Facebook - konwersja
Iść, szedł, poszedł - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Iść, szedł, poszedł - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Tłumacz:
ISBN:
978-83-66512-41-2
Język:
Polski
Data wydania:
24 czerwca 2020
Rozmiar pliku:
1 000 B
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
PROMOCJA
23,50
33,50
Cena w punktach Virtualo:
2350 pkt.

Iść, szedł, poszedł - opis ebooka

Jak znosić upływ czasu, gdy jest się zmuszonym do bezczynności? Jak radzić sobie z utratą tych, których się kochało? Kto przekaże dalej nasze dziedzictwo? Richard, emerytowany profesor, dzięki spotkaniu z uchodźcami na Oranienplatz w Berlinie wpada na pomysł, by szukać odpowiedzi na swe pytania tam, gdzie nikt by ich nie szukał: u młodych ludzi z Afryki, których wyrzuciło na berliński brzeg i którzy od lat skazani są na czekanie. I nagle on, mieszkaniec starej Europy, patrzy na siebie oczami ludzi, którzy być może lepiej od niego wiedzą, kim on, Richard, właściwie jest.

Erpenbeck jest wśród pisarzy swego pokolenia cichą poetką. Siła jej języka kryje się nie w poszczególnych słowach, lecz między zdaniami. „Der Spiegel”

Jeden z najbardziej kreatywnych głosów współczesnej literatury niemieckojęzycznej. „NZZ am Sonntag”

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Może ma przed sobą jeszcze wiele lat, a może tylko kilka. W każdym razie jest tak, że od tej pory Richard nie musi już wstawać punktualnie, by zjawić się rano w instytucie. Teraz po prostu ma czas. Czas na podróże, jak to mówią. Czas na czytanie. Prousta, Dostojewskiego. Czas, by słuchać muzyki. Nie wie, jak długo potrwa, zanim się przyzwyczai do tego, że ma czas. Jego głowa w każdym razie jeszcze pracuje tak jak zawsze. Co pocznie teraz ze swoją głową? Z myślami, które nadal się myślą w jego głowie? W życiu odniósł sukces. No i? W każdym razie to, co ludzie nazywają sukcesem. Jego książki były drukowane, zapraszano go na konferencje, jego wykłady aż do końca cieszyły się dużym zainteresowaniem, studenci czytali jego książki, zaznaczali sobie ważne fragmenty i uczyli się ich do egzaminu na pamięć. Gdzie się podziali ci studenci? Niektórzy są asystentami na uniwersytetach, dwoje czy troje zostało tymczasem profesorami. O innych od dawna nie słyszał. Jeden utrzymuje z nim przyjacielskie kontakty, kilku odzywa się od czasu do czasu.

Tak.

Znad swego biurka widzi jezioro.

Richard robi sobie kawę.

Z filiżanką w ręce idzie do ogrodu i sprawdza, czy krety nie usypały nowych kopczyków ziemi.

Jezioro jest ciche, jak zawsze tego lata.

Richard czeka, ale nie wie na co. Czas to teraz zupełnie inny rodzaj czasu. Nieoczekiwanie. Tak myśli. A potem jeszcze myśli, że oczywiście nie potrafi przestać myśleć. Myślenie to przecież on sam, a jednocześnie to mechanizm, któremu jest podporządkowany. Nawet gdy jest zupełnie sam ze swoją głową, to naturalnie nie może przestać myśleć. Nawet jeśli tak naprawdę nie obchodzi to psa z kulawą nogą, myśli.

Przez krótką chwilę wyobraża sobie, jak jakiś pies pyskiem przewraca kartki w jego rozprawie na temat Pojęcia świata w dziełach Lukrecjusza.

Wchodzi z powrotem do domu.

Zastanawia się, czy dziś nie jest za ciepło na marynarkę. Czy w ogóle potrzebuje jeszcze marynarki, kiedy chodzi sam po domu?

Przed laty, gdy przypadkiem dowiedział się, że jego kochanka go zdradza, nie potrafił sobie poradzić z tym rozczarowaniem inaczej, jak tylko przetwarzając je na pracę. Przez całe miesiące zachowanie kochanki stanowiło przedmiot jego dociekań. Napisał blisko sto stron, by zgłębić wszystko, co doprowadziło do zdrady, także sposób, w jaki młoda kobieta ją urzeczywistniła. W kwestii ich związku ta praca nie doprowadziła do żadnego szczególnego efektu, gdyż kochanka niewiele później definitywnie go rzuciła. Ale przynajmniej dzięki niej przetrwał pierwsze miesiące po odkryciu tej zdrady, podczas których czuł się naprawdę podle. Najlepszym lekarstwem na miłość, wiedział to już wszak Owidiusz, jest praca.

Teraz jednak nie dręczy go czas wypełniony daremną miłością, lecz czas jako taki. Ma on przemijać, ale zarazem trwać. Na krótką chwilę staje mu przed oczami wynędzniały, brudny kundel, który zębami i pazurami rozszarpuje na strzępy książkę zatytułowaną Próba eseju na temat czekania.

Może faktycznie wydziergany na drutach sweter lepiej pasuje do jego obecnej sytuacji niż marynarka. W każdym razie jest wygodniejszy. Teraz, kiedy nie obraca się już codziennie wśród ludzi, nie musi się też właściwie każdego ranka golić. Pozwolić rosnąć temu, co chce rosnąć. Po prostu już się tylko nie opierać. Czyżby to był początek umierania? Rośnięcie jako początek umierania? Nie, to nie może być prawda, myśli.

Mężczyzny, który leży na dnie jeziora, wciąż jeszcze nie znaleźli. Nie było to samobójstwo, utonął podczas kąpieli. Od tego czerwcowego dnia jezioro spoczywa ciche. Dzień w dzień ciche. Ciche w czerwcu, ciche w lipcu. Także teraz, a wkrótce nadejdzie jesień, wciąż jeszcze panuje tam cisza. Żadnych łodzi wiosłowych, żadnych piszczących dzieci, żadnych wędkarzy. Jeśli tego lata ktoś skoczył na główkę z pomostu publicznego kąpieliska, mógł to być tylko jakiś nietutejszy, który nie słyszał o wypadku. Może kiedy wycierał się po kąpieli, zagadnęła go jakaś miejscowa kobieta, która akurat wyprowadzała psa, albo zaczepił rowerzysta, który na chwilę zsiadł z roweru, by zapytać: Pan to chyba nic nie wie? Richard jeszcze nigdy nie poinformował takiej nieświadomej niczego osoby o nieszczęś­ciu, które tu się wydarzyło, bo i po co. Po co psuć dzień komuś, kto chce tylko przyjemnie spędzić czas? W drodze powrotnej znad jeziora wycieczkowicze idą niespiesznie wzdłuż jego płotu w równie beztroskim nastroju, w jakim tu przyjechali.

On jednak, gdy siedzi przy swoim biurku, wciąż ma przed oczami jezioro.

Tego dnia, gdy to się stało, przebywał w mieście. W swoim instytucie, choć była to niedziela. Miał jeszcze wtedy uniwersalny klucz, który tymczasem już oddał. Jeden z tych weekendów, kiedy zaczął po trochu opróżniać swoje biuro. Szuflady, szafy. Gdzieś koło godziny trzynastej czterdzieści pięć. W tym czasie był akurat zajęty zbieraniem książek z regału, z podłogi, z sofy, fotela, małego stolika i pakowaniem ich do kartonów. Dwadzieścia, dwadzieścia pięć książek na dno każdego kartonu, a na to na górę lżejsze rzeczy: manuskrypty, listy, spinacze biurowe, teczki, stare wycinki z gazet. Ołówki, długopisy, gumki do wycierania, waga do listów. W pobliżu, opowiadano sobie, pływały dwie łodzie wiosłowe, ale nikomu z siedzących w nich ludzi nie przyszło do głowy, że właśnie wydarza się tu jakieś nieszczęście. Podobno widzieli, jak mężczyzna wymachiwał ręką, ale myśleli, że się wygłupia. Richard słyszał, że po prostu odpłynęli. Ale kim byli ludzie w łódkach, tego nikt nie wiedział. Podobno jacyś młodzi mężczyźni. Nawet silni, mogliby pomóc. Ale kto dokładnie, tego nikt nie wie. A może się bali, że tonący wciągnie ich za sobą, kto wie.

Jego sekretarka zaproponowała, że pomoże mu się pakować. Wielkie dzięki, ale. Miał niejasne uczucie, że wszystkim, a może zwłaszcza tym, którzy go lubili, bardzo zależało na tym, żeby się go jak najszybciej pozbyć z pola widzenia. Dlatego wolał pakować rzeczy sam, w soboty i niedziele, kiedy w instytucie nikogo nie było. Zauważył, że potrzebuje sporo czasu na wyciąg­nięcie tego wszystkiego, co przez lata leżało na regale albo w którejś z szuflad, część z tego nigdy nieprzeczytana, i decydowanie, czy ma to trafić do niebieskiego worka z makulaturą, na śmieci czy do jednego z kartonów, które chciał zabrać do domu. Mimowolnie zaczynał kartkować jeden czy drugi manuskrypt, a potem, czytając, stał przez kwadrans albo i pół godziny na środku pokoju. Praca jakiegoś studenta na temat jedenastej pieśni Odysei albo praca studentki, w której się kiedyś troszeczkę podkochiwał, o płaszczyznach znaczeniowych w Metamorfozach Owidiusza.

Potem, któregoś dnia na początku sierpnia, zorganizował pożegnalne spotkanie z alkoholem i kilkoma mowami z okazji swego przejścia na emeryturę; sekretarka, niektórzy koledzy i on sam mieli łzy w oczach, ale nikt, także on sam, tak naprawdę nie płakał. Każdy się przecież kiedyś starzeje. Jest kiedyś stary. W poprzednich latach to jemu często przypadało w udziale wygłaszanie mów pożegnalnych, to on nieraz ustalał z sekretarką, ile kanapek, wino czy szampan, sok pomarańczowy czy woda. Teraz zajmie się tym ktoś inny. Wszystko będzie funkcjonowało także bez niego. I to też jest jego zasługą. W ostatnich miesiącach wiele razy musiał wysłuchiwać, jakiego ma godnego następcę, jak szczęśliwy był ten wybór, w którym sam jeszcze miał swój udział, on także chwalił młodego człowieka, jak gdyby to cieszenie się z czegoś, co dopiero nastąpi, dotyczyło też jego samego, bez wahania wymawiał nazwisko swego następcy, które już wkrótce zamiast jego własnego będzie figurowało w nagłówku pism instytutu, od jesieni ten drugi przejmie jego wykłady i będzie realizował plany nauczania, które to on, obecnie emeritus, napisał krótko przed swoim odejściem na czas, który będzie się obywał bez niego.

Odchodzący sam musi zorganizować swoje pożeg­nanie, taki jest zwyczaj, ale dopiero teraz uświadamia sobie, że nigdy wcześniej tak naprawdę nie rozumiał, co to właściwie oznacza. I że nadal tego nie rozumie. Równie trudno jest mu zrozumieć fakt, że jego pożeg­nanie to dla innych jedynie nieistotny element ich codziennego dnia, i tylko dla niego jest to faktyczny koniec. Gdy w ostatnich miesiącach ktoś mu mówił, jak smutno, jaka szkoda, po prostu niewyobrażalne, że wkrótce odejdzie, z trudem mu przychodziło okazywanie wzruszenia, jakiego oczekiwał mówiący te słowa, gdyż ubolewanie osoby, która niby to była taka wstrząśnięta, oznaczało przecież tylko to, że ten smutny, niewyobrażalny fakt, iż on odchodzi – ach jaka szkoda! – już dawno został przez nią zaakceptowany jako coś nieodwracalnego.

Z bufetu zimnych przekąsek, które podano w instytucie z okazji jego pożegnania, oprócz pietruszki zostało tylko parę kanapeczek z łososiem, prawdopodobnie dlatego, że w tym upale niektórzy nie mieli zaufania do ryby. Migotliwe jezioro, które rozpościera się teraz przed nim, zawsze, tak mu się zdaje, wiedziało więcej niż on, dla którego myślenie jest zawodem. Albo nim było? Jezioru jest wszystko jedno, czy rozkłada się w nim ryba czy człowiek.

Następnego dnia po pożegnalnym przyjęciu instytut zamykał się już powoli na lato, jeden z kolegów miał zamiar pojechać tu, inny tam, tylko on nie zaplanował żadnej podróży, dla niego bowiem wybebeszanie zapełnianego przez lata gabinetu teraz właśnie wkroczyło w decydującą fazę.

Dwa tygodnie później półki regału, związane sznurkiem, stały oparte o ścianę, spakowane kartony piętrzyły się za drzwiami, a te parę mebli, które chciał przewieźć do siebie do domu, tworzyło małą kanciastą wysepkę na środku pokoju. Opierała się o nią szczotka ze spłaszczonym włosiem, na parapecie obok zakurzonej koperty leżały nożyczki, pięć dużych worków na śmieci, jeden zapełniony do połowy, stało w kącie, rolka taśmy klejącej poniewierała się po podłodze, w ścianach tkwiły jeszcze gwoździe, na których nie wisiał już żaden obrazek. Na koniec oddał klucz do instytutu.

Teraz tu, w domu, powinien znaleźć odpowiednie miejsce na meble, otworzyć kartony i włączyć wszystko, co w nich jest, do swego prywatnego gospodarstwa. Kość do kości, krew do krwi, tak jakby sklejone było. Tak, tak – Zaklęcia merseburskie. Także to, co nazywa się wykształceniem, to wszystko, co wie i czego się nauczył, od tej chwili jest już tylko jego prywatną własnością. Od wczoraj stoi to w piwnicy i czeka. Ale jak ma wyglądać dzień, który nadawałby się do tego, by zacząć rozpakowywanie? W każdym razie nie tak jak dzisiejszy. Może jutro? Albo później. Jakiś dzień, kiedy nie będzie miał nic innego do roboty. Czy rozpakowywanie w ogóle ma sens, oto jest pytanie. Czy jeszcze ma sens. Gdyby miał dzieci. Albo chociaż siostrzeńców czy bratanice. Ale skoro ich nie ma, to wszystko, co jego żona nazywała zawsze rupieciami, istnieje już tylko dla jego własnej przyjemności. A gdy kiedyś tam jego też już nie będzie – dla niczyjej. Oczywiście jakiś antykwariusz zapewne weźmie książki i na co poniektóre egzemplarze, pierwsze wydanie albo z autografem autora, może jeszcze znajdzie chętnego. Kogoś takiego jak on, kto póki żyje, ma prawo gromadzić rupiecie. I tak bez końca. Ale cała reszta? To wszystko, co tworzy wokół niego pewien system i ma sens tylko tak długo, jak długo on wydeptuje w nim swoje ścieżki, wykonuje określone ruchy, przypomina sobie to i owo – to wszystko rozproszy się na wszystkie strony i zagubi, gdy jego już nie będzie. Mógłby też kiedyś o tym napisać, o tej sile przyciągania, która wiąże rzeczy martwe z żywymi istotami, stwarzając pewne uniwersum. Czy to on jest w nim słońcem? Musi uważać, żeby nie oszaleć, gdy teraz przez całe dnie jest sam i z nikim nie rozmawia.

Ale jednak.

Chłopska szafa, przy której brak jednej listwy, z całą pewnością nie będzie już stała w tym samym gospodarstwie domowym co filiżanka, w której każdego popołudnia robi sobie kawę po turecku, fotel, w którym ogląda telewizję, co wieczór będą przesuwały inne ręce niż te, które będą wyciągać szuflady jego biurka, jego telefon nie będzie miał wspólnego właściciela z nożem, którym kroi cebulę, podobnie jak jego golarka. Wiele z tego, co ceni, co wciąż jeszcze działa całkiem dobrze albo mu się po prostu podoba, zostanie wyrzucone. Między wysypiskiem śmieci, na którym wyląduje na przykład jego stary budzik, a gospodarstwem człowieka, którego stać będzie na jego miśnieński serwis z wzorem cebulowym, będzie istnieć niewidzialna więź wynikająca z faktu, że obie rzeczy należały kiedyś do niego. Tyle że, oczywiście, kiedy on umrze, o tej więzi nikt już nie będzie wiedział. Chyba że taka więź, niezależnie od wszystkiego, trwa po wsze czasy, poniekąd obiektywnie? A jeśli tak, to w jakich jednostkach należałoby ją mierzyć? Jeśli rzeczywiście ten stworzony przez niego sens scala jego gospodarstwo, od szczoteczki do zębów po wiszący na ścianie gotycki krucyfiks, w jakiś wszechświat, to natychmiast pojawia się następne zasadnicze pytanie: Czy sens ma ciężar?

Richard musi naprawdę uważać, żeby nie zwariować. Może nastrój mu się poprawi, gdy wreszcie znajdą tego topielca. Nieszczęśnik miał ponoć okulary do nurkowania. Może to i śmieszne, ale przez całe lato nie widział nikogo, kto by się z tego śmiał, nawet jeśli wiedział o tych okularach. Niedawno na wiejskim święcie, które mimo tej tragedii jednak się odbyło, tyle że bez tańców, słyszał, jak przewodniczący Związku Wędkarskiego powtarzał wielokrotnie: W okularach do nurkowania! W okularach do nurkowania! Jakby akurat ten szczegół w okolicznościach śmierci mężczyzny był najtrudniejszy do zniesienia. I rzeczywiście, wszyscy inni mężczyźni, którzy stali tam z kuf­lami piwa w rękach, przez dłuższą chwilę nic na to nie odpowiadali, patrzyli tylko w milczeniu na pianę w swoich kuflach i kiwali głowami.

On także do końca będzie robił to, co sprawia mu przyjemność. Głową naprzód do piachu. Rozmyślać. Czytać. A gdy jego głowa w którymś momencie odmówi współpracy, to już żadna inna głowa nie będzie wiedziała, co się z nią dzieje. Może potrwać, zanim ciało wypłynie na powierzchnię, powiedziano. I trwa to już blisko trzy miesiące. Może też się zdarzyć, że go nie odnajdą, powiedziano. Bo zaplątało się w wodoros­ty albo zapadło na zawsze w muł, który na dnie jeziora ma ponoć grubość jednego metra. To głębokie jezioro, osiemnaście metrów. Na powierzchni łagodne, ale w istocie otchłań. Od tamtego czasu w bezwietrzne dni każdy z okolicznych mieszkańców, on także, z pewnym wahaniem spogląda na trzciny, z pewnym wahaniem spogląda na lśniącą jak lustro powierzchnię jeziora. Znad swego biurka widzi jezioro. Jest piękne jak każdego poprzedniego lata, ale w tym roku nie ma to żadnego znaczenia. Jak długo topielec nie zostanie odnaleziony i zabrany stąd, jezioro należy do niego. Przez całe, już długie lato – a wkrótce będzie jesień – jezioro należy do kogoś, kto jest martwy.2

W pewien czwartek pod koniec sierpnia przed ceglanym Czerwonym Ratuszem w Berlinie zbiera się dziesięciu mężczyzn. Postanowili, jak mówią ludzie, przestać jeść. Trzy dni później postanawiają także nic nie pić. Mają czarną skórę. Mówią po angielsku, francusku, włosku. I jeszcze w kilku innych językach, których nikt tutaj nie zna. Czego chcą ci mężczyźni? Chcą pracy. I chcą mieć możliwość utrzymać się z tej pracy. Chcą zostać w Niemczech. Kim jesteście, pyta ich policja i sprowadzeni urzędnicy Senatu, czyli władz miasta i landu Berlin. Nie powiemy, odpowiadają mężczyźni. Ale musicie to powiedzieć, mówią ci drudzy, inaczej nie wiemy, czy podlegacie naszemu prawu i czy wolno wam tu zostać i pracować. Nie powiemy, kim jesteśmy, mówią mężczyźni. A czy wy, będąc na naszym miejscu, przyjęlibyście gościa, którego nie znacie, pytają drudzy. Mężczyźni milczą. Musimy sprawdzić, czy naprawdę jesteście w potrzebie, mówią drudzy. Mężczyźni milczą. Może jesteście przestępcami, musimy to sprawdzić. Mężczyźni milczą. Albo po prostu pasożytami. Mężczyźni milczą. Sami nie mamy za dużo, mówią drudzy. Tutaj obowiązują pewne reguły, mówią, musicie się do nich stosować, jeśli chcecie tu zostać. A na koniec mówią: Nie możecie nas szantażować. Ale ludzie o czarnej skórze nie chcą wyjawić, kim są. Nie jedzą, nie piją, nie mówią, kim są. Po prostu są. Milczenie mężczyzn, którzy wolą umrzeć niż podać swe nazwiska, i czekanie tych drugich na odpowiedzi na wszystkie te pytania łączą się w jedną wielką ciszę na samym środku Alexanderplatz w Berlinie. Ta cisza nie ma nic wspólnego z tym, że na Alexanderplatz wskutek ulicznego gwaru i prac przy wykopie pod nową stację metra zawsze jest bardzo głośno.

Dlaczego więc Richard, który po południu przechodzi obok czarnych i białych, siedzących i stojących mężczyzn, nie może usłyszeć tej ciszy?

Myśli o Rzeszowie.

Jeden z jego przyjaciół, archeolog, opowiadał mu o znaleziskach podczas prac na Alexanderplatz i zaprosił go, by obejrzał miejsce wykopów. Teraz przecież ma czas, a w jeziorze i tak nie może pływać, z powodu tamtego mężczyzny. Kiedyś wokół Czerwonego Ratusza biegły rozległe piwnice, opowiadał mu przyjaciel. Podziemne hale, w których w średniowieczu znajdowało się targowisko. Ludzie, czekając na rozprawę, na umówione spotkanie, na decyzję w sprawie, robili tam zakupy, w zasadzie nie inaczej niż dziś. Handlowano w tych katakumbach rybami, serem i winem, wszystkim, co w chłodzie przechowuje się lepiej.

Tak jak w Rzeszowie.

W latach sześćdziesiątych, jako student, Richard siadywał niekiedy między dwoma wykładami na brzegu fontanny Neptuna, z podciągniętymi nogawkami spodni, ze stopami zanurzonymi w wodzie, z książką na kolanach. Już wtedy pod ziemią rozciągały się te wydrążone przestrzenie, ledwie parę metrów poniżej jego stóp, a on nic o tym nie wiedział.

Kilka lat wcześniej, gdy jego żona jeszcze żyła, zwiedzali kiedyś podczas urlopu niewielkie polskie miasto Rzeszów, które w średniowieczu całe było podkopane tunelami. Jak drugie miasto, ukryte przed nieuważnym wzrokiem, wyrósł pod ziemią ten labirynt, jak lustrzane odbicie domów widocznych na powierzchni. Każda kamienica miała przez własną piwnicę dostęp do oświetlonego łuczywami publicznego targowiska. A gdy na górze toczyła się wojna, mieszkańcy miasta kryli się na dole. Później, w czasach nazizmu – Żydzi. Dopiero naziści wpadli na pomysł, by wpuścić do korytarzy gaz.

Rzeszów.

Zasypane hale pod Czerwonym Ratuszem pozostały jednak ukryte nawet przed nazistami. W ostatnich dniach drugiej wojny zalali oni jedynie tunele berlińskiego metra. Zapewne po to, by utopić własny naród, który schronił się tam przed nalotami aliantów. Lepiej się pochorować niż komuś podarować.

Czy któryś z mężczyzn przypadkiem jeszcze nie zasłabł? – pyta jakaś młoda kobieta z mikrofonem w ręce, za nią stoi barczysty dryblas z kamerą na ramieniu. Nie, mówi jeden z policjantów. Czy są sztucznie odżywiani? Jak na razie jeszcze nie, odpowiada policjant, widzi pani przecież. Czy kogoś odwieziono już do szpitala? Wczoraj jednego, tak mi się zdaje, mówi inny mundurowy, ale to było przed moją zmianą. Mógłby mi pan powiedzieć, do którego? Nie, nie wolno nam udzielać takich informacji. No to nie uda mi się zrobić mojej story. Taa, mówi pierwszy, niestety nic nie możemy poradzić. Rozumie pan, mówi młoda kobieta, kiedy nic się nie dzieje, to nie mam z czego zrobić story. Tak-tak, rozumiem. I później nikt tego ode mnie nie zechce wziąć. Na to ten drugi: Może dziś coś się jeszcze wydarzy, może jakoś wieczorem. Kobieta: Mam jeszcze maksymalnie godzinę. Potem jeszcze montaż. Mamy deadline. Rozumiem, mówi mundurowy i szczerzy zęby w uśmiechu.

Także dwie godziny później w drodze powrotnej na dworzec Richard nie patrzy w stronę ratusza, patrzy w lewo, na fontanny, widzi usytuowane schodkowo baseny, które prowadzą w górę ku cokołowi wieży telewizyjnej. Zbudowane w czasach socjalizmu, każdego lata pełne przelewającej się wody, ryzykowna przygoda dla szczęśliwej dzieciarni, która balansowała pośrodku na przebiegających w poprzek kładkach, naokoło roześmiani, dumni rodzice, i wszyscy, tak dzieci, jak i rodzice, co jakiś czas zadzierali głowy ku srebrzystej kuli wieży z upajającym zawrotem głowy: Zawali się! Zawali się na nas! Trzysta sześćdziesiąt pięć metrów do najwyższego czubka, dni całego jednego roku wymierzone w metrach, mówi ojciec, i nie, wcale się nie zawali, to tylko tak wygląda, mówi matka do chlapiących się dzieci. Ojciec opowiada dzieciom, ale tylko, jeśli chcą słuchać, historię pewnego budowniczego wieży: W trakcie montażu samego jej szczytu podobno spadł, ale właśnie dlatego, że wieża jest taka wysoka, upadek budowlańca trwał bardzo długo, a podczas gdy robotnik spadał, mieszkańcom okolicznych domów udało się zdobyć gdzieś szybko materace, cały stos materaców, a on spadał i spadał, no i sterta materaców była gotowa akurat w momencie, gdy robotnik po swym długim locie dotarł na dół, wylądował na niej miękko – jak księżniczka na ziarnku grochu! – i nie odniósłszy żadnych obrażeń, znów stanął na nogi. Dzieci się cieszą z cudownego ocalenia robotnika, ale teraz chcą się dalej bawić. Przy fontannach na Alexanderplatz w Berlinie ludzkość każdego lata była już taka szczęśliwa i zadowolona, jak, ogólnie rzecz biorąc, zgodnie z obietnicami miała być dopiero w przyszłości, w tym dalekim, absolutnie szczęśliwym czasie, nazywanym komunizmem, który kiedyś nadejdzie dla wszystkich ludzi zgodnie z przebiegającym schodkowo postępem, aż ku porywającym, niemal nieprawdopodobnym wyżynom, za jakieś sto, dwieście, najpóźniej trzysta lat.

Wbrew oczekiwaniom zleceniodawca fontann, państwo ludowe, po czterdziestu latach jednak niespodziewanie znikł z powierzchni ziemi, a wraz z państwem znikła również przynależna do niego przyszłość, tylko usytuowane schodkowo fontanny dalej tryskały wodą, i nadal każdego lata tryskają na porywającą, wręcz niewiarygodną wysokość, a rozdokazywane, szczęśliwe dzieciaki dalej balansują między nimi, podziwiane przez swych roześmianych, dumnych rodziców. Co właściwie opowiada taki obraz, któremu zapodziała się gdzieś opowieść? Co dzisiaj reklamują ci szczęśliwi ludzie? Czy czas stanął w miejscu? Czy dziś jakieś życzenia pozostają jeszcze niespełnione?

Do mężczyzn, którzy wolą umrzeć niż wyjawić, kim są, dołączają sympatycy. Młoda dziewczyna przysiadła się po turecku do jednego z czarnoskórych, rozmawia z nim po cichu, co jakiś czas kiwa głową, skręcając sobie przy tym papierosa. Jakiś młody człowiek dyskutuje z policjantami, oni tu przecież wcale nie mieszkają, mówi akurat młody człowiek, a policjant mówi, że to nie byłoby przecież dozwolone, no właśnie, mówi młody człowiek. Czarni mężczyźni leżą albo siedzą w kucki na ziemi, niektórzy rozłożyli śpiwory, inni koce, inni znowu nic. Stolik kempingowy ustawili jako podpórkę. Oparta o niego tablica to duża, pomalowana na biało tektura, na której czarnymi literami napisane jest: We become visible. Poniżej ktoś zielonym mazakiem, mniejszymi literami, dopisał tłumaczenie: Stajemy się widoczni. Może ten młody człowiek albo dziewczyna. Gdyby czarnoskórzy mężczyźni unieśli w tym momencie wzrok, to zdążyliby jeszcze dostrzec plecy Richarda, który właśnie ich mija: Jakiś trzymający się prosto pan, który zmierza tędy w stronę dworca, mimo upału ma na sobie marynarkę, a teraz znika wśród innych ludzi, z których jedni bardzo się spieszą i doskonale wiedzą, dokąd zdążają, a inni tylko się snują z planem miasta w ręce, chcą obejrzeć Alex, centrum tej części Berlina, która tak długo nazywała się strefą rosyjską, jeszcze dziś wielu mówi o niej żartobliwie strefa wschodnia. Gdyby milczący mężczyźni unieśli wzrok, to piętro wyżej nad nimi, w tle tego ludzkiego mrowia, ujrzeliby okna centrum fitness, które znajduje się bezpośrednio przy cokole wieży, pod sfałdowanym śmiało dachem. Zobaczyliby za szybami ludzi ćwiczących na rowerach, i innych, poruszających się na bieżni, ujrzeliby, jak ci ludzie godzina za godziną najeżdżają lub wbiegają na ogromne okna, jak gdyby możliwie najszybciej chcieli dotrzeć tu, do ratusza, do nich, czarnoskórych, albo też do policjantów, żeby wyrazić solidarność z jednymi albo drugimi, a jeśli trzeba, to w drodze do nich nawet rozbić okna, ostatni kawałek lecąc lub skacząc. Ale oczywiście rowery oraz bieżnie są przytwierdzone na stałe do podłogi, a ćwiczący mężczyźni poruszają się w miejscu, a nie do przodu. Możliwe, że trenujący widzą wszystko, co dzieje się na placu, ale na to, żeby – powiedzmy – przeczytać, co jest napisane na tekturowej tabliczce, na pewno są zbyt daleko.
mniej..

BESTSELLERY