Facebook - konwersja
Narutowicz – Niewiadomski. Biografie równoległe - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Narutowicz – Niewiadomski. Biografie równoległe - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-244-1040-8
Język:
Polski
Data wydania:
17 maja 2019
Rozmiar pliku:
1,1 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
PROMOCJA
14,80
39,90
Cena w punktach Virtualo:
1480 pkt.
Promocja będzie trwać jeszcze tylko przez

Narutowicz – Niewiadomski. Biografie równoległe - opis ebooka

Cztery lata po odzyskaniu niepodległości, po wyborze Gabriela Narutowicza na pierwszego prezydenta II RP, przez kraj przechodziły fale gwałtownych protestów i zamieszek. Ich finał był tragiczny: nowo wybrany prezydent został zastrzelony w gmachu warszawskiej Zachęty pięć dni po zaprzysiężeniu. Zamachowcem okazał się malarz i wykładowca historii sztuki, Eligiusz Niewiadomski, który natychmiast zażądał dla siebie kary śmierci.

Maciej J. Nowak, kreśląc na podstawie wspomnień i źródeł z epoki tło wydarzeń z końca 1922 roku udowadnia, jak bardzo historia polityczna wpływa na losy i decyzje jednostek.

„Co tak naprawdę wynika z opowieści o profesorze i malarzu? [...] Nieznani szerszemu ogółowi przed rokiem 1922, stali się raptem częścią wielkich narodowych symboli. Dla Narutowicza wiązało się to niewątpliwie z osobistą tragedią, nie sprowadzoną jedynie do pozbawienia go życia. Dla Niewiadomskiego – wręcz przeciwnie. Wejście do narodowego panteonu, nawet w roli zbrodniarza, stało się w jego przypadku kluczem do ucieczki od mocno mu ciążącego niespełnionego, przeciętnego życia. Bez zrozumienia tych osobistych kontekstów nie zrozumiemy w pełni zdarzeń z grudnia 1922 roku”.

Spis treści

Wstęp

ROZDZIAŁ 1 Dwie drogi
W drodze ku dojrzałości
Życie zawodowe i uczuciowe
Koniec baśni
Dwie twarze

ROZDZIAŁ 2 Narutowicz
Wybory
Polityczna gra
Fala nienawiści
Zaprzysiężenie
Prezydentura
W stronę Zachęty

ROZDZIAŁ 3 Niewiadomski
Po zamachu
Reakcje
Co dalej?
Proces
Kara śmierci czy akt łaski?
Pogrzeb i dziedzictwo
Zakończenie
Wybrana bibliografia

FRAGMENT KSIĄŻKI

Wstęp

Dnia 16 grudnia 1922 roku, kilkanaście minut po godzinie 12 w południe, prezydent Gabriel Narutowicz rozpoczął zwiedzanie wystawy w Galerii Sztuki Zachęta. Towarzyszyła mu polityczna i kulturalna elita II RP. Był premier Julian Nowak, był minister sprawiedliwości Wacław Makowski, byli posłowie i wojskowi, wśród nich nieprzejednany przeciwnik nowej głowy państwa, generał Józef Haller. Byli także liczni artyści, w tym Julian Tuwim, Kazimiera Iłłakowiczówna i Wojciech Kossak. Dla większości z nich ciekawszy od obrazów zdawał się sam najważniejszy gość, debiutujący dopiero w nowej roli.

Ten zaś wciąż przeżywał wrażenia z ostatnich dni: najpierw niespodziewany wybór, a potem gwałtowne i fanatyczne protesty. Powoli dochodził do wniosku, że na szczęście wszystko zmierzało w dobrą stronę. Przymykał trochę oczy na dziwne zachowania części społeczeństwa, pełne trudnej wręcz do zrozumienia, a tym bardziej do logicznego wyjaśnienia nienawiści. Miał pomysł, jak doprowadzić do narodowego pojednania. Szansa niewątpliwie była znaczna, a wraz z upływem kolejnych dni i opadaniem emocji coraz większa. Nawet nastroje ulicy powoli ulegały uspokojeniu. Nie zmieniało to faktu, że prezydent wciąż dostawał obraźliwe anonimy. Domyślał się, że czeka go udział w wielu politycznych awanturach, a niewykluczone, że nawet liczne upokorzenia. Na pewno nie był tym zachwycony, ale nie miał innego wyjścia.

Zapewne dlatego teraz, w Zachęcie, na złożone przez posła angielskiego spóźnione gratulacje związane z objęciem urzędu, odparł z właściwym sobie przekąsem, że bardziej pasowałyby kondolencje. Nie spodziewał się, jak ponurego znaczenia ów niewinny żart za chwilę nabierze. Czas płynął nieubłaganie. Gdy około godziny 12.15 stanął przed obrazem Szron Teodora Ziomka, poczuł niespodziewanie silny ból w plecach i równocześnie usłyszał stłumiony głuchy trzask. Ostatnie, co odmalowało się na jego twarzy, to ogromne zdziwienie. Bardzo szybko stracił przytomność, by już nigdy jej nie odzyskać. Tym samym zniknęły na zawsze ambitne plany pracy nad narodowym pojednaniem.

Tuż za nim stał malarz Eligiusz Niewiadomski. Trzymał w ręce pistolet, z którego przed chwilą oddał trzy strzały. Zabójca musiał mieć powód do satysfakcji – udało mu się właśnie zrealizować pierwszą część swojego zamysłu. Ten irytujący i śmiesznawy, traktowany przez innych z nutką pobłażania człowiek zabił pierwszego prezydenta II RP! W swoim przekonaniu ocalił tym samym ojczyznę od żydowskiego spisku. Pozostała jeszcze druga część planu – poddać się egzekucji, zdobywając zarazem „rząd dusz” przeważającej części Polaków. Zachęcić ich do kontynuacji rozpoczętego dzieła. Dlatego Niewiadomski nie próbował nawet zbiec z miejsca zbrodni. Z nikim dalej nie walczył, ale spokojnie oddał się w ręce policji.

Tymczasem na sali zapanował chaos. Jakaś kobieta (najprawdopodobniej żona ministra sprawiedliwości) krzyknęła przeraźliwie: „Biedna Polska!!!”. Ludzie mdleli, panikowali, próbowali uciekać, inni histerycznie szukali winnych – tylko nieliczni zachowali trzeźwość umysłu. W tym momencie w galerii sztuki powstał na chwilę żywy obraz, symbol stanu i poziomu życia publicznego w niepodległym od czterech lat kraju.

^(*) ^(*) ^(*)

Śmierć prezydenta zajmuje centralne miejsce w swoistym ciągu wcześniejszych i późniejszych epizodów, które można zmieścić we wspólnej nazwie „Grudzień 1922”. Historycy wyodrębnili co prawda „polskie miesiące” dopiero w czasach PRL-u. Październik 1956, Marzec 1968 czy Grudzień 1970 oznaczają zestaw różnych politycznie brzemiennych zdarzeń, w konkretny i poważny sposób kierunkujących nasze dzieje. Tak samo jest z Grudniem 1922. Kumulują się w nim różne, zupełnie odmienne wypadki. Na początku były to standardowe intrygi politycznych macherów. Wydawałoby się – dzień jak co dzień każdej politycznej rzeczywistości. Trochę oszustw, trochę osobistych ambicji, przygarść postaw ideowych i bardzo dużo hipokryzji. Politycy próbują narzucać konkretne prezydenckie kandydatury, a przede wszystkim utrącić te forsowane przez konkurencję. Rozgorączkowani posłowie przekazują sobie kolejne wieści: „Piłsudski nie kandyduje!”, „Dmowski nie kandyduje!”, „Witos chce kandydować!”, „Piłsudski chce Wojciechowskiego!”, „Ludowcy nie chcą Zamoyskiego!”, „«Wyzwolenie» zgłasza Narutowicza!”. Nagle wszystko to niespodziewanie wymyka się spod kontroli. Po trochę przypadkowym wyborze nowego prezydenta przez Zgromadzenie Narodowe budzi się ulica. A może nie tyle ulica, ile najgłębsze kanały. Spora część warszawiaków pokazuje obrzydliwą, słabo zauważalną do tej pory twarz fanatyzmu i antysemityzmu. Dochodzi do walk ulicznych i w końcu do najgorszego – zamordowania Gabriela Narutowicza. Na tym Grudzień 1922 się jednak nie kończy. Kolejny etap to proces realizującego uparcie swój plan Eligiusza Niewiadomskiego, po którym malarz morderca okazuje się dla pokaźnej grupy ludzi bohaterem, a co najmniej „idealistą” i „porządnym człowiekiem”. Na szczęście większość szybko zapomina o owych gorących uczuciach i rzekomy heroizm zabójcy trafia już tylko do nielicznych. Znaczący ślad tych zdarzeń jednak pozostał i zauważalny jest w życiu publicznym do dziś.

Nie budzi wątpliwości, że w tamtym czasie, trochę niespodziewanie, acz nader gwałtownie, jak w soczewce skupiły się najważniejsze, odwieczne polskie problemy i symbole. Nacjonalizm zderzył się z socjalizmem, postawa otwarta z obskurantyzmem, powróciły w karykaturalnej wersji widma powstańców i zamachowców na życie cara. Jednak dwaj główni bohaterowie dramatu byli jak na owe okoliczności – postaciami nader przypadkowymi. Narutowicz miał co prawda relacje towarzyskie i polityczne, przede wszystkim z ludźmi centrum i lewicy. Nie sposób go jednak nazwać spiritus movens polityki czy zapalczywym doktrynerem. A poza tym był człowiekiem naprawdę otwartym na inne postawy i poglądy. Nie marzył o prezydenturze, może nawet został wybrany na to stanowisko trochę wbrew woli i dopiero post factum zaczął poważnie myśleć o swoich planach i o tym, co w nowej roli tak naprawdę chciałby zrobić. Główny, wyłaniający się jak z mgły cel to doprowadzenie do zgody narodowej. Na pewno nie pasował na głównego wroga prawicy. Tym bardziej że to właśnie przedstawicielom endecji zamierzał powierzyć dwa kluczowe stanowiska w państwie.

A Niewiadomski? Jego plany były znacznie bardziej skonkretyzowane. Znajomy z pracy, Jan Skotnicki, nazwał go wariatem. Nie w sensie medycznym. Na świecie chyba w każdym czasie, w każdym kraju są dziesiątki, setki, a czasem tysiące takich wariatów. Chodzi o różnej maści dziwaków, zazwyczaj nieszkodliwych, posiadających własne komiczne obsesje, oryginalne zachowania i fobie. Taki był właśnie Niewiadomski do grudnia 1922. Miał trochę chaotyczne poglądy, od których znacznie ważniejsze były zmienne humory i urażona ambicja. Pomimo różnych demonicznych teorii trudno nawet przypuszczać, aby taki człowiek mógł stać się bezwolnym narzędziem w czyichkolwiek rękach. Po prostu pewnego razu wariat i dziwak, po kolejnych zawodowych porażkach, najprawdopodobniej postanowił zostać narodowym bohaterem. Nie było to cyniczne. W swoim przekonaniu poświęcał się dla wielkiej sprawy. Skrzydeł dodawała mu atmosfera polityczna po wyborze Narutowicza, w tym gadzinowe artykuły z prawicowej prasy. Atmosfery tej nie można bagatelizować. Bez niej prawdopodobieństwo zamachu byłoby znacznie mniejsze. Zresztą trudno forsować tezę, że śmierć prezydenta akurat tuż po ogromnej polityczno-medialnej nagonce była zupełnym przypadkiem.

Kim więc naprawdę byli prezydent i jego zabójca? W jaki sposób losy życiowe doprowadziły ich do grudniowego spotkania w Zachęcie? Spróbujmy się temu przyjrzeć.ROZDZIAŁ 1

Dwie drogi

W drodze ku dojrzałości

Już na początku opowieści o życiu Narutowicza i Niewiadomskiego wpadamy w pułapkę. Przedstawiając ich losy, trzeba opierać się w największym stopniu na wspomnieniach. A te powstawały przede wszystkim na gorąco lub na krótko, najpóźniej kilkadziesiąt miesięcy, po śmierci prezydenta. Pisano je pod wpływem emocji i zarazem w konkretnej sytuacji politycznej. Trudno oczekiwać, aby znajomi tragicznie zmarłego opowiadali akurat w takim momencie o jego słabych stronach czy tym bardziej ewentualnych śmiesznostkach. Nie wypadało. Dlatego Narutowicz zbyt często w relacjach mu współczesnych jawi nam się jako postać kryształowo uczciwa, posiadająca polityczne wyczucie, szlachetna i dobra. Zapewne jest w tym bardzo dużo prawdy, ale warto zauważyć, że jego następców, czyli Stanisława Wojciechowskiego i Ignacego Mościckiego, pod tym względem już nie oszczędzono. Często kpiono z prowincjonalizmu i drobiazgowości tego pierwszego i uległości drugiego, z premierów, ministrów, szeregowych posłów. Uchował się jedynie spiżowy posąg Piłsudskiego, zresztą również gorliwie podważany. Ktoś może przewrotnie zapytać, czy z perspektywy ocen historycznych Niewiadomski nie wyświadczył więc Narutowiczowi przysługi? Paweł Jasienica, opisując koleje życia Jana III Sobieskiego, ubolewał, że zaraz po odsieczy wiedeńskiej króla nie trafiła apopleksja. Czy kula zamachowca nie była odpowiednikiem owej apopleksji? Narutowicz nie dał historykom szansy na dokonanie pełnej politycznej oceny jego kwalifikacji. W czasie swojego ministerium miał właściwie tylko kilka typowo politycznych zachowań, ocenianych z perspektywy lat zazwyczaj dosyć dobrze. Koncepcję działań jako głowy państwa zaczął tworzyć dopiero po dokonanym wyborze. I w kontekście prowadzonej przeciwko niemu bezprzykładnej kampanii bieżące zarzuty oponentów wyglądały blado. „Bezwyznaniowiec”, „mason”, „krzywoprzysiężca”, dyletant w sprawach krajowych... Brak oskarżeń merytorycznych czy poważniejszych personalnych. To raczej tylko propagandowe hasła. Nie mówią one praktycznie nic o samym Narutowiczu, a ewentualnie o stanie polskiego społeczeństwa tamtego czasu. Tym samym zanikają cechy ludzkie opisywanej postaci. Będziemy więc ich gorliwie poszukiwać.

A relacje o Niewiadomskim? Tutaj można wyznaczyć dwa kierunki. Zgodnie z pierwszym, narzuconym między innymi przez Skotnickiego i Krzywickiego, Niewiadomski to śmiesznawy wariat, średnio radzący sobie w społeczeństwie. Jeżeli ową narrację konsekwentnie zachowamy, to aż dziw bierze, że ktoś taki mógł pełnić ważną funkcję w poważnym ministerstwie. Gdy poszukamy trochę bardziej, znajdziemy też odmienne historie, promowane dyskretnie do dziś przez zwolenników malarza. Prekursorem był jego adwokat Stanisław Kijeński, który prywatnie mocno sympatyzował ze swoim klientem. Miał zresztą również licznych epigonów. W narracji tej czuć prawniczy spryt. Mecenas nie mógł nadmiernie wykazać się w trakcie procesu, zrobił to więc trochę później. Dziwnym trafem w zaproponowanej przez niego opowieści o Niewiadomskim zapomina się o samym zamachu, ale eksponuje wszelkie jego pozytywne cechy. Wylicza pozytywne właściwości charakteru, sukcesy w pracy i zasługi dla kraju. Zapewne w konsekwencji czytelnik podobnych wywodów ma sam dojść do wniosku, że tak wybitna persona, pozbawiając z zimną krwią życia innego człowieka, nie mogła działać bez realnych przyczyn. Patrząc na Niewiadomskiego oczami Skotnickiego i Kijeńskiego, nie zobaczymy pełnego obrazu, a jedynie celowo odsłonięte fragmenty. Trzeba próbować je połączyć, zauważając wszelkie niespójności i niekonsekwencje – czyli czynniki naturalne w ludzkiej osobowości.

Obaj panowie N. urodzili się w latach sześćdziesiątych XIX wieku. Czas ten wielokrotnie w historiografii charakteryzowano. Ogólnie można go streścić w słowach „trauma postyczniowa”. Nic dziwnego, że po fiasku kolejnego powstania, a także porażce politycznej koncepcji Zygmunta Wielopolskiego, nasi przodkowie mieli problem ze zdefiniowaniem swojej roli i zadań. Ignacy Jan Paderewski, przywołując pierwsze, kluczowe dla reszty życia chłopięce wspomnienia, przypomina aresztowanie ojca. Słynny artysta akurat w tym przypadku chyba nadmiernie dał się ponieść wyobraźni – biografowie sucho konstatują, że raczej nie był świadkiem takich zdarzeń. O przegranym powstaniu styczniowym wciąż się pamiętało i wciąż je przeżywano. Nieprzypadkowo Marian Kukiel napisał, że w tym czasie Polska była „porażona klęską”. Z drugiej strony władze rosyjskie coraz usilniej celebrowały swoje zwycięstwo. Wyrazem powyższego była postępująca od roku 1869 (czyli akurat roku urodzin Niewiadomskiego) rusyfikacja szkolnictwa, której symbolem stało się wkrótce nazwisko działającego w Kongresówce Aleksandra Apuchtina. Oczywiście nie oznaczało to, że każdy młody Polak był wówczas w takim samym stopniu naznaczony piętnem narodowych cierpień. Wszystko zależało od konkretnego miejsca, charakteru i wielu przypadków. Rusyfikacja mogła przybierać twarz Apuchtina, ale równie dobrze na przykład Siewieriana Woronkowa, nieco safandułowatego dyrektora gimnazjum kieleckiego z czasów, gdy uczęszczał tam Stefan Żeromski. Rzeczywistość momentami bardziej od scen rodem z Syzyfowych prac przypominała raczej te z serii Goscinnego o Mikołajku. Przyszły pisarz relacjonował w swych dziennikach, że najbardziej denerwował się, gdy któryś jego wychowanek założył... jasne spodnie. Im bardziej wykrzykiwał: „Ja pana wypędzę, wypędzę, jeżeli będzie się pan śmiał z dyrektora”, tym większe sztubackie kpiny prowokował.

Również urodzonemu 17 marca 1865 roku w Telszach na Żmudzi Narutowiczowi część wspomnianych traum została oszczędzona. Trochę jednak z innego powodu. Oddajmy najpierw głos najbardziej utalentowanemu literatowi wśród polityków, czyli Józefowi Piłsudskiemu (jego talent potwierdzał między innymi Lechoń, porównując go nawet, trochę przesadnie, do Conrada). Po tragicznych wydarzeniach z grudnia 1922 tak się zwracał do zmarłego: „Gdzieś w dworze żmudzkim panowała popowstaniowa żałoba; cichą skargę matki zamiast wesołej piosenki miałeś nad kołyską, gdy ojciec chmurny trwożliwie nadsłuchiwał dźwięku dzwonka w oddali, zwiastującego przybycie władzy zaborczej. A potem ciche, rzewne, lecz uporczywe nauki rodziców – żyj, cierp, kochaj i pracuj. Uczono cię pokory, pokory nieszczęścia. Szeptano ci na ucho wspomnienia walk ubiegłych, pokazywano zatajone gdzieś zakazane obrazki”.

Fragment piękny, przepełniony emocjami Piłsudskiego, tymi samymi, które okazały się po kilku latach brzemienne w skutki dla dalszych losów Polski. Myśl o przeszłości wyrażono trochę w stylu przywołanego wspomnienia z lat dziecinnych, autorstwa oponenta Marszałka, czyli Paderewskiego. Obrazuje to wspólnotę emocji tego pokolenia. Zapewne w jakimś stopniu niniejszy opis znajdował odzwierciedlenie w faktach. Ojciec przyszłego prezydenta, wywodzący się z drobnej szlachty sędzia ziemski Jan Narutowicz, był szczerym patriotą o zacięciu społecznym. To on, jeszcze przed oficjalnymi urzędowymi reformami, a nawet słynnym manifestem powstańczego rządu, uwłaszczył w swoim majątku w Brewikach chłopów. Postać żywcem wyjęta z kart powieści pozytywistów. Brał udział w powstaniu styczniowym, przez rok przebywał w carskim więzieniu. Nie zdążył jednak porozmawiać o tym wszystkim z synem. Zmarł w roku 1866. Mógł być więc dla młodego Gabriela co najwyżej kimś takim, jak książę Andrzej Bołkoński z Wojny i pokoju dla swojego dziecka – uosobieniem wszelakich bohaterskich i prawych cnót. Jak to ujmował obrazowo Tołstoj: „ów ojciec, którego chłopiec nie pamiętał, wydawał mu się bóstwem, którego nie można sobie wyobrazić i o którym myślał tylko z zamierającym sercem, ze łzami smutku i zachwytu”. Tymczasem realnym wychowaniem chłopca zajęła się jego matka, Wiktoria ze Szczepkowskich Narutowiczowa. Była trzecią żoną Jana (Gabriel miał rodzeństwo przyrodnie z pierwszych małżeństw rodziców) i to na nią spadł cały ciężar kierowania rodziną. Jako osoba wykształcona wywarła znaczący wpływ na rozwój synów. Bardzo mądra okazała się jeszcze jedna decyzja, dotycząca oddania Brewików w dzierżawę i przeniesienia się w roku 1873 do Libawy, nadmorskiej miejscowości na Inflantach. Na czym polegała specyfika akurat tego miejsca? Zostało ono zamieszkane w przeważającej większości przez ludność niemiecką. Osiedlili się tam również byli powstańcy. W konsekwencji do tamtejszego gimnazjum rusyfikacja nie dotarła, co władzom carskim specjalnie nie przeszkadzało. Nie mogli upilnować przecież każdego małego skrawka swego imperium. Zajęcia prowadzono w języku niemieckim, szczególny nacisk kładziono na nauki klasyczne. Było więc trochę tak, jakby Narutowiczowie przenieśli się za granicę, uciekając od narodowych problemów.

Gabriel był raczej przeciętnym uczniem. Gdyby ktoś wówczas przyjrzał mu się lepiej, mógłby odnaleźć wiele ciekawych cech. Nie każdy bowiem zakłada tuż obok domu własne laboratorium fizyczno-chemiczne. Co prawda jego matka trochę się obawiała, czy wielkie dzieło syna przypadkiem nie wybuchnie, ale cierpliwie pozwalała mu na rozwijanie pasji. Nie oznacza to jednak, że Narutowicz ograniczał się tylko do nauk ścisłych. Po latach wspominał, że w młodości zdarzało mu się przekładać na łacinę twórczość Heinego. Sam fakt podjęcia się takiego zadania potwierdza tezę o szerokich horyzontach młodego człowieka.

mniej..

BESTSELLERY