Facebook - konwersja
Opowieść o Vodimorze. Część I. Anioł Stróż - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Opowieść o Vodimorze. Część I. Anioł Stróż - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-8159-962-7
Język:
Polski
Data wydania:
10 czerwca 2020
Rozmiar pliku:
1,1 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
26,00
Cena w punktach Virtualo:
2600 pkt.

Opowieść o Vodimorze. Część I. Anioł Stróż - opis ebooka

Główny bohater o imieniu Vodimore posiada niezwykłą umiejętność wchodzenia w cudze sny. Pewnego razu spotyka kogoś, kto proponuje mu współpracę, dzięki której swoje zdolności może rozwijać i wykorzystywać w szlachetnym celu ratowania z opresji innych. W kulminacyjnym momencie podejmuje nawet walkę z siłami ciemności. Vodimore zarówno w realu, jak i w swoich podróżach sennych wykorzystuje umiejętności sztuk walki. Liczne dialogi z poznawanymi ludźmi ukazują jego światopogląd w sferze wiary, polityki i filozofii. Akcja dzieje się m.in. w Zurichu, Paryżu czy na obszarach zamieszkiwanych przez plemię Dogonów w Afryce. Szybkie tempo przybliża książkę do klasycznych powieści sensacyjnych. Zaskakujący i nieoczekiwany finał trzyma czytelnika do końca w napięciu.

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I SPOTKANIE

Nie było jeszcze dwudziestej drugiej, a ja chciałem się już położyć. Na zewnątrz szczypał mróz, a przy silnym wietrze wydawało się, że jest jeszcze chłodniej, niż faktycznie było. W dodatku przez nieszczelne okna w pokoju dało się poczuć powiew prawdziwej zimy.

„Najlepiej dla mnie będzie, jak pójdę do łóżka” – pomyślałem i za chwilę znalazłem się pod kołdrą.

Jak co wieczór, dziękowałem Bogu za kolejny dzień. Szukałem w myślach zwłaszcza wszystkiego dobrego, co mnie dziś spotkało. Prosiłem o spokojną noc i chwilę rozmawiałem z moim Aniołem Stróżem. Prosiłem o bezpieczeństwo, o dobre sny. Próbowałem się skupić, by znowu móc wejść w czyjś sen.

Kiedy zdarzyło mi się to pierwszy raz, nie wiedziałem, czy to mój sen, czy całe to zdarzenie było tylko udziałem we śnie innej osoby. Teraz znowu czekałem na noc, żeby doświadczyć kolejnych przygód. Zawsze była jedna zasada: musiałem się poddać temu, w czym byłem – czy to przyjemne, czy nieprzyjemne. Te sny należały najczęściej do osób, których nie znałem.

Rankiem następnego dnia piłem kawę w barze, siedząc naprzeciw telewizora, w którym pokazywali poranne wiadomości. Właśnie leciały informacje sportowe, gdy zauważyłem, że w palcach obracam jakąś kartkę – bawiłem się czymś na kształt zwiniętego paragonu, którego nie zabrał poprzedni klient. Kiedy się zorientowałem, chciałem wrzucić śmieć do pustej filiżanki stojącej obok. Zanim to zrobiłem, najpierw jednak otworzyłem zawiniątko. Patrzę, a tam odręcznie napisane słowo hilfen. Zacząłem się zastanawiać, kto to zostawił, napis był po niemiecku… „Może jestem w Niemczech?” – Przez chwilę przeszło mi to przez myśl.

Podszedłem do kobiety, która stała za barem.

– Przy moim stoliku leżała ta karteczka. Może to tylko śmieć, który zostawił ktoś siedzący tu poprzednio, ale jest na niej napis, więc postanowiłem panią zapytać. Skąd może być ta kartka? Czyżby od pani? – zapytałem, patrząc jej w oczy, słyszałem bowiem, że zdarza się, że ktoś rzeczywiście jest w potrzebie i nie może się uwolnić od prześladowcy.

– Ode mnie raczej nie. – Pani wzięła kartkę i spojrzała na napis. – Ode mnie dostanie pan paragon przed opuszczeniem baru, jeśli już pan nic więcej nie zamówi – odpowiedziała grzecznie, lecz stanowczo.

„Może to przypadek. Zostaw to i wracaj do swoich obowiązków – pomyślałem. Coś mi jednak podpowiadało w głowie, żeby tego tak nie zostawiać. – No dobra, ale co dalej? Kogo zapytać? Może rzeczywiście ktoś potrzebował pomocy, ale czy ja byłbym w stanie komuś pomóc?”.

Gdy tak się zastanawiałem, zauważyłem w odbiciu wyłączonego już ekranu telewizora, że ktoś siedział odwrócony plecami do mnie. Był tak blisko, że jego plecy powinny opierać się o moje, a jednak niczego nie czułem. Nie byłoby w tym niczego nienormalnego, gdybym po chwili nie doszedł do przekonania, że tego kogoś za mną tak naprawdę widziałem tylko ja. Poczułem na plecach dziwne mrowienie. Nie miałem ochoty się odwracać, no i nie odwracałem się. Ten ktoś jednak coś do mnie powiedział…

– Pomożesz mi, ja pomogę tobie.

Przez moment siedziałem cicho, łapiąc słowa. Po chwili odpowiedziałem:

– Co mam zrobić? W czym pomóc?

– Dowiesz się w swoim czasie.

– A kim ty jesteś? – zapytałem i nie usłyszałem odpowiedzi.

Zauważyłem natomiast kilka dziwnych spojrzeń ludzi siedzących w pobliżu. Z zewnątrz wyglądało to bowiem tak, jakbym gadał do siebie. Już po chwili jednak pozostali goście byli zajęci znów tylko sobą.

„No dobra” – odwróciłem się z myślą, żeby się przysiąść do gościa. Wyglądał jak z innej epoki, może średniowiecze albo jeszcze starsze czasy. Miał długie jasne włosy, duże i wyraźne zielone oczy, narzuconą na plecy granatową pelerynę. Jego twarz była idealna, nieco przezroczysta. Przynajmniej tak mi się zdawało.

– Przyszedłem do ciebie – powiedział. – Mamy coś razem zrobić, a w zasadzie to ty, a ja pokażę ci tylko drogę i udzielę kilku rad, taka moja rola. Na początek coś nietrudnego, abyś miał rozeznanie, o co chodzi, ale to wszystko powiem ci, kiedy spotkamy się kolejnym razem. Sami w parku pod starym dębem, wiesz, gdzie to jest.

– Park tak, ale nie przypominam sobie tam starego dębu – odpowiedziałem.

– Drzewo znajdziesz we wschodniej części parku. Obok stoją dwie ławki. Będę czekał na ciebie jutro o szesnastej – na ławce zielonej.

Pochyliłem głowę nad kubkiem kawy. Była już zimna i drętwa w ustach. Wziąłem głęboki łyk, ponownie odwróciłem głowę do gościa, ale nikogo przy mnie nie było. Wyglądało to tak, jakby się rozpłynął. Przez chwilę się zastanawiałem, czy czasem nie zasnąłem i to wszystko mi się znowu nie śniło. Byłem dziwnie spokojny, ale niecierpliwy. „Na wszelki wypadek pójdę do parku i sprawdzę, czy jest dąb i zielona ławka, tak jak usłyszałem”. Wolałem sprawdzić to od razu (tym bardziej że nie miałem nic do roboty), chociaż równie dobrze mogłem to zrobić spokojnie dopiero jutro. Jeszcze długo po tym spotkaniu nie chciało mi się wierzyć, że coś takiego wydarzyło się w moim, spokojnym jak dotąd, życiu.

Była zima i o tej porze spotkałem w parku niewielu ludzi. Niektórzy przechodzili przez jego centralną część, żeby skrócić sobie drogę, ale tam, gdzie szedłem, nikogo nie widziałem. Za to już z daleka było widać rozłożyste drzewo, które dostojnie rosło pośród innych. Majestatyczny dąb był jedynym takim dużym drzewem w tej części parku. Teraz wiedziałem już gdzie, ale trzeba było poczekać do jutra, żeby dowiedzieć się, po co mam tam przyjść. Postałem jeszcze chwilę i zawróciłem. „Idę do domu” – pomyślałem i poszedłem wolno przez miasto.

Dochodziła może dwudziesta, kiedy wszedłem do domu, zdjąłem buty i usiadłem w fotelu. Nie wiedziałem, co robić. Nawet nie chciało mi się sięgnąć po pilota, żeby włączyć telewizor! Najchętniej to już bym poszedł spać, ale było jeszcze stanowczo za wcześnie. „Nie zasnę” – pomyślałem.

Włączyłem za to komputer, przejrzałem pocztę. Zawiadomienia o pracy usuwałem z zasady – tyle ich trafiało na skrzynkę, że nawet do nich nie zaglądałem. Za to słówka do nauki angielskiego, owszem, czytałem dla utrwalenia znajomości języka. Reklamy oczywiście usunąłem.

Było coś jeszcze, jakiś pardon. Wahałem się przez chwilę, czy to otworzyć. „Może wirus, może spam?”. Ręka jakby sama bez zastanowienia kliknęła myszką. Otworzył mi się obrazek, taki komiksowy. Była i chmurka, a w niej napis: Dwa razy w tygodniu ćwicz po 2 godziny: rowerek 15 minut, rozciąganie 2 ×15 minut, kopnięcia 2 × 15 minut, techniki ręczne 2 × 15 minut, techniki mentalne 1 × 15 minut. No i to wszystko. Taki mail znikąd, który przypomniał mi, że powinienem wrócić do ćwiczeń. Po chorobie odkładałem tę decyzję z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, i tak minęło już trochę czasu…

Miałem piąty dan, stopień mistrzowski w sztukach walki. Kiedyś zwracano się do mnie „mistrzu” lub „nauczycielu”, ale przez szacunek do Boga nie chciałem być tak nazywany. „Nauczyciel jest tylko jeden” – i tak pozostało w mojej mentalności. W internecie krążyło dużo wiadomości o fitnessie i zdrowiu, pomyślałem więc, że ta może być jedną z nich. W końcu poszedłem się umyć i położyłem się spać. Długo nie mogłem zasnąć, przewracałem się z boku na bok. Słyszałem, jak mi pracuje serce. Był to raczej miarowy rytm, ale nie lubiłem go słuchać. Leżałem na prawym boku, kiedy poczułem jakby mrowienie, ciarki na plecach, a za głową – skrzypnięcie.

Widzę znajomą mi dziewczynę, która odbija piłkę rakietą do tenisa. Ubrana jest w strój sportowy, krótkie spodenki, T-shirt. Czasami widzimy się przelotnie na osiedlu, rozmawiałem z nią może ze trzy, cztery razy. Odbija piłkę. Nie wiem, czy mnie zauważyła, jest dość skoncentrowana na grze. Podchodzę bliżej, jednak nie na tyle, żeby jej przeszkadzać. Zauważyłem, że nie ma sparingpartnera, tylko odbija piłkę od ściany. Teraz i ona dostrzega, że się przyglądam.

– Czekałam tu na ciebie.

„My jesteśmy na ty?” – pomyślałem. Owszem, czasami zwracałem się do niej po imieniu ze względu na znaczną różnicę wieku – była ode mnie młodsza o jakieś piętnaście lat.

– Musisz mi pomóc. To nie jest zwyczajna gra, usiądź i zaczekaj na mnie. Wezmę tylko prysznic i porozmawiamy.

– Okej – odpowiedziałem i usiadłem na ławce.

Za piętnaście minut wyszła zza rogu. Teraz dopiero przypomniało mi się, jak miała na imię. Kasia. Przysiadła się do mnie i zanim zabrała głos, wzięła głęboki oddech.

– To nie jest normalna gra czy trening, a ty nie znalazłeś się tu przypadkowo. Jestem uwięziona… Nie tak jak myślisz, w celi czy w więzieniu. Mój problem polega na tym, że choć chcę się uwolnić i robić, co mi się podoba, nie mogę. Z jednej strony sama niejako założyłam sobie więzy, a z drugiej – więzi mnie coś, czego się boję. Nie widzę tego, ale czuję, a kiedy się pojawia, jestem sparaliżowana.

– A to, co teraz robisz, czyli grasz, to też wbrew własnej woli?

– Nie robię tego dobrowolnie, raczej muszę.

– Dlaczego „raczej”?

– Bo do końca nie wiem. W tym momencie więcej ci nie powiem, ale proszę, pomóż mi. Ja wiem, że masz takie zdolności i umiejętności, żeby mnie wyzwolić. Ściągnęłam cię tutaj i liczę, że podasz mi rękę.

Była już prawie siódma rano. Nie chciało mi się jeszcze wstawać, ale miałem coś do zrobienia, a przypomniało mi się, że po południu powinienem pójść na spotkanie w parku. Poranek zacząłem od piętnastominutowej gimnastyki: dziewięćdziesiąt brzuszków na ławeczce, rozciąganie i bicepsy pięćdziesiąt razy po pięć kilo na rękę w pozycji siedzącej. Następnie toaleta, śniadanie i byłem gotowy.

Przypomniał mi się ostatni sen (właściwie to lubię, jak mi się coś śni). Tak nieskromnie pomyślałem, że niektóre moje sny są jak proroctwa. Może to jednak za duże słowo, ale od czasu do czasu przecież coś tam się sprawdza. Mam to po mamie – jej sny zawsze były prawdziwe.

Dzisiaj rano miałem w planie wyjazd do znajomego. Pomagałem mu w prowadzeniu firmy. Pociągiem było tam około pół godziny. Marcin czekał na mnie na parkingu, wsiadłem do jego BMW.

– Cześć, u was też tyle śniegu? – zapytał.

– Cały czas pada – odpowiedziałem – ale po to jest zima, żeby był śnieg i mróz. Dla mnie taka pogoda powinna być co najmniej do piętnastego marca.

– Tak powinno być, ale moja budowa stoi, drogie ogrzewanie… – odburknął.

– Mamy styczeń, to dopiero początek. Ja jestem ze stycznia, urodziłem się podczas mroźnej zimy.

Nie rozmawialiśmy już więcej. Za zakrętem widać było budynek hotelowo-restauracyjny w budowie, obiekt zamknięty z przylegającym biurowcem. Rzeczywiście zimno było, nikt tu nie grzał przez długi weekend.

– Kawy? Wstawiam wodę, trzeba się rozgrzać – zapytał. – Wiesz co, sprzedałem mojego mercedesa, klient chyba chciał kupić właśnie taki model, więc długo z nim nie negocjowałem, przyjechał z daleka.

– Słyszałem, że chcesz go sprzedać, ale nie wiedziałem, że pójdzie tak szybko.

– Wiesz co, mam prośbę. Potrzebuję samochodu, potrzebuję kosztów. Co myślisz o leasingu? Damy radę, nie będzie problemu ze spłatą rat? – zapytał.

– Nie, spokojnie, myślę, że powinieneś utrzymać pułap comiesięcznych kosztów do półtora tysiąca. Jak chcesz, to możemy umówić się na jutro i pojeździmy po salonach samochodowych. Może coś wybierzesz – zaproponowałem.

– Okej, to jutro o dziesiątej będę koło ciebie, tam, gdzie zawsze.

– Dobra.

Posiedziałem jeszcze kilka godzin, poprzewracałem papiery, na które miałem zerknąć, i wróciłem na pociąg.

Pamiętałem cały czas o spotkaniu w parku.

„Wejdę do domu tylko coś zjeść i niebawem pójdę na spotkanie” – pomyślałem. Po drodze kupiłem gotową pizzę, tylko do podgrzania. Wstawiłem wodę na herbatę, no i pizzę do rozgrzanego piekarnika. Byłem głodny, pizza była dobra, herbata yerba mate wyśmienita. „Trochę jeszcze odpocznę i pójdę” – pomyślałem i na moment położyłem się na sofie.

– Dobra, możemy porozmawiać, ale tak naprawdę, to nie wiem, z kim mam do czynienia – odparłem, widząc na ławce tego samego przezroczystego człowieka, którego widziałem wcześniej w barze.

Do głowy przyszła mi jeszcze jedna myśl: jak to możliwe, żeby normalny człowiek, a za takiego się uważałem, bez większej przyczyny umówił się z kimś nieznajomym, kogo tylko raz przelotnie widział. Pomyślałem sobie, że jestem jak dziecko. Jednocześnie czułem, że powinienem jednak przyjść. Coś niezrozumiałego dla mnie, jak magnes, przyciągało mnie na to spotkanie.

Stałem naprzeciwko siedzącego na ławce dziwnie wyglądającego człowieka.

– Nie usiądziesz? – zaproponował i przesunął się na bok.

– Okej. – Usiadłem.

– Imienia jeszcze ci nie zdradzę, ale chciałbym, żebyś wysłuchał, co mam do powiedzenia, zwłaszcza o tobie. Masz pewne dary, ze względu na które tu jestem. Niektóre umiejętności pomogę ci zgłębić, niektóre rzeczy sam musisz w miarę doświadczenia pojąć. To się nazywa, ujmując to w najłatwiejszy sposób, rzeczywiste podróżowanie senne. W czasie własnego snu odbywasz podróż, a w zasadzie przenikasz do snów innych ludzi po to, żeby im pomóc. Rozwiązać różne zagadki życia, wyprostować historie uwikłanych ludzi. Wiesz, każdy ma sny, marzenia senne, ale na ogół są one przypadkowe. Raz się pojawią, a następnym razem już śni się coś innego. Ty musisz kontrolować, kiedy i do kogo trafisz, a w zasadzie, do jakiego snu trafisz i kiedy z niego wyjdziesz albo się ewakuujesz.

– To wygląda nieprawdopodobnie, jak bajka.

– Słusznie zauważyłeś, ale to nie jest do końca bajka. To są różne wymiary ludzkiej osobowości. Są też zagrożenia, ale o tym następnym razem. Wczoraj byłeś we śnie pewnej dziewczyny. Chciałbym, abyśmy kiedyś spotkali się w tym lub podobnym śnie i spróbowali rozwiązać problem. To, co tam spotkasz, to nie są skomplikowane sprawy, ale raczej budowanie twojego doświadczenia. To tyle jak na pierwszy raz. Pójdę już.

– Jak mam się do ciebie zwracać?

– Możesz mi mówić Biały.

– Jak cię znajdę?

– Ja sam cię znajdę – powiedział i oddalił się szybko.

„Może Przezroczysty byłoby lepsze niż Biały” – pomyślałem z nieco sarkastycznym uśmiechem.

Nie wiedząc, co o tym myśleć, wróciłem do domu. Nagle się ocknąłem. Nie, nie mogłem uwierzyć. Leżałem na sofie, spojrzałem, która godzina… Było późno w nocy, a miałem iść do parku! „Cholera, zasnąłem po powrocie od kumpla! I co teraz?”. Leżałem i niby rozmyślałem, ale miałem mały zamęt. Powoli dochodziła do mnie świadomość, że ja jednak byłem na spotkaniu, ale we śnie… Możliwe, że mi się to śniło, bo to było ostatnie, o czym pomyślałem. Nie spałem już do rana, przewracając się z boku na bok. Postanowiłem sobie, że zaraz po śniadaniu zabiorę się za trening, a w zasadzie powrócę do niego po dość długiej przerwie. To mi pomoże dojść do równowagi. Moment rozpoczęcia ćwiczeń odsuwałem w czasie, ale w końcu się za to zabrałem. Najpierw rowerek, żeby rozgrzać mięśnie i stawy. Później wymachy nogami i rozciąganie, i znowu wymachy nogami i rozciąganie, aż do szpagatu. Zrobiłem go, chociaż nie bez bólu. Kopałem w worek i w powietrze. Trening zakończyłem medytacją i ćwiczeniami oddechowo-energetycznymi i tak postanowiłem ćwiczyć przynajmniej dwa razy w tygodniu. Wieczorem w tym dniu poszedłem jeszcze na ponadgodzinny jogging. Wróciłem zmęczony, ale szczęśliwy. Ciało, a w zasadzie nogi były trochę obolałe, ale to nic. Ważne, że się udało.

Zjadłem kolację, wziąłem prysznic. Zajrzałem do komputera, rzuciłem okiem na najświeższe wiadomości. Nie skupiłem się specjalnie na niczym, poczułem przypływ, jakby myśli. Ktoś mnie o coś prosił, zdawało mi się, że jeszcze raz usłyszałem słowo hilfen. „Skąd ja znam to słowo? No tak, miałem karteczkę z tym słowem. Może wczoraj czy przed wczoraj. Pomóc, ale jak i gdzie, no i komu?”. Gdy jeszcze słyszałem w uszach hilfen, pojawił się on. Nie, ja go nie widziałem, ale czułem. Najpierw niepokój, później już nie obawiałem się niczego i nikogo, czułem się bezpieczny. Słyszałem wyraźnie słowa, trochę przypominające śpiew.

– Nie lękaj się, jestem tu po to, żeby sprawdzić, czy się zgadzasz pomagać innym, czy chcesz ze mną współpracować. Ja stopniowo będę odkrywał ci karty tajemnic. Możesz nazywać mnie Białym albo Przezroczystym, bo tak nazwałeś mnie w swoich myślach podczas ostatniego naszego spotkania. Tak, to było w parku, ale nie obawiaj się, zabrałem cię wtedy podczas twojego snu. Tym razem również odbędziemy podróż we śnie, ale w tej chwili jesteś całkowicie świadomy.

Nie wiedziałem, co powiedzieć ani nawet o co zapytać, wyrwało mi się tylko:

– Jestem zaskoczony i zdziwiony. Nie wiem, czy to mi się wydaje. Chociaż czuję się spokojny, to niewiele z tego rozumiem. A może jestem szalony, sam ze sobą gadam…

– Spokojnie, nie mogę teraz wszystkiego ci wyjawiać, bo i tak byś nie zrozumiał, ale z czasem, jak się już oswoisz, będziesz wiedział coraz więcej. Do niektórych spraw sam dojdziesz, ja jestem takim twoim alter ego. Mamy godzinę dwudziestą. Za trzy godziny się spotkamy i przeżyjesz swoją podróż.

Telefon albo może telemost (najlepiej tak bym to nazwał)… Byłem spokojny, nie wiem, jak miałbym się udać w podróż, ale w jakimś stopniu zaufałem Białemu i temu przeznaczeniu.

Rzeczywiście gdzieś mnie poniosło. Siedziałem w poczekalni, obok mnie po prawej i lewej stronie siedziały jakieś osoby. Podeszło dziecko i głaskało kogoś lub coś, ale ja nie mogłem tego dostrzec. Z gabinetu wyszła kobieta, złapała je za rękę, a ono cały czas spoglądało na to miejsce, w którym wykonywało przed chwilą te śmieszne ruchy. Wyglądało na to, że ja też byłem w tej kolejce i zaraz miałem wejść. Wszedłem. Za biurkiem siedział ktoś, kogo już widziałem, kto mi mówił, że zabierze mnie w podróż.

– Dzień dobry, nie spodziewałem się ciebie tutaj. A w zasadzie co to za miejsce? – zapytałem.

– To jest lecznica dusz. Usiądź, a dowiesz się, po co się tu znalazłeś.

– Brzmi tajemniczo… Nie pamiętam, od kiedy tu jestem i jak tu przyszedłem.

– To nie jest twoje realne życie. To jest sen, spotkaliśmy się we śnie. Tak, to zwykły, choć niezwykły sen, to inny wymiar twojego życia. Normalny sen pojawia się jak marzenie senne, czasami pozostaje w naszej pamięci, innym razem rano już go nie pamiętamy. Sen może być symboliczny, może być jak przeczucie czy jasnowidzenie. To jest sen realny. Wchodząc w sen innej osoby, możesz jej pomóc. To może być jak terapia, rozwiązanie nawet zawiłej zagadki, a zarazem coś przyjemnego lub nieprzyjemnego. Zdarzają się jednak pułapki… Zło też tu mieszka i jest niebezpieczne. Ty jesteś wojownikiem, nie jesteś tu przypadkowo. Masz zdolności przenikania do innych snów. Jesteś też w realu prawdziwym wojownikiem – tu również możesz skutecznie wykorzystywać swoje umiejętności. To tyle na ten temat. Dzisiaj pierwsza prawdziwa próba, niezbyt skomplikowana.ROZDZIAŁ II PROBLEMY KASI I MAŁGOSI

Słuchałem i nie mogłem powiedzieć „wydaje mi się, że to sen”, bo to był prawdziwy sen. Przeniosłem się jakby do innego filmu. To był wiejski dom. Na zewnątrz mała chata, skromna i niepozorna. W środku całkiem przestronna i schludnie urządzona. Mieszkała tam kobieta. Wyglądało na to, że znamy się dobrze. Nie wiedziałem, jakie są między nami relacje, kim dla siebie jesteśmy, tym bardziej że ja byłem cały czas świadom swojej roli i tego, kim jestem.

– Małgosia – nawet znałem jej imię – dokąd wychodzisz! Usiądź i opowiadaj, bo minę masz smutną.

Wyglądała, jakby miała się zaraz rozpłakać. Blondynka około czterdziestki, rozpuszczone włosy zakrywały jej szyję, na której świecił się złoty krzyżyk. Wyglądała, jakby chciała wyjść na dwór i zostawić mnie samego. Już miała przekroczyć próg, ale ciągle stała przed drzwiami. Powoli się jednak odwróciła, odgarnęła włosy ręką, usiadła obok mnie. Teraz widziałem jej oczy, chociaż nosiła okulary w zielonych oprawkach. Spojrzałem w te oczy głęboko, jakbym chciał porozumieć się bez słów. W końcu zaczęła mówić.

– Sama nie wiem, czego chcę. Mam pracę, dom, mąż jest dla mnie dobry, przynajmniej tak czuję. Z synem nie mam problemów, za chwilę pójdzie na studia. Powinnam być szczęśliwa, a ja wmawiam sobie, że jestem nieszczęśliwa, tak jakbym nie wierzyła w to, co mówię, jakbym miała głęboką depresję.

Zauważyłem, że Małgosia ma lepsze i gorsze dni, chyba jak każdy. Ale nie jak każdy (a może się mylę) szuka pocieszyciela w postaci butelki piwa czy wina.

– Zadam ci pytanie, Gosiu. Mogę?

Spojrzała na mnie z zainteresowaniem; czułem, że mnie słucha.

– Może po piwku? – wtrąciła.

– Wiesz, że nie piję, i ty lepiej też nie pij, przynajmniej przy mnie, okej?

Nie odpowiedziała, ale posłuchała.

– Powiedz mi: żyjesz według jakiegoś klucza, harmonogramu? Chodzi mi o to, czy twoje życie jest raczej monotonne, czy spontaniczne.

– Ja mam cały tydzień poukładany: poniedziałek – angielski, wtorek – zumba, środa – siłowania itp. – recytowała mi swój kalendarz.

– Fajnie, że masz taki grafik, w zasadzie masz zajęty prawie cały tydzień od A do Z, ale nie uważasz, że czas płynie ci przez to szybciej, trochę jak przez palce?

– Wiesz, nie brałam tego pod uwagę. Żeby jednak spojrzeć na upływający czas, trzeba mieć jakiś punkt odniesienia, nieprawdaż? – odpowiedziała.

W pobliże domu ktoś podjechał, bo słychać było za oknem warkot zatrzymującego się samochodu. Twarz Małgosi spoważniała, zrobiła się jeszcze smutniejsza i widać było w jej oczach niepokój. Ciszę przerwało pukanie do drzwi.

– Proszę, otwarte! – odpowiedziała głośno.

Do środka wszedł mężczyzna z długimi jasnymi włosami, o rysach cherubina, ale z oczu patrzyła mu arogancja, pewność siebie. Na twarzy miał przyklejony uśmieszek, mały grymas.

– Na nas już czas – powiedział miłym, lecz stanowczym głosem.

– Ty się jednak dokądś wybierasz? – zapytałem.

Gość, że tak go nazwę, nawet nie zwrócił na mnie uwagi, jakby mnie nie było.

– Zostaw mnie, to moja sprawa – odpowiedziała mi szorstko i bez odwracania twarzy. Zauważyłem, że ten ton raczej nie był miły, a poważny, z pewnym napięciem w głosie. – Dokończymy rozmowę innym razem – dodała, oczekując, że już sobie pójdę.

– Okej, jak będziesz miała jakieś problemy, to wiesz, gdzie mnie szukać – dodałem, cały czas patrząc na nią i całą tę dziwną sytuację.

Postanowiłem, że wyjdę, ale gdzieś niedaleko, zaczaję się, a może nawet będę ich śledzić. „No tak, ale po co? Nie mam nawet czym za nimi jechać, a gość przyjechał samochodem” – pomyślałem. Wychodząc, zauważyłem, że ów gburowaty człowiek ma dość długie paznokcie, nieproporcjonalnie długie jak na faceta. Musiałem wyjść na zewnątrz, bo Małgorzata zamknęła drzwi. Stałem w progu i wodziłem za nimi wzrokiem, ale już za chwilę jadący samochód zniknął mi z oczu gdzieś za zakrętami, za wzgórzami. Poszedłem pieszo w tym kierunku, do pobliskiego miasta. Po drodze minąłem mostek nad przesmykiem między jeziorami i już byłem prawie przy miejskiej bramie, kiedy zauważyłem na brzegu jeziora samochód – ten sam, którym razem odjeżdżali. Był to czerwony ford mondeo. Zszedłem w kierunku jeziora. W samochodzie nie było nikogo, w jego pobliżu też nie. Stał tam mały turystyczny domek, taki kemping. „Może są tam” – pomyślałem, zrobiłem kilka kroków i już byłem przy oknie. Nie wiedziałem, kto mieszkał w domku ani kto był jego właścicielem, ale usłyszałem jakąś rozmowę, bo okno było uchylone. Ze środka dobiegały głosy, jeden na pewno był żeński. Tak, poznałem – to była Małgosia. W jej słowach i tonie dało się słyszeć dezaprobatę, to, że nie chce się na coś zgodzić. Słyszałem słowa:

– Nie teraz, zaczekajmy, samo się wyjaśni.

Głos męski nalegał, wyjaśniał, że traci cierpliwość, nie chce dłużej czekać. Chciałem podejść bliżej, ale miałem wrażenie, że ten facet wie, że stoję za oknem. Wycofałem się po cichu do miejsca, gdzie rosły wierzby. Na chwilę za nimi stanąłem, a później wdrapałem się pod górkę na główną drogę, w pobliżu mostu. Postanowiłem, że wrócę, ale miałem nieodparte wrażenie, że ktoś niewidzialny idzie za mną. Dlatego właśnie często się za siebie oglądałem. Niczego nie widziałem, a później już było mi wszystko jedno, czy ktoś idzie, czy nie. Wróciłem w pobliże domu Małgosi. Jeszcze jej nie było, drzwi były zamknięte. Usiadłem na schodach z tyłu domu.

Po dwóch godzinach usłyszałem otwieranie drzwi od zewnątrz. To była ona – wróciła pieszo. Małgosia ostatnio nie wylewała za kołnierz, zwłaszcza w piątki, więc nie prowadziła. Siedziałem tak sam na schodach może jeszcze z godzinę, po czym zapukałem grzecznie i na słowo „Proszę!” odpowiedziałem:

– To ja. Mogę wejść?

Nastąpiła chwila ciszy. „Może już ma mnie dosyć?” – pomyślałem.

– Otwarte, wejdź.

– Nie zamykasz drzwi wejściowych? – zapytałem.

– Miałam wrażenie, że przyjdziesz, a w zasadzie, że czekasz w pobliżu. Nie masz przecież ostatnio nic do roboty.

– To prawda. Mam nawet prośbę: mogę u ciebie zostać do jutra? Później sobie pojadę i już mnie nie zobaczysz, przynajmniej przez jakiś czas.

– Skoro musisz, to zostań. – Mówiąc to, podeszła do lodówki i wyjęła z niej piwo. – Nie pytam, bo wiem, że nie pijesz.

– Okej. Nie przeszkadzaj sobie.

Usiadłem na fotelu i wziąłem gazetę, której i tak nie miałem zamiaru czytać, tak od niechcenia przerzucałem kartkę po kartce.

– Kto to był? Kolega z pracy, ktoś z rodziny? – spytałem.

– Powiedziałabym raczej, że to partner w biznesie.

– W biznesie? Jaki ty robisz biznes? Nie chcę być wścibski, jak nie chcesz powiedzieć, to nie mów. Chodzi mi o to, żebyś nie wplątała się w jakieś problemy. Pomagałem ci nie raz, a ty wspierałaś mnie. Zresztą jesteśmy przyjaciółmi.

Nie lubiłem słowa „przyjaciel” i wypowiedzenie go powodowało u mnie zawsze jakieś… zwątpienie. Uważałem, że tak naprawdę nie mam przyjaciół.

– Mam coś, co ktoś chce ode mnie kupić, i tyle.

– Tak po prostu? – zapytałem, nie dowierzając jej słowom.

– Tak, weszłam w posiadanie pewnego przedmiotu, to jest pamiątka rodzinna. Może ci to powiem, ale po co chcesz wiedzieć? Ktoś chce kupić i już, a ja się zastanawiam, czy to sprzedać. – Mówiąc to, nie chciała zdradzić, że to pamiątka od niego.

– Nie wiem, o czym mówisz, ale skąd ten ktoś wie o takich rzeczach czy pamiątkach?

– Sama nie wiem, nie bardzo mogę sobie przypomnieć.

– Powiesz mi, co to jest albo pokażesz? Tak tylko z ciekawości pytam.

– Jutro, okej?

– To powiedz mi w takim razie, gdzie mogę się kimnąć do jutra.

– Połóż się na sofie, weź koc, okej?

– No dobrze.

Była już noc, gdy nagle poczułem, że nie mogę się ruszać. Coś mnie trzymało za gardło i dusiło. Chrapliwym głosem, jak płyta obracająca się w gramofonie w zwolnionym tempie, wydawałem nieartykułowane dźwięki. Szukałem w myślach modlitwy, czułem się już wyczerpany. Pomodliłem się do Anioła Stróża. Wtem przyszła Małgosia. Podeszła do sofy, na której leżałem cały spocony.

– Co ci jest? Obudź się! – powiedziała troskliwym głosem.

Obudziłem się. Byłem w swoim domu, w swoim łóżku. Na zewnątrz panowała ciemność, nie było koło mnie Małgosi ani nikogo innego. Tak, to tylko sen. Pamiętałem, co mi się śniło. Postanowiłem sobie, że to zapamiętam. Było jeszcze wcześnie, więc pozwoliłem sobie jeszcze pospać. O ile zasnę.

***

Znalazłem się w sali lub na korcie tenisowym. „Już tu byłem” – pomyślałem. Widziałem tę samą Kaśkę co wtedy. Grała, tak jak w poprzednim moim widzeniu. Kiedy dostrzegła, że jestem, spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem.

– Pomóż mi, bo już nie daję rady. Moja rodzina zamyka mnie tu na cały dzień, żebym grała, a jeżeli robię przerwy, to automatycznie wydłuża mi się czas.

Takie odbijanie o ścianę też może być nużące.

– Jak mam ci pomóc? Wyprowadzić cię stąd? – zawołałem.

– Nie wiem, Biały powiedział mi, że ty wiesz, jak mi pomóc.

– Skąd znasz Białego?

– Prosiłam Boga i dał mi pomoc. Ty masz mi pomóc, a Biały mi cię wskazał.

Stałem i patrzyłem, na czym ta gra polega. Piłka po piłce odbijała się o ścianę. Nie wiem, ile czasu minęło, ale nagle zauważyłem, że to nie piłki, a takie małe główki. Wziąłem jedną do ręki – nie były to typowe główki, tylko takie namalowane, jak pisanki.

Miałem wrażenie, że wszystko mi się pomieszało. Narysowane na piłce oczy otworzyły się, a nawet do mnie mrugnęły! Gdybym nie wiedział, że to sen, tobym zapytał zwyczajowo: czy ja śnię? Nie tylko mrugnęło oko, ale i otworzyły się małe usteczka. Przysunąłem piłkę ostrożnie do ucha i usłyszałem:

– My jesteśmy strażnikami Kasi. Jesteśmy tu na polecenie jej matki, mamy jej pilnować.

– Przed czym czy przed kim macie jej pilnować?

– Nie wiemy, chyba przed światem, przed innymi ludźmi.

– To co, ona ma być zamknięta i nie może rozmawiać z innymi, nie może szukać przyjaciół, znajomych?

– My, piłki, jesteśmy jej przyjaciółkami, nazywamy się zazdrośniki. Skoro ma nas, nie musi mieć nikogo innego.

Nie musiałem się wysilać, żeby zrozumieć problem tej młodej osoby. Rodzice czy matka trzymają ją na uwięzi i ze wszystkiego musi się tłumaczyć. Nie ma prywatnego życia, nie ma chłopaka, nie ma się komu zwierzyć. No, chyba że wścibskiej matce. W pewnej chwili przyszło mi do głowy, żeby podejść do ściany, o którą odbijały się te dziwne piłki. Ściana była przezroczysta, ale tylko wtedy, kiedy patrzyło się na nią z bliska. Najpierw musiałem oswoić wzrok. Za ścianą stał chłopak i wykonywał tę samą czynność co Kasia, tylko po drugiej stronie. Naparłem na ścianę własnym ciałem. W końcu, po kilku próbach, ściana się przewróciła i tych dwoje młodych ludzi dostrzegło się nawzajem. Patrzyli na siebie z ciekawością.

– Jak chcecie grać, to grajcie ze sobą! – krzyknąłem i postanowiłem, że już sobie pójdę. Zresztą oni byli teraz zajęci sobą, nawet nie zauważyli, kiedy stamtąd wyszedłem.

Obudziłem się, ale jeszcze nie wstałem. Myślałem o tym zdarzeniu, o młodej singielce, o tym, że nadopiekuńczość rodziców, w tym przypadku matki, może zaszkodzić życiu młodej osoby. Przeciągnąłem się, zastanowiłem się, co mam dzisiaj do zrobienia. „Jestem przecież lekarzem od firm, przynajmniej w realu. Jadę dzisiaj do firmy zajmującej się świadczeniem usług reklamowych. To firma mojego kolegi, prosił mnie o pomoc, bo stracił płynność” – pomyślałem i wyszedłem leniwie z łóżka.

To całkiem blisko, więc postanowiłem, że przejdę się pieszo.

– Cześć. – Usłyszałem na progu.

– Cześć – jak zwykle zapracowany, odpowiedziałem uprzejmie.

– Kiedy poćwiczymy? Miałeś przynieść worek treningowy.

– Nie martw się, przyjdzie pora, to zaczniemy. Pokaż mi lepiej, co mam zrobić.

– Zaczekaj, zaraz skończę drukować na laserze. Trzymaj, to jest moja książka przychodów i rozchodów.

– Wyliczę ci, ile musisz sprzedać, żeby wyjść na zero, tzn. pokryć swoje koszty. U ciebie to jest to samo co wydatki. Nie wiem, dlaczego masz problemy i niepopłacone zobowiązania. Tak źle to nie wygląda. Po prostu pozostaje ci za mało kasy na twoje prywatne wydatki. Jak chcesz, to napiszemy wniosek o restrukturyzację.

– Okej, ale czy ja to udźwignę?

– Tak, na początek będzie dobrze. Później, jak już się podejmiesz, musisz zdyscyplinować wydatki. Wpierw jednak oni, to znaczy wierzyciele, muszą się zgodzić na proponowane warunki.

Przegadaliśmy jeszcze trochę dnia, później wróciłem. Tak z sercem poćwiczyłem solidnie w domu, dobre ponad dwie godziny technik ze sztuk walki. Na końcu wstawiłem jak zwykle do piekarnika pizzę, którą kupiłem po drodze. Fajnie było sobie zjeść coś ciepłego i wypić ciepłą herbatę yerba mate, cały duży kubek.
mniej..

BESTSELLERY