Facebook - konwersja
Emigracja po pięćdziesiątce - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Emigracja po pięćdziesiątce - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-8147-951-6
Język:
Polski
Data wydania:
20 lipca 2020
Rozmiar pliku:
787 KB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
PROMOCJA
19,20
32,00
Cena w punktach Virtualo:
1920 pkt.

Emigracja po pięćdziesiątce - opis ebooka

Nie zawsze los stoi po twojej stronie, ale zawsze możesz o to zawalczyć.

Cena marzeń i przekonań bywa bardzo wysoka. Walka z przeciwnościami losu – trudna i nie zawsze sprawiedliwa.

Przekonała się o tym Maria – pielęgniarka z powołania, osoba pełna empatii wobec wszystkich tych, którzy zostali boleśnie doświadczeni przez życie. Ona sama przegrała walkę z biurokracją i urzędami, pozbawiono ją tego, co kochała najbardziej – pracy w domu opieki. Zmuszona do emigracji, stara się wierzyć, że za granicą będzie mogła żyć. W poruszających wspomnieniach opowiada o tym, co jej się przytrafiło w Polsce, pragnąc rozliczyć się z bolesną przeszłością, która nadal jest dla niej ciężarem…

Budzik. Czwarta trzydzieści. To dzisiaj jest TEN dzień. Wyjeżdżam z Polski na zawsze. Wiem, że nigdy tutaj nie wrócę. Raz, że nie mam do czego ani do kogo, drugie, że nikomu nie zależy, abym została. Córka Marta już wyjechała, mąż jedzie ze mną. Zostawiam w Polsce pięćdziesiąt lat życia. Przyrzekłam sobie już dawno, że nie będę się rozklejać. Nie po tym wszystkim, przez co przeszłam. Ale świadomość, że to nasze ostatnie śniadanie w tym domu powoduje, że oboje z Romkiem niewiele możemy przełknąć. Kierowca busa przyjedzie po nas przed siódmą. Wczoraj wieczorem zapakowaliśmy kilka niezbędnych rzeczy. Pamiątki, ubrania, książki, rower Marty – drobiazgi na początek nowego życia. I to, co boli najbardziej. Kilkanaście segregatorów dokumentacji prowadzonej przeze mnie działalności. Spakowałam moje życie do kilku dużych toreb, a w nich papier, papier, papier...

Maria Zielińska – z wykształcenia pielęgniarka, absolwentka pedagogiki resocjalizacji na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Od 1999 roku prowadziła samodzielną działalność gospodarczą w zakresie pielęgniarstwa środowiskowo-rodzinnego. W 2005 roku otworzyła Rodzinny Dom Opieki dla osób ciężko chorych, wymagających intensywnej pielęgnacji. W 2011 roku wyjechała z córką i mężem do Monachium. Na stałe, ze świadomością, że dla niej nie ma już nigdy powrotu do Polski. Pielęgniarstwo zawsze było jej pasją. Najważniejszą wartością w jej życiu był człowiek i jego potrzeby. Droga, jaką przeszła, aby utrzymać Dom i działalność, jest treścią wspomnień.

W przygotowaniu jest druga część książki, opisująca przeżycia autorki, których doświadczyła, będąc już emigrantką.

FRAGMENT KSIĄŻKI

Wstęp

Każdy z nas ma tylko jedno życie. Wszyscy chcemy je przeżyć jak najlepiej, jak najpiękniej. Chcemy zostawić po sobie ślad. Walczymy, staramy się, popełniamy błędy. Czasem możemy je naprawić, a czasem już nie. Wielu z nas chce przeżyć życie spokojnie, bez zawirowań, nawet bez odpowiedzialności za popełnione błędy. Niech na całym świecie wojna, byle nasza wieś spokojna…

Autorka wspomnień zawartych w tej książce na pewno nie należy do osób biernych. Jej celem w życiu zawsze było działanie. Pomoc człowiekowi to wyzwanie, któremu chciała sprostać, odkąd zrozumiała, że pielęgniarstwo to jej powołanie. Pisanie wspomnień rozpoczyna w chwili, gdy w czerwcu 2011 roku wraz z mężem wyjeżdża do Monachium do córki, która od kilku tygodni próbuje ułożyć sobie tam życie. Wszyscy troje wiedzą, że przyjechali na zawsze. Zostawili w Polsce kilkadziesiąt lat życia, wysiłku i pracy, która nie dała owoców.

Maria, zatrudniając się w niemieckim domu opieki, zaczyna jednocześnie pisać wspomnienia ze swojego życia. Jest to forma pożegnania z tamtym światem, z polską rzeczywistością. O tym, że był to dla niej koniec życia w kraju, wiedziała już wtedy, gdy była zmuszona sprzedać obrączki ślubne, by mieć pieniądze na wyjazd do Niemiec. Także wtedy, gdy musiała sprzedać łóżka swoich podopiecznych z rodzinnego domu opieki, a część oddać na złom. Czuć w tej książce żal. Ale jest też próba szukania przyczyn. Także w samej sobie. Nie brak wstrząsających opisów zdarzeń, od których cierpnie skóra. Te wspomnienia wciągają, bo jest w nich prawdziwe życie. Czasem niektóre wydarzenia wydają się tak dziwne, że aż nierealne. Zwłaszcza te z pogranicza metafizyki. Ale są to fakty, które miały istotny wpływ na życie autorki i jej rodziny. Bagaż trudny do uniesienia. Odrzucenie przez rodziców i siostrę zostawiło bolesny ślad w czterdziestoletniej już kobiecie, która, będąc wciąż ufna i łatwowierna, nadal idealistycznie spoglądała w przyszłość. Trwałym oparciem przez te wszystkie lata byli dla niej mąż i córka. Oni także wierzyli w powodzenie idei rodzinnego domu opieki. Chcieli stworzyć dom, w którym nikt nie będzie czuł się samotnie, a chorzy otrzymają profesjonalną opiekę. Dzisiaj żyją trochę innym życiem. Każdy z nich swoje doświadczył, a choroby zdeterminowały ich obecną zdolność do dalszej pracy. Maria nie może już wykonywać zawodu pielęgniarki czy opiekunki. Pracowała na kuchni, na szpilmaszynie i sprzątała w domu opieki. Jej mąż był hausmajstrem, elektrykiem, sprzątał. Po tym, jak kazano mu pracować na wysokości ośmiu metrów bez zabezpieczenia i przeszkolenia, przed kolejnym dniem pracy, o piątej nad ranem doznał udaru mózgu. Jest obecnie po rocznej rehabilitacji. Nie znaleziono innej przyczyny udaru jak tylko stres. Córka Marii po siedmiu latach pracy jako pielęgniarka w Niemczech, z powodu choroby kręgosłupa może dźwignąć jedynie ciężar do pięciu kilogramów. Wiadomo, że to oznacza koniec pielęgniarstwa w jej życiu. To, że kilka lat wcześniej podjęła studia z zarządzania w opiece zdrowotnej, daje jej szansę na dalsze życie. Będzie miała pracę, będzie mogła funkcjonować. Maria z mężem mogą liczyć już tylko na kolejny cud w ich życiu. A ponieważ trochę tych cudów się zdarzyło, to mają podstawy liczyć na więcej.

Maria w swojej książce poświęciła sporo miejsca praktycznym radom, jak pielęgnować chorego w łóżku. Szczegółowe opisy tej pielęgnacji to kopalnia wiedzy dla wszystkich, którzy chcą tę pracę wykonywać w warunkach domowych i nie tylko. W Polsce nie ma tak dużej sieci domów opieki jak w Niemczech, dlatego w większości przypadków rodzina pozostaje z problemem sama. Być może z tego powodu sporo jest we wspomnieniach Marii praktyki zawodowej, bo takie było jej codzienne życie przez trzydzieści lat pracy w Polsce. Zaangażowanie, z jakim opisuje stany chorych, świadczy o ogromnej empatii wobec podopiecznych. Jej wiedzę zawodową naprawdę warto poznać.

Maria w 1998 roku zaczęła aktywnie uczestniczyć w budowaniu nowej rzeczywistości w Polsce. Zachęcona przez samorząd pielęgniarski, a przede wszystkim przez kolejne nowe rządy i polityków, uwierzyła, że to słuszna droga. Polska była wówczas dziewięć lat po wyborach, w których zwyciężyła Solidarność. Głosując w pierwszych wolnych wyborach w czerwcu 1989 roku, tak jak większość narodu, miała nadzieję na zmianę szarej, duszącej, ograniczającej wolność komunistycznej rzeczywistości. Ale zmiany zachodziły powoli. Postanowiła więc czynnie się włączyć. Nie w politykę, ale w realne życie. Zrezygnowała ze stałej posady w państwowej placówce i założyła własną działalność pielęgniarską, aby w praktyce realizować nowe trendy w formie domowej opieki rodzinnej, dostępnej dwadzieścia cztery godziny na dobę. Maria miała już wtedy trzydzieści siedem lat, dziesięcioletnią córkę i ogromne pragnienie stworzenia czegoś trwałego, co po niej zostanie. Po sześciu latach idzie o krok dalej. Ze skromnych, własnych środków otwiera dom opieki. To, że porywa się z motyką na słońce, zrozumie dużo, dużo później…

Polityka i decyzje rządzących, zarówno tych w skali państwa, jak i w skali samorządu, gminy i powiatu, będą miały ogromny wpływ na prowadzoną przez nią działalność gospodarczą. Decyzje, kto i w jakiej wysokości otrzyma kontrakt z kasy chorych, z kim będzie współpracował ośrodek pomocy społecznej lub szpital, to typowe gesty Cezara: kciuk w górę lub w dół. We wspomnieniach Marii można przeczytać, jak często o jej losie decydował polityczny kciuk w dół.

Gonitwa głupich, zmiennych decyzji urzędniczych nadal w Polsce trwa. Bezpiecznie (być może) mogą czuć się tylko ci, którzy posiadają spore środki finansowe na wypadek konieczności zmiany prowadzonej działalności. Albo mają politycznych sojuszników mogących zmienić – w miarę potrzeby – ustawy i obowiązujące prawo. Swoje pięćdziesiąte urodziny Maria obchodziła już w Monachium. Nie poddała się. Jest emigrantką z nowym bagażem doświadczeń. Może za jakiś czas podzieli się tą wiedzą. Jej umiejętność obserwacji, umiejętność zachowania się w trudnych sytuacjach i łatwość, z jaką potrafi to opisać, dają nadzieję Czytelnikowi na kolejne książki jej autorstwa.

Te z życia w Monachium.

Fragment z Wesela Stanisława Wyspiańskiego; słowa dziennikarza skierowane do Czepca, akt I, scena 1. (przyp.red.).

szpilmaszyna, po niemiecku spulen - „zmywać”, czyli maszyna do mycia naczyń. (przyp. red.).Rozdział I

Nowe życie przed tobą, a co ze wspomnieniami?

6 czerwca 2011

Budzik. Czwarta trzydzieści. To dzisiaj jest TEN dzień. Wyjeżdżam z Polski na zawsze. Wiem, że nigdy tutaj nie wrócę. Raz, że nie mam do czego ani do kogo, dwa, że nikomu nie zależy, abym została. Córka Marta już wyjechała, mąż jedzie ze mną. Zostawiam w Polsce pięćdziesiąt lat życia. Przyrzekłam sobie już dawno, że nie będę się rozklejać. Nie po tym wszystkim, przez co przeszłam. Ale świadomość, że to nasze ostatnie śniadanie w tym domu, powoduje, że oboje z Romkiem niewiele możemy przełknąć. Kierowca busa przyjedzie po nas przed siódmą. Wczoraj wieczorem zapakowaliśmy kilka niezbędnych rzeczy. Pamiątki, ubrania, książki, rower Marty – drobiazgi na początek nowego życia. I to, co boli najbardziej. Kilkanaście segregatorów dokumentacji prowadzonej przeze mnie działalności. Spakowałam moje życie do kilku dużych toreb, a w nich papier, papier, papier… Zostają meble i ulubione sprzęty. Zostaje miejsce na ziemi, z którym byłam emocjonalnie związana. Ale przecież nie ja jedna tego doświadczam. Miliony ludzi przez setki lat musiały porzucać swoje domy, gospodarstwa i jechać w nieznane. Wysiedlenia, głód, bieda, utrata bliskich, śmierć na wygnaniu – to rzeczywistość wielu pokoleń w różnych krajach. Muszę się pozbierać, nie ja pierwsza, nie ostatnia.

Właśnie przyjechał Jakub, trzeba znieść resztę rzeczy na dół. Kasia, nasza czarna spanielka, idzie z Romkiem na ostatni spacer na łąki za osiedlowymi blokami. Czy ona też czuje to, co my? Wystarczy spojrzeć w jej oczy, żeby wiedzieć, że tak. Ale one jednocześnie mówią, że trzeba jechać. Nie ma odwrotu. Więc ostatni raz obchodzę mieszkanie, trzy pokoje i ulubioną kuchnię. Wspomnienia przeżytych dobrych chwil przesuwają się szybko w mojej głowie, a rozsądek każe iść do busa, bo trzeba jechać. Ostatnie spojrzenie na przedpokój, zgrzyt klucza w zamku i schodzę. Nie chcę płakać. Pracuję nad tym mocno. Siadam koło Kasi, Romek obok kierowcy. Ruszamy. Jest poniedziałek, siódma pięć rano. Ostatnie spojrzenie na naszą osiedlową uliczkę, znajomych przechodzących chodnikiem i przystanek autobusowy, z którego już nigdy nie odjadę w kierunku ukochanej Stelli i Pogorzyc. Dziwne uczucie wiedzieć, że robisz coś ostatni raz w życiu i nigdy się to już nie powtórzy. Dojeżdżamy do autostrady. Długa droga przed nami. Nasz kierowca jest młodym człowiekiem, ale odnoszę wrażenie, że rozumie naszą sytuację. Jego mądre zachowanie w czasie całej drogi dało nam poczucie bezpieczeństwa i czas na oswojenie się z myślą, że oto jesteśmy emigrantami. Kaśka cały czas patrzy na drogę. Lubi to, podobnie jak ja. Kiedy po dwóch godzinach usypia ze zmęczenia, ja także powoli się uspokajam. Teraz myślę tylko o tym, żeby bezpiecznie dojechać. Tysiąc kilometrów. Nigdy jeszcze tak daleko nie podróżowałam. Po kilku kolejnych godzinach granica, której nie ma. Wjeżdżamy na terytorium Niemiec. Zamilkło polskie radio. Jakub włączył jedną z niemieckich stacji. Telefony też dały znać, że jesteśmy w innym kraju. Moja ciekawość świata wzięła górę nad wszelką obawą. Zawsze byłam odważna, dla niektórych nawet jak kamikadze. I teraz też postanowiłam, że zrobię wszystko, żeby się tutaj odnaleźć. Na początek język. Nie umiem niemieckiego, znam tylko parę słów. Czy w wieku pięćdziesięciu lat wejdzie coś jeszcze do tej durnej głowy? W razie czego będę musiała wkuwać na siłę. Tak rozmyślając, minęły mi kolejne kilometry. I zaskoczenie. Za oknami busa zmiana krajobrazu. Wcześniej zastanawiałam się, czy będą różnice po niemieckiej stronie. I są. Na korzyść Niemiec. Elektrownie wiatrowe. Bardzo dużo zieleni. Lasy. Piękne, duże, mocne drzewa. Zadbany każdy kawałek ziemi. Czysto wokół dróg i autostrad. Szarość, pył, kurz i rachityczne drzewka zostały w Polsce. I to by było na tyle. I aż tyle. Im dalej w kierunku Bayernu, tym bardziej mi się podobało. I potwierdzało słowa weterynarza naszej Kasi, który, wystawiając jej paszport na wyjazd, powiedział, że jedziemy do najładniejszej części Niemiec. Ta podróż byłaby tylko przyjemnością, gdyby nie burza, bardzo gwałtowna, z silną ulewą i piorunami. Jeszcze nigdy nie przeżyliśmy takich błysków i grzmotów. Pomijając efekty wizualne, których doświadczyliśmy podczas drogi, było to jednak bardzo dziwne uczucie, jechać podczas tej nawałnicy. Nawet Jakub trochę się bał. Zresztą, wszyscy na autostradzie jechali ostrożnie. Nie wiem dlaczego, ale nie mogłam pozbyć się przeświadczenia, że ta burza to symbol. W tych piorunach, w tej ulewie mogłam odczytać swoje życie. Jeśli wystarczy mi kiedyś sił, to pewnie je opiszę. Może wyjdzie z tego swoista spowiedź, a może zwykłe wspomnienia. O siedemnastej wjechaliśmy do Monachium. Patrząc przez szyby busa na kolorowe budynki, wiedziałam, że to moje nowe miejsce na ziemi. I w dodatku bardzo ładne. Kiedy zobaczyłam moją córcię Martynkę, czekającą na nas przed domem opieki, w którym mieliśmy zamieszkać, wzruszenie odebrało mi na chwilę głos. Marta wyjeżdżała wcześniej do kilku miast w Niemczech do pracy, żebyśmy mogli przeżyć. I wiedziałam, że to dzięki niej udało nam się tutaj przyjechać. Są takie chwile w życiu człowieka, które pamiętamy i chcemy, by pamiętały je następne pokolenia. To była taka chwila. Łzy same płynęły. I nie było sensu ich powstrzymywać.

8 czerwca 2011

Wczorajszy dzień zleciał na rozpakowywaniu bagaży i oswajaniu się z nowym miejscem. Pierwszy spacer, pierwsze wrażenia. Zielono, kolorowo. Mieszkamy z dala od centrum, pusta przestrzeń za osiedlem daje oddech, poczucie wolności i budzi zdziwienie, że to jednak Monachium. No tak, przyjechaliśmy z małej polskiej prowincji. Dzisiaj byłam już w pracy. Duży dom opieki. Wyposażenie, warunki, międzynarodowy personel. Wszystko inne. Tylko pacjenci tacy sami jak u nas, w naszym domu, w Polsce. Chorzy, samotni, potrzebujący opieki wszędzie wyglądają tak samo. Więc pomimo bardzo słabej znajomości języka niemieckiego poczułam się jak ryba w wodzie. Będę robić to, co robiłam całe życie i co sprawia mi największą przyjemność. Był tylko jeden moment, który dał mi sporo do myślenia. Pierwsze wejście na oddział, duża przeszklona dyżurka, obok w holu krzesła, stoliki, kwiaty i obrazy… Przecież ja to wszystko znam, widziałam tę dyżurkę, byłam tu wcześniej… W rzeczywistości? Nie, we śnie. Tak, śniło mi się już to miejsce, dlatego je znam. Poczułam, że po prostu realizuję swoje przeznaczenie. To, co ma się wydarzyć, właśnie się dzieje, a ja jestem tylko małym elementem całości. Przyjechałam tutaj z ogromnym bagażem doświadczeń. Myślę, że kiedy przyjdzie pora, to je opiszę. Dla siebie i innych, jeśli tylko wystarczy mi sił, żeby do tego wszystkiego wrócić.

17 października 2012
Rok i cztery miesiące później…

Czy to jest ten czas, aby rozliczyć się z przeszłością? Nie wiem, czy jestem na to gotowa. Wiem, że powinnam. Jeśli teraz tego nie zrobię, to być może już nigdy mi się to nie uda. Nie zamknę tego rozdziału swojego życia, który zakończyłam w Polsce. Życia, w którym bezgranicznie ufałam ludziom, a moje zachowania i reakcje wyznaczała najnowsza historia mojego kraju. Lata 2009–2010 były czasem ogromnej pracy i wysiłku, aby uratować to, co rozpoczęłam kilkanaście lat temu z wiarą i nadzieją – z wiarą w człowieka i nadzieją, że rozpoczęta działalność jest potrzebna moim pacjentom. To bardzo długo dawało mi siłę i moc. Pielęgnowałam w sobie tę nadzieję nawet wtedy, gdy zostałam sama, już tylko z córką i mężem. Nawet wtedy, gdy wiedziałam, że przegrałam swoje życie. Moja wiara w człowieka i nadzieja musiały ustąpić sile agresji, złej woli, dwulicowości, egoizmowi. A przede wszystkim arogancji, jakiej doświadczyłam ze strony osób publicznych, dla których stałam się wrogiem numer jeden. Moja wiara w człowieka musiała ustąpić przed siłą władz samorządowych, urzędów i instytucji, a los uzależnił mnie także od osób prywatnych. Gdy zaczynałam w 1999 roku nową działalność pielęgniarską, a potem w 2004 roku usługi opiekuńcze, moja rodzina i rodzina mojego męża były nie tylko obojętne. Były temu przeciwne. Zajadle przeciwne naszym próbom stworzenia rodzinnego domu dla chorych wymagających stałej opieki. Ironia i politowanie, jakie widzieliśmy w ich oczach, drwina z naszych poczynań i pytanie, jaki widzimy sens w zmienianiu pampersów i karmieniu starszych ludzi, prowadziły powoli do izolacji między naszymi rodzinami. Nie mieliśmy już siły tłumaczyć, dlaczego akurat my musimy to robić, i w dodatku jeszcze chcemy. Jak można w takiej działalności znaleźć sens życia? Nasze rodziny nas skreśliły. Bo to nie im poświęcaliśmy już wszystko, tak jak przez kilkanaście lat po ślubie. Zostaliśmy sami. Z problemami na starcie i z kłopotami też. Od 2000 roku nasi rodzice twierdzili, że nigdy nie mieli syna, córki ani nawet wnuczki. Piszę o tym, bo nie ma dnia, żebym o tym nie myślała. Jak można wykreślić z pamięci własne dziecko? Można. Jesteśmy takimi wykreślonymi dziećmi. Przyszło mi teraz na myśl, że jesteśmy też wykreślonymi Polakami. Dobre określenie. Pozostała mi tylko miłość mojego męża i optymizm córki. Pozwoliło mi to podnieść się z popiołów i żyć dalej. To, że znaleźliśmy się tutaj, w Niemczech, należy chyba rozpatrywać w kategorii cudu albo opatrzności Bożej, która wyrwała nas z niebytu. Za pieniądze ze sprzedanego złotego łańcuszka z medalikiem z pierwszej komunii świętej nasze dziecko wyjechało za pracą, a potem pozwoliło przyjechać do siebie. Miłość, która przetrwała wszystko. Miłość, która daje nadzieję, że zdołam rozliczyć się z przeszłości i uporać z przyszłością.

Jesteśmy z mężem w Monachium od szesnastu miesięcy, a nasza córka mieszka w Niemczech od ponad dwóch lat. Mam już pięćdziesiąt jeden lat życia za sobą. Nie wiem, ile jeszcze przede mną. Mam długi i zobowiązania finansowe po nieudanej działalności gospodarczej w Polsce i pragnienie spłacenia wszystkich należności. Myśl o tym jest moim chlebem powszednim. Nie ma dnia i nocy, żebym o tym nie myślała. W całym swoim dotychczasowym życiu doświadczyłam tak wielu różnorodnych przeżyć, szczególnie tych metafizycznych, że samo wspomnienie niektórych z nich jest przyczyną zasiania we mnie gdzieś głęboko malutkiego ziarenka nadziei, że zdołam spłacić wszystkie swoje zobowiązania. Chęć opisania tego, co przeżyłam, pozostaje we mnie od dawna. Dotyczy to zwłaszcza zjawisk „nie z tego świata”. Czy determinowały moje życie? A może kierowały nim? Chyba tak…Rozdział II

Młodość to szczęśliwy czas.

18 października 2012

Gdy sięgam pamięcią do jesieni 1981 roku, pierwszą moją reakcją są łzy. Łzy wzruszenia. Jak bardzo ten czas różnił się od dnia dzisiejszego. We wrześniu rozpoczęłam pracę w szpitalu po ukończonej pięcioletniej szkole pielęgniarskiej w Oświęcimiu. Historia Polski przez duże H dawała nadzieję, że moje życie będzie wyglądać inaczej niż życie moich rodziców. Młodość zawsze we wspomnieniach ma plusy i jest piękna. Zwłaszcza, gdy porównania dokonuje się po trzydziestu latach. Dla mnie te dwa lata od 1981 roku do jesieni 1983 roku to najpiękniejszy zawodowo czas. Czas, w którym poznałam ludzi poważnie traktujących swoją pracę, ludzi, od których mogłam nauczyć się tak wiele jak nigdy później od nikogo. Dwa lata pracy na oddziale wewnętrznym szpitala w Chrzanowie to była dla mnie szkoła życia w najlepszym tego słowa znaczeniu. Ukształtowałam się jako pielęgniarka, nauczyłam się reagować w sytuacjach zagrożenia życia, obserwować chorych i rozpoznawać objawy. Lekarze, z którymi pracowałam, nauczyli mnie bardzo dużo i do dnia dzisiejszego korzystam z ich rad. Dwie osoby wspominam szczególnie dobrze – ordynatora, doktora Żaka i doktora Kozłowskiego. Posiadali talent pedagogiczny i chcieli dzielić się wiedzą. Szpitale nie posiadały wtedy dobrego sprzętu diagnostycznego, często nie było czym leczyć, możliwości, jakimi dysponowali, na pewno ich ograniczały, a jednak widziałam, jak bardzo się angażowali w to, co robili. Na tym oddziale nauczyłam się myśleć. Rzecz bezcenna. Mojej córce, która ma dwadzieścia cztery lata i jest pielęgniarką, życzę spotkania w życiu takiego zespołu i takich ludzi. Jak do tej pory, ani przez czas studiów, ani dotychczasowej pracy nie spotkała jeszcze nikogo takiego. Wręcz przeciwnie. Ale to być może opiszę później.

19 października 2012

Życie każdego człowieka zdeterminowane jest przez miejsce i czas, w którym się urodził. Nie bez znaczenia jest też to, co może odziedziczyć w sensie intelektualnym po swoich przodkach. Jeśli wpływ osób wychowujących dziecko ogranicza się do zapewnienia mu potrzeb materialnych i bytowych, jeśli dziecku brak jest szczerych rozmów z rodzicami o wszystkim, jeśli zasób wiedzy życiowej i poziom intelektualny, jaki się wynosi z domu rodzinnego, jest minimalny albo wcale go nie ma, to dla takiego dziecka zaczyna się droga przez dżunglę. Czas do pokonania jej bywa różny. Różne też są efekty, w zależności od tego, kogo spotkamy na tej drodze. Moje przejście przez dżunglę trwało kilkadziesiąt lat. Od czasu, gdy byłam nastolatką, aż do zakończonej klęską działalności gospodarczej. Czy mam w sobie żal, że byłam sama ze swoimi problemami i pytaniami do życia, gdy miałam kilkanaście lat? Chyba o ten czas już nie. Bo potem przyszły lata jeszcze gorsze, gdy okazało się, że tak naprawdę nic nie znaczę dla swoich rodziców. Jestem dla nich tyle warta, co śmieci w koszu lub jesienne liście na trawniku. Nie pomogli mi swoją wiedzą ani doświadczeniem życiowym. Nie chcieli nawet słuchać, gdy próbowałam opowiedzieć im, czym się zajmuję. Obojętność zawsze boli. Ale chłód i obojętność ze strony osób, które kochamy i na których zdaniu nam zależy, jest złym doświadczeniem. Teraz wiem, jak smakuje samotność wśród ludzi, których się kocha. Rozmawiam często o tym z moją córką. Rozmawiam o wszystkim. Nie chcę popełnić błędu moich rodziców. Ona wie, że zawsze stoję za nią murem i może na mnie liczyć w każdej sytuacji, ale jeśli się myli lub postępuje niewłaściwie, to staram się ją przestrzec i zwrócić jej uwagę na konsekwencje. Staram się nie popełniać grzechu obojętności.

20 października 2012

Piękną jesień mamy tego roku. Pełne różnych odcieni i kolorów drzewa, krzewy. Niepowtarzalne zapachy, zwłaszcza w ciepłe dni. Tylko trawniki zawsze zielone. Zadbane, czyste, często koszone. Już poprzedniej zimy zdziwiło mnie, że trawa tutaj jest zielona przez cały rok. Na osiedlach jest czysto, wokół bardzo dużo zieleni i kwiatów. Drzew w mieście jest więcej niż w niejednym polskim lesie. Dziwne? Dla mnie tak. Żyłam w ustroju, gdzie ludzie nie szanowali siebie, natury i wielu innych rzeczy. Drzewa, które rosną w Monachium, są piękne. Patrząc na nie, można poczuć spokój, mieć nadzieję, a nawet marzyć. Moją ulubioną porą roku zawsze była jesień. Urodziłam się we wrześniu i zawsze, gdy się rozpoczynał, czułam się bezpieczniej, lepiej. Moja pierwsza jesień tutaj w ubiegłym roku przeszła praktycznie niezauważona. Pracowałam przez pierwszy rok w domu opieki. Mieszkałam w nim i rzadko z niego wychodziłam. Organizacja pracy nie pozwalała na zbyt wiele. Byłam zawsze zmęczona i nie miałam już siły nawet na wyjście do sklepu. Teraz, po zmianie miejsca pracy, mam czas i ochotę na poznawanie Monachium, a dojeżdżając na dyżury na drugi koniec miasta, codziennie chłonę zapachy i kolory jesieni. Tutaj, w Niemczech, jeśli chcesz zmienić pracę, to ją zmieniasz, i jest to normalne. Pracuję obecnie w innym domu opieki, gdzie pacjent traktowany jest podmiotowo. Panują inne zasady, a dom bardzo przypomina ten mój z Polski. Jeśli mi zdrowie pozwoli, popracuję w nim jeszcze parę lat. Chciałabym mieć siłę i odporność mojej babci. Pracowała na roli do późnych lat swojego życia. Była aktywna i, pomimo trudnego losu, starała się być optymistką. Pozostała dla mnie zawsze wzorem człowieka. Empatyczna wobec innych. Niedoceniona przez swoich bliskich, a mimo to wierna swojej rodzinie. Zmarła dawno temu, ale zawsze jest obecna w moich snach. Daje mi wskazówki. Byłam wnuczką, którą ona bardzo kochała. Wierzyła we mnie. Starałam się jej pomagać, przyjeżdżałam, robiłam porządki i uważnie słuchałam, bo mówiła mądre rzeczy. Kiedy rozpoczęłam etap życia z działalnością, jej już nie było. Nie mogłam z nią porozmawiać ani prosić o radę.

21 października 2012

Nie napisałam nic o mojej szkole i wczesnych latach przed rozpoczęciem pracy. Teraz wiem dlaczego. Szkoła ostatnich lat ustroju komunistycznego w Polsce nie była miejscem, gdzie działo się coś ważnego. Przynajmniej w mojej szkole nie działo się nic, co można by zapamiętać na długie lata. Wszyscy byli nastawieni na przetrwanie i najlepiej było nikomu się nie narażać. Dotyczyło to zarówno uczniów, jak i nauczycieli. Ja osobiście skupiłam się na nauce zawodu. Obserwując postawy innych, różne myśli przychodziły mi do głowy, ale oznak zrywu pokoleniowego, niestety, nie zauważyłam. Moją buntowniczą naturę zawarłam jedynie w pracy maturalnej, która przeczytana przypadkiem przez panią Annę Rak, dziennikarkę z Warszawy, została przez nią opisana i częściowo zacytowana w „Myśli Społecznej” z dnia 5 stycznia 1986 roku. Był to tygodnik wydawany przez Zrzeszenie Katolików Caritas. W cyklu Polaków Portrety znalazłam się ja, zwykła dziewczyna z prowincji. Czułam się wyróżniona. Ale poza miłym uczuciem nie wydarzyło się nic, co byłoby konsekwencją tego artykułu. Nie pisałam już później, jeśli nie liczyć setek pism do urzędów, kas chorych i wszędzie tam, gdzie miałam nadzieję ocalić swój własny zakład pielęgniarski od upadku. Stworzyłam go w 2000 roku. Walczyłam dziesięć lat. O tym chcę napisać. Walka, którą stoczyłam z biurokracją i bezdusznością urzędniczą w Polsce, przyśniła mi się dwadzieścia lat wcześniej jako wojna nuklearna i całkowita zagłada. Właśnie o niej pisałam w swojej pracy maturalnej, a jej opis tak bardzo poruszył dziennikarkę, że umieściła go we wspomnianym artykule. Dzisiaj mogę powiedzieć, że sen mógł być proroczy i można go także w ten sposób interpretować. Dzisiaj ponownie przeczytałam z ogromnym sentymentem swoją pracę i artykuł. Naiwność, jaką miałam wtedy wobec życia, dzisiaj nie miałaby racji bytu. Świat tak bardzo się zmienił, możliwości młodego pokolenia tak bardzo się zwiększyły, że żadne porównania nie mają sensu. Pozostanie to wszystko w domowym archiwum i być może kiedyś kogoś zainteresuje.

22 października 2012

Mam też w swoim życiorysie studia na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. W systemie zaocznym studiowałam przez cztery lata resocjalizację na Wydziale Psychologii i Pedagogiki. Tytuł magistra, jaki uzyskałam, był dla mnie satysfakcjonujący, ale nigdy do niczego mi się nie przydał. Natomiast wiedza i przeczytane książki – tak. Cztery lata dojazdów sobotnio-niedzielnych były męczące, ale najważniejsze, że można je było pogodzić z pracą. Poznałam w tym czasie sporo Ślązaków, którzy studiowali ze mną. Były to osoby szczere, wesołe i bardzo sympatyczne. Dzięki nim nawet trudne i trwające wiele godzin zajęcia można było jakoś przetrwać. Do wszystkiego podchodzili z humorem i optymizmem. Ja mieszkałam bliżej Krakowa, a tam człowiek spotykał się raczej z powściągliwością i wyniosłością. Dlatego do dnia dzisiejszego miło wspominam to „śląskie studiowanie”.

23 października 2012

Pogodzić pracę na zmiany w szpitalu ze studiami byłoby trudne, dlatego w 1983 roku przeszłam na etat pielęgniarki środowiskowej do ośrodka zdrowia w Pogorzycach. W sumie przepracowałam tam piętnaście lat. Długi czas, ale dla mnie bardzo szczęśliwy. Zarówno z powodów osobistych, jak i zawodowych. To wtedy poznałam swojego męża, urodziłam córkę i zbudowaliśmy rodzinę, którą mamy do dzisiaj. W ośrodku pracowałam jako pielęgniarka środowiskowa, ale pomagałam też w rejestracji i gabinecie zabiegowym. Praca samodzielna, dostarczająca wiele satysfakcji i możliwości poznawania ludzi oraz ciągłego rozwoju zawodowego, dała mi solidne oparcie w życiu. Był to dla mnie czas wewnętrznego spokoju i małej stabilizacji. Życzliwość pacjentów, którymi się opiekowałam, współpraca z rodzinami oraz stopniowe usprawnianie pielęgnacji obłożnie chorych i wprowadzanie nowych metod pracy w domu chorego – to był mój żywioł. Wiedziałam, że temu chcę poświęcić swoje życie. Zwłaszcza że w tym czasie sama byłam chora, przeszłam trzy operacje i wiedziałam, jak się może czuć chory uwięziony w łóżku. Spiralnie złamałam nogę w zimie przy wysiadaniu z autobusu – to była pierwsza operacja. Rok później trzeba było usunąć operacyjnie woreczek żółciowy z kamieniami, a zaraz potem śruby założone po złamaniu, bo zaczęły rdzewieć. Do tej trzeciej operacji prawdopodobnie dostałam ciut za dużo środka usypiającego i po zabiegu, gdy wyciągnięto mi rurkę intubacyjną, nie wrócił mi oddech, a ja przeżyłam śmierć kliniczną. Słyszałam wszystko z sali operacyjnej i szłam szarym tunelem, coraz bardziej jaśniejszym i coraz bardziej kolorowym. Było ciepło, bardzo miło, wokół pojawiła się piękna, kolorowa łąka i coraz bliżej zarys jakiejś postaci. Potem nagle brutalnie zrobiło się zimno, szaro i usłyszałam: „No, oddychajże dziewczyno, aleś nam napędziła stracha. Pielęgniarka i chciała się wybrać na tamten świat, ale byłby obciach!”. Wszystko się dobrze skończyło, co zawdzięczam spostrzegawczości i sprawności lekarza anestezjologa i pielęgniarki anestezjologicznej. Często o tym myślałam i doszłam do wniosku, że skoro wróciłam, to mam jeszcze dużo do zrobienia. Wiedziałam, że Bóg ma wobec mnie plany, a ja muszę je umieć odczytać, żeby je zrealizować.
mniej..

BESTSELLERY