Facebook - konwersja
Piękni dwudziestoletni - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Piękni dwudziestoletni - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-244-1069-9
Język:
Polski
Data wydania:
24 kwietnia 2020
Rozmiar pliku:
732 KB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
29,79
Cena w punktach Virtualo:
2979 pkt.

Piękni dwudziestoletni - opis ebooka

Nadając Pięknym dwudziestoletnim rys powieściowy, zrewolucjonizował Hłasko polskie myślenie o literaturze wspomnieniowej. Umiejętnie balansując między prawdą a zmyśleniem, wplątał czytelnika w niemożliwą do rozwiązania grę. Tylko autor potrafi z całą pewnością rozróżnić fakty od zmyślenia, a odbiorcy pozostają domysły i próby rozwikłania najbardziej zagadkowych fragmentów. Oczywiście można przyjąć także inną strategię lektury i zawierzyć Hłasce całkowicie, wówczas pozostaje tylko radość ze znakomicie napisanego utworu, bezkompromisowo rozprawiającego się z oficjalną wizją Polski Ludowej.

[Ze Wstępu]

FRAGMENT KSIĄŻKI

Wstęp

Pomysł spisania wspomnień podsunął Hłasce Jerzy Giedroyc. Propozycja padła w dość płodnym dla literata okresie, podczas kolejnej wizyty w redakcji paryskiej „Kultury”: właśnie ukończył Nawróconego w Jaffie i pracował nad Sową, córką piekarza, mającą zrekompensować odczuwaną od lat tęsknotę za ojczyzną. Prace nad tą drugą, wrocławską powieścią bardzo wiele Hłaskę kosztowały. Powrót na nadodrzańskie łąki, po których przechadzał się na początku lat 50. z ukochaną Wandą, do polskiej rzeczywistości i wszystkiego, co ze sobą niosła, kosztował pisarza sporo nerwów. Poważnie nadszarpnięta niedawnym pobytem w zakładzie zamkniętym psychika Hłaski źle znosiła konfrontację wyobrażeń literata z tym, co był w stanie przekazać. Pomysły plątały się, wyczerpywały, żadne rozwiązanie konstrukcyjne i fabularne nie zadowalało.

Wobec niepowodzenia stworzenia fikcyjnej historii o walczącej o lepsze jutro Polsce wizja spisania własnych wspomnień wydawała się niezwykle atrakcyjna. Zabrał się więc Hłasko do pracy. Publikował Pięknych dwudziestoletnich fragmentarycznie, na łamach paryskiej „Kultury”.

Nie oparł się jednak pokusie ubarwiania historii, toteż utwór od samego początku przybrał formę quasi-wspomnień – fakty wymieszały się z fikcją na tyle, że czytelnik w żadnej mierze nie był w stanie oddzielić prawdy od zmyślenia. Tak zresztą określił Hłasko całą swoją technikę – czy ideę – twórczą. „Prawdziwe zmyślenie” czerpie z życia autentyczne historie, ubarwia je jednak w sposób pożądany zarówno przez autora, jak i czytelnika. Tyleż bowiem fikcji w życiu, co prawdy w powieści. Termin ukuty przez pisarza stał się bardzo popularny wśród literaturoznawców i wielbicieli talentu Hłaski, którzy szybko zaczęli używać go w odniesieniu do całej twórczości pisarza.

Rozwikłanie łamigłówki stworzonej przez Hłaskę w Pięknych dwudziestoletnich mogłoby zająć więcej miejsca niż sam utwór, tym bardziej że nie ma przecież absolutnej pewności co do tego, które z przygód pisarzowi faktycznie się przydarzyły, a o których jedynie słyszał. Niemniej zbieżność realiów stalinowskiej i poststalinowskiej Polski z życiorysem autora, a także autentyczne postaci towarzyszące narratorowi utwierdzają w przekonaniu, że więcej w nich prawdy niż zmyśleń. Hłasko pozostawia bardzo wyraźne ślady odnoszące Pięknych dwudziestoletnich do własnej biografii, warto więc zwrócić uwagę na mitotwórczą rolę Pięknych dwudziestoletnich – pisarz propozycję Giedroycia wykorzystał do uwiarygodnienia tworzonej przez lata legendy o samym sobie. Jawi się czytelnikom jako niestrudzony kontestator – Goofy the dog – może nieco gapowaty, ale zawsze wychodzący na swoje buntownik brodzący przez meandry najpierw pracy fizycznej, a później twórczej. Jest równie nieustraszony, spekulując materiałami budowlanymi w bazie transportowej, jak również wymykając się mackom Józefa Różańskiego, słynącego z bestialskiego okrucieństwa byłego oficera MBP, dyrektora Państwowego Instytutu Wydawniczego. Bohaterstwa ujmuje mu jedynie nieporadny styl, w jakim wychodzi z wszelkich tarapatów.

Co ciekawe, prowadzone z pozycji emigranta zapiski doświadczeń Polski Ludowej przeplatają się ze świadectwem trudnej roli pisarza zza żelaznej kurtyny rzuconego w świat wolnego rynku i wielkich możliwości. Niestety okazuje się, że zarobienie konkretnych pieniędzy na Zachodzie jest równie trudne, co sprostanie wymaganiom rodzimej krytyki literackiej. Piękni dwudziestoletni podszyci są gorzką refleksją nad rolą pisarza w społeczeństwie, niechcianego we własnym kraju, z trudem radzącego sobie poza nim. W sposób niezwykle subtelny traktuje Hłasko najciemniejsze chyba momenty swojego życia, pobyty w monachijskim więzieniu i położonym nieopodal zakładzie psychiatrycznym. Lekkość, z jaką wplata te epizody w opowieść, sprawia, że stają się one jedynie kolejnymi przygodami, z których z gracją wyplątuje się główny bohater.

Nadając Pięknym dwudziestoletnim rys powieściowy, zrewolucjonizował Hłasko polskie myślenie o literaturze wspomnieniowej. Umiejętnie balansując między prawdą a zmyśleniem, wplątał czytelnika w niemożliwą do rozwiązania grę. Tylko autor potrafi z całą pewnością rozróżnić fakty od zmyślenia, a odbiorcy pozostają domysły i próby rozwikłania najbardziej zagadkowych fragmentów. Oczywiście można przyjąć także inną strategię lektury i zawierzyć Hłasce całkowicie, wówczas pozostaje tylko radość ze znakomicie napisanego utworu, bezkompromisowo rozprawiającego się z oficjalną wizją Polski Ludowej.

Radosław MłynarczykSznurowadełka,
paseczek, krawacik

W roku tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym ósmym, w lutym, wysiadłem na lotnisku Orly z samolotu, który wystartował z Warszawy. Miałem przy sobie osiem dolarów; miałem dwadzieścia cztery lata; byłem autorem wydanego tomu opowiadań oraz dwóch książek, których wydać mi nie chciano. Byłem także laureatem Nagrody Wydawców, którą otrzymałem na kilka tygodni przed wyjazdem z Warszawy. I jeszcze jedno: zostałem uznany za człowieka skończonego i stwierdzone zostało ponad wszelką wątpliwość, że niczego już nigdy nie napiszę. Jak powiedziałem, miałem dwadzieścia cztery lata – ci, którzy pogrzebali mnie szybko z wprawą zawodowych grabarzy, byli ludźmi starszymi ode mnie o lat trzydzieści lub więcej. Adolf Rudnicki napisał kiedyś, że najmodniejszym kierunkiem w literaturze polskiej jest miażdżenie i niszczenie. Ten sam Adolf Rudnicki, kiedy wydrukowałem swoje pierwsze opowiadanie, zapytał mnie: „Czy pańscy koledzy mówią już, że pan się skończył?”. „Dlaczego?” – zapytałem. „Bo ja” – powiedział Rudnicki – „kiedy napisałem Szczury, moją pierwszą książkę, spotkałem Karola Irzykowskiego i Irzykowski spytał: «Czy pańscy koledzy mówią już, że pan się skończył?»”.

Wysiadając z samolotu na lotnisku w Orly, myślałem, że najpóźniej za rok będę z powrotem w Warszawie. Dzisiaj wiem, że nie wrócę do Polski już nigdy; pisząc to jednak, wiem także, że chciałbym się omylić. Przez wiele lat nie mówiłem po polsku; żona moja jest Niemką; wszyscy moi przyjaciele są Amerykanami lub Szwajcarami, i z przerażeniem zauważyłem, że począłem myśleć w obcym języku i tłumaczyć to sobie na polski. Wiem, że to oznacza mój koniec; moi grabarze z Warszawy nie pomylili się. W tym zawodzie człowiek myli się najrzadziej.

Nie mówiłem nigdy nikomu o motywach, które skłoniły mnie do pozostania na Zachodzie. Kiedy pytali mnie dziennikarze – odpowiadałem im, najgłupiej jak tylko umiałem; wreszcie odczepili się ode mnie. Nie umiałem odpowiedzieć, dlaczego opuściłem mój kraj, ponieważ nie opuściłem go nigdy. Spróbuję jednak napisać o tym, dlaczego mieszkam w innym kraju, a właściwie w innych krajach: mieszkałem już w Anglii, Hiszpanii, w Niemczech, w Szwajcarii, we Francji, w Austrii, Danii, Izraelu i jeszcze paru innych.

Zacząłem pisać, mając lat osiemnaście; winna jest moja matka, która dawała mi książki do czytania – tak że stało się to moim drugim nałogiem. Szkoły nie ukończyłem; częściowo na skutek komplikacji rodzinnych, częściowo na skutek idiotyzmu, stwierdzonego przez nauczycieli. Nie jestem pewien do dzisiaj, czy między fizyką, algebrą, matematyką a chemią zachodzi jakakolwiek różnica, i nigdy się tego nie dowiem. Nie wiem, czy czterdzieści dziewięć da się w ogóle podzielić przez jakąkolwiek cyfrę; jeśli to się w ogóle jakimś cudem uda, to na pewno nie mnie. Przez szkołę powszechną przepychałem się tylko dzięki temu, że nauczycielem matematyki był ten sam nauczyciel, który uczył języka polskiego. Kiedy w czasie wojny chodziłem do szkół sióstr zakonnych w Warszawie na Tamce, panował tam zwyczaj, że najgorszemu uczniowi przyczepiano olbrzymie ośle uszy z papieru; nosiłem je przez cały czas. Po wojnie, „jak wybuchła nowa Polska”, sytuacja moja polepszyła się nieco; nie potrzebowałem nosić oślich uszu – po prostu stałem sobie w kącie odwrócony twarzą do ściany. W tych warunkach ciężko nauczyć się czegokolwiek; ale do ósmej klasy dawałem sobie jakoś radę, „jadąc” na wypracowaniach z polskiego.

Potem zaczęła się katorga. Ze szkoły ogólnokształcącej wyrzucono mnie za głupotę: była to szkoła numer dwa imienia La Guardii, potem – Marii Konopnickiej. Na wniosek kuratora posłano mnie do poradni – nie jestem pewien, czy dobrze zacytuję nazwę – psychotechnicznej, czy coś w tym rodzaju. Kazano mi układać jakieś klocki, kazano mi do jakichś idiotycznych tekstów wpisywać brakujące słowa, zadawano mi szokujące pytania dotyczące moich rodziców i krewnych; wreszcie kazano mi się rozebrać do naga i uznano za niezdolnego do nauki w szkole typu humanistycznego; posłano mnie do szkoły handlowej we Wrocławiu – czy też do spółdzielczo-handlowej, wychodząc widocznie z założenia, że idioci niezbędni są w handlu; być może chodziło tu o dobro kupujących. Nie wiem.

Kariera moja skończyła się po paru lekcjach matematyki. W tym czasie otworzono w Warszawie szkołę techniczno-teatralną; pojechaliśmy tam z moim bratem Józefem – przez trzy miesiące brat mój odrabiał za mnie zadania z matematyki, chemii i algebry, jednak na skutek tak zwanej waśni rodowej przestał; wyrzucono mnie znowu. Była to dobra szkoła; mieściła się w gmachu YMCA w Warszawie i mieliśmy basen. Dyrektorem szkoły był – o ile pamiętam – Żmigrodzki, imponujący brodacz, który mógłby grać kapitana statku z opowiadania Conrada U kresu sił. Tam też poznałem Basię Świdzińską, ślicznego, rubensowskiego aniołka, i zapałałem ku niej uczuciem. Bez wzajemności.

Wróciłem do Wrocławia, gdzie zacząłem pracować i chodzić jednocześnie do wieczorowej szkoły rzemieślniczej; już nie pamiętam, dlaczego mnie wyrzucono. Wtedy zacząłem grać w klubie sportowym jako środkowy napastnik. Nie byłem utalentowanym graczem, ale na boisku odznaczałem się zwierzęcym okrucieństwem. Jak w tym opowiadaniu Čapka, przed każdym meczem sekretarz klubu wzywał mnie, mówiąc: „Hłasko – jeśli nie skosicie przynajmniej dwóch, zostaniecie usunięci z klubu dyscyplinarnie”. W tymże klubie sportowym nauczyłem się również grać w pokera; tamże poznałem Tadka Mazura, który był „bratankiem” jednego z pisarzy nieulegającego w sposób przesadny wdziękom kobiecym. Tadek sam próbował pisać; przychodziłem do niego i w ten sposób poznałem jego „wuja” – był to pierwszy człowiek piszący, którego poznałem osobiście. Tam też poznałem „Kape” – innego kolegę, który był potem naszym lewym napastnikiem i który umiał kopać przeciwnika najpierw w piszczel, a padającego już – w twarz. Kape – to strzał prawą lub lewą stroną buta; oczywiście zewnętrzną. Kape potrafił tak kopnąć zawodnika, że sędzia nie mógł tego zauważyć. Był przy tym bardzo grzeczny: zawsze podnosił skopanego i kłaniał się sędziemu. Widziałem potem podobnego gościa: był to bokser wagi lekkiej, Debisz z Łodzi, „gentleman ringu”: potrafił w mgnieniu oka uderzyć jednocześnie poniżej pasa i doprawić łokciem w łuk brwiowy; po czym ze skruszoną miną kłaniał się sędziemu. Wygrywał dziewięćdziesiąt procent walk przez techniczne k.o.

Tadek, Kape i ja chodziliśmy co niedziela do Hali Stulecia we Wrocławiu, gdzie odbywały się mecze bokserskie. Nie dysponując jednak funduszami, wchodziliśmy przez dach, co nie wykluczało utraty życia. Gospodarzem hali był wówczas sędzia Mikuła – atletyczny grubas, który wyrzucał nas kopniakiem; potem jednak polubił nas wszystkich za fanatyzm i wpuszczał bez biletów. Naszym ideałem był wówczas Ryszard Waluga – chyba z IKS Wrocław. Był to dobry fighter o silnym ciosie i świetnej technice; potem jednak kochaliśmy wszyscy Kasperczaka „Laleczkę”, naszego pierwszego powojennego mistrza Europy. Chodząc na mecze, poznałem – z daleka – dwóch innych pisarzy. Jednym był Staś Dygat, siedzący zawsze w pierwszym rzędzie z miną pełną dezaprobaty; a w czasie mistrzostw Polski w roku 1949 ujrzałem „Strasznego Józia” Prutkowskiego. Widziałem wtedy najpiękniejszą walkę mojego życia: Antkiewicz – Bazarnik w piórkowej. Ale ideałem naszym był „Tolek”. Żeby zobaczyć walkę „Tolka” z Czechosłowakiem, Tormą, jechaliśmy we trójkę bez biletów z Wrocławia do Warszawy; bez biletów weszliśmy na salę i bez biletów wróciliśmy do Wrocławia.

My wszyscy, Tadek, Kape i ja, żyliśmy z pokera, grając – jak to się mówiło – na RGO. Pomału interesy zaczęły się psuć: za hazard usunięto nas z klubu; Tadek poszedł do więzienia, a ja z Kapem wzięliśmy się za bandytyzm. Pierwszą poważną pracę przeprowadziliśmy w szkole handlowej; o możliwościach tej imprezy poinformował nas inny kolega klubowy, „Kaczor”. Kaczor wybił, niby to niechcący, okno w szatni szkolnej wychodzące na sąsiednią ulicę. Następnego dnia Kape czekał już tam, a ja, wziąwszy teczkę, wszedłem z innymi uczniami do szatni i ukryłem się za paltami. Byłem wtedy chłopcem małym o szczerym spojrzeniu Słowianina, który kłamie. Lekcja się zaczęła; woźny szkolny zamknął szatnię na klucz, a wtedy ja wybierałem co cenniejsze sztuki z garderoby i podawałem je Kapemu; potem wyszedłem sam przez okno i już po godzinie sprzedaliśmy wszystko na placu Biskupa Nankiera, gdzie mieścił się czarny rynek. Dowiedzieliśmy się pewnego dnia, że w drugim ogólnokształcącym gimnazjum przy ulicy Stalina odbędzie się zabawa szkolna i że przyjdzie tam porucznik UB, który kochał się w jednej z uczennic. Wierzyliśmy głęboko, że porucznik zostawi pistolet w szatni, a ja już tam byłem. Broń przydała nam się parę razy, potem jednak Kape upił się, zgubił pistolet i rozwiązaliśmy spółkę.

Skończyłem wtedy szesnaście lat i ustawowo, jako nieuczący się, musiałem zacząć pracować. Pracowałem jako pomocnik szofera w PPB; potem w firmie Paged, w bazie Bystrzyca Kłodzka. Napisałem o tym książkę; wiele lat później Krzysztof Toeplitz w swym artykule Święci młodziankowie napisał, że jest to opowieść o ludziach, jak to sobie wyobraża mały Mareczek. Pytano mnie wielokrotnie, czy rzeczywiście było tam tak, jak o tym napisałem. Nie, nie było tak. Było o wiele gorzej: wstawaliśmy rano o czwartej, a o dziesiątej wieczór kończyliśmy rozładunek na stacji; potem jechało się jeszcze czterdzieści kilometrów do domu, co przy samochodzie typu GMC z przyczepą, po górskich drogach, zabierało około dwóch godzin. Potem jeszcze gotowaliśmy sobie jeść, a potem dopiero kładliśmy się spać. Niedziel i świąt nie było; pod koniec miesiąca kierownik bazy w Bystrzycy Kłodzkiej oświadczał nam, że wyrobiliśmy około czterdziestu, czasami około czterdziestu pięciu procent normy. Pracowałem tam stosunkowo niedługo; odszedłem, gdyż groziło mi więzienie za sabotaż gospodarczy. W tym czasie widziałem dwa wypadki śmiertelne i jeden wypadek złamania kręgosłupa; zresztą ten, też zdaje się, umarł już w szpitalu, gdyż nie byliśmy w stanie odtransportować go natychmiast; nasze samochody przystosowane były do przewozu kłonic, więc nie można go było położyć. Zarabiałem wtedy około siedmiuset złotych miesięcznie.

Tadeusz Konwicki powiedział mi: to nie jest książka, to jest western. Miał rację. Nigdy nie mogłem zrozumieć, na czym polega nieszczęście literatury polskiej. Logicznie rzecz biorąc, mało który naród ma tak wiele szans na dobrą literaturę jak my, Polacy. Mamy wszystko: nieszczęścia, mordy polityczne, wieczną okupację, donosicielstwo, nędzę, rozpacz, pijaństwo – czegóż jeszcze trzeba, na Boga? Żyjąc w Izraelu, mieszkałem z najgorszymi szumowinami, nigdy jednak nie spotkałem ludzi tak zrozpaczonych, zwierzęcych i nieszczęśliwych jak w Polsce. Genezą westernu jest obsesja sprawiedliwości: samotny człowiek, który musi niszczyć zło i przemoc. To nieważne, że robi się tysiące szmir, ale Jesse James, Earp i inni szybkoręcy są postaciami prawdziwymi. Taką postacią mógłby być komunista; człowiek, który wprowadza ład i spokój w spalonym kraju i wśród ludzi zdeprawowanych nieszczęściami – gdyby o to chodziło commies (gwarowe amerykańskie określenie komunistów). Wśród tysięcy śmieci, które przeczytałem o commies, nie spotkałem takiego człowieka. Tylko jeden Jerzy Andrzejewski pokazał komunistę: to Podgórski z Popiołu i diamentu. Podgórski sądzi człowieka, który był kapo w więzieniu, ale ten pierwszy pojedynek przegrywa. Jest jeszcze człowiekiem; w parę lat później stałby się prawdopodobnie majorem z arcydzieła Andrzeja Mandaliana. Lub sędzią Gletkinem z Koestera. Ale najprawdopodobniej Rubaszowem, którego sądzi Gletkin.

Jeśli o mnie chodzi, nie mam nic przeciw commies. Tak długo, jak oni popełniają świństwa, a ja mogę o tym pisać – wszystko jest dla mnie OK. Jestem tylko świadkiem w procesie oskarżenia; sprawa jest dla mnie obojętna, byleby proces był ciekawy. To wszystko. Życie, które mi dano, jest tylko opowieścią; ale jak ja ją opowiem, to już moja sprawa. Jedynie o to mi chodzi.

mniej..

BESTSELLERY