Facebook - konwersja
Kogut domowy - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Kogut domowy - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-8103-298-8
Język:
Polski
Data wydania:
Kwiecień 2018
Rozmiar pliku:
1,7 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
31,50
Cena w punktach Virtualo:
3150 pkt.

Kogut domowy - opis ebooka

Kogut domowy ma trzy córki oraz żonę, która robi karierę. On sam musiał pożegnać się z pracą w bankowości, zrezygnować z hobby i zapomnieć o eleganckich garniturach.

Kogut domowy ma czterdzieści trzy lata, na imię Jakub i doskonale wie w ilu stopniach należy wyprać wełniane skarpetki. Lubi gotować, pleść warkoczyki i ma czasem pomalowane paznokcie. Nie lubi jednak zapachu romansu, który coraz intensywniej spowija jego żonę...

FRAGMENT KSIĄŻKI

Roz­dział pierw­szy

Mysz

Jakub wpa­try­wał się w mysz, a ona w nie­go. Żad­ne z nich nie chcia­ło pierw­sze prze­rwać tego kon­tak­tu wzro­ko­we­go, mysz za­pew­ne w oba­wie, że za mo­ment roz­pocz­nie się go­ni­twa za­koń­czo­na pró­bą jej za­mor­do­wa­nia, a Ja­kub po pro­stu kom­plet­nie nie wie­dział, co ma zro­bić. Jesz­cze mie­siąc temu za­re­ago­wał­by jak fa­cet i albo od razu do­padł gry­zo­nia i wy­rzu­cił go z domu (lub za­bił), albo za­ku­pił od­po­wied­nią pu­łap­kę. Ale dzi­siaj było mu wszyst­ko jed­no. Prio­ry­te­ty bo­wiem zmie­nia­ją się w za­leż­no­ści od sy­tu­acji, w ja­kiej się czło­wiek znaj­du­je. Kie­dy zo­sta­je ode­bra­na ci pod­sta­wa bytu, coś, co okre­śla cię jako gło­wę ro­dzi­ny, mysz po­ru­sza­ją­ca wą­si­ka­mi nie sta­no­wi już pro­ble­mu, na­wet je­śli za­miesz­ka­ła chwi­lo­wo w two­im domu. Bo prze­cież są więk­sze zmar­twie­nia.

Wszyst­ko za­czę­ło się jesz­cze zimą… Jako pierw­szy do ga­bi­ne­tu sze­fa wszedł chy­ba Mi­ko­łaj. Kuba był czwar­ty w ko­lej­ce. Sie­dział grzecz­nie na gra­na­to­wym krze­śle, do nie­daw­na mięk­kim i wy­god­nym, a tego dnia wy­jąt­ko­wo nie­przy­jem­nym. Drzwi były uchy­lo­ne, więc wszy­scy cze­ka­ją­cy na swo­ją ko­lej za­mar­li, wsłu­chu­jąc się w na­pię­ciu. Na­wet prze­la­tu­ją­ca mu­cha do­ce­ni­ła po­wa­gę sy­tu­acji i przy­sia­dła chwi­lo­wo na lam­pie.

– Sza­now­ny pa­nie Mi­ko­ła­ju. Z pew­no­ścią orien­tu­je się pan w trud­nej sy­tu­acji fir­my, z któ­rej to po­wo­du je­ste­śmy zmu­sze­ni do re­duk­cji nie­któ­rych eta­tów. Z przy­kro­ścią mu­szę pana po­in­for­mo­wać, że na­le­ży do nich rów­nież pań­ski. Mam jed­nak na­dzie­ję, że w przy­szło­ści sy­tu­acja w fir­mie po­pra­wi się na tyle, że bę­dzie­my mo­gli po­my­śleć o po­now­nym za­trud­nie­niu pań­skiej oso­by, być może na in­nym sta­no­wi­sku. Do­pó­ki to się nie sta­nie, ni­niej­szym wy­po­wia­da­my umo­wę o pra­cę z za­cho­wa­niem usta­wo­we­go ter­mi­nu wy­po­wie­dze­nia ze skut­kiem na dzień dwu­dzie­ste­go pią­te­go mar­ca bie­żą­ce­go roku.

– Ale… – Mi­ko­łaj naj­wy­raź­niej pró­bo­wał się bro­nić.

– Ży­czę panu wie­le szczę­ścia w po­szu­ki­wa­niu no­we­go miej­sca pra­cy i dzię­ku­ję za do­tych­cza­so­we nie­na­gan­ne wy­peł­nia­nie obo­wiąz­ków w na­szej fir­mie. – Szef nie po­zwo­lił mu jed­nak do­koń­czyć, bo prze­cież cze­ka­ły go ko­lej­ne roz­mo­wy. Na­stęp­ny w ko­lej­ce był Ja­nusz.

– Sza­now­ny pa­nie Ja­nu­szu. Z pew­no­ścią orien­tu­je się pan…

Kuba nie słu­chał, tyl­ko zwie­sił gło­wę. Tli­ła się w nim jesz­cze ma­leń­ka iskier­ka na­dziei, że może jed­nak dy­rek­tor ban­ku we­zwał go do sie­bie z zu­peł­nie in­ne­go po­wo­du, że chce z nim coś omó­wić albo za­pro­po­no­wać prze­ję­cie czę­ści obo­wiąz­ków po zwol­nio­nych wła­śnie Mi­ko­ła­ju oraz Ja­nu­szu. I Grze­go­rzu naj­wy­raź­niej też – ten był trze­ci w ko­lej­ce i wła­śnie opu­ścił ga­bi­net ze zwie­szo­ną gło­wą i pa­pie­rem w ręce.

– Pan Ja­kub Leń­ski.

Prze­łknął śli­nę, po­pra­wił kra­wat i wszedł sta­now­czym kro­kiem, żeby po­ka­zać, że się nie boi i od­waż­nie sta­wi czo­ło pa­da­ją­cym sło­wom.

– Sza­now­ny pa­nie Ja­ku­bie… Z pew­no­ścią orien­tu­je się pan… Mam jed­nak na­dzie­ję, że w przy­szłoś­ci sy­tu­acja w fir­mie… Ży­czę panu wie­le szczę­ścia…

A po­tem Kuba do­stał do ręki pi­smo, na któ­rym wid­nia­ły czte­ry nie­wy­raź­ne pod­pi­sy. Od­niósł wte­dy wra­że­nie, że świat roz­po­czął z nim dziw­ny ta­niec, że wszyst­ko wi­ru­je i uno­si się w po­wie­trzu, a on sam nie może się­gnąć sto­pa­mi zie­mi. Oby tyl­ko nie ze­mdlał.

Tak było po­nad mie­siąc temu. Ja­kub oka­zał się jed­nym z sied­miu pra­cow­ni­ków, któ­re­mu wrę­czo­no peł­ne uprzej­mych zwro­tów pi­smo, grzecz­nie po­dzię­ko­wa­no za wszyst­ko i tro­skli­wie po­le­co­no, żeby za­brał swo­je rze­czy. Kar­to­ny do pa­ko­wa­nia fir­ma dała gra­tis. Kuba cią­gle nie mógł uwie­rzyć w to, cze­go był świad­kiem i ofia­rą jed­no­cze­śnie, ale pi­smo nie wy­pa­ro­wa­ło, nie zmie­ni­ło się w bia­łe­go go­łę­bia i nie wy­le­cia­ło przez okno, co gor­sza, nie było też głu­pim żar­tem sze­fa, bo nikt się nie śmiał. Re­duk­cja eta­tów oka­za­ła się fak­tem, po­dob­nie jak to, że wła­śnie zo­stał bez pra­cy. Miał czter­dzie­ści trzy lata i po­czuł się jak prze­bi­ta pił­ka do ko­szy­ków­ki, z któ­rej uszło po­wie­trze. Kie­dyś ta­kie uster­ki się na­pra­wia­ło, dzi­siaj każ­dy wo­lał ku­pić nową pił­kę i to wła­śnie Ja­ku­ba prze­ra­zi­ło naj­bar­dziej.

Utra­ty pra­cy nie da się zre­pe­ro­wać, na­pra­wić czy sko­ry­go­wać. Na do­da­tek nic nie wska­zy­wa­ło na to, że jego sy­tu­acja może się w naj­bliż­szym cza­sie zmie­nić. „W cią­gu roku ban­ki zre­du­ku­ją za­trud­nie­nie o trzy ty­sią­ce eta­tów” – grzmia­ły na­głów­ki pism eko­no­micz­nych i Ja­kub przy­po­mniał so­bie, jak czy­ta­jąc je, przez uła­mek se­kun­dy po­czuł coś w ro­dza­ju współ­czu­cia dla tych trzech ty­się­cy osób. On też pra­co­wał w tej bran­ży, a po­nie­waż rzeź ban­ko­wa trwa­ła w naj­lep­sze, w koń­cu i jego do­padł to­pór kata.

– Ale… – pró­bo­wał jesz­cze tego dnia za­wal­czyć, roz­glą­da­jąc się bez­rad­nie po swo­ich ko­le­gach, z któ­rych część mia­ła po­dob­ny wy­raz twa­rzy jak on, resz­ta zaś od­dy­cha­ła z ulgą na wia­do­mość, że wy­rok w ich spra­wie zo­stał od­ro­czo­ny.

– Oba­wiam się, że nie ma żad­ne­go „ale”. Co­raz wię­cej osób ko­rzy­sta z ban­ko­wo­ści in­ter­ne­to­wej a to w spo­sób bez­po­śred­ni do­pro­wa­dzi­ło do na­szych zwol­nień. Wszy­scy sie­dzą w lap­to­pach i ko­mór­kach. Nikt nie po­trze­bu­je już ka­sje­rów, żeby zle­cić prze­lew lub za­ło­żyć lo­ka­tę. Na do­da­tek w ostat­nich dwóch mie­sią­cach zli­kwi­do­wa­li trzy fi­lie na­sze­go ban­ku. Wy­star­czy im je­den spe­cja­li­sta od kre­dy­tów, resz­ta wy­la­tu­je – sap­nął Ma­rian, któ­ry rów­nież stra­cił właś­nie grunt pod no­ga­mi oraz wi­zję bu­do­wy wła­sne­go domu. Stra­cił rów­nież na­rze­czo­ną, ale o tym do­wie­dział się do­pie­ro po trzech go­dzi­nach.

I tyle.

Ja­kub tyl­ko wes­tchnął na wspo­mnie­nie ostat­nich ty­go­dni w pra­cy, pod­czas któ­rych pró­bo­wał wal­czyć o wła­sną god­ność, wy­peł­nia­jąc naj­le­piej jak mógł swo­je za­da­nia, uśmie­cha­jąc się do wszyst­kich na­wet wte­dy, gdy chcia­ło mu się wrzesz­czeć, tłu­ma­cząc klien­tom, że z róż­nych wzglę­dów jego obo­wiąz­ki przej­mie za ja­kiś czas ktoś inny i od­po­wia­da­jąc uprzej­mie na bez­oso­bo­we po­wi­ta­nie sze­fa ban­ku. Może zmie­ni zda­nie? Może do­ce­ni lo­jal­ność i pro­fe­sjo­na­lizm? Nie do­ce­nił… Ja­kub na chwi­lę przy­mknął oczy. Mysz na­tych­miast sko­rzy­sta­ła z oka­zji i ulot­ni­ła się zgrab­nie, dziel­nie prze­bie­ra­jąc nóż­ka­mi, a Kuba po­my­ślał, że może była ona tyl­ko ja­kąś me­ta­fo­rą. I że tak na­praw­dę wca­le jej nie wi­dział.

Naj­trud­niej było przy­znać się do po­raż­ki przed Be­re­ni­ką – wpraw­dzie jako żona po­win­na go wspie­rać, jed­nak nie po­tra­fi­ła ukryć za­wo­du, a na­wet za­czę­ła gło­śno po­dej­rze­wać, że zwol­ni­li go za coś.

– Ale jak to „re­duk­cja eta­tów”? Prze­cież o tym się mówi w fir­mach, po­wi­nie­neś coś wie­dzieć, sły­szeć? A może po pro­stu zro­bi­łeś coś nie tak?

O wła­śnie. Już zna­la­zła win­ne­go. Na pew­no po­my­lił kon­ta, do­pi­sał ko­muś jed­no zero albo po­bił dy­rek­to­ra.

– Nie – po­wie­dział sta­now­czo Ja­kub. – No może poza tym, że wy­bra­łem ban­ko­wość jako kie­ru­nek wiel­ce obie­cu­ją­cy w cza­sach, kie­dy stu­dio­wa­łem. Prze­pra­szam, że nie prze­wi­dzia­łem, co wy­da­rzy się dwa­dzie­ścia lat póź­niej. Że nie wzią­łem pod uwa­gę te­le­fo­nii ko­mór­ko­wej, o któ­rej wte­dy nikt jesz­cze nie sły­szał. Że nie uj­rza­łem w cza­ro­dziej­skiej kuli pro­gnoz dla ban­ko­wo­ści w dwa ty­sią­ce sie­dem­na­stym i w porę nie zo­sta­łem chi­rur­giem pla­sty­kiem. Dziś przy­naj­mniej miał­bym ręce peł­ne ro­bo­ty.

Be­re­ni­ka tyl­ko wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, a po­tem usia­dła przy sto­le i za­da­ła py­ta­nie, któ­re­go oba­wiał się naj­bar­dziej:

– I co te­raz?

To py­ta­nie sam za­da­wał so­bie przez cały pierw­szy ty­dzień, w któ­rym nie mu­siał już wię­cej przy­cho­dzić do pra­cy, bo tyle cza­su za­ję­ło mu przy­zna­nie się przed wła­sną żoną, że stra­cił po­sa­dę. Wy­cho­dził więc z domu jak co dzień, wsia­dał do sa­mo­cho­du, kładł swo­ją tecz­kę na sie­dze­niu obok i ru­szał w kie­run­ku ban­ku, do któ­re­go nie do­jeż­dżał. Dwa dni spę­dził w par­ku, dwa w ka­wiar­niach, a w pią­tek włó­czył się po pro­stu po ca­łym mie­ście, nie przej­mu­jąc się na­wet tym, że pada. W koń­cu wy­lą­do­wał w Star­buck­sie z pli­kiem naj­śwież­szych ga­zet. Prze­stu­dio­wał wszyst­kie moż­li­we ogło­sze­nia o pra­cę, ja­kie tyl­ko wpa­dły mu w oko. Nic. Na­praw­dę nic, co mo­gło­by dać mu cho­ciaż cień na­dziei, że sy­tu­acja, w ja­kiej się zna­lazł, jest przej­ścio­wa.

– Kur­wa – po­wie­dział na­wet i to w mo­men­cie, kie­dy miła dziew­czy­na z wy­ha­fto­wa­nym imie­niem Ka­sia na brą­zo­wym far­tusz­ku, po­da­ła mu siód­me lat­te.

– Prze­pra­szam – zre­flek­to­wał się na­tych­miast. – Po pro­stu je­stem prze­ra­żo­ny przy­szło­ścią.

Dziew­czy­na kiw­nę­ła gło­wą, że ro­zu­mie, ale kie­dy Ja­kub chciał za­mó­wić lat­te nu­mer osiem, za­wo­ła­ła do kasy ko­le­gę.

Ko­niec koń­ców Kuba za­ci­snął zęby i po­sta­no­wił, że o wszyst­kim po­wie żo­nie. Coś wy­my­ślą, coś wy­my­ślą, coś… Chcia­ło mu się pła­kać, ale wie­dział, że na ten akt roz­pa­czy nie może so­bie po­zwo­lić. Miał czter­dzie­ści trzy lata i do­świad­cze­nie w ban­ko­wo­ści. To prze­cież nie­moż­li­we, żeby wy­le­ciał poza na­wias i nie miał żad­nych szans na po­wrót. Tyl­ko do tego cza­su trze­ba bę­dzie za­jąć się czymś in­nym. Na­gle pod­niósł gło­wę, zu­peł­nie jak­by zo­ba­czył świa­teł­ko w tu­ne­lu, za któ­rym na­le­ży iść po śmier­ci. Ale on prze­cież żył i przy ósmym lat­te zro­zu­miał, że chwi­lo­wo nie ma al­ter­na­ty­wy. Te­raz tyl­ko na­le­ża­ło do tego po­my­słu prze­ko­nać Be­re­ni­kę.

– Masz szan­sę do­stać cały etat? – spy­tał jesz­cze tego sa­me­go dnia wie­czo­rem, kie­dy w koń­cu przy­znał się, że tym­cza­so­wo jest bez­ro­bot­ny i za­mknął od­ru­cho­wo oczy, żeby nie zo­stać po­pa­rzo­nym ogni­stym spoj­rze­niem swo­jej żony. Nika pra­co­wa­ła w agen­cji re­kla­mo­wej na jed­ną trze­cią eta­tu i bar­dzo ce­ni­ła so­bie fakt, że więk­szość cza­su spę­dza jed­nak w domu i nie jest mat­ką „nie­obec­ną”, któ­rą ro­dzi­na wi­du­je naj­czę­ściej tyl­ko w week­en­dy. Mia­ła­by to zmie­nić?

– Ale ja mam trój­kę dzie­ci! – krzyk­nę­ła na­tych­miast.

Ja­kub ski­nął gło­wą.

– Ja też.

– To jak to so­bie wy­obra­żasz? Zo­sta­wię dzie­ci same albo z ja­kąś obcą babą, z klu­czem na szyi, z bu­tel­ką do­cze­pio­ną do śpiosz­ka, z syn­dro­mem od­rzu­ce­nia wresz­cie? – nie­co się za­ga­lo­po­wa­ła, ale Ja­kub ro­zu­miał jej wzbu­rze­nie.

– No prze­cież je­stem ja. I Jo­asia.

Jo­asia była stu­dent­ką za­ocz­ną i po­ma­ga­ła im wy­łącz­nie przy naj­młod­szym dziec­ku, Mar­cie, kie­dy Nika mu­sia­ła wyjść do pra­cy. Ma­tyl­dą i Mają już się nie zaj­mo­wa­ła, bo nie było ta­kiej po­trze­by.

Be­re­ni­ka na mo­ment za­mil­kła.

– Jo­asi w to nie mie­szaj. A poza tym, co masz na my­śli, mó­wiąc „je­stem ja”? Co ty mo­żesz zro­bić?

Ja­kub chrząk­nął.

– Na ra­zie ja zaj­mę się do­mem, a ty bę­dziesz wię­cej pra­co­wać. Oczy­wi­ście przez cały czas będę szu­kał ja­kie­goś za­trud­nie­nia, to tyl­ko sy­tu­acja przejś­cio­wa. My­ślę, że za parę ty­go­dni, góra dwa mie­sią­ce, wszyst­ko wró­ci do nor­my. Po pro­stu chwi­lo­wo za­mie­ni­my się ro­la­mi. Nie my pierw­si, nie ostat­ni – do­dał jesz­cze ku po­krze­pie­niu, ale naj­wy­raź­niej mu nie wy­szło.

Be­re­ni­ka do­sta­ła bo­wiem ata­ku hi­ste­rycz­ne­go śmie­chu, co tro­chę ubo­dło Ja­ku­ba, a na­wet ura­zi­ło jego mę­ską dumę. Był prze­cież przy po­ro­dach wszyst­kich trzech có­rek i od­waż­nie sta­wił temu czo­ło. Wie­dział, kie­dy mają uro­dzi­ny i pa­mię­tał o uczu­le­niu na orze­chy Mai. Nie, chwi­lecz­kę… Ma­tyl­dy. Tak, Ma­tyl­dy, Maja nie mia­ła żad­ne­go uczu­le­nia. I nie­raz prze­cież prze­wi­jał Mar­tu­się. Nie jest jed­nym z tych oj­ców, któ­rzy nie mają po­ję­cia, co lu­bią jego dzie­ci, jaki mają ko­lor oczu, kto jest ich ulu­bio­ną po­sta­cią z baj­ki i jak się przy­go­to­wu­je po­sił­ki. Oczy­wi­ście, po­cząt­ki mogą oka­zać się trud­ne, ale po ty­go­dniu sy­tu­acja zo­sta­nie opa­no­wa­na i Be­re­ni­ka nie bę­dzie wię­cej mia­ła po­wo­dów do śmie­chu.

Maja, Ma­tyl­da, Mar­ta. Na­sto­lat­ka, dziec­ko w wie­ku przed­szkol­nym, nie­mow­lę. W za­sa­dzie to na­wet do­brze się zło­ży­ło, przy­naj­mniej bę­dzie mógł z nimi spę­dzić tro­chę cza­su, za­nim wró­ci do pra­cy, a one wresz­cie prze­sta­ną mó­wić, że mama wszyst­ko wie le­piej. Mar­ta na szczę­ście ma do­pie­ro ro­czek, to zna­czy pra­wie, więc głów­nie po­ka­zu­je, niż prze­ma­wia, ale po­zo­sta­ła dwój­ka jest zda­nia, że to mama ogar­nia rze­czy­wi­stość do­mo­wą, a on o ni­czym nie ma po­ję­cia. Dziew­czyn­ki będą mia­ły wresz­cie oka­zję, żeby się prze­ko­nać, ja­kie to szczę­ście mieć ta­kie­go ojca jak on. Ro­bin Hood, Bat­man i Ja­mes Bond w jed­nym. Nie­znisz­czal­ny, pew­ny sie­bie, za­wsze świet­nie przy­go­to­wa­ny. Czło­wiek ma­szy­na, czło­wiek od za­dań spe­cjal­nych, tata wszech­stron­ny.

– I co my te­raz zro­bi­my? Jak mo­głeś stra­cić pra­cę? Jak w ogó­le to jest moż­li­we? – Be­re­ni­ka na­dal po­grą­ża­ła się w czar­nej roz­pa­czy i naj­wy­raź­niej nie bra­ła pod uwa­gę jego oso­by w roli kom­plek­so­we­go do­mo­we­go ko­gu­ta.

– Za­mie­nia­my się ro­la­mi – za­de­cy­do­wał Ja­kub. – Ja za­kła­dam far­tu­szek, ty gar­ni­tur.

Wte­dy nie wie­dział jesz­cze, że ła­twiej było to za­de­kla­ro­wać, niż wy­ko­nać bez po­czu­cia hań­by i ogól­nej kom­pro­mi­ta­cji.Roz­dział dru­gi

Marke­ting i rekla­ma

Bere­ni­ka była wście­kła. Oczy­wi­ście zda­wa­ła so­bie spra­wę, że zwol­nie­nie Ja­ku­ba nie jest jego winą, ale i tak nie po­tra­fi­ła za­pa­no­wać nad zło­ścią, jaka ją do­pa­dła. Nie lu­bi­ła gwał­tow­nych zmian w ży­ciu, ona mia­ła pro­blem na­wet z wy­bo­rem no­wej po­mad­ki, a co do­pie­ro z po­sta­wie­niem do­mo­wych przy­zwy­cza­jeń na gło­wie. Jak on mógł? Jak w ogó­le było moż­na do­pro­wa­dzić do ta­kiej sy­tu­acji?

– Idź do swo­je­go sze­fa i spró­buj go ja­koś prze­ko­nać – po­wie­dzia­ła w so­bo­tę rano, kie­dy do­tar­ło do niej raz jesz­cze, że nic nie bę­dzie już ta­kie jak daw­niej.

Ja­kub tyl­ko wzru­szył ra­mio­na­mi.

– I co mu po­wiem? Że mamy kre­dyt? Że je­ste­śmy wstrzą­śnię­ci? Oszo­ło­mie­ni? Mo­żesz mi wie­rzyć – nie my jed­ni.

Nika za­czę­ła ner­wo­wo ob­gry­zać pa­znok­cie.

– A je­śli nie do­sta­nę pra­cy na cały etat? A je­śli w ogó­le nie mamy w fir­mie wol­nych eta­tów? Chcesz, żeby przy­szedł do nas ko­mor­nik i na oczach dzie­ci za­czął za­bie­rać me­ble? Wy­no­sić te­le­wi­zor, lo­dów­kę, a może jesz­cze ich za­baw­ki?

Kuba wstał z łóż­ka. Hi­ste­ria jego żony była dość te­atral­na i chy­ba moc­no prze­sa­dzo­na. Ow­szem, zna­leź­li się w du­pie, ale prze­cież nie na za­wsze! Na­wet dupa ma ja­kieś wyj­ście.

– Uspo­kój się. Naj­pierw do­wiedz się w pra­cy, co i jak, a po­tem bę­dzie­my się mar­twić. Albo i nie. Poza tym mamy chy­ba ja­kieś oszczęd­no­ści – do­dał jesz­cze, a po­tem za­mknął się w ła­zien­ce i spę­dził pół go­dzi­ny pod prysz­ni­cem, pró­bu­jąc zmyć z sie­bie lęk i wi­zję ko­mor­ni­ka.

– Wy­łaź. – Nika szarp­nę­ła za klam­kę. – Woda kosz­tu­je, a my, zda­je się, mu­si­my oszczę­dzać.

Be­re­ni­ka na szczę­ście do­sta­ła pra­cę na cały etat (pra­wie ze­mdla­ła z po­czu­cia ulgi), co było ogrom­nie na rękę jej sze­fo­wi, któ­ry wpraw­dzie bar­dzo lu­bił dzie­ci i był za wy­żem de­mo­gra­ficz­nym, jed­nak kom­plet­nie nie ro­zu­miał, dla­cze­go mat­ki wolą prze­by­wać w domu ze swo­imi po­cie­cha­mi, za­miast roz­wi­jać sie­bie, a przy oka­zji fir­mę.

– Nika, spa­dasz mi z nie­ba. Zde­cy­do­wa­nie wolę cię mieć tu przez osiem go­dzin dzien­nie niż tyl­ko ja­kąś część z tego – po­wie­dział, a Be­re­ni­ka za­sta­no­wi­ła się, czy nie za­brzmia­ło to dość dwu­znacz­nie, a na­wet sek­si­stow­sko. Po­sta­no­wi­ła jed­nak nie ata­ko­wać od razu, zwłasz­cza że pra­ca była jej te­raz na­praw­dę bar­dzo po­trzeb­na.

Ja­kub na bez­ro­bo­ciu. To było rów­nie nie­praw­do­po­dob­ne jak wia­do­mość o ko­lej­nym koń­cu świa­ta, w za­po­wie­dziach któ­re­go wszy­scy się już chy­ba po­gu­bi­li. Ja­kub, któ­ry zo­sta­je rano w domu, któ­ry musi ogar­nąć trzy dziew­czyn­ki i zro­zu­mieć, że by­cie mat­ką jest o wie­le bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne, niż mu się do­tąd wy­da­wa­ło. Ja­kub, któ­ry bę­dzie go­to­wał kasz­kę i plótł war­ko­czy­ki, któ­ry wresz­cie sta­nie oko w oko z mo­pem i nie za­po­mni o zro­bie­niu za­ku­pów. Ona tym­cza­sem w dwu­stu pro­cen­tach zaj­mie się pra­cą i da z sie­bie wszyst­ko, żeby za­słu­żyć na pre­mię. Tak na­praw­dę mia­ła ogrom­ne szczę­ście, że szef bez żad­nej dys­ku­sji za­trud­nił ją na cały etat. W dzi­siej­szych cza­sach ła­twiej było zna­leźć dia­ment na uli­cy niż do­brą pra­cę, za któ­rą szło rów­nie do­bre wy­na­gro­dze­nie. Więk­szość jej zna­jo­mych albo mia­ła byle ja­kie umo­wy, albo pra­co­wa­ła od zle­ce­nia do zle­ce­nia, po­dob­nie jak ona jesz­cze kil­ka lat temu.

Be­re­ni­ka z za­wo­du była gra­ficz­ką, ukoń­czy­ła z wy­róż­nie­niem Aka­de­mię Sztuk Pięk­nych i kie­dyś pla­no­wa­ła otwo­rzyć wła­sną ga­le­rię, a na­wet po­dró­żo­wać po świe­cie ze swo­imi pra­ca­mi, któ­re mia­ły za­wi­snąć w wie­lu do­mach i cen­trach sztu­ki użyt­ko­wej. Z każ­dym ko­lej­nym ro­kiem jej pla­ny ule­ga­ły od­cza­ro­wa­niu, aż w koń­cu gra­fi­ki przy­ozdo­bi­ły wy­łącz­nie ich mały do­mek, na któ­ry wzię­li kre­dyt. Nie było to trud­ne, w koń­cu Ja­kub pra­co­wał w ban­ku, do­sta­li więc ko­rzyst­ne wa­run­ki, a Nika od cza­su do cza­su do­ra­bia­ła zle­ce­nia­mi z agen­cji re­kla­mo­wej. I całe szczę­ście. Agen­cje, w prze­ci­wień­stwie do ban­ków, roz­wi­ja­ły się dość spraw­nie mimo ogól­nej re­ce­sji na ryn­ku i z cza­sem za­czę­ły na­wet za­trud­niać lu­dzi, co było za­ska­ku­ją­ce dla wszyst­kich pra­cu­ją­cych na umo­wy zle­ce­nia. Nika, co praw­da, nie wią­za­ła swo­jej przy­szło­ści z czymś tak ko­mer­cyj­nym jak agen­cja re­kla­mo­wa, szyb­ko jed­nak zro­zu­mia­ła, że nie każ­dy może zo­stać sław­nym pro­jek­tan­tem gra­ficz­nym, two­rzyć kul­to­we pla­ka­ty fil­mo­we czy ilu­stro­wać baj­ki dla dzie­ci. Otu­chy do­dał jej fakt, że pe­wien ce­nio­ny pol­ski ar­ty­sta stwo­rzył kre­acje gra­ficz­ne dla sie­ci pol­skich su­per­mar­ke­tów i wca­le z tego po­wo­du nie wy­la­no na nie­go wia­dra po­myj. Wręcz prze­ciw­nie – do­ce­nio­no ar­tyzm, po­my­sło­wość za­bar­wio­ną ko­lo­ra­mi i sty­li­za­cją re­tro oraz no­stal­gicz­ny­mi sko­ja­rze­nia­mi z do­mem i ro­dzi­ną.

W tej sy­tu­acji Be­re­ni­ka po­sta­no­wi­ła spoj­rzeć na swój za­wód nie­co ina­czej niż tyl­ko okiem udu­cho­wio­nej ar­tyst­ki i za­ra­biać na czymś, na czym się świet­nie zna­ła. Do­sta­ła pra­cę na jed­ną trze­cią eta­tu, co bar­dzo jej od­po­wia­da­ło, bo­wiem cią­gle mia­ła spo­ro cza­su dla sie­bie i dzie­ci. W agen­cji spę­dza­ła za­le­d­wie trzy­na­ście go­dzin i dwa­dzie­ścia mi­nut ty­go­dnio­wo i to była do­kład­nie taka pra­ca, któ­ra zbyt­nio nie ob­cią­ża­ła jej cza­so­wo, a jed­no­cze­śnie da­wa­ła po­czu­cie, że coś jesz­cze robi oprócz zaj­mo­wa­nia się do­mem. Maja cho­dzi­ła już wte­dy do szko­ły, Mar­ty jesz­cze nie było na świe­cie, a Ma­tyl­da mia­ła skoń­czo­ny ro­czek. Nika szyb­ko ob­li­czy­ła, że stać ich na za­trud­nie­nie stu­dent­ki za­ocz­nej, któ­ra przez kil­ka go­dzin w ty­go­dniu zaj­mie się ich naj­młod­szą cór­ką. Pod­ję­ła więc pra­cę i była bar­dzo dum­na, że na­wet w tak krót­kim wy­mia­rze go­dzin uda­je jej się re­ali­zo­wać pro­jek­ty, któ­re cie­szą się du­żym po­wo­dze­niem. Z cza­sem za­czę­ła też brać udział w two­rze­niu kam­pa­nii re­kla­mo­wych, a za każ­dy zdo­by­ty kon­trakt ze­spół do­sta­wał do­dat­ko­we pre­mie.

Po­mysł na roz­re­kla­mo­wa­nie świe­żych pro­duk­tów w sie­ci ro­dzi­mych skle­pi­ków ze zdro­wą żyw­no­ścią, to była prze­cież od po­cząt­ku do koń­ca jej kon­cep­cja!

Po ekra­nie pły­wa­ją jaj­ka. Ko­lo­ro­we, bro­ka­to­we, błysz­czą­ce, mie­nią­ce się ni­czym zo­rza po­lar­na, każ­de inne, a ko­lej­ne co­raz pięk­niej­sze. Prze­su­wa­ją się spo­koj­nie, a na dru­gim uję­ciu ktoś je po­ka­zu­je, tak jak to­war u ju­bi­le­ra. Na koń­cu po­ja­wia się kura. Jest zwy­kła, sza­ra i dzio­bie tra­wę. Na­gle z dup­ki wy­pa­da jej małe bia­łe ja­jecz­ko. I wte­dy po­ja­wia się na­pis: „Cho­dzi­ło o świe­że jaj­ko, bo tyl­ko u nas – świe­żo, smacz­nie, ta­nio!”. Pro­ste i ge­nial­ne.

O, albo ryby!

Je­zio­ro, mo­rze, oce­an. Wszę­dzie pły­wa­ją cud­nej uro­dy ryby, łącz­nie z re­ki­na­mi, la­ta­ją­cy­mi ry­ba­mi czy też ry­ba­mi je­żow­ca­mi. Rafa ko­ra­lo­wa na ekra­nie. A po­tem na­jazd ka­me­ry na zwy­kłe je­zio­ro oto­czo­ne la­sa­mi. Sie­lan­ka. I na­gle z wody wy­nu­rza się pysz­czek kar­pia. A po­tem na­pis: „Cięż­ko jest do­rwać na­praw­dę świe­żą rybę!”.

Wła­ści­ciel skle­pi­ków od razu to ku­pił.

Nic dziw­ne­go, że z cza­sem Be­re­ni­ka mia­ła co­raz wię­cej ro­bo­ty (choć sta­ra­ła się nie prze­kra­czać swo­jej ty­go­dnio­wej nor­my), prze­rwa­nej tyl­ko na mo­ment urlo­pem ma­cie­rzyń­skim po uro­dze­niu Mar­ty. Już po sied­miu mie­sią­cach wró­ci­ła jed­nak do pra­cy, a w opie­ce nad naj­młod­szą cór­ką da­lej po­ma­ga­ła im Jo­asia, któ­ra skoń­czy­ła jed­ne stu­dia (pe­da­go­gi­kę), ale po na­my­śle pod­ję­ła ko­lej­ne. Tym ra­zem była to lin­gwi­sty­ka sto­so­wa­na, po któ­rej szan­se na zdo­by­cie pra­cy wy­da­wa­ły się nie­co więk­sze. Tyle, że na Jo­asię nie było ich już te­raz stać. Zresz­tą Ja­kub po na­my­śle ka­te­go­rycz­nie od­mó­wił sko­rzy­sta­nia z ja­kiej­kol­wiek po­mo­cy, twier­dząc, że sko­ro ra­dził so­bie z ca­łym tłu­mem klien­tów do­ma­ga­ją­cych się kre­dy­tów i wszyst­kie­go, co było z tym zwią­za­ne, sta­wi też czo­ło trzem dziew­czyn­kom, któ­re mają jego geny.

Zo­ba­czy­my.

Be­re­ni­ka wzię­ła głę­bo­ki od­dech i po­sta­no­wi­ła nie dzwo­nić do swo­jej mat­ki. Nie moż­na da­wać jej sa­tys­fak­cji oraz moż­li­wo­ści wy­po­wie­dze­nia zwro­tu „A nie mó­wi­łam!”, któ­ry po­wta­rza­ła za­wsze i zu­peł­nie bez sen­su. Mat­ka Be­re­ni­ki, Zo­fia, uwiel­bia­ła udo­wad­niać so­bie i in­nym, że kie­dyś tam mia­ła ra­cję, cho­ciaż nikt nie pa­mię­tał, kie­dy to było. Te­raz z pew­no­ścią oznaj­mi­ła­by, że od za­wsze mó­wi­ła, iż ban­ko­wość to żad­na przy­szłość lub przy­naj­mniej przy­szłość nie­pew­na i nie­sta­bil­na. A bra­nie kre­dy­tu świad­czy o nie­od­po­wie­dzial­no­ści oraz bez­tro­sce. A po­nie­waż nikt nie pa­mię­tał, czy kie­dy­kol­wiek rze­czy­wi­ście o tym wspo­mi­na­ła, trud­no by­ło­by jej za­rzu­cić brak praw­do­mów­no­ści. W tej sy­tu­acji le­piej było na ra­zie nie in­for­mo­wać Zo­fii o ni­czym, tyl­ko spo­koj­nie cze­kać na roz­wój sy­tu­acji. Prze­cież to nie­moż­li­we, żeby Ja­kub nie zna­lazł żad­nej pra­cy! Prze­cież to nie­moż­li­we, żeby wszyst­kie ban­ki zna­la­zły się w tak dra­ma­tycz­nej sy­tu­acji, żeby li­kwi­do­wać eta­ty. Prze­cież za­wsze ktoś bę­dzie po­trze­bo­wał kre­dy­tu, do­radz­twa, po­mo­cy przy za­ło­że­niu kon­ta, cze­go­kol­wiek. To tyl­ko chwi­lo­wa prze­rwa, ja­kieś za­chwia­nie eko­no­micz­ne, prze­stój, nie­szczel­ność ryn­ko­wa, po paru mie­sią­cach wszyst­ko się unor­mu­je, a do­brzy spe­cja­li­ści zno­wu za­czną być w ce­nie.

– Nika, tak na­praw­dę to ty idziesz mi na rękę. Mamy szan­sę na duże zle­ce­nie, a ja zro­bię wszyst­ko, żeby je do­stać. Pro­du­cent leku na ser­ce szu­ka po­my­słu na ory­gi­nal­ną kam­pa­nię. Aha, i jesz­cze jed­no. Za ty­dzień do­łą­czy do nas nowy pra­cow­nik, pod­ku­pi­łem go i je­stem z tego ogrom­nie za­do­wo­lo­ny. Fa­cet stwo­rzył ge­nial­ną kam­pa­nię pa­sty do zę­bów, któ­ra ani spe­cjal­nie nie wy­bie­la, ani nie wzmac­nia szkli­wa, a jed­nak tak po­ba­wił się sło­wem, że wszy­scy ją te­raz ku­pu­ją. – Szef pu­ścił do niej oko i po­in­for­mo­wał jesz­cze, że zni­ka na we­gań­skie­go bur­ge­ra z so­cze­wi­cy.

Be­re­ni­ka za­sta­no­wi­ła się tym­cza­sem, co Ja­kub przy­go­to­wał dzie­ciom na obiad i czy zro­bił pra­nie.Roz­dział trze­ci

Cha­os

Począt­ki nie były ła­twe, nie były na­wet śred­nie. I nie cho­dzi­ło tu wca­le o przy­go­to­wa­nie śnia­da­nia czy też ucze­sa­nie dłu­gich, dziew­czę­cych wło­sów w nie­roz­pa­da­ją­ce się war­ko­cze, co o syn­chro­ni­za­cję dzia­łań oraz zor­ga­ni­zo­wa­nie dnia w taki spo­sób, żeby nikt nie po­czuł się po­mi­nię­ty, wy­klu­czo­ny lub za­po­mnia­ny. Naj­gor­sze było od­kry­cie, iż za­ba­wa z nie­speł­na rocz­ną Mar­tą, któ­ra wy­da­wa­ła się cią­gnąć wie­ki (Kuba sza­co­wał, że spę­dził na ko­cy­ku ja­kieś czte­ry go­dzi­ny, uda­jąc pi­ra­ta, mi­sia, księż­nicz­kę oraz smo­ka), tak na­praw­dę trwa­ła za­le­d­wie dzie­sięć mi­nut, po któ­rych jego naj­młod­sza cór­ka do­pie­ro za­czy­na­ła się roz­krę­cać, a on był wy­żę­ty ni­czym mop. Przy oka­zji do­ko­nał też in­nych spo­strze­żeń.

Otóż oka­za­ło się, że czas o po­ran­ku bie­gnie z ko­lei zde­cy­do­wa­nie szyb­ciej niż ten po­po­łu­dnio­wy, prze­zna­czo­ny na za­ba­wę. Przy­naj­mniej wte­dy, kie­dy ma się dzie­ci. Na­gle za­uwa­żył, że go­dzi­na siód­ma przy­spie­szy­ła nie­zau­wa­żal­nie i tak ja­koś ob­ró­ci­ła wska­zów­ka­mi, że ze­gar wy­bił za kwa­drans ósmą, co ozna­cza­ło już w tym mo­men­cie spóź­nie­nie. Spóź­nie­nie Mai, dziew­czyn­ki trzy­na­sto­let­niej, któ­ra wła­śnie za­czę­ła wi­tać się z wie­kiem doj­rze­wa­nia, co prze­ja­wia­ło się dość czę­sty­mi fo­cha­mi oraz po­gar­dą wo­bec ota­cza­ją­ce­go ją świa­ta. Ma­tyl­da mia­ła lat pięć (pra­wie sześć) i cho­dzi­ła do przed­szko­la, do któ­re­go na­le­ża­ło do­trzeć przed dzie­wią­tą, z ko­lei Mar­ta naj­wy­raź­niej była głod­na.

– Ale prze­cież to jest nie­moż­li­we – oznaj­mił Ja­kub, zer­ka­jąc z prze­ra­że­niem na ze­ga­rek i oce­nia­jąc wła­sne do­ko­na­nia. Był w po­ło­wie za­dań, a tym­cza­sem Maja wła­śnie spóź­nia­ła się do szko­ły. Na do­da­tek Nika wy­szła dzi­siaj z domu wy­jąt­ko­wo wcze­śnie, tłu­ma­cząc się wyż­szą ko­niecz­no­ścią, cho­ciaż zda­niem Kuby naj­zwy­czaj­niej dała nogę.

– To co te­raz?

– Te­raz mnie od­wo­zisz, śnia­da­nie ku­pię so­bie w szko­le, daj mi tyl­ko dzie­sięć zło­tych – wy­ja­śni­ła mu Maja, pa­trząc na nie­go z po­li­to­wa­niem i nie było w tym okre­śle­niu żad­nej prze­sa­dy.

– A Ma­tyl­da i Mar­ta?

– Bie­rzesz je ze sobą, to chy­ba lo­gicz­ne. Nie­mow­lę­ta nie zo­sta­ją same w domu, dzie­ci w wie­ku przed­szkol­nym rów­nież, ina­czej od­bio­rą ci pra­wa ro­dzi­ciel­skie – po­uczyła go jesz­cze naj­star­sza cór­ka, więc na wszel­ki wy­pa­dek jej po­słu­chał.

– Czy mo­żesz ją na­kar­mić kasz­ką pod­czas jaz­dy? – po­pro­sił bła­gal­nie Maję, a po­tem pró­bo­wał opa­no­wać hi­ste­rię Ma­tyl­dy, któ­ra nie mo­gła zna­leźć raj­stop pod ko­lor spód­nicz­ki.

– Prze­cież to nie­waż­ne, dziec­ko! – za­wo­łał zi­ry­to­wa­ny, bo jesz­cze w tym mo­men­cie nie miał zie­lo­ne­go po­ję­cia o dzie­cię­cej psy­chi­ce. W ban­kach tego nie uczy­li, w domu ja­koś nie było oka­zji się pod­szko­lić. Zresz­tą wszyst­kim zaj­mo­wa­ła się Be­re­ni­ka.

– To jest waż­ne – po­wie­dzia­ła sta­now­czym gło­sem Maja, ale Ja­kub po­sta­no­wił zi­gno­ro­wać to spo­strze­że­nie naj­star­szej cór­ki. Dzie­ci bar­dzo czę­sto wy­ol­brzy­mia­ją pro­blem, a już po pię­ciu mi­nu­tach o ni­czym nie pa­mię­ta­ją. Trze­ba to prze­cze­kać. Trze­ba być sta­now­czym i nie po­zwo­lić wejść so­bie na gło­wę.

– Wsia­daj­cie, pro­szę. Ty kar­misz Mar­tę, Ma­tyl­da niech wy­trze nos, a ja pro­wa­dzę sa­mo­chód. I mu­si­cie być w mia­rę ci­cho, bo mu­szę się sku­pić. Rano jest za­wsze naj­więk­szy ruch na uli­cach, wszy­scy są wku­rze­ni i ła­two wte­dy o stłucz­kę.

Ruch był. Nie tyl­ko na uli­cach, ale i w jego gło­wie. Jed­na myśl go­ni­ła dru­gą, a szu­fla­dy z za­da­nia­mi do wy­ko­na­nia otwie­ra­ły się na­prze­mien­nie. Co naj­pierw? Szko­ła. Mar­ta wyje. Na­kar­mić Mar­tę. Co po­tem? Przed­szko­le. Ma­tyl­da wyje, raj­sto­py na­dal nie pod ko­lor, oka­zu­je się, że nie mi­nę­ło jej po pię­ciu mi­nu­tach. Czy Ma­tyl­da jest hi­ste­rycz­ką? A może ma ADHD? Nie, po pro­stu jest okrop­nie roz­pusz­czo­na. Co da­lej? Maja i Ma­tyl­da od­wie­zio­ne, trze­ba wró­cić z Mar­tą i po­ło­żyć ją spać. Co po­tem? Za­ku­py? Czy Nika zo­sta­wi­ła ja­kąś li­stę?

Ja­kub za­pra­gnął na­gle ban­ko­we­go spo­ko­ju, za­pra­gnął cy­fe­rek, słup­ków i rząd­ków, dziw­nych wy­kre­sów i za­łącz­ni­ków oraz wszyst­kie­go tego, co było skru­pu­lat­ną ma­te­ma­ty­ką, ści­słą eko­no­mią i ra­cjo­nal­nym my­śle­niem. Po­trój­ny dziew­czę­cy świat był cu­dow­ny, ale tyl­ko wie­czo­ra­mi, kie­dy od cza­su do cza­su czy­tał baj­ki, kie­dy mó­wił do­bra­noc lub w week­en­dy, kie­dy grał w Chiń­czy­ka. W za­sa­dzie trud­no było po­wie­dzieć, dla­cze­go tak rzad­ko uczest­ni­czył w ży­ciu ro­dzi­ny. Chy­ba au­to­ma­tycz­nie przy­ję­li z Niką bar­dzo tra­dy­cyj­ny po­dział ról w mał­żeń­stwie, gdzie on zdo­by­wał ma­mu­ta, a ona z ko­lei dba­ła o ogień w ja­ski­ni. Oczy­wi­ście, że nie był sek­si­stow­ską szu­ją, któ­ra ni­g­dy nie zhań­bi­ła się „ko­bie­cy­mi” za­ję­cia­mi, po pro­stu samo ja­koś tak wy­szło. Nika go­to­wa­ła, zaj­mo­wa­ła się do­mem i dzieć­mi. On pod­łą­czał się tyl­ko do wspól­nych za­baw, choć i to nie zda­rza­ło się zbyt czę­sto. Był oj­cem obec­nym, ale nie uczest­ni­czą­cym. I pew­nie wła­śnie dla­te­go pierw­szy dzień kom­plek­so­we­go ko­gu­ta do­mo­we­go oka­zał się cał­ko­wi­tą po­raż­ką, za­nim jesz­cze na do­bre się za­czął.

– Dzie­sią­ta? Do­pie­ro dzie­sią­ta? – wy­szep­tał, spo­glą­da­jąc na ze­ga­rek. Czuł się tak, jak­by prze­pra­co­wał ty­dzień bez prze­rwy. Na do­da­tek cią­gle miał na so­bie górę od pi­ża­my i chy­ba nie umył zę­bów. Jak to moż­li­we, że czas rano roz­pę­dził się do pręd­koś­ci po­nad­dźwię­ko­wej, a te­raz na­gle sta­nął w miej­scu?

Wszedł do kuch­ni i ze zdu­mie­nia otwo­rzył usta. To nie­moż­li­we, żeby zdą­ży­li tak na­ba­ła­ga­nić w cią­gu za­le­d­wie dwu­dzie­stu mi­nut. Na sto­le znaj­do­wa­ło się do­słow­nie wszyst­ko, włącz­nie ze skar­pet­ka­mi i pie­lu­chą Mar­ty. Płat­ki były roz­sy­pa­ne, ma­sło dziw­nym tra­fem zsu­nę­ło się z ma­sel­nicz­ki na blat, a żół­ty ser już za­czął przy­bie­rać ten cha­rak­te­ry­stycz­ny, nie­ape­tycz­ny wy­gląd, ty­po­wy dla zbyt dłu­gie­go le­ża­ko­wa­nia na słoń­cu. W zle­wie sta­ło całe mnó­stwo na­czyń, cho­ciaż Ja­kub nie przy­po­mi­nał so­bie, żeby użył ta­kiej ilo­ści ta­le­rzy oraz garn­ków, a lo­dów­ka była nie­do­mknię­ta. Kie­dy wszyst­ko po­sprzą­tał, zro­bi­ła się je­de­na­sta, a on sam zno­wu przy­po­mi­nał wy­żę­te­go mopa. Usiadł na ta­bo­re­cie, dzię­ku­jąc w my­ślach sile wyż­szej, że Mar­ta wła­śnie śpi, i wy­pił dusz­kiem zim­ną kawę, któ­rą zro­bił so­bie wcze­śnie rano.

Sy­tu­acja odro­bi­nę go prze­ro­sła, ale zro­zu­miał, że ogar­nię­cie tego cha­osu to tyl­ko kwe­stia pla­no­wa­nia. Swo­ją dro­gą po­czuł ukłu­cie za­zdro­ści, kie­dy do­tar­ło do nie­go, że Nika nie tyl­ko ogar­nia­ła dzie­cię­cą rze­czy­wi­stość, ale rów­nież znaj­do­wa­ła czas, żeby pra­co­wać, na­wet je­śli tyl­ko na jed­ną trze­cią eta­tu. Rzad­ko kie­dy się też skar­ży­ła, choć oczy­wi­ście czę­sto by­wa­ła zmę­czo­na, a wie­czo­ra­mi za­sy­pia­ła na ka­na­pie i to za­wsze wte­dy, kie­dy film na­praw­dę za­czy­nał być in­te­re­su­ją­cy. Pa­mię­tał, że go to zło­ści­ło, był roz­draż­nio­ny jej lek­kim po­chra­py­wa­niem, więc kie­dy w koń­cu się bu­dzi­ła, mó­wił jej tyl­ko, że po­win­na ża­ło­wać, bo film był na­praw­dę świet­ny. Te­raz sam naj­chęt­niej rzu­cił­by się do łóż­ka, za­ko­pał pod koł­drę i ka­zał obu­dzić do­pie­ro na obiad.

Któ­ry, no­ta­be­ne, po­wi­nien sam przy­go­to­wać.

– Je­stem męż­czy­zną, oj­cem i by­łym ban­kow­cem. To nie­moż­li­we, że­bym po­legł we wła­snym kur­ni­ku.

Któ­ry, no­ta­be­ne, na­le­ża­ło spła­cić.

Do­mek, któ­ry od­wa­ży­li się z Niką ku­pić na kre­dyt, nie był zbyt duży, w prze­ci­wień­stwie do raty, jaką na­le­ża­ło za nie­go co mie­siąc uiścić. Do­pó­ki obo­je pra­co­wa­li, wszyst­ko ja­koś dało się ogar­nąć, te­raz kur­nik był za­gro­żo­ny. Ja­kub po­my­ślał, że to wy­jąt­ko­wo nie­spra­wie­dli­we zrzą­dze­nie losu. I że wy­sta­wia­nie na pró­bę ich eg­zy­sten­cji wca­le nie jest za­baw­ne. Po­sta­no­wił jed­nak, że nie pod­da­dzą się bez wal­ki, a kie­dy Be­re­ni­ka za­dzwo­ni­ła i oznaj­mi­ła, że do­sta­nie pra­cę na cały etat, po­czuł, że sy­tu­acja nie jest wca­le aż tak bez­na­dziej­na. Przy­naj­mniej na ra­zie nie zgi­ną z gło­du i nie będą mu­sie­li od­dać domu.

– Ja też nie­ba­wem coś znaj­dę – obie­cał jesz­cze i na­wet był prze­ko­na­ny, że mu się uda. Sta­tus bez­ro­bot­ne­go ja­koś do nie­go nie pa­so­wał.

– Dzie­ci od­wio­złeś?

– Oczy­wi­ście – obu­rzył się na­tych­miast.

– Nie spóź­ni­ły się?

– Daj spo­kój – od­po­wie­dział, co nie było ani po­twier­dze­niem, ani za­prze­cze­niem.

– A co zro­bisz na obiad?

– Nie umrze­my z gło­du, nie bój się – od­po­wie­dział i wzru­szył ra­mio­na­mi, cze­go Nika na szczę­ście nie wi­dzia­ła.

– Mar­ta lubi du­szo­ne jabł­ka z odro­bi­ną mio­du i świe­żo utar­tą mar­chew­ką, za­wsze jej to ro­bię na dru­gie śnia­da­nie – po­wie­dzia­ła jesz­cze, ale on udał, że już nie sły­szy.

Jabł­ko i mar­chew­kę może utrzeć, ale nie bę­dzie ni­cze­go du­sił, spraw­dzał, czy tem­pe­ra­tu­ra jest od­po­wied­nia, a po­tem jesz­cze do­pra­wiał mio­dem. Dzie­ci nie wol­no aż tak roz­piesz­czać. Poza tym ko­bie­ty za­wsze prze­sa­dza­ją. Ucze­pią się jed­nej my­śli, ja­kie­goś sche­ma­tu, a po­tem cią­gle go wał­ku­ją. On bę­dzie bar­dziej spon­ta­nicz­ny.

– Po­trak­tu­ję moje chwi­lo­we za­ję­cia do­mo­we za­da­nio­wo – wy­mru­czał pod no­sem, kie­dy tyl­ko się roz­łą­czył. – Nie pój­dę te­raz spać, cho­ciaż mam na to wiel­ką ocho­tę, tyl­ko roz­pi­szę wszyst­ko, co jest do zro­bie­nia. Ta­bel­ki za­wsze spraw­dza­ły się w mo­jej pra­cy, więc tu­taj musi być po­dob­nie. Li­sta rze­czy do wy­ko­na­nia, w ko­lej­no­ści od naj­waż­niej­szej do mało istot­nej, a po­tem wy­star­czy od­ha­czyć.

Tyl­ko co jest bar­dziej, a co mniej waż­ne?

Jak czę­sto trze­ba ro­bić pra­nie i czy in­for­ma­cja o przed­sta­wie­niu w przed­szko­lu Ma­tyl­dy jest istot­na, czy ra­czej moż­na ją chwi­lo­wo po­mi­nąć?

Czy po­wi­nien pod­lać kwia­ty w ogro­dzie?

I gdzie jest tar­ka?

Ja­kub nie zro­bił li­sty, po­nie­waż kom­plet­nie nie wie­dział, jak się za to za­brać. Wszyst­ko wy­da­wa­ło mu się nowe, obce, zu­peł­nie jak­by po raz pierw­szy brał udział w co­dzien­nych czyn­no­ściach. Wie­dział, że ma ocho­tę na kawę, tym ra­zem świe­żą i go­rą­cą, ale nie miał po­ję­cia, czy Mar­ta po­win­na obu­dzić się sama, czy waż­niej­sze jest, żeby zja­dła dru­gie śnia­da­nie. Tar­ki nie zna­lazł, więc tyl­ko po­kro­ił jabł­ko na małe ka­wa­łecz­ki. Rocz­ne dziec­ko już chy­ba umie gryźć. Obie­cał so­bie, że za żad­ne skar­by nie bę­dzie dzwo­nił do Be­re­ni­ki i o wszyst­ko ją py­tał, tyl­ko spró­bu­je za­ufać swo­jej in­tu­icji. Oj­co­wie wy­cho­wu­ją swo­je dzie­ci ina­czej niż mat­ki. Co wca­le nie zna­czy, że go­rzej. Po pro­stu mają inne prio­ry­te­ty.

Nika rów­nież siłą woli po­wstrzy­my­wa­ła się, żeby nie spraw­dzać Ja­ku­ba, cho­ciaż cały czas za­sta­na­wia­ła się, czy mąż nie za­po­mni ode­brać dzie­ci i czy na pew­no jest w sta­nie za­pa­no­wać nad wy­ko­ny­wa­niem kil­ku za­dań na­raz, nie po­pa­da­jąc przy tym w pa­ra­no­ję. Po­sta­no­wi­ła jed­nak, że nie bę­dzie nad­wraż­li­wą kwo­ką, tyl­ko sku­pi się na swo­jej pra­cy. W koń­cu to ona jest te­raz ży­wi­ciel­ką ro­dzi­ny. Co chwi­la jed­nak ob­gry­za­ła pa­znok­cie i wy­bie­ra­ła nu­mer Ja­ku­ba, aż w koń­cu po pro­stu wy­łą­czy­ła te­le­fon, żeby jej nie ku­sił.

Trzy se­kun­dy póź­niej włą­czy­ła go z po­wro­tem, na wy­pa­dek gdy­by coś się sta­ło. I po­czu­ła wście­kłość, że za­miast sku­pić się na pra­cy, cały czas my­śli o dzie­ciach, o tym, czy wszyst­ko u nich w po­rząd­ku. Zde­cy­do­wa­nie wo­la­ła być do­mo­wą mamą. Szy­ko­wać śnia­da­nia, za­pro­wa­dzać do przed­szko­la, po­plot­ko­wać cza­sem z in­ny­mi ma­mu­sia­mi, cho­dzić z Maj­ką na za­ku­py i pa­trzeć, jak jej cór­ka sta­je się małą ko­biet­ką. Słu­chać opo­wie­ści Ma­tyl­dy i le­żeć na ko­cy­ku z Mar­tu­sią, ob­ser­wu­jąc jej pró­by po­zna­wa­nia świa­ta. To nie­spra­wie­dli­we, że Kuba za­jął jej miej­sce. Po pierw­sze, wca­le się do tego nie nada­wał, a po dru­gie – ona ni­g­dy nie chcia­ła być biz­ne­swo­man. Lu­bi­ła dom i lu­bi­ła w nim sie­bie.

Wy­bra­ła nu­mer do męża i wy­pa­li­ła:

– Mam na­dzie­ję, że szu­kasz pra­cy, za­miast od­po­czy­wać na ka­na­pie. Mam na­dzie­ję, że zda­jesz so­bie spra­wę, do cze­go do­pro­wa­dzi­łeś, i masz wi­zję na­pra­wy tego po­pie­przo­ne­go ukła­du. I spró­buj tyl­ko ku­pić dzie­ciom go­to­wą piz­zę!

Kuba chciał coś po­wie­dzieć, ale Nika nie dała mu dojść do sło­wa.

Kie­dy od­bie­rał Maję ze szko­ły, był wy­koń­czo­ny.

– Ma­tyl­da jest w przed­szko­lu do pięt­na­stej, tak? – upew­nił się tyl­ko i po­dą­żył tę­sk­nym wzro­kiem za męż­czy­zną ubra­nym w ele­ganc­ki gar­ni­tur, któ­ry dum­nie dzier­żył skó­rza­ną tecz­kę i po­pra­wiał na no­sie oku­la­ry. Pew­nie był kimś waż­nym. Pew­nie po­dej­mo­wał istot­ne de­cy­zje i po­ma­gał in­nym lu­dziom. Pew­nie dużo za­ra­biał. Pew­nie cho­dził na służ­bo­we spo­tka­nia i…

– Co na obiad?

O, wła­śnie.

– Ma­ka­ron z so­sem po­mi­do­ro­wym.

– Może być – zgo­dzi­ła się Maja, a Ja­kub ode­tchnął z ulgą. Fo­cha obia­do­we­go dzi­siaj by już nie zniósł.

– O któ­rej wra­ca mama?

– O sie­dem­na­stej, tak przy­naj­mniej obie­ca­ła.

– Faj­nie.

– Bar­dzo faj­nie! – po­twier­dził Ja­kub i ucie­szył się na samą myśl o swo­bod­nym opad­nię­ciu na ka­na­pę, a być może na­wet krót­kiej drzem­ce.

O go­dzi­nie szes­na­stej trzy­dzie­ści chcia­ło mu się pła­kać. Zie­mia wi­ro­wa­ła, dom wi­ro­wał, trój­ka dzie­ci rów­nież wi­ro­wa­ła, a on mu­siał ro­bić to z nimi. Ci­sza gdzieś znik­nę­ła, po­dob­nie jak pe­wien sta­bil­ny po­rzą­dek świa­ta. To nie ma­ra­to­ny były trud­ne, nie ła­że­nie po ja­ski­niach, bu­do­wa domu czy na­pra­wa sta­re­go gra­mo­fo­nu, z któ­rej Ja­kub był tak bar­dzo dum­ny. Naj­trud­niej było do­ro­snąć do roli ojca, zwłasz­cza w wie­ku czter­dzie­stu trzech lat.
mniej..

BESTSELLERY