Facebook - konwersja
Na sygnale. Z życia ratownika medycznego - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Na sygnale. Z życia ratownika medycznego - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Tłumacz:
ISBN:
978-83-8195-156-2
Język:
Polski
Data wydania:
25 marca 2020
Rozmiar pliku:
531 KB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
32,90
Cena w punktach Virtualo:
3290 pkt.

Na sygnale. Z życia ratownika medycznego - opis ebooka

Na chodniku leży nastolatek, wykrwawiający się z rany kłutej. Zrozpaczona i zszokowana matka patrzy oniemiała, jak jej córka przechodzi bardzo silny atak astmy. Młody mężczyzna rzuca się pod pociąg w Sylwestra o północy.
Niewielu ludzi wyobraża sobie życie w świecie, w którym takie sytuacje należą do codzienności. Dla ratowniczki medycznej Lysy Walder te i tysiące innych wezwań są częścią pracy. Lysa często widzi tragedie, przerażenie i stratę. Jest świadkiem wszystkich skutków dzwonienia pod numer 112, do największego i najbardziej zapracowanego serwisu pogotowia ratunkowego na świecie.
Lysa jest pielęgniarką na ostrym dyżurze i ratowniczką medyczną od ponad 15 lat. W tej książce opowiada historie kryjące się za wyjącymi syrenami i migoczącymi niebieskimi światłami karetek oraz zdradza, jak to naprawdę jest mieć pracę, w której nieustannie staje się twarzą w twarz ze śmiercią i przeznaczeniem. Fascynujące i przyprawiające o dreszcze historie, opowiadające o gwałtownie przerwanych życiach, złamanych sercach, ale także o nadziei.

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRZEDMOWA

Jeśli mieszkasz w stolicy, cały czas wyczuwasz ich obecność.

To głośne syreny karetek pogotowia, helikoptery kołujące nad twoim domem o trzeciej nad ranem, pędzące radiowozy i hałasujące wozy strażackie ścigające się w ruchu ulicznym i próbujące przepchnąć się przez zakorkowane ulice do następnego wypadku, kolejnego dramatu.

Dźwięk i wściekłość londyńskich służb ratowniczych może drażnić lub denerwować sfrustrowanego kierowcę, pieszego próbującego rozmawiać przez telefon lub kogoś, kto ma lekki sen i czuwa o każdej porze dnia i nocy. Ale ten chór w tle, głośny i przeraźliwy, jest wszechobecną ścieżką dźwiękową wewnętrznego życia miasta. W Londynie ów dźwięk jest tak dobrze znany jak widok czerwonych autobusów, jazda zderzak w zderzak na Oxford Street czy czarne taksówki wlokące się po Shaftesbury Avenue.

Co jednak kryje się za tym wszystkim, za tysiącami telefonów pod 999 wykonywanych codziennie w Londynie, będącym domem dla 7,5 miliona ludzi, miastem, które nigdy nie śpi? Co się dzieje, gdy ekipy pogotowia ratunkowego pojawiają się na miejscu zdarzenia tylko po to, by spotkać się z urazami, chaosem, niebezpieczeństwem, szaleństwem i niekiedy tragedią? Kim są ludzie, których praca polega na chodzeniu po ulicach miasta dzień i noc i zajmowaniu się ofiarami przestępstw lub nagłych zasłabnięć? A z jakimi niebezpieczeństwami stają twarzą w twarz, odpowiadając na połączenia alarmowe?

Jako dziennikarka „London Evening Standard” w ciągu czterech lat przeprowadziłam wywiady z wieloma osobami pracującymi w służbach publicznych na wszystkich szczeblach, a Lysa Walder była jedną z nich. Rozmawiałam z lekarzami, pielęgniarkami, pracownikami ostrych dyżurów, policjantami i ekipami ratunkowymi. Ci ludzie muszą codziennie zmagać się z konsekwencjami choroby, alkoholu, narkomanii, przestępczości i wypadków. W swym nieprzewidywalnym życiu zawodowym, w którym na tętniących życiem ulicach i przedmieściach Londynu wszystko może się zdarzyć o każdej porze dnia i nocy, stają czasami w obliczu skrajnych ludzkich zachowań. Wycierają krew, zbierają fragmenty ciał, uspokajają przestraszonych lub przerażonych i, gdy mają dobry dzień, ratują życie, które bez ich zaangażowania i szybkiej reakcji zostałoby utracone.

Jestem cyniczką, ale muszę przyznać, że nie jest przesadą stwierdzenie, iż londyńscy ratownicy tacy jak Lysa imponują swoim oddaniem, profesjonalizmem i, co istotne, swoją skromnością w odniesieniu do kluczowej roli, jaką odgrywają w życiu miasta. Lysa, podobnie jak wiele osób z jej grupy zawodowej, twierdzi, że w świecie 999 i służb ratunkowych nie ma czasu na bohaterstwo jednostki. Zastępy straży pożarnej, oddziały policji, personel karetek pogotowia i helikopterów oraz zespołów medycznych wiedzą, że sprawne działanie udaje im się dzięki wspólnej pracy, a nie działaniom jednej osoby. Lysa, pielęgniarka, ratowniczka, mama trójki dzieci i mieszkanka Londynu, reprezentuje to, co jest podstawą usług pogotowia – są nią twardo stąpający po ziemi, profesjonalni i świetnie wyszkoleni wrażliwi ludzie, którzy siadają za kółko i biorą się do pracy niezależnie od tego, czego będzie ona od nich wymagać. A w strefie walk, którą stają się niektóre z naszych mniej przyjaznych ulic, potrzebne są szybka reakcja, poczucie humoru i fachowe, a jednocześnie bardzo ludzkie podejście do pracy, przed którą większość z nas by się cofnęło.

Opowieści Lysy to historia kobiety, którą mąż próbował zabić, losy dziecka skazanego na życie pełne przemocy czy przypadek młodego chłopaka, który leżał, krwawiąc od bezsensownie zadanej rany kłutej na ulicy w południowym Londynie. Jej głos pochodzi bezpośrednio z linii frontu i z serca. To, co Lysa opowiada nam o codziennej pracy niesamowitych ratowników z darmowego pogotowia w Londynie – największego tego typu na świecie – może przerażać, szokować, zasmucać, skłaniać do refleksji lub nawet śmieszyć, ale jednocześnie mówi nam wiele o ludzkiej naturze i o nas samych, niezależnie od tego, gdzie mieszkamy.

Jednak jeśli historie Lysy są formą uznania dla pracy personelu londyńskich karetek, należy dodać, że równie wysokie standardy i stopień poświęcenia cechują wszystkie służby ratownicze publicznej służby zdrowia (NHS) i Joannitów Dzieła Pomocy w całym kraju.

Czasami jest to ciężka praca. Jesteśmy z was bardzo dumni. Uparcie radzicie sobie ze strachem, bólem, szokiem, śmiercią i zachowaniem wymykającym się spod kontroli i kładziecie przy tym na szali własne życie. I zwykle robicie to z uśmiechem na ustach. Dziękuję każdemu z was z osobna.

Upieracie się, że nie jesteście bohaterami. Ale dla wielu z nas właśnie nimi jesteście.

Jacky Hyams, Londyn, 2011PODZIĘKOWANIA

Po pierwsze i najważniejsze, chciałabym złożyć szczególne podziękowania mojej rodzinie i przyjaciołom, wspaniałemu mężowi Steve’owi i trójce naszych cudownych dzieci: Bennowi, Jamesowi i Katie; codziennie napawacie mnie dumą i szczęściem.

Pragnę również podziękować wszystkim fantastycznym przyjaciołom i kolegom z Londyńskiego Pogotowia Ratunkowego, szczególnie tym, którzy pracowali ze mną w siedzibie głównej i w kompleksie Croydon (centrum wszechświata!). To dzięki wam udało mi się pozostać przy zdrowych zmysłach, donosiliście mi herbatę, czekoladę i wino – to ostatnie oczywiście tylko po zakończeniu pracy! Wspieraliście mnie w razie potrzeby (wiecie, o kim mowa) i czasami rozśmieszaliście do tego stopnia, że bolał mnie brzuch i łzy płynęły mi po twarzy. Nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że jesteście najlepszą grupą ludzi, z jaką ktokolwiek mógłby pracować.

Chciałabym również podziękować wszystkim wspaniałym pracownikom szpitala uniwersyteckiego w Croydon. Tamtejszy personel stał się dla mnie wzorem do naśladowania w moich pierwszych latach studiów pielęgniarskich.

Chciałam być zawsze taka jak oni, a i obecnie mają wpływ na to, jak wykonuję moją pracę. Niektórzy z nich pracują w tym miejscu od początku mojej podróży, nie mogę jednak nie wspomnieć o nowych przyjaciołach i kolegach, którzy pomagają mi teraz. Ci dobrzy ludzie cierpliwie znoszą moje nieustanne wypytywanie i wspierają mnie w dążeniu do bycia jak najlepszym fachowcem.

Wielkie podziękowania dla pracowników Wydziału Nauk o Ochronie Zdrowia Uniwersytetu St George’s w Londynie, gdzie przez pewien czas pracowałam i gdzie kontynuuję studia.

Niniejsze wydanie książki jest dedykowane między innymi Steve’owi Wrightowi. Steve i ja wstąpiliśmy do Londyńskiego Pogotowia Ratunkowego tego samego dnia w kwietniu 1994 roku. Razem z resztą naszej grupy ukończyliśmy podstawowe szkolenie w Bromley Training Centre. Kiedy w końcu udało nam się założyć upragnione mundury (wtedy były to jasnozielone ubrania robocze), bawiliśmy się w sanitariuszy, odtwarzając wszelkiego rodzaju nieprawdopodobne scenariusze, i sprawiało nam to ogromną frajdę. Mieliśmy nawet grupową piosenkę You are my sunshine, którą zaśpiewaliśmy naszym wykładowcom ostatniego dnia nauki.

W końcu wypuszczono nas na wolność do niczego niespodziewającego się społeczeństwa, a ja i Steve zostaliśmy przydzieleni do karetki stacji pogotowia z St Helier na sześciotygodniowy okres próbny. Steve zawsze był wspaniałym dżentelmenem i w tym czasie dobrze się mną opiekował. W tych trudnych dniach cieszyliśmy się każdą minutą i ciągle się śmialiśmy, próbując pomóc sobie nawzajem.

Kariera Steve’a w karetce była urozmaicona. Nigdy nie przestał szukać nowych wyzwań. Niestety, Steve zmarł nagle po krótkiej chorobie w sierpniu 2009 roku. Na jego pogrzebie było pełno ludzi, eskorta motocyklowa, widziałam też dudziarza, a nawet helikopter medyczny, który przeleciał nad nami, by oddać cześć Steve’owi.

Ilekroć ktoś o nim mówi, zawsze wspomina o jego miłości do rodziny, profesjonalizmie, chęci życia i dumie z pracy. Wszyscy pamiętają też jego wszechobecny, promienny uśmiech. Steve był uosobieniem tego, kim powinien być sanitariusz, i jestem wdzięczna, że jego rodzina pozwoliła mi złożyć mu hołd i poświęcić niniejsze wydanie mojej książki jego pamięci.

Najlepsze życzenia dla wszystkich pozostałych pracowników na linii frontu w całym kraju. Dotyczy to również innych służb pogotowia ratunkowego, służb ochotniczych, straży pożarnej, a zwłaszcza policji, która tak szybko przybywa, aby nas ratować, gdy prosimy o „pilne wsparcie policyjne”. Dobrze wiedzieć, że jesteście!

Wreszcie chciałabym podziękować pacjentom, którzy ufają nam na tyle, że wpuszczają nas do swojego życia w chwilach, gdy są najbardziej bezbronni, i którzy czasami inspirują nas, kiedy muszą radzić sobie z tym, co zgotował im los.

Lysa Walder, Londyn, 2011WSTĘP

Zawsze lubiłam przygody. To chyba dlatego jako niewiarygodnie naiwna szesnastolatka – ku przerażeniu mojej matki – uciekłam do cyrku. Ale kto mógłby ją za to winić? Żaden rodzic nie marzy o takiej karierze dla swojego dziecka. Mój ojciec, jako że spędził trochę czasu jako wędrowny muzyk, rozumiał uroki życia w drodze.

W ciągu czterech lat pracy w cyrku ćwiczyłam na trapezie, żonglowałam, chodziłam po wielkiej kuli, jeździłam na koniu i grałam epizod w przedstawieniu klauna. Miałam nawet krótką rolę konferansjera, ale to głównie dlatego, że jako jedyna mówiłam po angielsku bez wyraźnego akcentu! Dzięki pracy w cyrku zwiedziłam całą Wielką Brytanię i Europę. I udało mi się nie skręcić sobie karku ani nie złamać sobie niczego innego.

Ale w wieku dwudziestu lat nadszedł czas na opuszczenie cyrku i rozpoczęcie studiów przygotowujących do jakiegoś zawodu. Zaczęłam więc uczyć się pielęgniarstwa. Co skłoniło mnie do tego kierunku? Szczerze mówiąc, chyba w ogóle się nad tym nie zastanawiałam. Prawdopodobnie naoglądałam się za dużo Na sygnale w telewizji. Ale po trzech miesiącach nauki w szkole pielęgniarskiej wreszcie dostałam szansę i posłano mnie do niczego niepodejrzewających pacjentów.

Trafiłam więc na swoją pierwszą w życiu zmianę, założyłam nieśmiało mój nowy uniform i czułam się trochę jak ściśnięta sprężyna – nie mogłam się jednak doczekać, kiedy uratuję życie lub dwa. Moim pierwszym zadaniem była pomoc pielęgniarce, która znajdowała się za parawanem z jednym z pacjentów.

– Cześć, poproszono mnie, żebym ci pomogła – powiedziałam radośnie.

– Świetnie – odparła pielęgniarka. – Ja przytrzymam pana Smitha, a ty umyj mu tyłek, dobrze?

– Żartujesz sobie ze mnie? – Z przerażenia zachciało mi się krzyczeć. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że będę musiała myć bardzo zabrudzone pośladki dorosłego mężczyzny. Wspominałam przecież, że jestem naiwna, prawda? Jednakże poradziłam sobie z tym zadaniem. Ale w myślach planowałam już ucieczkę. Postanowiłam, że niedługo znajdę sobie inną pracę. I że już nigdy nie będę musiała robić czegoś takiego!

Nie było mi jednak dane zrealizować swoich planów, ponieważ bycie pielęgniarką zaczęło mi się podobać. Pod koniec szkolenia spędziłam czas na oddziale ratunkowym i znalazłam tam „pielęgniarstwo” takie, jakie sobie wyobrażałam: ekscytujące i nieprzewidywalne. Na oddziale ratunkowym każdy dzień wygląda inaczej. Totalnie moja bajka.

Podczas pobytu na oddziale ratunkowym musiałam spędzić jeden dzień, przyglądając się pracy pogotowia. Niektóre z dziewczyn ostrzegały mnie przed załogami karetek.

– To banda kobieciarzy – powiedziała jedna.

– Wszyscy są seksistowskimi świniami – dorzuciła druga. – Uważaj, bo przez cały dzień każą ci biegać i parzyć sobie herbatę.

Zanim więc dotarłam na stację pogotowia, byłam przerażona. Gdy siedziałam w kantynie ze wszystkimi załogami karetek, denerwowałam się tak, że bałam się odezwać. To było tak inne od w większości kobiecego środowiska, do którego przywykłam w szpitalu. A rozmowy schodziły czasem na niebezpieczne tematy.

Wtedy jeden z sanitariuszy zaproponował mi filiżankę herbaty. Czy to był jakiś podstęp? Mimo wszystko odparłam zdenerwowana:

– Tak, proszę.

To nie był żaden podstęp. Mężczyzna po prostu podał mi kubek potwornie mocnej herbaty. Siedziałam tam, nerwowo naciągałam spódnicę na kolana i czekałam na pierwsze wezwanie. Poparzyłam się gorącą herbatą, ale mimo to ciągle ją piłam. Naprawdę była zbyt mocna. Ale za bardzo się denerwowałam, by się odezwać.

I wtedy przyszło wezwanie. Wybiegły dwie ekipy karetek.

– Jedziesz z nami? – spytali Steve i Nigel. Wtedy nikt by się nie spodziewał, że pewnego dnia jeden z nich – Steve – zostanie moim mężem.

Pojechaliśmy na miejsce wypadku z migającym kogutem na dachu i wyjącymi syrenami.

To właśnie nazywamy „porządną pracą”. Zastaliśmy tam kobietę z zatrzymaniem akcji serca. Stojąc na ulicy, patrzyłam, jak sanitariusz Steve wpycha jej do gardła rurkę, żeby wpuścić tlen do jej płuc. To się nazywa intubacja. Następnie wbił igłę w jej żyłę, żeby w ten sposób podać jej płyny i leki i spróbować przywrócić pracę serca. Ten proces nazywa się kaniulacją. Próbowałam trochę pomóc, robiąc kobiecie masaż serca. Potem przenieśliśmy ją na nosze i zabraliśmy do karetki.

Porozumieliśmy się z miejscowym szpitalem i Nigel natychmiast tam ruszył – cały czas z wyjącymi syrenami i migoczącymi światłami. Z tyłu karetki Steve i ja próbowaliśmy reanimować kobietę aż do chwili przyjazdu do szpitala. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałam. Przez całą drogę byłam na adrenalinowym haju.

Gdy dojechaliśmy, trzęsłam się jak galareta. Pasemka włosów wypadły z mojej kitki, było mi gorąco i spociłam się z wysiłku podczas przeprowadzania resuscytacji w ciągu sześciokilometrowej trasy. Od klęczenia na chodniku miałam podziurawione rajstopy i porysowane kolano. Wyglądałam strasznie. Ale byłam nabuzowana.

Dla mnie ta praca była niesamowita. Niestety, jak to często bywa w takich sytuacjach, pacjentka nie przeżyła. Wiedziałam jednak, że taki typ wyzwania bardzo mi się podoba. Naprawdę bardzo chciałam pracować w tym środowisku.

Skończyłam studia i zostałam pielęgniarką. Ale na początku lat 90. zdobycie pracy na izbie przyjęć wcale nie było takie proste. Nie było żadnych wakatów. Musiałam wpisać się na listę oczekujących i rozpocząć pracę jako pielęgniarka na oddziale medycznym. Nawet kiedy zaczynałam tę pierwszą pracę, miałam nadzieję, że dostanę szansę na przeniesienie się na oddział ratunkowy. A potem, żeby się zabezpieczyć, po cichu złożyłam podanie o przyjęcie do ekipy karetki ratunkowej. W ciągu sześciu miesięcy zostałam przyjęta do służby. Wreszcie udało mi się wrócić do życia w trasie. Ale tym razem nie w błyszczącym bikini w cyrku. Z traperami na nogach rozpoczęłam pracę w Londyńskim Pogotowiu Ratunkowym.

Było to w kwietniu 1994 roku. Zostałam technikiem ratownictwa medycznego (EMT). EMT stanowią większość naszego personelu na linii frontu, realizują wszystkie wezwania z numeru 999 i zapewniają podstawowe zabiegi reanimacyjne i defibrylacyjne – żeby opanować arytmię skurczów serca – oraz podają leki stosowane w nagłych wypadkach i korzystają z pozostałych metod leczenia.

Po dwóch latach zdecydowałam się na szkolenie na sanitariuszkę, a w 2003 roku rozpoczęłam dodatkowe studia, aby zostać jednym z pierwszych londyńskich ECP. Realizujemy również wszystkie wezwania z numeru 999, ale w Londyńskim Pogotowiu Ratunkowym często pracujemy w samochodach lub na własną rękę. Ponieważ wszyscy ECP są również ratownikami, wysyła się ich do wezwań o najwyższym priorytecie, na przykład zatrzymanie akcji serca albo uraz. Ich zadaniem jest jak najszybsze przywiezienie pacjenta na oddział ratunkowy.

ECP w samochodzie może trochę łatwiej manewrować w ruchu ulicznym i zacząć udzielać pomocy pacjentowi w oczekiwaniu na karetkę. Wezwania o wysokim priorytecie mogą również wymagać umiejętności ratownika medycznego, który może intubować pacjentów, robić kaniulację oraz stosować większy zakres leków przeciwbólowych i ratujących życie.

ECP może także jeździć na wezwania o niższym priorytecie, takie jak drobne urazy lub choroby. W takich sytuacjach wielu pacjentów wcale nie musi jechać do szpitala. ECP może przeprowadzić pełne badanie i ocenę stanu pacjenta na miejscu, a następnie zapewnić opiekę lub leczenie, które wcześniej było dostępne jedynie w szpitalu. Posiadamy dodatkowy sprzęt do badań i możemy na miejscu podawać różne leki, w tym antybiotyki. Takie rozwiązanie chwalą sobie szczególnie osoby starsze lub takie, które nie mogą wyjść z domu.

ECP może również skierować kogoś z powrotem do lekarza pierwszego kontaktu, opieki społecznej lub ośrodka leczniczego w celu kontynuowania leczenia. To dlatego ta praca może być tak satysfakcjonująca: wspaniale jest pomóc komuś i zostawić go w domu szczęśliwego i uśmiechniętego.

Wielu ECP pracuje również na oddziałach drobnych urazów i na izbach przyjęć, a także w karetkach pogotowia. Oznacza to, że możemy współpracować z innymi pracownikami służby zdrowia i się od nich uczyć. Tak więc umiejętności, które nabywamy stacjonarnie, mogą znaleźć zastosowanie, gdy wracamy w trasę.

Niniejszą książkę chciałam napisać z dwóch powodów. Po pierwsze, bez wątpienia praca ta działa ludziom na wyobraźnię. Ludzie, których nigdy wcześniej nie spotkałam, zawsze chcą dowiedzieć się więcej o tym, na czym ona polega. Często proszą mnie, żebym opowiedziała im o najgorszej sytuacji, z jaką miałam do czynienia podczas pracy. Doświadczenie nauczyło mnie jednak, że nie powinnam odpowiadać na takie pytania. Nie wszyscy są gotowi wysłuchiwać opowieści o rzezi i litrach wylanej krwi. Zwykle więc żartuję na temat tego, że ktoś nasikał mi na buty, albo wymyślam coś podobnego.

Drugi powód napisania tej książki jest poważniejszy. Niedawno poproszono mnie o przygotowanie wystąpienia dla organizacji charytatywnej Working With Men, której inicjatywa „Uncut Project” ma na celu zajęcie się przyczynami i motywacjami stojącymi za przestępstwami z użyciem noża lub innego ostrego narzędzia. Organizują oni pogadanki z młodymi ludźmi w szkołach oraz pomoc społeczną.

Napisałam swój monolog prosto z serca, myśląc o śmiertelnym pchnięciu nożem, którego byłam świadkiem, i przywołując myśli i uczucia, które to zdarzenie we mnie wywołało. A potem rodzina i przyjaciele zasugerowali, że może stać się on podstawą do stworzenia książki z różnymi opowieściami o wartych zapamiętania wezwaniach, których byłam świadkiem przez wiele lat.

Chciałabym tutaj dodać, że wszelkie myśli i uczucia wyrażone w tych opowieściach są wyłącznie moje. Nigdy bym nie zasugerowała, że tak samo myślą moi koledzy. Należy jednak zaznaczyć, że takie historie mógłby opowiedzieć każdy z nas. Wszyscy jechaliśmy do smutnych, traumatycznych, przerażających, śmiesznych lub niedorzecznych wezwań. Nie mam na to żadnego monopolu!

Większość środowisk pracy zmienia się na przestrzeni lat i karetka pogotowia nie jest wyjątkiem. Obecnie, na przykład, spędzamy mniej czasu na stacji pogotowia. Kiedyś było więcej okazji, aby usiąść i porozmawiać z kolegami z pracy – była to taka luźna forma zrzucenia z siebie ciężaru i relaksu. Teraz jesteśmy o wiele bardziej zajęci. Gdy tylko kończymy pracę z jednym pacjentem, z reguły jedziemy na kolejne wezwanie. Ale technologia poprawiła naszą szybkość reakcji. W pierwszych latach mojej pracy odbieraliśmy telefony stacjonarne, a następnie ręcznie wpisywaliśmy dane do formularza zgłoszenia pacjenta. Teraz szczegóły docierają do nas drogą elektroniczną przez mobilny terminal w kabinie pojazdu, dzięki czemu oszczędzamy cenny czas.

W miarę jak stajemy się coraz bardziej zapracowani, narażamy się na coraz częstsze ryzyko napaści. Ludzie są zaskoczeni, gdy dowiadują się, jak często jesteśmy atakowani, gdy próbujemy komuś pomóc.

To dziwny świat, w którym podczas wykonywania swoich obowiązków personel pogotowia ratunkowego musi nosić kamizelki nożoodporne. Nie należy jednak zapominać, że większość z tych napadów ma związek z narkotykami lub alkoholem. I zdarzają się one częściej w nocy lub w weekendy. Warto również pamiętać, że przeciętny ratownik widzi około 50 pacjentów tygodniowo, a większość wezwań to dość zwyczajne sprawy.

Poważne urazy są rzadkie. A wypadki zagrażające życiu stanowią mniej niż 10 procent naszej pracy. Nie jest to więc adrenalina 24/7 jak w serialach Na sygnale, Ostry dyżur czy Szpital Holby City – i niestety niewielu lekarzy wygląda jak George Clooney.

Jakie więc cechy są potrzebne do pracy w karetce pogotowia? Poza wykształceniem ważne są ogromne pokłady cierpliwości, umiejętność słuchania i mnóstwo zdrowego rozsądku. Świadkowie wydarzenia lub krewni, zarówno ci, którzy mają dobre intencje, jak i ci, którzy się wtrącają lub są agresywni, mogą stanowić ogromne wyzwanie. Więc naprawdę trzeba umieć szybko podejmować decyzje – w zależności od tego, jak rozwinie się sytuacja. Wszystko mogą skomplikować również niekorzystne warunki pogodowe i czynniki środowiskowe. I wreszcie, co nie mniej ważne, trzeba umieć podnosić bardzo ciężkie osoby i sprzęt, wnosić i znosić je po schodach i przenosić na duże odległości.

Niestety, pracując w karetce pogotowia, musisz przyzwyczaić się do tego, że nie zawsze wiesz, co dalej dzieje się z twoimi pacjentami. Przez krótki czas możesz bardzo zaangażować się w taką relację. Mogą powiedzieć ci wszystko, a ty możesz im pomagać, dzielić z nimi najbardziej stresujące, bolesne czy tragiczne wydarzenia w ich życiu. Uczucia towarzyszące takim sytuacjom mogą być bardzo intensywne. Ale naszym zadaniem jest zrobić dla nich wszystko, co w naszej mocy – a następnie odwieźć ich do szpitala. Nie zawsze mówi się nam, jak sprawy się potoczyły – jest to związane głównie z ochroną danych osobowych. Oczywiście, jeśli zabierzemy kogoś do naszego lokalnego szpitala, to być może następnym razem się z nim spotkamy. Ale zazwyczaj nie dowiadujemy się, jak się to skończyło. I musimy się z tym pogodzić.

Ludzie, z którymi pracuję w karetce, to fantastyczna grupa. Nigdy nie śmieję się tak głośno – ani tak serdecznie – jak wtedy, gdy opowiadam przyjaciołom i kolegom jakiś dowcip w kantynie. Wszyscy mamy ogromne poczucie humoru i blisko się ze sobą trzymamy. Wydaje mi się, że w innych środowiskach pracy tak koleżeńskie relacje występują bardzo rzadko. I to jest jeden z powodów, dla których tak wielu pracowników pogotowia się ze sobą umawia lub tworzy związki. Jestem tego dowodem, ponieważ wyszłam za Steve’a. Nie jest niczym niezwykłym, że personel karetki pogotowia żeni się z pielęgniarkami, lekarzami lub pracownikami innych służb ratunkowych. Myślę, że to dlatego, że wszyscy mamy ze sobą tak wiele wspólnego – musimy radzić sobie z nietypowymi schematami. I, oczywiście, z życiem i śmiercią.

ECP (Emergency Care Practitioner) to połączenie zawodu pielęgniarza z ratownikiem medycznym (przyp. tłum.).UZALEŻNIENIA

Wezwanie do przedawkowania heroiny zwykle przychodzi do nas, zwłaszcza gdy jakiś młody mężczyzna traci przytomność i ma „trudności z oddychaniem” – pod wpływem przedawkowania pacjenci przestają oddychać. Ale kiedy ktoś dzwoni pod 999, aby zgłosić takie zdarzenie, z reguły nie chce powiedzieć prawdy. Głównym zmartwieniem heroinistów jest to, żeby nie dowiedziała się o tym policja.

Narkomani zaopatrujący się w heroinę na ulicy tak naprawdę nie wiedzą, czy kupiony towar jest czysty. Mógł zostać zmieszany z innymi substancjami. Albo mogą źle dobrać dawkę. W kilka sekund po wstrzyknięciu do żyły tego, co uważają za właściwą porcję, robią się szarofioletowi. Przestają oddychać. A to prowadzi do zatrzymania akcji serca z powodu niedotlenienia.

Zdarza się, że przedawkowanie heroiny może prowadzić do bardzo szybkiej śmierci. Ale w niektórych przypadkach człowiek po prostu przestaje oddychać. Więc jeśli zostaniemy wezwani na czas, jest szansa na ratunek. W tej sytuacji możemy podać pacjentowi lek, który mamy przy sobie przez cały czas. Nazywa się Narcan i odwraca efekt działania każdego narkotyku, takiego jak morfina czy heroina. Rzeczywiście działa w ciągu kilku minut.

Ale zadziwiające jest to, że uratowani przez nas heroiniści nie zawsze okazują wdzięczność czy ulgę. Często, gdy Narcan odwraca skutki przedawkowania, są podminowani, rozdrażnieni – i zdenerwowani. Przecież wydali na heroinę dużo pieniędzy, a my wszystko popsuliśmy! Niesamowite, prawda? Ale nie mówimy:

– Przepraszam, minutę temu jeszcze pan nie żył, a teraz nadal martwi się pan o swoje narkotyki?

Jednak ci ludzie naprawdę tak myślą. Czasami po prostu od nas odchodzą.

To może być bardziej niebezpieczne, niż mogłoby się wydawać. Ponieważ heroina będzie w ich krwiobiegu dłużej niż antidotum, może dojść do ponownego ustania oddechu. Jeśli wyczujemy, że chcą od razu uciec – a czasami udaje nam się dostrzec odpowiednie znaki – dajemy im kolejny zastrzyk z Narcanem. Nie chcemy, żeby dostali zapaści. Dla nas jest to próba jak najlepszego wykorzystania kiepskiej sytuacji. Ale możemy to zrobić tylko, jeśli nam na to pozwolą.

Od czasu do czasu narkomani atakują nas werbalnie. Ale z czasem zdajesz sobie sprawę, że to wcale nie jest osobista napaść. Po prostu zostaje skierowana do osoby, która wykonuje tę pracę. Jeśli jesteś kobietą, to słyszysz, że jesteś „pieprzoną blond suką” albo „głupią blond krową”. Jeśli nosisz okulary, to jesteś „durnym okularnikiem”. Łysy sanitariusz (jak mój mąż) to „łysy debil”. I tak dalej. Znęcanie się lub agresja mogą być znacznie gorsze, gdy próbujesz pomóc komuś, kto jest na haju. Heroina przygnębia, ale z kimś naćpanym nie da się dogadać. Marnujesz czas.

Dzisiaj wieczorem ja i mój mąż Steve zostajemy wezwani pod znajomy adres. To obskurny hostel B&B, ohydny i przygnębiający budynek, brudny, zapuszczony i nieremontowany od wielu lat. Przy recepcji znajduje się niechlujny, nieogolony, nieuczesany osobnik z fajką w mocno zaciśniętych ustach, przypominający Powolniaka granego przez Geoffreya Hughesa w Co ludzie powiedzą. Całe miejsce cuchnie tytoniem, stęchłym potem – rozpaczą.

– Macie pokój na dwa tygodnie w sierpniu? – pyta Steve z tym swoim wisielczym humorem. Wiemy, że prawdopodobnie będzie nam on potrzebny. Wezwanie zostało odebrane jako „problemy z oddychaniem” – ale my jesteśmy pewni, że ktoś przedawkował heroinę.

– Nigdy nie zostałam wezwana do tego miejsca z innego powodu – mówię do Steve’a, gdy idziemy brudnym korytarzem za Powolniakiem do obskurnego pokoju. Potwornie śmierdzi tu marihuaną.

Na krześle przy oknie siedzi dwudziestokilkuletni mężczyzna. To nie jest ładny widok. Mężczyzna ma nakrapianą, fioletową skórę. Twarz i pierś pokryta jest zaschniętymi wymiocinami. Trzy inne osoby, dwóch mężczyzn i jedna dziewczyna, stoją obok, nie okazując żadnych emocji. Są kompletnie naćpani.

Jeden z nich wskazuje krzesło.

– On nie czuje się zbyt dobrze – mówi rzeczowo. – Musieliśmy go reanimować.

– Kiedy ostatni raz z wami rozmawiał? – pytam, stawiając torbę na podłodze.

– Och, zaledwie kilka minut temu.

Ja i Steve zaczynamy przekładać pacjenta z krzesła na podłogę, żebyśmy mogli kontynuować resuscytację. Ale nie da się go ruszyć. Jest sztywny jak deska. Prawie tak, jakby został odlany razem z krzesłem. Jestem zdezorientowana. Sztywność oznacza stężenie pośmiertne, gdy wszystkie mięśnie w ciele stają się sztywne i nieelastyczne. To oznaka śmierci, ponieważ następuje ono w ciągu pierwszych dwóch godzin po zgonie – a po około 8–12 godzinach ciało staje się całkowicie sztywne. Więc ten człowiek nie żyje od kilku godzin. Nie minut.

– Jesteście pewni, że rozmawiał z wami jeszcze kilka minut temu? – pyta Steve.

– Tak, chodził i w ogóle.

To mało prawdopodobne.

Jako sanitariusze Steve i ja wiemy, że w ogóle nie ma takiej możliwości. Ten człowiek jest bardzo, bardzo martwy. I to pewnie od jakiegoś czasu.

Przychodzi kolejny ratownik, żeby nam pomóc. Ale ja go powstrzymuję. Nie możemy nic zrobić. Znowu próbujemy wydobyć z trio jakieś sensowne zdania: co się stało?

Tym razem ich opowieść trochę się zmienia.

– Cóż, nie spaliśmy całą noc, bo rozmawialiśmy. I około szóstej rano zauważyliśmy, że nie oddycha. Ale go reanimowaliśmy i go odzyskaliśmy, naprawdę. A potem posadziliśmy go na krześle. Na pewno się ruszał. Więc poszliśmy na kanapki z bekonem.

Fajnie, nie? Ale cokolwiek by pomyśleć o ich zachowaniu – zostawili na wpół martwego przyjaciela samego, bo nagle nabrali ochotę na śniadanie – oni naprawdę żywili przekonanie, że świetnie się spisali. Ani przez chwilę nie wierzymy, że naprawdę próbowali go ratować. Prawdopodobnie po powrocie ze śniadania niechętnie zadzwonili po pogotowie i tyle.

A on tak naprawdę nie żył od kilku godzin.

Wezwano policję, ale określono tę śmierć jako „podejrzaną i niespodziewaną” i nigdy nie poproszono nas o złożenie zeznań. Pewnie było to przypadkowe przedawkowanie. Ten człowiek miał pecha, bo zadawał się z niewłaściwymi ludźmi. Nawet się nie zorientowali, że nie żył. Ale to nic niezwykłego. Wiele osób nie potrafi rozpoznać, że ktoś nie żyje.

W telewizji lub w filmach śmierć jest zawsze gwałtowna i skądś musi polać się krew. Fikcyjna śmierć zawsze jest dramatyczna. A w rzeczywistości większość trupów wygląda tak samo jak za życia. Bardzo spokojnie.

Często wchodziliśmy do jakiegoś domu i słyszeliśmy:

– Kochana, ona jest na górze. Ostatnio była bardzo cicha.

I bardzo martwa.ATAK W PARKU

Jesteśmy na stacji pogotowia i nudzę się jak cholera.

Niektórzy ludzie lubią, gdy jest spokojnie. Spokój oznacza siedzenie, żartowanie, oglądanie telewizji, plotki. Ale ja nie umiem nic nie robić. Wolę mieć mnóstwo wyzwań, gdy wszystko szybko się dzieje.

– Chcę mieć teraz coś naprawdę ciekawego – mówię do Carole. – Coś innego. Od wieków nie miałam takiego wezwania.

Carole patrzy na mnie, jakby chciała powiedzieć: Oszalałaś? Ona jest jedną z tych spokojnych osób.

Jest takie powiedzenie: „Uważaj, czego sobie życzysz”. Nagle dostajemy coś, co się nazywa „porzuconym wezwaniem”. Oznacza to, że ktoś zadzwonił na numer alarmowy, podał trochę szczegółów i po prostu się rozłączył. Jedyną informacją jest to, że mężczyzna i kobieta zostali zaatakowani w parku w południowym Londynie. Nie mamy dokładnej lokalizacji. Policja jest już w drodze. Możemy się z nimi spotkać przy jednym z wejść?

Do czasu naszego przyjazdu policja miała więcej telefonów od człowieka, który został zaatakowany i dzwonił ze swojego telefonu. Próbował wyjaśnić policji, w której części parku się znajduje, ale nie udało się go jeszcze zlokalizować. Ciągle mówi, że jest w pobliżu sceny – co wcale nie pomaga. Powiedział też, że nie ma pojęcia, gdzie jest jego dziewczyna. Mówi, że oboje zostali zaatakowani przez bandę czarnoskórych mężczyzn, którzy porwali jego partnerkę.

Tak więc najlepszą opcją dla nas jest dotarcie do wejścia do parku, które znajduje się najbliżej sceny. Udajemy się tam z naszym sprzętem i latarkami. Ja i Carole wchodzimy z policjantami do ciemnego i opuszczonego parku, świecąc wokół latarkami. Ale nic nie widzimy, nie zauważamy żadnych śladów. Wracamy do radiowozu po kolejne informacje.

Dowiadujemy się, że dziewczyna ma tylko 16 lat. Policja zapytała mężczyznę, czy wie, czy ona jeszcze oddycha – ale on nie potrafi powiedzieć. Cały czas powtarza, że została pobita i zabrana.

Sytuacja robi się poważna. Straciliśmy już 20 minut na szukanie dziewczyny i nie tylko nie udało nam się znaleźć żadnych śladów – nie wiemy nawet, jak poważny był ten atak. Potem następuje przełom: jeden z policjantów ją odnalazł, kieruje wszystkie służby do „środkowej części parku”. Mówi, że dziewczyna nie oddycha i nie można wyczuć pulsu. I że przeprowadza już u niej sztuczne oddychanie. Nad naszymi głowami krąży helikopter, próbując odnaleźć nieuchwytny „gang”. Całe to zamieszanie obserwuje grupka dzieciaków na rowerach.

– Co się dzieje, kto nie żyje? – zagadują nas.

– Idźcie do domu – odpowiadam. – Jest bardzo późno.

Jesteśmy co najmniej sfrustrowani. Z każdą kolejną minutą z tej młodej dziewczyny upływa życie. Im szybciej się do niej dostaniemy, tym lepiej. Policja kieruje nas na zalesiony teren. Jest on praktycznie niedostępny: aby tam dotrzeć, musimy wspiąć się na metalowe ogrodzenie o wysokości dwóch metrów. I w końcu, na polanie, widzimy samotnego policjanta, desperacko robiącego sztuczne oddychanie młodej dziewczynie.

Patrzy na nas.

– Znalazłem ją w takim stanie – mówi.

Każemy mu kontynuować i rozkładamy sprzęt. Wbrew temu, co pewnie wyobraża sobie opinia publiczna, ekipy ratunkowe zwykle nie wykonują sztucznego oddychania, chyba że jest to bardzo nagły przypadek albo pacjentem jest dziecko lub niemowlę. Istnieje ryzyko zakażenia przez ślinę i uważa się, że ten sposób ratowania życia jest zbyt niebezpieczny dla załóg karetek. Ale policjant – całkiem słusznie – postanowił robić coś aż do naszego przyjazdu.

Carole i ja używamy worka samorozprężalnego, by dostarczyć tlen do płuc dziewczyny. Zauważam fioletowe ślady siniaków na jej szyi i ta ważna informacja natychmiast zostaje przekazana policji: mogła nastąpić próba uduszenia. Następnie Carole zaczyna uciskać klatkę piersiową dziewczyny, rozdrażniona helikopterem, który krąży bezpośrednio nad nami i nas oświetla.

– Interesuje cię to? – wścieka się na pilota.

Z całych sił w czwórkę staramy się przywrócić dziewczynie funkcje życiowe. I po dziesięciu minutach wreszcie nam się to udaje. Jej tętno wraca. A serce zaczyna samo bić. To znaczy, że przynajmniej jest nadzieja. Jednak dziewczyna nadal sama nie oddycha, cały czas więc pomagamy jej workiem i w ten sposób dostarczamy tlen do jej płuc. Przyjeżdża kolejna karetka, żeby nam pomóc.

A straż pożarna próbuje rozciąć bramę, żeby łatwiej było się do nas dostać.

Gdy my pracowaliśmy, policjantom udało się wreszcie zlokalizować chłopaka w innej części parku.

– Chcecie rzucić na niego okiem? – pytają nas przez radio. Odmawiamy. Naszym priorytetem jest ta dziewczyna. A policja twierdzi, że chłopak nie ma żadnych widocznych śladów po ataku. Wzywamy kolejną karetkę, bo potrzebujemy wsparcia.

W końcu udaje nam się wydostać dziewczynę z parku i przewieźć do szpitala. Gdy jedziemy z nią na oddział, nadal ma puls. Problem polega jednak na tym, że zbyt dużo cennych minut poświęciliśmy na jej poszukiwania. Mogło więc dojść do uszkodzenia mózgu – o ile oczywiście dziewczyna w ogóle przeżyje.

W szpitalu jest pełno policji. Próbują odnaleźć rodzinę tej dziewczyny. Mężczyzna został przewieziony do innego szpitala, razem z nim pojechali kolejni policjanci. Funkcjonariusze zaczęli już poważnie wątpić w jego wersję wydarzeń. Pierwszą kwestią były ślady na szyi dziewczyny. Zrobili się jeszcze bardziej podejrzani, gdy chłopak zaczął opisywać ubrania napastników. Bardzo dziwne było, że pamiętał, iż wszyscy mieli na przykład buty Nike. Gdy człowiek zostaje zaatakowany, ostatnią rzeczą, jaką pamięta, jest marka obuwia napastnika. I chociaż twierdził, że został pobity, na jego ciele nie stwierdzono żadnych śladów.

Przez kilka dni dziewczyna leży na intensywnej terapii. Niestety, mimo wszelkich starań, umiera, otoczona przez rodzinę, która zszokowana czuwa przy niej przez całą dobę. Niedługo potem policja ma wystarczająco dużo dowodów, by oskarżyć jej chłopaka o morderstwo. Policjanci mieli podejrzenia od samego początku, ale pozwolili mu kontynuować opowieść – z każdym kolejnym podawanym szczegółem coraz bardziej pogarszał swoją sytuację. Przyznaje, że zabrał dziewczynę na romantyczny spacer po parku i uprawiali seks: upiera się, że to było za jej zgodą. Potem mówi, że nagle znikąd napadł ich ten gang.

Nikt nie wie, do czego tak naprawdę doszło między młodymi ludźmi tamtej nocy w parku. Ale dowody wskazują na to, że on ją udusił. I na szczęście dwie jego byłe dziewczyny wreszcie odważyły się powiedzieć w sądzie, że próbował je udusić po tym, jak chciały od niego odejść. Zostaje skazany za morderstwo. Wygląda na to, że ta dziewczyna również próbowała go zostawić. Ale niestety przypłaciła to życiem.

Tak więc przynajmniej sprawiedliwości stało się zadość. I tak, to było bardzo trudne zadanie. Zdecydowanie wolę szczęśliwe zakończenia.

Ciąg dalszy w wersji pełnej
mniej..

BESTSELLERY