Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Opowieść o Vodimorze. Część IV. Początek: Złota Góra - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Data wydania:
14 września 2020
Czytaj fragment
Pobierz fragment
26,00
Cena w punktach Virtualo:
2600 pkt.

Opowieść o Vodimorze. Część IV. Początek: Złota Góra - ebook

Złota Góra to duże miasto-państwo, które stanęło w obliczu napaści złowrogich Goplan. Vodimore wraz z przyjaciółmi, podczas poszukiwania swojej tożsamości, poznaje mroczne tajemnice miasta, za którymi kryją się siły ciemności. Życie bohaterów wydaje się zagrożone... Wartka akcja, intrygi i zawiłe historie znajdują swój finał w tomie kończącym trzyczęściową sagę "Początek" z "Opowieści o Vodimorze".
Zarówno tę część, jak i poprzednie można czytać jako odrębne historie lub, sięgając po wcześniejsze wydania z tego cyklu, po kolei, poznając w pełni niesamowite losy jej bohaterów.
Część trzecia sagi pt. "Złota Góra" to także próba przedstawienia legendy miasta, które ma w swoim herbie białego konia.   


"W klatce znajdowała się jakaś postać, a na tle ciemnego nocnego nieba wydawała się przezroczysta. Kiedy wpatrywał się w nią i zastanawiał, czy to sen, a może iluzja, usłyszał wyraźnie pytanie:
– Masz jakieś plany?
– Po co planować, skoro nie wiem, czy jutro nie zostanę skrócony o głowę? – mruknął zaspany Vodimore.
– Mam dla ciebie trzy propozycje do wyboru – oznajmiła tajemnicza postać. – Ten, który układa plany, pierwszy stara się ułożyć perfekcyjnie, drugi przynajmniej tak, żeby nie był gorszy od pierwszego, natomiast trzeci…
– Co trzeci?
– Ten jest spontaniczny z nutką fantazji. – Usłyszał jeszcze. – Uważaj na sztylet i pierścień."

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8159-945-0
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ I KWATERA U PANA FRANKA

Złota Góra, miasto-państwo, wzięła nazwę od najwyższego spośród otaczających je wzgórz porośniętych lasem. Jak głosi legenda, pewien bogaty mieszkaniec przyjął zakład od ówczesnego króla, że wykopie głęboki otwór w ziemi i dokopie się do złotonośnych żył, o których mieszkańcy opowiadali z pokolenia na pokolenie. Ów mężczyzna poszedł w góry i zaczął kopać. Wydrążył studnię, ale kopał dalej i kiedy wydawało się, że na nic jego praca i determinacja, z głębokiego dołu wytrysnęła woda. Była tak gorąca, że aż para z niej uchodziła. Okazało się, że choć mieszkaniec przegrał zakład, to odkrył pokłady ciepłej wody. Woda nie tylko ogrzewała, ale i miała właściwości lecznicze. Rany goiły się w niej szybciej i skuteczniej niż w sposób, jak do tej pory to czyniono, a fizycznie wyczerpane osoby szybko regenerowały się. Od tego czasu wszyscy nie mówili inaczej o tym wzgórzu jak Złota Góra. Z czasem jednak kolejne pokolenia coraz mniej wykorzystywały źródła leczniczej wody, aż w końcu któryś z władców kazał zasypać studnię i mieszkańcy Złotej Góry nie tylko nie korzystali więcej z zasobów wody, ale nawet już nikt nie pamiętał, gdzie znajdowała się owa studnia.

Vodimore i Stanisław byli tu po raz pierwszy. Wędrowali na koniach od strony państwa Kolan. Powoli zjeżdżali ze stromej skarpy, wybierając łagodniejsze zbocze, znajdujące się na lewym skraju lasu, gdzie mieszkali Kolanie.

– Jeszcze tu nie byłem, ale już zaczyna podobać mi się to miejsce – powiedział Vodimore.

– A ja myślałem, że najbardziej lubisz Kolebki.

– Stachu, trzeba się rozwijać, szukać nowych wyzwań. Gdybym siedział ciągle w Kolebkach, to przecież nie poznałbym was, nie nauczyłbym się sztuk walki, nie umiałbym polować z sokołem.

– Jesteśmy tu trochę intruzami, nieprawdaż? Nikt nas nie aresztuje?

– Nie wiem, jaki system zabezpieczeń ma to państwo, ale skoro gdzieś tu powinien być Gajcy i moja siostra, to dlaczego my nie możemy tu przybyć?

Zbliżali się powoli do murów miasta, które składało się z dwóch części przedzielonych rzeką, tą samą, która wiła się przez dolinę i od jej zakola państwo Kolan wzięło swą nazwę. Zdążali do bramy północnej. Z daleka widać było domy wkomponowane we wzgórza, zbudowane z kamienia, ale też z drewna. Pomiędzy odnogami rzeki, na wyspie, stał zamek królewski, otoczony wałem ziemi, mającym znaczenie przeciwpowodziowe, ale i obronne w razie agresji obcego wojska.

– Spójrz, oto i brama – powiedział Vodimore.

Podeszli do nich strażnicy.

– Nie znam was – odezwał się jeden.

– Zgadza się, ponieważ jesteśmy tu pierwszy raz, mamy pokojowe zamiary. Nie wykluczam, że na terenie waszego państwa przebywają osoby z mojej rodziny.

– Na przykład kto?

– Gajcy.

– Nie znam.

Niestety, Vodimore nie znał imienia swojej siostry, więc nie mógł się na nią powołać.

– Mogą wejść tylko handlarze po opłaceniu podatku, osoby polecane przez kogoś z naszych mieszkańców albo znane wszem w tym mieście. No chyba że macie zaproszenia – wyjaśnił im strażnik.

– Nie mamy zaproszeń, świadczymy usługi, robimy pokazy. To wystarczy? – zapytał Stanisław.

– Zapłaćcie podatek. – Strażnik spojrzał na sokoła. – No i muszę spisać wasze imiona. Jak długo zamierzacie tu przebywać?

– Tydzień. Stanisław, masz jakąś kasę? – zwrócił się do towarzysza Vodimore.

Stach szukał w swoim tobołku, aż wyszperał jakieś drobniaki.

– To nie wystarczy za tydzień pobytu – oznajmił strażnik.

– A za ile dni?

– Niech będzie trzy.

– A jeśli pobyt nam się przedłuży?

– To wtedy resztę zapłacicie przy wyjeździe.

– Strażniku, powiedzcie jeszcze, gdzie tu można znaleźć nocleg – poprosił Vodimore.

– Są knajpy z hotelami, noclegownie, prywatnie też coś znajdziecie, jak się popytacie. Noclegownie są najtańsze, ale warunki tam najgorsze. Miłego pobytu – życzył im na koniec strażnik.

Kiedy ujechali kawałek od bramy, Stanisław zawołał nie za głośno:

– Hej, bliźniaki, możecie wyjść z worka.

Na te słowa powoli z przymocowanego do juków worka wysunęli głowy Rydzek i Konik.

– To gdzie jesteśmy? – zapytał, ziewając, Konik.

– W Złotej Górze, mam nadzieję, że nikt nas nie zatrzyma, myśląc, że was uprowadziliśmy – powiedział Stach. – Vodimore, dobrze, że zostawiłeś psy w zagrodzie u Gajcego, mielibyśmy jeszcze kłopot z nimi.

– Po lesie to sobie mogły biegać, ale do miasta nie chciałem ich zabierać.

– Nie mówiłeś nic, co tam u Maćka i Jagny.

– To długa i burzliwa historia. Pamiętasz, jak przegoniliśmy ludzi Wilczarza, kiedy chcieli zaciągnąć Maćka do wojska?

– Pamiętam.

– Później przyszli jeszcze raz, Maciek się schował, ale Jagna nie zdążyła uciec. Żal jej było inwentarza. Tym razem pojawili się ludzie wprost od burmistrza, niejaki pan Kroll ze swoją drużyną. Podejrzewając, że gospodarz się ukrył, a nie, jak tłumaczyła Jagna, wyjechał, dali im czas do wieczora. Jednakże dla zmylenia użyli fortelu: ujechali kawałek za most i wrócili, nakryli Maćka i Jagnę na kłamstwie. Jego pobili, a z kobietą na jego oczach się szarpali.

– Może chcieli ją zbałamucić?

– Żołnierze zabierali się ponadto do podpalenia zagrody. Wtedy pojawił się Wilczarz ze swoimi ludźmi. To już było po tym, kiedy uratowałem go od ataku praszczurów. Miał na pieńku z Krollem, doszło do zajadłej bójki pomiędzy nimi, w wyniku której Krolla, ledwo żywego, zabrali jego żołnierze na koniu. W ten sposób Wilczarz uratował i Maćka, i Jagnę, a i gospodarstwo nie poszło z dymem. Od tej pory żaden żołnierz burmistrza już się tam nie pokazał.

– Dziwny ten Wilczarz, niby łajdak, ale honor jakiś mu pozostał. Nawet go polubiłem – powiedział Stanisław.

– Nawet po tym, jak chciał cię powiesić głową na dół?

– Stare czasy, sam mówiłeś, że trzeba sobie nawzajem wybaczać.

– Tak, to prawda, tak mówiłem. Zobacz, ile razy musieli wybaczać ci rodzice.

– Nie mów mi tego, bo się rozpłaczę. Lepiej popytajmy o ten nocleg, bo dobrze by odpocząć i coś włożyć do gardła.

– Robi się coraz większy ruch. Wydaje mi się, że ta Złota Góra jest dużo większa od Kruszy.

– To jest prawdziwe miasto, tamto było może bardziej okazałe, wybudowane z kamienia, ale za to sprawiało wrażenie zimnego.

Vodimore zszedł z konia, żeby kogoś zaczepić i zapytać o jakieś lokum. Na wprost nich szła młoda dziewczyna z jasnym warkoczem, pod ręką trzymała pustą czerwoną miskę.

– Hej, dziewczyno, czy masz chwilę?

– Może i mam, a bo co? – Dziewczyna przystanęła i lekko się zarumieniła. Świeciło słońce, toteż osłoniła sobie dłonią oczy, żeby lepiej widzieć, z kim rozmawia.

– My przyjezdni i nie znamy miasta, a chcemy gdzieś znaleźć miejsce na nocleg i skorzystać z waszej dobrej kuchni. Nie jesteśmy wymagający.

Dziewczyna rozglądała się raz w prawą, raz w lewą stronę i szukała w myślach odpowiedzi. Słońce zaszło chwilowo za chmury i wtedy zobaczyła wyraźniej dwóch młodych i przystojnych mężów.

– Na długo to przyjechaliście?

– Oficjalnie na trzy dni, ale naprawdę nie wiemy, kiedy stąd wyjedziemy.

Dziewczyna się wahała, ale w końcu powiedziała:

– Zaczekajta tutaj, zaraz wrócę, ale nic nie obiecuję.

Obróciła się na pięcie i pobiegła w stronę, z której właśnie nadeszła. Zniknęła pomiędzy domami.

– Coś długo nie wraca – powiedział po paru minutach Stanisław.

– Nie martw się, zapewne wróci z jakąś odpowiedzią. Byłbym jednak zdziwiony, gdyby to były dobre wieści.

– Czemu tak sądzisz?

– Uważasz, że mamy takie szczęście, że pierwsza napotkana osoba oferuje od razu spanie i jedzenie?

– Popatrz, wraca.

Dziewczyna stanęła naprzeciwko nich i lekko zdyszana oznajmiła:

– Widzicie, kiedyś moja mać przyjmowała ludzi na pokoje, ale pytałam i nie chce. „Roboty dużo, zachodu, a pieniędzy niewiela”, tak powiedziała.

– Szkoda. A nie wiesz, do kogo moglibyśmy się udać? Mamy konie, sokoła, potrzebujemy trochę luzu i relaksu, bo jesteśmy aż spod Szleszyna.

– Na tym skrzyżowaniu na wprost skręcicie w lewo, jedźcie prawie aż pod sam las, pod górę. Tam stoi samotnie chałupa, tam pytajcie. To daleko i prawie za miastem, ale wy z końmi i z ptakiem, więc będzie tam wam lepiej.

– Daleko tam?

– Kawałek jest.

– A kto taki tam mieszka?

– Stary Franek. Tylko nie liczcie na wygodę i na jadło, bo on nie gotuje – dodała dziewczyna.

– Jak masz na imię? Na kogo się mamy powołać, jeśli zapyta?

– Dana, on będzie wiedział, o kogo chodzi. Jest trochę dziwny, ale niegroźny. Nie dajcie się zbyć. – Dziewczyna pomachała im ręką na pożegnanie. Przez chwilę jeszcze patrzyła na odjeżdżających, nie wiedziała, co wieźli w jukach przytroczonych do końskich boków, a zdawało jej się, że widziała przez chwilę jakąś małą głowę.

Po chwili jednak konie znikły jej z oczu za zakrętem i skierowały się w stronę majestatycznie wyglądającej Złotej Góry.

– Ładnie tu i przestronnie, uważasz, że to dobry pomysł z tym Frankiem? – zapytał Stach.

– Na razie nie mamy wyboru, gdyby nas przyjął, nie rzucalibyśmy się nikomu w oczy jako obcy przybysze. Za chwilę będziemy wiedzieć, bo to chyba ten dom. Popatrz, stoi na uboczu, tak jak mówiła Dana.

Vodimore zsiadł z konia i podszedł do drzwi. Zapukał, lecz nikt się nie odzywał. Zapukał jeszcze raz i znowu nic. Dopiero po chwili zwrócił uwagę na furtkę prowadzącą na małe podwórko. Na ławce za domem siedział starszy człowiek i pykał fajeczkę. Vodimore ukłonił się mu, a ten uniósł w geście szacunku mały jasny kapelusz.

– Szukamy miejsca na nocleg, Dana nam wskazała pański dom.

– Chyba sobie z was zażartowała. Ja nie wynajmuję.

Zawiedziony Vodimore rzekł:

– No cóż, będziemy szukać dalej.

Kiedy zamierzał opuścić posesję, usłyszał:

– Hejże! Niech się wróci. Co pan tak zaraz rezygnuje. To, że powiedziałem, że nie wynajmuję, nie znaczy, że tego teraz nie zrobię.

– To niech się pan zdecyduje, czas ucieka, jak nie tu, to poszukamy sobie gdzie indziej.

– Ilu was tam jest?

– Najlepiej, jak pan sobie sam zobaczy. Nie jesteśmy zwyczajną grupą. Żeby nie było wątpliwości.

Vodimore poszedł zawołać Stacha, wziął sokoła i pociągnął swojego konia.

– Widzi pan, jest nas dwóch – zwrócił się do Starego Franka. – Mamy dwa konie, sokoła wędrownego oswojonego i jeszcze ich. – Wyjął worek z juków i otworzył go. Ze środka zaraz wyłoniły się małe chłopięce głowy.

– Co to za cudo, kimże jesteście? – Gospodarz uniósł kapelusz i drapał się po siwych włosach, ale fajki z ust nie wypuszczał.

– Jesteśmy wesołą kompanią – powiedział Stanisław. – Jak pan lubi się pośmiać, to nikogo lepszego pan nie znajdzie. Na domiar tego nie jesteśmy uciążliwi. To jak będzie?

– Żeby być do końca szczerym, uprzedzam, że na pewno nie zapłacimy panu z góry. Na razie jeszcze nie mamy czym zapłacić, ale zapewniam, że rozliczymy się uczciwie – dodał jeszcze Vodimore.

– Przekonaliście mnie. Szczerość za szczerość. Konie możecie zakołkować pod lasem, zaraz jak się zaczyna góra. Nie znam menu sokoła, ale wy musicie sobie radzić z jedzeniem sami. Ja nie gotuję.

– To jak pan żyje?

– Jedzenie przynosi mi córka.

– Panie Franku, mogę się tak zwracać do pana?

– Jestem Franciszek, ale można mówić Franek.

– Konie nie uciekną, znają nas, są oswojone, nie będziemy ich kołkować.

– Powiedzcie, kto to. Krasnoludki? Skrzaty? – zapytał Franek i wskazał na Rydzka i Konika.

– To jest skomplikowana sytuacja, ale wszystko w odpowiednim czasie się wyjaśni. Potrzeba cierpliwości – odpowiedział wymijająco Vodimore. – Sam pan tak mieszka na uboczu za miastem?

– Żona mnie opuściła, mieszka z córką, a ja wróciłem na ojcowiznę. Dobrze mi jest tu samemu. Mam spokój, żarcie mi przynoszą. Żyć nie umierać. No właśnie, stary jestem i ku śmierci mnie ciągnie. Stawiam jej zdecydowany opór, ale jak długo starczy sił, tego nie wiem.

– Pożyje pan jeszcze, zobaczy pan. Możemy wejść do izby?

– Wchodźcie.

– Oczywiście z sokołem, jego nie możemy zostawiać na zewnątrz samego.

Franciszek mieszkał w dużym, starym, drewnianym domu z poddaszem z widokiem na zaczynającą się nieopodal górę. Zajmował parter, a dwa pokoje na poddaszu, które stały puste, zaproponował im do wynajęcia.

– Podoba mi się tu, mieliśmy jednak szczęście, zaczepiając tę dziewczynę z miską – rzucił Stanisław. – Co wy na to, Rydzek i Konik?

– My na to jak na lato – odpowiedzieli chórem.

– Czujemy się jak na wakacjach – dodał Konik.

– Oj, nie powiedziałbym, że to beztroskie wakacje. Musimy gdzieś zarobić grosz, żeby zapłacić za lokum, nie mówiąc o jedzeniu.

– Nie zapominajcie, że w pobliżu lub w drodze jest wojsko Goplan.

Kiedy odpoczęli sobie i rozgościli się w swoich pokojach, zeszli na dół pogadać z gospodarzem.

– Możemy się przysiąść? – zapytał Vodimore.

Franek posunął się na ławce i zrobił im miejsce.

– Chcieliśmy się dostać na dwór królewski – powiedział bez owijania w bawełnę Vodimore.

– Oooo! To wysokie progi wam się marzą. Co tam chcecie robić w tym nudnym zamku? Będziecie ich rozweselać? Widząc waszą kompanię, sądzę, że potraficie to robić.

– Panie Franku, my przyjechaliśmy aż spod Szleszyna.

– Wiem, gdzie jest to miasto.

– Gdzieś w Złotej Górze przebywają najprawdopodobniej moja siostra i mój ojciec. Zapewne nie wiedzą, że ich szukam.

– Jak ich zowią?

– Ojciec Gajcy, a siostra Gosia, ale jej imienia nie jestem pewien.

– Nie znam ani Gosi, ani Gajcego. Powiedz mi coś więcej o tym Gajcym.

– Mieszkał w Kolebkach, we wsi nieopodal Szleszyna. Postać to tajemnicza i tak naprawdę nie wiem, czym się zajmuje. Tam miał mały dom na skraju wsi. Uczył mnie walczyć, polować z sokołem, łowić ryby z wydrami. Na wsi układał stogi, pomagał przy budowach domów. Któregoś dnia wyszedł i nie wrócił. Będzie to już drugi rok, jak nie dał znać o sobie. Zostawił list, żeby go nie szukać, że wróci niebawem, i to nie sam. W swoim domu miał jeden pokój zamknięty na klucz, do którego wcześniej nikogo nie wpuszczał. Właśnie w tym pomieszczeniu znalazłem ten list. Był to pokój dziecięcy, w którym mieszkała dziewczynka.

– To z kim miałby wrócić, jeżeli mówisz, że nie sam?

– Uważam, że ze swoją córką, a moją siostrą bliźniaczką.

Na słowo „bliźniaczka” ożywili się Rydzek i Konik, którzy z dużą uwagą słuchali opowiadania Vodimore’a, jakby to była bajka.

Franek pykał fajkę i myślał.

– Ja prosty chłop jestem, ale słyszałem kiedyś historię o jednym człowieku, nie Gajcym, a o Gajusie. Może to ta sama osoba. Bo opis jest podobny. Umiał walczyć jak rzadko kto i na dodatek wykorzystywał w pojedynkach nogi. Był skuteczny.

– Gdzie on teraz może być?

– Faktycznie na zamku może coś o nim będą wiedzieć. Ja go nawet nie widziałem, ale opowiadali ludzie, że w pojedynkę powalił naraz kilku chłopa. Powtarzam jednak, że wołali na niego Gajus albo Gajusz.

– Panie Franku, gdzie tu poszukać jakiegoś zajęcia? – zmienił temat Stanisław.

– A co wy umiecie robić?

– W Kruszy przegoniliśmy ptaki, co zaśmiecały miasto. Vodimore brał udział w turniejach. Robiliśmy pokazy.

– W centrum znajduje się dom rajców. Tak naprawdę oni tutaj nie rządzą, ale czasami król, gdy ma jakiś problem, to ich zwołuje, żeby się naradzić. Na ich czele stoi Barnaba. Słyszałem, że czasami miasto nękają wydarzenia, dzieją się sytuacje, z którymi oni nie potrafią sobie poradzić. Szukają wtedy śmiałków, którzy podejmą się rozwiązania tego czy tamtego problemu. Nie wiem, czy teraz tak jeszcze jest, ale kiedyś tak było.

– Jakie to mogą być zadania?

– A to jakiś dom nawiedzony, a to ktoś robi podjazdy i awantury, nie wiadomo z jakiego powodu, a to ktoś zaginie w niewytłumaczony sposób. Powtarzam: to są niekonwencjonalne tematy, dlatego nikt przy zdrowych zmysłach nie chce się ich podjąć.

– Panie Franku, uważasz nas za nie w pełni sprawnych umysłowo?

– Ha, ha, ha, a kto, widząc taką kompanię jak wy, potraktuje was poważnie? Żyję już wiele wiosen, ale takich małych ludków, którzy przyszli z wami, jeszcze nie widziałem.

– Panie Franku, jeszcze wiele dziwnych rzeczy pan zobaczysz.ROZDZIAŁ II SPOTKANIE U BARNABY

Vodimore i Stanisław chcieli od razu iść do pana Barnaby, ale zastanawiali się, co zrobić z Rydzkiem i Konikiem. Przekomarzali się, bo jeden był za tym, żeby wszędzie, gdzie się tylko da, chodzić razem, a drugi nie chciał ściągać na siebie wzroku gapiów i wolał malców zostawić w domu. Zdecydowali, że ich zabiorą ze sobą, nie wiedzieli tylko jak. Nieść ich w czymś czy mają iść na własnych nogach? Zdecydowali się na to pierwsze, znaleźli kosze w domu Franka, przywiązali je pasami do swoich pleców. To w nich zamiast towaru siedzieli chłopcy – Rydzek na plecach Vodimore’a, który niósł jeszcze sokoła, a Konik na plecach Stanisława. Franek pokazał im, jak iść, żeby bez trudu trafić do domu rajców. W drodze minęli się z dziewczyną, która im pomogła.

– Dziękujemy za wskazanie nam kwatery, jest w sam raz dla nas.

– Nie ma za co – odpowiedziała Dana. Kiedy dostrzegła głowy młodych chłopców wyglądających i śmiejących się z koszy, otworzyła szeroko oczy, zdumiała się i zarumieniła.

Poszli dalej według wskazówek Franka i rozglądali się na prawo i lewo.

– Całkiem niezłe to miasto, sporo ludzi. Spójrz tam – powiedział Stach.

– Kolanie. Też ich tu sporo przebywa.

– Mają blisko, poza tym pamiętasz, jak opowiadali, że robią interesy w Złotej Górze i są częściej tu niż w Szleszynie?

Kolanie wyróżniali się na tle innych, widać było po ich ubraniach, że to ludzie z wiosek. Mieli długie nogi i dłuższe włosy niż tutejsi mieszkańcy. Wśród nich nie było jednak nikogo, kogo Stach i Vodimore by znali.

– Wiesz, na co zwróciłem uwagę? – zapytał ten drugi. – Wróg niemal stoi u bram miasta, a tu nie widzę żadnej mobilizacji ani strachu, wszyscy żyją normalnie.

– Po co mają się stresować zawczasu… – skwitował beztrosko Stach.

Z każdym metrem w Złotej Górze panował większy ruch, uliczki stawały się węższe. Po obu ich stronach znajdowały się sklepiki, knajpy, kramy.

– Stachu! Uważaj! – zawołał Vodimore, przytrzymał go za kosz i pokazał mu, żeby spojrzał w górę.

Tam kobieta wychlusnęła z okna całą miskę wody, wcześniej nie sprawdzając, czy ktoś idzie, czy nie.

– Ejże! – oburzył się Stanisław, a głowa kobiety znikła. – Co za brak kultury! – dodał.

Vodimore wskazał ręką duży dom.

– Czy to o nim mówił nam Franek?

– Nie pamiętam, może o nim. Zapytajmy lepiej. – Po tych słowach Stanisław podszedł do pierwszego lepszego przechodnia. – Panie! Czy to aby nie dom rajców?

– Rajców – odpowiedział zapytany i poszedł dalej.

– Idziemy razem?

– A czemu nie, jak mamy działać wspólnie, to wspólnie – odpowiedział Vodimore.

Drzwi były otwarte, ale okazało się, że pan Barnaba aktualnie przebywa w zamku i trzeba będzie trochę na niego poczekać. Minęła godzina, dwie. W końcu przyszło kilku ludzi, którzy skierowali się do wejścia do domu.

– Jak uważasz? Pewnie któryś z nich to ten Barnaba.

– Możliwe – odpowiedział Vodimore. – Zaraz się przekonamy. – Podszedł do przybyłych i zagadnął: – My do pana Barnaby.

– A w jakim celu? – zapytał niski, korpulentny mężczyzna w płaszczu i z dłuższymi włosami.

– Szukamy pracy i dowiedzieliśmy się, że u pana coś znajdziemy.

– U mnie? – zapytał zdziwiony.

Pozostali panowie, którzy stali za nim, parsknęli śmiechem i nie czekając, weszli do budynku.

– Ja nie zajmuję się rozdawaniem pracy. Pewnie ktoś wam bzdur naplótł.

– Słyszeliśmy, że pan ma jakieś niekonwencjonalne zlecenia, coś trudnego, czego nikt się nie chce podjąć.

– Jeszcze lepiej! Powiedzcie, skąd jesteście i od kogo macie takie informacje. – A po krótkiej chwili wyczekiwania Barnaba zaproponował: – Nie będziemy tu stać, wejdźcie do środka.

Znaleźli się w przestronnej sieni i korytarzem udali się na wprost do dużego pokoju, w którym urzędował Barnaba.

– No to słucham. Skąd takie informacje o mnie, kim jesteście, skoro o takie rzeczy pytacie?

Vodimore zabrał głos:

– Jesteśmy spod Szleszyna i właśnie niedawno udało nam się odeprzeć wrogie wojska burmistrza Szleszyna, który jest poplecznikiem króla Gustava. Wyparliśmy ich z terenów przylegających do waszego państwa. Uważamy, że na razie zażegnaliśmy inwazję, ale nie wykluczamy ponownej, już na większą skalę, bo z udziałem Goplan, na czele z samym królem. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że i wy staniecie przed problemem obrony swojego państwa, gdyż Gustav nie poprzestanie tylko na tych kilku drobnych wioskach, ale i zaatakuje Złotą Górę.

– Skąd o tym wiecie?

– Informacje są z pewnego źródła, ale nie wierzę, choć na ulicach tego nie widać, że wy o tym wiecie. A jeżeli rzeczywiście nie wiecie, to radzę się zacząć przygotowywać. Przyciągnęły mnie jeszcze sprawy osobiste, ale nie będę nimi pana obarczał. Przybyliśmy wam pomóc, ale szukamy też pracy, bo chcemy zapłacić za zakwaterowanie i prowiant, a nie mamy czym.

– Hm… To, co opowiadasz, jest ciekawe i zmienia postać rzeczy. Jak was zowią?

– Ja jestem Vodimore, a ten kawaler to Stanisław z Rudaw. Mamy jeszcze oswojonego sokoła i dwoje małych przyjaciół, którzy są takiego wzrostu nie ze swojej winy, ulegli bowiem działaniu złego czaru bądź uroku. Pomagamy sobie wzajemnie, a może uda nam się znaleźć sposób, jak przywrócić malców do ich normalnych postaci. Rydzek i Konik, pokażcie się panu…

– …staroście.

– Panu staroście Barnabie – dodał Vodimore.

Bliźniacy wyszli z koszy i ukłonili się.

– Dziw nad dziwy! – zakrzyknął na ich widok Barnaba. – A o panu to słyszałem – zwrócił się do Vodimore’a.

– Mam nadzieję, że nic złego?

– Słyszałem, że jest pan rycerzem nieprzeciętnym, a może nawet najlepszym.

– Od kogo pan o mnie słyszał?

– Od rycerza Bonawentury. Zna go pan?

Vodimore szukał w myślach, gdyż wiedział, że kiedyś poznał wspomnianego Bonawenturę. Rozmyślania przerwał mu starosta:

– Turniej w Kruszy, tam walczyli Bonawentura i Kazimierz z Jóźwina, obydwaj wrócili i opowiadali, że Vodimore wygrał w niesamowitym stylu cały turniej. Twierdzili też, że zginął od strzały z kuszy prosto w serce. Skoro ty jesteś Vodimore, to zapewne zmartwychwstałeś, masz pewnie jakiś ślad od strzały.

Vodimore podał sokoła Stachowi i zdjął wierzchnie ubranie. Wszyscy patrzyli na jego nieskazitelną i umięśnioną sylwetkę z paskudną zasklepioną raną na lewej piersi. Barnaba opuścił wzrok, zawstydzony, że nie uwierzył Vodimore’owi.

– Wybacz moją nieufność. Sam powiedziałeś, że wróg u bram. Wielu szpiegów Gustava próbuje przedostać się do nas.

– Jak widzisz, przeżyłem i chcemy wam pomóc.

– Na wzgórzu pod lasem znajduje się wielka polana, ze względu na jej wielkość lepiej nazywać ją łąką. Pasą się tam konie. Nikt ich jeszcze nie osiodłał, są na wpół zdziczałe. Każdy, kto próbuje je ujeździć, po krótkiej próbie spada na ziemię. Co niektórzy śmiałkowie nawet połamali sobie kości. To jest zadanie dla takiego rycerza jak ty. Drugie zadanie jest subtelniejsze: księżniczka, córka króla Teodora, ostatnio popadła w dziwną chorobę. Nic jej nie cieszy, co chwilę płacze. Król sprowadził dla niej medyków, ale jak do tej pory nic się nie zmieniło. Trzeba jej pomóc, aby wróciła do zdrowia. Chcieliście pracować, to proszę, oto zadania. Aha, nie macie pieniędzy, powiadacie. Dam wam zadatek, ale tylko dlatego, że rozmawiam z panem Vodimore’em, a w związku z tym ta praca, której jak dotąd nikomu nie udało się wykonać, jest w waszym zasięgu, przynajmniej mam taką nadzieję.

Barnaba dał im sakiewkę, a oni zapytali:

– Kiedy możemy zacząć?

– Konie w każdej chwili, a co do księżniczki, to jutro uprzedzę służbę i króla, że ktoś z was przyjdzie do niej na zamek.

Podali sobie ręce, a Vodimore podziękował staroście, że ten ich nie wyrzucił, lecz poświęcił im swój czas. Najpierw, mając już pieniądze, postanowili coś zjeść i kupić trochę jedzenia na później.ROZDZIAŁ III ŻYCIE CODZIENNE W ZŁOTEJ GÓRZE

– Po drodze mijaliśmy trochę kramów i knajpek, może się cofniemy i tam poszukamy jadła? – zaproponował Stanisław.

– Mamy czas, chodźmy dalej, zwiedźmy przynajmniej miasto.

Szli w kierunku podzamcza. Z tej strony grodu ciągnęła się jedna długa ulica, od której odchodziły w bok krótsze. Jak się okazało, podzamcze dopiero było swoistym labiryntem uliczek. W końcu Stach, Vodimore i malcy doszli do samej rzeki, za którą rozciągały się mury, a ponad nimi widać było górną część zamku.

– Widzisz, Stachu, o to mi chodziło: woda, można przysiąść, na wprost masz knajpę Rogatka. Weź pieniądze i kup nam co dobrego. Nie zapomnij o Rydzku i Koniku.

Stacha długo nie było, a kiedy wyszedł ze środka, kiwnął ręką na Vodimore’a, żeby ten podszedł do niego.

– Tu są stoliki, siadajcie. Podają żurek, sprawdzimy, czy lepszy od naszego. Golonka może być?

– Dla mnie tak – zgodził się Vodimore.

– A wy co chcecie? – zapytał Stanisław bliźniaków.

– Pyzy ziemniaczane z mięsem albo z owocem na słodko.

Pyzy były jedne i drugie, Stachu kupił więc obydwie wersje dla każdego brata. Rydzek zaczął od mięsnych, a Konik od tych z truskawką.

– Jak na waszą niewielką posturę dużo zjedliście – zauważył złośliwie Stanisław.

– Stachu, nie docinaj im, niech się najedzą, bo przed nami dużo roboty, słyszałeś, co mówił starosta.

– Chyba nie myślisz, że będą ujeżdżali z tobą konie?

– Konie nie, ale zabawiać księżniczkę mogą. Muszą wymyślić sposoby, żeby poprawić jej humor.

Podczas posiłku obserwowali okolicę. Rzekę spinał drewniany most zwodzony, który w chwili zagrożenia można było podnieść do góry. W jedną i drugą stronę przechodziło nim sporo ludzi z koszami pełnymi zakupionych towarów, niektórzy prowadzili zwierzęta domowe. Nieopodal przy stoliku usiadły kobiety, które w koszu miały ptactwo: jedna kury, a druga kaczki. Rydzek i Konik po kryjomu dla zabawy zamienili im drób. Tam, gdzie były kaczki, wstawili kury i odwrotnie. Kosze były przymknięte, dlatego nie było widać zamiany, a malcy wykazywali się niezwykłym sprytem i zręcznością. Komuś odwiązali psa, który pobiegł za innym psem. Ludzie przyglądali się psotnym malutkim braciom z niedowierzaniem, niektórzy śmiali się z nich. Rydzek podszedł do jednego stolika, przy którym siedział samotnie mężczyzna w średnim wieku, i zagadnął go:

– Widzi pan tę niewiastę idącą z naprzeciwka?

– Widzę, a bo co?

– Patrzy na pana i rada by była, żeby pan się do niej przysiadł.

– Naprawdę?

Kobieta, owszem, patrzyła, ale na Rydzka, toteż zdziwiona była, kiedy do jej stolika przyszedł mężczyzna, posunął jej talerz, położył swój i przedstawił się. Zrobiła się mała awantura, a Rydzka, sprawcy tej sytuacji, już przy nich nie było.

Vodimore ze Stachem skończyli też jeść i cała czwórka wraz z sokołem poszła dalej zwiedzać miasto.

– Zastanawiam się, czy iść w stronę zamku i na drugą stronę miasta, czy się wrócić. Co o tym sądzisz, Stanisławie?

– Mamy czas, do zamku i tak jeszcze przyjdziemy, a na drugą stronę trzeba będzie iść do koni. Ja bym dzisiaj skoncentrował się na tej części miasta.

– W takim razie wracajmy.

Kiedy przechodzili pod oknem, z którego kobieta wylewała wodę, i tym razem nie obyło się bez niespodzianki – miska wody chlusnęła wprost na głowę Stacha. Oberwało się też Konikowi, który siedział w koszu na jego plecach.

– Zaczekajcie tu na mnie. – Stachu nie wytrzymał i pobiegł na piętro. Walił do drzwi mieszkania, skąd była przed chwilą wylewana woda. – Otwierać! – krzyknął.

– Nie wpuszczę, bo się boję – odezwał się kobiecy głos ze środka.

– Nic pani nie zrobię, niech pani otworzy!

Po chwili zamek w drzwiach puścił i ukazała się młoda brunetka ubrana w białą suknię, w kolorowej chustce na głowie, spod której wysuwały się kręcone czarne włosy. Stanisław stał i przypatrywał się jej z ciekawością. Widać było po nim, że minęła mu już złość.

– Najpierw trzeba spojrzeć, czy ktoś pod oknem nie idzie, a zresztą co to za nawyki, żeby na ulicę wylewać wodę? – pouczył surowym tonem.

– Przepraszam, osuszyłabym panu koszulę, ale jest ciepło na dworze, to sama wyschnie.

Z kosza wysunął głowę Konik. Kobieta aż podskoczyła i krzyknęła.

– Proszę się nie bać, to przyjaciel.

– Niezła kobitka, Stanisław, ty to masz farta – powiedział Konik.

Na te słowa dziewczyna okryła się rumieńcem i zaproponowała nieśmiało:

– Nie będziemy tak tu stać w progu, niech pan wejdzie do środka.

Stanisław wszedł i rozejrzał się po mieszkaniu. Było czysto i schludnie.

– Sama pani mieszka?

– Sama, a z kim miałabym mieszkać?

– Taka ładna kobieta i bez męża? Jak mam się zwracać do pani?

– Na imię mam Wanda.

– Nigdy jeszcze nie spotkałem dziewczyny o takim imieniu. Ja jestem Stanisław, a ten tam w koszu zawadiaka to Konik.

– Konik?

– Tak go nazywają. – Stachowi już całkowicie przeszła złość i nie chciał wspominać incydentu z wodą, ale przypomniało mu się, że na dole czeka na niego Vodimore. – Niestety, musimy już iść, mamy do załatwienia jeszcze inne sprawy na mieście. Miło było poznać.

Podał jej rękę na pożegnanie, a Wanda przytrzymała ją i niespodziewanie zapytała:

– Odwiedzisz mnie jeszcze?

Stachu podrapał się po głowie i zanim odpowiedział, oboje usłyszeli dobiegające z kosza słowa:

– No jasne, czemu nie.

– Tak, spotkamy się jeszcze, Wando – odpowiedział po chwili Stach.

Gdy pojawił się na dole, Vodimore zbeształ go:

– Zapuściłem już tutaj korzenie, gdzieżeś tak długo siedział?

– Ta kobieta, co chlusnęła na mnie wodą, to młoda ładna dziewczyna. Mieszka sama.

– I co w związku z tym?

– Nic, obiecałem, że ją jeszcze odwiedzę i tyle. Ma na imię Wanda.

– Ciekawe imię.

Po drodze kupili jedzenie i wrócili do Franka, który nadal siedział w tym samym miejscu od rana i pykał fajkę.

– Jak tam, załatwiliście wszystko? – zapytał ich.

– Wszystko, a nawet więcej – odpowiedział Stach.

– Mamy trochę pieniędzy, możemy zapłacić zadatek za kwaterunek – powiedział Vodimore.

– Tak szybko zarobiliście?

– Mówiłem, że dobrze nam poszło, przynajmniej dzisiaj. Mamy pracę na następne dni i spotkaliśmy się ze starostą. Teraz musimy odpocząć, a rano zabieramy się do roboty.

Z koszy wyszli Rydzek i Konik. Ten drugi opowiedział bratu o spotkaniu Stacha z Wandą.

– Jeśli znowu pójdziemy w koszach na miasto, to się zamienimy – zaproponował Rydzek. – Tym razem ja pójdę ze Stachem do owej brunetki.

– Niech tak będzie. – I chłopcy przyklepali rękami umowę.

– Jutro pójdziemy najpierw na zamek, dlatego sokół musi zostać i czekać na nas w domu Franka – powiedział Vodimore. – Po południu pojedziemy konno na pastwisko obejrzeć dzikie konie i wtedy sokół ruszy z nami.

– Wszędzie razem będziemy chodzić? – zapytał Stanisław.

– Na razie tak, a później zobaczymy. Jeśli ci chodzi o Wandę, to nie martw się, jeszcze nieraz ją odwiedzisz.

***

Noc była ciepła i Vodimore nie mógł zasnąć. Przebudził się po północy i wyszedł na ławkę. Na niebie świeciło mnóstwo gwiazd i było co podziwiać. Konie stały spokojnie pod domem od strony wzgórza, przywiązane do płotu. Kiedy Vodimore spoglądał w niebo, usłyszał szelest, jakby skrzydeł. Gwałtownie obrócił głowę w kierunku, z którego dochodził dźwięk. Zobaczył duży cień ogromnego ptaka. Wstał z ławki, obszedł dom i zaczął wpatrywać się w drzewa porastające wzgórza. Nagle dostrzegł jakąś ciemną postać stojącą za drzewami, jednak gdy się zbliżył do tego miejsca, nikogo już nie było. „Może mi się wydawało, w końcu jestem zmęczony i panują ciemności” – pomyślał i wrócił do domu położyć się do łóżka.

Rano Rydzek i Konik gonili się z poduchami po chałupie i pobudzili wszystkich oprócz gospodarza, który już nie spał i siedział jak zwykle na ławce. Gdy Stanisław przygotowywał śniadanie, Vodimore dosiadł się do Franka i zagadnął:

– Panie Franku, nie mogłem w nocy spać, pewnie po wczorajszym dniu. Przyszedłem posiedzieć na ławkę. Kiedy oglądałem gwiaździste niebo, coś dużego i czarnego przeleciało mi nad głową, a później między drzewami dostrzegłem jakby ciemną postać.

– Nie strasz mnie, odkąd pamiętam, zawsze był tu spokój. Sam sobie mieszkam i nic mi jak dotąd nie przeszkadzało ani mnie nie wystraszyło.

– Później doszedłem do wniosku, że to pewnie ze zmęczenia.

– I tej wersji się trzymajmy – zakończył tym stwierdzeniem Franek.

Po chwili Stanisław zawołał ich na śniadanie, przygotował sporo kanapek. Gospodarz początkowo się opierał, nie chciał objadać gości, ale ostatecznie zjadł ze wszystkimi. Jak się już najedli i napili, Franek zapytał:

– Jakie plany na dzisiaj?

– Będziemy ujeżdżać konie i pójdziemy do zamku – odpowiedział Stanisław.

– A do zamku po co?

– Do księżniczki – wyjaśnił Vodimore i dodał: – Panie Franku, nie wypuśćcie mi sokoła, proszę. Do zamku go nie zabiorę, a kiedy wrócimy, pojedziemy do koni.

W drodze do zamku Vodimore zapytał bliźniaków:

– Jak wyglądał ten czarny, co na was rzucił urok?

– Ja widziałem tylko cień.

– Mnie się wydawało, że to wysoki jegomość, włosy miał jasne, ubrany na czarno – dodał Konik. – A czemu się pytacie?

– Z ciekawości, chcecie przecież, żebym was uwolnił od zaklęcia.

– Chcemy – odpowiedzieli chórem.

Kiedy przechodzili koło domu, w którym mieszkała Wanda, Stanisław podniósł głowę. Widząc to, Vodimore oznajmił mu:

– Jak będziemy wracać, Stachu. Bądź cierpliwy.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: