Facebook - konwersja
Grzesznik - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Grzesznik - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, PDF
Format PDF
czytaj
na laptopie
czytaj
na tablecie
Format e-booków, który możesz odczytywać na tablecie oraz laptopie. Pliki PDF są odczytywane również przez czytniki i smartfony, jednakze względu na komfort czytania i brak możliwości skalowania czcionki, czytanie plików PDF na tych urządzeniach może być męczące dla oczu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(3w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na laptopie
Pliki PDF zabezpieczone watermarkiem możesz odczytać na dowolnym laptopie po zainstalowaniu czytnika dokumentów PDF. Najpowszechniejszym programem, który umożliwi odczytanie pliku PDF na laptopie, jest Adobe Reader. W zależności od potrzeb, możesz zainstalować również inny program - e-booki PDF pod względem sposobu odczytywania nie różnią niczym od powszechnie stosowanych dokumentów PDF, które odczytujemy każdego dnia.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-945604-6-1
Język:
Polski
Data wydania:
7 sierpnia 2017
Rozmiar pliku:
806 KB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
19,00
Cena w punktach Virtualo:
1900 pkt.

Grzesznik - opis ebooka

Gabriel Amorth, egzorcysta, sporządził klasyfikację pięciu stopni nękania człowieka przez złego ducha: kuszenie, dręczenie, obsesje, nawiedzenie i opętanie.

Zapomniał jednak o jeszcze jednym, najgorszym: gdy wszystko to spotyka cię jednocześnie…

 

Marek Suchocki, boss suwalskiego półświatka, dowiaduje się, że jego najgroźniejszy konkurent wychodzi z więzienia. Nie czekając na dalszy rozwój wypadków, wraz ze swoimi wiernymi ludźmi postanawia raz na zawsze stawić mu czoło. Porachunki kończą się tragicznie – Marek spada ze schodów i doznaje silnego wstrząsu mózgu. Kiedy po tygodniowej śpiączce odzyskuje przytomność, okazuje się, że jego grupa została rozbita, a wszystkie pieniądze zarobione przez lata przestępczej działalności zniknęły. Jego przeciwnik, przez swoje brutalne i bezkompromisowe dokonania ochrzczony niegdyś przez media Grzesznikiem, daje się poznać jako genialny, niesamowicie inteligentny psychopata, który nie zna litości. Stawia Suchego przed wyborem – albo ustąpi, albo zostanie mu odebrane wszystko, czym tylko kiedykolwiek się cieszył. Na domiar złego, wkrótce po wypadku ujawniają się nowe, przerażające zdolności Marka…

 

FRAGMENT KSIĄŻKI

CZARNY KAPELUSZ

Coś spra­wi­ło, że Ma­rek się obu­dził. Nie wie­dział, czy był to ha­łas te­le­wi­zo­ra z dołu, na któ­rym Ka­sia, Iwon­ka i Adam oglą­da­li film, czy ja­kiś inny od­głos, czy może sen, któ­re­go nie pa­mię­tał. Mu­siał być na­praw­dę zmę­czo­ny, bo­wiem we­dług sto­ją­ce­go na ko­mo­dzie elek­tro­nicz­ne­go ze­gar­ka wy­bi­ła wła­śnie dwu­dzie­sta trze­cia, a za oknem pa­no­wa­ła już noc. Spał więc bite kil­ka­na­ście go­dzin. Co naj­śmiesz­niej­sze, wca­le nie czuł się wy­spa­ny.

Krót­ki błysk się po­wtó­rzył, a on zdał so­bie spra­wę, że to jego te­le­fon, któ­ry ta­ki­mi sy­gna­ła­mi da­wał mu znać, iż cze­kał na nie­go nie­prze­czy­ta­ny SMS lub nie­ode­bra­ne po­łą­cze­nie. Się­gnął po smart­fon i od­blo­ko­wał go. SMS. Nie­zna­ny nu­mer.

Wyj­rzyj przez okno.

Ma­rek wy­ostrzył zmy­sły i, naj­ci­szej jak tyl­ko mógł, wstał z łóż­ka. Ostroż­nie pod­szedł do okna, na któ­rym na szczę­ście były za­su­nię­te fi­ran­ki. I prze­łknął śli­nę tak gło­śno, że na­wet tych dwóch tam, na ze­wnątrz, mu­sia­ło to usły­szeć.

Sta­li na par­kin­gu, tuż pod jego do­mem. Nie­ru­cho­mo, jak po­są­gi. W iden­tycz­nych po­zy­cjach, wy­pro­sto­wa­ni, ze spusz­czo­ny­mi bez­wład­nie, gru­by­mi jak pnia­ki rę­ka­mi. Dwóch po obu stro­nach efek­tow­ne­go, te­re­no­we­go, czar­ne­go ran­ge ro­ve­ra. W ta­kim miej­scu, że la­tar­nie za nimi unie­moż­li­wia­ły do­strze­że­nie w ca­ło­ści ich twa­rzy, ale Ma­rek i tak ich roz­po­znał. Blon­dyn i bru­net. Wiel­cy. Ci sami, z któ­ry­mi miał przy­jem­ność roz­ma­wiać pod­czas swo­jej nie­daw­nej przy­go­dy na klat­ce scho­do­wej, za­koń­czo­nej wy­pad­kiem. I nie wie­dział, czy do­po­wie­dzia­ła mu to jego wy­obraź­nia, czy też na­praw­dę to doj­rzał, ale dał­by so­bie rękę uciąć, że obaj męż­czyź­ni uśmie­cha­ją się sze­ro­ko i pa­trzą pro­sto w jego okno. Że szcze­rzą się do­kład­nie tak samo jak wte­dy, kie­dy spo­tkał ich ostat­ni raz. I do­sko­na­le wie­dzą, że ich ob­ser­wu­je. Świad­czy­ły o tym kształ­ty ciem­nych kon­tu­rów ich po­licz­ków oraz te małe frag­men­ty twa­rzy, któ­re oświe­tlał blask ulicz­nych lamp.

Ma­rek ze­sztyw­niał. Wy­glą­da­li jak dwa ma­ne­ki­ny i przez cały ten czas nie po­ru­szy­li się o cen­ty­metr. Ostroż­nie od­szedł od okna. Le­d­wo zro­bił krok w stro­nę szaf­ki, w któ­rej trzy­mał pi­sto­let, a po po­ko­ju już roz­no­sił się dźwięk ko­lej­ne­go SMS-a.

Na­wet nie myśl o szu­ka­niu klam­ki.

I na­stęp­ny, tuż po tym, jak od­czy­tał po­przed­nie­go.

Za­pra­sza­my na dół.

Raz jesz­cze pod­szedł do okna. Dwa ol­brzy­my w dal­szym cią­gu się nie po­ru­sza­ły. Ża­den z nich nie trzy­mał też w ręce ko­mór­ki, nie­mniej blon­dyn w koń­cu wy­cią­gnął z kie­sze­ni swo­ją i na­pi­sał jesz­cze jed­ną wia­do­mość:

Masz na wyj­ście mi­nu­tę. Je­że­li do tego cza­su tego nie zro­bisz, to pój­dzie­my tam po cie­bie oso­bi­ście. I przy oka­zji spu­ści­my wpier­dol two­jej ro­dzin­ce, a có­recz­ce jesz­cze do­dat­ko­wo po­tnie­my twarz. Wy­bie­raj, co wo­lisz?

Ma­rek my­ślał go­rącz­ko­wo, ale dzia­ło się to za­le­d­wie przez krót­ki mo­ment.

Wes­tchnął. I od­pi­sał:

Scho­dzę.

Po do­tar­ciu na dół miał już taką gulę w gar­dle, że na­wet nie za­re­je­stro­wał, kie­dy prze­szedł przez ko­ry­tarz lu­ster. Tym ra­zem oby­ło się bez stra­chu. Z sa­lo­nu do­biegł go ser­decz­ny śmiech Iwon­ki po ko­lej­nym gagu w ko­me­dii, któ­rą aku­rat we trój­kę oglą­da­li. Przez chwi­lę roz­wa­żał na­wet, czy nie po­in­for­mo­wać ich, że wy­cho­dzi, ale jesz­cze nie­daw­no, kie­dy wszyst­ko w jego ży­ciu szło jak po ma­śle, ni­g­dy tego nie mó­wił, po pro­stu bez sło­wa opusz­czał dom. Je­że­li miał więc uda­wać, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku, to mu­siał trzy­mać się sta­rych re­guł.

Z dru­giej stro­ny, je­że­li miał­by już ni­g­dy nie wró­cić, to może wy­pa­da­ło­by się cho­ciaż po­że­gnać?

Na­ło­żył buty i pręd­ko wy­szedł na po­dwór­ko. Kie­dy jed­nak zbli­żał się do tych dwóch czar­nych, ogrom­nych ludz­kich po­są­gów, zwol­nił kro­ku. Czę­ścio­wo po to, by nie spra­wiać wra­że­nia zbyt­nio prze­stra­szo­ne­go, a czę­ścio­wo dla­te­go, że po­now­nie po­czuł ból w sto­pie i zwy­czaj­nie nie był w sta­nie szyb­ciej iść.

– Do­bry wie­czór.

– Do­bry wie­czór – za­czął bru­net, a blon­dyn uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej i tra­dy­cyj­nie do­po­wie­dział:

– Za­pra­sza­my. – Otwo­rzył tyl­ne drzwi auta, po czym, ni­czym szo­fer dba­ją­cy o wy­go­dę do­stoj­ne­go go­ścia, za­pro­sił Su­che­go ge­stem do środ­ka. Jak tyl­ko Ma­rek wsiadł, blon­dyn za­mknął za nim drzwi i za­jął miej­sce obok nie­go, pod­czas gdy bru­net usiadł za kie­row­ni­cą. Nie­mal rów­no z mo­men­tem, w któ­rym od­pa­lił sa­mo­chód, na przed­niej szy­bie za­czę­ły po­ja­wiać się pierw­sze kro­ple desz­czu. Oczy­wi­sty zwią­zek przy­czy­no­wo-skut­ko­wy stał się fak­tem. Nie­sa­mo­wi­ty ukrop tego dnia mu­siał się tak wresz­cie skoń­czyć.

Ma­rek mil­czał. Pa­trzył tyl­ko przez okno i, ob­ser­wu­jąc co­raz in­ten­syw­niej le­ją­cy się z nie­ba deszcz, po­pa­dał w trans. Nie my­ślał ab­so­lut­nie o ni­czym. Nie mu­siał na­wet za­sta­na­wiać się, do­kąd go wio­zą, gdyż do­sko­na­le wie­dział gdzie i w ja­kim celu. Dwaj męż­czyź­ni na szczę­ście nie zmu­sza­li go do mó­wie­nia. Nie roz­ma­wia­li na­wet mię­dzy sobą.

Wresz­cie, po oko­ło dzie­się­ciu mi­nu­tach jaz­dy, bru­net za­trzy­mał sa­mo­chód i rzekł:

– Wiel­ki mo­ment w two­im ży­ciu…

– …coś jak stra­ce­nie dzie­wic­twa. Za­pra­sza­my – do­dał blon­dyn i wy­siadł. Ma­rek zaś, za­nim opu­ścił ran­ge ro­ve­ra, jesz­cze przez kil­ka se­kund wpa­try­wał się w żół­ty, ja­skra­wy na­pis, tro­chę znie­kształ­co­ny przez kro­ple desz­czu na szy­bie. Na­pis, któ­re­go w tej sy­tu­acji nie da­ło­by się już po­my­lić z po­dob­nym, w in­nej czę­ści mia­sta.

„Be­er­ma”.

Wstrzy­mał od­dech i otwo­rzył drzwi sa­mo­cho­du.

***

Jak na śro­dek ty­go­dnia, w pu­bie pa­no­wał za­ska­ku­ją­co duży ruch. Gdy tyl­ko Ma­rek prze­kro­czył próg, z miej­sca ude­rzył go gwar i in­ten­syw­ny za­pach piwa. Wszyst­kie sto­ły były za­ję­te. Spoj­rzał po klien­tach. Naj­zwy­klej­si lu­dzie na świe­cie. Ty­po­wi by­wal­cy lo­ka­lu, w któ­rym moż­na miło spę­dzić czas. Śmia­li się, roz­ma­wia­li i bez­tro­sko pili al­ko­hol, za­gry­za­jąc go sło­ny­mi pa­lusz­ka­mi, orzesz­ka­mi i chip­sa­mi. Mło­dzi i star­si. Nie prze­stęp­cy. Po pro­stu uczci­wie pra­cu­ją­cy na co dzień lu­dzie, któ­rym po go­dzi­nach na­le­ża­ło się coś przy­jem­ne­go.

Jak­że bar­dzo im te­raz za­zdro­ścił. Tego nie dało się na­wet opi­sać sło­wa­mi.

Bra­ku pro­ble­mów, bra­ku na­pię­cia, ja­kie mu te­raz to­wa­rzy­szy­ło, bra­ku tej nie­pew­no­ści wy­peł­nia­ją­cej ostat­ni­mi cza­sy każ­dą se­kun­dę jego ży­cia. Bez­cen­ne­go ka­pi­ta­łu tych lu­dzi. Szczę­ścia, z któ­re­go w tym mo­men­cie na­wet nie zda­wa­li so­bie spra­wy i któ­re­go nie da­ło­by się ku­pić za żad­ne pie­nią­dze. On im go za­zdro­ścił. Jak cho­le­ra.

W od­róż­nie­niu od wie­lu in­nych rze­czy na świe­cie, aku­rat tej nie mógł ni­ko­mu ukraść.

Ode­brać? A i ow­szem, ro­bił to prze­cież wie­lo­krot­nie. Sa­me­mu w ten spo­sób wejść w jej po­sia­da­nie? Nie mógł. Ak­tu­al­nie je­dy­nym, co mu po­zo­sta­ło, było pa­trze­nie na nich i bo­le­sna fru­stra­cja. Za­ci­ska­nie pię­ści w bez­sil­nej zło­ści, że w prze­ci­wień­stwie do nie­go, im dane jest być ta­kim zwy­czaj­nym. Prze­cięt­nym. Ni­czym się nie­wy­róż­nia­ją­cym. Z miesz­ka­niem na stan­cji, sta­nem kon­ta nie prze­kra­cza­ją­cym pię­ciu, a nie­jed­no­krot­nie na­wet i czte­rech cyfr, umo­wą śmie­cio­wą i uży­wa­nym sa­mo­cho­dem po czwar­tym wła­ści­cie­lu. Za­zdro­ścił im tych bra­ków, nie­do­bo­ru rze­czy, któ­re sta­no­wi­ły dla nie­go co­dzien­ność i któ­re spra­wia­ły, że byli wol­ni od jego pro­ble­mów. Tej bie­dy.

Za­zdro­ścił im wie­lu rze­czy. Tego bra­ku ka­mie­nia w żo­łąd­ku też.

Zer­k­nął za bar. Wszyst­kie bar­man­ki pra­co­wa­ły. Za wy­jąt­kiem Mar­ty­ny, na­tu­ral­nie. Gdy tyl­ko go zo­ba­czy­ły, jak na sy­gnał od­wró­ci­ły wzrok. Nie z ja­kąś po­gar­dą, wstrę­tem czy bra­kiem sza­cun­ku. Prę­dzej z nie­po­ko­jem. One już od daw­na do­sko­na­le wie­dzia­ły, co się tu­taj dzie­je i mo­gły je­dy­nie uda­wać, że nic się nie sta­ło i po pro­stu od­bęb­nia­ją ko­lej­ny dzień w kie­ra­cie. Przy­naj­mniej przed klien­ta­mi. To, co naj­gor­sze, roz­gry­wa­ło się bo­wiem za za­mknię­ty­mi drzwia­mi, z dala od wścib­skich uszu po­stron­nych.

– Po­wo­dze­nia. – Blon­dyn otwo­rzył przed Mar­kiem drzwi na za­ple­cze, tym ra­zem wcie­la­jąc się w rolę ko­goś w ro­dza­ju ka­mer­dy­ne­ra. W po­miesz­cze­niu pa­no­wał pół­mrok. Oświe­tla­ła je tyl­ko jed­na, nie­zbyt ja­skra­wa lamp­ka na sto­ją­cej przy oknie ko­mo­dzie. Z ra­cji po­ma­rań­czo­we­go ko­lo­ru ścian da­wa­ło to dość oso­bli­wy efekt. Tak czy ina­czej, zło­wiesz­czy. Po­mi­mo sła­bej wi­docz­no­ści, Ma­rek do­strzegł jed­nak po­sta­cie po­tęż­nie zbu­do­wa­nych fa­ce­tów, któ­rzy ni­czym oso­bli­wi straż­ni­cy sta­li pod każ­dą ze ścian, w tym tak­że za biur­kiem.

Biur­kiem, za któ­rym jako je­dy­ny w tym po­ko­ju sie­dział…

– Wi­taj, Mar­ku.

Su­chy nie od­po­wie­dział. Nie za­mie­rzał ba­wić się w sztucz­ne uprzej­mo­ści. Nie miał nic do stra­ce­nia. W tym lo­ka­lu to on w dal­szym cią­gu dzier­żył ty­tuł pana na wło­ściach. Go­spo­da­rza, któ­re­go wy­god­ny fo­tel, pra­wie że pry­wat­ną, oso­bi­stą prze­strzeń, zaj­mo­wał wła­śnie ja­kiś in­truz. Zwró­cił jed­nak uwa­gę, że Sa­mie­le­wicz pod­czas nie­daw­nej, krót­kiej roz­mo­wy z nim od­by­tej na te­le­fo­nach jego dzie­ci nie uży­wał żad­nej apli­ka­cji do zmie­nia­nia gło­su. Jego praw­dzi­wa, sły­sza­na na żywo bar­wa brzmia­ła do­kład­nie tak samo jak tam­ta, któ­rą wte­dy za­re­je­stro­wał. Ni­ska, mru­kli­wa, głę­bo­ka, moc­na i jak­by znu­dzo­na.

Ma­rek nie wi­dział jesz­cze jego twa­rzy. Po­dob­nie jak w przy­pad­ku tych dwóch na par­kin­gu pod do­mem na Goł­dap­skiej, świa­tło lam­py, któ­ra sta­ła tro­chę za Sa­mie­lem, po pra­wej stro­nie, prak­tycz­nie unie­moż­li­wia­ło ja­ki­kol­wiek wgląd w jego fa­cja­tę. Su­chy mógł je­dy­nie stwier­dzić, że męż­czy­zna przy­wdzie­wał czar­ny, mło­dzie­żo­wy ka­pe­lusz i ele­ganc­ką ko­szu­lę tego sa­me­go ko­lo­ru, a tak­że, co bar­dzo kon­tra­sto­wa­ło zwłasz­cza z dwo­ma go­ry­la­mi za nim i mo­gło za­ska­ki­wać, nie dys­po­no­wał zbyt wiel­ką po­stu­rą.

– Spo­cznij. – Sa­mie­le­wicz wska­zał przed sie­bie. Ma­rek do­pie­ro wte­dy zdał so­bie spra­wę, że przed biur­kiem stoi coś jesz­cze. Ta­bo­ret. Nie fo­tel, nie krze­sło, a ta­bo­ret. Ku­chen­ny. Tak mały, że czło­wiek roz­mia­rów Sza­fy naj­pew­niej zgnió­tł­by go tył­kiem jak pusz­kę po coli.

– To nie moje miej­sce. Mój fo­tel jest za biur­kiem – od­parł spo­koj­nie.

– Wy­god­ny. Masz gust.

– Wiem.

– Spo­cznij, pro­szę. – Męż­czy­zna w ka­pe­lu­szu raz jesz­cze wska­zał na ta­bo­ret.

– Nie za­mie­rzam. Po­sto­ję.

– Do­brze – po­wie­dział Sa­miel, po czym zro­bił zgrab­ny, sy­gna­li­zu­ją­cy coś ruch oby­dwie­ma rę­ka­mi. Nim Ma­rek zdą­żył się choć­by od­wró­cić, od tyłu do­pa­dły go dwie pary po­tęż­nych, niedź­wie­dzich łap lu­dzi Sa­mie­le­wi­cza, któ­re siłą do­pro­wa­dzi­ły go do sie­dzi­ska. Nie bro­nił się, zresz­tą i tak wie­dział, że nie ma żad­nych szans. Sta­rał się jed­nak za­cho­wać spo­kój i nie ode­zwał się ani sło­wem. Na­wet po­mi­mo po­ni­że­nia, któ­re raz za ra­zem spo­ty­ka­ło go od mniej wię­cej dwu­dzie­stu mi­nut.

– Dwa razy za­wsze pro­szę po do­bro­ci. A do­pie­ro gdy nie do­sta­ję tego, cze­go chcę, uży­wam siły. To mój znak roz­po­znaw­czy i za­ra­zem pe­wien ukłon w stro­nę roz­mów­cy. Ma wy­bór, w jaki spo­sób woli dać mi to, co i tak prę­dzej czy póź­niej mi da. Uprzej­mie, bez zgrzy­tów, czy jed­nak ina­czej, mniej przy­jem­nie – stwier­dził Grze­gorz.

– Fa­scy­nu­ją­ce. Wi­dzę, że nie­zły z cie­bie fi­lo­zof jest. Bra­ku­je tyl­ko, że­byś chwy­cił w rękę czasz­kę lub jabł­ko i ubrał się w ja­kieś prze­ście­ra­dło.

– Jak się masz? – Sa­miel zi­gno­ro­wał jego za­czep­kę, splótł dło­nie na biur­ku, po czym odro­bi­nę się nad nim po­chy­lił, a Su­chy mógł wresz­cie zo­ba­czyć jego twarz. Za­le­d­wie se­kun­da wy­star­czy­ła, by Ma­rek roz­sze­rzył oczy w szcze­rym zdu­mie­niu.

Grze­gorz Sa­mie­le­wicz miał roz­mach, trze­ba mu to było przy­znać.

Je­że­li na­praw­dę wcze­śniej ze swo­ją buź­ką wy­gry­wał­by ca­stin­gi do fil­mów o zom­bie, tak te­raz spo­koj­nie zro­bił­by ka­rie­rę mo­de­la. Przed Mar­kiem sie­dział wła­śnie co praw­da doj­rza­ły, ale za to nie­sa­mo­wi­cie przy­stoj­ny męż­czy­zna. Mało po­wie­dzia­ne. Jak­by żyw­cem wy­ję­ty z ja­kiejś re­kla­my. Na­wet nie. Lep­szy. Trud­no było oce­nić, czy od­po­wia­da­ło za to sła­be oświe­tle­nie, czy też na­praw­dę miał on tak do­sko­na­łą, nie­ska­zi­tel­ną, ide­al­nie pro­por­cjo­nal­ną twarz. Jak­by wy­re­tu­szo­wa­ną w pro­gra­mie gra­ficz­nym i oczysz­czo­ną z wszel­kich de­fek­tów. Z tą róż­ni­cą, że tu Su­chy nie pa­trzył już na zdję­cie, a na czło­wie­ka z krwi i ko­ści. Sa­mie­le­wicz po­zbył się z twa­rzy na­wet pie­przy­ków!

To wciąż była ma­ska. Ale do­sko­na­ła.

– Bez­czel­ne py­ta­nie. Wi­dzę też, że z cie­bie nie­zły jaj­carz jest, Grze­gorz. Co­raz le­piej cię po­zna­ję – od­po­wie­dział mu Ma­rek i do­dał: – Ład­ny ka­pe­lusz. Pa­su­je ci do mord­ki. Tro­chę pe­dal­ski.

– Je­stem rad, że ci się po­do­ba oraz że mó­wisz o tym w taki spo­sób. Wiesz dla­cze­go?

– Wal.

– Po­nie­waż świad­czy to, że ani tro­chę nie uczysz się na błę­dach. Wciąż mnie lek­ce­wa­żysz. A ja uwiel­biam spra­wiać po­zo­ry w oczach ta­kich jak ty, po­nie­waż od razu sta­wia mnie to w uprzy­wi­le­jo­wa­nej po­zy­cji. I dzię­ki temu zwy­cię­żam. To wła­śnie jest moja ta­jem­ni­ca.

– Pew­ny sie­bie je­steś, ko­leż­ko.

– Naj­waż­niej­sze, że nie aro­ganc­ki, tak jak ty. War­to to od­róż­niać. Choć po­ję­cia te są bar­dzo do sie­bie zbli­żo­ne, ist­nie­je po­mię­dzy nimi wy­raź­na gra­ni­ca.

– Jaka?

– To biur­ko. – Sa­miel wska­zał na sto­ją­cy po­mię­dzy nimi me­bel. – W du­żym uprosz­cze­niu. Zo­bacz, do­kąd za­pro­wa­dzi­ła cię two­ja aro­gan­cja, a do­kąd mnie moja pew­ność sie­bie. I uzy­skasz od­po­wiedź na swo­je py­ta­nie.

– Nie jest po­wie­dzia­ne, że już prze­gra­łem. Tu jesz­cze nic nie jest roz­strzy­gnię­te.

– Tak? W ta­kim ra­zie od­da­ję ci głos i słu­cham. Na czym opie­ra się z ko­lei two­ja pew­ność sieb… par­don. Aro­gan­cja? Ja­kie masz za­ple­cze?

Ma­rek mil­czał.

– Po­wiem ci, na czym na pew­no opie­ra­ła się do tej pory – od­po­wie­dział za nie­go Grze­gorz. Jego twarz była kom­plet­nie nie­ru­cho­ma i po­ru­szał je­dy­nie usta­mi. – Bo mia­łeś swo­ją małą ar­mię kar­ków, dzię­ki któ­rym czu­łeś się pa­nem tego świa­ta. Jak w kor­po­ra­cji. Hie­rar­chia, wy­raź­ny po­rzą­dek, każ­dy wie­dział, co ma ro­bić. Wy­da­wa­łeś po­le­ce­nia, twoi pod­wład­ni wy­ko­ny­wa­li je z lep­szym bądź gor­szym skut­kiem. Tym­cza­sem ja ode­bra­łem ci ich w kil­ka dni. Wszyst­kich, co do jed­ne­go. Po­zo­sta­jąc przy po­rów­na­niu z kor­po­ra­cją, to tak, jak­by wszy­scy pra­cow­ni­cy Pep­si na­gle prze­nie­śli się do Coca Coli, zo­sta­wia­jąc sa­me­mu so­bie je­dy­nie sze­fa wszyst­kich sze­fów. Jak są­dzisz, czy wte­dy Pep­si da­lej funk­cjo­no­wa­ła­by, jak­by nic się nie sta­ło?

– A na czym opie­ra się two­ja pew­ność sie­bie, Grze­gorz? – Ma­rek czuł, że jego ad­wer­sarz na­brał w tym po­je­dyn­ku na in­te­li­gen­cję pew­nej prze­wa­gi. Na­le­ża­ło to jak naj­szyb­ciej zmie­nić.

Sa­miel roz­ło­żył ręce i uka­zał otwar­te dło­nie.

– Ro­zej­rzyj się wo­kół. Jak są­dzisz, dla­cze­go te wszyst­kie bycz­ki, jak tyl­ko mnie po­zna­ły, bła­ga­ły wręcz, by do­łą­czyć do mo­jej gru­py? Prze­cież fi­zycz­nie nie mam z nimi szans. Sta­ra gang­ster­ska szko­ła uczy, że sza­cu­nek zdo­by­wa się de­mon­stra­cją siły. Krót­ko mó­wiąc, spusz­cze­niem ło­mo­tu tej oso­bie, któ­rej trze­ba.

Ma­rek rzu­cił okiem wo­kół. Męż­czyź­ni wciąż ob­ser­wo­wa­li ich dia­log z ka­mien­ny­mi, po­ke­ro­wy­mi twa­rza­mi. Mo­gło to tro­chę dzi­wić, zwa­żyw­szy, że boss wy­ra­ził się o nich bądź co bądź tro­chę lek­ce­wa­żą­co. Ża­den gang­ster tego nie lubi.

– Bo je­steś z nich naj­ład­niej­szy? – za­py­tał kpią­co.

– Za­sta­na­wia­łeś się kie­dy­kol­wiek, dla­cze­go to czło­wiek, a nie sil­niej­sze i znacz­nie groź­niej­sze od nie­go w wal­ce wręcz zwie­rzę­ta pa­nu­ją nad tą pla­ne­tą? Cze­mu my, a nie na przy­kład na­sze lo­kal­ne niedź­wie­dzie po­lar­ne, któ­re mogą wy­rwać nam gło­wę jed­nym ude­rze­niem łapy, albo wie­lo­krot­nie szyb­sze i bar­dziej wy­gim­na­sty­ko­wa­ne od nas dzi­kie koty? – Sa­mie­le­wicz zno­wu zi­gno­ro­wał jego za­czep­ki. Od po­cząt­ku tej roz­mo­wy nie oka­zał ani jed­nej, choć­by śla­do­wej złej emo­cji. Choć­by odro­bin­ki. Być może dla­te­go, że zwy­czaj­nie nie po­tra­fił już po­ru­szać mię­śnia­mi twa­rzy, a może dla­te­go, że i tak tego nie po­trze­bo­wał.

– Nie.

– To przez in­te­lekt. – Sa­miel po­pu­kał się pal­cem w skroń. – To wła­śnie in­te­lekt jest naj­więk­szym atu­tem czło­wie­ka. Roz­wi­ja­jąc go i ćwi­cząc, je­steś w sta­nie za­pa­no­wać nad prak­tycz­nie wszyst­kim na tym świe­cie. Tym bar­dziej nad ta­ki­mi be­stia­mi, jak ci dżen­tel­me­ni obok nas. Każ­dy z nich do­sko­na­le zda­je so­bie spra­wę, że choć fi­zycz­nie mi do tego da­le­ko, to bio­rąc pod uwa­gę ca­ło­kształt, je­stem od nich znacz­nie sil­niej­szy. Spryt­niej­szy. Że za­wsze będę dwa kro­ki przed nimi i bez­błęd­nie prze­wi­dzę wszyst­ko, co za­pla­nu­ją. Zaś ob­ser­wo­wa­nie ję­zy­ka cia­ła umoż­li­wia mi prak­tycz­nie czy­ta­nie w my­ślach da­nej oso­by. Bo cze­go jak cze­go, ale aku­rat tego w za­sa­dzie nie je­steś w sta­nie kon­tro­lo­wać. Mo­żesz pró­bo­wać, ale prę­dzej czy póź­niej i tak za­wsze znaj­dzie się coś, co cię zdra­dzi. Pod­su­mo­wu­jąc, ża­den z nich nie od­wa­żył­by się jak­kol­wiek mi pod­ska­ki­wać, bo do­sko­na­le wie, że skoń­czy­ło­by się to dla nie­go tra­gicz­nie.

– Po­czy­taj mi więc w my­ślach, Grze­gorz. Po­wiedz, co mi te­raz cho­dzi po gło­wie. – Ma­rek po­chy­lił się nad biur­kiem tak ni­sko, że aż pra­wie do­ty­kał go bro­dą. Wle­pił wzrok w męż­czy­znę przed sobą, usil­nie sta­ra­jąc się na­wet nie mru­gnąć.

– To bar­dzo pro­ste. Czu­jesz strach i pró­bu­jesz nie­udol­nie grać od­waż­nia­ka.

– Zła od­po­wiedź, pa­nie ja­sno­wi­dzu. Wca­le nie je­stem ob­sra­ny przed tobą.

– Masz ra­cję. Nie je­steś ob­sra­ny. Nie je­steś na­wet ob­szcza­ny. To nie jest ani dwój­ka, ani je­dyn­ka. To trój­ka. Czy­li je­dyn­ka i dwój­ka na­raz, pół­płyn­ny pro­dukt, efekt naj­gor­sze­go moż­li­we­go ba­ła­ga­nu, jaki tyl­ko może pa­no­wać w two­jej gło­wie.

– Te­raz to ja się cie­szę, że je­steś tak bar­dzo o tym prze­ko­na­ny, bo to ozna­cza, że ty mnie lek­ce­wa­żysz.

– Dla­cze­go zło­ży­łeś ręce na pier­si i scho­wa­łeś obie nogi pod ta­bo­ret? – za­py­tał na­gle Grze­gorz.

Ma­rek spoj­rzał na sie­bie. Rze­czy­wi­ście przy­jął taką po­zy­cję. Zro­bił to ja­kiś czas wcze­śniej, nie­świa­do­mie, uprzed­nio się wy­pro­sto­waw­szy.

– Bo mi tak jest wy­god­nie.

– Przy­ję­cie ta­kiej po­zy­cji na sie­dzi­sku tego ro­dza­ju nie wy­glą­da zbyt na­tu­ral­nie.

– Wy­bacz, ale chy­ba to ja le­piej wiem, czy jest mi wy­god­nie, czy nie.

– Oczy­wi­ście, że wiesz, ale wi­dzisz tyl­ko to, że „jest ci wy­god­nie”, pod­czas gdy ja wi­dzę „dla­cze­go jest ci tak wy­god­nie”. Ty wi­dzisz tyl­ko sku­tek, a ja przy­czy­nę.

– I co to za przy­czy­na? Oświeć mnie.

– Już mó­wi­łem. Strach. Czu­jesz dys­kom­fort, więc przy­ją­łeś taką po­zy­cję, by się go względ­nie po­zbyć. Mó­wisz: „tak mi wy­god­nie”. Ja bym do­dał: „tak ci wy­god­nie w two­im ak­tu­al­nym sta­nie emo­cjo­nal­nym”. Na­tu­ral­nie, że tak. Bo­isz się, a w ten spo­sób stwo­rzy­łeś ze swo­ich rąk coś w ro­dza­ju ba­rie­ry mię­dzy tobą a tym, cze­go się lę­kasz, bo biur­ko to naj­wi­docz­niej za mało. Two­je nogi z ko­lei, a kon­kret­nie two­je sto­py, nie­przy­pad­ko­wo zmie­rza­ją wła­śnie w stro­nę wyj­ścia z tego po­miesz­cze­nia. Jako że nogi to na­rzą­dy miesz­czą­ce się naj­da­lej od na­sze­go mó­zgu, naj­trud­niej jest nam świa­do­mie kon­tro­lo­wać ich od­ru­chy. To coś jak kom­pas wska­zu­ją­cy miej­sce, w któ­rym naj­chęt­niej byś się te­raz zna­lazł. Czy­li z dala ode mnie. Pod­su­mo­wu­jąc, tak, dzię­ki tej po­zy­cji pod­świa­do­mie czu­jesz się bez­piecz­niej. I wy­god­niej. Każ­dy w ta­kiej sy­tu­acji po­czuł­by się le­piej. Masz ra­cję, tak ci wy­god­nie. I ja mam ra­cję, tak ci wy­god­nie, bo się bo­isz.

Ma­rek od razu roz­ło­żył ręce i po­now­nie po­sta­wił sto­py przed sobą.

– Tak le­piej?

– Naj­le­piej. Sam wiesz naj­le­piej, że to uda­wa­nie.

– Do­bra, skończ­my już ten beł­kot i przejdź­my do rze­czy. Po­wiem ci, na czym opie­ram swo­ją pew­ność sie­bie. Sko­ro zro­bi­łeś tak do­bre ro­ze­zna­nie co do mo­jej oso­by, to do­sko­na­le wiesz, że są lu­dzie, któ­rzy mnie chro­nią. Po­tęż­ni lu­dzie. Z kon­tak­ta­mi na ca­łym świe­cie, tak­że w naj­wyż­szych szcze­blach wła­dzy. I mogą o wie­le wię­cej niż ty i two­je klo­ce.

– Tak są­dzisz?

– Ja nie są­dzę, ja to wiem.

– Mam pro­po­zy­cję. Za­dzwoń do nie­go. Tu i te­raz.

Ma­rek drgnął. Już ro­zu­miał, o co cho­dzi­ło Kni­zio­wi. To nie był ogó­rek. Traf­nie prze­wi­dy­wał. Wy­prze­dził tą pro­po­zy­cją co naj­mniej dwie wy­mia­ny zdań, ja­kie Su­chy pla­no­wał przed przej­ściem do tego sed­na.

– A co? I jego prze­ko­na­łeś, by nie od­bie­rał ode mnie te­le­fo­nów?

– Nie, na­wet z nim nie roz­ma­wia­łem. Za­dzwoń.

W po­miesz­cze­niu za­pa­dła głu­cha ci­sza. Swe­go cza­su Ma­rek za­dbał, by do­brze wy­tłu­mio­no je przed od­gło­sa­mi z ze­wnątrz, więc je­dy­ne, co mo­gli usły­szeć wszy­scy obec­ni, to ty­ka­nie sto­ją­ce­go na biur­ku ze­ga­ra i de­li­kat­ny szum pa­da­ją­ce­go desz­czu. Sa­mie­le­wicz roz­siadł się wy­god­nie w fo­te­lu i pa­trzył wy­cze­ku­ją­co na Mar­ka, z prze­chy­lo­ną tro­chę w pra­wo gło­wą, lek­ko znu­dzo­nym wzro­kiem i de­li­kat­nie opusz­czo­ny­mi po­wie­ka­mi.

Su­chy pod­jął de­cy­zję. Do­brze! Sko­ro sza­now­ny pan pro­si!

Z uśmie­chem wy­cią­gnął te­le­fon, od­blo­ko­wał go i wy­brał ten nu­mer. Gdy przy­ło­żył so­bie urzą­dze­nie do ucha, spoj­rzał sie­dzą­ce­mu na­prze­ciw­ko męż­czyź­nie pro­sto w oczy. Po raz ko­lej­ny wy­trzy­mał ten wzrok bez mru­gnię­cia. Sku­pił się na tym tak bar­dzo, że na­wet nie zwró­cił uwa­gi, jak wie­le sy­gna­łów już usły­szał. Nikt nie od­bie­rał. Grze­gorz wy­glą­dał na ko­goś, kogo w żad­nym wy­pad­ku to nie za­sko­czy­ło. Oczy­wi­ście, o ile ze swo­ją no­wiu­teń­ką buź­ką był jesz­cze kie­dy­kol­wiek w sta­nie tak wy­glą­dać.

– Przez ty­dzień le­ża­łeś od­cię­ty od świa­ta, więc w su­mie nie dzi­wię się, żeś ni­cze­go nie­świa­do­my. Mam ci to wy­ja­śnić, czy chcesz po­pró­bo­wać jesz­cze parę razy? Po two­im wy­pad­ku czę­ste uży­wa­nie ko­mór­ki jest ra­czej nie­wska­za­ne.

– Słu­cham cię uważ­nie. – Ma­rek uznał, że nie ma sen­su tra­cić cza­su i scho­wał te­le­fon do kie­sze­ni.

W od­po­wie­dzi Grze­gorz się­gnął do szu­fla­dy w biur­ku i rzu­cił przed Su­che­go dzi­siej­sze wy­da­nie ja­kie­goś ta­blo­idu. Po ca­łym po­miesz­cze­niu roz­niósł się ma­je­sta­tycz­ny huk, zu­peł­nie jak­by w pa­pie­rze ukry­to spo­rej gru­bo­ści ga­łąź. Na pierw­szej stro­nie wid­niał duży ty­tuł:

„Tak skoń­czył Po­lip”.

Po prze­czy­ta­niu na­głów­ka Ma­rek po­czuł, jak jego ser­ce za­czy­na przy­spie­szać. Chwy­cił za ga­ze­tę i po­bież­nie prze­le­ciał wzro­kiem tekst. Z każ­dą li­nij­ką jego oczy roz­sze­rza­ły się tak, jak­by oczo­do­ły na­gle na­by­ły wła­ści­wo­ści roz­cią­ga­nia się.

W naj­więk­szym skró­cie: Po­lip nie żyje, po­peł­nił sa­mo­bój­stwo, to nie była eg­ze­ku­cja ani po­ra­chun­ki, ro­dzi­na wspo­mi­na coś o de­pre­sji.

– Kie­dy ostat­ni raz z nim roz­ma­wia­łeś? – za­py­tał Grze­gorz.

– Dość daw­no. Pierw­sze sły­szę o tej de­pre­sji. Za­cho­wy­wał się zu­peł­nie nor­mal­nie. Nikt z jego lu­dzi też mi nic o niej nie wspo­mi­nał.

– Oczy­wi­ście, że nie wspo­mi­nał, bo ta de­pre­sja to tyl­ko kacz­ka dzien­ni­kar­ska. Po­dej­rze­wam, że tak na­praw­dę na­wet ni­ko­go o nią nie spy­ta­li. Albo – za­milkł na mo­ment – że ten tekst po­wstał na czy­jeś zle­ce­nie.

– Chcesz po­wie­dzieć, że to ty?

Sa­miel po­chy­lił się.

– Po­wiem ci, ale pod jed­nym wa­run­kiem. Nie sprze­dasz mnie psom? – za­py­tał po­waż­nym, przy­sta­ją­cym do jego nie­ru­cho­mej twa­rzy to­nem, ale w rze­czy­wi­sto­ści le­d­wo po­wstrzy­my­wał się od śmie­chu, o czym świad­czy­ły ogni­ki w jego oczach. Ma­rek nie od­po­wie­dział.

– To jest wła­śnie przy­kład cze­goś, na czym opie­ra się moja pew­ność sie­bie, Mar­ku – pod­su­mo­wał.

Su­chy mil­czał. Je­że­li to była praw­da, to jego ostat­nia de­ska ra­tun­ku wła­śnie po­szła się ko­chać.

– Co zro­bi­li­ście z Mar­ty­ną? – za­py­tał znie­nac­ka, nie­za­leż­nie od sie­bie.

– Z Mar­ty­ną? – Sa­miel wy­da­wał się szcze­rze za­sko­czo­ny.

– Z moją bar­man­ką…

– …i ko­chan­ką w jed­nym. Tak, tak, od po­cząt­ku wie­dzia­łem o kim mó­wisz. Moje zdzi­wie­nie wy­ni­ka stąd, że nie wiem, o co ci cho­dzi.

– Co z nią zro­bi­li­ście? – po­wtó­rzył Ma­rek. Tra­cił pa­no­wa­nie nad sobą.

– Nic, dla­cze­go py­tasz?

– Nie rób mi tu z praw­dy kur­wy!

– Przy­się­gam ci, że nic o tym nie wiem. Nic jej nie zro­bi­li­śmy.

– To gdzie ona jest? I skąd wzię­ła się ta ka­łu­ża krwi w jej miesz­ka­niu?

– Nie mam po­ję­cia. Nie mam z tym nic wspól­ne­go. To nie jest py­ta­nie do mnie.

– Łżesz – Su­chy wy­ce­lo­wał w nie­go pal­cem. – Za­bi­łeś ją. Nie­win­ną dziew­czy­nę. Nic ci nie zro­bi­ła.

– Wpro­wadź­my tro­szecz­kę lo­gi­ki w te na­sze roz­wa­ża­nia, Mar­ku, bo z każ­dym ko­lej­nym sło­wem co­raz bar­dziej się po­grą­żasz. Masz ja­kieś nie­na­ru­szal­ne war­to­ści w swo­im ży­ciu? Czy zmie­niasz po­glą­dy ni­czym pol­ski po­li­tyk w za­leż­no­ści, od któ­rej stro­ny za­wie­je wiatr elek­to­ra­tu?

– Mam swo­je za­sa­dy. Sztyw­ne, nie­zmien­ne.

– Tak? Dla­cze­go w ta­kim ra­zie kry­ty­ku­jesz mnie za to, że rze­ko­mo bru­tal­nie roz­pra­wi­łem się z two­ją za­baw­ką, sko­ro ty ro­bisz do­kład­nie to samo od da­wien daw­na? Z tą róż­ni­cą, że w two­im wy­pad­ku z każ­dym czło­wie­kiem, któ­ry tyl­ko może przy­nieść ci ja­kie­kol­wiek ko­rzy­ści, ale na swo­je nie­szczę­ście nie chce współ­pra­co­wać. To tak­że byli nie­win­ni lu­dzie. Czę­sto tacy, któ­rzy do­szli do swo­je­go ma­jąt­ku cięż­ką, uczci­wą pra­cą z wy­rze­cze­nia­mi.

– Do­bra, za­mknij już piz­dę z ła­ski swo­jej.

– In­ny­mi sło­wy, kry­ty­ku­jesz mnie za to, że ewen­tu­al­nie, pod­kre­ślam, ewen­tu­al­nie zro­bi­łem coś, co sam ro­bisz od lat. To nie jest po­sia­da­nie za­sad, Mar­ku. To hi­po­kry­zja. Na­wet gdy­bym na­praw­dę zro­bił krzyw­dę two­jej la­lu­ni, nie miał­byś pra­wa mnie za to kry­ty­ko­wać. A że jed­nak to ro­bisz, wnio­sek na­su­wa się je­den. Chla­piesz ozo­rem. Nie bie­rzesz od­po­wie­dzial­no­ści za swo­je sło­wa. Nie masz za­sad. Mó­wisz jed­no, a ro­bisz dru­gie.

– Dość!

– Sam za­czą­łeś te­mat. – Sa­miel uśmiech­nął się le­d­wo za­uwa­żal­nie.

– Cze­mu ma słu­żyć ta roz­mo­wa? Cze­go ty ode mnie chcesz, czło­wie­ku? Po co mnie tu ścią­gną­łeś?

– To pro­ste. Chcę po raz dru­gi, pod­kre­ślam, dru­gi za­dać ci to samo py­ta­nie, któ­re swe­go cza­su za­da­li ci Czar­ny i Bia­ły, a na któ­re upar­cie nie chcia­łeś od­po­wie­dzieć.

– Przy­po­mnij mi je, bo ja­koś wy­le­cia­ło mi z gło­wy. Wiesz, mój mózg ostat­nio prze­cho­dził cięż­ki okres – od­parł pro­wo­ka­cyj­nie Ma­rek.

– Ustę­pu­jesz po do­bro­ci czy ustę­pu­jesz pod przy­mu­sem? Szko­da by­ło­by, żeby w Be­er­mie zda­rzy­ła się ja­kaś awan­tu­ra. Albo ma­lut­ki po­ża­rek. Lu­dzie mo­gli­by prze­stać przy­cho­dzić.

– Szan­ta­żu­jesz mnie?

– Daję ci wy­bór. Tak jak każ­de­mu z two­ich lu­dzi. Byli roz­sąd­ni.

– Co je­że­li od­mó­wię?

– Je­że­li od­mó­wisz – za­czął Sa­miel i ce­lo­wo po­prze­dził swo­je dal­sze sło­wa krót­ką pau­zą – zro­bię ci naj­gor­szą rzecz, jaką tyl­ko mógł­bym zro­bić. Na­wet nie je­steś w sta­nie so­bie tego wy­obra­zić. Nie za­bi­ję cię. Nie będę też cię tor­tu­ro­wał. To prze­ży­tek. Zro­bię ci coś o wie­le gor­sze­go.

Ma­rek mil­czał. Cze­kał. Pa­trzył mu w oczy.

– Od­bio­rę ci każ­dą rzecz, któ­ra kie­dy­kol­wiek wy­wo­ła­ła w to­bie uczu­cie szczę­ścia. Każ­dą, co do jed­nej. Na ra­zie za­cznę od tego lo­ka­lu. To za karę, że się sta­wiasz. Poza tym po­do­ba mi się. Ma faj­ną at­mos­fe­rę.

Nim Su­chy zdo­łał co­kol­wiek od­po­wie­dzieć, Grze­gorz do­dał jesz­cze:

– Wy­noś się. Na osta­tecz­ną od­po­wiedź daję ci dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny. Do tego cza­su masz spo­kój. Ani chwi­li dłu­żej.

Mar­ka zno­wu chwy­ci­ły z obu stron dwie pary gru­bych, zwie­rzę­co sil­nych rąk. Zo­stał bły­ska­wicz­nie wy­wle­czo­ny z biu­ra i, na oczach wszyst­kich go­ści Be­er­my, a tak­że wła­snych bar­ma­nek, wy­rzu­co­ny na uli­cę. Stra­cił rów­no­wa­gę i wy­lą­do­wał twa­rzą pro­sto w po­kaź­nej ka­łu­ży. Krztu­sząc się i plu­jąc, dźwi­gnął się na czwo­ra­ka. Prze­szklo­ne drzwi od jego pubu za­mknę­ły się za nim z trza­skiem tak gło­śnym, że prze­bi­ja­ją­cym się na­wet przez od­gło­sy bu­rzy. Zo­ba­czył przez szy­bę, że po­zo­sta­ło przy nich dwóch kar­ków Sa­mie­la. Pil­no­wa­li, by przy­pad­kiem nie wśli­zgnął się do środ­ka ktoś, kto nie był tam zbyt mile wi­dzia­ny.

Anek­sja Be­er­my sta­ła się fak­tem.

BÓL

Kro­ple desz­czu były tak ostre, że za­da­wa­ły mu ból. Już po paru se­kun­dach zro­bił się zu­peł­nie mo­kry. Nie miał przy so­bie ani kurt­ki, ani pa­ra­so­la, a jego po­zo­sta­łe pod do­mem cie­płe, su­che po­rsche wy­da­wa­ło się te­raz nie­moż­li­wym do speł­nie­nia, uto­pij­nym ma­rze­niem. To jed­nak nie ziąb ani prze­mok­nię­cie do su­chej nit­ki bo­la­ło go w tej chwi­li naj­bar­dziej.

Upo­ko­rze­nie. Bez­sil­ność. Fru­stra­cja. Sa­mot­ność. A do tego nie­sprzy­ja­nie losu. Gdy wy­cią­gnął swój smart­fon, oka­za­ło się, że jest roz­ła­do­wa­ny. Mu­siał więc sa­mo­dziel­nie dojść na naj­bliż­szy po­stój tak­só­wek, któ­ry mie­ścił się przy par­ku Kon­sty­tu­cji Trze­cie­go Maja.

Uli­ca Chłod­na, dep­tak, któ­rym się te­raz po­ru­szał, o tej po­rze zu­peł­nie opu­sto­sza­ła i roz­świe­tla­ły ją je­dy­nie ni­skie, ozdob­ne la­tar­nie. Ich sła­by blask wy­da­wał się jak­by tłu­mio­ny przez wszech­obec­ną ciem­ność. Jak­by już le­d­wo żył, do­go­ry­wał i do­słow­nie za mo­ment miał zu­peł­nie znik­nąć.

Ma­rek wzdry­gnął się. Choć dało się od­czuć, że let­nie po­wie­trze jest wciąż re­la­tyw­nie cie­płe, zim­ny deszcz bar­dzo z nim kon­tra­sto­wał. Dzia­łał jak za­nu­rze­nie się w lo­do­wa­tej wo­dzie za­raz po wyj­ściu z sau­ny.

Gdy Su­chy do­szedł do uli­cy Ko­ściusz­ki, przy któ­rej znaj­do­wał się park, był tak zre­zy­gno­wa­ny, że nie miał na­wet siły na ko­lej­ne prze­kleń­stwo. Na po­sto­ju tak­só­wek nie za­stał bo­wiem ani jed­nej. Całe mia­sto przy­po­mi­na­ło o tej po­rze je­den wiel­ki pu­sto­stan. Po ozdob­nym bru­ku uli­cy Ko­ściusz­ki nie je­chał na­wet je­den sa­mo­chód. W za­się­gu wzro­ku próż­no było szu­kać choć­by jed­ne­go pie­sze­go, któ­re­go Ma­rek mógł­by po­pro­sić o sko­rzy­sta­nie z ko­mór­ki. Wło­żył więc zzięb­nię­te dło­nie pod pa­chy i pod­jął je­dy­ną słusz­ną de­cy­zję o po­wro­cie do domu pie­cho­tą. Chcąc na siłę do­szu­ki­wać się po­zy­ty­wów sy­tu­acji, w któ­rej się zna­lazł: przy­naj­mniej zy­ski­wał tro­chę cza­su na prze­my­śle­nie wszyst­kie­go na spo­koj­nie. Tyl­ko gdy­by nie ten cho­ler­ny, na­si­la­ją­cy się ból pra­wej sto­py.

Ech.

…boli…

Za­trzy­mał się i uważ­nie ro­zej­rzał. W swo­jej wę­drów­ce do­tarł wła­śnie do urzę­du mia­sta. Nie po­tra­fił stwier­dzić, czy nie spo­tkał go wła­śnie ja­kiś dziw­ny słu­cho­wy omam, ale dał­by gło­wę, że przed chwi­lą dość wy­raź­nie usły­szał to sło­wo. Nie­moż­li­we, bio­rąc pod uwa­gę, że w po­bli­żu próż­no było szu­kać ko­go­kol­wiek oprócz nie­go.

Pod­jął marsz.

Po­my­ślał o Po­li­pie. Choć Sa­miel wła­ści­wie nie przy­znał mu się do ni­cze­go kon­kret­ne­go, Ma­rek nie wąt­pił, że to on zle­cił mor­der­stwo war­szaw­skie­go bos­sa. Nie wie­rzył w dzien­ni­kar­skie bzdu­ry o sa­mo­bój­stwie. Grzesz­nik za­bił. Su­chy był tego pe­wien tak samo jak tego, że Ma­rię Su­choc­ką wła­śnie te­raz coś boli.

…o Jezu, jak boli…

Zno­wu się za­trzy­mał. Tym ra­zem słuch go nie my­lił i za­re­je­stro­wał te sło­wa wy­raź­niej niż po­przed­nio. Zno­wu się ro­zej­rzał, by na ko­niec spoj­rzeć za sie­bie. Po­dob­nie jak w przy­pad­ku Chłod­nej, ja­sność świa­teł la­tar­ni przy uli­cy Ko­ściusz­ki po­zo­sta­wia­ła wie­le do ży­cze­nia. Przez nie­sa­mo­wi­cie gę­stą ścia­nę wody Ma­rek nie mógł tego stwier­dzić z całą pew­no­ścią, ale w pew­nym mo­men­cie wy­da­ło mu się, że doj­rzał w od­da­li czy­jąś roz­my­tą syl­wet­kę. Jej wła­ści­ciel, zda­je się, po­dą­żał w tym sa­mym kie­run­ku co on.

Nie­waż­ne.

Wró­cił do swo­ich roz­my­ślań.

Śmierć Po­li­pa brzmia­ła z jed­nej stro­ny na złą, a z dru­giej na do­brą wia­do­mość. Złą, po­nie­waż zgi­nął ktoś, kto roz­ta­czał nad Su­chym pa­ra­sol ochron­ny. Do­brą, bo Ma­rek nie mu­siał już od­pa­lać bos­so­wi doli z krę­ce­nia lo­dów. Nie mu­siał się dzie­lić z ni­kim, przy­naj­mniej do mo­men­tu, w któ­rym upo­mni się o to ktoś, kto obej­mie prze­stęp­czy tron w Pol­sce. Ta ga­łąź go­spo­dar­ki nie uzna­wa­ła bez­kró­le­wia.

Na­gle do­znał olśnie­nia.

Sa­mie­le­wicz nie za­da­wał­by so­bie tyle tru­du, by za­bi­jać naj­po­tęż­niej­sze­go pol­skie­go gang­ste­ra po to, by do­wa­lić Su­che­mu. Za dużo za­cho­du. Tym sa­mym od­niósł je­dy­nie do­dat­ko­wą ko­rzyść. Tak na­praw­dę cho­dzi­ło tu o coś zu­peł­nie in­ne­go. Na to wy­glą­da­ło.

On chce stwo­rzyć w Su­wał­kach nowy Prusz­ków! I to kto wie, może nie tyl­ko w ska­li kra­jo­wej. Dla­cze­go nie pójść za cio­sem i nie za­gar­nąć od razu Ob­wo­du Ka­li­nin­gradz­kie­go, Li­twy i przy­naj­mniej czę­ści Bia­ło­ru­si? Su­wał­ki, jako cen­tral­na baza do­wo­dze­nia taką fir­mą, nada­wa­ły się do tego jak zna­lazł. Gdy­by mu się uda­ło, stwo­rzył­by jed­ną z naj­pręż­niej dzia­ła­ją­cych grup współ­cze­snej Eu­ro­py. I ta­plał­by się w for­sie jak mało kto.

…zim­no mi…

Ude­rzył pio­run, a Ma­rek aż pod­sko­czył. Zno­wu się od­wró­cił. Wzrok go nie my­lił, na pew­no ktoś za nim szedł. Przez gę­sty deszcz wciąż nie wi­dział tej po­sta­ci do koń­ca wy­raź­nie, ale zbli­ża­ła się do nie­go. Na sto pro­cent. I to ona wy­po­wia­da­ła sło­wa, któ­re od cza­su do cza­su do­cie­ra­ły do jego uszu.

Wtem zdał so­bie spra­wę z tego, co wi­dzi. Prze­mok­nię­te wło­sy i tak sta­nę­ły mu dęba. Tuż za ple­ca­mi tego ko­goś, ni­czym w ja­kiejś pod­wod­nej cze­lu­ści, pa­no­wa­ła nie­prze­nik­nio­na ciem­ność. I nie cho­dzi­ło tu wca­le o to, że gę­stość desz­czu unie­moż­li­wia­ła zo­ba­cze­nie la­tar­ni. Nie, wy­glą­da­ło to tak, jak­by ta­jem­ni­czy osob­nik wy­zna­czał prze­su­wa­ją­cą się gra­ni­cę mię­dzy ja­sno­ścią a mro­kiem, cze­go po­twier­dze­nie Ma­rek otrzy­mał jak na tacy. Na jego oczach, le­d­wo mi­nię­ta przez kro­czą­cą za nim po­stać, zga­sła ko­lej­na la­tar­nia. Za nią nie moż­na było zo­ba­czyć już ab­so­lut­nie nic.

La­wi­na ciem­no­ści. Fala. Ni­czym prze­raź­li­wie gę­sta, prą­ca na­przód chmu­ra smo­gu. Przed nią ten ktoś.

A może coś?

Czerń zbli­ża­ła się do Mar­ka z każ­dym kro­kiem nie­na­tu­ral­nie szczu­płej po­sta­ci. Ten ele­ment wy­glą­du osob­ni­ka sta­no­wił je­dy­ną rzecz, któ­rą moż­na było na jego te­mat stwier­dzić z całą pew­no­ścią, po­nie­waż sła­be świa­tło nie uła­twia­ło za­da­nia. Trud­no było roz­strzy­gnąć, czy to męż­czy­zna, czy też ko­bie­ta. To coś szło na dwóch no­gach, nie­co chwiej­nym, ale dość szyb­kim. Szyb­szym niż Ma­rek, tym bar­dziej, że wciąż do­ku­czał mu ból sto­py.

Na­gle Su­chy po­czuł nie­po­kój.

Zdał so­bie spra­wę, że im bar­dziej po­stać się do nie­go zbli­ża­ła, tym bar­dziej w jego gło­wie na­ra­stał ten zna­ny ze szpi­ta­la wy­so­ki szum po­łą­czo­ny z pi­skiem. Co gor­sza, w prze­ci­wień­stwie do ostat­nie­go razu, te­raz obu tym dźwię­kom to­wa­rzy­szył strasz­ny, po­więk­sza­ją­cy się mi­gre­no­wy ucisk we­wnątrz czasz­ki.

Ma­rek od­wró­cił się z po­wro­tem w kie­run­ku swo­jej wę­drów­ki i ru­szył jak naj­szyb­szym kro­kiem przed sie­bie. Z ja­kie­goś po­wo­du czuł, że pod żad­nym po­zo­rem nie po­wi­nien do­pu­ścić, by to coś za nim go do­go­ni­ło.

Boli, boli. O Jezu, jak boli!

Ból, szum i pisk sta­wa­ły się co­raz in­ten­syw­niej­sze i przez nie, po­dob­nie jak w przy­pad­ku ze sta­rym Ro­dzie­wi­czem, Su­chy za­czy­nał co­raz mniej wy­raź­nie wi­dzieć. Świat wo­kół pul­so­wał w ide­al­nej syn­chro­ni­za­cji z ude­rze­nia­mi w jego gło­wie. Przez nie­ostroż­ność w sta­wia­niu ko­lej­nych, szyb­kich kro­ków, Ma­rek nie­spo­dzie­wa­nie po­tknął się i upadł na mo­kry chod­nik. Nie od­wa­żył się jed­nak raz jesz­cze spoj­rzeć za sie­bie. Wstał i czym prę­dzej pod­jął marsz. Od­dy­chał głę­bo­ko i krzy­wił się, gdyż sto­pa od­ma­wia­ła mu po­słu­szeń­stwa.

Zim­no… Zim­no mi, o Jezu, jak mi zim­no.

Sły­szał kro­ki tego cze­goś za sobą. Sły­szał sło­wa. Mógł też stwier­dzić nie­co wię­cej o bar­wie tego gło­su. Brzmiał jak ko­bie­cy, ale Ma­rek czuł, że to coś na pew­no nie jest ko­bie­tą. Męż­czy­zną by­naj­mniej też nie. Czuł, że to coś jest nie z tej rze­czy­wi­sto­ści. Utwier­dza­ły go w tym prze­ko­na­niu nie­cich­ną­ce pstryk­nię­cia za ple­ca­mi, od­po­wia­da­ją­ce ko­lej­nym ga­sną­cym la­tar­niom. Wszyst­ko to – sło­wa, kro­ki, pyk­nię­cia i ciem­ność – zbli­ża­ło się do nie­go w za­trwa­ża­ją­cym tem­pie.

No i ten strach. Na­ra­sta­ją­ce w nim prze­ra­że­nie, któ­re­go już ani tro­chę nie kon­tro­lo­wał.

W koń­cu pod­dał się. Wy­czer­pa­nie i lęk wy­ssa­ły z nie­go reszt­ki sił. W do­dat­ku, jako że zwy­czaj­nie nie był w sta­nie da­lej iść, mu­siał dać od­po­cząć sto­pie. Do tego ogar­nę­ły go mdło­ści po­łą­czo­ne z za­wro­ta­mi gło­wy od ha­ła­sów i bólu we­wnątrz czasz­ki.

Za­trzy­mał się. Ale wciąż nie śmiał się od­wró­cić.

Pstryk.

Pstryk.

Pstryk. Ostat­ni.

Na­stęp­na la­tar­nia umiej­sco­wio­na była już za­le­d­wie ka­wa­łe­czek przed nim.

Wziął głę­bo­ki od­dech i ob­ró­cił się.

Po raz pierw­szy w ży­ciu wi­dział coś ta­kie­go. Ścia­nę gę­stej jak atra­ment ciem­no­ści prze­mie­sza­ną ze ścia­ną wody. Obie tak nie­prze­nik­nio­ne i mrocz­ne, że nie po­tra­fił w nich do­strzec na­wet tej kro­czą­cej za nim po­sta­ci, któ­ra znaj­do­wa­ła się te­raz mniej wię­cej kil­ka me­trów od nie­go. Wie­dział, że tam jest i tak­że się za­trzy­ma­ła. O jej obec­no­ści świad­czy­ły trzy nie­za­wod­ne symp­to­my.

Cho­ler­ny szum, pie­przo­ny pisk i ten okrop­ny, ma­ka­brycz­ny ból.

Gdy to się wy­da­rzy­ło, nie zdą­żył w ża­den spo­sób za­re­ago­wać. Po­stać zro­bi­ła kil­ka bły­ska­wicz­nych kro­ków w jego stro­nę i chwy­ci­ła go zde­for­mo­wa­ny­mi, si­ny­mi dłoń­mi za po­licz­ki. Spoj­rzał na jej znie­kształ­co­ną, po­kry­tą po­je­dyn­czy­mi kęp­ka­mi dłu­gich wło­sów gło­wę, przy­po­mi­na­ją­cą po­łą­cze­nie Gol­lu­ma ze zma­sa­kro­wa­nym tru­pem po­zba­wio­nym nosa. Wrza­snął i od­sko­czył do tyłu, lą­du­jąc po­ślad­ka­mi w ko­lej­nej ka­łu­ży.

– Boli mnie! Tak bar­dzo mnie boli! Nie chcę już żyć! Bła­gam – za­ję­cza­ła ża­ło­śnie po­czwa­ra, stop­nio­wo się do nie­go zbli­ża­jąc. Pró­bo­wał wstać, ale nogi od­ma­wia­ły mu po­słu­szeń­stwa. Je­dy­ne, co mu w tej chwi­li po­zo­sta­ło, to czoł­gać się do tyłu. Pró­bo­wał pa­trzeć na tę po­stać, ale przez nie­prze­sta­ją­ce mu do­ku­czać do­le­gli­wo­ści wciąż nie wi­dział jej ostro, po­dob­nie jak ca­łej resz­ty obiek­tów wo­kół sie­bie. Na pew­no była naga, zgar­bio­na, tru­pio bla­da, prze­raź­li­wie wy­chu­dzo­na, jak ko­bie­ta w ostat­nich, naj­gor­szych sta­diach ano­rek­sji, i mia­ła nie­na­tu­ral­nie dłu­gie koń­czy­ny.

– Tak bar­dzo mi zim­no. Bła­gam. Nie chcę już tego czuć. Mu­szę to skoń­czyć.

– Zo­staw mnie w spo­ko­ju! Nie do­ty­kaj mnie! – krzyk­nął Ma­rek. Prze­mógł się, dźwi­gnął na nogi i naj­szyb­ciej jak tyl­ko mógł, za­czął biec dro­gą wy­zna­cza­ną przez świa­tło do­tych­czas jesz­cze nie­wy­ga­słych la­tar­ni. Nie pa­trzył za sie­bie. Nie my­ślał o ni­czym in­nym, nie my­ślał o bo­lą­cej no­dze. Tyl­ko o tym, by uciec tej isto­cie. By jej nie sły­szeć, by nie czuć jej obec­no­ści za sobą, by nie dać jej się zno­wu do­tknąć. Ani razu.

Za­trzy­mał się do­pie­ro przy ko­ście­le Świę­tych Apo­sto­łów Pio­tra i Paw­ła, któ­ry mie­ścił się na­prze­ciw­ko su­wal­skie­go sta­dio­nu lek­ko­atle­tycz­ne­go. Cięż­ko od­dy­cha­jąc, po­chy­lił się i oparł ręce o uda, pod­czas gdy lo­do­wa­ty deszcz nie­prze­rwa­nie ata­ko­wał jego ple­cy. Gdy do­cho­dził do sie­bie, spoj­rzał spode łba w kie­run­ku, z któ­re­go wła­śnie przy­biegł, ale na szczę­ście la­tar­nie wciąż świe­ci­ły tak, jak po­win­ny. Żad­na z nich nie ga­sła, na­wet te naj­da­lej w za­się­gu wzro­ku. Tro­chę go to uspo­ko­iło. Znaj­do­wał się w za­sa­dzie bar­dzo nie­da­le­ko swo­je­go celu, czy­li cie­płe­go, bez­piecz­ne­go domu i jesz­cze cie­plej­sze­go łóż­ka w jesz­cze bez­piecz­niej­szych ob­ję­ciach żony.

Kie­dy po­czuł się pew­niej, wy­pro­sto­wał się i za­czął iść, tym ra­zem przez par­king pod ko­ścio­łem, pro­sto ku za­czy­na­ją­ce­mu się za nim osie­dlu Hań­cza.

Zro­zu­miał swój błąd mniej wię­cej w po­ło­wie ścież­ki bie­gną­cej przez są­sia­du­ją­cy ze świą­ty­nią cmen­tarz. Nie po­my­ślał o tym, po­nie­waż w pe­wien cho­ry spo­sób przy­zwy­cza­ił się już do ostrze­ga­ją­cych go szu­mu, pi­sku i bólu, któ­re nie usta­ły na­wet, gdy uciekł tam­tej isto­cie. Nie bez po­wo­du wciąż je sły­szał i czuł. Te­raz, kie­dy szedł przez po­grą­żo­ny w kom­plet­nej ciem­no­ści, nie­oświe­tlo­ny choć­by przez zni­cze cmen­tarz, gdzie po­mię­dzy nie­któ­ry­mi gro­ba­mi sta­ły ciem­ne, nie­ru­cho­me ludz­kie syl­wet­ki, już wie­dział dla­cze­go.

Za­ci­snął zęby. Sta­rał się nie oglą­dać na boki. Nie wy­ko­ny­wał gwał­tow­nych ru­chów, tak jak­by mia­ło to spro­wo­ko­wać te po­sta­ci do ata­ku. Wy­pa­try­wał wyj­ścia z cmen­ta­rza, któ­re znaj­do­wa­ło się te­raz ja­kieś dwa­dzie­ścia me­trów przed nim. Li­czył w my­ślach każ­dy dzie­lą­cy go od nie­go krok i być może to wła­śnie dla­te­go dro­ga nie­mi­ło­sier­nie mu się dłu­ży­ła. Na wszel­ki wy­pa­dek szedł bar­dzo wol­no, jak­by li­cząc, że stwo­ry go nie za­uwa­żą, choć i tak wie­dział, że wszyst­kie sku­pia­ją się wła­śnie na nim. Tyl­ko i wy­łącz­nie. Jak wa­ta­ha dra­pież­ni­ków cze­ka­ją­cych na od­po­wied­ni mo­ment, by za­ata­ko­wać swo­ją ofia­rę. Czuł to. Nie miał co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści.

Dzie­sięć, dzie­więć, osiem, sie­dem, sześć, pięć, czte­ry, trzy, dwa, je­den.

Jak tyl­ko prze­kro­czył bra­mę cmen­ta­rza, zno­wu za­czął biec. Nie za­trzy­mał się ani razu do mo­men­tu, gdy bar­dziej spo­co­ny niż mo­kry od desz­czu wbiegł na po­se­sję przy uli­cy Goł­dap­skiej.O AUTORZE

Ar­tur Urba­no­wicz (uro­dzo­ny w 1990) – z wy­kształ­ce­nia ma­te­ma­tyk, z za­wo­du in­for­ma­tyk i wy­kła­dow­ca aka­de­mic­ki, z cha­rak­te­ru cho­ro­bli­wy per­fek­cjo­ni­sta. Smy­kał­kę do wy­my­śla­nia róż­nych hi­sto­rii od­krył w so­bie jesz­cze w dzie­ciń­stwie, co po­skut­ko­wa­ło na­pi­sa­niem pierw­szej po­wie­ści do szu­fla­dy w wie­ku czter­na­stu lat. Za­fa­scy­no­wa­ny ga­tun­kiem hor­ro­ru pod każ­dą po­sta­cią, w swo­ich opo­wie­ściach nie stro­ni jed­nak od wąt­ków oby­cza­jo­wych i skła­nia­ją­cych do głęb­szych prze­my­śleń. Wni­kli­wy ob­ser­wa­tor i słu­chacz. Wy­cho­dząc z za­ło­że­nia, że li­te­ra­tu­ra po­win­na peł­nić funk­cję przede wszyst­kim roz­ryw­ko­wą, w tek­stach sta­wia na lek­kość, ba­wie­nie czy­tel­ni­ka, ma­ni­pu­lo­wa­nie nim i obo­wiąz­ko­we za­sko­cze­nie na koń­cu. Za­de­biu­to­wał sło­wiań­ską po­wie­ścią gro­zy pod ty­tu­łem Ga­łę­zi­ste z fa­bu­łą osa­dzo­ną na jego uko­cha­nej, ro­dzin­nej Su­walsz­czyź­nie. Książ­ka ta zdo­by­ła „Zło­te­go Ko­ście­ja”, zo­sta­ła no­mi­no­wa­na do Na­gro­dy Li­te­rac­kiej im. Wie­sła­wa Ka­za­nec­kie­go, jak rów­nież zna­la­zła się w fi­na­ło­wej czwór­ce wal­czą­cej o Na­gro­dę Pol­skiej Li­te­ra­tu­ry Gro­zy imie­nia Ste­fa­na Gra­biń­skie­go.

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two GMORK Świąt­kow­ska Ryba sp.j.
© Co­py­ri­ght by Ar­tur Urba­no­wicz
Wro­cław 2017

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.
All Ri­ghts Re­se­rved.

Re­dak­cja:
MA­REK GRZY­WACZ

Ko­rek­ta:
DO­MI­NI­KA ŚWIĄT­KOW­SKA
KA­MI­LA ŚWIĄT­KOW­SKA
JU­STY­NA MA­SE­RAK

Skład:
DO­MI­NI­KA ŚWIĄT­KOW­SKA
(ebo­ok) PRZE­MY­SŁAW RYBA

Ilu­stra­cja i pro­jekt okład­ki:
DA­REK KO­CU­REK

Fragment książki

Wy­da­nie I

Żad­na część tej pra­cy nie może być po­wie­la­na i roz­po­wszech­nia­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie i w ja­ki­kol­wiek spo­sób, włącz­nie z fo­to­ko­pio­wa­niem, na­gry­wa­niem na ta­śmy lub przy uży­ciu in­nych sys­te­mów, bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Wy­daw­nic­two Gmork Świąt­kow­ska Ryba Sp.j.
ul. Do­mey­ki 16, 53-209 Wro­cław
tel: 795 626 546
www.gmork.pl
wy­daw­nic­two@gmork.pl
mniej..

BESTSELLERY