Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • promocja

Fałszywi bohaterowie. Dziesięć kontrowersyjnych postaci, które niesłusznie podziwiamy - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 marca 2026
4999 pkt
punktów Virtualo

Fałszywi bohaterowie. Dziesięć kontrowersyjnych postaci, które niesłusznie podziwiamy - ebook

zy wszyscy już zapomnieli o nazistowskiej przeszłości Coco Chanel?

Czy romantyczna śmierć Kennedy'ego wymazała jego grzeszki?

Dlaczego w ogóle ludzkość potrzebuje świętych i bohaterów – i czy powinniśmy wszystko wybaczać?

Otto English na nowo przygląda się kultowym postaciom historycznym, aby sprawdzić, czy rzeczywiście zasługują na swoją nieskalaną reputację – i odkryć prawdziwe znaczenie istnienia idoli. W pasjonujący i rzetelny sposób rozlicza bohaterów świata polityki, sztuki, biznesu, nauki oraz religii, ujawniając burzące mit szczegóły z ich życia, a także przytacza niezwykłe dokonania prawdziwych altruistów, o których zapomniano lub o których słyszało niewielu.

Autor oferuje świeże, często prowokacyjne spojrzenie na pozornie nieskazitelnych bohaterów zbiorowej wyobraźni oraz poszukuje odpowiedzi na pytanie, kogo i dlaczego otaczamy kultem – i co to mówi o nas samych.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68516-98-2
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP. NARODZINY BOHATERA – WESLEY AUTREY

Wstęp

Naro­dziny boha­tera
Wesley Autrey

Zacznijmy tę opo­wieść od cudu, jaki miał miej­sce w pod­ziem­nej czę­ści Nowego Jorku.

Jest wto­rek, 2 stycz­nia 2007 roku, docho­dzi 13.00. Wesley Autrey, 50-letni ojciec trójki dzieci, odpro­wa­dza dwie naj­młod­sze pocie­chy do domu ich matki, żeby następ­nie pójść do pracy na budo­wie.

Są już spóź­nieni, więc Wesley pona­gla córki, gdy zbie­gają scho­dami na sta­cję metra przy 137 ulicy. Prze­cho­dzą przez bramki, kie­rują się do hali i tra­fiają w sam śro­dek dra­matu. Tuż przed nimi, na nie­mal pustym pero­nie, 20-letni stu­dent szkoły fil­mo­wej Came­ron Hol­lo­pe­ter ma silny atak padaczki. Prze­stra­szeni pasa­że­ro­wie patrzą, jak pada na wznak i mocno ude­rza głową o zie­mię.

Came­ron ma szczę­ście. Wesley to wete­ran mary­narki wojen­nej prze­szko­lony do reago­wa­nia w sytu­acjach kry­zy­so­wych, więc rusza mło­demu męż­czyź­nie na pomoc, odciąga go od kra­wę­dzi peronu i wkłada mu dłu­go­pis mię­dzy wargi, żeby nie połknął języka. Następ­nie z pomocą innego pasa­żera przy­trzy­muje stu­denta, dopóki atak nie minie. Po kilku minu­tach wydaje się, że wszystko jest już w porządku. Came­ron nie­pew­nie pod­nosi się z ziemi, dzię­kuje Wesley­owi i dru­giemu pasa­że­rowi, zata­cza się, prze­chyla na bok i spada wprost na toro­wi­sko.

Jak na zawo­ła­nie ciszę sta­cji przy 137 ulicy roz­rywa huk zbli­ża­ją­cego się pociągu. Ktoś wzywa pomocy, ktoś inny rzuca się do tele­fonu alar­mo­wego, a Wesley patrzy, jak Came­ron wije się mię­dzy torami. Głos w jego gło­wie (jak będzie póź­niej opo­wia­dał) mówi mu: „Idioto, musisz zejść mu pomóc”.

Tak oto męż­czy­zna w śred­nim wieku, ojciec trójki dzieci, ska­cze pod nad­jeż­dża­jący pociąg, żeby oca­lić życie nie­zna­jo­memu.

Na dole Wesley pró­buje pod­nieść Came­rona, ale toro­wi­sko jest mokre i prze­mo­czony stu­dent wyśli­zguje mu się z rąk. „Jedynka” z impe­tem wjeż­dża na sta­cję i pędzi w ich stronę, roz­świe­tla­jąc ciem­ność swoim reflek­to­rem. Wtedy Wesley zauważa mię­dzy torami kanał odpły­wowy – i sza­cuje, że mogą się w nim zmie­ścić. Mocno chwyta Came­rona, prze­ta­cza się na niego i doci­ska ich obu do dna szcze­liny. W tej samej chwili ważąca 190 ton loko­mo­tywa prze­myka nad nimi i z piskiem zatrzy­muje się tuż nad ich gło­wami.

Cały dra­mat – od upadku Came­rona do wjazdu pociągu na sta­cję – roz­grywa się w nie­całą minutę. Loko­mo­tywa mija ich zale­d­wie o nieco ponad cen­ty­metr, zosta­wia­jąc smugę smaru na czubku nie­bie­skiej czapki Wesleya.

– Umar­łem? – pyta Hol­lo­pe­ter.

– Nie, pro­szę pana, jeste­śmy pod pocią­giem! – odpo­wiada Wesley.

Mar­twi się o bez­pie­czeń­stwo córek, więc woła:

– Pro­szę o ciszę! Tam na górze są dwie dziew­czynki. Jestem ich ojcem. Pro­szę im powie­dzieć, że z tatu­siem wszystko w porządku!

Gdy jego głos nie­sie się echem w górę, na zatło­czo­nym już teraz pero­nie zalega cisza, a po chwili nastę­puje eks­plo­zja rado­ści.

Tak rodzi się boha­ter.

Wesley powie­dział póź­niej dzien­ni­karce Carze Buc­kley z „New York Timesa”: „Nie sądzę, że to był impo­nu­jący wyczyn. Po pro­stu zoba­czy­łem czło­wieka, który potrze­bo­wał pomocy, i zro­bi­łem, co uwa­ża­łem za słuszne”.

Takie wyja­śnie­nie nie wystar­czało jed­nak czy­tel­ni­kom, któ­rzy pró­bo­wali dociec, dla­czego Wesley wyka­zał się tak nie­zwy­kłą odwagą. W kolej­nych latach wciąż powra­cano do jego histo­rii i od nowa ją ana­li­zo­wano, żeby zro­zu­mieć naturę jego boha­ter­stwa.

W 2008 roku temat ten został poru­szony w jed­nym z wcze­snych prze­mó­wień TED. Słynny psy­cho­log Phi­lip Zim­bardo wska­zał Wesleya jako przy­kład altru­istycz­nego boha­tera dnia codzien­nego, który poten­cjal­nie drze­mie w każ­dym z nas. W 2012 roku mate­ma­tyk i bio­log z Harvardu Mar­tin Nowak na łamach książki _Super­Co­ope­ra­tors_ (Super­ko­ope­ra­to­rzy) zasta­na­wiał się, czy wyczyn Wesleya mógł mieć pod­łoże ewo­lu­cyjne:

Udo­wod­nił nam, że w grze zwa­nej życiem prze­trwa­nie zależy w rów­nym stop­niu od życz­li­wo­ści innych, co od cech oso­bi­stych, takich jak deter­mi­na­cja, dąże­nie do per­fek­cji itp. Stał się żywym dowo­dem na potęgę współ­pracy.

Jesz­cze inni, jak na przy­kład ame­ry­kań­ski dzien­ni­karz Joe Nocera, uwa­żali, że dzia­ła­nie Wesleya wyni­kało raczej z czyn­ni­ków spo­łecz­nych i można je powią­zać z tak zwa­nym „efek­tem widza”. John Dar­ley i Bibb Latané jako pierwsi zaob­ser­wo­wali ten para­doks w 1968 roku. Polega on na tym, że im wię­cej osób jest świad­kami sytu­acji kry­zy­so­wej, tym dłu­żej trwa reak­cja. I na odwrót: im mniej osób, tym więk­sze szanse na szyb­kie dzia­ła­nie.

Innymi słowy, w tłu­mie docho­dzi do roz­pro­sze­nia oso­bi­stej odpo­wie­dzial­no­ści, a bar­dziej osa­mot­nione jed­nostki czują, że trzeba dzia­łać.

Coś jest na rze­czy, bo pięć lat po tym, jak Wesley oca­lił życie Came­ro­nowi, inny męż­czy­zna, Ki-Suck Han, spadł na tory na zatło­czo­nej sta­cji metra przy 49 ulicy i zgi­nął, gdy wszy­scy wokół wahali się, co robić. Nie poja­wił się wów­czas żaden Wesley Autrey, za to parę osób wyjęło tele­fony komór­kowe i robiło zdję­cia, gdy Han wpadł pod koła pociągu, a potem pró­bo­wało je sprze­dać jakie­muś bru­kow­cowi. Trzeba zazna­czyć, że mię­dzy tymi dwoma wyda­rze­niami wystę­puje kilka istot­nych róż­nic – choćby taka, że przed upad­kiem na tory Han był pijany i agre­sywny – ale przede wszyst­kim tam­tego dnia na sta­cji przy 49 ulicy pano­wał tłok, a w 2007 roku w porze lun­chu sta­cja przy 137 ulicy świe­ciła pust­kami.

Efekt widza nie tłu­ma­czy jed­nak, dla­czego Autrey zigno­ro­wał wszyst­kie ludz­kie odru­chy i osta­tecz­nie sko­czył na tory. Miał wszel­kie powody, by tego nie robić. Towa­rzy­szyły mu dwie córeczki, a zazwy­czaj pier­wotny instynkt rodzi­ciel­ski, który każe chro­nić swoje potom­stwo, bie­rze górę nad wszyst­kim. Wesley był też głową wie­lo­po­ko­le­nio­wej rodziny: opie­ko­wał się matką w pode­szłym wieku, poma­gał wnu­kom doro­słego syna i wspie­rał dzieci rodzeń­stwa. Ryzy­ku­jąc życie, nara­ził bez­pie­czeń­stwo bli­skich. Co tym bar­dziej nie­zwy­kłe, pod­jął to ryzyko dla obcej osoby.

Znacz­nie chęt­niej poma­gamy tym, któ­rzy są do nas podobni. W 2006 roku, czyli rok przed tym, jak Wesley ura­to­wał życie Came­ro­nowi, bada­nia pro­wa­dzone przez Ste­fana Stürmera z Uni­wer­sy­tetu Kiloń­skiego wyka­zały, że:

Choć wszy­scy ludzie współ­czuli oso­bie, która zna­la­zła się w trud­nej sytu­acji, byli skłonni do pomocy tylko wów­czas, gdy zali­czali ją do „swo­ich”.

Wesley to czarny męż­czy­zna w śred­nim wieku z klasy robot­ni­czej; Came­ron był bia­łym dzie­cia­kiem z col­lege’u z Mas­sa­chu­setts. Nic ich nie łączyło, nie znali się wcze­śniej. Wesley nie mógł nic zyskać. Był to zatem akt czy­stego, altru­istycz­nego hero­izmu – wysoka poprzeczka, którą można posta­wić innym boha­te­rom. Nazwijmy to „genem Wesleya” i powróćmy jesz­cze do Nowego Jorku w to stycz­niowe popo­łu­dnie 2007 roku.

Dwie godziny po tym, jak wycią­gnięto go spod pociągu, Wesley wypi­sał się ze szpi­tala St. Luke’s-Roose­velt Hospi­tal Cen­ter. Przed drzwiami cze­kał na niego dzien­ni­karz i foto­graf z tablo­idu „New York Post”, który pró­bo­wał go namó­wić, by wło­żył kostium Super­mana i zapo­zo­wał do zdjęć.

– Jestem już spóź­niony do pracy! – odpo­wie­dział mu Wesley i ruszył na swoją zmianę.

Do wie­czora jego twarz poja­wiła się we wszyst­kich ser­wi­sach infor­ma­cyj­nych w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Dla jed­nych był „boha­te­rem z metra”, dla dru­gich – „boha­te­rem z Har­lemu”. Fani DC ochrzcili go Super­ma­nem, a fani Marvela – Spi­der-Manem. Do rana Wesley był już naj­bar­dziej zna­nym robot­ni­kiem budow­la­nym w Ame­ryce. Gdy wyszedł z domu, na progu cze­kały na niego kamery tele­wi­zyjne, a na ulicy został dosłow­nie oto­czony.

Nie­zna­jomi wci­skali mu do ręki dolary, a jakaś kobieta wyznała, że zre­zy­gno­wała z pla­no­wa­nej abor­cji, bo zdała sobie sprawę, że „jest jesz­cze dobro na tym świe­cie”.

Dwa dni póź­niej Wesley odwie­dził Came­rona w szpi­talu i poznał jego ojca Larry’ego Hol­lo­pe­tera, który podzię­ko­wał mu za bez­in­te­re­sowną pomoc. Larry był tak poru­szony, że zaczął pła­kać, więc Wesley objął go ramie­niem i powie­dział:

– Czy można lepiej wejść w nowy rok, niż ratu­jąc komuś życie?

Tego samego popo­łu­dnia bur­mistrz Nowego Jorku Michael Blo­om­berg wrę­czył Wesley­owi Brą­zowy Medal, czyli naj­wyż­sze odzna­cze­nie cywilne przy­zna­wane przez mia­sto, a do tego dorzu­cił wycieczkę do Disney Worldu z pokry­ciem wszyst­kich kosz­tów dla Wesleya i jego córek: 6-let­niej Shu­qui i 4-let­niej Syshe. Wie­czo­rem Autrey gościł u Davida Let­ter­mana, gdzie udo­wod­nił, że jest nie tylko naro­dową ikoną, lecz także miłym i zupeł­nie zwy­czaj­nym face­tem.

W stycz­niu 2007 roku w Ame­ryce nie było za wesoło. Pano­wała rece­sja gospo­dar­cza, rosło bez­ro­bo­cie, pękła bańka miesz­ka­niowa, a kraj pogrą­żył się do reszty w okrop­nej woj­nie na Bli­skim Wscho­dzie. W ankie­cie YouGov rekor­dowo niska liczba oby­wa­teli wska­zała, że jest „nie­zmier­nie lub bar­dzo dumna” z faktu bycia Ame­ry­ka­nami. Jak śpie­wała Bon­nie Tyler, Ame­ryka „wycze­ki­wała boha­tera”, a Wesley odpo­wie­dział na zapo­trze­bo­wa­nie na „zna­ją­cego życie Her­ku­lesa, który zdoła poko­nać pię­trzące się prze­ciw­no­ści”. Dla narodu, który we wła­snym odczu­ciu zgu­bił swoją drogę, jego odwaga była zna­kiem innej (co prawda wyobra­żo­nej) epoki i innego (co prawda wyobra­żo­nego) obli­cza kraju. Przede wszyst­kim Wesley to postać żyw­cem wyjęta z hol­ly­wo­odz­kiego sce­na­riu­sza, który naj­sil­niej działa na wyobraź­nię: zwy­kły czło­wiek, który poja­wia się zni­kąd, by ura­to­wać sytu­ację.

Był jed­nak pewien pro­blem. Autrey nie pla­no­wał zostać boha­te­rem i nie szu­kał nagrody za swoją odwagę. Zadzia­łał instynk­tow­nie i w dobrej wie­rze, więc gdy obja­wił się światu, ani Ame­ryka, ani sam Wesley nie bar­dzo wie­dzieli, co dalej. Wobec braku innych pomy­słów sta­nęło na tym, co Stany Zjed­no­czone mają nie­jako w usta­wie­niach fabrycz­nych – spró­bo­wano zro­bić z Wesleya cele­brytę.

Na począ­tek bez zasko­czeń – Mon­tel, Oprah, Ellen i wszy­scy znani gospo­da­rze talk-show w Ame­ryce zapro­sili go do swo­ich pro­gra­mów i obsy­pali pre­zen­tami. Ellen dała mu kartę poda­run­kową do Gapa o war­to­ści 5 tysięcy dola­rów i obie­cała Jeepa. Hugh Hef­ner spre­zen­to­wał mu czapkę z logo „Play­boya” (w zamian za tę ubru­dzoną sma­rem) i doży­wot­nią sub­skryp­cję swo­jego maga­zynu dla doro­słych. Nowo­jor­ska Aka­de­mia Fil­mowa dorzu­ciła czek na 5 tysięcy dola­rów, a magnat rynku nie­ru­cho­mo­ści Donald Trump – na 10 tysięcy. Chyba nikogo nie zdziwi, gdy napi­szę, że przy­szłym, 45. pre­zy­den­tem Sta­nów Zjed­no­czo­nych raczej nie kie­ro­wała wyłącz­nie hoj­ność. Nie mógł zali­czyć poprzed­niego pół­ro­cza do uda­nych. Spa­dła oglą­dal­ność jego reality show _The Appren­tice_, a do tego w cza­sie, gdy jego żona Mela­nia zaj­mo­wała się malut­kim Bar­ro­nem, ośmie­szył się w pro­gra­mie _The View_, ogła­sza­jąc: „Gdyby Ivanka nie była moją córką, może bym się z nią umó­wił”. W tym samym roku, tuż przed wybu­chem kry­zysu na rynku kre­dy­tów hipo­tecz­nych, który przy­czy­nił się do zała­ma­nia ame­ry­kań­skiej gospo­darki, samo­zwań­czy geniusz biz­nesu wypu­ścił „kre­dyty hipo­teczne Trumpa”. Jak tłu­ma­czył sta­cji CNBC: „Uwa­żam, że to świetny moment na zało­że­nie firmy udzie­la­ją­cej kre­dy­tów hipo­tecz­nych; rynek nie­ru­cho­mo­ści jesz­cze długo będzie się dobrze trzy­mał”.

W stycz­niu 2007 roku ten wła­śnie rynek prze­ży­wał zała­ma­nie, a akcje Trumpa spa­dały. Dzięki przy­ja­ciel­skim rela­cjom z Super­ma­nem z metra przy­szły pre­zy­dent chciał przy­kleić się do boha­tera dnia – licząc, że w ten spo­sób uszczk­nie tro­chę chwały.

Ale nie on jeden. Wszy­scy chcieli ogrzać się w bla­sku Wesleya. Znane marki usta­wiały się w kolejce, by ofia­ro­wać mu futrzane płasz­cze, teni­sówki i wodę koloń­ską. Beyoncé zapro­siła go na swój kon­cert i dała mu prze­pustkę za kulisy, a legenda blu­esa B.B. King padł przed nim na kolana ze sło­wami: „Nawet nie wiesz, co zro­bi­łeś w Ame­ryce i dla Ame­ryki”.

Popro­szono go, by otwo­rzył Nowo­jor­ską Giełdę Papie­rów War­to­ścio­wych. Ani się obej­rzał, a już odbie­rał tele­fon od pre­zy­denta Geo­rge’a W. Busha, który zapra­szał go „na poga­wędkę” do Bia­łego Domu. Bush – podob­nie jak Trump – chciał popra­wić swoje noto­wa­nia. W stycz­niu 2007 roku był naj­mniej popu­lar­nym pre­zy­den­tem Sta­nów Zjed­no­czo­nych od cza­sów Richarda Nixona, z popar­ciem wyno­szą­cym zale­d­wie 28%. Hero­izm Wesleya Autreya mógł przy­nieść mu kilka punk­tów pro­cen­to­wych, dla­tego po spo­tka­niu w Bia­łym Domu Bush zapro­sił go jako gościa hono­ro­wego na orę­dzie o sta­nie pań­stwa, które miał wygło­sić 23 stycz­nia. Pod koniec prze­mowy pre­zy­dent oddał hołd swo­jemu nowemu przy­ja­cie­lowi: „Nie uważa się za boha­tera. Mówi: »Mamy za gra­nicą chłop­ców i dziew­częta, któ­rzy oddają życie za naszą wol­ność. Musimy oka­zy­wać sobie nawza­jem tro­chę miło­ści«. Doprawdy jest coś wspa­nia­łego w kraju, gdzie rodzą się tak odważni i skromni ludzie, jak wła­śnie Wesley Autrey”.

Jesz­cze nie wybrzmiały słowa pre­zy­denta, gdy cud przy 137 ulicy zaczął się zmie­niać w swego rodzaju klą­twę, bo sława ścią­gnęła na Autreya rów­nież inny rodzaj uwagi. Na początku ludzie pod­cho­dzili i dawali mu pie­nią­dze, a teraz zaczęli o nie pro­sić, bo zakła­dali, że się wzbo­ga­cił. Ojciec Wesleya, który nie kon­tak­to­wał się z nim od trzech dekad, ni stąd, ni zowąd zadzwo­nił do syna. Autrey rela­cjo­no­wał póź­niej dzien­ni­ka­rzowi Rober­towi Kol­ke­rowi z „New Yor­kera”:

Od razu zaczął mówić jak wszy­scy: potrze­buję, chcę, daj mi. Ani razu nie spy­tał: czy wszystko w porządku? Co u two­ich córek? Powie­dział tylko: zbliża się zjazd rodzinny, więc jeśli pla­nu­jesz przy­je­chać, przy­wieź mi tro­chę tej forsy.

W walen­tynki zadzwo­niła do niego kobieta, która zosta­wiła go 15 lat wcze­śniej. Gdy Wesley ją spy­tał, dla­czego kon­tak­tuje się z nim w ten spo­sób, obra­ziła się i rzu­ciła słu­chawką. Autrey zaczął popa­dać w para­noję na punk­cie bez­pie­czeń­stwa córek, mar­twiąc się, że ktoś mógłby je porwać – a wresz­cie, co być może nie­unik­nione, te wszyst­kie pochleb­stwa ude­rzyły mu do głowy.

Kiedy Oprah zapro­siła Wesleya do swo­jego stu­dia w Chi­cago tego samego dnia, w któ­rym twórcy pro­gramu _Deal or No Deal_¹ chcieli go widzieć w Los Ange­les, ten zadzwo­nił do swo­jego nowego naj­lep­szego przy­ja­ciela, pre­zy­denta Sta­nów Zjed­no­czo­nych, z pyta­niem, czy nie uży­czyłby mu odrzu­towca typu ste­alth. Gdzieś po dro­dze Autrey poznał „part­ne­rów biz­ne­so­wych” z wiel­kimi pla­nami. Mówiło się o fil­mie, w któ­rym Wesley – w tej roli Eddie Mur­phy, a może Brad Pitt – uda­rem­niłby atak ter­ro­ry­styczny w metrze. Pla­no­wano zro­bić z niego markę. Gdy zorien­to­wał się, że dys­po­no­wałby pra­wem tylko do 50% zysków, a jego „part­ne­rzy biz­ne­sowi” w tajem­nicy pobie­rają od dzien­ni­ka­rzy nie­bo­tyczne opłaty za dostęp do boha­tera, posta­no­wił zło­żyć pozew.

Według Ary­sto­te­lesa, mędrca z IV wieku przed naszą erą, każdy boha­ter tra­giczny musi upaść, ponie­waż tylko taka kolej rze­czy pozwala uka­zać lęk i tra­gizm wpi­sane w docze­sne losy czło­wieka – a taka jest prze­cież rola boha­tera tra­gicz­nego.

Greccy bogo­wie nie­na­wi­dzili chwa­li­pię­tów i zawsze zwal­czali hero­sów, któ­rych ambi­cja wykra­czała poza ich pozy­cję. Gdy Ody­se­usz wyru­szył w drogę do domu po woj­nie tro­jań­skiej, pycha dopro­wa­dziła go do upadku: podróż, która powinna mu zająć jakiś tydzień, trwała 10 lat, a załogi wszyst­kich dwu­na­stu okrę­tów albo się poto­piły, albo zgi­nęły – albo zostały zje­dzone.

W ody­sei popu­lar­no­ści Wesleya, jak przy­stało na XXI wiek, jego los przy­pie­czę­to­wały syreni śpiew pro­gra­mów tele­wi­zyj­nych z pasma dzien­nego i cyklo­powa bestia pustej sławy.

Upa­dek nastą­pił 21 maja 2007 roku, gdy Autrey wystą­pił w tele­tur­nieju _Deal or No Deal_² pro­wa­dzo­nym przez Howiego Man­dela. For­mułę pro­gramu można stre­ścić sło­wami: „zary­zy­kuj wszystko dla wiel­kiej nagrody”, co Wesley nie­stety zro­bił – odrzu­cił ofertę „ban­kiera” w wyso­ko­ści 305 tysięcy dola­rów i wygrał zale­d­wie 25. Publicz­ność ocze­ki­wała krze­pią­cego spiel­ber­gow­skiego finału, w któ­rym bogaty i szczę­śliwy Wesley odjeż­dża w stronę zacho­dzą­cego słońca, a w zamian otrzy­mała nie­zwy­kle ponure zakoń­cze­nie w stylu Larsa von Triera. Na pocie­sze­nie Autrey dostał od Man­dela Jeepa Patriota – dru­giego już Jeepa Patriota. Miny widzów mówiły wszystko: pięt­na­ście minut sławy Wesleya wła­śnie dobie­gło końca.

Nie­wąt­pli­wie w ten stycz­niowy dzień 2007 roku Autrey zro­bił coś wyjąt­ko­wego. Ura­to­wał życie dru­giemu czło­wie­kowi, nie zwa­ża­jąc na wła­sne bez­pie­czeń­stwo i nie ocze­ku­jąc nagrody. Na zawsze pozo­sta­nie boha­te­rem naj­wyż­szej próby. Ta chwila została jed­nak spla­miona. Wesley został wyko­rzy­stany przez wpły­wo­wych ludzi, a następ­nie pożarty i wypluty przez ame­ry­kań­skie media. Machina wia­do­mo­ści porzu­ciła wyczer­pany temat i ruszyła naprzód.

W listo­pa­dzie 1872 roku pra­cow­nik Biblio­teki Muzeum Bry­tyj­skiego w Blo­oms­bury, 32-letni asy­rio­log samouk Geo­rge Smith, doko­nał nie­zwy­kłego odkry­cia.

Smith zde­cy­do­wa­nie wyróż­niał się na tle ówcze­snych asy­rio­lo­gów. Przy­szedł na świat w rodzi­nie robot­ni­czej w slum­sach Chel­sea. W wieku 14 lat został uczniem dru­ka­rza i gra­we­rem bank­no­tów w pobli­skiej dziel­nicy Cler­ken­well, ale w porze lun­chu odwie­dzał Muzeum Bry­tyj­skie – i tak naro­dziła się jego fascy­na­cja sta­ro­żyt­nym świa­tem. Pasja Geo­rge’a i samo­dziel­nie zdo­byta spe­cja­li­styczna wie­dza były tak ogromne, że osta­tecz­nie zapro­po­no­wano mu pracę „napra­wia­cza” w Dziale Zabyt­ków Wschodu, gdzie zajął się dopa­so­wy­wa­niem frag­men­tów asy­ryj­skich tabli­czek. Geo­rge szybko udo­wod­nił, że jego talenty wykra­czają poza ukła­da­nie skom­pli­ko­wa­nych puz­zli. Wkrótce stał się nie­za­stą­pio­nym pra­cow­ni­kiem muzeum i jed­nym z głów­nych pomoc­ni­ków sir Henry’ego Cre­swicke’a Raw­lin­sona w odczy­ty­wa­niu asy­ryj­skich hie­ro­gli­fów.

Więk­szość tabli­czek została zna­le­ziona w Nini­wie i Nim­ru­dzie w latach 1849–1854 przez asy­rio­loga sir Austena Lay­arda, a póź­niej także przez jego asy­stenta, uro­dzo­nego w Mosulu Hor­muzda Ras­sama, który porzu­cił księ­go­wość dla arche­olo­gii. Zna­le­zi­sko nale­żało kie­dyś do zbio­rów Biblio­teki Aszur­ba­ni­pala w Nini­wie, gdzie na pole­ce­nie samego króla Aszur­ba­ni­pala, ostat­niego z wiel­kich wład­ców asy­ryj­skich, zgro­ma­dzono około 30 tysięcy tabli­czek. W 612 roku przed naszą erą sto­lica Asy­rii Niniwa została złu­piona. Biblio­teka doszczęt­nie spło­nęła, ale gli­niane tabliczki wypa­liły się w ogniu i prze­trwały dla potom­nych pod gru­zami mia­sta.

Tabliczki zawie­rały tekst w języku aka­dyj­skim, któ­rym posłu­gi­wano się mniej wię­cej od 2600 roku przed naszą erą do I wieku. Był on zapi­sy­wany pismem kli­no­wym – jedną z naj­star­szych na świe­cie odmian pisma. Pismo kli­nowe powstało około 3500 lat przed naszą erą, u progu epoki brązu. Z bie­giem czasu zaczęto go uży­wać do zapisu kil­ku­na­stu języ­ków, w tym sume­ryj­skiego i aka­dyj­skiego. Wyszło z uży­cia w II wieku przed naszą erą.

Pismo kli­nowe odko­do­wano nie­wiele wcze­śniej, bo w 1857 roku, więc Smith czy­tał tek­sty z tabli­czek jako jeden z pierw­szych ludzi po upły­wie tysiąc­leci. Dużo było w nich tre­ści o cha­rak­te­rze praw­ni­czym, dyplo­ma­tycz­nym i finan­so­wym, ale Smi­thowi udało się też odczy­tać wiele fascy­nu­ją­cych tek­stów, jak na przy­kład opisy zaćmie­nia słońca z 763 roku przed naszą erą czy najazdu na Babi­lo­nię w 2280 roku przed naszą erą. Tego jesien­nego dnia w 1872 roku miał jed­nak doko­nać naj­do­nio­ślej­szego i naj­słyn­niej­szego prze­kładu.

Tabliczka zawie­rała histo­rię „wiel­kiej powo­dzi” i mści­wego boga Enlila, który posta­no­wił uni­ce­stwić wszel­kie stwo­rze­nie. Przed zesła­niem nawał­nicy ostrzegł jed­nak pew­nego czło­wieka, Utna­pisz­tima, naka­zu­jąc mu: „Roz­bierz swój dom i zbu­duj łódź!”, a następ­nie: „Porzuć bogac­twa i szu­kaj oca­le­nia! Wzgardź mie­niem, a ratuj życie! Zabierz na łódź nasie­nie wszyst­kich żywych stwo­rzeń!”.

Utna­pisz­tim wraz z mał­żonką zbu­do­wali sta­tek i zała­do­wali na niego zapasy jedze­nia, nasiona roślin i młode zwie­rzęta, by sta­wić czoła pod­no­szą­cemu się pozio­mowi wód.

„Kiedy spoj­rza­łem na trze­cią kolumnę – pisał póź­niej Smith – moją uwagę przy­kuło stwier­dze­nie, że sta­tek osiadł na górze Nizir. Dalej nastę­po­wał opis wypusz­cze­nia gołę­bia, który nie zna­lazł miej­sca, by usiąść, i wró­cił. Natych­miast spo­strze­głem, że wła­śnie odna­la­złem opis Potopu”.

Zain­te­re­so­wa­nie Smi­tha pismem kli­no­wym wykra­czało poza war­tość arche­olo­giczną tabli­czek. Jak wielu wik­to­riań­skich uczo­nych wie­rzył, że te odkry­cia będą miały klu­czowe zna­cze­nie dla udo­wod­nie­nia histo­rycz­no­ści Biblii. Oto miał przed oczami opis tych samych wyda­rzeń, co we frag­men­cie Księgi Rodzaju doty­czą­cym arki Noego (roz­działy 6–9), lecz – co istotne – opis o tysiąc lat star­szy. Smith był tak ura­do­wany tym, co udało mu się odcy­fro­wać, że zerwał się z krze­sła i krzyk­nął: „Prze­czy­ta­łem to jako pierw­szy czło­wiek od ponad dwóch tysięcy lat!”, po czym zrzu­cił ubra­nie i bie­gał nago po całej Biblio­tece Muzeum Bry­tyj­skiego, budząc nie­po­kój bar­dziej uło­żo­nych kole­gów. Mie­siąc póź­niej, gdy (na całe szczę­ście) na nowo zaprzy­jaź­nił się ze spodniami, przed­sta­wił swoje odkry­cie na posie­dze­niu Towa­rzy­stwa Arche­olo­gii Biblij­nej. Słu­chali go mię­dzy innymi arcy­bi­skup Can­ter­bury Camp­bell Tait i ówcze­sny pre­mier Wil­liam Glad­stone. To była wielka chwila. Smith został pierw­szym i ostat­nim świa­to­wym cele­brytą od pisma kli­no­wego.

Brak klu­czo­wego frag­mentu histo­rii budził jed­nak powszechne nie­za­do­wo­le­nie. Dzien­nik „Daily Tele­graph” pod ste­rami redak­tora naczel­nego Edwina Arnolda wyło­żył tysiąc gwi­nei na wyprawę do ruin Niniwy, żeby Smith mógł odna­leźć bra­ku­jący ele­ment.

Rok póź­niej, speł­nia­jąc życiowe marze­nie o pro­wa­dze­niu wyko­pa­lisk, Smith udał się do Mosulu. Tak się nie­zwy­kle zło­żyło, że 7 maja 1873 roku rze­czy­wi­ście odkrył poszu­ki­wany frag­ment. W obli­czu suk­cesu zaczęto snuć plany kolej­nej wyprawy. Smith powró­cił jesz­cze na Bli­ski Wschód, ale zacho­ro­wał na febrę i czer­wonkę. Zmarł 19 sierp­nia 1876 roku w Aleppo w dzi­siej­szej Syrii.

W kolej­nych latach, mimo że legenda Geo­rge’a Smi­tha powoli odcho­dziła w zapo­mnie­nie, jego nie­zwy­kłe odkry­cie zyskało o wiele więk­szą wagę, niż miało pier­wot­nie jako wąt­pliwy „dowód” na histo­rycz­ność arki Noego. Oka­zało się bowiem, że prze­tłu­ma­czona przez Smi­tha tabliczka to Księga Jede­na­sta _Eposu o Gil­ga­me­szu_ – naj­star­szej opo­wie­ści utrwa­lo­nej na piśmie.

Poemat został spi­sany pismem kli­no­wym około 2700 roku przed naszą erą. Opo­wiada histo­rię tytu­ło­wego boha­tera, króla mia­sta Uruk (obec­nie Warka w Iraku). Gil­ga­mesz zaczyna jako czarny cha­rak­ter – prze­stępca sek­su­alny, który, powo­łu­jąc się na prawo pierw­szej nocy (przy­słu­gu­jące mu jako kró­lowi), wyko­rzy­stuje sek­su­al­nie kobiety w ich noc poślubną. Ten okrutny cie­miężca zmu­sza męż­czyzn nie tylko do odda­wa­nia mu żon, lecz także do wzno­sze­nia budowli zaspo­ka­ja­ją­cych jego próż­ność. Jak łatwo się domy­ślić, bogo­wie posta­na­wiają dać mu nauczkę i zsy­łają na zie­mię Enkidu, postaw­nego dzi­kusa, który ma rzu­cić Gil­ga­meszowi wyzwa­nie. Aby stać się czło­wie­kiem, Enkidu musi upra­wiać seks z kobietą o imie­niu Szam­hat przez 14 dni i nocy (co, szcze­rze mówiąc, brzmi abso­lut­nie wyczer­pu­jąco) i dopiero wów­czas jest gotowy na star­cie z Gil­ga­meszem. W tym miej­scu nastę­puje potężny zwrot akcji: pano­wie od razu przy­pa­dają sobie do gustu, więc Gil­ga­mesz pro­po­nuje, żeby zwarli szyki, zamiast ze sobą wal­czyć, i razem zabili potwora Hum­babę i Byka Nie­biań­skiego.

Enkidu wyraża zgodę, ale tym samym wzbu­dza gniew wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­nych bogów, któ­rzy uwa­żają, że zni­we­czył ich plany. Jakby zapo­wia­da­jąc przy­szłe losy Geo­rge’a Smi­tha, dzi­kus zapada na febrę i umiera, tak samo jak asy­rio­log trzy tysiące lat póź­niej.

Pod wpły­wem roz­pa­czy po utra­cie przy­ja­ciela Gil­ga­mesz wyru­sza w podróż, żeby odkryć tajem­nicę nie­śmier­tel­no­ści. Utna­pisz­tim (znany także jako asy­ryj­ski Noe) zdra­dza mu – zachę­cony nieco przez wła­sną żonę – że ist­nieje święte ziele, która zapew­nia wieczną mło­dość. Nie­stety jako pierw­szy odnaj­duje je wąż i krad­nie roślinę (to kolejny motyw, któ­rym mogli posłu­żyć się auto­rzy Księgi Rodzaju), więc król wraca do domu z pustymi rękami, ale póź­niej pomaga sta­remu przy­ja­cie­lowi uciec z zaświa­tów, żeby mogli sobie uciąć poga­wędkę.

W _Epo­sie o Gil­ga­me­szu_ jest wszystko: bro­mance, ludzka głu­pota i odku­pie­nie, ból ist­nie­nia i strach przed tym, co czeka nas po śmierci. Jest seks, wielka woda i zaświaty. Wszystko zasa­dza się na naj­czę­ściej opo­wia­da­nej histo­rii: boha­ter wyru­sza na wyprawę, poko­nuje prze­ciw­no­ści i odmie­niony powraca do domu. To wła­śnie ta opo­wieść kształ­to­wała nasze poję­cie „boha­terstwa” na prze­strzeni dzie­jów, już od okresu przed­hel­le­ni­stycz­nego, i wciąż jest obecna w naszej kul­tu­rze, prze­wi­ja­jąc się w książ­kach, fil­mach i seria­lach.

Ame­ry­kań­ski pisarz Joseph Camp­bell ukuł poję­cie mono­mitu (podroży boha­tera), by opi­sać ten arche­typ w swoim fun­da­men­tal­nym dziele _Boha­ter o tysiącu twa­rzy,_ które po raz pierw­szy uka­zało się w druku w 1949 roku. Ponie­waż na kar­tach tej książki spo­tkamy się z nie­jed­nym mono­mi­tem, poświęćmy chwilę na przyj­rze­nie się temu poję­ciu.

Według Camp­bella mono­mit składa się z trzech zasad­ni­czych ele­men­tów: odej­ścia, ini­cja­cji i powrotu. W fazie odej­ścia boha­ter wyru­sza ze zna­nego do niezna­nego świata, gdzie doświad­cza jakie­goś prze­łomu (ini­cja­cji), po czym wraca z nową mocą lub wie­dzą. Na tym sche­ma­cie opie­rają się dzieła Homera, _Rama­jana_, cztery ewan­ge­lie, legenda o świę­tym Jerzym i smoku, _Bar­dzo głodna gąsie­nica_, _Super­man_, _Głupi i głup­szy_, a nawet histo­ria Wesleya Autreya, którą wyko­rzy­stam jako przy­kład.

Mono­mit ma cha­rak­ter cykliczny, dla­tego wyobraźmy sobie jego ele­menty na tar­czy zegara: Wesley stoi na górze i prze­miesz­cza się zgod­nie z ruchem wska­zó­wek. Opusz­cza dom z jego _sta­tus quo_ (połu­dnie) i otrzy­muje wezwa­nie do przy­gody (13.00), gdy widzi, że Came­ron ma atak padaczki. Prosi o pomoc (14.00) innego pasa­żera, prze­kra­cza próg (15.00) i – ska­cząc na tory – opusz­cza bez­pieczny znany świat (16.00). Roz­wią­zuje zagadkę (17.00) oca­le­nia Came­rona, zabija potwora (tj. wci­ska się w kanał odpły­wowy) (18.00) i poko­nuje śmierć, po czym nastę­puje odro­dze­nie (19.00). Odro­dze­niem jest sława, która pro­wa­dzi do nagród i skarbu, w tym czapki z logo „Play­boya” i Jeepa (20.00). Potem jed­nak dostaje nauczkę (21.00) w _Deal or No Deal_ i od chci­wych part­ne­rów biz­ne­so­wych, dla­tego osta­tecz­nie wraca (22.00), choć odmie­niony (23.00), do swo­jego świata, któ­rego _sta­tus quo_ zostało zachwiane (pół­noc).

Camp­bell pasjo­no­wał się folk­lo­rem. Dużo podró­żo­wał, zbie­ra­jąc mity zało­ży­ciel­skie róż­nych ludów i ple­mion. Doszedł wów­czas do prze­ko­na­nia, że powszech­ność mono­mitu wynika z naszej łowiecko-zbie­rac­kiej prze­szło­ści. W 1994 roku w doli­nie rzeki Ardèche w połu­dniowo-zachod­niej Fran­cji, w tzw. Komo­rze Koń­co­wej (Salle du Fond) Jaskini Chau­veta odkryto malo­wi­dła naskalne z okresu pale­olitu, które nawią­zują do tej samej histo­rii, tylko w wer­sji sprzed 35 tysięcy lat. Być może nie powinno to nikogo dzi­wić. Napo­ty­ka­nie prze­szkód, roz­wią­zy­wa­nie pro­ble­mów, poko­ny­wa­nie potwo­rów i try­um­falne powroty do domu to nie­od­łączne ele­menty ludz­kiego ist­nie­nia – i pew­nie zawsze tak było. Cho­dze­nie po skle­pach to rodzaj mono­mitu. Podob­nie odwo­że­nie dzieci do szkoły, dojazdy do pracy, a nawet wsta­nie z łóżka w ponury pora­nek pod koniec grud­nia, gdy przez święta zja­dłeś jakąś tonę sera.

_Boha­ter o tysiącu twa­rzy_ wywarł wielki wpływ na hol­ly­wo­odz­kich fil­mow­ców. Geo­rge Lucas oparł trzy pierw­sze filmy z sagi _Gwiezdne wojny_ na sche­ma­cie zna­nym z książki, choć wcale nie potrze­bo­wał wska­zó­wek Camp­bella, bo rów­nie dobrze mógł czer­pać inspi­ra­cję z roz­licz­nych opo­wie­ści o boha­te­rach two­rzo­nych od X wieku przed naszą erą w sta­ro­żyt­nej Gre­cji po czasy obecne.

Grecy wie­rzyli, że ich herosi byli potom­kami bogów i dla­tego mieli „boskie” cechy, które zacie­rały gra­nicę mię­dzy czło­wie­czeń­stwem a bosko­ścią. Przede wszyst­kim, w prze­ci­wień­stwie do bogów, herosi byli śmier­telni – cze­kała ich śmierć, zwy­kle okropna i przed­wcze­sna, z powodu _hybris_, nie­po­skro­mio­nej pychy, lub innego występku prze­ciw woli bogów. Dzięki tej ofie­rze i w trak­cie wędrówki ku jej speł­nie­niu herosi zdo­by­wali _kleos_, co można tłu­ma­czyć jako „chwałę”. Nie cho­dziło wyłącz­nie o sławę za życia, lecz także o pamięć po śmierci. Tak naro­dziły się poematy epic­kie i bal­lady, w tym _Iliada_ i _Ody­seja_ Homera.

_Kleos_, jak nie przy­mie­rza­jąc papieru toa­le­to­wego w cza­sie pan­de­mii, nie można było dostać – trzeba było się o nie sta­rać, aktyw­nie i świa­do­mie go szu­kać. Każdy miał wybór: wieść dłu­gie, nudne życie i szybko zostać zapo­mnia­nym albo żyć szybko i umrzeć młodo. Osta­tecz­nym celem była _kleos aph­thi­ton_, czyli „nie­śmier­telna chwała”. Jak się nad tym zasta­no­wić, trzy tysiące lat póź­niej wszyst­kim naszym boha­te­rom wciąż cho­dzi o to samo.

Więk­szość z nas koja­rzy „pierw­szo­li­go­wych” boha­te­rów grec­kich, takich jak Ajaks, Achil­les i Teze­usz, pogromca Mino­taura, któ­rzy dążyli do _kleos_, ale Grecy mieli też spore grono „dru­go­li­gow­ców”: czczono tysiące lokal­nych boha­te­rów. Był to klu­czowy ele­ment kul­tury Hel­lady. Wierni wie­rzyli – jak do dzi­siaj się wie­rzy w kul­tu­rach z sil­nie roz­wi­nię­tym kul­tem przod­ków – że po śmierci wiel­kie posta­cie bro­nią naj­bliż­szej oko­licy. Wzno­szono im gro­bowce, tzw. tumu­lusy, które sta­wały się miej­scami kultu. Chrze­ści­jań­ska tra­dy­cja świę­to­ści wyka­zuje wiele podo­bieństw z grec­kimi, a póź­niej także rzym­skimi prak­ty­kami tego rodzaju. Od samego początku w całym chrze­ści­jań­skim świe­cie obok „ofi­cjal­nych świę­tych” sze­rzył się kult „świę­tych ludo­wych”.

Anglo­sasi mieli około 100 swo­ich „angiel­skich” świę­tych poza ofi­cjal­nym kalen­da­rzem. Czczono ich jesz­cze długo po inwa­zji Nor­ma­nów w 1066 roku, bo aż do XVI wieku. Nie­które posta­cie, jak Edel­truda z Ely, zało­ży­cielka klasz­toru w hrab­stwie Cam­brid­ge­shire, są ota­czane kul­tem do dzi­siaj.

W świe­cie kato­lic­kim liczba lokal­nych świę­tych stale rośnie. W sta­nie Sina­loa na pół­nocno-zachod­nim wybrzeżu Mek­syku zacho­wał się zwy­czaj skła­da­nia ofiar przed wize­run­kiem Jesúsa Malverde, lokal­nego Robin Hooda, który podobno żył pod koniec XIX wieku. Malverde jest też uwa­żany za „patrona” prze­myt­ni­ków nar­ko­ty­ków. Bio­rąc pod uwagę te powią­za­nia, nie spo­dzie­wał­bym się rychłej kano­ni­za­cji.

W ostat­nich latach świecki kult cele­bry­tów wyparł litur­giczny kult świę­tych. I w tym przy­padku wiele współ­cze­snych ikon osiąga po śmierci coś w rodzaju _kleos_ – fani na­dal ich ubó­stwiają, a ich histo­rie są tema­tem coraz to now­szych ksią­żek i fil­mów bio­gra­ficz­nych.

W trak­cie naszej wędrówki po kar­tach tej książki napo­tkamy różne świą­ty­nie i miej­sca piel­grzy­mek poświę­cone nie­dawno zmar­łym oso­bom oraz poznamy wiele legend na pod­sta­wie ich histo­rii. Księżna Diana, John F. Ken­nedy, Dr Mar­tin Luther King Junior, a nawet Win­ston Chur­chill – takie posta­cie zawsze mają swoje tumu­lusy i _kleos aph­thi­ton_, a przed­wcze­śnie zmarłe gwiazdy popu szybko ura­stają do rangi popu­lar­nych „ludo­wych świę­tych”. Sza­cuje się, że co roku 500 tysięcy osób piel­grzy­muje do grobu Elvisa Pre­sleya w Gra­ce­land. Na obrze­żach nowo­jor­skiego Cen­tral Parku można odwie­dzić Straw­berry Fields, czyli miej­sce poświę­cone pamięci zmar­łego Beatlesa Johna Len­nona, a nawet usły­szeć, jak jacyś gita­rzy­ści masa­krują wcze­sne utwory swo­jego idola. Ponad 10 lat po śmierci Amy Wine­ho­use ludzie wciąż przy­pi­nają kar­teczki i kwiaty do drzewa pod jej domem, a przy dro­dze B306 w oko­licy Bar­nes wznie­siono istną świą­ty­nię ku czci daw­nego lidera zespołu T. Rex, Marca Bolana, który zgi­nął tam w 1977 roku.

Współ­cze­sne zain­te­re­so­wa­nie cele­bry­tami oraz boha­te­rami świata poli­tyki i kul­tury to po pro­stu kon­ty­nu­acja histo­rii, która toczy się od 36 tysięcy lat. Mono­mi­tów nie trzeba daleko szu­kać. Wystar­czy, że weź­miesz do ręki tele­fon i prze­wi­niesz ekran, a zaraz wysko­czą rekla­mo­dawcy wci­ska­jący ci jakiś mono­mit. Zaj­rzyj na Insta­gram, Tik­Tok czy X, a znaj­dziesz mnó­stwo influ­en­ce­rów i poli­ty­ków, któ­rzy dla laj­ków dzielą się swoją „podróżą boha­tera”.

Gdy Rishi Sunak chciał zostać pre­mie­rem Wiel­kiej Bry­ta­nii w 2022 roku, opu­bli­ko­wał wideo, w któ­rym nie było ani słowa o jego dzia­łal­no­ści poli­tycz­nej, za to bar­dzo dużo o mono­mi­cie jego rodziny. Na początku nagra­nia Sunak mówi: „Opo­wiem wam pewną histo­rię”, po czym snuje opo­wieść o tym, jak jego ciężko pra­cu­jąca bab­cia porzu­ciła _sta­tus quo_ i prze­kro­czyła prór, wsia­da­jąc do samo­lotu lecą­cego do Anglii „z nadzieją na lep­sze życie”.

Jesz­cze inną podróż boha­tera obser­wo­wa­li­śmy w związku z wojną w Ukra­inie. Pre­zy­dent Woło­dy­myr Zełen­ski był wcze­śniej zawo­do­wym sce­na­rzy­stą i akto­rem, więc trudno się dzi­wić, że tak świet­nie wyko­rzy­stał swoje zdol­no­ści nar­ra­cyjne w walce z Puti­nem, uka­zu­jąc w głów­nej roli swój boha­ter­ski kraj (a nie sie­bie) ście­ra­jący się z potwo­rem, który przy­brał postać rosyj­skiego niedź­wie­dzia.

W cza­sie pan­de­mii COVID-19, gdy naukowcy prze­ści­gali się w sta­ra­niach, by opra­co­wać szcze­pionkę, a publiczna opieka zdro­wotna wal­czyła z nie­wi­dzialną bestią, powstały jesz­cze inne legendy. Bry­tyj­czycy, podob­nie jak inne narody, zaczęli kam­pa­nię publicz­nego bicia braw pra­cow­ni­kom opieki medycz­nej, żeby oka­zać im wdzięcz­ność. Nie wszy­scy jed­nak cie­szyli się z takiej formy uzna­nia. Pewien lekarz pisał ano­ni­mowo w „Guar­dia­nie”:

Naprawdę nie potrze­buję okla­sków. Nie potrze­buję tęczy. Mogą kla­skać, aż im ręce odpadną, a tęczę wyta­tu­ować sobie na czole – nic mnie to nie obcho­dzi. Naro­dowa Służba Zdro­wia (NHS) nie jest insty­tu­cją cha­ry­ta­tywną i nie pra­cują w niej boha­te­ro­wie.

Leka­rze i pie­lę­gniarki, podob­nie jak Zełen­ski i Wesley Autrey, nie szu­kali sławy, _kleos_; hero­izm wymu­siły na nich oko­licz­no­ści. To roz­róż­nie­nie ma klu­czowe zna­cze­nie dla dal­szej czę­ści książki. „Gen Autreya” doty­czy „wro­dzo­nego boha­ter­stwa” i nie ma nic wspól­nego z boha­te­rami spo­łe­czeń­stwa³, takimi jak Achil­les, Nel­son, Washing­ton, Che Guevara, kapi­tan Scott, a nawet Mao Zedong, bo oni sami świa­do­mie wybrali ścieżkę chwały.

Pod­wa­ża­nie sta­tusu boha­te­rów spo­łe­czeń­stwa to ryzy­kowne zaję­cie i coś w rodzaju here­zji. Wszy­scy, nie­za­leż­nie od sze­ro­ko­ści geo­gra­ficz­nej, jeste­śmy wycho­wy­wani w prze­ko­na­niu o wiel­ko­ści postaci z histo­rii naszego narodu. Odkry­cie dru­giej strony medalu – nie­zbyt wspa­nia­łych, a nawet cał­kiem okrop­nych czy­nów tej wiel­kiej postaci – wzbu­dza nie­po­kój i dys­kom­fort. Hero­izm od nik­czem­no­ści dzieli naprawdę cienka linia, a stare powie­dze­nie: „dla jed­nych ter­ro­ry­sta, dla innych bojow­nik o wol­ność” jak ulał pasuje do sytu­acji wielu postaci histo­rycz­nych i fik­cyj­nych. Dla licz­nych miesz­kań­ców Zachodu Michaił Gor­ba­czow ode­grał chlubną rolę w zakoń­cze­niu zim­nej wojny, a Rosja­nie gre­mial­nie go nie­na­wi­dzą, bo przy­czy­nił się do roz­padu Związku Radziec­kiego i brał udział w wywo­ła­niu póź­niej­szego cha­osu.

Tak samo ma się sprawa z sir Fran­ci­sem Dra­kiem, żegla­rzem i „odkrywcą” epoki elż­bie­tań­skiej, zna­nym Hisz­pa­nom jako el Dra­que (smok). Według angiel­skiej wer­sji legendy Drake odkrył ziem­niaki i opły­nął kulę ziem­ską, a przy tym w 1588 roku roz­gro­mił Wielką Armadę. Miliony miesz­kań­ców Wiel­kiej Bry­ta­nii i „sta­rej” Wspól­noty Naro­dów dora­stały w cie­niu _kleos_ Drake’a, a jego repu­ta­cja obrońcy narodu jest tak silna, że powstała w związku z tym oso­bliwa miej­scowa legenda o nad­na­tu­ral­nym zja­wi­sku: w Buc­kland Abbey znaj­duje się jego wer­bel, który podobno się odzywa, ile­kroć Anglii grozi nie­bez­pie­czeń­stwo. Odgłos wer­bla ma przy­po­mi­nać, że Drake nawet po śmierci pozo­stał obrońcą narodu. Rze­komo ostatni raz wyda­rzyło się to w maju 1940 roku pod­czas ewa­ku­acji Dun­kierki.

Mit kor­sa­rza Drake’a to praw­dziwa perełka, ale gdy przyj­rzymy się rze­czy­wi­stym szcze­gó­łom jego życia, wyła­nia się z nich bar­dziej zło­żony i mniej pochlebny obraz. Drake fak­tycz­nie okrą­żył Zie­mię mię­dzy 1577 a 1580 rokiem, ale wcale nie powo­do­wała nim pasja odkrywcy. Chciał zdo­być sławę i bogac­two, dla­tego okra­dał nie­mal wszyst­kich, któ­rych spo­tkał po dro­dze. Nie był też by­naj­mniej pierw­szym żegla­rzem, który opły­nął kulę ziem­ską, ponie­waż Magel­lan ukoń­czył swoją podróż w 1519 roku, czyli 21 lat przed naro­dzi­nami Drake’a. I choć to prawda, że Drake pomógł roz­gro­mić Wielką Armadę, wła­ści­wie było to zwy­cię­stwo lorda Howarda, admi­rała, który tego dnia dowo­dził całą flotą. Ow­szem, Drake przy­wiózł do Europy tytoń i ziem­niaki, ale Hisz­pa­nie mogliby na to powie­dzieć: „Byli­śmy tam, widzie­li­śmy i robi­li­śmy _pata­tas bra­vas_ dobrą dekadę wcze­śniej”.

Tak na mar­gi­ne­sie, „kor­sarz” to po pro­stu łagod­niej­sze okre­śle­nie na pirata.

W jed­nym z odcin­ków serialu tele­wi­zyj­nego BBC _Bri­tain at Sea_ z 2013 roku pre­zen­ter David Dim­bleby opo­wia­dał, że brał kie­dyś udział w pró­bie wyło­wie­nia oło­wia­nej trumny sir Fran­cisa Drake’a z miej­sca jego wiecz­nego spo­czynku u wybrzeży Panamy i spro­wa­dze­nia jej „w glo­rii i chwale” do Lon­dynu na okrę­cie Kró­lew­skiej Mary­narki Wojen­nej, by następ­nie doko­nać uro­czy­stego pochówku w Kate­drze św. Pawła. Poja­wił się jed­nak pewien pro­blem:

Kate­go­ryczny sprze­ciw wyra­ziła grupa, która wedle wszel­kiego praw­do­po­do­bień­stwa powinna try­skać entu­zja­zmem, czyli Kró­lew­ska Mary­narka Wojenna – a dla­czego? Pew­nie dla­tego, że nasz boha­ter naro­dowy był jed­nak pira­tem.

Jak na roz­bój­nika przy­stało, Drake nie stro­nił od okru­cień­stwa i mordu, nie tylko wobec okra­da­nych osób, lecz nawet wła­snych towa­rzy­szy. Gdy okrą­żał kulę ziem­ską na okrę­cie „Peli­can”, jego brat Tho­mas został przy­ła­pany przez swo­jego ary­sto­kra­tycz­nego rywala, Doughty’ego, na kra­dzieży zdo­by­tego ładunku. Oba­wia­jąc się buntu, sir Fran­cis fał­szy­wie oskar­żył Doughty’ego o zdradę i czary; ścięto go 2 lipca 1578 roku. Następ­nie Drake zmie­nił nazwę swo­jego fla­go­wego okrętu z „Peli­can” na „Gol­den Hind” (Złota Łania), głów­nie po to, by udo­bru­chać spon­sora wyprawy i zara­zem bli­skiego przy­ja­ciela Doughty’ego, Chri­sto­phera Hat­tona, który w her­bie rodo­wym miał zło­tego jele­nia (lub łanię).

Mia­łem w dzie­ciń­stwie ksią­żeczkę o Drake’u, ale nie było w niej żad­nej wzmianki o losie Doughty’ego. Z kolei w moim egzem­pla­rzu cza­so­pi­sma histo­rycz­nego dla dzieci „Look and Learn” z 1978 roku próżno szu­kać infor­ma­cji o masa­krze na wyspie Rath­lin u wybrzeża Irlan­dii, która miała miej­sce 26 lipca 1575 roku. Wów­czas Drake, hra­bia Essex i sir John Nor­reys wdarli się do zamku, który słu­żył za schro­nie­nie Mac­Don­nel­lom z Antrim, sprze­ci­wia­ją­cym się dąże­niom kró­lo­wej Elż­biety do pod­po­rząd­ko­wa­nia sobie lokal­nych wład­ców, a następ­nie wymor­do­wali sześć­set osób, w tym kobiety i dzieci. To ci boha­ter!

Drake, kiedy aku­rat nie zaj­mo­wał się pirac­twem i dzie­cio­bój­stwem, przy­czy­nił się do znie­wo­le­nia tysiąca Afry­ka­nów i zabi­cia kolej­nych 3 tysięcy. U progu swo­jej kariery, w latach 1562–1569, uczest­ni­czył w eks­pe­dy­cjach swo­jego kuzyna Johna Haw­kinsa, kła­dąc pod­wa­liny pod roz­wój tzw. han­dlu trój­kąt­nego (trans­atlan­tyc­kiego han­dlu nie­wol­ni­kami w trój­ką­cie mię­dzy Afryką, Europą i Ame­ry­kami). Wielu Afry­ka­nów stra­ciło wol­ność i życie w wyniku tej bru­tal­nej i odczło­wie­cza­ją­cej zbrodni prze­ciwko ludz­ko­ści, ale Drake zbił na tym mają­tek. Za życia Drake’a jego dzia­łal­ność była dobrze znana. W Anglii budził kon­tro­wer­sje, co w dużej mie­rze wyni­kało z jego poli­tycz­nych ambi­cji – był bur­mi­strzem Ply­mo­uth i trzy­krot­nie posłem do par­la­mentu. Jego legenda prze­trwała głów­nie dzięki epoce wik­to­riań­skiej, w któ­rej uznano go za wzór angiel­skiej bra­wury i patrona impe­rium. W XIX-wiecz­nych best­sel­le­rach, takich jak _History of England_ (Histo­ria Anglii) Fro­udego czy powieść Char­lesa King­sleya z 1855 roku _Na pod­bój świata_, Drake’a obsa­dzono w roli głów­nego męskiego boha­tera epoki elż­bie­tań­skiej i dla­tego tak wielu z nas dora­stało w prze­ko­na­niu, że był wielką posta­cią.

Szcze­gól­nie duża wina za wykre­owa­nie mitu Drake’a spo­czywa na powie­ści _Na pod­bój świata_. Autor, daw­niej­szy rady­kał, wyko­rzy­stał fik­cyjną opo­wieść o Drake’u, by wyra­zić swoje prze­ko­na­nie, że war­to­ści angli­kań­skiej Anglii prze­wyż­szają war­to­ści Hisz­pa­nów i że impe­rium było prze­zna­cze­niem narodu, a to wszystko zawdzię­czamy zwy­cię­stwu Drake’a nad kato­licką Wielką Armadą.

Boha­te­ro­wie spo­łe­czeń­stwa pokroju Drake’a nie biorą się z przy­padku. Nie poja­wiają się zni­kąd jak Wesley Autrey. Zazwy­czaj są to sta­ran­nie wybrane osoby, które zdo­by­wają swoje miej­sce w naro­do­wej świa­do­mo­ści dzięki licz­nym intry­gom, auto­pro­mo­cji i mito­lo­gi­za­cji. Praw­dziwy Drake był chci­wym, pod­stęp­nym i krwio­żer­czym pira­tem oraz han­dla­rzem nie­wol­ni­ków, ale jego _kleos_ tak bar­dzo zro­sła się z szer­szym naro­do­wym mitem, że nazwa­nie rze­czy po imie­niu rów­na­łoby się doko­na­niu zama­chu na naszą wyspiar­ską histo­rię.

Gdy w stycz­niu 2023 roku Szkole Pod­sta­wo­wej im. sir Fran­cisa Drake’a w Lewi­sham, dziel­nicy połu­dniowo-wschod­niego Lon­dynu, posta­no­wiono zmie­nić nazwę na „Twin Oaks”, samo­zwań­czy straż­nicy bry­tyj­skiej prze­szło­ści nie posia­dali się z obu­rze­nia.

Poseł Par­tii Kon­ser­wa­tyw­nej, Ale­xan­der Staf­ford, napi­sał na Twit­te­rze:

Istne sza­leń­stwo. Drake dosłow­nie wyba­wił Anglię od Hisz­pań­skiej Armady. Jeden z naszych naj­wspa­nial­szych boha­te­rów. To jemu zawdzię­czamy, że dzi­siaj mówimy po angiel­sku, a nie po hisz­pań­sku. Czy są jakieś gra­nice tego kul­tu­ro­wego wan­da­li­zmu?

Lord Frost, tory­sow­ski czło­nek Izby Lor­dów, dodał: „To zły znak upadku naszej kul­tury i braku sza­cunku dla naszej histo­rii”.

Pro­fe­sor David Abu­la­fia, histo­ryk nale­żący do wpły­wo­wej grupy naci­sku o nazwie „History Rec­la­imed” (Histo­ria odzy­skana), powią­za­nej z Par­tią Kon­ser­wa­tywną, powie­dział „Daily Mail”: „Usu­wa­nie nazwisk to usu­wa­nie prze­szło­ści w jej róż­nych odcie­niach”.

To wszystko bzdura. Wła­dze szkoły nie zaj­mo­wały się „wyma­zy­wa­niem histo­rii”, lecz jej bada­niem i oceną. W tym celu ponow­nie przyj­rzały się wyda­rze­niom z życia Drake’a, prze­pro­wa­dziły grun­towne kon­sul­ta­cje z lokalną spo­łecz­no­ścią i prze­dys­ku­to­wały pro­po­no­waną zmianę nazwy i jej powody. W gło­so­wa­niu 88% spo­śród 450 pra­cow­ni­ków, uczniów i miesz­kań­ców, któ­rych doty­czyła zmiana, opo­wie­działo się za jej wpro­wa­dze­niem, a przy oka­zji wszy­scy dowie­dzieli się o Drake’u znacz­nie wię­cej niż w cza­sach, gdy mijali przed budyn­kiem tabliczkę z jego nazwi­skiem. Zmie­nia­jąc nazwę szkoły pod­sta­wo­wej, nauczy­ciele i dyrek­cja nie „scan­ce­lo­wali” Drake’a, tylko dali lek­cję histo­rii.

Bada­nie i doce­nia­nie prze­szło­ści ni­gdy nie powinno spro­wa­dzać się do poziomu wyra­fi­no­wa­nego fan­klubu „wiel­kich nazwisk” histo­rii, ale nie­stety czę­sto tak to wła­śnie wygląda. W ten spo­sób nie­zbyt boha­ter­skie posta­cie zyskują sta­tus ikon, wręcz bogów. Takie osoby nazy­wam „fał­szy­wymi boha­te­rami”. Nie ozna­cza to by­naj­mniej, że każdy, kto poja­wia się na kar­tach tej książki, był okrop­nym czło­wie­kiem. Jedni pra­gnęli zdo­być _kleos_, dru­dzy zdo­byli je nie­mal przy­pad­kiem, a jesz­cze inni zostali pośmiert­nie wynie­sieni na pie­de­stał przez ludzi, któ­rzy sami chcieli zro­bić karierę, tyle że na cudzych ple­cach.

W trak­cie tej podróży prze­ko­namy się, że w wielu przy­pad­kach „wielcy ludzie, któ­rzy doko­nali wiel­kich rze­czy”, wcale nic takiego nie zro­bili. Po dro­dze poznamy też osoby, które zostały wyma­zane lub pomi­nięte, a być może bar­dziej zasłu­żyły na miano boha­te­rów niż ci, któ­rzy zaj­mują ich miej­sce.

A Wesley Autrey?

Zamknął 2007 rok – rok swo­jej chwały – szansą na tytuł Czło­wieka Roku tygo­dnika „Time”. Na listę 100 naj­bar­dziej wpły­wo­wych ludzi świata (48. pozy­cja) zgło­sił go sam Donald Trump. Wesley stra­cił pierw­sze miej­sce na rzecz pew­nego poli­tyka, który upla­so­wał się na szczy­cie ran­kingu dzięki „wspa­nia­łemu poka­zowi przy­wódz­twa”, co pozwo­liło mu wydo­być kraj z cha­osu i ponow­nie wpro­wa­dzić go do „grona świa­to­wych mocarstw”.

Tym czło­wie­kiem był Wła­di­mir Putin.Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1.

For­mat znany w Pol­sce pod nazwą _Grasz czy nie grasz_ (przyp. tłum.).

2.

Przez więk­szość dru­giego sezonu walizkę numer 24 trzy­mała nie­jaka Meghan Mar­kle, ale ode­szła po trzy­dzie­stym czwar­tym odcinku. Autrey wystą­pił w sześć­dzie­sią­tym siód­mym odcinku tej samej serii.

3.

Boha­te­ro­wie spo­łe­czeń­stwa to osoby namasz­czone do roli naszych wspól­nych ikon przez histo­ry­ków, poli­ty­ków, spo­łe­czeń­stwo i tra­dy­cję.

4.

Towa­rzy­stwo Popie­ra­nia Prze­my­słu Naro­do­wego.

5.

Nie jest jasne, czy Negri i Valen­tino naprawdę byli zarę­czeni; jedyny dowód sta­no­wią (nie­zbyt prze­ko­nu­jące) słowa samej Negri.

6.

Naj­słyn­niej­sza rola Valen­tino.

7.

Połą­cze­nie rosyj­skich słów „agi­ta­cja” i „pro­pa­ganda”, pocho­dzące od nazwy wydziału Komu­ni­stycz­nej Par­tii Związku Radziec­kiego.

8.

Pies wabił się Nig­ger (obraźl. „czar­nuch”) (przyp. tłum.).

9.

Pod­czas II wojny świa­to­wej Richard Todd słu­żył w Pułku Spa­do­chro­no­wym i 6 czerwca 1944 roku został zrzu­cony we Fran­cji. W cza­sie walk o Most Pegaza w pobliżu Caen, gdzie Bry­tyj­czycy starli się z jed­nost­kami Wehr­machtu, poznał majora Johna Howarda. W 1962 roku Todd wcie­lił się w rolę Howarda w fil­mie o lądo­wa­niu w Nor­man­dii _Naj­dłuż­szy dzień_.

10.

S.P. Mac­ken­zie, _Bader’s War_, 2008, s. 165.

11.

Nawią­za­nie do żar­to­bli­wego ogło­sze­nia Badera: „Przed­się­bior­stwo auto­bu­sowe Badera – codzienne kursy na kon­ty­nent – tylko bilety powrotne” (przyp. tłum.).

12.

Gra słów: _arms_ i _legs_ to dosłow­nie „ręce” i „nogi”, lecz w nazwach pubów _arms_ odnosi się do zna­ków her­bo­wych (ang. _coat of arms_) (przyp. tłum.).

13.

W ory­gi­nale _fuc­kers_, co pozwala na grę słów: _fuc­ker_ – _Fok­ker_ (przyp. tłum.).

14.

Fik­cyjna postać kome­diowa, paro­dia bry­tyj­skich oso­bo­wo­ści tele­wi­zyj­nych (przyp. tłum.).

15.

W wielu bio­gra­fiach i ency­klo­pe­diach podaje się, że Bader senior zmarł w szpi­talu w Saint-Omer, z któ­rego póź­niej uciekł Douglas. Nie­któ­rzy twier­dzą, że tam też został pocho­wany. Taką wer­sję wyda­rzeń przed­sta­wiono także w poświę­co­nym Bade­rowi odcinku _This Is Your Life_, ale to nie­prawda. Major Bader zmarł w Bruk­seli w 1922 roku, a jego grób znaj­duje się w cywil­nej czę­ści bruk­sel­skiego cmen­ta­rza komu­nal­nego w pobliżu pomnika ku czci pole­głych w bitwie pod Water­loo.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij