Facebook - konwersja
Kanadiana - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Kanadiana - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-8053-737-8
Język:
Polski
Data wydania:
17 czerwca 2020
Rozmiar pliku:
17 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
35,00
Cena w punktach Virtualo:
3500 pkt.

Kanadiana - opis ebooka

Kanadiana – tak Kanadyjczycy nazywają wszystko to, co kanadyjskie: historię, obyczaje oraz fakty, które są częściami składowymi tego niezwykłego kraju. Słowo to używane jest niekiedy w prześmiewczy sposób, gdy chce się opisać, że coś jest tak kanadyjskie, że przekroczyło wszelkie granice zdrowego rozsądku.

Kanada to dla wielu z nas wciąż nieodkryty ląd, nie tylko pod kątem rozległej, dzikiej natury, ale również mieszkańców, którzy tak często myleni są z ich południowymi sąsiadami, a tak bardzo się od nich różnią…

Jak wygląda życie Polki w kraju syropem klonowym płynącym?

Jak przetrwać kanadyjską zimę?

Czy ogon bobra je się na słodko czy słono?

Czym jest Onterrible i gdzie leży Hongcouver?

Jak żyje się w wielkim szklanym mieście, a jak w otoczeniu surowej kanadyjskiej przyrody?

I wreszcie, czego Monika nauczyła się od Kanadyjczyków, uznawanych za jedną z najprzyjaźniejszych nacji na świecie?

Gdy dziewięć lat temu Monika planowała swój roczny pobyt w Kanadzie, nie sądziła, że zostanie w niej do dziś. Teraz, gdy czuje się tam jak u siebie, postanowiła podzielić się swoimi spostrzeżeniami ze wszystkimi, którzy chcą rozpocząć swoją kanadyjską przygodę albo po prostu spędzić tutaj kilka wakacyjnych tygodni.

FRAGMENT KSIĄŻKI

Kanada jest moim domem od 2011 roku. Na początku miała nim być tylko przez rok, ale zbiegi okoliczności i życiowe wybory sprawiły, że zostałam tu znacznie dłużej. To była spontaniczna podróż, której każda kolejna decyzja nadawała nowy kierunek. Wyjazd w pojedynkę, imigracja, poznawanie nowego kraju i próba odnalezienia się w nim – wszystko to zmieniło moje spojrzenie na świat. Dzięki Kanadzie stałam się bardziej otwarta, nabrałam dystansu do siebie i tego, co mnie otacza, oraz zaczęłam odważniej wychodzić ze swojej strefy komfortu.Wstęp

Wstęp

Wszystko rozpoczęło się dzień po moich dwudziestych szóstych urodzinach. Od jakiegoś czasu rozważałam zakup pierwszego mieszkania, ale po kilku spotkaniach z doradcami finansowymi i przejrzeniu ofert kredytów bankowych doszłam do wniosku, że nie jestem jeszcze gotowa, by podpisać pakt z diabłem na kolejnych trzydzieści lat. Stwierdziłam, że skoro nie chcę wchodzić w dorosły etap życia, to może warto zrobić coś zupełnie innego. I tak wpadłam na pomysł, że wyjadę, zrobię sobie roczną przerwę, po angielsku gap year, która od zawsze chodziła mi po głowie. Czułam, że to ostatnia chwila na taką decyzję. Na razie byłam singielką bez zobowiązań, ale powoli pięłam się po szczeblach kariery. Żeby przypadkiem się nie rozmyślić, szybko zabrałam się do działania.

Nie miałam pojęcia, dokąd chcę jechać, wiedziałam jednak, że jeżeli już skakać, to na głęboką wodę. Nie brałam więc pod uwagę krajów europejskich. Zależało mi na dwóch rzeczach – chciałam wyjechać legalnie, tak by móc pracować za granicą, i trafić do kraju anglojęzycznego, by podszkolić język. Na moim radarze pojawiły się Kanada i Australia. Oba kraje wydawały się na tyle odległe, że były warte porzucenia wszystkiego i ruszenia w drogę. Bez problemu znalazłam na ich oficjalnych stronach informacje zachęcające do osiedlenia się i podjęcia pracy. Na kanadyjskich i australijskich witrynach dotyczących imigracji widziałam zdjęcia uśmiechniętych ludzi z całego świata, którzy wyglądali na naprawdę szczęśliwych. Nie zdziwiło mnie to, wiedziałam przecież, że oba państwa są w czołówce krajów na świecie, jeżeli chodzi o jakość i standard życia.

Chińska dzielnica w Toronto.

Wszystko wyglądało optymistycznie do momentu, w którym zaczęłam zgłębiać temat. Okazało się, że owszem, Kanada i Australia są otwarte na nowo przybyłych, ale tak naprawdę większość organizowanych przez nie działań koncentruje się na stałej emigracji, przyciągnięciu do siebie ludzi wykonujących określone zawody, którzy wypełnią braki na tamtejszych rynkach pracy. Wszystko to wiązało się z koniecznością poniesienia przez migrantów dużych nakładów finansowych i diametralną zmianą dotychczasowego życia. „To nie dla mnie”, pomyślałam. Chciałam, żeby mój roczny wyjazd był przygodą, po której zakończeniu wrócę do Polski z bagażem nowych doświadczeń.

Żeby się nie wycofać, o planach wyjazdowych poinformowałam rodziców, którzy początkowo byli zaskoczeni, ale w zasadzie zareagowali entuzjastycznie. Dało mi to jeszcze większą energię do działania. Moim pierwszym wyborem była Australia. Słońce, niekończące się plaże, ciepły klimat bardziej działały na wyobraźnię niż kanadyjska zima. Rozpoczęłam poszukiwania, jednak gdy okazało się, że Australia nie oferuje nic oprócz stałej imigracji i wiz studenckich, ukierunkowałam je na Kanadę. Dowiedziałam się, że niebawem w ambasadzie w Warszawie ma się odbyć spotkanie informacyjne dla tych, którzy chcą zamieszkać w Kraju Klonowego Liścia. W październikowe popołudnie wybrałam się więc na ulicę Piękną. Kiedy zbliżałam się do głównej bramy placówki, przetarłam oczy ze zdumienia. Zobaczyłam kilkadziesiąt osób stojących w długiej kolejce. Grzecznie ustawiłam się na końcu i… czekałam tak jakieś dwie godziny. Gdy miałam już dość i zamierzałam wrócić do domu, nagle coś się ruszyło i zaczęto nas wpuszczać do środka. Przed wejściem każdego legitymowano, a torebki i plecaki sprawdzano wykrywaczem metali. Po przejściu przez stanowisko ochrony skierowano nas do pomieszczenia z mnóstwem krzeseł i dużą kanadyjską flagą. Miła kobieta w średnim wieku zaczęła opowiadać o zawiłym procesie emigracyjnym. Wyjaśniała, jakie warunki trzeba spełniać, ile mieć lat i pieniędzy na koncie, żeby móc zamieszkać w Kanadzie. Po piętnastu minutach wiedziałam, że nie tego szukam. Nie chciałam opuszczać Polski, zamykać za sobą wszystkich drzwi i przenosić całego życia do Kanady. Pragnęłam przeżyć przygodę, liznąć życia za granicą i wrócić do domu. Postanowiłam jednak dotrwać do końca spotkania, bo przyszedł czas na pytania. Pracownica ambasady cierpliwie odpowiadała tym, którzy zamierzali diametralnie zmienić swoją przyszłość i wyjechać na stałe. Zaskoczyła mnie ich determinacja. Ja byłam na zupełnie innym etapie w życiu.

Z ambasady wychodziłam z mieszanymi uczuciami. Byłam nieco rozczarowana, bo to, co zaproponowała mi Kanada, nie było tym, czego szukałam, ale dzięki spotkaniu uświadomiłam sobie, czego chcę, a co zupełnie mnie nie interesuje.

Przy ostatnich drzwiach, niemal przed samym wyjściem z budynku, zobaczyłam plakat z młodymi uśmiechniętymi ludźmi. Wyglądało to jak reklama wakacji w Kanadzie. Zatrzymałam się zaciekawiona i przeczytałam: „International Experience Canada”. Gdy wróciłam do domu, znalazłam w sieci informacje o tym programie. I okazało się, że to właśnie coś dla mnie! Roczny wyjazd do Kanady, podczas którego można legalnie pracować. Program dopiero się rozkręcał i był to jego drugi sezon. W ciągu tygodnia skompletowałam wymagane papiery, wpłaciłam 250 dolarów wpisowego i osobiście zaniosłam wszystko do ambasady. Po trzech tygodniach, w listopadzie, dostałam pozwolenie na roczny wyjazd do Kanady, który miał mi dać możliwość pracy i życia w tym kraju. Skakałam ze szczęścia, ale jednocześnie poczułam strach. Pozwolenie było ważne przez rok.

Choć niewiele wiedziałam o Kanadzie, jednego byłam pewna: nie pojadę tam w zimie. Kilka dni przed końcem 2010 roku kupiłam bilet na maj. Uznałam, że wiosna to dobry moment na zmiany. Miałam niecałe sześć miesięcy, żeby przygotować się do wyjazdu. Wystarczająco dużo, aby pozamykać swoje sprawy w Polsce, a jednocześnie za mało, żeby zdążyć się rozmyślić. I tak ruszył projekt „Kanada”, który całkowicie zmienił moje życie.

Natura, och natura. Majestatyczne Góry Skaliste.

Zaraz po zakupie biletu rzuciłam się w wir przygotowań, planowania i dowiadywania się jak najwięcej o kraju, który przez rok miał być moim domem. Zaczęłam oglądać filmy kanadyjskiego reżysera i aktora Xaviera Dolana, pokazujące życie młodych ludzi z perspektywy francuskojęzycznego i dosyć europejskiego Montrealu w prowincji Quebec. Patrząc na Wyśnione miłości czy Zabiłem swoją matkę, bardziej niż kiedykolwiek przyglądałam się miejscom, które stały się tłem opowiedzianych tam historii. Próbowałam poczuć się ich częścią. Przez to zbudowałam sobie w głowie bardzo europejski obraz Kanady. Czytałam też książki Arkadego Fiedlera, który zachwycał się kanadyjską majestatyczną naturą podczas pierwszej wizyty w tym kraju, w latach trzydziestych XX wieku. Jego mistyczne opisy przyrody sprawiły, że zaczęłam myśleć o Kanadzie jako o idyllicznym miejscu. Słuchałam kanadyjskiej muzyki. Nie, nie Celine Dion czy Garou, których wszyscy kojarzą z tym państwem. Przeszukałam internet i wpadłam na zespoły i piosenkarzy, o których nigdy wcześniej nie słyszałam, np. Tegan i Sarę – siostry z Calgary czy Feist z Nowej Szkocji. Skontaktowałam się też z kuzynką, która mieszkała w Edmonton w Albercie. Wyprowadziła się tam ponad dwadzieścia lat wcześniej, gdy ja miałam zaledwie pięć lat, i od tamtej pory się nie widziałyśmy. Wyjazd do Kanady był więc dla mnie także okazją do odświeżenia kontaktów. Zadzwoniłam do kuzynki i poprosiłam, by opowiedziała mi o miejscu, w którym żyje. Zaprosiła mnie do siebie i obiecała pomóc na początku mojej przygody z tym krajem. I tak obraz Kanady zbudowałam sobie na podstawie czterech źródeł: filmów, książek, muzyki i opisów kuzynki, a każde z nich pokazywało ten kraj nieco inaczej. O tej różnorodności miałam się niedługo przekonać na własnej skórze.

Toronto jest najbardziej wielokulturowym miastem na świecie. Okolice Kensington Market.

Przed wyjazdem musiałam zamknąć wiele spraw w Warszawie, w której mieszkałam, odkąd skończyłam 20 lat. Uznałam, że to idealny moment, żeby spojrzeć uważniej na siedem lat życia „słoika”, z każdym rokiem zbierającego więcej rzeczy, które jakimś cudem nadal mieściły się w wynajmowanej kawalerce na Mokotowie. Wiedziałam, że nie zabiorę wszystkiego ze sobą, dlatego zaczęłam wyprzedawać oraz rozdawać ubrania i książki. Wszystko, co nie znalazło nowych właścicieli albo miało mi się jeszcze przydać po powrocie do Polski, zawiozłam do domu rodzinnego w Wałbrzychu. Tych kilka kartonów nadal czeka na mnie w piwnicy rodziców…

O swoich planach poinformowałam również szefową, by ta miała czas znaleźć kogoś na moje miejsce. Pracowałam w tak zwanym Mordorze, zagłębiu korporacji w okolicach ulicy Domaniewskiej w Warszawie. Byłam accountem w jednej z sieciowych agencji reklamowych. W ostatnim dniu pracy, kiedy przyszedł moment pożegnania, szefowa, moja imienniczka, rzuciła do mnie: „Moniko, jeżeli będziesz potrzebowała pomocy, daj mi znać. Znam kogoś w oddziale naszej agencji w Toronto, nazywa się John i jest tam dyrektorem, zawsze mogę mu wysłać twoje CV i cię zarekomendować”. Byłam wdzięczna za te słowa, choć nie sądziłam, żebym miała skorzystać z tej propozycji. Jechałam przecież do Edmonton, oddalonego od Toronto o trzy tysiące kilometrów…One way ticket

Wylądowałam na lotnisku w Edmonton w prowincji Alberta, gdzie pod dachem mojej kuzynki Beaty planowałam rozpocząć kanadyjską przygodę. Bardzo szybko dowiedziałam się jednak, że plany to jedno, a życie – drugie.

Po drodze do Edmonton postanowiłam zahaczyć o Jamajkę i złapać nieco karaibskiego słońca. Perspektywa wyjazdu do Kanady sprawiła, że zaczęłam myśleć o tym roku jak o wielkiej przygodzie i zdecydowałam się nie tracić ani jednej cennej chwili. Tygodniowy przystanek na Jamajce miał być odpoczynkiem przed wielką kanadyjską niewiadomą. W walizce miałam rzeczy na nadchodzący rok. Letnie, jesienne i zimowe. Kilka książek i album ze zdjęciami pełen wspomnień z ostatnich 27 lat. Mój dobytek na kółkach był tak wypchany, że wyglądał, jakby miał za chwilę eksplodować, a ja nie byłam w stanie go udźwignąć, bo ważył 32 kilogramy, a nie przepisowe 23. Tydzień na Jamajce bardziej przypominał siedzenie na szpilkach niż wakacje. W głowie zaczęłam tworzyć scenariusze kanadyjskiego rozdziału, wprost nie mogłam się doczekać, aż wreszcie się tam znajdę. Po tygodniu na słonecznej wyspie kolejny raz chwyciłam moją monstrualną walizkę i ruszyłam na lotnisko w Montego Bay, skąd miałam lot do Toronto z szybką przesiadką do Edmonton.

Podczas odprawy bagażowej na dusznym i wilgotnym lotnisku w Montego Bay zaczęły się pierwsze problemy. Zapytano mnie, kiedy wylatuję z Kanady i czy mam bilet powrotny. Byłam szczęśliwą posiadaczką biletu w jedną stronę, ponieważ nie miałam pojęcia, kiedy dokładnie wrócę do Polski. Brałam pod uwagę, że za granicą może mi się nie spodobać i spakuję się wcześniej niż po roku. Drżącym głosem odpowiedziałam, że uczestniczę w programie Working Holiday, co sprawiło, że oczy kobiety, która mnie odprawiała, zrobiły się jeszcze większe. Kazała mi czekać i zniknęła na dłuższą chwilę. Wydawało mi się, że minęła cała wieczność, zanim wróciła i kazała mi iść za sobą. Zaprowadziła mnie do pomieszczenia, w którym stało biurko z telefonem. Wskazała palcem słuchawkę. Podniosłam ją, a po drugiej stronie usłyszałam męski głos. Stres sprawił, że zupełnie nie pamiętam, kim była osoba, z którą rozmawiałam. Mówiła płynnym angielskim, bez akcentu. Zostałam zasypana gradem pytań o to, dlaczego jadę do Kanady, dokąd dokładnie i na jak długo, dlaczego nie mam biletu powrotnego, czy posiadam karty kredytowe, a jeśli tak, to ile, i czy mam prawo jazdy. Całej rozmowie przysłuchiwał się inny mężczyzna, który był ubrany w mundur i stał już w pomieszczeniu, kiedy weszłam. Byłam sparaliżowana strachem. Nie miałam pojęcia, czym to wszystko się skończy i czy uda mi się wylecieć z Jamajki. Po przesłuchaniu przekazałam aparat mundurowemu. Przez kilka sekund nic nie mówił, tylko kiwał głową, podziękował i się rozłączył. Kazał mi iść za sobą. Labiryntem korytarzy zaprowadził mnie do stanowiska odprawy i kilka minut później trzymałam w drżącej ręce bilet do Kanady.

Chińska dzielnica w Toronto.

Po czterech godzinach lotu wylądowałam w deszczowym Toronto. Po raz pierwszy moja noga stanęła na kanadyjskiej ziemi. Zmęczona, ale z uśmiechem na twarzy ruszyłam przed siebie. Miałam dziewięćdziesiąt minut na odebranie i ponowne nadanie bagażu oraz otrzymanie dokumentu poświadczającego roczne pozwolenie na pracę. Bałam się, że nie zdążę na samolot do Edmonton, postanowiłam jednak nie martwić się tym na zapas. Stres pomieszany z podekscytowaniem sprawił, że czułam się, jakbym przed momentem wypiła trzy mocne kawy. Odebranie i nadanie bagażu poszło dużo sprawniej, niż się spodziewałam. Została mi jedynie rozmowa z celnikiem, od którego zależało, czy zaproszenie z programu International Experience Canada zamieni się w pozwolenie na pracę. Zaledwie po kilku pytaniach o to, do jakiego miasta lecę i czy mam pieniądze na początek życia w Kanadzie, w moim paszporcie znalazła się pieczątka i przyczepiona do niej kartka potwierdzająca roczne pozwolenie na pracę i pobyt w ramach programu. Podając mi paszport, celnik z lekko wymuszonym uśmiechem na twarzy powiedział: Welcome to Canada. Jego słowa dodały mi skrzydeł. Uradowana ruszyłam w kierunku bramki, skąd pół godziny później miałam odlecieć do Edmonton.

Samolot z Toronto startował w deszczu, a za oknami widziałam coraz mniejsze budynki i drzewa, które z każdym metrem bardziej przypominały modele do składania. Przeszło mi przez głowę, że chciałabym kiedyś zobaczyć Toronto, a nie tylko przemknąć jak błyskawica przez miejscowe lotnisko. Nie spodziewałam się jednak, że nastąpi to aż tak szybko.

Po kolejnych czterech godzinach lotu, gdy zbliżaliśmy się do Edmonton, zaczęłam szukać świateł miasta. Nagle zobaczyłam jasną łunę, która miała się stać moim nowym domem. Kiedy koła samolotu dotknęły ziemi, kolejny raz poczułam podekscytowanie. Teraz moja przygoda stała się jeszcze bardziej realna. Wylądowałam gdzieś na środku Kanady, sama, z głową pełną marzeń i sercem pełnym ekscytacji i niepokoju przed nieznanym. Szybko odebrałam bagaż, bo niewielkie edmontońskie lotnisko okazało się prawie puste. Usiadłam na ławce i czekałam na Beatę, której nie widziałam ponad dwadzieścia lat. Nigdy nie sądziłam, że przyjdzie nam się spotkać po tak długim czasie i to po drugiej stronie oceanu. Kiedy się zobaczyłyśmy, miałam dziwne poczucie, jakbym spotkała osobę, którą znam, i jednocześnie kogoś, kto jest mi zupełnie obcy.

Wyjechałyśmy z lotniska. Pomimo zmęczenia byłam pobudzona, a wszystkie moje zmysły zaczęły chłonąć nowe miejsce. Szerokie ulice, niemal dwa razy szersze od europejskich, wielkie samochody i płaski teren, tak płaski i otwarty, że powoli zaczęłam sobie uświadamiać, co to jest kanadyjska przestrzeń. Okazało się też, że wiosna – zawsze tak przeze mnie wyczekiwana – przychodzi do Polski znacznie szybciej niż do Kanady, a przynajmniej do Edmonton, gdzie drzewa nie miały ani jednego liścia, a trawa wyglądała, jakby zima odeszła zaledwie kilka dni wcześniej. I jak się później okazało, tak właśnie było.

Dodatkowe trzy tysiące

Moja zaplanowana na rok przygoda w Edmonton trwała niecałe trzy tygodnie. Po dziesięciu dniach spędzonych w stolicy Alberty – prowincji, która jest dwa razy większa od Polski, słynie z wydobycia ropy naftowej, kanadyjskich kowbojów, najniższych podatków w Kanadzie, majestatycznych Gór Skalistych i lazurowych jezior – postanowiłam przenieść się do Toronto. Po szybkim rekonesansie poczułam po prostu, że Edmonton to nie jest miejsce, dla którego zrezygnowałam z pracy w agencji reklamowej, pożegnałam bliskie osoby i opuściłam bezpieczną przystań.

Dla osoby, która przyjechała z Europy i nigdy wcześniej nie była w Ameryce Północnej, wiele rzeczy okazało się zaskakujących. Przede wszystkim odległości i słabo rozwinięta komunikacja miejska. Oznaczało to, że aby normalnie funkcjonować w Edmonton, musiałabym kupić samochód i zrobić kanadyjskie prawo jazdy. Wyjazd traktowałam jako okazję do zebrania nowych doświadczeń – nie chciałam żyć na stałe w tym kraju, a więc także inwestować pieniędzy i energii w coś, czego za kilkanaście miesięcy nie będę już potrzebować. Pomyślałam również, że w Toronto będzie mi łatwiej znaleźć pracę. Skoro kilkanaście dni wcześniej przeprowadziłam się prawie dziesięć tysięcy kilometrów od Polski, to dodatkowe trzy nie zrobią różnicy. Była to jedna z tych decyzji, które nie mają logicznego wytłumaczenia, ale co do których ma się pewność, że są dobre.

Moje edmontońskie początki dały mi jednak lekki przedsmak kanadyjskiej rzeczywistości. Pierwsze, co postanowiłam załatwić zaraz po przylocie, to uzyskanie numeru SIN (Social Insurance Number), czyli numeru ubezpieczenia, który potwierdza, że mogę legalnie pracować w Kanadzie, oraz kanadyjskiego numeru telefonu, bez którego nie mogłam zacząć poszukiwań pracy. Zdobycie numeru SIN okazało się bułką z masłem. W jednej z placówek Service Canada po 15 minutach oczekiwania i przekręceniu mojego nazwiska z Grzelak na Grezlak stałam się szczęśliwą posiadaczką numeru, dzięki któremu kanadyjski rynek pracy stanął przede mną otworem.

Okolice ulicy Queen West w Toronto – jednej z najbardziej hipsterskich dzielnic w mieście.

Drugim celem był kanadyjski numer telefonu. Potrzebowałam jedynie karty SIM, ponieważ mój polski telefon działał tutaj bez zarzutu. Przygodę z telefonią komórkową w Kanadzie rozpoczęłam dosyć pechowo. Za radą kuzynki wybrałam operatora o wdzięcznej nazwie Solo. Umowę podpisałam na rok z możliwością rozwiązania w każdym momencie. Wybrałam podstawowy pakiet, w którym za 36 dolarów miesięcznie miałam 150 SMS-ów do wszystkich krajów, bezpłatne rozmowy w Kanadzie pomiędzy 19.00 a 6.00 – nie oszukujmy się, nikogo wtedy nie znałam, więc i tak z tego nie korzystałam – oraz darmową godzinę rozmów w dowolnym czasie. Był to rok 2011. Po wysłaniu pierwszych SMS-ów do znajomych w Polsce, informujących o nowym numerze, podłączyłam się do wi-fi i zaczęłam ściągać podcasty. Kiedy obudziłam się rano, moje konto było zablokowane. Po przylocie do Kanady nie wyłączyłam 3G, choć więc korzystałam z wi-fi, transfer danych był przyspieszany przez 3G. Teoretycznie w umowie było zastrzeżenie, że konto zostanie zablokowane, gdy przekroczę limit 75 dolarów na telefony, SMS-y i internet. Ja w ciągu dwóch godzin ściągnęłam dane za… 350 dolarów. Zrobiłam się biała jak ściana. Zadzwoniłam na infolinię i próbowałam wyjaśnić, co się stało. Okazało się, że podcasty były ściągane tak szybko, że system operatora tego nie wychwycił. Tak przynajmniej brzmiało ich wyjaśnienie… Na szczęście po kilkunastu rozmowach i stresujących wyjaśnieniach zgodzili się, bym zapłaciła 100 dolarów. Kamień spadł mi z serca.

Toronto, ulica Queen West w okolicach znanego hotelu The Drake.

Albertę opuściłam po trzech tygodniach i przeniosłam się do Ontario, co oznaczało kolejną zmianę numeru telefonu. Gdybym tego nie zrobiła, to wszystkie rozmowy i SMS-y byłyby rozliczane jako długodystansowe, czyli znacznie droższe. W tamtym czasie w całej Kanadzie płaciło się także za rozmowy przychodzące, co oznacza, że gdy ktoś do mnie dzwonił, ponosiłam część kosztów. Najczęściej było tak w najtańszych pakietach. I choć dziewięć lat później kanadyjska telefonia poszła do przodu i teraz nie ma już takich opłat, Kanada nadal zajmuje jedno z pierwszych miejsc wśród krajów rozwiniętych, jeżeli chodzi o najdroższy dostęp do tych usług. Za podstawowy pakiet trzeba zapłacić około 30–40 dolarów miesięcznie, podczas gdy w Europie jakieś 17–20.

Po przeprowadzce do Toronto zdecydowałam się na podpisanie umowy z firmą Bell, która wraz z Rogersem i Telusem rządzi kanadyjskim rynkiem telefonii komórkowej. To było z mojej strony bardziej pójście na łatwiznę niż świadomy wybór, ponieważ Bell jest również właścicielem Solo. Zapłaciłam zaległe 100 dolarów, oddałam numer z Alberty i otrzymałam świeżutki numer z Ontario. Pakiet, który wybrałam, był trochę lepszy niż poprzedni. Mogłam SMS-ować, ile chciałam, z ludźmi z całego świata, dzwonić za darmo w Kanadzie między 19.00 a 6.00 oraz godzinę w ciągu dnia. Tutaj jednak też nie ominęły mnie problemy. Na szczęście nie były aż tak kosztowne jak poprzednio. Przygody z telefonią komórkową nauczyły mnie ostrożności i pokazały, że kanadyjska rzeczywistość jest zupełnie inna, więc nie ma co jej mierzyć polską miarą.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
mniej..

BESTSELLERY