Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Koronkarka - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Data wydania:
22 stycznia 2020
Czytaj fragment
Pobierz fragment
39,90
Cena w punktach Virtualo:
3990 pkt.

Koronkarka - ebook

Panna Elisabeth Lawson uważa małżeństwo tylko za rodzaj umowy. Jej ojciec, zastępca gubernatora – tym bardziej. Już nawet wybrał jej narzeczonego. Kiedy jednak wypisuje się z odpowiedzialności za życie córki, a kolonialny Williamsburg zaczyna wrzeć w przededniu rewolucji amerykańskiej, Elisabeth ogląda życie w zupełnie innym świetle.

Zmagając się z trudnościami, by zarobić na utrzymanie, i podejrzeniami o szpiegostwo na rzecz znienawidzonych Brytyjczyków, musi podjąć trudną decyzję. Stanąć po stronie rewolucjonistów czy pozostać wierna swym angielskim korzeniom? A przecież żaden wybór nie obędzie się bez strat…

 

Laura Frantz, poczytna autorka romansów historycznych, wkracza z pełną napięcia opowieścią o miłości, zdradzie i nowych początkach. Dbałość o nawet najdrobniejsze szczegóły i talent pozwalający na tworzenie żywych, prawdziwych postaci sprawiają, że Frantz wciąż zachwyca czytelników fikcji historycznej lubiących czuć się częścią opowiadanej historii.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-66297-38-8
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Maj 1775

Elisabeth zaczerpnęła powietrza, przerywając godzinne skupienie. Z czujnością, tak aby nie uszczypnęły jej fiszbiny gorsetu, wyprostowała się, chcąc zmniejszyć ból pleców i karku. Na kolanach miała poduszkę z koronką, nad którą pracowała. Skomplikowany wzór, delikatny niczym płatek śniegu, powstawał z zagranicznej nici, zwiniętej w dwumetrowe śnieżnobiałe kłębki. Wolała biel od czerni. Wszystkie doświadczone koronkarki wiedziały, że praca z bielą jest korzystniejsza dla oczu.

Uniosła wzrok i wyjrzała przez okno z pięknego angielskiego szkła na świat zieleni poprzerywanej gdzieniegdzie kolorowymi kleksami kwiatów. Jej ulubione jasnożółte róże i różowe peonie tańczyły na wietrze szumiącym w ogrodach rezydencji. Wreszcie zbliżało się lato. I nie tylko czerwiec. Nadchodził dzień jej ślubu.

– Oh là là! Co się tu dzieje? – Zza rogu pokoju dobiegł ją wysoki, melodyjny głos. – Chyba panna młoda nie dzierga własnych koronek!

– Nie, Isabeau. Nie mam tyle cierpliwości.

– I już na pewno nie na całą suknię, merci . – Na tyle szybko, na ile pozwalała jej tusza, pokojówka okrążyła wsparte na filarach łóżko, trzymając w ręku koronkowe pończochy. – Była pani zajęta przez całe przedpołudnie i pewnie pani nie pamięta, że już czas na herbatkę z hrabiną. Lady Charlotte chciałaby omówić bal zaręczynowy. Podobno mają na nim być lord i lady Amberly.

Elisabeth omal się nie uśmiechnęła, słysząc, z jaką pieczołowitością jej pokojówka wymawia te tytuły. Pokorna hugonotka, Isabeau, wciąż pozostawała pod takim samym wrażeniem arystokracji jak tego dnia, gdy wylądowała na wybrzeżach Virginii. Elisabeth odłożyła koronkową poduszkę i patrzyła, jak kobieta wyjmuje z pokaźnej szafy dwie wygodne popołudniowe suknie.

– Jest pani w nastroju na niebieski czy na żółty?

– Na żółty – odparła. Żółty to ulubiony kolor lady Charlotte i Elisabeth chciała ją uhonorować, jak tylko mogła. Z kolei Pałac Gubernatora serwował podwieczorki dorównujące tym podawanym na królewskim stole.

– Mamy taki piękny dzień, hrabina będzie pewnie chciała przejść się po ogrodzie. Myśli pani, że zabierze ze sobą córki?

– Prawdopodobnie tak. Świeże powietrze i ruch dobrze im robią, choć ojciec każe im ostatnio często przebywać w domu.

Isabeau zerknęła na nią nerwowo.

– Boi się kłopotów?

O tym Elisabeth wolała nie myśleć.

– Lady Charlotte twierdzi, że słońce mogłoby popsuć im cerę. I ma rację. Popatrz na mnie! – Mimo iż bardzo jasne, to jednak piegi na nasadzie nosa i kościach policzkowych nadawały jej twarzy nieco pospolitego wyglądu, czego nie mógł ukryć nawet najlepszy puder. Zapracowała sobie na to, wymykając się z robótką do ukochanego ogrodu bez kapelusza.

– Jest pani très belle , nawet z piegami – powiedziała Isabeau, ściągając ciaśniej jej gorset. – I zdobyła pani najbardziej atrakcyjnego kawalera w Virginii.

– Jednego z nich. – Elisabeth przełknęła z trudem ślinę, aby powstrzymać język i nie mówić zbyt wiele, również na ten temat. O swoim narzeczonym, Milesie Cullenie Rocie, mogła powiedzieć całkiem sporo, lecz z pewnością nie to, że był ulepiony z tej samej gliny co inni kawalerowie z Virginii, na przykład William Drew, George Rogers Clark czy Edmund Randolph.

Głos Isabeau przeszedł w szept.

– Chociaż jeśli mowa o miłości, to nie jestem przekonana.

Elisabeth popatrzyła na popękane drzwi sypialni. Ojciec zawsze powtarzał, że jego córka pozwala służbie za dużo mówić, lecz prawda była taka, że wolała takie zwyczajne pogawędki niż napuszony klimat salonowych spotkań.

– Małżeństwo to interes.

– Tak twierdzi pani ojciec. – Isabeau zmarszczyła brwi z niezadowoleniem. – A ja jestem romantyczką. Za mąż wychodzi się z miłości, prawda?

– Tak jest we Francji?

– Oui, oui – odparła szybko pokojówka.

Choć Isabeau była kontraktową służącą, nie miała ojca, który kontrolowałby każdy jej krok. Dlatego Elisabeth mogła się domyślić sensu jej wypowiedzi: Jestem wolna. Mogę rozpocząć pracę, a także się z niej zwolnić. I wyjść za mąż, za kogo chcę.

A ona? Kim była Elisabeth Anne Lawson? Odbicie w lustrze nie mówiło jej wiele. Co mogliby o niej napisać potomni?

Że miała szczęście – lub nieszczęście – urodzić się córką gubernatora kolonialnej Virginii w stopniu pułkownika, hrabiego Stirling? Córką bojowej matki, która używała atramentu i gęsiego pióra jako oręża? Panną, której rodowodu i posagu mogła pozazdrościć każda kolonialna piękność? Przyszłą żoną Milesa Cullena Rotha? Panią Roth Hall? Koniec opowieści.

Szkarłatna pieczęć na liście była tak samo rozpoznawalna jak charakter pisma. Noble Rynallt odebrał go od gospodyni i zaszył się w ciszy gabinetu Ty Mawr. Zasiadłszy na skórzanym krześle, wyciągnął nogi i oparł pokryte pyłem buty o szeroki parapet okna wychodzącego na rzekę James, po czym złamał pieczęć.

Czas nagli. Musimy policzyć naszych wrogów i przyjaciół. Poszukaj jakiegoś sposobu, by dostać się na bal u lorda Dunmore’a, który odbędzie się 2 czerwca 1775 roku w pałacu. W końcu to przyjęcie na cześć twojego kuzyna. Wysil całą swoją inteligencję potrzebną nam teraz do pomocy w sprawie.

Patrick Henry

Był ostatni dzień maja. Nie zostało mu wiele czasu na rozmyślania. Jego kuzyn wkrótce poślubi piękność z Williamsburga, lady Elisabeth Lawson. Do tej pory nie myślał o tym zbyt wiele i nie miał ochoty na przyjęcia w Pałacu Gubernatora, a zwłaszcza na to wydawane na cześć córki jego wroga. Lord Stirling był na jego tropie, na tropie wszystkich ludzi niepodległości, i żaden z nich nie otrzymał zaproszenia. Jednak tak jak twierdził Henry, to kuzyn Noble’a celebrował zaręczyny. Z pewnością zaproszenie zostało po prostu przeoczone lub miało wkrótce nadejść.

Noble zmarszczył czoło na myśl o tym, jak wielkie zamieszanie może wywołać jego obecność. Lordowi Stirling groził nawet atak apopleksji z tego powodu. Ale gdyby rzeczywiście tak się stało, jeden z największych graczy blokujących walkę Virginii o niepodległość zostałby usunięty z drogi. A obecność Noble’a na balu oznaczałaby, że zakończył swoją drugą żałobę.

Niewymięty jeszcze egzemplarz Virginia Gazette, pachnący atramentem i holenderskim papierem wysokiej klasy, zdawał się wykrzykiwać anons matrymonialny:

Lady Elisabeth Lawson, przyszła żona pana Milesa Cullena Rotha, sympatyczna dziedziczka wielkiej fortuny, poprowadzi bal w Pałacu Gubernatora 2 czerwca 1775 roku...

Udekorowana kwiecistym wzorem kolumna zawierała szczegóły tego tak bardzo oczekiwanego wydarzenia, z zawartością posagu włącznie, opisując nawet te drobiazgi, o których nie wiedziała sama Elisabeth. Gdy kobieta odłożyła gazetę na toaletkę tekstem do spodu, jej uśmiech przybladł. To była naprawdę delikatna sprawa.

Isabeau, która natychmiast wyczuwała nastroje swojej pani, nie mogła pominąć tego milczeniem.

– A to dziady! Lepiej by napisali, że jest pani osobą o cudownym charakterze i prawdziwą chrześcijanką. Albo że mierzy pani niewiele ponad metr pięćdziesiąt, ma płowe włosy i wszystkie zęby z wyjątkiem jednego, ale to był, Dieu merci , trzonowiec.

– Pochodzę z Williamsburga – powiedziała Elisabeth, gdy pokojówka wprawnymi rękami upięła jej suknię. – Lokalna prasa uważa, że może o mnie pisać, co chce. W końcu tutaj się urodziłam i dorastałam, tu mnie obsługiwano.

– Nie ma im pani za złe tej pisaniny? – Isabeau przyjrzała się jej uważnie. – Udostępnianie tłumom szczegółów posagu to jednak nędzny postępek.

– Przede wszystkim głupi. Przecież w Williamsburgu wszyscy wiedzą, ile kto jest wart. Nie trzeba tego drukować.

– To niech to pani powie swojemu drogiemu papie – odparła Isabeau, marszcząc brwi. – Kazał lokajowi rozdawać rano Gazette na Market Square, jakby to były cukierki.

Niespecjalnie zaskoczona, Elisabeth umilkła. Szeleszcząc suknią, wyciągnęła rękę do pokojówki, by ta udrapowała jej zdobiony wstążeczkami rękaw. Z dołu dobiegł ją przytłumiony odgłos końskich kopyt na bruku.

– Pani narzeczony? Punktualnie? Pomimo takiej burzowej pogody? – Isabeau popatrzyła na swoją panią oczyma barwy jadeitu.

Elisabeth odwróciła się do otwartego okna, ale usłyszała tylko szum deszczu.

– Pan Roth obiecał, że przyjedzie. Tylko to się liczy. Nie mówił dokładnie, o której godzinie.

– A kiedy się państwo ostatnio widzieli?

– W kwietniu – przyznała niechętnie Elisabeth, ciekawa, dlaczego Isabeau w ogóle zadaje takie pytanie. Przecież sama wiedziała wszystko najlepiej, przebywając u boku Elisabeth dzień i noc. Skrzywiona mina pokojówki miała za zadanie przypomnieć jej pani, że kobieta nie przepada za Milesem mimo jego pozycji towarzyskiej w Williamsburgu. Sięgnęła zatem po kolejne usprawiedliwienie. – W listach pisze, że przygotowywał dla nas Roth Hall.

Jej własne słowa aż ją zakłuły, gdyż w ciągu ostatniego pół roku dostała od Rotha tylko dwa listy. Zamiast nich wysyłał jej ekstrawaganckie, zbędne upominki. Złote kolczyki w kształcie podków, zieloną amazonkę , ananasy, cytryny i limonki ze swojej oranżerii. Powóz zbudowany w Londynie. Tyle podarków, że zaczęła się w nich gubić. I żaden z nich nie poprawił opinii Isabeau na jego temat.

Mimo hojności Rotha Elisabeth odczuwała niepokój o przyszłość. Nie chciała jego prezentów. Pragnęła, by przy niej trwał. A on postępował jak jej często nieobecny ojciec. Trudno było jednak sprostać jej oczekiwaniom. Spełnić nadzieje na szczęśliwy dom. Pełną rodzinę.

– Pani fryzura jest absolutnie magnifique , prawda? – spytała z satysfakcją Isabeau, podając Elisabeth ręczne lusterko, by mogła zobaczyć loki opadające na ramiona i perukę przysypaną kosztownym różowym pudrem. Obok jej prawego ucha tkwiły strusie pióra ufarbowane na głębszy odcień różu.

– No nie wiem. – Elisabeth wyjęła szpilki przytrzymujące perukę, przesuwając artystycznie wpięte pióra. – Puder wychodzi z mody, podobnie jak muszki. Dziś zamierzam podążać za najnowszymi trendami.

Pokojówka uniosła brwi, ale wzięła perukę i umieściła ją na stojaku, gdzie ta natychmiast oklapła, przybierając smętny wygląd. Isabeau zerknęła na swoje odbicie w lustrze i wsunęła pas-
mo czarnych jak smoła włosów pod czepek. Choć w średnim wieku, nadal była atrakcyjną kobietą, tak silną brunetką jak Elisabeth blondynką.

– Musimy się pospieszyć, prawda? Ale najpierw... – Isabeau umocowała z powrotem strusie pióra we włosach Elisabeth, gdy tymczasem jej pani sprawdziła czas na zegarku leżącym tarczą do góry na toaletce.

Późno.

Miles zwykle się spóźniał, podczas gdy ona była zawsze punktualna. Hamując żal, odłożyła lusterko.

– Ciekawe, co dzisiaj robi mama.

Isabeau podniosła na nią oczy, w których kryło się współczucie.

– Pani mère wróci do was, kiedy skończy się wreszcie gadanina o herbacie i podatkach. Czy tak?

Elisabeth nie wiedziała. Mama popłynęła do Anglii, do Bath, wiele miesięcy temu. A gadanina o herbacie i podatkach ciągnęła się bez końca.

Rozległo się ciche pukanie do drzwi, a za nim przytłumiony głos drugiej pokojówki.

– Jakiś dżentelmen do pani, milady. Jest w salonie.

Dżentelmen? Nie jej narzeczony? Uśmiechnęła się gorzko. Może służba zapomniała, jak wygląda Miles.

Zrobiło jej się gorąco, a zaraz potem zimno. Wizyty Rotha były tak rzadkie i nieliczne, że ilekroć się z nim widziała, wydawał się jej obcy. Z tego powodu spędzali większą część czasu na ponownym zawieraniu znajomości. Tego wieczoru nie miało być inaczej. Łudziła się jednak, że uda im się nadrobić stracony czas.

Isabeau posadziła Elisabeth na stołku przed toaletką i zręcznymi palcami zapięła sznur pereł na jej szyi. Rutynowe czynności działały na dziewczynę uspokajająco. Wybrała butelkę perfum, otworzyła ją i natychmiast owionął ją modny ostatnio zapach prosto z Londynu. Różane geranium. Znowu zerknęła w lustro z rosnącym niepokojem.

Wszystko dzisiaj wydawało się jej nowe. Zapach. Buty. Gorset. Suknia. Nigdy nie miała na sobie takiej sukni ani też nie czuła się tak odkryta. Pomimo że kremowa koronka spływała obficie na jej nagie ramiona, dekolt był nader śmiały. Jedwabna kreacja w kolorze ostrygowego różu lśniła i podkreślała każdą wypukłość ciała. Krawcowa, która stworzyła tę suknię, tym razem przerosła samą siebie. Jej dzieło nadawałoby się nawet dla lady Charlotte.

Podeszła do drzwi, próbując wskrzesić w sobie choć odrobinę radości.

– Nie pozwolę gościom czekać.

Isabeau tylko przewróciła oczami.

– Chciałabym usłyszeć coś takiego z ust pana Rotha.

Pokojówka wyszła za nią z sypialni i obie ruszyły skąpo oświetlonym korytarzem na podest z wykuszowym oknem i tapicerowanym siedziskiem. Na tle aksamitnej czerni za lśniącą szybą rozprysnął się deszcz zamiast gwiazd, ciepłe powietrze było wilgotne. Tutaj się modliła. Isabeau czekała, a Elisabeth pochyliła na chwilę głowę, zanim udała się dalej. A potem, gdy szły w dół, w dół, w dół po kręconych schodach, starsza kobieta odrywała od czasu do czasu jakąś niesforną nitkę lub wygładzała fałdę w jej polonesce , aż w końcu stanęły w otwartych drzwiach salonu utrzymanego w jaskrawej, szkarłatno-złotej tonacji, przytłaczającej i niemiłej dla oka nawet w blasku świec. Kolory przypominały Elisabeth czerwone mundury brytyjskich żołnierzy. Weszła do pokoju w chwili, gdy Isabeau wycofała się na korytarz, i powędrowała spojrzeniem w kierunku kominka, gdzie spodziewała się zobaczyć Milesa Rotha.

– Lady Elisabeth.

Odwróciła się, zamiatając spódnicą, i poczuła, że kręci się jej w głowie. Jej gorset był zapięty naprawdę ciasno. Poza tym na podwieczorek zjadła bardzo mało.

Za nią stał mężczyzna z twarzą ukrytą w cieniu. Wyciągnęła przed siebie rękę, by utrzymać równowagę, jednak zamiast oparcia krzesła, w które celowała, chwyciła rękaw jego surduta. Mężczyzna patrzył na nią z góry, a gdy podniosła na niego wzrok, zobaczyła, że przybysz niemal sięga głową pierzastych chmurek namalowanych na suficie niebieską olejną farbą. Kimkolwiek był, nie był Milesem. Miles przerastał ją zaledwie o kilka centymetrów.

– Panie...

– Rynallt. Noble Rynallt z Ty Mawr.

Co takiego? Nagle sobie przypomniała. Noble Rynallt był dalekim kuzynem Milesa. Tak dalekim, że nawet nie pamiętała dokładnie tych koligacji rodzinnych. Szybko zebrała w pamięci wszystkie informacje na jego temat. Czystej krwi Walijczyk. Właściciel majątku przy rzece James. Niedawno stracił siostrę. Prawnik, od pewnego czasu członek zgromadzenia w Virginii. Rynalltowie słynęli z koni, czyż nie? Mieli najlepszą stadninę w Virginii, a może nawet w całych koloniach.

Pewna była jednak czegoś innego.

Przybył tutaj, ponieważ Miles zawiódł.

Zdziwienie ustąpiło miejsca rezygnacji. Dygnęła lekko.

– Panie Rynallt, co za nieoczekiwana przyjemność...

– Raczej zaskoczenie.

Zawahała się. Przynajmniej mówił szczerze.

– Czy pan Roth...?

– Spóźni się. – Udało mu się przybrać zakłopotany i przepraszający wyraz twarzy.

Starała się nie wlepiać w niego oczu, choć doznawała bogatych wrażeń zmysłowych. Moc mięśni, czarnego sukna i drzewa sandałowego. Ubranie o nieskazitelnym kroju, ciemne, z wyjątkiem niebieskiej kamizelki, dyskretnie obszytej srebrną nicią, i kremowego krawatu. Uszedł jej uwagi kolor oczu mężczyzny, skupiła się raczej na tym, jak wymawiał słowa: „spóźni się”.

Oszołomiona, wreszcie chwyciła się krzesła.

– Prosił mnie, abym pani towarzyszył, dopóki się nie zjawi. Jeśli oczywiście wyrazi pani na to zgodę – dodał koncyliacyjnie.

Przynajmniej udawał zażenowanie. W końcu chodziło o jej bal zaręczynowy wydawany przez lorda Dunmore’a w Pałacu Gubernatora, na który zaproszono całą elitę z Williamsburga. A ona zamierzała się tam zjawić nie z narzeczonym, tylko... z nieznajomym mężczyzną u boku.

Jednak dobre wychowanie nie pozwoliło jej na złamanie konwenansów. Zmusiła się do uśmiechu.

– Dziękuję. Jest pan bardzo uprzejmy. Czy mój narzeczony bardzo się spóźni?

– Mam nadzieję, że nie – odparł, podając jej ramię.

Niezależnie od tego, kim był Noble Rynallt, jego sposób bycia świadczył o tym, że panuje nad sytuacją. To jednak jej nie uspokajało.

– Gdy przyjechałem, zobaczyłem pani powóz stojący przed domem – zauważył, schodząc z nią ze schodów i mijając kamerdynera. – Ja pojadę obok konno.

Tuż za nimi zegar wybił o jedną godzinę za dużo. Bal już się zaczął. Lord Dunmore nie znosił gości przychodzących po czasie.

A oni w najlepszym wypadku mieli szansę na lekkie, modne spóźnienie.2

Jechali przez kałuże Palace Street, mijając katalpy i wspaniałe domy mrugające do nich światłami świec. Noble wpatrywał się w lampiony na otoczonym balustradą dachu budynku przy końcu trawiastej alei. Pod rezydencją gubernatora stały już najrozmaitsze środki lokomocji, żaden jednak nie dorównywał powozowi, któremu towarzyszył konno. Ze scenami przedstawiającymi cztery pory roku na panelach pojazd przyciągał uwagę. Noble nie widział dotąd żadnego, który mógłby się z nim równać.

Miles Roth miał liczne wady, ale odznaczał się dobrym gustem. Kosztownym gustem. Ten zaprzęg wyposażony w stalowe, niemieckie sprężyny nie przechylił się ani razu, sunąc pewnie na północ. Z pewnością nie pogłębiał irytacji Elisabeth Lawson rozczarowanej nieoczekiwaną zmianą partnera na balu. Choć zasłony były zaciągnięte i nie słyszał prawie nic oprócz miarowego staccato końskich podków, mógł sobie doskonale wyobrazić scenę, jaka rozgrywała się we wnętrzu. Niezadowolenie pokojówki lady Elisabeth na jego widok równało się zdziwieniu jej pani.

Stanąwszy w strzemionach, popatrzył przez ramię w stronę tawerny Raleigh. Miał zamiar udać się tam tak szybko, jak tylko byłoby to możliwe. Na razie ciążył mu mrok tej wilgotnej nocy. Zdecydowanie wolał nowy dzień wschodzący na horyzoncie, zalewający fasady, dwuspadowe dachy i pachnące ogrody Williamsburga delikatnym światłem. Noc przypominała mu o wszystkim, co utracił. Nawet ten wieczór wydawał się odrobinę melancholijny, zbyt napięty, pospieszny i wypełniony po brzegi niechcianymi obowiązkami. Aby odepchnąć ponure myśli, szybko powtórzył sobie w pamięci to, co wiedział o kobiecie jadącej powozem, na wypadek gdyby przyszło mu z nią rozmawiać.

Elisabeth Lawson, dama o świetlistej urodzie, przyjęła z godnością wiadomość o spóźnieniu narzeczonego. Najwyraźniej już się do tego przyzwyczaiła. Choć Noble miał jej towarzyszyć po raz pierwszy, krążyły plotki, że tego typu usługi świadczyli Milesowi inni jego kompani, zupełnie jakby Roth liczył na to, że Elisabeth w końcu ulegnie urokowi któregoś z nich. Cóż, ten jeden jedyny raz zgodził się zrobić z siebie durnia i pójść z nią na bal na prośbę Henry’ego. Nie mógł się nie zgodzić ze stwierdzeniem, że w luźnej atmosferze rozwiązują się języki i patrioci mogą dzięki temu wiele zyskać. Obiecał sobie jednak, że podjął się tak ryzykownego przedsięwzięcia ostatni raz.

Od chwili, gdy wyjechał z Raleigh, błagał Opatrzność o to, by lady Elisabeth nie zaczęła się dopytywać o prawdziwe powody spóźnienia Milesa, gdyż nie zamierzał kłamać. „Spóźniony” wydawało się bezpiecznym określeniem, choć sytuację odzwierciedlałoby lepiej: „rzucony w wir ulubionych rozrywek”. Z kośćmi w ręku Miles wydawał się uosabiać motto wyryte złotymi zgłoskami nad kominkiem w tawernie, w sali Apolla: Hilaritas sapientiae et bonae vitae proles. Radość potomstwem mądrości i dobrego życia.

Nie sądził, by Patrick Henry miał problem ze zmąceniem zmysłów Milesa grami i alkoholem. Tego wieczoru jednak jego daleki kuzyn nie tylko oddawał się hazardowi, lecz kazał czekać narzeczonej, czym z pewnością doprowadził do szału zarówno gubernatora Dunmore’a, jak i potężnego ojca Elisabeth. Noble sam czuł się zagubiony; po wielu miesiącach żałoby, w czasie której unikał kontaktów towarzyskich, wybierał się właśnie na bal, na który miał taką samą ochotę jak na zeszłotygodniową zupę z krabów. Tęsknił za spokojem Ty Mawr przy Quarterpath Road. Piękny wieczór psuły radosne śmiechy i ochrypłe głosy dochodzące z Pałacu Gubernatora. Williamsburg jawił mu się jako wrzód, który należało szybko przeciąć.

Elisabeth poruszyła się na aksamitnej poduszce powozu, rada, że ciemności skutecznie kryją jej napięte rysy. Mimo to wiedziała, że Isabeau wyczuwa jej niepokój równie bezbłędnie, jak ona sama odbierała nastrój pokojówki. Ich wzburzenie krążyło w powietrzu, mącąc atmosferę.

– Pani różowe piórka trochę się nastroszyły, prawda? – szepnęła po francusku wyraźnie przestraszona Isabeau. – A narzeczony powinien się wstydzić. Jak można się spóźnić na własny bal zaręczynowy?

– Nie myślę o Milesie Rocie – wyznała Elisabeth. – Tylko o nim.

– O panu Rynallcie? Oui, oui, wreszcie wyszedł z żałoby.

– Na to wygląda – mruknęła sucho Elisabeth.

Isabeau poruszyła szybko wachlarzem w gorącym wnętrzu.

– Wiele piękności na balu będzie się uśmiechać na jego widok, nawet jeśli pani nie jest wesoło. Wolałabym tylko, żeby nie wyglądał jak łajdak.

– Łajdak? – Elisabeth zerknęła na pokojówkę. – Tak bym go nie opisała.

– Nie? – spytała piskliwie Isabeau, załamując ręce. – On jest... jak wy to mówicie? Łotrem? Draniem? Smagły jak pirat, a jeszcze te ciemne włosy i oczy... Niektórzy mówią, że płynie w nim więcej krwi cygańskiej niż walijskiej.

– Jak to się stało, że tyle o nim wiesz? – Pytanie było niemądre. Isabeau znała wszystkich mieszkańców Williamsburga i okolic. Miała ambicję, by śledzić rytm życia miasta.

– Wiele się o nim mówi.

– Możesz więc znaleźć coś, co świadczyłoby o nim dobrze?

– Oui, oui! – Isabeau zasznurowała usta w namyśle. – Znana jest szczodrość Ty Mawr. Żaden żebrak nie odchodzi stamtąd z kwitkiem. Ale nie tylko. Pokojówki z Raleigh twierdzą, że monsieur Rynallt to najlepszy pan, jakiego miały. Daje sowite napiwki.

Elisabeth otworzyła wachlarz, przecinając zbyt gorące powietrze.

– Nie interesuje mnie jego hojność, tylko poglądy polityczne.

– Poglądy polityczne? – Głos Isabeau przeszedł w niezadowolony szept. – To jeden z ludzi niepodległości, rozumie pani?

Słowa „ludzie niepodległości” często wymawiane jak przekleństwo przez jej ojca wróciły do niej teraz niczym trzask pioruna, jak coś absolutnie złowieszczego, co torowało sobie drogę na pierwszy plan jej pamięci.

– Poza tym to innowierca, już nie chodzi do kościoła.

– Do waszego kościoła, tak? Jest Pi... Pe...

– Prezbiterianinem?

Elisabeth wiedziała o tym wyznaniu równie mało co Isabeau. Według jej ojca istniał tylko jeden Kościół. Kościół anglikański. Poruszyła wachlarzem bardziej stanowczo.

– Może powinnam była odmówić, gdy mi zaproponował swoje towarzystwo. Ale bardzo mnie zaskoczył.

– Oh la vache! – Głos Isabeau nabrał mocy. – Nie mam słów. Proszę to przemyśleć. Wchodzi pani na bal, trzymając pod rękę nie narzeczonego, tylko jakiegoś...

– Radykała, który kocha niepodległość i trzyma się z daleka od kościoła – powiedziała Elisabeth i dodała szybko: – Teraz w Williamsburgu pełno jest takich.

– Pani ojciec będzie zły, prawda?

– Na pewno. – Elisabeth zawiesiła głos, czując, że kiełkuje w niej rozbawienie. – Ale mama pewnie byłaby zadowolona.

– Oui. Ale pani kochanej mamy tutaj nie ma.

Elisabeth zaczerpnęła powietrza, by uspokoić nerwy.

– Udałabym chorobę, ale ten bal planowano od miesięcy. Lady Charlotte zastępuje mamę, a jej córki mają być moimi druhnami...

Powóz zwolnił i zatrzymał się łagodnie, więc pozostałych słów nie wypowiedziano. Mimo deszczu przed pałacem było tłoczno, w wilgotnym powietrzu krążyły apetyczne zapachy z kuchni. Do uszu Elisabeth dotarły słodkie tryle skrzypiec. W ciężkiej czerwcowej aurze pulsowało podniecenie, choć ona sama zupełnie go nie odczuwała. Zanim jednak postawiła pierwszy krok na stopniu powozu, postanowiła odegrać swoją rolę, z myślą o bezpiecznej przyszłości, niezależnie od doznawanych uczuć.

Modlitwa Noble’a o dyskretne wejście do pałacu została wysłuchana. Dokładnie w chwili, gdy on i lady Elisabeth znaleźli się przy ukwieconym wejściu, w dalekim końcu sali balowej zemdlała pewna dama i lokaje ruszyli jej na ratunek. Wszystkie oczy skupiły się na niedomagającej lady Grey, a Noble ujął lady Elisabeth za łokieć i wprowadził ją w strojne towarzystwo. Zagrano pierwszego menueta, a oni ruszyli na parkiet z innymi tańczącymi parami, jakby byli tam od początku.

Podniosła na niego wzrok i otaksowała inteligentnymi oczyma, a na jej przypudrowanej twarzy pojawił się wyraz ulgi, jakby – czy miał prawo tak myśleć? – dostrzegła w nim bohatera. Gdy odwróciła głowę, popatrzył na delikatny owal jej twarzy, a jego uwadze nie uszedł żaden szczegół. Dołeczek w policzku widoczny nawet wtedy, gdy się nie uśmiechała. Ciemne, łukowate brwi. Orli nos. Cudownie niebieskie oczy. Gładkie, białe ramiona tuż nad linią bogato haftowanej sukni, która zdawała się odbijać światło wszystkich świec.

Nie wyglądała na kobietę o naruszonej reputacji, ale nią była. Przyczynił się do tego nie tylko ten łobuz, jej narzeczony, lecz i on sam wraz ze swoimi zupełnie nieszlachetnymi zamiarami. Przy niej nie czuł się dżentelmenem, gdyż wykorzystywał damę do celów politycznych, nawet jeśli działał w słusznej sprawie.

Choć nie tańczył ponad dekadę, dzięki niej z łatwością znów wczuł się w rolę. Rozproszone wspomnienia poukładały się w logiczną całość. Lady Elisabeth była tą samą kobietą, którą widział nie tak dawno temu w towarzystwie córek lady Dunmore w królewskich ogrodach, gdy próbowała opanować kroki pewnego skomplikowanego tańca ludowego. Pamiętał jej śmiech – wbrew temu, czego się spodziewał, nie wysoki i przypominający dźwięk fletu, ale gardłowy i bogaty jak pomruki wiolonczeli. Instruktor tańca nie był zachwycony, gdy Noble i jego towarzysze zwolnili kroku, wychodząc z pałacu, aby popatrzeć na tę lekcję.

Jej oczy, już od niego odwrócone, omiatały pomieszczenie. Z pewnością poszukiwały Milesa Rotha, na co Noble zareagował dziwnym uczuciem zawodu. Jego kuzyn zasłużył na porządne lanie za swój nieobliczalny postępek. Szkoda, że nie miał mocniejszego charakteru i nie był odporny na podstępy Henry’ego. Patrioci, tacy jak on sam i Henry, wykorzystywali słabości Milesa, by wzmocnić sprawę. Tym niemniej rola, jaką odgrywał Noble w tej zasadzce, nie do końca przypadła mu do gustu.

Nagle sobie uświadomił, że z wielu powodów patrzy na nich mnóstwo par oczu. Choć wcześniej się tak nie umawiali, oboje nie włożyli peruk i nie upudrowali włosów. Przepiękna suknia Elisabeth spływająca lawiną koronki uwydatniała czerń jego jedwabnego, prążkowanego smokingu. Wydawało się, że wyglądem wzbudzają takie samo poruszenie jak nieobecność Milesa i niezapowiadany koniec żałoby Noble’a.

Gdy Miles wreszcie się zjawił, lśniące lodowe rzeźby pływały już w kryształowych czarkach do ponczu w przyległym do sali balowej pokoju jadalnym, a lukier na ogromnym wielowarstwowym torcie powoli zaczynał się topić. Noble tylko na niego spojrzał i od razu wiedział, że ktoś musiał mu siłą wydrzeć kości z ręki, by go tu sprowadzić. Ubrany w żółty satynowy garnitur, wyglądał jak ogromna pszczoła. Krawat miał przekrzywiony, zaś kamizelkę szpeciła plama z porto. Noble poczuł, że ogarnia go palący wstyd z powodu sytuacji, w jakiej stawia to lady Elisabeth.

Wiedziony poczuciem obowiązku, poprowadził ją do Milesa przez zatłoczone obrzeża sali. Uderzyło go nagle, jak bardzo ta para do siebie nie pasuje. Ona czysta i delikatna, jego kuzyn rozwiązły i na wpół pijany.

Uznał, że to ponura przepowiednia na przyszłość.

Zanim Elisabeth przypomniała sobie o zasadach dobrego wychowania i zdążyła mu podziękować, Noble Rynallt odwrócił się od nich i ruszył w stronę zbitej grupki dżentelmenów przy oknie. Zaczął przeciskać się z trudem przez spocony tłum, co nie było łatwym zadaniem, zważywszy, że w sali kłębiły się co najmniej trzy setki ludzi. Elisabeth popatrzyła za nim z mieszaniną żalu i ulgi.

Gdy odszedł, natychmiast znalazł się przy niej jej ojciec. Zwykłemu obserwatorowi mógł wydawać się spokojny, ale ona znała go lepiej.

– Spodziewałem się ciebie znacznie wcześniej.

Surowe słowa były skierowane do niej, nie do jej narzeczonego, jakby to Elisabeth należało winić za spóźnienie Milesa.

– Proszę przyjąć moje przeprosiny, sir. – Miles sięgnął ręką, by poprawić krawat, i powędrował wzrokiem po zbyt rozgrzanym pokoju. – Coś mnie zatrzymało.

Przynajmniej okazał się na tyle taktowny, by przemówić w jej imieniu. Mimo swych wad należał do nielicznych, którzy nie pozwalali się zastraszyć jej ojcu. Był... Milesem, na dobre i na złe, nieznającym poczucia winy.

Elisabeth popatrzyła ze zdziwieniem na ciemnofioletową plamę, która zakwitła na jego piersi, przypominającą swą barwą nienaganny strój Noble’a. Stanęła na wprost narzeczonego, wyciągnęła odzianą w rękawiczkę dłoń i zapięła mu surdut na stalowy guzik, ukrywając paskudny ślad po winie.

W jego głosie zabrzmiała czułość.

– Ach, moja pani zawsze się o mnie troszczy.

Słysząc te nieoczekiwane słowa, od razu złagodniała. Świadoma badawczego spojrzenia ojca, powstrzymała chęć, by upchnąć pod perukę zabłąkany kosmyk włosów Milesa. W żółtym naprawdę nie było mu do twarzy. Wydawał się zmęczony i wyglądał jak utracjusz. Czyżby nie miał lokaja? Postanowiła, że po ślubie pomoże mu wybrać garderobę w odpowiednich odcieniach.

– Chyba powinniśmy zatańczyć – mruknął, rozglądając się wokół.

Gdy po spokojnym menuecie zagrała żywa szkocka muzyka, poczuli na sobie spojrzenie ojca.

W objęciach narzeczonego owionął ją zapach potu, tabaki i trunków. Miles poruszał się zbyt gwałtownie, rozluźniony nadmierną ilością porto.

Noble patrzył z kamienną twarzą na chmarę wirujących tancerzy. Stał teraz przy drzwiach jadalni, a jego postawa idealnie współgrała z obrazami wiszącymi na bogato zdobionych ścianach. Był czujny, ostrożny, poważny.

Nieopodal stała lady Charlotte, a jej karmazynowa jedwabna suknia wspaniale kontrastowała z jasnoniebieską taftową kreacją najstarszej córki. Kobieta znakomicie ukrywała niezadowolenie spowodowane obecnością jednego z ludzi niepodległości. Uśmiechała się tylko łagodnie do Elisabeth, nie zwracając uwagi na nikogo innego.

A jej narzeczony?

Był wyraźnie znudzony i poirytowany. Na swoim własnym balu zaręczynowym.

Och, Milesie, nie bawisz się tutaj dobrze...

Cała jej radość wygasła. Dezaprobata ojca i brak zainteresowania ze strony Milesa, a także jego niechęć do uczestniczenia w zabawie – wszystko to wyssało z niej pogodę ducha. Mieszkańcy Williamsburga czasem nazywali ją słoneczkiem z powodu jej promiennego usposobienia.

Tego dnia tak się nie czuła.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: