, w którym się mogą trochę poprzebierać. Rozumiałem, że w ten sposób przedłużają sobie dzieciństwo, nawet szanowałem ten rodzaj pomysłu na zmagania z czasem. Raz zdarzyło się nawet, że w ferworze tej walki jednej Gabrysi, na którą w klasie były zapisy – jak za komuny w kolejkach po meble – wyszła pierś. Mała – to prawda – ale goła i ładna. Dziewczyna nie zauważyła tego, co zauważyli wszyscy na widowni i na scenie. Zapadła piękna cisza. Publiczność wstrzymała oddech w wielkim napięciu – nie chcąc spłoszyć tej chwili. Gabrysia mówiła jakiś wiersz Herberta... Wtedy po raz pierwszy w szkolnym kółku teatralnym pojawił się teatr. Prawdziwy. Poznałem to po sobie. W zadziwiający sposób po chwili w zasadzie nie dostrzegałem już tej gołej piersi, ale słuchałem tego, co Gabrysia mówi. Uważałem to za niesprawiedliwe, ale wszystko się działo poza mną. Zamiast korzystać z zaistniałej okazji i napawać oko urokiem przypadku, jak kretyn słuchałem słów Herberta! Chciałbym zawsze dostawać takie brawa, jak te, które po występie nagrodziły Gabrysię...

– Dlaczego chcesz zdawać do Szkoły Teatralnej, synku?

Tego pytania obawiałem się najbardziej. Liczyłem na to, że egzaminatorzy nie będą się wygłupiać. Do Szkoły Teatralnej zdaje się z kilku powodów, które im – starym repom – są w końcu dobrze znane. „Bo marzę o teatrze...” – odpowiada większość Gabryś płci obojga. „Bo mażę po teatrze...” – mógłby odpowiedzieć jakiś koleś od graffiti. „Bo... wszyscy mi mówią, że powinnam spróbować...”. „Jacy wszyscy?” „No w rodzinie...”. „Bo chcę zostać aktorem”. „Bo...”. Powody banalne, prawdziwe lub nie.

Ja zdawałem do Szkoły Teatralnej z ciekawości. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć prawdziwego zainteresowania teatrem u innych i bardzo chciałem poznać powody własnej przypadłości. Źródeł braku kontaktu z tą dziedziną sztuki upatrywałem w sobie. Być może były to skutki dawnej, dziecięcej przygody z teatrem lalkowym, kiedy mama, mimo że miałem silne wzdęcie, zabrała mnie na przedstawienie. Pierwszy kwadrans spektaklu był o tyle udany, że towarzyszyła mu głośna muzyka. Kryty tłumem dzieci dawałem upust naturze bez wielkich konsekwencji, tym bardziej że moja mama przyłączyła się do grupy pozostałych matek, starających się zlokalizować źródło doznań zgoła nieteatralnych. Grała pięknie i bardzo wiarygodnie. Nieświadomie, intuicyjnie... Niestety, w chwili niezwykle napiętej ciszy puściłem niekontrolowanego bąka, który mnie zdradził. Matki zachowały się jak rekin, który poczuje krew. Do tej pory zgodnie brały na siebie odpowiedzialność za sytuację, nie będąc pewne, czy inspiratorami nie są ich pociechy. Ale kiedy sprawca sam się zdemaskował – ruszyły na mnie z wielką ulgą i z równą jej determinacją. Z teatru w zasadzie uciekliśmy. Jestem pewien, że spotkała mnie taka sama niesprawiedliwość, jak kiedyś mojego kolegę Jasia na basenie. Pan instruktor zrobił awanturę, że Jaś jako jedyny sika do basenu, a to była całkowita nieprawda, bo wszyscy trochę sikaliśmy. Z tym że Jaś, jako jedyny, ze słupka...

W stopniu niepomiernie mniejszym o moim zdawaniu do Szkoły Teatralnej zadecydowały krążące wśród młodzieży wieści, z których wynikało, że tam na egzaminie z niczego nie pytają. To znaczy, jak ktoś umie te teksty, co się ich nauczył, to to wystarczy. Krążyła nawet wersja superoptymistyczna, dla kompletnych frajerów, że nawet jak się nie do końca umie te teksty, co się je umieć powinno, to nic nie szkodzi, bo wystarczy, że się zainteresuje sobą komisję.

– Dlaczego chcesz zdawać do Szkoły Teatralnej?

– Bo... mieszkam tu obok, bardzo blisko...

Tę prawdziwą skądinąd informację uznano za miły żarcik. Dla rutyniarzy z komisji gość, który chce się dostać do Szkoły Teatralnej, aby oszczędzić na autobusach przy dojazdach na uczelnię, był atrakcyjnym urozmaiceniem nudnych i monotonnych egzaminów.

– Dowcipny chłopak... Synku, czy możesz powiedzieć ten wiersz liryczny bezpośrednio do mnie, prosto w oczy...?

– „Kochałem panią... i miłości mojej

jeszcze się pewnie resztki w duszy tlą...”

– Stop!

No tak – dałem się podpuścić jak dziecko. To był pewnie test na refleks i inteligencję. Jak można było do starego profesora mówić „panią”! Błyskawicznie chciałem odrobić stracony dystans.

– „Kochałem pana...”

– Poczekaj chłopcze. Podejdź tu, blisko... Usiądź naprzeciwko mnie i jeszcze raz zacznij. Spokojnie...

Stary profesor uśmiechał się sympatycznie. Wyraźnie chciał mi pomóc w prawidłowej realizacji zadania, tworząc miły klimat. Jeszcze nic nie powiedziałem, a on już słuchał całym sobą. Był naprawdę wielkim, charyzmatycznym aktorem, rozsiewającym magiczną aurę. W zasadzie – kochałem go – i z wiarygodnym wyznaniem nie miałbym większego problemu, gdyby nie jeden drobiazg.

– Mów mi w oczy...

Profesor miał gigantycznego zeza. Nietypowego, w jednym tylko oku, które w sposób całkowicie pozbawiony jakiejkolwiek kontroli uciekało gdzieś w bok, w stronę ucha. Drugie oko było całkowicie normalne i przenikliwie obserwowało moje ze sobą zmagania. Chyba nigdy przedtem nie byłem tak skupiony. Przemieszczająca się źrenica profesora była tak absorbującym elementem, że utrzymanie własnego spojrzenia w jakimkolwiek porządku wymagało nieprawdopodobnego wysiłku. Mój organizm nie był przygotowany na tortury. Czułem, że łzawię, ale widocznie taka była cena koncentracji wzroku. W duchu powtarzałem sobie – nie dać się, nie dać się wrąbać w to pływające jajko sadzone... Wydawało mi się nawet, że mam lekkie drżenie dolnej wargi. Po sekundzie przestało mi się wydawać. Byłem pewien, że lata mi szczęka, a spływające po policzkach łzy jęły kapać na stół. Wskutek zawilgotnienia oczu – szczęśliwie straciłem ostrość widzenia profesora. Nie mogąc sobie poradzić z dygotem ust, zacząłem cicho mówić do rozmazanej sylwetki jego głowy...

– „Kochałem panią... i miłości mojej

jeszcze się pewnie resztki w duszy tlą...”

– Stop! Ja już dziękuję.

Profesor był zachwycony. Ku mojemu zaskoczeniu, nie tylko sobą. A niesłusznie, bo tylko dzięki jego charyzmatycznemu spojrzeniu udało mi się przypadkowo wykonać coś, czego prawdopodobnie oczekiwał. Siedząca za stołem, centralnie, bardzo znana aktorka, od której po egzaminie – bez względu na jego wynik – postanowiłem wziąć autograf, odezwała się nagle.

– To bardzo wrażliwy chłopak...

Środkowa musiała być ważna, bo inaczej by jej tam nie sadzali. Jej opinia mogła mieć kluczowe znaczenie. W drużynie piłkarskiej nosiłaby na pewno kultową koszulkę z numerem dziesięć.

– ...delikatny, subtelny...

Powoli zaczynałem zaskakiwać w konwencji. Normalnie ludziom nie mówi się takich rzeczy prosto w oczy. Ani miłych, ani niemiłych. To krępujące. Ludzie teatru widocznie mają w innym miejscu busolę określającą współczynnik wstydu. Kategoria szczerej otwartości jest tu wyraźnie wyżej punktowana niż dyskretna powściągliwość.

– Ale przez to właśnie nie wiemy, czy on w ogóle ma głos.

Tą niepotrzebną kwestią kobieta kwaśna powróciła do dialogu. Myślałem, że się już wyprztykała na „krzywym wiązadełku”, ale gdzie tam. To był dopiero początek jej występu.

– Sprawdzimy. Czy możesz krzyknąć, chłopcze? Ale uważaj – wyobraź sobie, że po drugiej stronie rzeki stoją Niemcy. I ty musisz przez ten rwący nurt przekazać swoim zasadniczą wiadomość. Proszę bardzo...

Kwaśna musiała mieć poważne ambicje reżyserskie. Mogła mieć nawet spore sukcesy, bo kompletnie nie rozumiałem, o co jej chodzi. Jeżeli Niemcy byli po drugiej stronie rzeki, a Polacy po tej, to – żeby krzyczeć przez szalejący nurt – musiałem być w niemieckiej niewoli.

Moja twarz prawdopodobnie musiała zdradzać jakieś oznaki niepokoju, bo kwaśna spytała:

– Czegoś nie rozumiesz, synku?

– Czy ja jestem w niewoli...?

– W jakiej niewoli? Jesteś po drugiej stronie! Stań tam, pod drzwiami. Masz do dyspozycji tekst Puszkina i tyle. Czy to jasne?

Teraz oczywiście wszystko było krystalicznie przejrzyste. Jeżeli nie byłem w niewoli, to musiałem być Niemcem, który stojąc po tej stronie rzeki, przekazuje swoim rodakom, ponad wzburzonymi falami jakiejś Sprewy, komunikat tekstem Puszkina.

– Jeżeli chcesz się napić wody, to się napij...

Głos wyraźnie sprzyjającej mi środkowej – tej z dziesiątką na koszulce – dodał mi odwagi. Zadanie było niełatwe. Postanowiłem więc nie jechać od razu na stówę, ale próbnie zbadać grunt. Zacząłem spokojnie.

– Ich liebe dich, meine frau...

– Co ty tam mamroczesz, dziecko!? Ta rzeka to jest Niagara! Własnych myśli nie słyszysz od tego huku! Niemcy atakują ze wszystkich stron! Latają katiusze! Wszystko lata!

Kwaśna szalała. Była w świetnym uderzeniu i w wieku, który całkowicie dopuszczał jej udział w obronie Warszawy. To ona prawdopodobnie osobiście przewracała tramwaje, robiąc z nich barykady. Podziwiałem ją za to.

– Rozumiesz!?

Nie rozumiałem. Obraz Niemców atakujących Niagarę katiuszami przekraczał ramy mojej wyobraźni. Nie potrafiłem obojętnie przejść nad nieznanym mi epizodem drugiej wojny. To musiało być już po Pearl Harbour, ale kiedy...?

– Jeżeli chcesz się napić wody, to się napij wody...

Nagle drzwi, przy których stałem, prężąc się do artystycznego skoku, otworzyły się z trzaskiem i pojawił się w nich dyżurny student z tacą szczelnie wypełnioną szklankami z kawą i herbatą. Nie zdążyłem odskoczyć i w jednej chwili dwanaście wrzątków znalazło się na moich nogach. Przejmujący, piekący ból oddalił w ułamku sekundy strach i przeniósł mnie poza egzaminacyjną salę.

– Aaaaaaaa!!!

– Ma głos! Wiedziałam...

Kwaśna triumfowała. Kiedy po chwili otworzyłem oczy, zobaczyłem nad sobą środkową, która z karafki lała mi wodę na spodnie. Widząc moje – prawdopodobnie zdziwione – spojrzenie, czuła się w obowiązku wyjaśnić powód swego zachowania.

– Zimne zneutralizuje gorące...

– Napiłbym się wody, jeżeli można...

Niestety, w karafce nie zostało już ani kropli. Jakimś niebywałym zrządzeniem losu ani jedna szklanka nie stłukła się. Dyżurny student pozbierał wszystko z podłogi.

– Jeszcze raz – kto kawa, kto herbata?

– Muszę zdjąć spodnie...

Mój głos zginął w gwarze zgłaszanych profesorskich zamówień. Byłem jednak bardzo zdeterminowany. Środkowa – co prawda – przyniosła mi ulgę, ale moje portki, od krocza do samego dołu, nasiąknięte rozwodnioną miksturą kawowo-mleczno-herbacianą, zdobił fatalny zaciek. Ktoś, kto w takim stanie garderoby opuszcza salę egzaminacyjną, ma nikłe szanse na wytłumaczenie komukolwiek, że to nie dlatego, że nie wytrzymał...

– Dla mnie sypana z mleczkiem, bez cukru...

– Muszę zdjąć spodnie...

– Tutaj? Zwariowałeś, chłopcze.

Środkowa mnie zawiodła. Byłem pewien, że trzyma ze mną, ale rzeczywistość okazała się brutalna. Nie wezmę od ciebie żadnego autografu, kochaniutka... Trudno – kara musi być.

– Dziękujemy ci, dziecko. Możesz już iść.

Tym razem okularnicy się wyrwało. „Nie mogę – tylko muszę, kochana, bo mnie potwornie genitalia pieką”. Chciałbym powiedzieć to głośno, ale kategoria szczerości zarezerwowana jest dla ludzi teatru, a nie dla szmondaków, którzy dopiero chcą wstąpić w czeladnicze szranki. Kiedy odchodziłem, usłyszałem głos starego profesora, tego od jednego oka luzem.

– Mówcie co chcecie, dziewczyny, ale chłopak ma jaja.

Czyżby mi się jednak wyrwało coś półgłosem...?

– Chwileczkę! A piosenka?

Tego się obawiałem. Lubiłem śpiewać... Bardzo lubiłem. To była moja mocna strona. Emocjonalny stosunek do pokonywania głosem różnych melodii byłby moim pewnym egzaminacyjnym atutem, gdyby udało mi się trafić czysto pierwszy dźwięk. Ten pierwszy, ten startowy... Gdyby w sali nikogo nie było – trafiłbym niechybnie...

– Racja, on przecież nie śpiewał! Pokaż chłopcze, co potrafisz.

Stary profesor wyraźnie na mnie stawiał. Nawet jeśli kiedyś miał intuicję, jedno było pewne – w tej chwili go opuściła. Fakt, że śpiewanie sprawiało mi przyjemność, nie wiązał się, niestety, z obdarzaniem nią słuchaczy albo słuchaczów, bo obie formy są poprawne. I jedni, i drudzy w równym stopniu nie tylko nie dzielili mojej radości, ale należało się poważnie liczyć z tym, że z czasem mogą się u nich pojawić elementy niezamierzonej agresji.

– Co nam zaśpiewasz?

To było niewinne pytanie, zadane jeszcze miłym głosem...

Za klawiaturą pianina usiadł nieduży gość z pokrzywionym, lekko haczykowatym nosem. Trochę taki Chopin bez włosów, po przejściach... Zanim zdążyłem wziąć wdech, salę egzaminacyjną wypełniły dźwięki przygrywki. Z łysawym Chopinem byłem wcześniej umówiony precyzyjnie – ma grać „umpa umpa”, dopóki nie ruszę z wokalem. Uprzedziłem go, że może to potrwać, bo u mnie z tonacją jak z dziewczyną – muszę poznać, zanim cokolwiek...

– Jeżeli chcesz – możesz się ruszać...

Nie byłem pewien, czy ta podpowiedź była pisana sercem. Wiedziałem jedno – zbyt wielu „umpa” na sucho czcigodni członkowie komisji nie wyrobią. Przypomniałem sobie mój jedyny w życiu skok z trampoliny. A – w zasadzie – głównie ten piekielny ból brzucha przy zetknięciu z taflą basenu. W takiej sytuacji, kiedy strach paraliżuje wszystko, uniemożliwiając jakąkolwiek decyzję, ważne jest przeniesienie ciężaru ciała poza deskę i reszta już leci, bo musi...

– „Gdybym był bogaczem...”

Leciałem! Nie słyszałem żadnego „umpa umpa”... O tym, że jest, że chyba być musi, domyślałem się tylko z naprzemiennej pracy rąk podniszczonego Chopina. Istniało realne niebezpieczeństwo, że się mijamy.

– „Gdybym był bogaczem...”

W muzyce najważniejsze jest to, żeby równo skończyć. To trochę tak jak przy skokach narciarskich – drobny, skorygowany w locie błąd przez niektórych sędziów nie jest w ogóle brany pod uwagę. Trzeba tylko skończyć telemarkiem. A i tak najważniejsza jest odległość... Swoją drogą ciekawe, czy długość piosenki ma znaczenie w punktacji...?

– „Łabu dibu dibu dibu daj...”

Teraz byłem pewien, że jestem z „umpa” w lekkiej kolizji... Nic to – leciałem... To był w końcu ból nie mojego brzucha przy zetknięciu z taflą wody. Nie zamierzałem współczuć komisji.

– Dodaj ruch... Śmiało.

Chętnie. Intensywny ruch mógł nawet wpłynąć na przyspieszenie wyschnięcia moich spodni. Z emocji zapomniałem, że mam mokro w portkach. Nie mogło to dobrze wyglądać, ale piosenka jest w sumie do słuchania, a nie do patrzenia.

– „Łabu dibu dibu dibu dibu daj...”

Dałem się podpuścić. Ktoś przed egzaminem powiedział mi, że lepiej mieć jakąś ambitną piosenkę, bo to dobrze wygląda na kartce z repertuarem.

– A nie masz jakiejś mniej ambitnej piosenki, synku?

Nie miałem... Chopin przestał przekładać palce na klawiaturze. Zapadła nieprzyjemna cisza. Należało ją przerwać, bo taki egzamin jest jak radio – nie znosi ciszy.

– Ja... mogę zaśpiewać tę piosenkę na jakąś inną melodię – zaproponowałem.

Egzaminatorzy zainteresowali się ofertą, która ich wyraźnie zaskoczyła.

– Czy ja dobrze zrozumiałam, że song Tewiego Mleczarza chcesz zaśpiewać na melodię Sto lat?

Kwaśna wyraźnie powracała do swej normalnej, złośliwej formy.

– Tego nie powiedziałem...

– Daj mu spokój. On dobrze śpiewa, tylko ma kłopoty ze słuchem i poczuciem rytmu. Czy grasz na jakimś instrumencie, chłopcze?

Zezowaty profesor wyraźnie trzymał ze mną. Nie od razu, ale po tym, jak zamoczyłem mu łzami notatki – stał się moim wyraźnym sprzymierzeńcem.

– Na drumli...

– Na czym?

– Na drumli. To taka sprężynka, którą się wkłada w usta... – wyjaśnił Chopin, ku ogólnemu rozbawieniu komisyjnego grona.

– Ależ, panie profesorze – takie metafory przy zdających...

Okularnica bawiła się jak dziecko. Sytuacja stawała się niebezpieczna i zmierzała w złym kierunku. Musiałem wkroczyć.

– Ale ja nie mam drumli przy sobie...

– Nie szkodzi. Może któraś z koleżanek ma... – powiedział, chichocząc, siedzący w drugim rzędzie aktor, którego dobrze znałem z telewizji, ale nie po nazwisku.

Dopiero teraz zapadła cisza. Tamten stan, który uważałem za ciszę, był przy niej rykiem. Profesorki były zbulwersowane. Jeśli nawet istniały między nimi jeszcze przed chwilą jakiekolwiek różnice, to w ułamku sekundy znikły jak sen złoty. Dobre samopoczucie telewizyjnego idola skonsternowało całą komisję. Miałem przerypane. To wszystko stało się, niestety, w mojej obecności, a wiem z filmów amerykańskich, że mafia zawsze usuwa niewygodnych świadków. To, co usłyszałem, potwierdzało moje najgorsze przeczucia.

– Dziękujemy...

Żegnali się ze mną w piekielnej, przepastnej ciszy. Po raz ostatni spojrzałem na ich twarze. Nie byli nawet w stanie ukryć wyroku. Nikt z komisji nie patrzył mi w oczy. Tylko wybitny aktor, ten od jajka sadzonego, niesiony widocznie resztkami ludzkich odruchów, posłał mi na pożegnanie dyskretny uśmiech. A może to był tylko grymas, który błędnie odczytałem jako ślad sympatii...?

Stojąc już przy drzwiach, spojrzałem na wyleniałego Chopina. Rozłożył bezradnie ręce, co mogło znaczyć, że nie tylko dziś nie powystępowaliśmy razem, ale już sobie nigdy nie powystępujemy...

Zamknąłem drzwi i odetchnąłem z ulgą.

– Udało się!... Udało się!!!

Nie będę musiał chodzić do tej szkoły! Nie będę musiał za nikogo się przebierać, doklejać sobie brody, nie będę musiał nikogo innego udawać, nie będę musiał się wygłupiać, nie będę musiał wywalać na wierzch tajników mego wnętrza i nie będę musiał już nigdy śpiewać!

Zapachniało beztroską wolnością.

Dwie godziny później zobaczyłem swoje nazwisko na liście osób przyjętych na studia do Szkoły Teatralnej.

– Przepraszam bardzo, ale czy to jest lista ostateczna?...

Panią w sekretariacie zaskoczyłem przy poprawianiu stanika. Była lekko speszona sytuacją, ale nie straciła rezonu.

– Dobrze, że wpadłeś, chłopcze. Musisz przynieść nowe zdjęcia do indeksu, bo te, co dałeś, się nie nadają. Są stare i nieostre.

To prawda, były takie. Sekretarka nie mogła jednak wiedzieć, że zdecydowałem się na zdawanie do Szkoły w ostatniej chwili i nie dysponowałem aktualną fotografią. Chcąc być w zgodzie z regulaminem, dołączyłem do dokumentów jedno zdjęcie wyrwane z legitymacji w szkole podstawowej i drugie – z wakacji na Mazurach sprzed roku. To było półzbliżenie i roweru nie było widać, tak że uważałem, że się czepia.

– Przepraszam panią, ale mi chodzi o listę przyjętych na studia. Czy jest pani pewna, że umieszczenie na niej mojego nazwiska nie jest jakimś błędem...?

– Z tego co słyszę – jest. Jesteś namolny, krnąbrny i źle wychowany. Mam nadzieję, że cię wywalą po pierwszym roku. Każdy błąd da się naprawić...

Trafiła mnie boleśnie.

– Przepraszam bardzo, dlaczego źle wychowany?...

– Bo wlazłeś bez pukania, kiedy poprawiałam garderobę. Ale nie przejmuj się tym, synku. Gratuluję ci, bo to naprawdę ważny dzień.

Zaczęło mi się tu podobać. Szczerość i otwartość, jaką wyzwala w ludziach teatru ich umiłowana dyscyplina sztuki, trafiała rykoszetem wszystkich pracowników szkoły. Sekretarka pewnie też czuła się jak artystka, a może wręcz nią była. Wyobrażałem sobie, że i sprzątaczki muszą tańczyć tu z miotłami jak w amerykańskim musicalu. W końcu to Szkoła Teatralna... Niedościgłe marzenie ładnych licealistek i ich pozostałych koleżanek z bogatym wnętrzem... Państwowa i Wyższa w dodatku. Nigdy bym nie przypuszczał, że w murach tych spędzę czterdzieści lat.

* * *

Rektor pewnie nie powinien pisać o swojej szkole. Dziś – Akademii. Prawdę powiedziawszy nie zamierzam pisać o niej, ale o kilku moich ostatnich latach. Los zdarzył, że spędziłem je w Akademii Teatralnej na najważniejszym stanowisku. Nie da się więc uczelni nijak ominąć, bo rzecz dzieje się, jak u Alfreda Jarry’ego – „nigdzie, czyli w Polsce”, a przy Miodowej – często... Przeczytałem ostatnio notatki Andrzeja Łapickiego. Nie jestem pewien, czy chciałby je opublikować w całości. Zuzia – jego córka, a moja przyjaciółka od zawsze – będzie z tym miała kłopot przy nieuchronnej, jak mi się zdaje, adiustacji. Aby uniknąć podobnych problemów, będę pisał ostrożnie.

Żartowałem!

– Czy naprawdę tak wyglądał pański egzamin do Szkoły Teatralnej?

Mamusia ze mną na spacerze w Łazienkach. Miałem niezwykle nowoczesny wózek z błotnikami

Co to znaczy „naprawdę”? Przez czterdzieści lat mego zawodowego życia zorientowałem się, że między sztuką i prawdą istnieje rodzaj dżentelmeńskiej umowy, w wyniku której gorset wymagań w odniesieniu do prawdy bywa mocno rozluźniony, a niekiedy wręcz rozpięty – dlatego, by ulżyć sztuce. W działaniu artystycznym prawda bywa tylko dostarczycielem tematu. Sam sposób jego obróbki decyduje o tym, czy zbliżamy się do rejonów czegoś, co można by uznać za sztukę. Jakkolwiek to zabrzmi – goła prawda bywa nieciekawa, prozaiczna, przyziemna, nieatrakcyjna, a niekiedy w swej prostocie – obrzydliwie zwyczajna. Dziś od prawdy są sądy i gazety, czyli te miejsca, w których nie pojawiała się ona w poprzednim ustroju, i jeśli mamy uznać zwycięstwo nowego systemu, to pozostawmy ją tam, gdzie być powinna.

– Rozumiem, że tak nie było, jak pan opisał...

Było!... Może odrobinę inaczej, ale czy to ma znaczenie? Po czterdziestu latach mam prawo do drobnej amnezji. Szczegóły się zacierają, ale pamiętam doskonale, że w komisji egzaminacyjnej od lewej siedzieli: Rena Tomaszewska, Ryszarda Hanin, Aleksandra Śląska, Zofia Mrozowska, Tadeusz Łomnicki, Andrzej Łapicki, Aleksander Bardini i Jan Kreczmar. A nieco z tyłu – Jan Świderski, Zbigniew Zapasiewicz, Janina Romanówna, Wojciech Siemion i jeszcze kilkanaście innych osób. Zobaczenie na żywo takiej obsady było gigantycznym przeżyciem i wcale nie trzeba było dostać się do Szkoły Teatralnej, aby mieć co w domu opowiadać.

– I co pan opowiedział mamie?

– Że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi!
mniej..

BESTSELLERY