Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • promocja
  • Empik Go W empik go

Najpiękniejszy kraj. Komisarz Erik Winter. Tom VIII - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Data wydania:
14 października 2022
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Najpiękniejszy kraj. Komisarz Erik Winter. Tom VIII - ebook

Ósmy tom skandynawskiego cyklu kryminalnego o komisarzu Ericu Winterze.

W osiedlowym sklepie na przedmieściach Göteborga w brutalny sposób zostaje zamordowanych trzech mężczyzn. Strzały padły z bliska. W kasie nie ubyło pieniędzy. Czy ofiary znały morderców? Czy ktoś wykonał na nich wyrok? Ci, którzy mogą coś wiedzieć o tej sprawie, znikają w tajemniczych okolicznościach. Nikt nie chce współpracować z policją, wszyscy uparcie milczą.

Erik Winter rozpoczyna najtrudniejsze śledztwo w swojej policyjnej karierze.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-272-7574-5
Rozmiar pliku: 1,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

1

KIEDY TYLKO WRA­CAJĄ WSPO­MNIE­NIA, pierw­szą rze­czą, jaką sobie przy­po­mi­nam, jest piach. Piach. To oczy­wi­ste. Prze­sy­py­wał się mię­dzy pal­cami, zapa­dały się w nim stopy.

Pamię­tam to tak dokład­nie, jakby wokół wciąż było mnó­stwo pia­chu. Pamię­tam też nocny chłód. Jest zupeł­nie jak upał w dzień – nie ma przed nim ucieczki. Zresztą na pustyni nie można doni­kąd uciec. Moja matka powie­działa kie­dyś, że to zupeł­nie tak, jakby się tkwiło na statku bez żagli. Nie wia­domo, co miała na myśli, bo prze­cież ni­gdy nie była na morzu. Myślę, że ni­gdy nie widziała żagla ani choćby zwy­kłej łodzi. Dla mnie żagiel rów­nież był czymś nie­zna­nym, przy­naj­mniej jesz­cze wtedy.

Zaczyna wiać. Płachta namiotu ugina się pod podmu­chem. Do noc­nego chłodu została jesz­cze godzina. Chłód. Nocami ma się ochotę opu­ścić ciało. Rozu­mie­cie, co mam na myśli? Czuje się tylko kości. Mię­śnie i krew prze­stają ist­nieć. Chce się tylko wyjść z sie­bie i uciec od tego, co wokół. A wia­domo, co to może ozna­czać: to, że wkrótce ta chwila może nadejść. Ta minuta, sekunda, gdy opusz­cza się wła­sne ciało. Rozu­mie­cie?

Za dnia pró­bu­jemy iść. Podróż nie trwa dłu­żej niż kilka tygo­dni, ale choć minął jeden dzień, może dwa, nie umiem sobie przy­po­mnieć, kiedy opu­ści­li­śmy osadę. Może jesz­cze przed ostat­nim nowiem. Może za cza­sów innego Boga. Choć Bóg był tylko jeden. A w osa­dzie był wszę­dzie. I dla wszyst­kich. Bóg jest wielki, Bóg jest wielki i takie tam.

Ojciec wzy­wał Boga, kiedy go zabi­jali. Brat krzyk­nął nie­mal rów­no­cze­śnie. Jego krzyk jakby szedł za krzy­kiem ojca. Umarł, a jego śmierć jakby szła za śmier­cią ojca. Potra­fi­cie to pojąć? Myślę, że nie.

Kiedy tak idziemy w słońcu, te wspo­mnie­nia są jasne niczym świa­tło na pustyni. Naprawdę. Jakby świe­ciły mi się w oczach. Nie widzę za to oczu matki. Nie poka­zała ich, odkąd opu­ści­li­śmy osadę.

Nie pamię­tam, jak ucie­kli­śmy.

Może udało nam się dla­tego, że pró­bu­jąc zabić jed­no­cze­śnie tak wielu, nie mogli zabić wszyst­kich. Słońce zaszło, a pogrom wciąż trwał. Wła­śnie wtedy mogli­śmy uciec. Matka chwy­ciła mnie niczym wiązkę chru­stu, dużą, ale lekką. To wła­śnie wtedy, w pro­mie­niach zło­ci­stego słońca, spoj­rzała mi pro­sto w oczy po raz ostatni. Potem pospie­szy­li­śmy w noc.

Krew. W jaskra­wym sło­necz­nym świe­tle wydaje się nie­mal czarna. Jak ropa. W ziemi było dużo ropy, z pew­no­ścią to wie­cie, wszy­scy wie­dzą. Ropę można było zoba­czyć codzien­nie, w tam­tych cza­sach w kraju było jej rów­nie dużo jak krwi. Teraz krew wsiąka w piach, a ropa wciąż czeka w głębi. Rozu­miem, że ropa jest warta wię­cej niż krew. Jest od niej gęst­sza. Choć woda, która jest rzad­sza od krwi, też jest wię­cej warta.

I znów bie­gnę. I znów widzę krew. Jest rów­nie czarna. Te same dźwięki. Krzyki. Świa­tło ośle­pia­jące jak pło­mień.ROZDZIAŁ 2

2

NA ZEWNĄTRZ BYŁO PUSTO. W górze – nad­cho­dzący świt. Cho­ciaż już robiło się jasno. Ta noc nie dostała zbyt dużo czasu. Nie­da­leko bie­gły auto­strady łączące pół­noc z połu­dniem. Nad asfal­tem blask reflek­to­rów. Poja­wiały się i zni­kały. To świa­tło było bez zna­cze­nia. Nagle powiało od zachodu, wiatr przy­niósł ze sobą świst pociągu. Tak to zabrzmiało. Jak pociąg. Tak­sówka zatrzy­mała się przed skle­pem – samot­nym, nie­osło­nię­tym z żad­nej strony budyn­kiem. Sklep osie­dlowy bez osie­dla. Otwarty dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę. Kie­rowca sta­nął obok samo­chodu. W środku było cicho. Zupeł­nie. Potrze­bo­wał papie­ro­sów. Sklep był prze­szklony – nie­mal cały. W środku nikt się nie ruszał. Bez­ruch. Wszystko zasty­gło w bez­ru­chu. Kie­rowca prze­szedł przez par­king. Odgłos kro­ków niósł się daleko w noc. Skądś dobie­gło go echo. Usły­szał je. A wraz z nim jakiś inny odgłos. Krzyk. Jeden, potem kolejne. Cho­ciaż nie, dopiero po wszyst­kim sam to sobie dopo­wie­dział. Strzał. To był pogłos strza­łów. Zaczął krzy­czeć. Zoba­czył. Przysta­nął w drzwiach. Cały czas były otwarte. Kiedy szedł w ich stronę, widział świa­tło. Ale dopiero teraz zoba­czył to. Prze­kro­czył próg i się zatrzy­mał. Krzy­czał, ale nikt nie słu­chał.

Na pod­ło­dze leżało ciało. Wokół – kałuża krwi. Bywał tu już. Wie­dział, że pod­łoga jest kamienna, wyło­żona bia­łymi i czar­nymi pły­tami, i że poły­skuje w świe­tle. Ciało nie miało twa­rzy. Dostrzegł wysta­jącą zza lady nogę. Gdzie indziej samotną rękę. Tak wła­śnie pomy­ślał: samotna ręka. Nie­ru­choma. Jak wszystko tutaj. Dobie­gały go poje­dyn­cze dźwięki z auto­strady, z zachodu. Nie­długo ludzie ruszą do pracy. Nie­wielu bie­rze urlop w czerwcu. On też nie wziął. Może weź­mie we wrze­śniu, jeśli będzie go na to stać. A może, do cho­lery, weź­mie go teraz, natych­miast. Zasta­na­wiał się nad tym ostat­nio.

Stał bez ruchu. Widział, jak czer­wona kałuża roz­pełza się po kamien­nej pod­ło­dze. Nic nie stało jej na prze­szko­dzie, nic jej nie wchła­niało, nie powstrzy­my­wało.

I wła­śnie wtedy, kiedy dźwięki z auto­strady, wiatr i niebo zamil­kły, usły­szał kroki. Nie­wy­raźne i lek­kie, może kroki dziecka. Przez chwilę jakby uno­siły się nad zie­mią, gdzieś na dwo­rze, a potem uci­chły.

Ktoś tam jest, pomy­ślał. Ktoś tam był. Tam, na zewnątrz, i tutaj, w środku. Ktoś sły­szał, jak krzy­cza­łem. Ktoś mnie widział. Ale jak ktoś mógł słu­chać tutaj, w środku. Jak mógł zoba­czyć, co się tu stało. Wła­śnie to przy­szło mu do głowy póź­niej, po wszyst­kim. Kiedy słu­chał go już ktoś inny. Na litość boską, powie­dział wtedy. Musieli przy­słać radio­wóz. A jak pan myśli? Nie mam poję­cia, jak zadzwo­ni­łem, ale jakoś prze­cież musia­łem to zro­bić.

Komi­sarz Erik Win­ter, kiedy tech­nicy w końcu wpu­ścili go do środka, ostroż­nie obszedł pół­ko­lem kałużę krwi. Przy­sta­nął w poło­wie drogi mię­dzy drzwiami i leżą­cym na pod­ło­dze cia­łem. Męż­czy­zna. To zna­czy to był męż­czy­zna, z któ­rego nic nie zostało, nawet twarz. Ktoś strze­lił mu w nią z nie­wiel­kiej odle­gło­ści. Siła wystrzału była prze­ra­ża­jąca. Jakby w skle­pie wybu­chła bomba. Ale nie było żad­nej bomby. Tyle już wie­dzieli. Ten ktoś użył broni pal­nej.

Spoj­rzał na Ber­tila Ring­mara, klę­czą­cego na kamien­nej pod­ło­dze na prawo od dwóch prze­wró­co­nych krze­seł i sto­lika. Komi­sarz Ring­mar pod­niósł wzrok i poki­wał głową, wska­zu­jąc na leżące obok ciało. Ciało numer dwa, jeśli liczyć od drzwi. Z dru­giej strony, na lewo, nie­mal za ladą, ciało numer trzy. Trzy ofiary, masa­kra. Win­ter zorien­to­wał się, co Ring­mar mu poka­zuje. Ciało było odwró­cone tyłem. Widać było plecy. Bra­ko­wało czę­ści głowy.

– Nie ma twa­rzy – powie­dział Ring­mar.

W skle­pie jego głos zabrzmiał dziw­nie gło­śno, nie­mal elek­try­zu­jąco. Prze­ła­mał abso­lutną ciszę, pomy­ślał Win­ter. Jakby wszel­kie dźwięki znik­nęły stąd po wystrzale, po tym huku, który zapewne na dłuż­szą chwilę pochło­nął wszel­kie odgłosy. Uśmier­cił wszystko.

– Żaden z nich nie ma – odparł Win­ter.

Widział buty ofiary leżą­cej naj­da­lej od drzwi.

– Jakim cudem udało mu się podejść tak bli­sko? – zapy­tał Ring­mar. – Tak bli­sko całej trójki?

Win­ter wzru­szył ramio­nami.

– I to nie­mal jed­no­cze­śnie – cią­gnął Ring­mar.

– Jest na to odpo­wiedź. To zna­czy na to, jak mu się udało podejść tak bli­sko.

– Pew­nych osób lepiej nie znać.

Win­ter przy­tak­nął.

– Witaj w domu, tak na mar­gi­ne­sie – powie­dział Ring­mar.

Wró­cił do kraju po zimie i wio­śnie spę­dzo­nych na połu­dniu Hisz­pa­nii. Wygodne miesz­ka­nie w Mar­belli, nie­dużo desz­czu, o wiele cie­plej­sze noce, dzia­ła­jące kalo­ry­fery i przej­rzy­ste dni. Przy odro­bi­nie wyobraźni można było dostrzec wybrzeże Afryki. Cho­ler­nie udane pół­ro­cze. Angela pra­co­wała w kli­nice, on w domu. Był bez­po­śred­nim prze­ło­żo­nym swo­ich córek, Elsy i Lilly, cho­ciaż może było na odwrót. Vamos! – mówił, a one ruszały. Codzien­nie po śnia­da­niu, w piękny dzień. Idziemy!

Żadna z trzech ofiar leżą­cych na pod­ło­dze nie­bie­ska­wego sklepu już ni­gdzie nie pój­dzie. Mieli na nogach buty, ale tylko tyle. Nie­bie­skie świa­tło zmie­niało się powoli, w miarę jak słońce wspi­nało się ponad kol­cza­stym hory­zon­tem. Win­ter stał w połu­dniowo-zachod­niej czę­ści ogrom­nej dziel­nicy, którą wybu­do­wano w cza­sach, gdy wie­rzono w przy­szłość. Teraz, na początku dwu­dzie­stego pierw­szego wieku, wyda­wało się to sza­leń­stwem. To w tym kie­runku miały się roz­ro­snąć mia­sta: Hjällbo, Ham­mar­kul­len, Gårdsten, Ange­red, Ran­ne­ber­gen, Bergsjön_._ Kolejne pie­kła wyra­stały z ziemi, zmie­nia­jąc Göteborg w jedno z naj­bar­dziej podzie­lo­nych spo­łecz­nie miast współ­cze­snej Europy. Jeśli w poło­żo­nym na połu­dniu Örgryte lub w Långedrag poja­wiali się jacyś imi­granci, byli to Anglicy pra­cu­jący w Volvo, i to by­naj­mniej nie przy taśmie. Tu, na pół­nocy, także pra­co­wali nie­liczni, a jeśli już, to też nie przy taśmie. Może męż­czyźni, któ­rzy wła­śnie leżą mar­twi na pod­ło­dze, zna­leźli zatrud­nie­nie wła­śnie w tym osie­dlo­wym skle­pie. Może któ­ryś z nich był klien­tem. Może kimś innym. Wkrótce się dowie. Sklep jest zarówno miej­scem zna­le­zie­nia zwłok, jak i miej­scem zbrodni. Rozej­rzał się. Trzy z czte­rech ścian były szklane. Nic nie mogło się dziać w ukry­ciu. Wystar­czyło, by zapa­dła noc, a sklep zamie­niał się w scenę. Przy­szło mu to na myśl, kiedy wycho­dził. Scena. Miej­sce, które może oglą­dać publicz­ność. Bo bez wąt­pie­nia prę­dzej czy póź­niej poja­wią się widzo­wie.

Sły­sząc zbli­ża­ją­cego się Win­tera, tak­sów­karz pod­niósł wzrok. Wyglą­dał, jakby wła­śnie się obu­dził. Win­ter zaj­rzał do sklepu, żeby się wstęp­nie zorien­to­wać, jak to wszystko wygląda, a potem od razu wyszedł prze­słu­chać świadka.

Sie­dział w samo­cho­dzie Ring­mara. Nie był ciem­no­skóry, a to raczej rzad­kość wśród tak­sów­ka­rzy. Może stu­dent, choć wyglą­dał zbyt staro. Może arty­sta, pisarz. Win­ter nie znał żad­nego pisa­rza, ale domy­ślał się, że więk­szość z nich kle­pie biedę. W prze­ci­wień­stwie do niego.

Przed­sta­wił się. Męż­czy­zna odpo­wie­dział.

– Rein­holz… Jer­ker Rein­holz.

– Muszę panu zadać kilka pytań. O to, co pan zoba­czył – powie­dział Win­ter. – Czy mógłby pan wysiąść?

Rein­holz ski­nął głową. Wysiadł z auta. Jego oczy nagle roz­bły­sły. Pro­mie­nie słońca padły na nie niczym świa­tła reflek­to­rów. Wzdry­gnął się i zro­bił krok w bok, kry­jąc się w pół­cie­niu pobli­skiego klonu. Win­ter sły­szał suchy szum liści. Powoli poru­szał nimi poranny wiatr. Poja­wił się o świ­cie, potem ucichł, może prze­niósł się nad morze. Odkąd wró­cili do kraju, nie było zbyt wielu wietrz­nych dni. Pochmur­nych też nie. Tylko sło­neczne. Stę­sk­nił się już za desz­czem. Łagod­nym, let­nim szwedz­kim desz­czem, który nie­sie ze sobą zapa­chy, o jakich nad Morzem Śród­ziem­nym zdo­łali już zapo­mnieć. Tam deszcz był inny. Moc­niej­szy. W Szwe­cji pada deli­kat­niej, pomy­ślał. Powi­nien nas ską­pać deli­katny deszcz.

Rein­holz zało­żył oku­lary prze­ciw­sło­neczne.

– Wolał­bym, żeby pan je zdjął – powie­dział Win­ter.

– Aha… no dobrze. – Rein­holz ścią­gnął oku­lary. Spoj­rzał w górę, jakby chciał spraw­dzić, czy słońce się scho­wało. Wciąż kryło się za klo­nem.

– O któ­rej pan tu przy­je­chał? – zapy­tał Win­ter.

– Już to mówi­łem komuś z tam­tych – odparł Rein­holz, macha­jąc ręką w stronę sklepu. Win­ter widział poli­cjan­tów krę­cą­cych się w nie­bie­ska­wym i zło­ta­wym świe­tle. Zupeł­nie jak na sce­nie ską­pa­nej w naro­do­wych kolo­rach Szwe­cji.

– To pro­szę powie­dzieć i mnie.

Odwró­cił się z powro­tem w stronę tak­sów­ka­rza. Męż­czy­zna miał na sobie czarną skó­rzaną kurtkę. Może wła­śnie takie okry­cie przy­daje się w dłu­gie noce. Bo tutej­sze noce ni­gdy nie są takie jak w połu­dnio­wej Hisz­pa­nii.

– Dobrze. To było około trze­ciej. Chyba kilka minut po. Wycho­dząc z samo­chodu, zer­k­ną­łem na zega­rek.

– Rozu­miem. Pro­szę mówić dalej.

– Prze­sze­dłem przez par­king. – Rein­holz kiw­nął głową w stronę sklepu. Teraz wygląda na mniej­szy, pomy­ślał. Dziwne. Wcze­śniej był więk­szy.

– Co pana tu spro­wa­dziło? – zapy­tał Win­ter.

– Papie­rosy. Chcia­łem kupić papie­rosy.

– Kupo­wał pan tu już kie­dyś?

– Tak, kilka razy. Kiedy byłem w oko­licy. Wiele razy.

– A dla­czego teraz był pan w oko­licy?

– Mia­łem kurs na Gårdsten. Na Kanel­ga­tan, to nie­da­leko.

– Czemu wra­cał pan tą drogą?

– Czemu? Nie wiem. Jecha­łem na Dwo­rzec Cen­tralny, a tam­tej drogi za dobrze nie znam – powie­dział, wska­zu­jąc na zachód, na trasę Ange­red­sle­den. – Zazwy­czaj jeż­dżę tędy.

– I co było dalej? Prze­szedł pan przez par­king?

– Wła­ści­wie to zasta­no­wiło mnie, że jest tu tak… cicho. Oczy­wi­ście cza­sami bywało tu cicho, zwłasz­cza nocą albo o świ­cie. Ale tym razem było szcze­gól­nie cicho. – Rein­holz prze­tarł oko. – No i nikogo nie widzia­łem w środku. A nor­mal­nie, jak się idzie przez par­king, to kogoś widać. – Kolejny raz wska­zał na sto­jący trzy­dzie­ści metrów dalej budy­nek. – Prze­cież tam są pra­wie same szyby.

– Ale nie widział pan nikogo?

– Nie.

– I kiedy pan zoba­czył?

– Co?

– Kiedy pan kogoś zoba­czył?

– Kiedy… kiedy wsze­dłem do środka. Czy raczej kiedy sta­ną­łem przy drzwiach… nie pamię­tam dokład­nie. Bo wła­ści­wie nie wsze­dłem tam tak do końca.

– I co pan zoba­czył?

– Tego męż­czy­znę leżą­cego na pod­ło­dze.

Win­ter poki­wał głową.

– Zoba­czy­łem też krew.

Win­ter znów poki­wał głową.

– Zoba­czy­łem… zoba­czy­łem – zaczął Rein­holz, ale umilkł.

Win­ter widział, że jest w szoku. Zdra­dzały to jego oczy, twarz, całe ciało. W końcu był tu już długo. Powinni mu pozwo­lić odje­chać. Musi poroz­ma­wiać z kimś innym, nie z poli­cjan­tem.

– Widział pan kogoś jesz­cze? – zapy­tał.

Rein­holz pokrę­cił głową.

Win­ter cze­kał.

– Może tylko… rękę – powie­dział Rein­holz po chwili. – A może nogę.

– Czy kiedy par­ko­wał pan przed skle­pem, był tu jakiś inny samo­chód?

– Nie, byłem tylko ja.

– I nikogo pan nie mijał, jadąc tutaj?

– Nie, nikogo nie zauwa­ży­łem. Na tra­sie było kilka samo­cho­dów, ale wyglą­dało na to, że są tam już od jakie­goś czasu, że tak powiem. Prze­jeż­dżały tam­tędy, jeśli pan rozu­mie, co mam na myśli.

– Tak – odparł Win­ter. – A może coś pan sły­szał?

Rein­holz wyglą­dał, jakby się przy­glą­dał cze­muś w oddali, jakby wła­śnie kogoś albo coś zoba­czył. Win­ter się odwró­cił, ale nie zauwa­żył nic nowego.

– Wydaje mi się, że coś sły­sza­łem – powie­dział Rein­holz. Mówił teraz spo­koj­niej, pew­niej. Jakby wziął głę­boki oddech, jakby opadł mu puls. – Coś sły­sza­łem.

Win­ter cze­kał.

– Kroki – cią­gnął Rein­holz. – Odgłos przy­po­mi­na­jący kroki. Jakby ktoś biegł. Ale to były lek­kie kroki.

– Kiedy pan je usły­szał?

– Kiedy tam sta­ną­łem, przed drzwiami.

– Kroki?

– Było je sły­chać jakby z tyłu. Jakby ktoś stam­tąd odbie­gał. Teraz sobie przy­po­mi­nam. Sły­sza­łem je, kiedy zoba­czy­łem… to, co zoba­czy­łem. – Spoj­rzał na Win­tera. – Lek­kie kroki.ROZDZIAŁ 3

3

OKO­LICA BYŁA DLA NIEGO OBCA. Na tyle obca, na ile obca może być część wła­snego mia­sta. A cza­sami była bar­dzo obca. I to w dwo­jaki spo­sób, bo o jej sile decy­do­wali przy­jezdni, obcy. Tacy jak ja. Bo prze­cież, do cho­lery, jeste­śmy tu obcy. Ja jestem obcy. Inni są uchodź­cami. Kie­dyś ucie­kli do tego kraju, który – może jakieś poko­le­nie temu – stał się ich kra­jem. Piel­grzymi mimo woli. Czy można ich tak nazwać? Kto, mając wybór, zde­cy­do­wałby się na wędrówkę na pół­noc, na skraj ark­tycz­nego świata? Praw­dzi­wie ważka decy­zja. Szwe­cja jest jed­nym z tak zwa­nych ośmiu kra­jów ark­tycz­nych. Wię­cej ich nie ma. W tej chwili nad poło­żo­nym u brzegu lodo­wa­tego morza mia­stem świeci słońce, ale zazwy­czaj panują ciem­ność, deszcz i wiatr.

Aku­rat teraz Win­ter nie czuł wia­tru. Wciąż stał przed skle­pem. Wyglą­dał jak nie­wielki szklany pałac, mała świą­ty­nia świa­tła, niczym pry­zmat zała­mu­jący pro­mie­nie słońca. Nagle roz­bo­lały go oczy. Zało­żył oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Drzewa rosnące po dru­giej stro­nie drogi nagle stra­ciły inten­syw­ność swo­ich barw.

Ring­mar wyszedł ze sklepu i sta­nął obok.

– Pia nie­długo skoń­czy – powie­dział.

Pia E:son Fröberg, pato­lożka sądowa, pra­co­wała z Win­te­rem od pra­wie dzie­się­ciu lat. Zaczy­nali nie­mal jed­no­cze­śnie. Byli wtedy śmiesz­nie mło­dzi. Przez chwilę coś ich łączyło, kiedy Win­ter nie miał jesz­cze poję­cia, co robić ze swoim życiem po opusz­cze­niu budynku poli­cji po całym dniu pracy. Cza­sem nocy. Ale to już się skoń­czyło. Wyba­czyli sobie. Wszystko znik­nęło pośród ode­rwa­nych wspo­mnień z sek­cji zwłok wyko­ny­wa­nych w nie­bie­ska­wym świe­tle i śledztw pro­wa­dzo­nych w bla­sku lamp, w słońcu, desz­czu, w dzień i w nocy, wie­czo­rami, od zmierz­chu do świtu. Śmierć. Zawsze cho­dziło o śmierć. O ciała, które uda­wały się w ostat­nią wędrówkę. Na piel­grzymkę. Win­terowi czę­sto przycho­dziło do głowy, że ofiary mają na sobie ubra­nia, które wło­żyły tego samego dnia, tego samego poranka, ostat­niego poranka. To był ostatni raz, kiedy ubrali ten wła­śnie swe­ter, koszulę, spodnie, spód­nicę. Buty. Kto ubie­ra­jąc się, pomy­ślałby, że to ostatni raz. Tylko ten, kto idzie na wła­sną egze­ku­cję.

– To wygląda jak jakaś cho­lerna egze­ku­cja – powie­dział Ring­mar.

Win­ter nie odpo­wie­dział.

– I zaczyna wyglą­dać coraz gorzej.

– Ale co?

– A jak myślisz? O czym według cie­bie mówię?

– Spo­koj­nie.

– Spo­koj­nie, spo­koj­nie. Zawsze mamy być spo­kojni. To wła­śnie my zawsze musimy być spo­kojni. Mam już, do cho­lery, dość bycia spo­koj­nym.

– Spo­kój to pod­stawa pro­fe­sjo­na­li­zmu – odparł Win­ter i nie­mal sam się uśmiech­nął, sły­sząc swoje pom­pa­tyczne słowa.

– A ci ze sklepu? Oni też byli spo­kojni?

W każ­dym razie teraz są bar­dzo spo­kojni, pomy­ślał Win­ter.

– I nie cho­dzi mi o ofiary – cią­gnął Ring­mar. – Mówię o mor­dercy. Albo mor­der­cach.

– Byli spo­kojni – odpo­wie­dział Win­ter. – Spo­kojni i może pro­fe­sjo­nalni.

– Boże, tęsk­nię do świata ama­to­rów.

– Już na to za późno, Ber­til. Ten świat odszedł już na zawsze.

– Może ci bie­dacy kie­dyś, gdzie indziej, byli kimś innym. – Ring­mar znów odwró­cił się w stronę sklepu. – A potem oka­zali się tylko ama­to­rami, któ­rzy sta­nęli twa­rzą w twarz z pro­fe­sjo­na­li­stami.

– I ode­szli na zawsze.

Ring­mar śle­dził wzro­kiem ruch na tra­sie. Samo­chody jechały z pół­nocy i z połu­dnia. W więk­szo­ści volvo, w końcu to Göteborg. Ring­marowi wyda­wało się, że jadą wolno, jakby w zwol­nio­nym tem­pie, żeby oddać hołd leżą­cym w skle­pie zmar­łym.

– To jak pora­chunki gang­ster­skie w Chi­cago – powie­dział Ring­mar ze wzro­kiem wciąż utkwio­nym w samo­cho­dach. – Lata dwu­dzie­ste, kara­biny maszy­nowe, strzelby, masowe egze­ku­cje.

– Chyba przed chwilą mówi­łeś, że tęsk­nisz za świa­tem ama­to­rów.

– Nie zwra­caj uwagi na to, co teraz mówię.

– Wspo­mnia­łeś o strzel­bach, a na to musimy zwró­cić uwagę. To wygląda wła­śnie na strzelbę. _Pump-action_. Może pół­au­to­ma­tyczną.

– Myślisz, że to była tylko jedna? Czy wię­cej?

– Według mnie co naj­mniej dwie.

– Aha.

– Może użyto róż­nych rodza­jów amu­ni­cji. – Wska­zał na sklep, w któ­rym widać było krę­cące się syl­wetki. – Zoba­czymy, co wykaże sek­cja.

– Gangi mło­dzie­żowe zazwy­czaj chyba nie krążą po oko­licy ze strzel­bami? – zapy­tał Ring­mar.

– Nie, strzelby nie są popu­larne. Ale z pew­no­ścią mogły to być jakieś pora­chunki.

– Albo napad – zapro­po­no­wał Ring­mar.

– Pie­nią­dze wciąż są w kasie. À pro­pos. Z kasy możemy chyba odczy­tać, kiedy otwarto ją po raz ostatni. To zna­czy, kiedy robił zakupy ostatni klient. Możesz spraw­dzić u pro­du­centa, jak to się robi?

Ring­mar poki­wał głową. Z ponu­rym wyra­zem twa­rzy wpa­try­wał się w sklep, potem spoj­rzał na Win­tera.

– Pod­nie­ciło ich samo odstrze­le­nie im głów – powie­dział. – Zapo­mnieli o kra­dzieży. Strze­la­nina im wystar­czyła.

– A teraz mam zwra­cać uwagę na to, co mówisz?

– Tak. – Ring­mar uśmiech­nął się nie­wy­raź­nie. – Może tak.

– Może byli duzi i silni. Może znali tych zabi­tych.

– Zoba­czymy, kiedy się dowiemy, kim były ofiary.

Jimmy Foro, Hiwa Aziz i Said Rezai. Łatwo było to usta­lić. Nie zajęło to dużo czasu. Jimmy Foro pro­wa­dził sklep od czte­rech i pół roku, nazwał go zresztą U Jimmy’ego. Hiwa Aziz był w nim zatrud­niony. Przy­naj­mniej prak­tycz­nie, bo kwe­stie zwią­zane z urzę­dem skar­bo­wym, skład­kami na ubez­pie­cze­nie i infor­mo­wa­niem władz chyba nie były w tym przy­padku prio­ry­te­tem.

Said Rezai nie był pra­cow­ni­kiem sklepu. Może klien­tem. W kie­szeni miał prawo jazdy, zacho­wały się też frag­menty jego zębów, nie było więc wąt­pli­wo­ści, że to on. Mógł się zna­leźć w skle­pie rów­no­cze­śnie z mor­dercą lub mor­der­cami, a może przy­szedł wcze­śniej. Jeśli nie był zamie­szany w te pora­chunki, które mogły mieć szer­szy zasięg, to zna­czy, że miał pecha, że zna­lazł się wła­śnie tam. Nie­wła­ściwy czło­wiek w nie­wła­ści­wym miej­scu o nie­wła­ści­wej porze.

Mor­der­ców musiało być kilku. To zna­czy, jeśli przy­jąć, że dzia­ła­jący samot­nie sprawca nie mógł być nad­ludzko szybki i nie mógł na pół minuty zahip­no­ty­zo­wać ofiar, żeby spo­koj­nie cze­kały na swoją kolej. I że nie mógł być nie­wi­dzialny. Może ofiary nie miały odwagi się ruszyć, pomy­ślał Win­ter. Jest wiele moż­li­wo­ści.

Jimmy Foro i Hiwa Aziz nie miesz­kali na Hjällbo, tylko tro­chę dalej na pół­noc, na Västra Gårdstensbergen i na Ham­mar­kul­len. Said Rezai miesz­kał na Ran­ne­ber­gen.

Na pod­ło­dze, w kałuży krwi, nie zna­le­ziono śla­dów butów. Morze Czer­wone, pomy­ślał Win­ter. Usły­szał muzykę, brzmiała jak z Bli­skiego Wschodu. Roz­brzmie­wała w skle­pie, już kiedy prze­kra­czali czer­wony próg. Bo krew popla­miła także próg. Ana­liza krwa­wych plam, pomy­ślał. Czy któ­rąś z ofiar prze­nie­siono? Czy to, co widzę, to mani­pu­la­cja? Wygląda praw­dzi­wie, ale może to być mani­pu­la­cja. Zupeł­nie jak foto­gra­fia. Zdję­cie też powinno przed­sta­wiać tak zwaną rze­czy­wi­stość. Na regale za ladą, na któ­rej stała kasa, zauwa­żył gło­śniki. Kobiecy głos śpie­wał melan­cho­lijną pieśń. Brzmiała nie­mal jak cichy płacz. Instru­ment wystu­ku­jący rytm jakby się odda­lał. Był jak inny spo­sób myśle­nia. Dźwięk zda­wał się odwra­cać, ula­ty­wać w prze­ciw­nym kie­runku. Koły­sał się w powie­trzu, nie­spo­dzie­wa­nie poja­wiał się z dru­giej strony. Jakaś odmiana jazzu. Roz­po­znał ten cha­rak­te­ry­styczny dyso­nans i asy­me­trię.

Zabój­com muzyka naj­wi­docz­niej nie prze­szka­dzała.

Dla­czego jej nie wyłą­czyli?

Przy­nie­śli ją ze sobą?

U Jimmy’ego zawsze grała muzyka, powie­dział im póź­niej świa­dek. Muzyka popu­larna z Tur­cji, Syrii, Iraku, Iranu, Jor­da­nii, Libanu, Egiptu, Pale­styny. Z czar­nej Afryki, w tym oczy­wi­ście z Nige­rii. Kasety i płyty CD. Nie­któ­rzy klienci przy­no­sili muzykę ze sobą. Albo zabie­rali.

Wiel­błą­dzi jazz, stwier­dził potem inspek­tor Fre­drik Hal­ders. Pod­czas pierw­szego zebra­nia. Nikt się nie zaśmiał.

Na pod­ło­dze nie było wyraź­nych śla­dów. Oczy­wi­ście tech­nicy mieli szu­kać tych nie­wi­docz­nych, które były tam wcze­śniej.

Na razie zna­leźli smugi. Wyglą­dały tak, jakby ktoś sunął po pod­ło­dze w stronę ofiar i z powro­tem.

– Mieli na butach ochra­nia­cze – powie­dział peł­niący obo­wiązki szefa wydziału tech­nicz­nego komi­sarz Tor­sten Öberg. – Takie, jakie się nosi w szpi­ta­lach.

– A niech to – powie­działa inspek­tor Aneta Dja­nali. – Naprawdę wie­dzieli, co robią. Co zro­bią.

– Wie­dzieli, co się sta­nie – dodał inspek­tor Lars Ber­gen­hem. Sie­dzieli przy stole w sali kon­fe­ren­cyj­nej wydziału śled­czego w komen­dzie przy placu Ern­sta Fon­tella w Göteborgu. Naprze­ciwko sta­dionu pił­kar­skiego Ullevi. – Wie­dzieli, jak to będzie wyglą­dać.

– Dwa różne roz­miary – powie­dział Öberg. – Tyle udało nam się do tej pory dowie­dzieć. Dwie osoby.

– Dwóch zabój­ców – wtrą­cił Ring­mar.

– Tak, na razie. Ten sam typ broni – cią­gnął Tor­sten Öberg. – Broń typu _pump-action_. Użyto róż­nych rodza­jów amu­ni­cji, więc nie możemy stwier­dzić, ile było strzelb. W cia­łach zna­le­ziono śrut o śred­nicy pię­ciu mili­me­trów i mniej­szy, trzy mili­me­try. Do tego tro­chę jed­no­mi­li­me­tro­wego.

– To też zapla­no­wali – powie­dział Win­ter.

– Na to wygląda – stwier­dził Öberg.

– Naprawdę zale­żało im, żeby­śmy nie wie­dzieli, ilu ich było – stwier­dziła Aneta.

– Może dla­tego, że tak naprawdę to była tylko jedna osoba – odparł Win­ter.

– Moż­liwe – wtrą­cił Ring­mar.

– Wszystko jest moż­liwe – powie­dział Win­ter.

– Zazwy­czaj to powie­dze­nie ma opty­mi­styczny wydźwięk – zauwa­żyła Aneta.

– Trzeba zba­dać, jak naprawdę leżały ciała. – Win­ter zigno­ro­wał jej słowa. – Jak ich zastrze­lono. W jakiej kolej­no­ści.

Öberg ski­nął głową.

– Cie­kawa sprawa z tymi ochra­nia­czami – powie­dział.

– Da się je jakoś ziden­ty­fi­ko­wać? – zapy­tał Ber­gen­hem. – Są różne rodzaje?

– Pro­po­nuję, żebyś się tym zajął, Lars – wtrą­cił Hal­ders.

Win­ter zaczął myśleć o twa­rzach ofiar, czy raczej o tym, co z nich zostało. Dla­czego zabójca wyce­lo­wał strzelbę wła­śnie w twarz? Czy to miało jakieś zna­cze­nie?

Znów usły­szał muzykę. Naj­pierw w myślach, a potem, kiedy poszedł do swo­jego pokoju, naprawdę. Była swego rodzaju wia­do­mo­ścią ze sklepu Jimmy’ego. Win­ter modlił się, żeby mu się udało ją odczy­tać.

Przy­glą­dał się samo­cho­dom odwo­żą­cym zwłoki. Wciąż było wcze­śnie. Za poli­cyjną taśmą sta­nęło kil­koro cie­kaw­skich. Jakby już się utwo­rzył kon­dukt żałobny. Może stali tam także zabójcy. Nie byłoby to ani nie­moż­liwe, ani nie­zwy­kłe. Wszystko zależy od cha­rak­teru zbrodni, od jej tła i spo­sobu popeł­nie­nia. Kiedy już było po wszyst­kim, Win­ter uświa­do­mił sobie, że zabójca albo zabójcy stali wśród gapiów. Mógł ich zagad­nąć. Zatrzy­mać. Wypy­tać, poroz­ma­wiać z tyloma, z iloma by się dało. Przy­dzie­lił już zada­nia kole­gom – wła­śnie zaczęli zada­wać pyta­nia. Ale kiedy zbli­żyli się do gapiów, było ich już tro­chę mniej. Ktoś musiał usły­szeć strzały, pomy­ślał. Brzmiały jak eks­plo­zja. Z pew­no­ścią obu­dziły kilka osób. Prze­kro­czył próg i znów zna­lazł się w skle­pie. Bez zwłok wnę­trze spra­wiało jesz­cze bar­dziej upiorne wra­że­nie. Ślady były gor­sze od tego, co się stało, jesz­cze bar­dziej nie­przy­jemne. Były niczym wia­do­mość o tym, co nie mie­ściło się w gło­wie. Te plamy nie zejdą, pomy­ślał. Położą tu nową pod­łogę. Może wszystko wymie­nią. Może zbu­rzą ten barak. Bo w grun­cie rze­czy to tylko barak. Coś jak wyro­śnięta budka z hot dogami na środku ziemi niczy­jej. Tak, to zie­mia niczyja. Win­ter wyszedł i obszedł budy­nek dookoła. Pod skle­pem zaczy­nała się ścieżka, bie­gła przez pole. Widział syl­wetki domów rysu­jące się za drze­wami – sosnami, klo­nami i brzo­zami. Ruszył ścieżką. Pra­wie cała była wyas­fal­to­wana. Od osie­dla dzie­liło ją może dwie­ście metrów, może sto pięć­dzie­siąt. Nie daliby rady odgro­dzić jej taśmą. Pobli­skiego osie­dla też nie. Gdyby chcieli, musie­liby tak odgro­dzić wszyst­kie leżące na pół­nocy i na pół­noc­nym wscho­dzie czę­ści mia­sta. Choć w pew­nym sen­sie do takiego podziału już doszło. Podziału nazy­wa­nego segre­ga­cją.

Zszedł ze ścieżki, zro­bił kilka kro­ków i poczuł zupeł­nie inny zapach. Trawy, krze­wów, powie­trza. Zapach cie­pły od słońca, kry­jący się pod jego świa­tłem, a jed­nak deli­kat­niej­szy od zapa­chów znad Morza Śród­ziem­nego. Te zapa­chy były bar­dziej nie­śmiałe. Były koloru blond. Może były bar­dziej nie­winne. Ale teraz to się skoń­czyło.

Ścieżka prze­cho­dziła w nie­wielki plac przed ośmio­pię­tro­wym blo­kiem. Win­ter pomy­ślał, że pew­nie powstał w tym samym cza­sie co cała dziel­nica, nie­mal pięć­dzie­siąt lat temu. Tutaj domy cze­kały na loka­to­rów. Cze­kały, aż przyj­dzie czas, aż świat doj­rzeje. I loka­to­rzy przy­byli. Z Tur­cji, Syrii, Iranu, Iraku, z Afryki, więk­szość z Ame­ryki Połu­dnio­wej i Środ­ko­wej. Z byłej Jugo­sła­wii. Usły­szał muzykę. Arab­ską pieśń śpie­waną przez kobietę, w tym cha­rak­te­ry­stycz­nym powol­nym ryt­mie. Na więk­szo­ści bal­ko­nów zamon­to­wane były anteny sate­li­tarne. Tak to wła­śnie wygląda w tej czę­ści mia­sta. Anteny są niczym oczy i uszy zwró­cone w stronę daw­nych ojczyzn, w stronę prze­szło­ści. To nie jest kraj przy­szło­ści, przy­naj­mniej nie dla star­szych. Życie jakby się tutaj zatrzy­mało. Na bal­ko­nach nie było żywej duszy. Na wielu było za to mnó­stwo zie­leni. Przy­po­mi­nały ogrody. Zauwa­żył nawet kilka palm w donicz­kach. Na placu przed blo­kiem też było pusto. Zbli­żało się połu­dnie, ale tam jakby wciąż pano­wała noc.

Nagle usły­szał coś za sobą.

Odwró­cił się.

U wylotu ścieżki stał chło­piec. W ręku trzy­mał piłeczkę teni­sową. Odbił ją o zie­mię. To wła­śnie to Win­ter usły­szał. Chło­piec miał dzie­sięć lat, może tro­chę wię­cej, trudno powie­dzieć. Miał ciemne włosy. W świe­tle poranka wyglą­dały na czarne. Wpa­try­wał się w Win­tera, a może w blok za jego ple­cami. Win­ter odwró­cił się z powro­tem, ale na bal­ko­nach wciąż nikogo nie było. Znów zwró­cił się w stronę chłopca, ale ten znik­nął.

Minęła sekunda, a jego już nie było.

Win­ter cof­nął się tam, gdzie stał. Nikt nie szedł w stronę sklepu. Na ota­cza­ją­cym go polu też nikogo nie było. Ścieżka bie­gła dalej w stronę domu i ota­czała go pół­ko­lem. Od miej­sca, gdzie stał, obra­stały ją krzewy. Domy­ślił się, że chło­piec uciekł, cho­wa­jąc się za nimi. Nie sły­szał kro­ków, ani wcze­śniej, ani teraz. Ciche, lek­kie kroki. Musiały być tak lek­kie, że ich nie sły­szał. Lek­kie kroki. Tak­sów­karz je usły­szał. Lek­kie kroki odda­la­jące się w pół­mroku wcze­snego poranka.

– Trzeba będzie zapu­kać do każ­dych drzwi – powie­dział Win­ter.

Ring­mar przy­tak­nął.

– Myślisz, że to mógł być on?

– Kto?

– Świa­dek.

– Mamy tylko słowo tego tak­sów­ka­rza, Rein­holza. Mógł źle usły­szeć.

– Aha.

– Nie wie­rzysz w to, Ber­til?

– Że źle usły­szał? Nie. Jeśli kie­dy­kol­wiek ludz­kie zmy­sły są dosko­nale wyostrzone, to wła­śnie w takich chwi­lach. Kiedy się zoba­czy coś takiego.

– Zga­dzam się.

– Czyli jest świa­dek.

– Albo jesz­cze jeden zabójca – powie­dział Win­ter.

– Albo jesz­cze jeden zabójca – powtó­rzył Ring­mar.

– Albo jesz­cze jedna ofiara.

– Nie­do­szła ofiara.

– Poza skle­pem nie było śla­dów krwi.

– Może ktoś zro­bił unik.

– To żart?

– Tu nie ma z czego żar­to­wać – odparł Ring­mar. – Mogła być jesz­cze jedna ofiara, któ­rej udało się uciec.

– Jedyną drogą ucieczki jest ta ścieżka.

– Prze­cież wokół roz­ciąga się całe pole, do cho­lery.

– Gdyby ktoś przez nie biegł, nie byłoby sły­chać kro­ków.

– Prze­cież tak­siarz mówił, że były lek­kie.

– Ale chyba nie aż tak. Nawet two­ich kro­ków nie byłoby sły­chać, gdy­byś tam­tędy biegł, Ber­til.

– Co suge­ru­jesz?

Win­ter nie odpo­wie­dział. Ring­mar sam musiał wycią­gnąć wnio­ski.

– Cho­ciaż nie – powie­dział Ring­mar po chwili. – To się kupy nie trzyma. Tak­sów­karz wcho­dzi do sklepu. Widzi zamor­do­wa­nych ludzi. Sły­szy kroki. Wsz­czyna alarm. Trudno uwie­rzyć w to, że ofiara cze­kała, a potem ucie­kła, w chwili kiedy pomoc wresz­cie nade­szła.

– Może na­dal była w szoku.

– Moż­liwe, ale mało praw­do­po­dobne.

– No dobra, zostawmy ten wątek na chwilę – powie­dział Win­ter. – Ludzie Öberga wła­śnie prze­cze­sują traw­nik i pole. Jeśli są tam jakieś ślady, znajdą je. Na tra­wie wciąż jest rosa. Może dopi­sze nam szczę­ście. – Win­ter zro­bił pauzę i czub­kiem palca poma­so­wał skroń. – Załóżmy więc, że był świa­dek. Cze­kał w ukry­ciu, aż zabójcy odjadą.

– Ale dla­czego potem znikł? Po co ucie­kać, kiedy już jest po wszyst­kim?

– Mówi­łem już, może był w szoku. To mógł być jeden z symp­to­mów. Mógł reago­wać z opóź­nie­niem.

– Jeśli fak­tycz­nie był świa­dek, to co tu w ogóle robił?

– Może był klien­tem.

– Czyli poten­cjalną ofiarą.

– Nie, może dopiero tu szedł.

– Tą ścieżką za skle­pem?

Win­ter wzru­szył ramio­nami.

– I nagle w skle­pie roz­le­gły się strzały.

Win­ter przy­tak­nął.

– A zabójcy się zabrali.

Win­ter znów przy­tak­nął.

– W tę czy w inną stronę. Praw­do­po­dob­nie samo­cho­dem. Zoba­czymy, czy ktoś po strza­łach sły­szał sil­nik. Czy ktoś widział jakiś samo­chód. A może ruszyli bie­giem. Ścieżką albo polem. – Ring­mar zro­bił prze­rwę. – A świa­dek na­dal tu był. Może trząsł się ze stra­chu, może był ranny, może…

– Może go tu nie było.

– Nie – odpo­wie­dział Ring­mar. – Myślę, że ktoś tu był.

– Dziecko.

– Lek­kie kroki. – Ring­mar poki­wał głową.

– To mogło być dziecko – stwier­dził Win­ter. – Może to ten chło­piec, któ­rego przed chwilą widzia­łem.

Jimmy Foro przy­je­chał sie­dem i pół roku wcze­śniej z Nige­rii. Sam. Jak twier­dził, wszę­dzie, gdzie był w Afryce, prze­śla­do­wano go. W Euro­pie też. Pozwo­lono mu zamiesz­kać w Szwe­cji. Pozo­stał sam. W dwu­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu przy Kanel­ga­tan na Västra Gårdstensbergen. Dom nazy­wał się Bokgården. Win­ter wła­śnie przed nim stał. Odno­wiono go sto­sun­kowo nie­dawno. Jeden z domów ota­cza­ją­cych uro­kliwy otwarty ogród, który zauwa­żył z lewej. Jakiś męż­czy­zna kopał grządki. Zie­mia musiała być sucha, such­sza niż zazwy­czaj. Odkąd Win­ter wró­cił do Szwe­cji, nie padało ani razu. Widocz­nie przy­wiózł ze sobą słońce.

Nie­wiele wie­dział o ogrod­nic­twie, o tym, co, kiedy, jak i po co sadzić. Zawsze ostroż­nie krą­żył wokół tego tematu, tro­chę jak ktoś, kto woli żyć z ciek­ną­cymi kra­nami niż zmie­nić uszczelkę. Ni­gdy dotąd nie marzył o kosze­niu traw­nika, ale może kie­dyś zmieni zda­nie. Może. Trzy lata temu kupili z Angelą działkę na połu­dnie od Bil­l­dal. Nad morzem. Wciąż nic nie zbu­do­wali. To był cel ich wypa­dów za mia­sto. Jego, Angeli, Elsy i Lilly. Kilka razy zła­pał ich tam deszcz. Jak by to było, gdy­by­śmy mieli tu dach? – zapy­tała Angela.

Ski­nie­niem powi­tał cze­ka­ją­cego przed domem poli­cjanta z Ange­red.

– Byłeś już na górze?

– Tak, spraw­dzi­łem drzwi. Zamknięte. Nikt nie wcho­dził ani nie wycho­dził.

– Roz­ma­wia­łeś z kimś z sąsia­dów?

– Jesz­cze nikogo nie widzia­łem.

– O któ­rej przy­je­cha­łeś?

– Nie byłem tutaj pierw­szy. Hen­riks­son i Berg przy­je­chali od razu po powia­do­mie­niu.

– Dobrze.

– Nie widzieli, żeby ktoś wcho­dził albo wycho­dził z miesz­ka­nia.

– Chyba można zacząć cho­dzić po sąsia­dach. – Win­ter zer­k­nął na zega­rek. – Nie­długo zjawi się jesz­cze kilka osób od nas.

Wszedł do domu. Drzwi były otwarte. Pach­niało tak jak na wszyst­kich klat­kach scho­do­wych, na jakich był pod­czas swo­jej dwu­dzie­sto­let­niej służby: sta­ro­ścią. Zawsze pach­niało sta­ro­ścią, bez względu na to, kiedy odno­wiono budy­nek. A do tego męż­czy­zna na scho­dach, on – Win­ter.

Zapach na klatce odpo­wia­dał sam przed sobą. Może two­rzył go kamień, a może ludzie, któ­rzy po nim wcho­dzili i scho­dzili. Wszy­scy pach­nieli podob­nie. Wyglą­dali podob­nie: biali albo ciemni, z dłu­gimi albo pła­skimi nosami, z krę­co­nymi albo pro­stymi wło­sami, albo łysi. Zawsze czuć było jedze­niem. Zawsze. Mocny, kwa­śny, słodki albo gorzki zapach. Na tej klatce pach­niało przy­pra­wami. Pie­przem, gałką musz­ka­to­łową, cyna­mo­nem. Bogate, nasy­cone aro­maty. W swoim skle­pie Jimmy Foro miał wysoki regał z przy­pra­wami. Mimo strze­la­niny pozo­stał nie­tknięty. Więk­szość przy­praw była zapa­ko­wana w torebki, nie było sło­icz­ków. Regał stał na lewo od drzwi, na brzegu Morza Czer­wo­nego. Win­ter przez chwilę czuł tam zapach chili i jakiejś mie­szanki curry.

W przed­po­koju Jimmy’ego Foro nie pach­niało niczym. Ośle­pia­jące świa­tło dnia pra­wie w ogóle tam nie docie­rało. Wszyst­kie żalu­zje były zacią­gnięte tak szczel­nie, jak tylko się dało. Jakby miały stłu­mić wra­że­nia, jakie będą towa­rzy­szyć pierw­szej wizy­cie poli­cji. Pierw­szej, odkąd sta­nie się jasne, że wła­ści­ciel już ni­gdy nie przyj­dzie.

Zbli­żało się wpół do ósmej. Pierw­szy dzień, pomy­ślał Win­ter. Wpół do ósmej pierw­szego dnia. O któ­rejś godzi­nie wczo­raj – albo bar­dzo wcze­śnie dzi­siaj – Jimmy wyszedł, poszedł do sklepu i już tam został. Przez ostat­nie dwa lata sklep był otwarty dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę. To błąd, pomy­ślał Win­ter. Wciąż stał w zaciem­nio­nym przed­po­koju. Nie­za­my­ka­nie skle­pów na noc to błąd. To może być nie­bez­pieczne.

Jak Jimmy dosta­wał się do sklepu? Nie wie­dzieli. Znali jego adres, ale póki co tylko tyle. Nie licząc tak­sówki Rein­holza, na nie­wiel­kim par­kingu przed skle­pem było pusto. Żad­nego roweru ani moto­cy­kla. W linii pro­stej od domu Jimmy’ego do sklepu z pew­no­ścią było sie­dem kilo­me­trów. Gdyby jechać samo­cho­dem albo rowe­rem – ponad dzie­sięć.

Win­ter wycią­gnął komórkę i wybrał numer Ber­gen­hema. Ber­gen­hem wciąż był na miej­scu zbrodni.

– Cześć, tu Erik.

– Co u cie­bie?

– Wła­śnie wsze­dłem. Ale coś mi wpa­dło do głowy. Sprawdź­cie, czy gdzieś w oko­licy nie ma innych pojaz­dów. W krza­kach, na polu, gdzie­kol­wiek. I pod tymi domami za ścieżką.

– Czego mamy szu­kać?

– Środka trans­portu, z któ­rego korzy­stał Jimmy Foro.

– Okej.

– I musimy się dowie­dzieć, jak dostali się tam Aziz i Rezai.

– Okej.

– A co tam u was?

– Krew zaczyna schnąć. I czuć, ale już nie curry.

– A co z gapiami?

– Więk­szość roze­szła się do domów. Poroz­ma­wia­li­śmy z tyloma, z iloma zdą­ży­li­śmy. Ale nie było wśród nich miej­sco­wych.

– Musieli być miej­scowi – odparł Win­ter. – Prze­cież to był ich osie­dlowy sklep.

– Ale ofiary nie miały w oko­licy krew­nych. A dla tutej­szych to ma zna­cze­nie.

– Co za bzdury. Prze­cież to ma zna­cze­nie dla każ­dego.

Ber­gen­hem nie odpo­wie­dział.

– A widzisz tam jakieś dzieci? Chłop­ców? Spró­buj jakie­goś zła­pać.

– Dobra.

– To zna­czy nie­do­słow­nie, Lars.

– Erik, nie musisz przy­pad­kiem prze­szu­kać miesz­ka­nia?

– To do usły­sze­nia. – Win­ter się roz­łą­czył i wetknął komórkę do kie­szeni.

Prze­szedł przez przed­po­kój i ostroż­nie wszedł do salonu.

Potrze­bo­wał dosłow­nie kilku chwil, żeby się zorien­to­wać, że ktoś tam był w ciągu ostat­nich kilku godzin.ROZDZIAŁ 5

5

WIN­TER ZAMKNĄŁ DRZWI, ale w przed­po­koju nie zro­biło się od tego ciem­niej. Nagle poczuł się ośle­piony. Zamru­gał oczami. Przez chwilę krę­ciło mu się w gło­wie. Miał zawroty już kilka razy, odkąd wró­cili z Hisz­pa­nii. Pew­nie wypo­czął aż za bar­dzo, za bar­dzo się wylu­zo­wał. Nie był gotowy na kon­fron­ta­cję z praw­dzi­wym świa­tem.

– Coś nie tak, Erik?

– Nie, w porządku – odparł i otwo­rzył oczy.

– Jak się czu­jesz?

– Chyba aż za dobrze. Mia­łem za dużo luzu.

– Aha.

– Przej­dzie mi.

Ring­mar spoj­rzał w głąb przed­po­koju. Zmru­żył oczy.

– Nie podoba mi się to – stwier­dził.

Win­ter nie odpo­wie­dział.

Ruszyli w stronę salonu. Na lewo była kuch­nia. Bez drzwi.

Win­ter się zatrzy­mał, po czym do niej wszedł. Rozej­rzał się. Wyglą­dała nie­mal ste­ryl­nie, blat był czy­sty, na stole stały tylko kwiaty w wazo­nie. Nie­bie­skie i czer­wone. Nie miał poję­cia, co to za rodzaj, gatu­nek czy jak tam się to nazywa. Za oknem dwoje dzieci huś­tało się na nie­wiel­kim placu zabaw. Widział, że się śmieją, ale okno i izo­la­cja tłu­miły dźwięki. Zupeł­nie jak w nie­mym fil­mie. Widział go już tyle razy: dzieci na huś­taw­kach na placu, który odwie­dzał po raz pierw­szy, choć miał wra­że­nie, że już kie­dyś tam był. Déjà vu, które w rze­czy­wi­sto­ści nie było déjà vu. Był tu już, i to wiele razy, tylko na innym placu zabaw, w innej dziel­nicy. A dzieci zawsze sie­działy na huś­taw­kach albo w pia­skow­nicy. Zupeł­nie jakby były swo­istą gwa­ran­cją tego, że jed­nak można wie­rzyć w przy­szłość.

– Erik.

W gło­sie Ber­tila sły­chać było pewną ostrość. Może strach. Pro­fe­sjo­nalny strach. Win­ter znał to uczu­cie. Wie­dział, o co cho­dzi. Wie­dział, co czeka za rogiem. Ring­mar stał w progu sypialni, na prawo. Odwró­cił się do Win­tera. Win­ter wyczy­tał z jego twa­rzy, co zoba­czył. Ring­mar znów spoj­rzał w głąb pokoju. Win­ter też zoba­czył. Już wie­dział. Ring­mar wszedł do pokoju.

Leżała w poprzek łóżka. Głowa zwi­sała nie­na­tu­ral­nie nad lewą kra­wę­dzią. Nie­na­tu­ral­nie. Win­te­rowi wystar­czył rzut oka. Ze zwy­kłego ludz­kiego punktu widze­nia nie ma w tym nic natu­ral­nego, pomy­ślał, idąc w jej stronę. Ale jed­nak dla mnie, dla Ber­tila, to cał­kiem natu­ralna sytu­acja. To dla­tego tutaj jeste­śmy. To nas tu przy­wio­dło. Cze­kało na nas. Już tu było.

Usły­szał głos Ring­mara. Mówił coś do komórki.

W przed­po­koju było rów­nie jasno jak wcze­śniej, nawet jaśniej. Win­ter miał ochotę przejść przez salon i zacią­gnąć żalu­zje, ale nie chciał niczego ruszać. W ogóle nie powinno go tam być. Cze­kali na tech­ni­ków. Posłu­chał Tor­stena Öberga.

– Pro­po­nuję wezwać patrol z Borås – powie­dział mu. – Nie chcę ryzy­ko­wać.

– Słusz­nie.

– Zwłasz­cza jeśli te zabój­stwa coś łączy – dodał Öberg. – Jeśli ofiary coś łączy, że tak powiem.

– Jasne. Nie chcemy prze­cież, żeby coś stam­tąd tra­fiło tutaj.

To ważne. Poli­cjanci byli coraz bar­dziej świa­domi, że mogą prze­nieść ślady z jed­nego miej­sca zbrodni w inne. Ślady mogą prze­wę­dro­wać na tech­ni­kach albo na poli­cjan­tach, a potem utrud­nia to śledz­two.

Ring­mar stał w drzwiach sypialni.

Teraz nie mogli już nic zro­bić. Ni­gdy nie mogli. Czas wyjść i zdać się na Pię i tech­ni­ków z Borås.

– Co tu się, do cho­lery, dzieje – powie­dział Ring­mar, ale pyta­nie było reto­ryczne, więc Win­ter nie odpowie­dział. Prze­tarł oczy. Zro­biło mu się gorąco, jakby nagle upał z dworu wdarł się do miesz­ka­nia. Kiedy wcho­dzili, w środku pano­wał chłód, jakby dzia­łała kli­ma­ty­za­cja, ale prze­cież szwedz­kie miesz­ka­nia nie są kli­ma­ty­zo­wane. Nikt nie sądził, by kie­dy­kol­wiek było to potrzebne.

– Nie minęło dużo czasu – powie­dział Ring­mar.

– Nie ma co spe­ku­lo­wać, Ber­til.

– Nie spe­ku­luję.

Win­ter sły­szał w jego gło­sie iry­ta­cję. W minio­nych latach się to nie zda­rzało, ale w ciągu ostat­niego mie­siąca, kiedy wró­cił po pół­rocz­nym urlo­pie – ow­szem. Jakby coś się stało, ale nie z nim, tylko z Ber­ti­lem. Na pewno z Ber­ti­lem. On wciąż był taki sam. Spo­koj­niej­szy, ale taki sam.

– Ten samo­chód… – powie­dział Win­ter.

– Wspo­mnia­łem o nim, kiedy dzwo­ni­łem – odparł Ring­mar. – Nie sły­sza­łeś?

Win­ter nie odpo­wie­dział. Tym razem też nie było takiej potrzeby. Wyszedł do przed­po­koju, potem na kory­tarz i na dwór. Plac przed domem wyglą­dał ina­czej niż pół godziny wcze­śniej. Już ni­gdy nie będzie taki sam. Sąsie­dzi będą wstrzą­śnięci, w naj­bliż­szym cza­sie nie będą roz­ma­wiać o niczym innym. Potem zapo­mną. Nie­któ­rzy się prze­pro­wa­dzą, choć nie z tego powodu. Z innych. Natu­ral­nych. Nie­któ­rzy jak zwy­kle wyru­szą z przy­czepą na waka­cje. Może już teraz, zaraz. Nie­długo będzie lipiec. Praw­dziwe lato. On prze­żył swoje lato zimą. Teraz jest w pracy. I wła­śnie dla­tego to lato jest bez­pieczne.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: