Facebook - konwersja
Fajnie być samcem - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Fajnie być samcem - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-244-0233-5
Język:
Polski
Rok wydania:
2011
Rozmiar pliku:
2,4 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Discount ico

Oglądasz promocyjny produkt. Pospiesz się, aby nie przegapić najlepszej ceny!

PROMOCJA
16,90
25,53

Oszczędzasz 8,63 zł

Cena w punktach Virtualo:
1690 pkt.
Discount ico

Oglądasz promocyjny produkt. Pospiesz się, aby nie przegapić najlepszej ceny!

Fajnie być samcem - opis ebooka

Pełna humoru, autoironii, błyskotliwych żartów i zabaw słowem, a zarazem ciepła i serdeczna powieść młodego, mieszkającego w Polsce rosyjskiego dziennikarza (ale równocześnie biologa, podróżnika, barda i bystrego obserwatora rzeczywistości) prezentuje świat z punktu widzenia samca: mężczyzny i zwierzęcia, ciekawego nowości zdobywcy i wnikliwego, precyzyjnego badacza otoczenia.

FRAGMENT KSIĄŻKI

TAK SIĘ ZACZĘŁO

Ona mówi – Ode­tnę i już!

Ja mó­wię – Nie wie­rzę w to, co mó­wisz!

Ona – O co ci cho­dzi?

Ja – Nie wie­rzę w to, co mó­wisz!

Ona – Cze­mu taki wraż­li­wy na­gle?

Ja – Nie zro­bisz tego! Wy­obra­żasz so­bie, jak to bę­dzie go bo­la­ło?

Ona – Nic go nie bę­dzie bo­la­ło. Do­sta­nie nar­ko­zę, za­śnie, a gdy się obu­dzi, bę­dzie już po pta­kach.

Ja – Po pta­ku!

Ona – Ha, ha, ha, bar­dzo śmiesz­nie. Zresz­tą jak zwał, tak zwał.

Ja – To nie­ludz­kie!

Ona – Prze­cież Wło­dzi­mierz nie jest czło­wie­kiem! Co cię gry­zie? Mę­ska so­li­dar­ność?

Ja – Po pro­stu nie ro­zu­miesz, co to zna­czy go mieć.

Ona – Co mieć?

Ja – Przy­ro­dze­nie.

Ona – Tyl­ko ją­dra mu wy­tną!

Ja – Tyl­ko?!! Na li­tość bo­ską! Tfu, tfu, tfu!

Ona – Mam do­syć tego try­ska­nia mo­czem na ścia­ny i me­ble, wy­cia po no­cach i ucie­czek z domu!

Ja – To po co go w ogó­le bra­łaś?

Ona – No wła­śnie!

Ja – Od­daj mi go.

Ona – Se­rio? Za­bie­raj w cho­le­rę!

W ten spo­sób w moim domu po­ja­wił się sub­lo­ka­tor – kot Wło­dzi­mierz.

Ura­to­wa­łem sam­ca.

Tak się za­czę­ło.

WYKŁADOWCA

Jak wia­do­mo, dzie­li­my się na sam­ców i sa­mi­ce. Tak stwo­rzy­ła nas na­tu­ra. Lub ktoś tam jesz­cze. Tego do koń­ca nie wie­my. Zresz­tą na co dzień nas to w ogó­le nie in­te­re­su­je. Fra­pu­ją nas inne rze­czy: uda­ny seks bez zo­bo­wią­zań, bo­gac­two, nar­ko­ty­ki oraz elik­sir mło­do­ści i zdro­wia.

Sam­ce i sa­mi­ce róż­nią się za­sad­ni­czo. To wi­dać go­łym okiem. Róż­nią się za­rów­no na goło, jak i w ubra­niach. Róż­nią się, kie­dy mil­czą i kie­dy mó­wią.

Sam­ców na świe­cie jest mniej niż sa­mic. By­cie sam­cem za­tem ozna­cza przy­na­leż­ność do eli­tar­ne­go klu­bu. Tę tezę po­twier­dza rów­nież to, że Bóg, lub ktoś tam, naj­pierw stwo­rzył sam­ca, a do­pie­ro póź­niej sa­mi­cę. Któ­ra zresz­tą, we­dług po­pu­lar­nej w Eu­ro­pie tezy, nie jest ni­czym in­nym, tyl­ko sam­ca że­brem. Lub ja­kąś inną ko­ścią. Nie tak, żeby od razu w gar­dle czy nie­zgo­dy, ale jed­nak ko­ścią. Przy­najm­niej we­dług czę­ści spo­łe­czeń­stwa.

Za­da­niem sam­ca od za­ra­nia dzie­jów jest szu­ka­nie mię­sa, sa­mic i Boga.

Te­raz kil­ka słów o ko­tach. Do­kład­nie sie­dem słów: koty, nie, są, mo­imi, ulu­bio­ny­mi, zwie­rzę­ta­mi, do­mo­wy­mi.

Mo­imi ulu­bio­ny­mi zwie­rzę­ta­mi do­mo­wy­mi są pan­to­fel­ki – orzę­ski pan­to­fel­ki. Ma­lut­kie pier­wot­nia­ki, któ­re całe ży­cie spę­dza­ją w wo­dzie – ko­leb­ce cy­wi­li­za­cji. Daw­niej orzę­ski były na­zy­wa­ne wy­mocz­ka­mi. Moż­na więc rzec, że moje ulu­bio­ne zwie­rzę­ta do­mo­we to wy­mocz­ki.

Naj­bar­dziej w pan­to­fel­kach lu­bię to, że po­tra­fią prze­trwać w każ­dych wa­run­kach, na­wet w ta­kich, w któ­rych pę­kli­by naj­tward­si ko­man­do­si świa­ta, ci twar­dzie­le w czar­nych, nie­bie­skich czy ja­kichś tam in­nych tę­czo­wych be­re­tach. Lu­bię też ob­ser­wo­wać ich wa­ku­ole po­kar­mo­we – pę­che­rzy­ki wol­no wę­dru­ją­ce w cia­łach. W tych wa­ku­olach orzę­ski ener­gicz­nie tra­wią swo­je eko­lo­gicz­ne je­dze­nie. Wy­mocz­ki nie mają ki­szek i nie wie­dzą, czym jest bie­gun­ka. Są zwin­ny­mi dra­pież­ni­ka­mi – od­ży­wia­ją się bak­te­ria­mi. Po­sia­da­ją zmy­sły i wraż­li­wość na róż­ne bodź­ce. Nie mają płci, ale za to mają dwa ją­dra. Bio­rąc to wszyst­ko pod uwa­gę, uwa­żam, że pan­to­fel­ki to są praw­dzi­we sam­ce.

Nie tyl­ko ja je­stem mi­ło­śni­kiem wy­mocz­ków. Zna­ny wschod­nio­eu­ro­pej­ski po­eta An­drzej Bur­sa na­pi­sał o pan­to­fel­kach je­den ze swo­ich naj­lep­szych wier­szy, tro­chę kon­tro­wer­syj­ny, ale szcze­ry, tro­chę pro­sto­li­nij­ny, ale cał­kiem ge­nial­ny:

Dzie­ci są mil­sze od do­ro­słych

zwie­rzę­ta są mil­sze od dzie­ci

mó­wisz że ro­zu­mu­jąc w ten spo­sób

mu­szę dojść do twier­dze­nia

że naj­mil­szy jest pier­wot­niak pan­to­fe­lek

no to co

mil­szy mi jest pan­to­fe­lek

od cie­bie ty skur­wy­sy­nie.

Oso­bi­ście nie po­rów­nu­ję swo­ich pan­to­fel­ków ze zna­ny­mi mi osob­ni­ka­mi ze świa­ta lu­dzi. Nie je­stem wspa­nia­łym po­etą wschod­nio­eu­ro­pej­skim. Bo­zia po­ską­pi­ła ta­len­tu. Je­stem zwy­kłym wy­kła­dow­cą na zwy­kłym uni­wer­sy­te­cie. Nie po­wiem, jak się na­zy­wam, bo nic wam to nie po­wie. Mów­cie na mnie po pro­stu Wy­kła­dow­ca.

Mam na­dzie­ję, że ze­chcą się Pań­stwo za­po­znać z se­rią mo­ich wy­kła­dów, za któ­re do­sta­ję so­wi­te wy­na­gro­dze­nie od przy­zwo­ite­go pań­stwa.

WYKŁAD PIERWSZY ŚWIAT SAMCA, CZ. I. WPROWADZENIE

Jeśli my­śli­cie, że świat sam­ca to piwo, por­no­saj­ty i te­le­wi­zyj­ne me­cze pił­ki noż­nej w gro­nie przy­ja­ciół de­bi­li, to prze­by­wa­cie w błę­dzie. Świat sam­ca to: piwo, por­no­saj­ty, te­le­wi­zyj­ne me­cze pił­ki noż­nej w gro­nie przy­ja­ciół de­bi­li oraz wie­le in­nych wspa­nia­łych rze­czy. I wła­śnie na tej wie­lo­ści in­nych wspa­nia­łych rze­czy uprzej­mie pro­po­nu­ję się sku­pić.

Wiel­ką za­le­tą sam­ca jest to, że kie­dyś był dziec­kiem. I jak każ­de dziec­ko sa­miec bar­dzo chciał zo­stać bo­ha­te­rem. Świat sam­ca za­tem wy­ta­pe­to­wa­ny jest pla­ka­ta­mi z po­do­bi­zna­mi dziel­nych po­sta­ci, któ­re w każ­dej chwi­li są go­to­we ura­to­wać Zie­mię przed ude­rze­niem aste­ro­idy, po­ko­nać epi­de­mię świń­skiej gry­py etc., prze­pra­szam za wy­ra­że­nie.

Twarz sam­ca po­kry­wa bło­to, pot i krew. To nie ozna­cza, że ma on brud­ną twarz. To nie jest brud, to kwin­te­sen­cja sam­czo­ści, któ­rej ko­rze­nie ła­two jest zlo­ka­li­zo­wać, je­śli przy­po­mni­my so­bie, gdzie po­ja­wił się pierw­szy ludz­ki sa­miec – Adam. Otóż, moi dro­dzy, pan Adam zo­stał stwo­rzo­ny z nie­zna­nej bli­żej ma­te­rii sam­czej na ło­nie dzi­kiej na­tu­ry. Nie w za­dba­nym ogród­ku w oto­cze­niu pe­lar­go­nii i fre­zji, nie na ucze­sa­nym polu gol­fo­wym, tyl­ko w to­tal­nej raj­skiej dzi­czy. I od tej pory każ­dy sa­miec bada tę dzicz i szu­ka z niej wyj­ścia. Świa­tem sam­ca jest za­tem od­kry­wa­nie no­wych lą­dów i pró­ba zro­zu­mie­nia wła­snej isto­ty. Py­ta­nia: „Kim i po co je­stem?” oraz „Skąd przy­by­wam i do­kąd zmie­rzam?”, są py­ta­nia­mi fla­go­wy­mi w ży­ciu każ­de­go sam­ca. Po­wiedz­my, od­bie­ra sa­miec wy­pła­tę, pa­trzy na to, co za­ro­bił, i my­śli: „Kim i po co je­stem?!”. Albo – wra­ca sa­miec do domu z waż­ne­go spo­tka­nia, któ­re jak zwy­kle od­by­ło się w po­bli­żu dys­try­bu­to­ra piwa, i my­śli: „Skąd przy­by­wam i do­kąd zmie­rzam? I gdzie, do cięż­kiej cho­le­ry, są klu­cze od miesz­ka­nia?!”.

Sa­miec, jak wi­dać, jest z gło­wą za­nu­rzo­ny w mo­rzu py­tań fi­lo­zo­ficz­nych. Chce na nie od­po­wia­dać, ra­to­wać świat i zmie­niać go na lep­sze, po­nie­waż, pa­ra­fra­zu­jąc sam­ca Au­re­liu­sza Au­gu­sty­na, spo­łe­czeń­stwo ma­rzy o gwiazd­kach z nie­ba, za­po­mi­na­jąc, że po ko­la­na tkwi we wła­snych nie­czy­sto­ściach.

Ra­to­wa­nie świa­ta nie jest jed­nak za­ję­ciem ła­twym. Wy­ma­ga ono do­brej kon­dy­cji psy­cho­fi­zycz­nej. Tym­cza­sem współ­cze­sny świat ze swo­imi współ­cze­sny­mi war­to­ścia­mi wy­glą­da ni­czym głę­bo­ka ja­ski­nia w kró­le­stwie nig­dy nie­my­ją­cych się po­two­rów. Taki świat sam­com po pro­stu szko­dzi.

To on wy­kre­ował wi­ze­ru­nek sam­ca pi­ją­ce­go piwo i ob­se­syj­nie wer­tu­ją­ce­go por­no­saj­ty. Współ­cze­sne war­to­ści za­mu­la­ją świa­do­mość sam­ców, co do­pro­wa­dza do sy­tu­acji tra­gicz­nej – sam­ce prze­sta­ją sły­szeć głos wła­sne­go ser­ca. Du­sza sam­ca, dla któ­rej naj­wyż­szy­mi ide­ała­mi są wol­ność, na­mięt­ność i ży­cie na peł­nych ob­ro­tach, zo­sta­je znie­wo­lo­na i wcie­lo­na w me­cha­nizm glo­bal­nej ma­chi­ny gro­szo­rób­stwa. La­icy na­zy­wa­ją to zja­wi­sko „wy­ści­giem szczu­rów”, za­po­mi­na­jąc o tym, że wśród tych in­te­li­gent­nych ską­di­nąd zwie­rząt też są sam­ce, któ­re nie da­dzą so­bie w ka­szę dmu­chać.

Czy sa­miec dłu­go po­cią­gnie w bez­li­to­snej klat­ce bia­łe­go koł­nie­rzy­ka? Nie! Sa­miec roz­kwi­ta do­pie­ro wte­dy, gdy trzy­ma w swych sta­lo­wych rę­kach ster i sło­ny wiatr przy­gód ra­do­śnie i za­ma­szy­ście sma­ga jego po­kry­tą bło­tem, po­tem i krwią twarz. Tego sam­co­wi trze­ba – sło­nych, pie­prz­nych, so­czy­stych przy­gód. Tym­cza­sem współ­cze­sny świat usi­łu­je zro­bić z sam­ca pro­sty w ob­słu­dze pro­dukt – idio­tę, któ­rym z ła­two­ścią bę­dzie krę­cił pra­co­daw­ca, Ko­ściół i sa­mi­ca. I to naj­bar­dziej sam­ca boli.

Pod­su­mo­wu­jąc: świat sam­ca jest świa­tem szla­chet­nym, skom­pli­ko­wa­nym i peł­nym bo­le­snych do­świad­czeń lo­tów we śnie i upad­ków na ja­wie.

To wszyst­ko na dziś, za­pra­szam na ju­tro.

(Na sali okla­ski i po­gwiz­dy­wa­nia wy­ra­ża­ją­ce apro­ba­tę i za­do­wo­le­nie).

NA KOZETCE

Choć je­stem wy­kła­dow­cą, nie mam kom­plek­su Boga. Nie je­stem kimś, kto sam po­tra­fi roz­wią­zy­wać wszyst­kie swo­je pro­ble­my. Nie stro­nię od kie­lisz­ka, ale pa­trzę na sie­bie trzeź­wo. Pew­ne­go dnia zro­zu­mia­łem, że po­trze­bu­ję psy­cho­te­ra­peu­ty. Zna­la­złem go bez tru­du. Przez In­ter­net ma się ro­zu­mieć. Wie­le rze­czy za­ła­twiam przez In­ter­net. W tym wła­śnie pro­blem. Z ra­do­ścią przed­sta­wiam Pań­stwu swo­je­go le­ka­rza z gór­nej pół­ki – Xa­we­ry Gra­cjan Mę­czy­wór, pro­fe­sor.

Pier­wot­nie myśl o se­rii in­tym­nych spo­tkań z dy­plo­mo­wa­nym i cer­ty­fi­ko­wa­nym dusz­pa­ste­rzem prze­ra­zi­ła mnie. Po­my­śla­łem wte­dy, sto­jąc nad zbior­ni­kiem z wy­mocz­ka­mi: „Je­stem do­ro­słym, do­brze roz­wi­nię­tym sam­cem, mam dwie ręce o od­po­wied­niej dłu­go­ści i inne człon­ki cia­ła trwa­ją­ce w sy­me­trii naj­wyż­szej ja­ko­ści. Po co mi psy­cho­te­ra­peu­ta? Czy nie po­wi­nie­nem po pro­stu bar­dziej się otwo­rzyć na lu­dzi? Na po­sta­cie su­ną­ce w pi­ro­gach w dół rze­ki mo­je­go ży­cia?”. Moje wąt­pli­wo­ści zo­sta­ły jed­nak roz­wia­ne, ro­ze­rwa­ne na strzę­py i z obrzy­dze­niem wrzu­co­ne do ko­sza, gdy pod­czas ko­rzy­sta­nia z to­a­le­ty pu­blicz­nej w Naj­ja­śniej­szej Re­pu­bli­ce San Ma­ri­no prze­czy­ta­łem na drzwiach swo­jej ka­bi­ny na­stę­pu­ją­cy na­pis na­kre­ślo­ny ró­żo­wą szmin­ką do ust:

Kil­ka po­wo­dów, dla któ­rych psy­cho­te­ra­peu­ta jest lep­szy od przy­ja­ciół:

1. Psy­cho­te­ra­peu­ta nie za­py­ta: „Ile za­ra­biasz i dla­cze­go tak mało?”.
2. Psy­cho­te­ra­peu­ta wy­słu­cha cię bar­dzo uważ­nie wbrew temu, że jesz­cze nie je­steś na­ćpa­ny.
3. Psy­cho­te­ra­peu­ta nie wpad­nie w hi­ste­rię, je­śli zo­ba­czy na two­im ubra­niu włos in­ne­go psy­cho­te­ra­peu­ty.
4. Psy­cho­te­ra­peu­ta nie wy­kre­śli cię ze swo­je­go ka­je­ci­ka, je­śli nie za­dzwo­nisz do nie­go w dniu jego uro­dzin, ślu­bu czy roz­wo­du.
5. Psy­cho­te­ra­peu­ta nie po­wie ci z uśmiesz­kiem, że ma cię dość i masz za­bie­rać swo­je rze­czy.
6. Psy­cho­te­ra­peu­ta nie ze­chce wy­pła­kać się na two­im ra­mie­niu, bo wła­śnie zwol­nio­no go z pra­cy.
7. Psy­cho­te­ra­peu­ta nie zja­wi się u cie­bie w domu o szó­stej nad ra­nem z ban­dą in­nych, pi­ja­nych psy­cho­te­ra­peu­tów i nie bę­dzie bła­gał, byś szedł z nimi na dal­szą za­ba­wę.
8. Psy­cho­te­ra­peu­ta nie bę­dzie cię szan­ta­żo­wał w sty­lu: „Je­śli je­steś moim praw­dzi­wym pa­cjen­tem, to…, Je­śli na­praw­dę ci na mnie za­le­ży, to…”.
9. Psy­cho­te­ra­peu­ta nie ob­ra­zi się, je­śli się do­wie, że nie lu­bisz jego przy­ja­ciół – in­nych psy­cho­te­ra­peu­tów.
10. Mat­ka psy­cho­te­ra­peu­ty nie po­wie ci, że źle wpły­wasz na jej syna.
11. Psy­cho­te­ra­peu­ta nie bę­dzie spał z two­ją żoną dla­te­go, że wszyst­kie­go ci za­zdro­ści.
12. Psy­cho­te­ra­peu­ta nie wy­ki­wa cię w pra­cy i nie zo­sta­nie awan­so­wa­ny za­miast cie­bie.
13. Psy­cho­te­ra­peu­ta nie bę­dzie na­le­gał, byś się z nim oże­nił i miał dzie­ci.

Trzy­na­ście strza­łów w dzie­siąt­kę. Pod­da­łem się bez wal­ki.

Xa­we­ry Gra­cjan Mę­czy­wór, ab­sol­went Wyż­szej Aka­de­mii Psy­cho­lo­gii, Pa­rap­sy­cho­lo­gii i An­typ­sy­cho­lo­gii ma swój ga­bi­net na Sta­rów­ce w pry­wat­nej ka­mie­ni­cy przy uli­cy Ko­zie Łby. Ta lo­ka­li­za­cja bar­dzo mi od­po­wia­da – miesz­kam tuż za ro­giem w ka­mie­ni­cy przy uli­cy Krzy­wych Stóp. Mam więc nie­da­le­ko.

Na­sze pierw­sze spo­tka­nie wy­war­ło na mnie duże wra­że­nie. Dość nie­przy­jem­ne, co pod­kre­ślam bez cie­nia za­że­no­wa­nia.

Kie­dy po­ło­ży­łem się na mię­ciut­kiej ko­zet­ce pro­fe­so­ra, on na­gle za­py­tał mnie, co ja­dłem na obiad.

O co mu cho­dzi? – za­sta­na­wia­łem się z nie­sma­kiem. – Na li­tość bo­ską! Wzbu­dza we mnie lęk i wstręt już pod­czas pierw­szej wi­zy­ty!

Tego dnia aku­rat nie ja­dłem nic, ale głu­pio było przy­zna­wać się do tego na pierw­szym spo­tka­niu.

Nie mogę za­czy­nać od kom­pro­mi­tu­ją­cych mnie fak­tów! – stwier­dzi­łem.

Na­kła­ma­łem więc szczo­dro­bli­wie. Na moim wy­ma­rzo­nym sto­le obia­do­wym zna­la­zły się: ho­ma­ry, udziec sar­ni oraz pasz­tet z za­ją­ca z żu­ra­wi­na­mi ze Skan­dy­na­wii. A co?! – niech wie pro­fe­sor, że mamy wy­obraź­nię i gest, i gust. Do­pie­ro póź­niej zro­zu­mia­łem, że Xa­we­ry Gra­cjan po pro­stu chciał wy­ba­dać moją sy­tu­ację fi­nan­so­wą, by usta­lić wy­so­kość swo­je­go ho­no­ra­rium.

Głów­nym pro­ble­mem, któ­ry spro­wa­dził mnie do psy­cho­te­ra­peu­ty i któ­ry za­mie­rza­łem drą­żyć pod­czas na­szych dłu­gich, po­uf­nych roz­mów, były moje uza­leż­nie­nia. Wła­ści­wie jed­no uza­leż­nie­nie, bo in­nych nie mam.

– Pa­nie pro­fe­so­rze, po­roz­ma­wiaj­my o Pan­to­fel­ku – za­pro­po­no­wa­łem bez ogró­dek.

– Ma pan na my­śli wi­try­nę in­ter­ne­to­wą? – od­gadł pro­fe­sor. – Ten słyn­ny por­tal plot­kar­ski?

– Wi­dzę, że jest pan zo­rien­to­wa­ny.

– I tak, i owszem, mło­dy czło­wie­ku – uśmiech­nął się Mę­czy­wór. – Wie się to i owo, by­wa­ło się tu i ów­dzie. W czym jest pro­blem?

– Nie wy­obra­żam so­bie dnia, w któ­rym bym od­mó­wił so­bie cho­ciaż­by jed­nej mi­mo­lot­nej wi­zy­ty na tym por­ta­lu. A jak już tam wej­dę, wie pan, jak już tam wtar­gnę, to bu­szu­ję ze trzy, czte­ry go­dzi­ny, za­po­mi­na­jąc o ca­łym świe­cie, jak­by go nie było!

– A więc to tak – Mę­czy­wór gła­skał swo­je dłu­gie, pu­szy­ste wąsy – a więc uza­leż­ni­li­śmy się. Do­brze, do­brze, pro­szę się nie mar­twić, bę­dzie­my to le­czyć dro­gi pa­nie, do­trze­my do ko­rze­ni, przej­dzie­my ręka w rękę, ra­mię w ra­mię, kor­pus w kor­pus dłu­gą dro­gę prze­nie­sie­nia i prze­ciw­prze­nie­sie­nia, aż osią­gnie­my nasz cel. Za­cznij­my od snów. Co się panu dziś śni­ło, mło­dy czło­wie­ku?

Za­sta­na­wia­łem się: co mi się śni­ło?

– Śni­ła mi się moja zna­jo­ma ze skal­pe­lem w ręku.

– Czy to był sen ero­tycz­ny? – oży­wił się pro­fe­sor.

– Skąd­że, pa­nie pro­fe­so­rze! To był sen o Włod­ku.

– A więc jed­nak ero­tycz­ny – ucie­szył się psy­cho­te­ra­peu­ta, szyb­ko mierz­wiąc swo­ją buj­ną, siwą grzy­wę. – Niech pan nie opusz­cza szcze­gó­łów, każ­dy szcze­gół jest waż­ny, na­wet ten naj­mniej­szy! – za­śmiał się i pu­ścił do mnie oko. – Naj­mniej­szy czy naj­więk­szy, to wszyst­ko za­raz się wy­ja­śni.

W ten oto spo­sób na­sza roz­mo­wa po­pły­nę­ła w zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nym prze­ze mnie kie­run­ku.

W pew­nym mo­men­cie przy­sną­łem, ale pro­fe­sor obu­dził mnie czu­łym po­ca­łun­kiem w czo­ło.

– W skó­rze każ­de­go czło­wie­ka ukry­wa się nie­wol­nik – rzekł po­waż­nie. – Po­pra­cu­je­my nad pana nie­wol­ni­kiem, uwol­ni­my go. Mam w za­na­drzu parę ko­zac­kich sztu­czek. A te­raz za­da­nie do­mo­we: niech pan czy­ta Mar­ka Twa­ina, naj­lep­sze­go mło­dzie­żo­we­go pi­sa­rza wszech cza­sów. To w pana przy­pad­ku na pew­no po­mo­że. Był pan kie­dyś dziec­kiem?

– By­łem.

– No wła­śnie. By­łem, je­stem, będę, tak się to od­mie­nia, a wszyst­ko, co się do­brze od­mie­nia, do­brze się koń­czy, mło­dy czło­wie­ku. Do ro­bo­ty!

Wy­sze­dłem od pro­fe­so­ra wzbo­ga­co­ny o cen­ną wie­dzę – Xa­we­ry Gra­cjan nie zna się na wy­mocz­kach, ale za to ma czte­ry koty.

WYKŁAD DRUGI SAMIEC W ŚWIECIE ZWIERZĄT, CZ. I. PREZENTACJA I ZNAKOWANIE TERENU

Moi dro­dzy! Pra­wie po­ło­wę swo­ich wy­kła­dów za­mie­rzam po­świę­cić no­to­rycz­nie za­nie­dby­wa­ne­mu przez me­dia te­ma­to­wi, któ­re­go peł­no­krwi­sta na­zwa brzmi: „Sa­miec w świe­cie zwie­rząt”. Dzi­siaj sku­pię się na zna­ko­wa­niu te­re­nu oraz pre­zen­ta­cji oso­bi­stej owe­go dzi­kie­go sam­ca.

Naj­bar­dziej zna­nym, i naj­bar­dziej do­ku­cza­ją­cym co nie­któ­rym spo­so­bem zna­ko­wa­nia te­re­nu przez sam­ca zwie­rza jest try­ska­nie mo­czem na okre­ślo­ne przed­mio­ty: drze­wa, ka­mie­nie, śnieg, ścia­ny i me­ble. Mocz ten cha­rak­te­ry­zu­je trwa­łość przy­kre­go za­pa­chu, któ­ry jest ją­drem ca­łej za­ba­wy. Ten nie­raz gry­zą­cy do szpi­ku ko­ści za­pach in­for­mu­je inne sam­ce oraz sa­mi­ce, że na da­nym te­re­nie miesz­ka cał­kiem zdro­wy sa­miec, któ­ry ży­czy so­bie dużo sek­su w za­mian za mi­ni­mum zo­bo­wią­zań. Tak się dzie­je od za­ra­nia dzie­jów i wszy­scy oby­wa­te­le i oby­wa­tel­ki świa­ta zwie­rząt daw­no już wy­ra­zi­li swo­ją mil­czą­cą apro­ba­tę ta­kie­go sta­nu rze­czy.

Te­raz pro­szę so­bie wy­obra­zić, że sa­miec zwierz, zna­ku­ją­cy po bo­że­mu swój te­ren, na­gle tra­fia z bu­szu, ze swo­ich, że tak po­wiem, ba­gien, pro­sto na sa­lo­ny. Bo ko­muś tam, na tych sa­lo­nach, wy­da­wa­ło się, że zwier­za­czek jest miły w do­ty­ku, więc ktoś wpadł na po­mysł, by ho­do­wać dzi­kie­go sam­ca dla za­ba­wy w ogra­ni­czo­nych wa­run­kach miesz­ka­nia w cen­trum me­tro­po­lii. Sa­miec, trze­ba przy­znać, zno­si to z god­no­ścią, z zim­ną krwią: „Mia­sto to mia­sto, wszyst­ko mi jed­no” – zda­je się my­śleć w tej za­ska­ku­ją­cej sy­tu­acji i try­ska mo­czem na pra­wo i lewo, jak leci. Gdy za­uro­cze­nie sam­cem mija, jego opie­kun na­gle za­uwa­ża, że prze­szka­dza mu gry­zą­cy za­pach mo­czu wy­do­by­wa­ją­cy się z jego bu­tów. Po­sta­na­wia więc uciąć sam­co­wi ją­dra.

Pro­szę Pań­stwa! Czy ta­kie po­stę­po­wa­nie moż­na uznać za ra­cjo­nal­ne wyj­ście z tej dzi­wacz­nej sy­tu­acji? Czy sa­miec zwierz sam się wpra­szał do ludz­kie­go miesz­ka­nia? Czy pu­kał ob­se­syj­nie do drzwi, aż wresz­cie ktoś się zli­to­wał i wpu­ścił go do swo­jej cia­snej nory w cen­trum me­tro­po­lii? Czy gro­że­nie ucię­ciem ją­der sam­co­wi zwie­rza­ko­wi nie przy­po­mi­na psy­chicz­nej ka­stra­cji sam­ca czło­wie­ka znie­wo­lo­ne­go przez współ­cze­sny świat? Czy po­zba­wie­nie pra­wa do po­sia­da­nia ją­der ta­kie­go, po­wiedz­my, kota to nie pre­lu­dium do ma­so­wej ka­stra­cji sam­ców w świe­cie lu­dzi? Ktoś jest mą­drzej­szy od sze­fa – uciąć mu ją­dra!, nie po­tra­fi ugo­to­wać do­brej zupy – uciąć mu ją­dra!, pyta, dla­cze­go ma­lo­wa­ny na ob­ra­zach bi­blij­ny Adam ma pę­pek? – uciąć mu ją­dra! A prze­cież sa­miec po pro­stu chciał za­ko­mu­ni­ko­wać, że ist­nie­je, że śpie­szy się ko­chać! Pra­gnął po­zo­sta­wić po so­bie znak. To ta­kie zwie­rzę­ce.

Kie­dyś uci­na­ło się męż­czy­znom ją­dra po to, by cien­ko śpie­wa­li. Wów­czas pa­no­wa­ła moda na cien­ki śpiew. Tym­cza­sem w świe­cie zwie­rząt, w raj­skiej dzi­czy, sam­ce po­tra­fią pięk­nie śpie­wać w peł­ni zdro­wia, bez zbęd­nych, wsty­dli­wych za­bie­gów chi­rur­gicz­nych. Ten śpiew jest rów­nież ro­dza­jem zna­ko­wa­nia te­re­nu. Ale nie tyl­ko! Jest też pre­zen­ta­cją spraw­no­ści, fan­ta­zji i od­wa­gi sam­ca. Weź­my na przy­kład ta­kie­go sło­wi­ka – Lu­sci­nia lu­sci­nia. Z kim lub czym Pań­stwu ko­ja­rzy się ta pta­szy­na eu­ro­azja­tyc­ka?

(Gło­sy z sali: „Z Ma­łym Ry­ce­rzem!”, „Z Ro­meo i Ju­lią!”, „Z Ro­ber­ti­no Lo­ret­tim!”).

Kto po­wie­dział: Ro­ber­ti­no Lo­ret­ti?

(Rękę pod­niósł pan z si­wi­zną na skro­niach).

Cie­szy mnie pana obec­ność! My­śla­łem, że na sali nie ma ni­ko­go, kto się uro­dził przez ro­kiem 1990. Bar­dzo dzię­ku­ję za przy­by­cie i pro­szę po­le­cać moje wy­kła­dy wszyst­kim pań­skim zna­jo­mym.

(Pan z si­wi­zną na skro­niach uśmie­cha się i od­po­wia­da: „Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście”).

A więc kon­ty­nu­uj­my.

Sło­wik ko­ja­rzy nam się z czymś lub kimś szla­chet­nym i god­nym uwa­gi. Nie chce­my go wy­ka­stro­wać. Na­wet wbrew temu, że przez całą noc wy­dzie­ra się pod na­szym oknem.

Śpiew sam­ca sło­wi­ka skła­da się z sze­re­gu głę­bo­kich me­lo­dyj­nych to­nów po­dzie­lo­nych na osob­ne, kil­ka­krot­nie po­wta­rza­ne wy­ra­zy. Zna­ny wschod­nio­eu­ro­pej­ski po­eta Lu­cjan Ry­del tak ujął tę pieśń w sło­wach ludz­kich:

Bied­nyś bied­nyś!

Boli boli boli!…

Żal mi cię, żal, żal, żal!

Ma­ciuś-ciuś-ciuś-ciuś-ciuś!

Bied­nyś! Oj, tak!

Cierp, cierp, cierp, cierp, cierp!

Czy­li we­dług po­ety jest to pieśń o bied­nym Ma­ciu­siu. Ła­two jest się do­my­ślić, kim jest ów Ma­ciuś. Jest nim oczy­wi­ście Król Ma­ciuś Pierw­szy, szla­chet­ny sa­miec, któ­ry chciał ra­to­wać świat i któ­re­go ten co­raz bar­dziej bez­li­to­sny świat wy­słał na bez­lud­ną wy­spę. Owa wy­spa, jak za­pew­ne się Pań­stwo do­my­śla­ją, sym­bo­li­zu­je cia­sne miej­skie miesz­ka­nie, gdzie po­rząd­ne­mu sam­co­wi za po­rząd­ne zna­ko­wa­nie te­re­nu gro­żą skal­pe­lem. Ma­ciuś jest bied­ny i Ma­ciu­sia boli. Ale do­pie­ro go za­bo­li, kie­dy spró­bu­je ozna­ko­wać kro­piel­ni­cę w ko­ście­le!

Zna­ko­wa­nie te­re­nu to jesz­cze nie wszyst­ko. Poza zna­ko­wa­niem w świe­cie sam­ca zwie­rza waż­na jest rów­nież pre­zen­ta­cja oso­bi­sta. Sło­wik jed­no i dru­gie za­ła­twia swo­im fa­na­tycz­nym śpie­wem. Jed­nak, co z pew­no­ścią nie­któ­rzy z Pań­stwa zdą­ży­li już za­uwa­żyć, nie wszyst­kie sam­ce w świe­cie zwie­rząt mają me­lo­dyj­ne gło­sy. Nie­któ­rym Bo­zia po­ską­pi­ła tego ta­len­tu. Ale bez obaw – ob­da­rzy­ła in­ny­mi!

Daj­my na to taki du­pek.

(Nie­śmia­ły głos z sali: „Chy­ba du­dek, pa­nie pro­fe­so­rze?”).

Istot­nie – du­dek. Prze­pra­szam za prze­ję­zy­cze­nie.

A więc, daj­my na to, taki du­dek – Upu­pa epops. Śpie­wak z nie­go, przy­znaj­my, jest taki, jak z ko­ziej dudy trą­ba. Gło­sik, za któ­re­go po­mo­cą zna­ku­je swój te­ren, jest, ła­god­nie rzecz uj­mu­jąc, taki so­bie. Ale pió­ro­pusz! Fan­ta­zyj­ny, wy­bu­ja­ły, roz­wi­chrzo­ny, ja­skra­wy, kon­tra­sto­wo ubar­wio­ny pió­ro­pusz dud­ka jest czymś, co w świe­cie ludz­kich sam­ców na­zy­wa się „skó­ra, fura i ko­mó­ra”. W nim tkwi ra­żą­ca siła pre­zen­ta­cji tej nie­tu­zin­ko­wej pta­szy­ny! Sią­dzie du­dek na ga­łąz­ce, roz­ło­ży pió­ro­pusz ni­czym wódz ple­mie­nia Mo­hi­ka­nów i wszyst­kie Po­ca­hon­tas tra­cą przy­tom­ność z wra­że­nia. Im więk­szy i ład­niej­szy jest pió­ro­pusz wo­dza, tym wię­cej Po­ca­hon­tas zdą­ży w swym krót­kim ży­ciu po­ko­chać.

Zna­nym mi­strzem sztu­ki pre­zen­ta­cji oso­bi­stej, moż­na rzec – iko­ną zwie­rzę­cej po­pkul­tu­ry – jest paw in­dyj­ski, Pavo cri­sta­tus. Na ca­łym świe­cie zna­ne jest po­ję­cie „pawi ogon”, któ­re sta­no­wi pier­wo­wzór wspo­mi­na­ne­go już ze­sta­wu dóbr do­cze­snych – „skó­ry, fury i ko­mó­ry”. Ze wzglę­du na zna­ko­mi­te osią­gnię­cia w roz­ma­itych dzie­dzi­nach sztu­ki oraz w ra­mach po­jed­na­nia ludz­ko­ści ze świa­tem zwie­rząt imie­niem pa­wia na­zy­wa­ne są uli­ce i pla­ce w wiel­kich mia­stach. To prze­sta­je dzi­wić, je­śli przy­po­mni­my so­bie, że paw, ten nasz pie­rza­sty, bły­sko­tli­wy przy­ja­ciel mie­nią­cy się wszyst­ki­mi ko­lo­ra­mi ge­jow­skiej tę­czy, przez dłuż­szy czas był uzna­wa­ny przez lu­dzi za bó­stwo. Je­śli weź­mie­my pod uwa­gę fakt, że ża­den czło­wiek nig­dy przez żad­ne zwie­rzę nie był uzna­wa­ny za bó­stwo, na­su­wa się nie­po­ko­ją­cy wnio­sek – sam­ce zwie­rzę­ta wciąż po­zo­sta­ją dla nas nie­do­ści­gnio­ny­mi wzor­ca­mi, któ­rych zdol­no­ści i moż­li­wo­ści nas prze­ra­sta­ją. Na przy­kład, rze­czo­ny paw umie la­tać, po­sia­da groź­ny głos, ma olśnie­wa­ją­co pięk­ne ubra­nie, jest duży i dum­ny, nie wsty­dzi się po­li­ga­mii, szyb­ko bie­ga, nie uczest­ni­czy w wy­cho­wa­niu po­tom­stwa, nie musi pra­co­wać i wszy­scy chcą go zo­ba­czyć – ide­ał pro­szę Pań­stwa! Tyl­ko po­zaz­dro­ścić.

Pod­su­mo­wu­jąc: głów­nym za­ję­ciem sam­ca w świe­cie zwie­rząt jest zna­ko­wa­nie te­re­nu i po­rząd­na pre­zen­ta­cja.

Tyle na dzi­siaj, wszyst­kich chęt­nych za­pra­szam na ju­tro.

WŁODZIMIERZ ZNOWU ZAGROŻONY

Zado­wo­lo­ny z wy­gło­szo­ne­go wy­kła­du i po­zy­tyw­nej in­te­rak­cji mię­dzy mną a stu­den­ta­mi wra­ca­łem do domu.

Kro­cząc uli­cą Krzy­wych Stóp, my­śla­łem o ko­lej­nym spo­tka­niu ze swo­im dusz­pa­ste­rzem. Mia­łem mie­sza­ne uczu­cia. Z jed­nej stro­ny sym­pa­tycz­nie się z nim ga­wę­dzi­ło, z dru­giej zaś roz­ło­żył mnie na ło­pat­ki ra­chu­nek, któ­ry wy­sta­wił mi po na­szym spo­tka­niu.

Sie­dzi pew­nie te­raz tu nie­da­le­ko, za ro­giem, w mo­jej ulu­bio­nej re­stau­ra­cji Całe Ży­cie Pod Bu­ra­ka­mi i wci­na ho­ma­ry, udziec sar­ni i pasz­tet z za­ją­ca z żu­ra­wi­na­mi ze Skan­dy­na­wii – my­śla­łem no­stal­gicz­nie, czu­jąc, jak kisz­ki gra­ją mi mar­sza.

Przy­po­mnia­ło mi się, że pro­fe­sor wy­py­ty­wał mnie o sny: twier­dził, że po­wi­nie­nem za­pi­sy­wać je w spe­cjal­nym sen­nym ze­szy­cie. Skrę­ci­łem więc do pa­pier­ni­cze­go i ku­pi­łem od­po­wied­ni bru­lion. Eks­pe­dient­ka do­brze mnie zna­ła, więc nie za­py­ta­ła: „Czy to dla dzie­ci?”, tyl­ko od razu po­da­ła po­rząd­ny, w twar­dej, ko­lo­ro­wej okład­ce, ze­szyt z wi­ze­run­kiem po­nęt­nej sa­mi­cy w bar­dzo ską­pym mi­ni­bi­ki­ni.

Sze­dłem, po­gwiz­du­jąc pod no­sem, czu­jąc, że wszyst­ko się w moim ży­ciu do­brze ukła­da. Nie wie­dzia­łem jesz­cze, że w domu cze­ka na mnie przy­kra nie­spo­dzian­ka. Wło­dzi­mierz, ten krót­ko­no­gi gnom, ta nie­wdzięcz­na ła­chu­dra, pod moją nie­obec­ność prze­wró­cił sło­ik z wy­mocz­ka­mi!

Na­tych­miast rzu­ci­łem się im na ra­tu­nek. Zbie­ra­łem je z pod­ło­gi szma­tą i wy­ci­ska­łem wraz z wodą do sło­ika. Pan­to­fel­ki są na tyle małe, że taki spo­sób prze­no­sze­nia ani nie może im za­szko­dzić, ani nie przy­no­si ujmy.

Po ak­cji ra­tow­ni­czej usia­dłem zdy­sza­ny nad smut­nym sło­ikiem od­bi­ja­ją­cym się w błysz­czą­cej pod­ło­dze. Moje akwa­rium stra­ci­ło cały swój urok. Woda była męt­na, pły­wa­ły w niej, ni­czym me­du­zy, cząst­ki ku­rzu, nit­ki i ko­cia sierść.

A więc ten nie­wdzięcz­nik tra­ci sierść! – szyb­ko do­pi­sa­łem do li­sty oskar­żeń ko­lej­ny grzech mo­je­go sub­lo­ka­to­ra.

Trze­ba było prze­pro­wa­dzić z Wło­dzi­mie­rzem po­waż­ną roz­mo­wę. Bez owi­ja­nia w ba­weł­nę. Jak sa­miec z sam­cem.

Z tru­dem pa­no­wa­łem nad gnie­wem.

Zna­la­złeś się na gra­ni­cy, na cien­kiej li­nii, po jej prze­kro­cze­niu już nie bę­dziesz sam­cem! – po­wie­dzia­łem kotu, chwy­ta­jąc go za kark i uno­sząc w górę tak, aby na­sze oczy zna­la­zły się na jed­nym po­zio­mie. – Jesz­cze je­den taki wy­bryk, a cię wy­ka­stru­ję!

Co ja ga­dam? – prze­ra­zi­łem się, wsłu­chu­jąc się we wła­sny głos. – Naj­pierw ra­tu­ję sam­ca, a te­raz go stra­szę? To cho­re!

Coś jed­nak trze­ba było przed­się­wziąć, ale co?

Za­sta­na­wia­łem się przez dłu­gie go­dzi­ny, lecz nic nie wy­my­śli­łem.

Po­sta­no­wi­łem po­ra­dzić się w tej kwe­stii pro­fe­so­ra Mę­czy­wo­ra.

WYKŁAD TRZECI ŚWIAT SAMCA, CZ. II. O CZYM ROZMAWIA SAMIEC?

Podob­no tym, czym je­ste­śmy, uczy­nił nas ję­zyk – mowa, ust­na wy­mia­na in­for­ma­cji, sy­gna­li­za­cja dźwię­ko­wa. Ję­zyk roz­wi­ja mózg. Pa­trząc na po­szcze­gól­ne kra­je, trud­no oprzeć się wra­że­niu, że każ­dy ję­zyk roz­wi­ja go in­a­czej.

W sfe­rze szcze­rych roz­mów, a tyl­ko ta­kie nas in­te­re­su­ją, dla sam­ca naj­waż­niej­szy jest jego krąg. Wą­ski krąg zna­jo­mych, w któ­rym sa­miec czu­je się bez­piecz­nie i w któ­rym nic mu nie prze­szka­dza dać upust fan­ta­zji wer­bal­nej. Cia­sny, szczel­ny krąg po­trzeb­ny jest sam­co­wi po to, by nikt obcy nie po­są­dził go o głu­pie ga­da­nie. Bo praw­da jest taka, że każ­dy zdro­wy sa­miec lubi so­bie po­plot­ko­wać, ale bar­dzo nie lubi, kie­dy ktoś na­zy­wa go plot­ka­rzem.

Jak dro­dzy Pań­stwo my­ślą, o czym naj­chęt­niej roz­ma­wia sa­miec?

(Głos z sali: „O pi­wie i por­no­saj­tach!”).

Bra­wo! Głów­nym te­ma­tem sam­czych plo­tek jest oczy­wi­ście seks.

Sam­ce są do­sko­na­le zo­rien­to­wa­ni we wszyst­kich szcze­gó­łach in­tryg mi­ło­snych w swo­im śro­do­wi­sku oraz w ran­kin­gach „naj­bar­dziej go­rą­cych i po­żą­da­nych ciał”. Nic nie umknie ich uwa­dze. Wy­tłu­ma­cze­nia tego zja­wi­ska pro­po­nu­ję po­szu­kać w mro­ku na­szej wspól­nej dzi­kiej prze­szło­ści, kie­dy bez do­kład­nej in­for­ma­cji na te­mat tego, co się dzie­je w sta­dzie, nie było mowy o tym, by zo­stać wa­taż­ką, pre­zy­den­tem czy pa­pie­żem. Sa­miec za­tem jest ma­szy­ną do zbie­ra­nia waż­nych in­for­ma­cji w waż­nym cza­sie. Plot­ko­wa­nie sam­ców w wą­skim gro­nie moż­na więc na­zwać siłą na­pę­do­wą ewo­lu­cji cy­wi­li­za­cji.

Jed­nym z naj­mod­niej­szych tren­dów w ewo­lu­cji oso­bi­stej sam­ca jest ob­ga­dy­wa­nie, moż­na by rzec – bra­nie na ję­zy­ki fi­zycz­no­ści sa­mic. Po­nie­waż prze­cięt­ny sa­miec w swo­im prze­cięt­nym, peł­nym cięż­kich prób i wy­rze­czeń ży­ciu nie wi­dzi na wła­sne oczy zbyt wie­le tego ro­dza­ju ma­te­rii, chęt­nie po­sił­ku­je się por­no­saj­ta­mi i od­po­wied­ni­mi cza­so­pi­sma­mi. Tym bar­dziej że fe­no­men sam­ca po­le­ga mię­dzy in­ny­mi na tym, że naj­bar­dziej po­cią­ga go cia­ło sa­mi­cy nie­do­stęp­nej, moż­na by rzec – cu­dzej. Prze­ka­zy­wa­nie z rąk do rąk roz­kła­dó­wek i in­nych zdjęć, na któ­rych wi­dać wie­le szcze­gó­łów bu­do­wy cu­dzych sa­mic, jest tra­dy­cyj­ną czyn­no­ścią ry­tu­al­ną re­gu­lar­nie wy­ko­ny­wa­ną pod­czas burz­li­wych sam­czych ko­le­giów. Wspól­ne oglą­da­nie por­no­sów w świe­cie sam­ca jest ni­czym in­nym jak ak­tem re­li­gij­nym – czymś w ro­dza­ju iska­nia u małp.

Ktoś z Pań­stwa słusz­nie wspo­mniał o pi­wie. Zga­dza się: to rów­nież jest je­den z naj­waż­niej­szych ele­men­tów sam­czych roz­mów. Tak jak bran­dy, wód­ka, wino i kil­ka­na­ście in­nych ga­tun­ków po­pu­lar­nych trun­ków. Na ra­zie nie będę tego te­ma­tu po­ru­szał, gdyż za­mie­rzam po­świę­cić mu osob­ny wy­kład.

(Szmer za­do­wo­le­nia i spo­ra­dycz­ne okla­ski na sali).

Do­brze, je­dzie­my da­lej.

Wbrew temu, że sa­miec w swo­ich roz­mo­wach dużo uwa­gi po­świę­ca pro­ble­ma­ty­ce sek­su i piwa, nie moż­na go skla­sy­fi­ko­wać jako nie­ule­czal­ne­go zbo­czeń­ca. Je­śli się uważ­nie wsłu­chać w po­tok jego dy­wa­ga­cji, moż­na z nie­go wy­ło­wić wie­le in­nych pod­nie­ca­ją­cych te­ma­tów. Są to mię­dzy in­ny­mi: ko­nie me­cha­nicz­ne, ga­dże­ty RTV, elek­tro­ni­ka ery ja­ko­ści cy­fro­wej, bez­prze­wo­do­we łą­cza oraz pie­nią­dze. Duże pie­nią­dze ma się ro­zu­mieć. Jest jesz­cze pił­ka noż­na, boks, ho­kej, jaz­da kon­na, ru­let­ka, war­ca­by i bi­lard. W te­le­wi­zo­rze i re­alu. Z orzesz­ka­mi i pi­wem lub z ad­re­na­li­ną i pacz­ką kum­pli, nie­waż­ne gdzie, ale za­wsze z bło­tem, krwią i po­tem na twa­rzy.

Czy to wszyst­ko? By­najm­niej! Wy­obraź­nia sam­ca i świat jego taj­nych ma­rzeń się­ga o wie­le da­lej, niż kie­dy­kol­wiek śni­ło się ko­niom me­cha­nicz­nym. Ist­nie­ją na przy­kład ta­kie śro­do­wi­ska, w któ­rych sam­ce naj­wię­cej uwa­gi po­świę­ca­ją ubra­niom i mo­dzie. Szczy­ty po­pu­lar­no­ści w roz­mo­wach ta­kich sam­ców zdo­by­wa­ją mię­dzy in­ny­mi: sztucz­na opa­le­ni­zna, fry­zjer­stwo in­tym­ne, pięk­niut­kie ko­lo­ro­we szar­fi­ki, mar­ko­we to i owo, buty od… i faj­niut­kie ogrom­ne ze­gar­ki od… To spe­cy­ficz­ne wy­da­wa­ło­by się na pierw­szy rzut oka gro­no sta­je się co­raz mniej spe­cy­ficz­ne i bar­dziej po­wszech­ne. Sta­no­wi ono przy­kład ewo­lu­cji, me­ta­mor­fo­zy, któ­rą prze­cho­dzi współ­cze­sny sa­miec i któ­ra w osą­dach jed­nych sta­no­wi śle­pą ulicz­kę, zaś w opi­nii in­nych – daje sam­co­wi wię­cej moż­li­wo­ści i uwal­nia w nim po­kła­dy do­dat­ko­wej po­zy­tyw­nej ener­gii ży­cio­wej. Czas po­ka­że, jak to jest na­praw­dę.

Moi dro­dzy! Na­wet z tego krót­kie­go, lecz bar­dzo waż­ne­go w kon­tek­ście na­szych na­stęp­nych spo­tkań wy­kła­du ja­sno wy­ni­ka, że świat sam­czych roz­mów to eg­zo­tycz­ny tort, w któ­rym nie bra­ku­je od­waż­nych ele­men­tów i eks­pe­ry­men­tal­nych sma­ków. Gdy zo­sta­je po­da­ny i po­kro­jo­ny, bie­siad­ni­cy szyb­ko go zja­da­ją i na­tych­miast po­pi­ja­ją po­rząd­ną wód­ką – dla de­zyn­fek­cji. Bo­wiem na­wet w naj­węż­szym krę­gu nig­dy nie wia­do­mo, czy któ­ryś z obec­nych nie do­rzu­cił do wspól­ne­go gara ja­kie­goś bak­cy­la. W świe­cie sam­ca pa­nu­je że­la­zna za­sa­da: mo­żesz za­ufać każ­de­mu, ale tyl­ko pod wa­run­kiem, że nie ufasz ni­ko­mu.

To tyle na dziś. Wszyst­kich chęt­nych za­pra­szam na ju­tro. Ży­czę uda­nych i smacz­nych roz­mów w węż­szych i szer­szych krę­gach. Roz­ma­wiaj­cie, póki wam się chce.

STUDENCI I KOLEDZY

Moi stu­den­ci to sym­pa­tycz­ni, głów­nie bar­dzo mło­dzi lu­dzie. Sie­dzą zwy­kle da­le­ko ode mnie, więc nie mogę do­strzec, czy to sam­ce, czy sa­mi­ce, czy są ład­ni, czy ko­lo­ro­wi czy bia­li, czy mają do­bro­tli­we spoj­rze­nia. Taki stan rze­czy cał­kiem mi od­po­wia­da. Nie szu­kam prze­sad­nej bli­sko­ści. Cie­szę się, że nie wi­dzą mnie z bli­ska i nie do­strze­ga­ją wad w mo­ich ubra­niach i fi­zy­ce zu­ży­te­go cia­ła. Choć nie po­wiem – oku­lar­ki mam cał­kiem, cał­kiem.

Bio­rąc pod uwa­gę sa­mo­okre­śle­nie mo­ich stu­den­tów: licz­ba mno­ga – adi­da­so­wie, licz­ba po­je­dyn­cza – adi­das, czy­li „All Day I Dre­am Abo­ut Sex”, ła­two jest zro­zu­mieć, dla­cze­go głów­nym py­ta­niem, któ­re ich nur­tu­je, jest py­ta­nie „Czy dzi­siaj będę miał/mia­ła* seks? (nie­po­trzeb­ne skre­ślić)”. A je­dy­nym te­stem, któ­re­go nie chcą za­li­czyć, to test cią­żo­wy na­by­ty w po­bli­skiej ap­te­ce.

Dru­gą naj­waż­niej­szą rze­czą w ży­ciu mo­ich stu­den­tów są tani ope­ra­to­rzy te­le­fo­nii ko­mór­ko­wej. Te­le­fon stu­den­ta ma być za­je­faj­ny, a ra­chun­ki za jego eks­plo­ata­cję – za­je­faj­nie ni­skie. Za po­mo­cą ko­mór­ki stu­den­ci uma­wia­ją się na baw­ki, rand­ki oraz krę­cą ama­tor­skie fil­my ero­tycz­ne – sek­sting gwiaz­dą po­pkul­tu­ry mło­dzie­żo­wej na­szych za­je­faj­nych cza­sów.

Oce­nia­jąc się na­wza­jem, moi stu­den­ci na pierw­szym miej­scu sta­wia­ją wy­gląd ze­wnętrz­ny. Prze­ży­wa­ją okres fa­scy­na­cji obu­do­wą. Nie za­mie­rzam im w tym prze­szka­dzać. Z zim­ną krwią po­zo­sta­wiam ich w do­brze umię­śnio­nych rę­kach sam­ców Cy­ce­ro­na i Ezo­pa, któ­rzy w od­po­wied­nim cza­sie zro­bią z nimi po­rzą­dek.

Lu­bię swo­ich stu­den­tów. Wie­rzę, że do­ce­nią cykl wy­kła­dów, któ­ry dla nich przy­go­to­wa­łem. Pra­gnę im prze­ka­zać wia­do­mość, któ­rą kie­dyś prze­ka­zał mi mój Wy­kła­dow­ca: „Ogól­na suma in­te­li­gen­cji jest war­to­ścią sta­łą, a lu­dzi na Zie­mi jest co­raz wię­cej”.

Oprócz stu­den­tów spo­ty­kam się na uczel­ni ze swo­imi ko­le­ga­mi. Głów­nie są to idio­ci ob­cią­że­ni kom­plek­sem Boga. Je­śli nie Boga, to przy­najm­niej lo­kal­ne­go bó­stew­ka. Więk­szość z nich to sta­li by­wal­cy por­ta­lu To-Była-Kla­sa! Szpe­ra­ją w nim przez całe noce fa­na­tycz­nie, pro­wa­dząc taj­ną ko­re­spon­den­cję ze swo­imi by­ły­mi szkol­ny­mi mi­łost­ka­mi. Jak­by w Sie­ci nie było nic bar­dziej war­to­ścio­we­go! Jak­by nie było w niej por­no­saj­tów! Jak­by Bóg nie wy­na­lazł piwa!

W za­sa­dzie ich lu­bię. Ale pro­blem tkwi w tym, że nie ma wśród nich praw­dzi­wych sam­ców. To po­zba­wio­ne po­czu­cia hu­mo­ru pro­duk­ty sam­co­po­dob­ne. A prze­cież wia­do­mo, że wiel­kie, wręcz nie­by­wa­łe, po­czu­cie hu­mo­ru to jed­na z naj­waż­niej­szych cech roz­po­znaw­czych sam­ca. Praw­dzi­wy sa­miec jest wraż­li­wy na wszyst­ko, co jest śmiesz­ne: ję­zy­ki obce, mo­del­ki pa­ty­cza­ki, prze­mo­wy pre­zy­denc­kie, ceny, re­kla­my tam­po­nów, me­dia re­li­gij­ne, ga­da­ją­ce ba­becz­ki w pie­kar­ni­ku itd., itp. Tym­cza­sem moi ko­le­dzy są bar­dzo po­waż­ni. Ni­czym ko­nie w rzę­dach. Ni­czym twa­rze za­bój­ców ma­fij­nych. Ni­czym przy­wód­cy ra­dziec­cy.

Mam trud­no­ści z ich skla­sy­fi­ko­wa­niem we­dług czte­rech pod­sta­wo­wych ar­che­ty­pów oso­bo­wo­ści sam­ca: przy­wód­ca, eks­plo­ra­tor, bu­dow­ni­czy, ne­go­cja­tor. Je­dy­ne, co mi się na­su­wa na myśl, to sa­miec zwał. Moi ko­le­dzy to zwa­ły. Gru­zo­wi­ska próż­no­ści z fer­men­tem in­stynk­tów dzie­cię­cych.

Je­dy­ny zwał, z któ­rym od cza­su do cza­su cho­dzę na piwo, to dok­tor ha­bi­li­to­wa­ny De­zy­de­riusz Sio­strze­niec. Dość sym­pa­tycz­ny czło­wiek, za­pa­lo­ny ama­tor por­ta­lu Wszyst­ko-o-męż­czy­znach.

– Sły­szał już pan? – za­py­tał mnie dzi­siaj.

– O czym, pro­szę pana?

– Pio­truś Jan Pi­cuś-Glan­cuś za­dra­pał sa­mo­cho­dzik!

– Jaki Pio­truś? Jaki sa­mo­cho­dzik?

Nie lu­bię, gdy dok­tor ha­bi­li­to­wa­ny wy­ra­ża się w spo­sób nie­ja­sny.

– Na Wszyst­ko-o-męż­czy­znach po­da­ją.

– Aaa – po­wie­dzia­łem ze zro­zu­mie­niem, ma­jąc na­dzie­ję, że De­zy­de­re­mu to wy­star­czy.

– Lśnią­ce, pięk­ne BMWiąt­ko pro­szę pana. – Sio­strze­niec po­sta­no­wił opo­wie­dzieć mi wszyst­ko z naj­drob­niej­szy­mi szcze­gó­ła­mi.

– Ro­zu­miem, nie­zła bry­ka.

– O znak dro­go­wy za­dra­pał.

– Nie­szczę­ście.

– Po­dob­no prze­ra­ża­ją­cy dźwięk ry­so­wa­nia la­kie­ru sły­chać było z od­le­gło­ści wie­lu ki­lo­me­trów.

– Na­praw­dę?

– Jak Boga ko­cham.

– Ko­cha go pan?

– Pio­tru­sia?

– Boga!

– Tak, Pio­ru­sia ko­cham, lu­bię, sza­nu­ję. Moja mat­ka go lubi, moja żona go lubi, moje dzie­ci go lu­bią, moje wnu­czę­ta będą go lu­bić. Wie pan, jak Pio­truś sko­men­to­wał ten ka­zus?

– Jak?

– W Sta­nach Zjed­no­czo­nych miej­sca par­kin­go­we są duże jak lot­ni­ska. A nasz kie­row­ca musi wci­skać się w każ­dą byle dziu­rę.

– Ame­ry­ka­ni­sta?

– Wła­śnie.

– No do­brze, dro­gi De­zy­de­ry, czas już na mnie.

– Śpie­szysz się?

– Pój­dę, ścią­gnę so­bie stu­dent­kę.

– Jaką stu­dent­kę?

– Faj­ną.

– Ścią­gniesz ją do domu?

– Ma się ro­zu­mieć.

– Nie­złe z cie­bie ziół­ko ko­le­go, nie wie­dzia­łem, że je­steś taki roz­ryw­ko­wy. Może na­stęp­nym ra­zem umó­wi­my się na wspól­ne ścią­ga­nie? Znam parę stu­den­te­czek z pro­win­cji, ta­kie ciał­ka, że ach…

– Na na­stęp­ny raz je­stem już umó­wio­ny z Włod­kiem.

– Z kim?

– To mój nowy przy­ja­ciel.

– Uhu…

– Ten do­pie­ro ma pa­zur.

– Tak? Nie masz kom­plek­su niż­szo­ści w jego to­wa­rzy­stwie?

– Nie. To on w mo­jej obec­no­ści ma kom­pleks.

– Nie­złe z cie­bie ziół­ko, nie wie­dzia­łem, że je­steś taki roz­ryw­ko­wy.

Po przyj­ściu do domu włą­czy­łem kom­pu­ter i wtar­gną­łem na swo­ją ulu­bio­ną stro­nę stu­denc­ką.

– Już jest! – ucie­szy­łem się. – Ko­lej­na play­ma­te, świe­żut­ka stu­dent­ka mie­sią­ca, Maj 2009… Wło­dziu! Chcesz zo­ba­czyć Maj 2009? – po­szu­ka­łem oczy­ma kota.

Pole tek­sto­we za­wie­ra­ło zna­ne mi tre­ści: „Cze­mu jesz­cze nie je­steś stu­dent­ką mie­sią­ca? Brak Ci wia­ry w sie­bie? Chcesz być tren­dy? Chcesz zna­leźć swój nie­po­wta­rzal­ny styl i wy­róż­nić się z tłu­mu in­nych stu­den­tek? Pod­po­wie­my Ci, co jest na to­pie i gdzie naj­ta­niej ku­pić naj­mod­niej­sze rze­czy. Tyl­ko u nas po­ra­dy gwiazd show-biz­ne­su. War­to być stu­dent­ką mie­sią­ca! Mo­żesz nią zo­stać już wkrót­ce. Co mie­siąc da­je­my Ci szan­sę zdo­by­cia tego pre­sti­żo­we­go ty­tu­łu i po­ja­wie­nia się na na­szym por­ta­lu w nie­po­wta­rzal­nej, olśnie­wa­ją­cej se­sji zdję­cio­wej. Pa­mię­taj – spo­śród stu­den­tek mie­sią­ca zo­sta­nie wy­ło­nio­na stu­dent­ka roku! A spo­śród stu­den­tek roku – stu­dent­ka stu­le­cia! A spo­śród stu­den­tek stu­le­cia – stu­dent­ka ty­siąc­le­cia! Za­pisz się! Już wkrót­ce mo­żesz zo­stać gwiA­AAAAz­dą!!!”.

Ni­żej, jak zwy­kle, był umiesz­czo­ny quiz – li­sta py­tań. Od­po­wie­dziaw­szy na nie, naj­roz­trop­niej­sza stu­dent­ka mia­ła szan­sę zo­stać play­ma­te mie­sią­ca, a przy odro­bi­nie szczę­ścia na­wet play­ma­te roku. Maj 2009, ma­ją­ca na imię Róża, tak od­po­wie­dzia­ła na za­pro­po­no­wa­ne py­ta­nia:

Quiz: Co jej w gło­wie cho­dzi?

1. Z ja­kie­go kon­ty­nen­tu po­cho­dzą Afry­kań­czy­cy?

Róża: Z Afry­ki.

Do­brze!

2. Przy zmia­nie cza­su z zi­mo­we­go na let­ni prze­su­wa­my ze­gar­ki o go­dzi­nę do przo­du, czy co­fa­my je o 129 go­dzin?

Róża: Prze­su­wa­my do przo­du.

Do­brze!

3. Dy­stans ma­ra­toń­ski to:

a) 300 me­trów, b) 42 ki­lo­me­try i 195 me­trów, c) 2225 ki­lo­me­trów i 4 657 639,009 me­tra.

Róża: Od­po­wiedź b.

Do­brze!

4. Sto­li­cą ja­kie­go fran­cu­skie­go pań­stwa eu­ro­pej­skie­go jest Pa­ryż?

Róża: Fran­cji.

Do­brze!

5. Kto był twór­cą idei sprze­da­ży piwa w bu­fe­cie rek­to­ra­tu i wszyst­kich dzie­ka­na­tów?

a) Dzie­kan Wy­dzia­łu Bio­lo­gii, b) John­nie Wal­ker I Wiel­ki, c) Ka­rol Marks.

Róża: Od­po­wiedź a.

Do­brze!

6. Jak my­ślisz, o ile wzro­sną opła­ty w na­stęp­nym mie­sią­cu?

a) nie wzro­sną, b) wzro­sną nie­znacz­nie, c) wzro­sną trzy­krot­nie.

Róża: Od­po­wiedź c.

Do­brze!

7. Jak ma na imię zie­lo­na kró­lew­na ze Shre­ka?

Róża: Fio­na.

Do­brze!
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: