Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Panny młode. Jesień - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Tłumacz:
Seria:
Data wydania:
20 sierpnia 2018
Czytaj fragment
Pobierz fragment
29,02
Cena w punktach Virtualo:
2902 pkt.

Panny młode. Jesień - ebook

Wrześniowa panna młoda
Kathryn Springer

Po przeprowadzce do Red Leaf, Annie jest gotowa nazwać to małe miasteczko swoim domem. Jednak zastępca szeryfa, Jesse Kent nie może uwierzyć, że jego mama oddała klucze do swojej księgarni kobiecie, którą poznała przez internet. Jesse już raz widział, jak jego matka została wykorzystana i postanawia bacznie przyglądać się tej całej Annie Price. Lecz gdy w miasteczku ma się odbyć rekonstrukcja historyczna wesela pary jego założycieli, a w główne role mają się wcielić Annie i Jesse, ślub „na niby” szybko ustępuje miejsca prawdziwym uczuciom.

 

Październikowa panna młoda
Katie Ganshert

Nikt poza Jakiem i Emmą nie zna prawdziwego powodu, dla którego biorą ślub – by umierający ojciec kobiety mógł poprowadzić ją do ołtarza. W miarę jak Jake i Emma planują jesienne wesele, staje się jasne, że ich umowa napotka kilka przeszkód – a największą z nich okażą się uczucia, którymi tych dwoje darzy siebie nawzajem.

 

Listopadowa panna młoda
Beth K. Vogt

Po trzeciej z rzędu miłosnej porażce, Sadie ma już dość romantycznych związków opierających się na wiadomościach tekstowych. Jedynym znanym jej mężczyzną, który jest gotów odłożyć swojego iPhone’a i odbyć z nią normalną rozmowę jest Erik, jej najlepszy przyjaciel. Czy mężczyźnie, który od lat skrycie podkochuje się w Sadie uda się ją przekonać, że randki „dla zabawy” są preludium do „dopóki śmierć nas nie rozłączy”?

Kategoria: Powieść
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-65843-78-4
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Annie, dlaczego poniedziałki były okryte taką złą sławą. Ten wydawał się idealny. Słońce. Rozciągająca się przed nią pusta, prosta droga. Pachnąca bryza wdzierająca się do samochodu przez otwarty szyberdach.

Oraz... błyskające czerwono-niebieskie światła w lusterku wstecznym.

Radiowóz, do którego należały, wywołał w Annie dziwnie znajomą, automatyczną reakcję wciśnięcia stopą hamulca. Jedno z kartonowych pudeł leżących na tylnym siedzeniu przechyliło się do przodu i wysypała się z niego fala styropianowych kuleczek, wpadających pod siedzenie i gromadzących się pod jej stopami. Oczywiście razem z kolekcją antycznych łyżeczek, które Annie przez ostatnie pół godziny usiłowała spakować do pudła.

Zjechała na pobocze i czekała, aż samochód na sygnale ją wyprzedzi. Tylko że nic takiego nie nastąpiło. Zaparkował tuż za nią.

Nie miała czasu zastanowić się nad tym, jakie wykroczenie dokładnie popełniła, bo przy jej oknie pojawił się zastępca szeryfa, blokując światło słoneczne niczym zaćmienie.

Spojrzenie Annie odbiło się od złotej odznaki przypiętej tuż nad kieszenią i ruszyło w górę po równiutkim rzędzie guzików koszuli aż do twarzy, która wyglądała, jakby wyrzeźbiono ją z granitu. Kanciasta szczęka. Wydatne kości policzkowe. Gęste, ciemnobrązowe włosy, przystrzyżone przy samej głowie, by ukrócić wszelkie próby kaprysów i nieposłuszeństwa.

A jeśli już o tym mowa...

Skrzywiła się na widok swojego wypaczonego odbicia w okularach przeciwsłonecznych funkcjonariusza, zauważając, że jeden z jej loków uciekł od reszty. Nachyliła się, by mieć lepszy widok, i schowała go tam, gdzie było jego miejsce.

Zastępca zerwał okulary i wbił w nią spojrzenie błękitnych jak bezchmurne niebo oczu.

– Czy wie pani, dlaczego panią zatrzymałem? – spytał. Jego cierpki ton pasował do porannego, wrześniowego powietrza, a Annie zaczęła się zastanawiać, czy mężczyzna zawsze tak brzmiał, czy tylko wtedy, gdy miał na sobie mundur.

– Nie. – To było podchwytliwe pytanie? Przygryzła dolną wargę. – A pan wie? – Zaryzykowała.

Błękitne oczy zmrużyły się.

– Ma pani zepsute światło stopu. A rura wydechowa wisi na włosku – oznajmił.

Tak naprawdę rura wisiała na kawałku sznura do snopowiązałki. Annie znała ten szczegół, gdyż tak się złożyło, że sama nim ją przywiązała. Zdecydowała jednak, że zastępcy szeryfa lepiej nie poprawiać.

– Wiem. – Kobieta posłała mu uśmiech mający oznaczać: „Widzi pan? Jestem szczerą, szlachetną obywatelką”. – Tylko jeszcze nie miałam czasu tego naprawić.

– Cóż, teraz ma pani na to pięć dni. – Nie odwzajemnił uśmiechu.

Annie przyszło do głowy, czy nie zaproponować mu jednego z pączków, który został jej po spotkaniu towarzystwa historycznego, ale on pewnie aresztowałby ją wtedy za próbę przekupstwa.

– Bardzo dziękuję, że zwrócił pan na to moją uwagę. Zajmę się tym od razu – obiecała.

Zamiast odejść, zastępca zbliżył się o krok. Annie wciągnęła powietrze i wstrzymała oddech, kiedy mężczyzna powoli i dokładnie zbadał wzrokiem wnętrze jej samochodu. Doskonale rozpoznała moment, w którym jego spojrzenie spoczęło na łyżeczkach.

– Nie należą do mnie – powiedziała szybko.

– Ach tak? – Uniósł jedną brew.

– To znaczy... Ja je tylko przewożę. Dla znajomej.

Świetnie, Annie. To zabrzmiało o wiele lepiej.

Wyrazu jego twarzy wciąż nie dało się rozszyfrować.

– Muszę zobaczyć pani prawo jazdy i dokument rejestracyjny samochodu.

– Oczywiście – odparła i odwróciła się w stronę schowka, ale jej pas bezpieczeństwa wybrał właśnie ten moment, by stawić silny opór jej nagłemu ruchowi, i przytrzymał ją mocno w miejscu. Świadoma, że zastępca szeryfa dokładnie obserwował każdy jej ruch, wreszcie wyswobodziła się z uścisku pasa.

Czy ta sytuacja mogłaby stać się jeszcze bardziej... żenująca?

Najwyraźniej odpowiedź na to pytanie była twierdząca, ponieważ drzwiczki schowka odpadły – doprawdy, kiedyś będzie trzeba naprawić ten zawias – i ze środka wypadła lawina miniaturowych batoników, które Annie trzymała pod ręką na nagłe wypadki. Patrząc bardziej optymistycznie, w pustym schowku łatwiej było znaleźć kopertę zawierającą dokumenty ubezpieczeniowe.

– Proszę bardzo.

Musiała wytężyć całą siłę woli, by nie chwycić jednego z batoników i nie pożreć go, podczas gdy zastępca szeryfa sprawdzał, czy nie ukradła tego samochodu. Albo czekoladek. Albo srebrnych łyżeczek rozsypanych pod stopami.

Dyskretne spojrzenie na zegarek powiedziało Annie, że zostało jej dokładnie siedem minut na dotarcie do pracy, otworzenie drzwi i zaparzenie dzbanka kawy dla pierwszych klientów.

– Czy wszystko w porządku? – Jakimś cudem wyszło jej z tego pytanie, a nie zdanie twierdzące.

Urzędnik podał jej kopertę, a Annie nie mogła się oprzeć wrażeniu, że papiery wyglądały teraz o wiele schludniej, niż gdy pierwszy raz wciskała je do środka.

– Prawo jazdy, proszę.

– Mam je tu, w... – Kobieta zapatrzyła się w pustkę na siedzeniu pasażera, na którym powinna znajdować się jej torebka.

– Niech zgadnę – wycedził. – Nie ma go pani przy sobie?

– Nie... Ja... Nie. Jest w mojej torebce. Która jest... Gdzie indziej. – Przez zwoje jej mózgu przetoczyła się panika. – Ale mam je. Prawko. Mam. – Annie zdawała sobie sprawę, że bełkocze, ale nie umiała znaleźć zaworu, który powstrzymałby potok słów. – Nigdy się bez niego nie ruszam. Nie licząc dzisiejszego dnia, rzecz jasna.

– Ależ oczywiście.

Czy Annie tylko się zdawało, czy dojrzała w jego oczach błysk rozbawienia? Nie była pewna, ponieważ okulary przeciwsłoneczne wróciły na miejsce, przesłaniając ich wyraz.

Z sercem walącym dwa razy szybciej niż zwykle Annie przebiegła w myślach trasę swojej porannej rutyny. Zatrzymała się w piekarni po pączki, po czym wpadła na stację benzynową, żeby zatankować i kupić paczkę czerwonych lukrecji dla pana Gundersona, któremu znowu dokuczał artretyzm. Następnie pojechała do domu Caroline McCready. Starsza pani ostatnio złożyła sporą darowiznę na rzecz towarzystwa historycznego, a członkowie komitetu zaproponowali, że spakują część delikatnych antyków. Annie zgłosiła się na ochotnika jako kierowca, by przewieźć cenne przedmioty do nowego domu, którym miało stać się dla nich muzeum. Zamierzała dostarczyć je w czasie przerwy na lunch, tak samo jak lukrecje dla pana Gundersona.

Te myśli donikąd jej nie doprowadziły, a Annie nie chciała, by zastępca szeryfa pomyślał sobie, że próbuje go zwodzić. Może gdyby zaczęła od samego początku... Wzięła prysznic i ubrała się, a kilka minut przed tym, jak miała wyjść z mieszkania, zadzwoniła jej przyjaciółka Lorna, by spytać o pudło starych rachunków, które Annie znalazła, sprzątając schowek w księgarni, więc...

– Wiem, gdzie jest! – Klasnęła w dłonie. – Moje prawo jazdy. Zostawiłam je w księgarni.

Zastępca nie wydawał się tak uradowany powrotem jej pamięci krótkotrwałej, jak Annie. Szczerze mówiąc, wyglądał na nastawionego co najmniej sceptycznie.

– Ma pani na myśli Książki z górnej półki?

– Tak. – Annie nie wiedziała, czy powinna odczuwać ulgę, że mężczyzna słyszał o sklepie, czy przerażenie, że mógł być stałym klientem.

Chociaż nie umiała sobie wyobrazić, by szanowny pan Wysoki-Brunet czuł się komfortowo w cudacznym wystroju księgarni, wśród pastelowych mebli i radosnych żółtych ścian.

– Musiałam zostawić torebkę na ladzie.

– Księgarnię otwierają dopiero o dziesiątej.

Kurczę. Stały klient.

– To prawda, ale ja mogę tam wejść. – Annie wskazała pęk kluczy zwisający ze stacyjki niczym miniaturowe organy piszczałkowe. – Jestem kierowniczką.

– Kierowniczką... – przerwał, a słowo to zawisło między nimi w powietrzu, jakby chciał dać jej czas, by się poprawiła.

– Dopiero od kilku tygodni. – Annie usiłowała zignorować ciarki niepokoju, które przeszły jej po kolei po wszystkich kręgach kręgosłupa. – Ale uwielbiam Red Leaf. Wszyscy są tu tak przyjaźnie nastawieni.

– Proszę podać swoje imię, nazwisko i datę urodzenia.

Cóż, prawie wszyscy.

– Anne Price. Z „e” na końcu – dodała. – Ale wszyscy mówią do mnie Annie. A urodziny mam w październiku, dwudziestego czwartego? – Niech to nie brzmi jak pytanie! – Tak. Dwudziestego czwartego października.

– Zaraz wrócę.

Nim Annie zdążyła zamrugać, funkcjonariusz odwrócił się na pięcie i odszedł.

– Jesse! – Lorna Kent odebrała po pierwszym sygnale. – Nie spodziewałam się, że odezwiesz się przed wieczorem. Masz wolny dzień?

– Nie, jestem na służbie. – Jesse wciąż miał na oku przerdzewiały pojazd zaparkowany na poboczu. – I właśnie zatrzymałem kobietę, która nazywa się Annie Price i twierdzi, że jest kierowniczką Książek z górnej półki. Z tego, co mi wiadomo, ten tytuł należał do kogoś innego.

Jesse podejrzewał, że usłyszy krzyk lub przynajmniej westchnięcie pełne niedowierzania. Ale na pewno nie... śmiech.

– Cóż, nie było cię przez trzy tygodnie, skarbie – oznajmiła Lorna. – Przez taki czas dużo może się wydarzyć. Postanowiłam wprowadzić kilka zmian.

Zmian?

Jego matka była tak przewidywalna jak wschód słońca na wschodzie. Uwielbiała rutynę, czy chodziło o menu na niedzielny obiad – pieczony kurczak, groszek w sosie śmietanowym i purée ziemniaczane – czy o podlewanie fiołków stojących w rzędzie na kuchennym parapecie, od lewej do prawej w każdą środę podczas oglądania teleturnieju Va banque.

– Chcesz mi powiedzieć, że oddałaś księgarnię... jakiejś nieznajomej? – To nieoczekiwane wyznanie wywróciło do góry nogami wszystko, co Jesse brał za pewnik odnośnie swojej matki. Co do jednego nie miał żadnych wątpliwości: nigdy wcześniej nie widział Annie Price na oczy.

Zapamiętałby ją.

– Annie nie jest jakąś nieznajomą. Jest członkinią mojego klubu książki.

W głowie mężczyzny zawył alarm. Znał tylko jeden klub książki, któremu wierna była jego mama.

– Poznałaś ją przez Internet?!

– W grupie online, tak – potwierdziła kobieta. – Ale przez ostatnie sześć miesięcy poznałyśmy się z Annie dość dobrze. Tam, gdzie pracowała, zaczęły się masowe zwolnienia, a tak się złożyło, że ja miałam wolne miejsce w księgarni.

– Wolne miejsce... – Jesse zazgrzytał zębami. – Oddałaś jej swoją posadę!

Razem z kluczami do frontowych drzwi. I do sejfu.

– Wierz mi, Annie była odpowiedzią na moje modlitwy. – Lorna ściszyła nieco głos. – A przeprowadzka do Red Leaf może być odpowiedzią na jedną z jej modlitw.

Mężczyzna nie wątpił w to ani przez chwilę. Fałszywi ludzie zawsze szukali łatwego celu. Kogoś takiego, jak jego matka, która widziała w ludziach to, co najlepsze, pomimo tego przez co przeszła. Doświadczenie nauczyło Jessego, że zaufanie jest czymś, na co trzeba sobie zapracować.

– Nic o tej kobiecie nie wiesz, mamo.

– Wiem to, co najważniejsze. Annie jest pracowita i naprawdę zaangażowała się w życie naszej społeczności. Wszyscy członkowie komitetu ją uwielbiają.

– Jakiego komitetu? – Jesse zacisnął palce wokół prywatnego telefonu.

– Dołączyła do towarzystwa historycznego. Jeszcze kilka minut temu byłyśmy razem. Cykada McCready zaprosiła komitet na spotkanie w jej domu dziś rano, by spakować antyki, które podarowała dla muzeum.

– Łyżeczki. – Słowo wytoczyło się razem z westchnięciem Jessego. – Widziałem je.

Wyjaśnienie, skąd te łyżeczki znalazły się w posiadaniu Annie Price nie do końca go uspokoiło. Po co kobieta na oko dwudziestopięcioletnia, zupełnie niezwiązana z miastem miałaby przystępować do towarzystwa historycznego?

– Widziałeś je? Jak to, przeszukałeś jej auto? – zdziwiła się Lorna.

– Oczywiście, że nie. – Jesse niestety nie miał domniemanego motywu. – Zatrzymałem ją tylko formalnie. Nie działa jej światło hamowania.

– Wiedziałam, że musiało chodzić o coś w tym stylu – odparła Lorna. Brzmiała zdecydowanie zbyt pewnie. – Annie jest słodka jak syrop klonowy. Nie wyobrażam sobie, by mogła zrobić coś złego.

I właśnie tu tkwił problem.

Jesse spojrzał z powrotem na samochód. Temat ich rozmowy wychylał się właśnie przez okno, ale nie patrzył na niego, tylko na stado gęsi lecących nad drzewami, ułożonych w idealne „V”. Wietrzyk bawił się krótkim, platynowym loczkiem, który Annie schowała na miejsce, tym razem nie używając jego okularów jako lusterka.

Napotkała jego wzrok i wskazała na niebo z uśmiechem tak ciepłym, że przeniknął nawet przez kamizelkę kuloodporną Jessego. Ta kobieta zwiastowała kłopoty, bez dwóch zdań.

Radiotelefon przypięty do jego paska zatrzeszczał i Jesse usłyszał dyspozytora wysyłającego funkcjonariuszy do kolizji na skrzyżowaniu kilka kilometrów dalej.

Formalne pisemne zawiadomienie będzie musiało zaczekać. Zastępca szeryfa wskazał na drogę i machnął do niej ręką na znak, że może już jechać. Jeśli to w ogóle możliwe, uśmiech Annie rozszerzył się jeszcze bardziej. Odmachała mu, schowała się do auta i wrzuciła bieg.

– Dzisiejsza kolacja u mnie aktualna? – Pytanie mamy przywróciło Jessego do rzeczywistości, gdy kroczył w stronę radiowozu. – Mam dla ciebie niespodziankę.

– Chyba już wyrobiłaś normę na dziś – rzekł Jesse oschle. – Ale przyjadę.

Aby dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodziło.

Nie był fanem niespodzianek... Ani zmian. I bez względu na to, co mówiła mama, wiedział, że i jedne, i drugie sięgają korzeniami do tego samego źródła. Kędzierzawego chochlika z uśmiechem tak ujmującym, że człowiek zapominał, jak się nazywa.

Annie Price.2

– Lily, mam książkę, która będzie dla ciebie idealna. – Annie uśmiechnęła się do filigranowej klientki, która ze swoimi blond warkoczykami i szczerbatym uśmiechem przypominała bohaterkę tej opowieści. – Jak byłam w twoim wieku, należała do moich ulubionych.

Mama dziewczynki spojrzała na tytuł i uśmiechnęła się.

– Mały domek w Wielkich Lasach . Ja też ją uwielbiałam. Dziękuję, Annie.

– Nie zapomnij zapisać się na warsztaty, które odbędą się w przyszły piątek wieczorem. Będzie świetna zabawa. – Annie puściła oko do Lily, wbijając zakupy na kasę. – Daj mi znać, gdy skończysz czytać. O Laurze i jej rodzinie jest cała seria książek.

Lily kiwnęła główką.

– Dobrze!

Dziewczynka z mamą wyszły, a Annie przełożyła zawieszkę na drzwiach na: „Zamknięte”. Lorna spodziewała się jej na kolacji, ale ponieważ przez całe popołudnie do księgarni przychodzili klienci, Annie wciąż miała do zrobienia kilka rzeczy przed wyjściem.

Ale nie narzekała.

Jeszcze niecały miesiąc temu Annie w każdy wieczór jadała sama w swojej kawalerce, a teraz miała prawdziwą przyjaciółkę, z którą kilka razy w tygodniu mogła pośmiać się nad posiłkiem domowej roboty. Była także kierowniczką małej, osobliwej księgarni usytuowanej nad piekarnią przy Main Street, którą wypełniał płynący z kratek wentylacyjnych zapach cynamonu i drożdżowego ciasta, jakiego nie oddałaby najsłodsza świeczka zapachowa od najlepszego producenta.

Dzięki Ci, Boże.

Słowa modlitwy rozbrzmiewały w sercu kobiety czysto i słodko, niczym kurant wygrywany za każdym razem, gdy do Książek z górnej półki wchodził klient. Była pewna, że do Red Leaf mogła zaprowadzić ją tylko Boża interwencja.

W tym miasteczku w północnej części stanu Wisconsin Annie zachwycała się dosłownie wszystkim: od ulicy wybrukowanej czerwonymi cegłami, która przecinała centrum, po donice z żółtymi złocieniami, zdobiące każdy róg. W takim miejscu mogłaby się rozgrywać akcja jednej z jej ulubionych książek, choć kiedy Annie pierwszy raz powiedziała to na głos, Lorna głośno się roześmiała.

– Och, to miasteczko jest prawdziwe – rzekła wtedy. – Niezbyt idealne, ale prawdziwe.

Annie uważała, że i jedno, i drugie.

Przystanęła, by pogłaskać ogromną szarą kotkę zwiniętą na ławie na parapecie. Esmeralda spędzała większość dnia w księgarni, zamiast w przylegającym do niej mieszkaniu Annie. Był to wybór tak samo przekorny jak natura kotki, która książki zdawała się mieć w nosie, podobnie jak ludzi.

– Wrócę za jakieś dwie godziny. – Dwoje oczu w kolorze limonki uchyliło się na chwilę, by zmierzyć ją wzrokiem. Annie zachichotała. – Wybacz, że przerwałam ci drzemkę, Essie. Nie wpadnij w kłopoty, gdy mnie nie będzie.

Kotka wydała Annie formalne pozwolenie na opuszczenie pomieszczenia gestem zakrzywionego ogona, po czym zasnęła ponownie.

Dziewczyna sięgnęła pod ladę, wyjęła torebkę i dopadło ją wspomnienie, w którym występował mrukliwy zastępca szeryfa. Jej puls przyspieszył na samą myśl o tamtym spotkaniu. Wydawało jej się dziwne, że zadzwonił do kogoś przez komórkę, a nie przez radiotelefon przypięty do paska, ale kiedy jej pomachał, postanowiła nie czekać i nie zadawać pytań. Planowała wymienić światło stopu, naprawić poluzowaną rurę wydechową i nigdy już nie mieć nic wspólnego z tym mężczyzną. Miał całe hrabstwo do pilnowania, prawda?

Pocieszona tą myślą, Annie zamknęła księgarnię, wpadła do mieszkania po ciasto czekoladowe, które upiekła na deser, i zeszła na dół, stając na co drugim stopniu, aż dotarła do zdobionych, drewnianych drzwi wychodzących na chodnik.

– Hej, panno Annie! – Po drugiej stronie ulicy Arthur Gunderson przerwał swój codzienny rytuał zamiatania przeróżnych odpadów, które śmiały zaśmiecać chodnik przed jego sklepem z narzędziami. Uniósł miotłę w geście powitania. – Dziękuję raz jeszcze za lukrecje.

– Nie ma za co! – Odmachała i wsiadła do samochodu.

Poznali się, gdy Annie zawędrowała do jego sklepu, żeby kupić półki na ścianę w salonie. Arthur nie tylko doradził jej najlepszy model, ale pomimo artretyzmu nalegał, by przyjęła jego pomoc w montażu.

– Bo tak właśnie robią sąsiedzi – powiedział jej wtedy.

Annie popłakała się, kiedy wyszedł, bo wcześniej nawet nie poznała ludzi, którzy mieszkali w tym samym budynku, a co dopiero w okolicy. Od dnia, w którym przeprowadziła się do Red Leaf, wszyscy traktowali ją jak członka rodziny. Dla dziewczyny, która nigdy jej nie miała, było to szalenie ważne.

Annie zaparkowała przed parterowym domem przyjaciółki i pospieszyła wzdłuż chodnika. W jednej ręce niosąc talerz z ciastem, a w drugiej folder z pomysłami na warsztaty w księgarni, wspięła się po schodach i wsunęła stopę przez zewnętrzne drzwi, po czym wśliznęła się do foyer.

– Przepraszam za spóźnienie, Lorno!

– W kuchni. – Śpiewny głos przyjaciółki był prawdziwym błogosławieństwem w dniu, który tak kiepsko się zaczął.

– Nie zgadniesz, co się wydarzyło po tym, jak wyjechałam z domu Caroline McCready. – Annie zrzuciła buty i zauważyła inną, o wiele większą parę obuwia na dywaniku pod drzwiami. Miała nadzieję, że oznaczało to, iż Lorna posłuchała jej rady i zaprosiła na kolację Michaela Garrisona. Były dyrektor liceum, który niedawno przeprowadził się do Red Leaf, był stałym klientem w księgarni i chodził do ich kościoła, a Annie była pewna, że kompletnie stracił dla Lorny głowę. Podejrzewała też, że uczucie to było odwzajemnione. – Zastępca szeryfa zauważył, że mam przepalone światło i kazał mi zjechać na pobocze. Mam pięć dni...

– Cztery. – Mężczyzna siedzący przy kuchennym stole Lorny wstał. – I nie zapomnij o poluzowanej rurze wydechowej.

Annie prawie upuściła ciasto.

To nie był pan Garrison. To był on. Funkcjonariusz, który tego ranka ją zatrzymał. Mundur zamienił na wytarte dżinsy i flanelową koszulę, ale autorytarne spojrzenie pozostało takie samo. Może pracował incognito.

Albo...

– Czy pan mnie śledzi? – wypaliła Annie.

Uniósł jedną ciemną brew.

– Wyrzuty sumienia?

– Oceniam fakty. – Metr osiemdziesiąt. Szerokie ramiona. Oczy błękitne jak niebo. Stał tuż przed nią.

Lorna wodziła między nimi rozbawionym wzrokiem.

– Jesse wspominał, że zatrzymał cię dziś na kontrolę. – Zachichotała. – Nie chciałam, żebyś w ten sposób poznała mojego syna, ale to chyba oznacza, że możemy sobie darować formalności.

Jej syna?

Oddech zaplątał się Annie w płucach.

Jak się nad tym zastanowić, Lorna rzeczywiście wspominała, że ma syna przed trzydziestką, ale Annie nie pomyślała, by spytać, gdzie on mieszka ani jaki ma zawód. W chat roomie klubu książki panowała żelazna zasada, że dyskusje miały dotyczyć wybranej powieści, a nie życia prywatnego członków. Nawet po tym, jak Lorna i Annie zostały przyjaciółkami i regularnie pisywały do siebie maile, zawsze miały inne sprawy i plany do omówienia.

Świadoma spojrzenia Lorny, Annie zmusiła się do uśmiechu i wyciągnęła rękę.

– Miło cię poznać. Znowu.

Zaledwie po ułamku sekundy zorientowała się, że Jesse Kent (zastępca szeryfa!) nie odwzajemniał tego uczucia. Ale zaraz potem jego dłoń zamknęła się wokół jej dłoni, ciepła niczym wełniana rękawica, sprawiając, że dreszcz, który przeszedł wzdłuż ręki Annie, był jeszcze bardziej alarmujący.

– Annie Price. – Bez okularów przeciwsłonecznych nie mógł ukryć błysku podejrzenia w oczach. – Z „e” na końcu.

A więc to właśnie była ta niespodzianka, o której mówiła mama. Jesse powinien był się domyślić. Puścił dłoń Annie i cofnął się o krok, jednak zapach jej perfum – lekki i słodki – unosił się w powietrzu tak, jak jej uśmiech unosił się w jego myślach jeszcze na długo po tym, jak odjechała.

– Kiedy wspomniałaś Jessemu o księgarni, zadzwonił do mnie, żeby dowiedzieć się, co jest grane. – Lorna uśmiechnęła się szeroko. – Odbywał w Arizonie trzytygodniowe szkolenie, więc nie miałam okazji powiedzieć mu, że wprowadziłam pod jego nieobecność kilka drobnych zmian. Przynajmniej nie mogłam mu tego oznajmić osobiście.

Jesse pokręcił głową.

– Zatrudnienia nowej kierowniczki księgarni nie można nazwać drobną zmianą, mamo.

– Och, Annie jest aż nadto wykwalifikowana. – Lorna pospieszyła do kuchenki. – Poznajcie się lepiej, a ja w tym czasie dokończę przyrządzać warzywa. Michael powinien przyjechać lada chwila.

Jesse zmarszczył brwi.

Michael?

Dopiero teraz zauważył, że stół był nakryty dla czterech osób. Żegnajcie, umiejętności wnikliwej obserwacji.

– Michael będzie na kolacji? – Twarz Annie rozjaśniła się. Wzięła fartuch z szuflady obok zlewu. Jesse zmrużył oczy. Była w Red Leaf zaledwie od trzech tygodni i już krzątała się po kuchni jego matki?

– Kto to jest Michael? – Jesse starał się zachować zwyczajny ton. Dobry glina gromadził fakty, zanim przeszedł do wyciągania wniosków.

– Znajomy. – Drewniana łyżka w dłoni mamy nabrała prędkości, a z patelni wypadł kawałek marchewki i wylądował na blacie. – Przeprowadził się do Red Leaf jakieś sześć tygodni temu.

– Ach tak. – Jesse zerknął kątem oka na Annie. – Najwyraźniej nowych mieszkańców przybywa w zastraszającym tempie.

Annie odwróciła wzrok, ponieważ jej twarz zalał rumieniec. Jesse nagle zdał sobie sprawę, że mężczyzna, o którym mowa, mógł dzisiejszego wieczora być partnerem randkowym Annie. Z niewyjaśnionych przyczyn ta myśl mu się nie spodobała.

– Poznałam Michaela w księgarni – poinformowała Lorna. – Kiedy dowiedział się, że towarzystwo historyczne potrzebowało pomocy, zgłosił się na ochotnika, by poprowadzić ekipę stolarzy remontujących Kamienny Kościół. Zaprosiłam go na kolację, żebyśmy mogli omówić szczegóły. W sobotę ruszą prace.

– Wszystko szybko się toczy. – Według Jessego zbyt szybko i nie chodziło mu tylko o projekt towarzystwa historycznego.

Przez ostatnie kilka lat jego mama przewodniczyła małej, ale wiernej grupce wolontariuszy, którzy uznali, że kultywowanie swoich korzeni było dla nich ważne. Komitet odnowił już stare gospodarstwo, przekształcając je w muzeum, po czym zwrócił uwagę na stuletni kościół znajdujący się na terenie tej samej posiadłości.

– To prawda. Dzięki cudownym wolontariuszom. – Mama odwróciła się od kuchenki i puściła oko do Annie. – Postanowiliśmy wstrzymać się z wielkim otwarciem muzeum do końca miesiąca. Jeśli nie pracujesz w ten weekend, powinieneś tam wpaść. Przyda się nam dodatkowa para rąk.

Minutnik na kuchence zaczął piszczeć, a Jesse chwycił rękawicę.

– Wygląda na to, że klopsy są gotowe.

– To nie klopsy, skarbie. – Lorna przemknęła obok niego i otworzyła lodówkę.

– Ale... Jest poniedziałek.

– Postanowiłam dla odmiany wypróbować jeden z przepisów Annie. Kurczak w pomarańczach i orzechach nerkowca. Przyniosła go w zeszły weekend na imprezę w kościele i tak szybko zniknął, że nawet nie miałam okazji go skosztować!

Imprezy w kościele. Komitety.

Annie zdecydowanie czuła się tu jak u siebie – nie tylko w domu jego matki, ale w społeczności.

– Gdzie mieszkałaś, zanim przeprowadziłaś się do Red Leaf, Annie?

Jesse nie sądził, żeby było to trudne pytanie, ale Annie spojrzała mu ponad ramieniem, jakby chciała wyczytać odpowiedź ze ściany.

– Madison – odparła wreszcie.

– Red Leaf musi być dla ciebie wielką odmianą. Po zmroku zwijamy tu asfalt. – Jesse wyjął szklane naczynie żaroodporne z piekarnika. Złote kawałki kurczaka spoczywały na poduszce z ryżu. Pękające, gorące bąbelki uwalniały aromat pomarańczy i imbiru. Musiał przyznać, że danie wyglądało lepiej niż klopsy. – Niewiele się tu dzieje.

– Wolę ciszę i spokój.

Od czego?

Jako gliniarz Jesse nauczył się czytać z mowy ciała. A w ruchach Annie wszystko – od napięcia szczupłych barków po uciekający wzrok – mówiło mu, że nie lubiła odpowiadać na osobiste pytania. Czy dlatego, że miała coś do ukrycia?

Jesse planował wziąć weekendową zmianę, ale może pomoc towarzystwu historycznemu przez parę godzin nie była takim złym pomysłem.

W końcu mama sama zasugerowała, że powinni z Annie lepiej się poznać.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: