-
promocja
Fałszywi bohaterowie. Dziesięć kontrowersyjnych postaci, które niesłusznie podziwiamy - ebook
Fałszywi bohaterowie. Dziesięć kontrowersyjnych postaci, które niesłusznie podziwiamy - ebook
zy wszyscy już zapomnieli o nazistowskiej przeszłości Coco Chanel?
Czy romantyczna śmierć Kennedy'ego wymazała jego grzeszki?
Dlaczego w ogóle ludzkość potrzebuje świętych i bohaterów – i czy powinniśmy wszystko wybaczać?
Otto English na nowo przygląda się kultowym postaciom historycznym, aby sprawdzić, czy rzeczywiście zasługują na swoją nieskalaną reputację – i odkryć prawdziwe znaczenie istnienia idoli. W pasjonujący i rzetelny sposób rozlicza bohaterów świata polityki, sztuki, biznesu, nauki oraz religii, ujawniając burzące mit szczegóły z ich życia, a także przytacza niezwykłe dokonania prawdziwych altruistów, o których zapomniano lub o których słyszało niewielu.
Autor oferuje świeże, często prowokacyjne spojrzenie na pozornie nieskazitelnych bohaterów zbiorowej wyobraźni oraz poszukuje odpowiedzi na pytanie, kogo i dlaczego otaczamy kultem – i co to mówi o nas samych.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68516-98-2 |
| Rozmiar pliku: | 1,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wstęp
Narodziny bohatera
Wesley Autrey
Zacznijmy tę opowieść od cudu, jaki miał miejsce w podziemnej części Nowego Jorku.
Jest wtorek, 2 stycznia 2007 roku, dochodzi 13.00. Wesley Autrey, 50-letni ojciec trójki dzieci, odprowadza dwie najmłodsze pociechy do domu ich matki, żeby następnie pójść do pracy na budowie.
Są już spóźnieni, więc Wesley ponagla córki, gdy zbiegają schodami na stację metra przy 137 ulicy. Przechodzą przez bramki, kierują się do hali i trafiają w sam środek dramatu. Tuż przed nimi, na niemal pustym peronie, 20-letni student szkoły filmowej Cameron Hollopeter ma silny atak padaczki. Przestraszeni pasażerowie patrzą, jak pada na wznak i mocno uderza głową o ziemię.
Cameron ma szczęście. Wesley to weteran marynarki wojennej przeszkolony do reagowania w sytuacjach kryzysowych, więc rusza młodemu mężczyźnie na pomoc, odciąga go od krawędzi peronu i wkłada mu długopis między wargi, żeby nie połknął języka. Następnie z pomocą innego pasażera przytrzymuje studenta, dopóki atak nie minie. Po kilku minutach wydaje się, że wszystko jest już w porządku. Cameron niepewnie podnosi się z ziemi, dziękuje Wesleyowi i drugiemu pasażerowi, zatacza się, przechyla na bok i spada wprost na torowisko.
Jak na zawołanie ciszę stacji przy 137 ulicy rozrywa huk zbliżającego się pociągu. Ktoś wzywa pomocy, ktoś inny rzuca się do telefonu alarmowego, a Wesley patrzy, jak Cameron wije się między torami. Głos w jego głowie (jak będzie później opowiadał) mówi mu: „Idioto, musisz zejść mu pomóc”.
Tak oto mężczyzna w średnim wieku, ojciec trójki dzieci, skacze pod nadjeżdżający pociąg, żeby ocalić życie nieznajomemu.
Na dole Wesley próbuje podnieść Camerona, ale torowisko jest mokre i przemoczony student wyślizguje mu się z rąk. „Jedynka” z impetem wjeżdża na stację i pędzi w ich stronę, rozświetlając ciemność swoim reflektorem. Wtedy Wesley zauważa między torami kanał odpływowy – i szacuje, że mogą się w nim zmieścić. Mocno chwyta Camerona, przetacza się na niego i dociska ich obu do dna szczeliny. W tej samej chwili ważąca 190 ton lokomotywa przemyka nad nimi i z piskiem zatrzymuje się tuż nad ich głowami.
Cały dramat – od upadku Camerona do wjazdu pociągu na stację – rozgrywa się w niecałą minutę. Lokomotywa mija ich zaledwie o nieco ponad centymetr, zostawiając smugę smaru na czubku niebieskiej czapki Wesleya.
– Umarłem? – pyta Hollopeter.
– Nie, proszę pana, jesteśmy pod pociągiem! – odpowiada Wesley.
Martwi się o bezpieczeństwo córek, więc woła:
– Proszę o ciszę! Tam na górze są dwie dziewczynki. Jestem ich ojcem. Proszę im powiedzieć, że z tatusiem wszystko w porządku!
Gdy jego głos niesie się echem w górę, na zatłoczonym już teraz peronie zalega cisza, a po chwili następuje eksplozja radości.
Tak rodzi się bohater.
Wesley powiedział później dziennikarce Carze Buckley z „New York Timesa”: „Nie sądzę, że to był imponujący wyczyn. Po prostu zobaczyłem człowieka, który potrzebował pomocy, i zrobiłem, co uważałem za słuszne”.
Takie wyjaśnienie nie wystarczało jednak czytelnikom, którzy próbowali dociec, dlaczego Wesley wykazał się tak niezwykłą odwagą. W kolejnych latach wciąż powracano do jego historii i od nowa ją analizowano, żeby zrozumieć naturę jego bohaterstwa.
W 2008 roku temat ten został poruszony w jednym z wczesnych przemówień TED. Słynny psycholog Philip Zimbardo wskazał Wesleya jako przykład altruistycznego bohatera dnia codziennego, który potencjalnie drzemie w każdym z nas. W 2012 roku matematyk i biolog z Harvardu Martin Nowak na łamach książki _SuperCooperators_ (Superkooperatorzy) zastanawiał się, czy wyczyn Wesleya mógł mieć podłoże ewolucyjne:
Udowodnił nam, że w grze zwanej życiem przetrwanie zależy w równym stopniu od życzliwości innych, co od cech osobistych, takich jak determinacja, dążenie do perfekcji itp. Stał się żywym dowodem na potęgę współpracy.
Jeszcze inni, jak na przykład amerykański dziennikarz Joe Nocera, uważali, że działanie Wesleya wynikało raczej z czynników społecznych i można je powiązać z tak zwanym „efektem widza”. John Darley i Bibb Latané jako pierwsi zaobserwowali ten paradoks w 1968 roku. Polega on na tym, że im więcej osób jest świadkami sytuacji kryzysowej, tym dłużej trwa reakcja. I na odwrót: im mniej osób, tym większe szanse na szybkie działanie.
Innymi słowy, w tłumie dochodzi do rozproszenia osobistej odpowiedzialności, a bardziej osamotnione jednostki czują, że trzeba działać.
Coś jest na rzeczy, bo pięć lat po tym, jak Wesley ocalił życie Cameronowi, inny mężczyzna, Ki-Suck Han, spadł na tory na zatłoczonej stacji metra przy 49 ulicy i zginął, gdy wszyscy wokół wahali się, co robić. Nie pojawił się wówczas żaden Wesley Autrey, za to parę osób wyjęło telefony komórkowe i robiło zdjęcia, gdy Han wpadł pod koła pociągu, a potem próbowało je sprzedać jakiemuś brukowcowi. Trzeba zaznaczyć, że między tymi dwoma wydarzeniami występuje kilka istotnych różnic – choćby taka, że przed upadkiem na tory Han był pijany i agresywny – ale przede wszystkim tamtego dnia na stacji przy 49 ulicy panował tłok, a w 2007 roku w porze lunchu stacja przy 137 ulicy świeciła pustkami.
Efekt widza nie tłumaczy jednak, dlaczego Autrey zignorował wszystkie ludzkie odruchy i ostatecznie skoczył na tory. Miał wszelkie powody, by tego nie robić. Towarzyszyły mu dwie córeczki, a zazwyczaj pierwotny instynkt rodzicielski, który każe chronić swoje potomstwo, bierze górę nad wszystkim. Wesley był też głową wielopokoleniowej rodziny: opiekował się matką w podeszłym wieku, pomagał wnukom dorosłego syna i wspierał dzieci rodzeństwa. Ryzykując życie, naraził bezpieczeństwo bliskich. Co tym bardziej niezwykłe, podjął to ryzyko dla obcej osoby.
Znacznie chętniej pomagamy tym, którzy są do nas podobni. W 2006 roku, czyli rok przed tym, jak Wesley uratował życie Cameronowi, badania prowadzone przez Stefana Stürmera z Uniwersytetu Kilońskiego wykazały, że:
Choć wszyscy ludzie współczuli osobie, która znalazła się w trudnej sytuacji, byli skłonni do pomocy tylko wówczas, gdy zaliczali ją do „swoich”.
Wesley to czarny mężczyzna w średnim wieku z klasy robotniczej; Cameron był białym dzieciakiem z college’u z Massachusetts. Nic ich nie łączyło, nie znali się wcześniej. Wesley nie mógł nic zyskać. Był to zatem akt czystego, altruistycznego heroizmu – wysoka poprzeczka, którą można postawić innym bohaterom. Nazwijmy to „genem Wesleya” i powróćmy jeszcze do Nowego Jorku w to styczniowe popołudnie 2007 roku.
Dwie godziny po tym, jak wyciągnięto go spod pociągu, Wesley wypisał się ze szpitala St. Luke’s-Roosevelt Hospital Center. Przed drzwiami czekał na niego dziennikarz i fotograf z tabloidu „New York Post”, który próbował go namówić, by włożył kostium Supermana i zapozował do zdjęć.
– Jestem już spóźniony do pracy! – odpowiedział mu Wesley i ruszył na swoją zmianę.
Do wieczora jego twarz pojawiła się we wszystkich serwisach informacyjnych w Stanach Zjednoczonych. Dla jednych był „bohaterem z metra”, dla drugich – „bohaterem z Harlemu”. Fani DC ochrzcili go Supermanem, a fani Marvela – Spider-Manem. Do rana Wesley był już najbardziej znanym robotnikiem budowlanym w Ameryce. Gdy wyszedł z domu, na progu czekały na niego kamery telewizyjne, a na ulicy został dosłownie otoczony.
Nieznajomi wciskali mu do ręki dolary, a jakaś kobieta wyznała, że zrezygnowała z planowanej aborcji, bo zdała sobie sprawę, że „jest jeszcze dobro na tym świecie”.
Dwa dni później Wesley odwiedził Camerona w szpitalu i poznał jego ojca Larry’ego Hollopetera, który podziękował mu za bezinteresowną pomoc. Larry był tak poruszony, że zaczął płakać, więc Wesley objął go ramieniem i powiedział:
– Czy można lepiej wejść w nowy rok, niż ratując komuś życie?
Tego samego popołudnia burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg wręczył Wesleyowi Brązowy Medal, czyli najwyższe odznaczenie cywilne przyznawane przez miasto, a do tego dorzucił wycieczkę do Disney Worldu z pokryciem wszystkich kosztów dla Wesleya i jego córek: 6-letniej Shuqui i 4-letniej Syshe. Wieczorem Autrey gościł u Davida Lettermana, gdzie udowodnił, że jest nie tylko narodową ikoną, lecz także miłym i zupełnie zwyczajnym facetem.
W styczniu 2007 roku w Ameryce nie było za wesoło. Panowała recesja gospodarcza, rosło bezrobocie, pękła bańka mieszkaniowa, a kraj pogrążył się do reszty w okropnej wojnie na Bliskim Wschodzie. W ankiecie YouGov rekordowo niska liczba obywateli wskazała, że jest „niezmiernie lub bardzo dumna” z faktu bycia Amerykanami. Jak śpiewała Bonnie Tyler, Ameryka „wyczekiwała bohatera”, a Wesley odpowiedział na zapotrzebowanie na „znającego życie Herkulesa, który zdoła pokonać piętrzące się przeciwności”. Dla narodu, który we własnym odczuciu zgubił swoją drogę, jego odwaga była znakiem innej (co prawda wyobrażonej) epoki i innego (co prawda wyobrażonego) oblicza kraju. Przede wszystkim Wesley to postać żywcem wyjęta z hollywoodzkiego scenariusza, który najsilniej działa na wyobraźnię: zwykły człowiek, który pojawia się znikąd, by uratować sytuację.
Był jednak pewien problem. Autrey nie planował zostać bohaterem i nie szukał nagrody za swoją odwagę. Zadziałał instynktownie i w dobrej wierze, więc gdy objawił się światu, ani Ameryka, ani sam Wesley nie bardzo wiedzieli, co dalej. Wobec braku innych pomysłów stanęło na tym, co Stany Zjednoczone mają niejako w ustawieniach fabrycznych – spróbowano zrobić z Wesleya celebrytę.
Na początek bez zaskoczeń – Montel, Oprah, Ellen i wszyscy znani gospodarze talk-show w Ameryce zaprosili go do swoich programów i obsypali prezentami. Ellen dała mu kartę podarunkową do Gapa o wartości 5 tysięcy dolarów i obiecała Jeepa. Hugh Hefner sprezentował mu czapkę z logo „Playboya” (w zamian za tę ubrudzoną smarem) i dożywotnią subskrypcję swojego magazynu dla dorosłych. Nowojorska Akademia Filmowa dorzuciła czek na 5 tysięcy dolarów, a magnat rynku nieruchomości Donald Trump – na 10 tysięcy. Chyba nikogo nie zdziwi, gdy napiszę, że przyszłym, 45. prezydentem Stanów Zjednoczonych raczej nie kierowała wyłącznie hojność. Nie mógł zaliczyć poprzedniego półrocza do udanych. Spadła oglądalność jego reality show _The Apprentice_, a do tego w czasie, gdy jego żona Melania zajmowała się malutkim Barronem, ośmieszył się w programie _The View_, ogłaszając: „Gdyby Ivanka nie była moją córką, może bym się z nią umówił”. W tym samym roku, tuż przed wybuchem kryzysu na rynku kredytów hipotecznych, który przyczynił się do załamania amerykańskiej gospodarki, samozwańczy geniusz biznesu wypuścił „kredyty hipoteczne Trumpa”. Jak tłumaczył stacji CNBC: „Uważam, że to świetny moment na założenie firmy udzielającej kredytów hipotecznych; rynek nieruchomości jeszcze długo będzie się dobrze trzymał”.
W styczniu 2007 roku ten właśnie rynek przeżywał załamanie, a akcje Trumpa spadały. Dzięki przyjacielskim relacjom z Supermanem z metra przyszły prezydent chciał przykleić się do bohatera dnia – licząc, że w ten sposób uszczknie trochę chwały.
Ale nie on jeden. Wszyscy chcieli ogrzać się w blasku Wesleya. Znane marki ustawiały się w kolejce, by ofiarować mu futrzane płaszcze, tenisówki i wodę kolońską. Beyoncé zaprosiła go na swój koncert i dała mu przepustkę za kulisy, a legenda bluesa B.B. King padł przed nim na kolana ze słowami: „Nawet nie wiesz, co zrobiłeś w Ameryce i dla Ameryki”.
Poproszono go, by otworzył Nowojorską Giełdę Papierów Wartościowych. Ani się obejrzał, a już odbierał telefon od prezydenta George’a W. Busha, który zapraszał go „na pogawędkę” do Białego Domu. Bush – podobnie jak Trump – chciał poprawić swoje notowania. W styczniu 2007 roku był najmniej popularnym prezydentem Stanów Zjednoczonych od czasów Richarda Nixona, z poparciem wynoszącym zaledwie 28%. Heroizm Wesleya Autreya mógł przynieść mu kilka punktów procentowych, dlatego po spotkaniu w Białym Domu Bush zaprosił go jako gościa honorowego na orędzie o stanie państwa, które miał wygłosić 23 stycznia. Pod koniec przemowy prezydent oddał hołd swojemu nowemu przyjacielowi: „Nie uważa się za bohatera. Mówi: »Mamy za granicą chłopców i dziewczęta, którzy oddają życie za naszą wolność. Musimy okazywać sobie nawzajem trochę miłości«. Doprawdy jest coś wspaniałego w kraju, gdzie rodzą się tak odważni i skromni ludzie, jak właśnie Wesley Autrey”.
Jeszcze nie wybrzmiały słowa prezydenta, gdy cud przy 137 ulicy zaczął się zmieniać w swego rodzaju klątwę, bo sława ściągnęła na Autreya również inny rodzaj uwagi. Na początku ludzie podchodzili i dawali mu pieniądze, a teraz zaczęli o nie prosić, bo zakładali, że się wzbogacił. Ojciec Wesleya, który nie kontaktował się z nim od trzech dekad, ni stąd, ni zowąd zadzwonił do syna. Autrey relacjonował później dziennikarzowi Robertowi Kolkerowi z „New Yorkera”:
Od razu zaczął mówić jak wszyscy: potrzebuję, chcę, daj mi. Ani razu nie spytał: czy wszystko w porządku? Co u twoich córek? Powiedział tylko: zbliża się zjazd rodzinny, więc jeśli planujesz przyjechać, przywieź mi trochę tej forsy.
W walentynki zadzwoniła do niego kobieta, która zostawiła go 15 lat wcześniej. Gdy Wesley ją spytał, dlaczego kontaktuje się z nim w ten sposób, obraziła się i rzuciła słuchawką. Autrey zaczął popadać w paranoję na punkcie bezpieczeństwa córek, martwiąc się, że ktoś mógłby je porwać – a wreszcie, co być może nieuniknione, te wszystkie pochlebstwa uderzyły mu do głowy.
Kiedy Oprah zaprosiła Wesleya do swojego studia w Chicago tego samego dnia, w którym twórcy programu _Deal or No Deal_¹ chcieli go widzieć w Los Angeles, ten zadzwonił do swojego nowego najlepszego przyjaciela, prezydenta Stanów Zjednoczonych, z pytaniem, czy nie użyczyłby mu odrzutowca typu stealth. Gdzieś po drodze Autrey poznał „partnerów biznesowych” z wielkimi planami. Mówiło się o filmie, w którym Wesley – w tej roli Eddie Murphy, a może Brad Pitt – udaremniłby atak terrorystyczny w metrze. Planowano zrobić z niego markę. Gdy zorientował się, że dysponowałby prawem tylko do 50% zysków, a jego „partnerzy biznesowi” w tajemnicy pobierają od dziennikarzy niebotyczne opłaty za dostęp do bohatera, postanowił złożyć pozew.
Według Arystotelesa, mędrca z IV wieku przed naszą erą, każdy bohater tragiczny musi upaść, ponieważ tylko taka kolej rzeczy pozwala ukazać lęk i tragizm wpisane w doczesne losy człowieka – a taka jest przecież rola bohatera tragicznego.
Greccy bogowie nienawidzili chwalipiętów i zawsze zwalczali herosów, których ambicja wykraczała poza ich pozycję. Gdy Odyseusz wyruszył w drogę do domu po wojnie trojańskiej, pycha doprowadziła go do upadku: podróż, która powinna mu zająć jakiś tydzień, trwała 10 lat, a załogi wszystkich dwunastu okrętów albo się potopiły, albo zginęły – albo zostały zjedzone.
W odysei popularności Wesleya, jak przystało na XXI wiek, jego los przypieczętowały syreni śpiew programów telewizyjnych z pasma dziennego i cyklopowa bestia pustej sławy.
Upadek nastąpił 21 maja 2007 roku, gdy Autrey wystąpił w teleturnieju _Deal or No Deal_² prowadzonym przez Howiego Mandela. Formułę programu można streścić słowami: „zaryzykuj wszystko dla wielkiej nagrody”, co Wesley niestety zrobił – odrzucił ofertę „bankiera” w wysokości 305 tysięcy dolarów i wygrał zaledwie 25. Publiczność oczekiwała krzepiącego spielbergowskiego finału, w którym bogaty i szczęśliwy Wesley odjeżdża w stronę zachodzącego słońca, a w zamian otrzymała niezwykle ponure zakończenie w stylu Larsa von Triera. Na pocieszenie Autrey dostał od Mandela Jeepa Patriota – drugiego już Jeepa Patriota. Miny widzów mówiły wszystko: piętnaście minut sławy Wesleya właśnie dobiegło końca.
Niewątpliwie w ten styczniowy dzień 2007 roku Autrey zrobił coś wyjątkowego. Uratował życie drugiemu człowiekowi, nie zważając na własne bezpieczeństwo i nie oczekując nagrody. Na zawsze pozostanie bohaterem najwyższej próby. Ta chwila została jednak splamiona. Wesley został wykorzystany przez wpływowych ludzi, a następnie pożarty i wypluty przez amerykańskie media. Machina wiadomości porzuciła wyczerpany temat i ruszyła naprzód.
W listopadzie 1872 roku pracownik Biblioteki Muzeum Brytyjskiego w Bloomsbury, 32-letni asyriolog samouk George Smith, dokonał niezwykłego odkrycia.
Smith zdecydowanie wyróżniał się na tle ówczesnych asyriologów. Przyszedł na świat w rodzinie robotniczej w slumsach Chelsea. W wieku 14 lat został uczniem drukarza i grawerem banknotów w pobliskiej dzielnicy Clerkenwell, ale w porze lunchu odwiedzał Muzeum Brytyjskie – i tak narodziła się jego fascynacja starożytnym światem. Pasja George’a i samodzielnie zdobyta specjalistyczna wiedza były tak ogromne, że ostatecznie zaproponowano mu pracę „naprawiacza” w Dziale Zabytków Wschodu, gdzie zajął się dopasowywaniem fragmentów asyryjskich tabliczek. George szybko udowodnił, że jego talenty wykraczają poza układanie skomplikowanych puzzli. Wkrótce stał się niezastąpionym pracownikiem muzeum i jednym z głównych pomocników sir Henry’ego Creswicke’a Rawlinsona w odczytywaniu asyryjskich hieroglifów.
Większość tabliczek została znaleziona w Niniwie i Nimrudzie w latach 1849–1854 przez asyriologa sir Austena Layarda, a później także przez jego asystenta, urodzonego w Mosulu Hormuzda Rassama, który porzucił księgowość dla archeologii. Znalezisko należało kiedyś do zbiorów Biblioteki Aszurbanipala w Niniwie, gdzie na polecenie samego króla Aszurbanipala, ostatniego z wielkich władców asyryjskich, zgromadzono około 30 tysięcy tabliczek. W 612 roku przed naszą erą stolica Asyrii Niniwa została złupiona. Biblioteka doszczętnie spłonęła, ale gliniane tabliczki wypaliły się w ogniu i przetrwały dla potomnych pod gruzami miasta.
Tabliczki zawierały tekst w języku akadyjskim, którym posługiwano się mniej więcej od 2600 roku przed naszą erą do I wieku. Był on zapisywany pismem klinowym – jedną z najstarszych na świecie odmian pisma. Pismo klinowe powstało około 3500 lat przed naszą erą, u progu epoki brązu. Z biegiem czasu zaczęto go używać do zapisu kilkunastu języków, w tym sumeryjskiego i akadyjskiego. Wyszło z użycia w II wieku przed naszą erą.
Pismo klinowe odkodowano niewiele wcześniej, bo w 1857 roku, więc Smith czytał teksty z tabliczek jako jeden z pierwszych ludzi po upływie tysiącleci. Dużo było w nich treści o charakterze prawniczym, dyplomatycznym i finansowym, ale Smithowi udało się też odczytać wiele fascynujących tekstów, jak na przykład opisy zaćmienia słońca z 763 roku przed naszą erą czy najazdu na Babilonię w 2280 roku przed naszą erą. Tego jesiennego dnia w 1872 roku miał jednak dokonać najdonioślejszego i najsłynniejszego przekładu.
Tabliczka zawierała historię „wielkiej powodzi” i mściwego boga Enlila, który postanowił unicestwić wszelkie stworzenie. Przed zesłaniem nawałnicy ostrzegł jednak pewnego człowieka, Utnapisztima, nakazując mu: „Rozbierz swój dom i zbuduj łódź!”, a następnie: „Porzuć bogactwa i szukaj ocalenia! Wzgardź mieniem, a ratuj życie! Zabierz na łódź nasienie wszystkich żywych stworzeń!”.
Utnapisztim wraz z małżonką zbudowali statek i załadowali na niego zapasy jedzenia, nasiona roślin i młode zwierzęta, by stawić czoła podnoszącemu się poziomowi wód.
„Kiedy spojrzałem na trzecią kolumnę – pisał później Smith – moją uwagę przykuło stwierdzenie, że statek osiadł na górze Nizir. Dalej następował opis wypuszczenia gołębia, który nie znalazł miejsca, by usiąść, i wrócił. Natychmiast spostrzegłem, że właśnie odnalazłem opis Potopu”.
Zainteresowanie Smitha pismem klinowym wykraczało poza wartość archeologiczną tabliczek. Jak wielu wiktoriańskich uczonych wierzył, że te odkrycia będą miały kluczowe znaczenie dla udowodnienia historyczności Biblii. Oto miał przed oczami opis tych samych wydarzeń, co we fragmencie Księgi Rodzaju dotyczącym arki Noego (rozdziały 6–9), lecz – co istotne – opis o tysiąc lat starszy. Smith był tak uradowany tym, co udało mu się odcyfrować, że zerwał się z krzesła i krzyknął: „Przeczytałem to jako pierwszy człowiek od ponad dwóch tysięcy lat!”, po czym zrzucił ubranie i biegał nago po całej Bibliotece Muzeum Brytyjskiego, budząc niepokój bardziej ułożonych kolegów. Miesiąc później, gdy (na całe szczęście) na nowo zaprzyjaźnił się ze spodniami, przedstawił swoje odkrycie na posiedzeniu Towarzystwa Archeologii Biblijnej. Słuchali go między innymi arcybiskup Canterbury Campbell Tait i ówczesny premier William Gladstone. To była wielka chwila. Smith został pierwszym i ostatnim światowym celebrytą od pisma klinowego.
Brak kluczowego fragmentu historii budził jednak powszechne niezadowolenie. Dziennik „Daily Telegraph” pod sterami redaktora naczelnego Edwina Arnolda wyłożył tysiąc gwinei na wyprawę do ruin Niniwy, żeby Smith mógł odnaleźć brakujący element.
Rok później, spełniając życiowe marzenie o prowadzeniu wykopalisk, Smith udał się do Mosulu. Tak się niezwykle złożyło, że 7 maja 1873 roku rzeczywiście odkrył poszukiwany fragment. W obliczu sukcesu zaczęto snuć plany kolejnej wyprawy. Smith powrócił jeszcze na Bliski Wschód, ale zachorował na febrę i czerwonkę. Zmarł 19 sierpnia 1876 roku w Aleppo w dzisiejszej Syrii.
W kolejnych latach, mimo że legenda George’a Smitha powoli odchodziła w zapomnienie, jego niezwykłe odkrycie zyskało o wiele większą wagę, niż miało pierwotnie jako wątpliwy „dowód” na historyczność arki Noego. Okazało się bowiem, że przetłumaczona przez Smitha tabliczka to Księga Jedenasta _Eposu o Gilgameszu_ – najstarszej opowieści utrwalonej na piśmie.
Poemat został spisany pismem klinowym około 2700 roku przed naszą erą. Opowiada historię tytułowego bohatera, króla miasta Uruk (obecnie Warka w Iraku). Gilgamesz zaczyna jako czarny charakter – przestępca seksualny, który, powołując się na prawo pierwszej nocy (przysługujące mu jako królowi), wykorzystuje seksualnie kobiety w ich noc poślubną. Ten okrutny ciemiężca zmusza mężczyzn nie tylko do oddawania mu żon, lecz także do wznoszenia budowli zaspokajających jego próżność. Jak łatwo się domyślić, bogowie postanawiają dać mu nauczkę i zsyłają na ziemię Enkidu, postawnego dzikusa, który ma rzucić Gilgameszowi wyzwanie. Aby stać się człowiekiem, Enkidu musi uprawiać seks z kobietą o imieniu Szamhat przez 14 dni i nocy (co, szczerze mówiąc, brzmi absolutnie wyczerpująco) i dopiero wówczas jest gotowy na starcie z Gilgameszem. W tym miejscu następuje potężny zwrot akcji: panowie od razu przypadają sobie do gustu, więc Gilgamesz proponuje, żeby zwarli szyki, zamiast ze sobą walczyć, i razem zabili potwora Humbabę i Byka Niebiańskiego.
Enkidu wyraża zgodę, ale tym samym wzbudza gniew wiecznie niezadowolonych bogów, którzy uważają, że zniweczył ich plany. Jakby zapowiadając przyszłe losy George’a Smitha, dzikus zapada na febrę i umiera, tak samo jak asyriolog trzy tysiące lat później.
Pod wpływem rozpaczy po utracie przyjaciela Gilgamesz wyrusza w podróż, żeby odkryć tajemnicę nieśmiertelności. Utnapisztim (znany także jako asyryjski Noe) zdradza mu – zachęcony nieco przez własną żonę – że istnieje święte ziele, która zapewnia wieczną młodość. Niestety jako pierwszy odnajduje je wąż i kradnie roślinę (to kolejny motyw, którym mogli posłużyć się autorzy Księgi Rodzaju), więc król wraca do domu z pustymi rękami, ale później pomaga staremu przyjacielowi uciec z zaświatów, żeby mogli sobie uciąć pogawędkę.
W _Eposie o Gilgameszu_ jest wszystko: bromance, ludzka głupota i odkupienie, ból istnienia i strach przed tym, co czeka nas po śmierci. Jest seks, wielka woda i zaświaty. Wszystko zasadza się na najczęściej opowiadanej historii: bohater wyrusza na wyprawę, pokonuje przeciwności i odmieniony powraca do domu. To właśnie ta opowieść kształtowała nasze pojęcie „bohaterstwa” na przestrzeni dziejów, już od okresu przedhellenistycznego, i wciąż jest obecna w naszej kulturze, przewijając się w książkach, filmach i serialach.
Amerykański pisarz Joseph Campbell ukuł pojęcie monomitu (podroży bohatera), by opisać ten archetyp w swoim fundamentalnym dziele _Bohater o tysiącu twarzy,_ które po raz pierwszy ukazało się w druku w 1949 roku. Ponieważ na kartach tej książki spotkamy się z niejednym monomitem, poświęćmy chwilę na przyjrzenie się temu pojęciu.
Według Campbella monomit składa się z trzech zasadniczych elementów: odejścia, inicjacji i powrotu. W fazie odejścia bohater wyrusza ze znanego do nieznanego świata, gdzie doświadcza jakiegoś przełomu (inicjacji), po czym wraca z nową mocą lub wiedzą. Na tym schemacie opierają się dzieła Homera, _Ramajana_, cztery ewangelie, legenda o świętym Jerzym i smoku, _Bardzo głodna gąsienica_, _Superman_, _Głupi i głupszy_, a nawet historia Wesleya Autreya, którą wykorzystam jako przykład.
Monomit ma charakter cykliczny, dlatego wyobraźmy sobie jego elementy na tarczy zegara: Wesley stoi na górze i przemieszcza się zgodnie z ruchem wskazówek. Opuszcza dom z jego _status quo_ (południe) i otrzymuje wezwanie do przygody (13.00), gdy widzi, że Cameron ma atak padaczki. Prosi o pomoc (14.00) innego pasażera, przekracza próg (15.00) i – skacząc na tory – opuszcza bezpieczny znany świat (16.00). Rozwiązuje zagadkę (17.00) ocalenia Camerona, zabija potwora (tj. wciska się w kanał odpływowy) (18.00) i pokonuje śmierć, po czym następuje odrodzenie (19.00). Odrodzeniem jest sława, która prowadzi do nagród i skarbu, w tym czapki z logo „Playboya” i Jeepa (20.00). Potem jednak dostaje nauczkę (21.00) w _Deal or No Deal_ i od chciwych partnerów biznesowych, dlatego ostatecznie wraca (22.00), choć odmieniony (23.00), do swojego świata, którego _status quo_ zostało zachwiane (północ).
Campbell pasjonował się folklorem. Dużo podróżował, zbierając mity założycielskie różnych ludów i plemion. Doszedł wówczas do przekonania, że powszechność monomitu wynika z naszej łowiecko-zbierackiej przeszłości. W 1994 roku w dolinie rzeki Ardèche w południowo-zachodniej Francji, w tzw. Komorze Końcowej (Salle du Fond) Jaskini Chauveta odkryto malowidła naskalne z okresu paleolitu, które nawiązują do tej samej historii, tylko w wersji sprzed 35 tysięcy lat. Być może nie powinno to nikogo dziwić. Napotykanie przeszkód, rozwiązywanie problemów, pokonywanie potworów i tryumfalne powroty do domu to nieodłączne elementy ludzkiego istnienia – i pewnie zawsze tak było. Chodzenie po sklepach to rodzaj monomitu. Podobnie odwożenie dzieci do szkoły, dojazdy do pracy, a nawet wstanie z łóżka w ponury poranek pod koniec grudnia, gdy przez święta zjadłeś jakąś tonę sera.
_Bohater o tysiącu twarzy_ wywarł wielki wpływ na hollywoodzkich filmowców. George Lucas oparł trzy pierwsze filmy z sagi _Gwiezdne wojny_ na schemacie znanym z książki, choć wcale nie potrzebował wskazówek Campbella, bo równie dobrze mógł czerpać inspirację z rozlicznych opowieści o bohaterach tworzonych od X wieku przed naszą erą w starożytnej Grecji po czasy obecne.
Grecy wierzyli, że ich herosi byli potomkami bogów i dlatego mieli „boskie” cechy, które zacierały granicę między człowieczeństwem a boskością. Przede wszystkim, w przeciwieństwie do bogów, herosi byli śmiertelni – czekała ich śmierć, zwykle okropna i przedwczesna, z powodu _hybris_, nieposkromionej pychy, lub innego występku przeciw woli bogów. Dzięki tej ofierze i w trakcie wędrówki ku jej spełnieniu herosi zdobywali _kleos_, co można tłumaczyć jako „chwałę”. Nie chodziło wyłącznie o sławę za życia, lecz także o pamięć po śmierci. Tak narodziły się poematy epickie i ballady, w tym _Iliada_ i _Odyseja_ Homera.
_Kleos_, jak nie przymierzając papieru toaletowego w czasie pandemii, nie można było dostać – trzeba było się o nie starać, aktywnie i świadomie go szukać. Każdy miał wybór: wieść długie, nudne życie i szybko zostać zapomnianym albo żyć szybko i umrzeć młodo. Ostatecznym celem była _kleos aphthiton_, czyli „nieśmiertelna chwała”. Jak się nad tym zastanowić, trzy tysiące lat później wszystkim naszym bohaterom wciąż chodzi o to samo.
Większość z nas kojarzy „pierwszoligowych” bohaterów greckich, takich jak Ajaks, Achilles i Tezeusz, pogromca Minotaura, którzy dążyli do _kleos_, ale Grecy mieli też spore grono „drugoligowców”: czczono tysiące lokalnych bohaterów. Był to kluczowy element kultury Hellady. Wierni wierzyli – jak do dzisiaj się wierzy w kulturach z silnie rozwiniętym kultem przodków – że po śmierci wielkie postacie bronią najbliższej okolicy. Wznoszono im grobowce, tzw. tumulusy, które stawały się miejscami kultu. Chrześcijańska tradycja świętości wykazuje wiele podobieństw z greckimi, a później także rzymskimi praktykami tego rodzaju. Od samego początku w całym chrześcijańskim świecie obok „oficjalnych świętych” szerzył się kult „świętych ludowych”.
Anglosasi mieli około 100 swoich „angielskich” świętych poza oficjalnym kalendarzem. Czczono ich jeszcze długo po inwazji Normanów w 1066 roku, bo aż do XVI wieku. Niektóre postacie, jak Edeltruda z Ely, założycielka klasztoru w hrabstwie Cambridgeshire, są otaczane kultem do dzisiaj.
W świecie katolickim liczba lokalnych świętych stale rośnie. W stanie Sinaloa na północno-zachodnim wybrzeżu Meksyku zachował się zwyczaj składania ofiar przed wizerunkiem Jesúsa Malverde, lokalnego Robin Hooda, który podobno żył pod koniec XIX wieku. Malverde jest też uważany za „patrona” przemytników narkotyków. Biorąc pod uwagę te powiązania, nie spodziewałbym się rychłej kanonizacji.
W ostatnich latach świecki kult celebrytów wyparł liturgiczny kult świętych. I w tym przypadku wiele współczesnych ikon osiąga po śmierci coś w rodzaju _kleos_ – fani nadal ich ubóstwiają, a ich historie są tematem coraz to nowszych książek i filmów biograficznych.
W trakcie naszej wędrówki po kartach tej książki napotkamy różne świątynie i miejsca pielgrzymek poświęcone niedawno zmarłym osobom oraz poznamy wiele legend na podstawie ich historii. Księżna Diana, John F. Kennedy, Dr Martin Luther King Junior, a nawet Winston Churchill – takie postacie zawsze mają swoje tumulusy i _kleos aphthiton_, a przedwcześnie zmarłe gwiazdy popu szybko urastają do rangi popularnych „ludowych świętych”. Szacuje się, że co roku 500 tysięcy osób pielgrzymuje do grobu Elvisa Presleya w Graceland. Na obrzeżach nowojorskiego Central Parku można odwiedzić Strawberry Fields, czyli miejsce poświęcone pamięci zmarłego Beatlesa Johna Lennona, a nawet usłyszeć, jak jacyś gitarzyści masakrują wczesne utwory swojego idola. Ponad 10 lat po śmierci Amy Winehouse ludzie wciąż przypinają karteczki i kwiaty do drzewa pod jej domem, a przy drodze B306 w okolicy Barnes wzniesiono istną świątynię ku czci dawnego lidera zespołu T. Rex, Marca Bolana, który zginął tam w 1977 roku.
Współczesne zainteresowanie celebrytami oraz bohaterami świata polityki i kultury to po prostu kontynuacja historii, która toczy się od 36 tysięcy lat. Monomitów nie trzeba daleko szukać. Wystarczy, że weźmiesz do ręki telefon i przewiniesz ekran, a zaraz wyskoczą reklamodawcy wciskający ci jakiś monomit. Zajrzyj na Instagram, TikTok czy X, a znajdziesz mnóstwo influencerów i polityków, którzy dla lajków dzielą się swoją „podróżą bohatera”.
Gdy Rishi Sunak chciał zostać premierem Wielkiej Brytanii w 2022 roku, opublikował wideo, w którym nie było ani słowa o jego działalności politycznej, za to bardzo dużo o monomicie jego rodziny. Na początku nagrania Sunak mówi: „Opowiem wam pewną historię”, po czym snuje opowieść o tym, jak jego ciężko pracująca babcia porzuciła _status quo_ i przekroczyła prór, wsiadając do samolotu lecącego do Anglii „z nadzieją na lepsze życie”.
Jeszcze inną podróż bohatera obserwowaliśmy w związku z wojną w Ukrainie. Prezydent Wołodymyr Zełenski był wcześniej zawodowym scenarzystą i aktorem, więc trudno się dziwić, że tak świetnie wykorzystał swoje zdolności narracyjne w walce z Putinem, ukazując w głównej roli swój bohaterski kraj (a nie siebie) ścierający się z potworem, który przybrał postać rosyjskiego niedźwiedzia.
W czasie pandemii COVID-19, gdy naukowcy prześcigali się w staraniach, by opracować szczepionkę, a publiczna opieka zdrowotna walczyła z niewidzialną bestią, powstały jeszcze inne legendy. Brytyjczycy, podobnie jak inne narody, zaczęli kampanię publicznego bicia braw pracownikom opieki medycznej, żeby okazać im wdzięczność. Nie wszyscy jednak cieszyli się z takiej formy uznania. Pewien lekarz pisał anonimowo w „Guardianie”:
Naprawdę nie potrzebuję oklasków. Nie potrzebuję tęczy. Mogą klaskać, aż im ręce odpadną, a tęczę wytatuować sobie na czole – nic mnie to nie obchodzi. Narodowa Służba Zdrowia (NHS) nie jest instytucją charytatywną i nie pracują w niej bohaterowie.
Lekarze i pielęgniarki, podobnie jak Zełenski i Wesley Autrey, nie szukali sławy, _kleos_; heroizm wymusiły na nich okoliczności. To rozróżnienie ma kluczowe znaczenie dla dalszej części książki. „Gen Autreya” dotyczy „wrodzonego bohaterstwa” i nie ma nic wspólnego z bohaterami społeczeństwa³, takimi jak Achilles, Nelson, Washington, Che Guevara, kapitan Scott, a nawet Mao Zedong, bo oni sami świadomie wybrali ścieżkę chwały.
Podważanie statusu bohaterów społeczeństwa to ryzykowne zajęcie i coś w rodzaju herezji. Wszyscy, niezależnie od szerokości geograficznej, jesteśmy wychowywani w przekonaniu o wielkości postaci z historii naszego narodu. Odkrycie drugiej strony medalu – niezbyt wspaniałych, a nawet całkiem okropnych czynów tej wielkiej postaci – wzbudza niepokój i dyskomfort. Heroizm od nikczemności dzieli naprawdę cienka linia, a stare powiedzenie: „dla jednych terrorysta, dla innych bojownik o wolność” jak ulał pasuje do sytuacji wielu postaci historycznych i fikcyjnych. Dla licznych mieszkańców Zachodu Michaił Gorbaczow odegrał chlubną rolę w zakończeniu zimnej wojny, a Rosjanie gremialnie go nienawidzą, bo przyczynił się do rozpadu Związku Radzieckiego i brał udział w wywołaniu późniejszego chaosu.
Tak samo ma się sprawa z sir Francisem Drakiem, żeglarzem i „odkrywcą” epoki elżbietańskiej, znanym Hiszpanom jako el Draque (smok). Według angielskiej wersji legendy Drake odkrył ziemniaki i opłynął kulę ziemską, a przy tym w 1588 roku rozgromił Wielką Armadę. Miliony mieszkańców Wielkiej Brytanii i „starej” Wspólnoty Narodów dorastały w cieniu _kleos_ Drake’a, a jego reputacja obrońcy narodu jest tak silna, że powstała w związku z tym osobliwa miejscowa legenda o nadnaturalnym zjawisku: w Buckland Abbey znajduje się jego werbel, który podobno się odzywa, ilekroć Anglii grozi niebezpieczeństwo. Odgłos werbla ma przypominać, że Drake nawet po śmierci pozostał obrońcą narodu. Rzekomo ostatni raz wydarzyło się to w maju 1940 roku podczas ewakuacji Dunkierki.
Mit korsarza Drake’a to prawdziwa perełka, ale gdy przyjrzymy się rzeczywistym szczegółom jego życia, wyłania się z nich bardziej złożony i mniej pochlebny obraz. Drake faktycznie okrążył Ziemię między 1577 a 1580 rokiem, ale wcale nie powodowała nim pasja odkrywcy. Chciał zdobyć sławę i bogactwo, dlatego okradał niemal wszystkich, których spotkał po drodze. Nie był też bynajmniej pierwszym żeglarzem, który opłynął kulę ziemską, ponieważ Magellan ukończył swoją podróż w 1519 roku, czyli 21 lat przed narodzinami Drake’a. I choć to prawda, że Drake pomógł rozgromić Wielką Armadę, właściwie było to zwycięstwo lorda Howarda, admirała, który tego dnia dowodził całą flotą. Owszem, Drake przywiózł do Europy tytoń i ziemniaki, ale Hiszpanie mogliby na to powiedzieć: „Byliśmy tam, widzieliśmy i robiliśmy _patatas bravas_ dobrą dekadę wcześniej”.
Tak na marginesie, „korsarz” to po prostu łagodniejsze określenie na pirata.
W jednym z odcinków serialu telewizyjnego BBC _Britain at Sea_ z 2013 roku prezenter David Dimbleby opowiadał, że brał kiedyś udział w próbie wyłowienia ołowianej trumny sir Francisa Drake’a z miejsca jego wiecznego spoczynku u wybrzeży Panamy i sprowadzenia jej „w glorii i chwale” do Londynu na okręcie Królewskiej Marynarki Wojennej, by następnie dokonać uroczystego pochówku w Katedrze św. Pawła. Pojawił się jednak pewien problem:
Kategoryczny sprzeciw wyraziła grupa, która wedle wszelkiego prawdopodobieństwa powinna tryskać entuzjazmem, czyli Królewska Marynarka Wojenna – a dlaczego? Pewnie dlatego, że nasz bohater narodowy był jednak piratem.
Jak na rozbójnika przystało, Drake nie stronił od okrucieństwa i mordu, nie tylko wobec okradanych osób, lecz nawet własnych towarzyszy. Gdy okrążał kulę ziemską na okręcie „Pelican”, jego brat Thomas został przyłapany przez swojego arystokratycznego rywala, Doughty’ego, na kradzieży zdobytego ładunku. Obawiając się buntu, sir Francis fałszywie oskarżył Doughty’ego o zdradę i czary; ścięto go 2 lipca 1578 roku. Następnie Drake zmienił nazwę swojego flagowego okrętu z „Pelican” na „Golden Hind” (Złota Łania), głównie po to, by udobruchać sponsora wyprawy i zarazem bliskiego przyjaciela Doughty’ego, Christophera Hattona, który w herbie rodowym miał złotego jelenia (lub łanię).
Miałem w dzieciństwie książeczkę o Drake’u, ale nie było w niej żadnej wzmianki o losie Doughty’ego. Z kolei w moim egzemplarzu czasopisma historycznego dla dzieci „Look and Learn” z 1978 roku próżno szukać informacji o masakrze na wyspie Rathlin u wybrzeża Irlandii, która miała miejsce 26 lipca 1575 roku. Wówczas Drake, hrabia Essex i sir John Norreys wdarli się do zamku, który służył za schronienie MacDonnellom z Antrim, sprzeciwiającym się dążeniom królowej Elżbiety do podporządkowania sobie lokalnych władców, a następnie wymordowali sześćset osób, w tym kobiety i dzieci. To ci bohater!
Drake, kiedy akurat nie zajmował się piractwem i dzieciobójstwem, przyczynił się do zniewolenia tysiąca Afrykanów i zabicia kolejnych 3 tysięcy. U progu swojej kariery, w latach 1562–1569, uczestniczył w ekspedycjach swojego kuzyna Johna Hawkinsa, kładąc podwaliny pod rozwój tzw. handlu trójkątnego (transatlantyckiego handlu niewolnikami w trójkącie między Afryką, Europą i Amerykami). Wielu Afrykanów straciło wolność i życie w wyniku tej brutalnej i odczłowieczającej zbrodni przeciwko ludzkości, ale Drake zbił na tym majątek. Za życia Drake’a jego działalność była dobrze znana. W Anglii budził kontrowersje, co w dużej mierze wynikało z jego politycznych ambicji – był burmistrzem Plymouth i trzykrotnie posłem do parlamentu. Jego legenda przetrwała głównie dzięki epoce wiktoriańskiej, w której uznano go za wzór angielskiej brawury i patrona imperium. W XIX-wiecznych bestsellerach, takich jak _History of England_ (Historia Anglii) Froudego czy powieść Charlesa Kingsleya z 1855 roku _Na podbój świata_, Drake’a obsadzono w roli głównego męskiego bohatera epoki elżbietańskiej i dlatego tak wielu z nas dorastało w przekonaniu, że był wielką postacią.
Szczególnie duża wina za wykreowanie mitu Drake’a spoczywa na powieści _Na podbój świata_. Autor, dawniejszy radykał, wykorzystał fikcyjną opowieść o Drake’u, by wyrazić swoje przekonanie, że wartości anglikańskiej Anglii przewyższają wartości Hiszpanów i że imperium było przeznaczeniem narodu, a to wszystko zawdzięczamy zwycięstwu Drake’a nad katolicką Wielką Armadą.
Bohaterowie społeczeństwa pokroju Drake’a nie biorą się z przypadku. Nie pojawiają się znikąd jak Wesley Autrey. Zazwyczaj są to starannie wybrane osoby, które zdobywają swoje miejsce w narodowej świadomości dzięki licznym intrygom, autopromocji i mitologizacji. Prawdziwy Drake był chciwym, podstępnym i krwiożerczym piratem oraz handlarzem niewolników, ale jego _kleos_ tak bardzo zrosła się z szerszym narodowym mitem, że nazwanie rzeczy po imieniu równałoby się dokonaniu zamachu na naszą wyspiarską historię.
Gdy w styczniu 2023 roku Szkole Podstawowej im. sir Francisa Drake’a w Lewisham, dzielnicy południowo-wschodniego Londynu, postanowiono zmienić nazwę na „Twin Oaks”, samozwańczy strażnicy brytyjskiej przeszłości nie posiadali się z oburzenia.
Poseł Partii Konserwatywnej, Alexander Stafford, napisał na Twitterze:
Istne szaleństwo. Drake dosłownie wybawił Anglię od Hiszpańskiej Armady. Jeden z naszych najwspanialszych bohaterów. To jemu zawdzięczamy, że dzisiaj mówimy po angielsku, a nie po hiszpańsku. Czy są jakieś granice tego kulturowego wandalizmu?
Lord Frost, torysowski członek Izby Lordów, dodał: „To zły znak upadku naszej kultury i braku szacunku dla naszej historii”.
Profesor David Abulafia, historyk należący do wpływowej grupy nacisku o nazwie „History Reclaimed” (Historia odzyskana), powiązanej z Partią Konserwatywną, powiedział „Daily Mail”: „Usuwanie nazwisk to usuwanie przeszłości w jej różnych odcieniach”.
To wszystko bzdura. Władze szkoły nie zajmowały się „wymazywaniem historii”, lecz jej badaniem i oceną. W tym celu ponownie przyjrzały się wydarzeniom z życia Drake’a, przeprowadziły gruntowne konsultacje z lokalną społecznością i przedyskutowały proponowaną zmianę nazwy i jej powody. W głosowaniu 88% spośród 450 pracowników, uczniów i mieszkańców, których dotyczyła zmiana, opowiedziało się za jej wprowadzeniem, a przy okazji wszyscy dowiedzieli się o Drake’u znacznie więcej niż w czasach, gdy mijali przed budynkiem tabliczkę z jego nazwiskiem. Zmieniając nazwę szkoły podstawowej, nauczyciele i dyrekcja nie „scancelowali” Drake’a, tylko dali lekcję historii.
Badanie i docenianie przeszłości nigdy nie powinno sprowadzać się do poziomu wyrafinowanego fanklubu „wielkich nazwisk” historii, ale niestety często tak to właśnie wygląda. W ten sposób niezbyt bohaterskie postacie zyskują status ikon, wręcz bogów. Takie osoby nazywam „fałszywymi bohaterami”. Nie oznacza to bynajmniej, że każdy, kto pojawia się na kartach tej książki, był okropnym człowiekiem. Jedni pragnęli zdobyć _kleos_, drudzy zdobyli je niemal przypadkiem, a jeszcze inni zostali pośmiertnie wyniesieni na piedestał przez ludzi, którzy sami chcieli zrobić karierę, tyle że na cudzych plecach.
W trakcie tej podróży przekonamy się, że w wielu przypadkach „wielcy ludzie, którzy dokonali wielkich rzeczy”, wcale nic takiego nie zrobili. Po drodze poznamy też osoby, które zostały wymazane lub pominięte, a być może bardziej zasłużyły na miano bohaterów niż ci, którzy zajmują ich miejsce.
A Wesley Autrey?
Zamknął 2007 rok – rok swojej chwały – szansą na tytuł Człowieka Roku tygodnika „Time”. Na listę 100 najbardziej wpływowych ludzi świata (48. pozycja) zgłosił go sam Donald Trump. Wesley stracił pierwsze miejsce na rzecz pewnego polityka, który uplasował się na szczycie rankingu dzięki „wspaniałemu pokazowi przywództwa”, co pozwoliło mu wydobyć kraj z chaosu i ponownie wprowadzić go do „grona światowych mocarstw”.
Tym człowiekiem był Władimir Putin.Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1.
Format znany w Polsce pod nazwą _Grasz czy nie grasz_ (przyp. tłum.).
2.
Przez większość drugiego sezonu walizkę numer 24 trzymała niejaka Meghan Markle, ale odeszła po trzydziestym czwartym odcinku. Autrey wystąpił w sześćdziesiątym siódmym odcinku tej samej serii.
3.
Bohaterowie społeczeństwa to osoby namaszczone do roli naszych wspólnych ikon przez historyków, polityków, społeczeństwo i tradycję.
4.
Towarzystwo Popierania Przemysłu Narodowego.
5.
Nie jest jasne, czy Negri i Valentino naprawdę byli zaręczeni; jedyny dowód stanowią (niezbyt przekonujące) słowa samej Negri.
6.
Najsłynniejsza rola Valentino.
7.
Połączenie rosyjskich słów „agitacja” i „propaganda”, pochodzące od nazwy wydziału Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego.
8.
Pies wabił się Nigger (obraźl. „czarnuch”) (przyp. tłum.).
9.
Podczas II wojny światowej Richard Todd służył w Pułku Spadochronowym i 6 czerwca 1944 roku został zrzucony we Francji. W czasie walk o Most Pegaza w pobliżu Caen, gdzie Brytyjczycy starli się z jednostkami Wehrmachtu, poznał majora Johna Howarda. W 1962 roku Todd wcielił się w rolę Howarda w filmie o lądowaniu w Normandii _Najdłuższy dzień_.
10.
S.P. Mackenzie, _Bader’s War_, 2008, s. 165.
11.
Nawiązanie do żartobliwego ogłoszenia Badera: „Przedsiębiorstwo autobusowe Badera – codzienne kursy na kontynent – tylko bilety powrotne” (przyp. tłum.).
12.
Gra słów: _arms_ i _legs_ to dosłownie „ręce” i „nogi”, lecz w nazwach pubów _arms_ odnosi się do znaków herbowych (ang. _coat of arms_) (przyp. tłum.).
13.
W oryginale _fuckers_, co pozwala na grę słów: _fucker_ – _Fokker_ (przyp. tłum.).
14.
Fikcyjna postać komediowa, parodia brytyjskich osobowości telewizyjnych (przyp. tłum.).
15.
W wielu biografiach i encyklopediach podaje się, że Bader senior zmarł w szpitalu w Saint-Omer, z którego później uciekł Douglas. Niektórzy twierdzą, że tam też został pochowany. Taką wersję wydarzeń przedstawiono także w poświęconym Baderowi odcinku _This Is Your Life_, ale to nieprawda. Major Bader zmarł w Brukseli w 1922 roku, a jego grób znajduje się w cywilnej części brukselskiego cmentarza komunalnego w pobliżu pomnika ku czci poległych w bitwie pod Waterloo.