Facebook - konwersja
Podarunek - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Podarunek - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Tłumacz:
ISBN:
978-83-7999-792-3
Język:
Polski
Data wydania:
16 listopada 2016
Rozmiar pliku:
1 000 B
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
30,00
Cena w punktach Virtualo:
3000 pkt.

Podarunek - opis ebooka

Gerold Plassek jest dziennikarzem bezpłatnej gazety. W jego biurze przesiaduje czternastoletni Manuel, którego matka pracuje za granicą. Przygląda się próżniactwu Gerolda, nie przeczuwając, że ów nieudacznik jest jego ojcem.

Plasskowi brak animuszu, znajoma knajpka stała się dlań drugim domem, zaś alkohol najwierniejszym druhem.

Życiem dziennikarza wstrząsa nagle pewne zdarzenie. Po publikacji artykułu jego autorstwa, na temat sytuacji w przepełnionym schronisku dla bezdomnych, placówka otrzymuje anonimową darowiznę. To początek serii dobrych uczynków, dzięki którym Gerold budzi coraz większe zainteresowanie opinii publicznej, powoli też zaskarbia sobie sympatię Manuela.

Daniel Glattauer z niezwykłą empatią snuje opowieść o życiu nieudacznika, który staje na wysokości zadania, gdy wymagają tego okoliczności.

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział pierwszy

Manuel

Inaczej wyobrażałem sobie mojego syna. Unosiłem czasem wzrok znad monitora, udając, że o czymś rozmyślam. W istocie obserwowałem jednak Manuela – patrzyłem, jak się zachowuje przez nikogo nieobserwowany. Nie wyglądał wtedy na zbyt pewnego siebie. Szczerze mówiąc, uznałem za bezczelność, że miał na imię Manuel, bezczelność wobec niego i wobec mnie. Dlaczego nie zapytano mnie o zdanie? Na Manuela bym się nie zgodził, nie pozwoliłbym na nadanie mu takiego imienia. Co zaś do osoby… no cóż, zrządzenie losu. A los był wobec mnie zawsze odrobinę nazbyt wymagający. Okay, gdyby choć trzymał się ode mnie z daleka. Gdzie tam, mój los zawsze mnie w końcu dopadał, mówiąc „dzień dobry”. W tym wypadku pod postacią czternastoletniego syna.

Dziesiąty dzień z Manuelem u mego boku przebiegał w sposób mało spektakularny, jak niemal wszystkie poniedziałki tego roku. Wtorki właściwie też. W środy często brałem wolne, reszta zaś tygodnia mijała niejako automatycznie. Znaczenie owego poniedziałku uświadomiłem sobie zresztą dopiero znacznie później, żywię przy tym głęboki szacunek dla mojej czterdziestotrzyletniej, drażliwie przez alkohol stroskanej pamięci, że potrafiła zgromadzić aż takie mnóstwo obrazów i dźwięków, pochodzących głównie od mojego syna, siedzącego ze mną w biurze i odrabiającego lekcje, a przynajmniej udającego, że to robi.

– I co? Radzisz sobie jakoś? – zapytałem.

– Czemu miałbym sobie nie radzić?

Być może wszyscy dojrzewający czternastolatkowie z meszkiem nad górną wargą i głosem o barwie oscylującej pomiędzy niezgrabnie używanymi skrzypcami a zaniedbanym kontrabasem są równie nieprzychylni, nie mam pojęcia, mnie w każdym razie grało to na nerwach.

– Nie chcę wiedzieć, dlaczego miałbyś sobie nie radzić, chcę się dowiedzieć, czy sobie radzisz, czy nie – odparłem.

– A kto twierdzi, że chcesz wiedzieć, dlaczego miałbym sobie nie radzić?

Zrobił to, ponieważ doskonale wiedział, że z całą pewnością nie dam się wciągnąć w tę otępiającą dyskusję i na tym zakończy się nasza rozmowa. Manuel mnie zwyczajnie nie znosił, oto problem naszych świeżych wciąż kontaktów. Tłumaczyłem tym również wszelkie mętne, puste i ziewnie znudzone spojrzenia, jakimi już drugi tydzień mnie obdarzał. Odzwierciedlały wyłącznie to, co sam widział: mnie. Gdyby wiedział, że jestem jego ojcem, pewnie równie mocno by mnie nie lubił, lecz może byłby dla mnie łaskawszy.

Nie, nie wiedział. Szczerze mówiąc, sam wiedziałem o tym dopiero od paru tygodni.

Alice

Wczesnym latem zadzwoniła do mnie Alice, ubolewając, że straciliśmy z sobą kontakt. Zapytała, czy może spotkalibyśmy się ponownie, ma mi tyle do opowiedzenia. Prawdę mówiąc, na Alice już nie liczyłem. Tanja, Kathi, Brigitte, może Corinna, tak, ewentualnie nawet Sonja – ale nie Alice. Nigdy bym też nie pomyślał, że mogłaby w tym wcieleniu poczuć żal z powodu braku kontaktu ze mną, po tym, jak sama odeszła. No cóż, jak bardzo można się mylić co do ludzi, a już z pewnością co do kobiet. W tej materii wykazywałem wrodzony poniekąd talent.

– Tak, jasne, spotkajmy się, chętnie. Gdzie? – zapytałem.

– Najlepiej u mnie.

Najlepiej u mnie. Słowa te nawet mnie urzekły. Jeśli mężczyźni, słysząc coś takiego, zdołają nie myśleć w pewnym określonym kierunku, i to z początkiem lata, kiedy z nikim nie są akurat związani, to szczerze winszuję. Ja w każdym razie nie zdołałem. By przetrwać jakoś trzy dni dzielące mnie od spotkania, wygrzebałem stare fotografie Alice z naszego weekendu w Hamburgu, i miałem nadzieję, że nie przytyła więcej niż pół kilo na rok. Na siedem i pół kilograma mógłbym jeszcze przystać.

Był to zresztą nasz jedyny wspólnie spędzony weekend, gdyż w tamtym czasie wciąż jeszcze byłem żonaty z Gudrun, Gudrun zaś była wówczas w siódmym mniej więcej miesiącu ciąży z Florentiną. Alice, ku memu ubolewaniu, jakimś sposobem nakłoniła mnie do zwierzeń w drodze powrotnej samolotem z Hamburga, kiedy bowiem odczuwam strach, jestem, że tak powiem, niczym otwarta księga. A latać samolotem bardzo się boję. Nikomu nie mogę wziąć za złe, jeśli teraz uzna, że był, albo nawet i nadal jest, okropny ze mnie skurwiel, nie zawsze jednak wszystko jest takie, na jakie wygląda, nawet jeśli cholernie wyraźnie tak to wygląda. Wróćmy jednak do spotkania z Alice.

Kiedy stanąłem w progu, wystarczyło mi parę sekund, by sobie uświadomić, że zupełnie niepotrzebnie się ogoliłem. Nie muszę silić się teraz na wielkie słowa, by opisać, jak fantastycznie człowiek może wyglądać po upływie piętnastu lat i jak mu z tym do twarzy, jeśli tylko szedł prosto swoją ścieżką, w przypadku Alice nie miało to już bowiem dla mnie żadnego znaczenia, gdyż to ja nie miałem dla niej żadnego znaczenia. Ukończyła studia medyczne i pracowała dla jakichś lekarzy bez granic, o tyle wszakże ograniczonych, że realizują oni wyłącznie projekty w Afryce. Alice szykowała się właśnie do wyjazdu do Somalii, gdzie począwszy od września, miała przez pół roku organizować nową bazę. I czym prędzej musiała o tym wszystkim opowiedzieć akurat mnie, człowiekowi, którego piętnaście lat wcześniej posłała po weekendowej przygodzie do diabła. Nie wiedziałem tylko dlaczego.

– Jak tam, Geri, co porabiasz?

Pytanie w dwójnasób obraźliwe. Geri oznaczało bowiem, że w jej oczach wciąż jeszcze nie dorosłem do imienia Gerold. Co porabiasz zabrzmiało zaś zupełnie tak, jakby nie spodziewała się po mnie niczego więcej, jak tylko jakiegoś bezcelowego przygodnego zajęcia. Przypuszczalnie było to po mnie widać.

– Nadal jestem dziennikarzem, ale nie pracuję już w „Przeglądzie”, lecz w znacznie skromniejszej… ehm… bezpłatnej gazecie, na pewno jej nie znasz. Opiekuję się rubryką spraw społecznych.

– Sprawy społeczne? To wspaniale.

– Tak, wspaniale.

– A gdzie się mieści wasza redakcja?

– Przy Neustiftgasse.

– I masz tam własne biuro?

Nie uważałem, by moje życie było akurat nadzwyczaj spektakularne, niemniej uznałem, że zasłużyłem na nieco bardziej szczegółową analizę tematu Piętnaście lat z życia Gerolda Plasska.

– Owszem, mam niewielkie pomieszczenie biurowe.

Mocno przesadziłem, zarówno z owym „pomieszczeniem”, jak i z „biurowym”, jedynie przymiotnik „niewielkie” odpowiadał prawdzie.

– To świetnie – przyznała.

Następnie trochę kluczyła, aż wreszcie opowiedziała mi o swoim wspaniałym dziecku, które sama wychowała. Był to chłopiec. Całkiem już wyrośnięty. Miał czternaście lat. Był wzorowym uczniem, chodził do gimnazjum, miał tam bardzo, bardzo, bardzo wielu, ba, całe mnóstwo przyjaciół, którzy zadbali o to, by mocno zapuścił korzenie, praktycznie nie potrafił ruszyć się z miejsca. Pół roku w Somalii to było dla niego wręcz nie do pomyślenia. Musiał pozostać w Wiedniu. Mógł zamieszkać u jej siostry Julii, miał zapewnioną opiekę, z wyjątkiem…

– Masz czternastoletniego syna?

– Tak.

– A ja mam piętnastoletnią córkę.

– Tak, wiem, potrafię liczyć – odparła, albo raczej prychnęła, jak Leslie, syjamska kotka mojej byłej żony, gdy się do niej zanadto zbliżyć.

Jej chłopiec miał więc zapewnioną opiekę – ciągnęła przesadnie miłym tonem – z wyjątkiem popołudni pomiędzy, jeśli można tak powiedzieć, szkołą a Julią. Jej siostra Julia była mianowicie trenerką tańca, a może fitnessu, albo obu tych rzeczy naraz, popołudniami udzielała u siebie w domu lekcji gimnastyki przy muzyce. I tu, co ciekawe, Alice pomyślała o mnie, a konkretnie o mnie i moim pomieszczeniu biurowym.

– Manuel mógłby odrabiać tam lekcje – oznajmiła.

Manuel? O nie, tego nie mógłby robić. To nie wchodziło w rachubę. Wykluczone. Szef na to nie pozwoli. A nawet gdyby pozwolił, już ja bym mu nie pozwolił na wydanie takiego pozwolenia. Ja i czternastoletni chłopak imieniem Manuel, którego nie znałem i wcale nie chciałem poznać, razem w tej ponurej komórce, to po prostu wykluczone. Już sama myśl o tym, że można by o tym pomyśleć, była wprost nie do pomyślenia.

– Masz przecież setki przyjaciół, czemu zwracasz się z tym akurat do mnie? – zapytałem.

– Pomyślałam sobie, że ty i Manuel… zwyczajnie do siebie pasujecie.

– Ja i nieznajomy czternastolatek? Czy możesz mi podać choć jeden powód, dla którego do siebie pasujemy?

– Jeden?

– Tak, jeden jedyny.

– Bo jesteś ojcem Manuela.

– Co takiego?

– Bo jesteś ojcem Manuela.

– Powiedz to jeszcze raz.

– Bo to TY jesteś ojcem Manuela.

Istotnie, powód nie lada. Na dźwięk tych słów popadłem w jeden z owych głębokich traumatycznych stanów kryzysowych, o których mawiają, że doznaje się wówczas swego rodzaju szoku i w odruchu samoobrony odpycha od siebie fakty. Gdy w końcu nie sposób się ich już pozbyć, one zaczynają pochłaniać nasze komórki mózgowe odpowiedzialne za katastrofy. (Te na szczęście były w moim przypadku w ciągłej gotowości). Przesiedziałem u Alice kilka godzin, wypiliśmy po szklaneczce koniaku – to znaczy skończyło się na szklaneczce i połowie butelki, choć Alice za koniakiem nie przepadała.

Siedziała na brzegu sofy wyprostowana jak świeca i wyjaśniała mi szczegółowo, dlaczego uznała za słuszne, by przez czternaście lat przemilczeć przede mną istnienie mojego syna. Równie dobrze można to jednak wyrazić jednym zdaniem: zarówno ona, jak i Manuel pod każdym możliwym względem nie spodziewali się po mnie jako ojcu niczego, ewentualnie pod żadnym względem czegokolwiek. Poczułem jednocześnie irytację i smutek. Irytację dlatego, że takich słów nowo upieczonemu ojcu można by oszczędzić. Smutek zaś dlatego, że była to prawdopodobnie prawda.

Tym razem czegoś się jednak po mnie spodziewali, zwyczajnie nie potrafiłem powiedzieć „nie”. Chodziło zresztą ledwie o dwie, trzy godziny w ciągu dnia, i to przez śmieszne dwadzieścia tygodni. Sam zaś byłem po trosze zaciekawiony postacią własnego syna.

– Czy on wie, że jestem jego ojcem?

– Jeszcze nie.

– Wolałbym…

– Tak też pomyślałam.

Synowi opowiedziała już o „dobrym znajomym z dawnych lat”.

– Doskonale.

Zdumiewający podarek

Czekał mnie zatem dziesiąty dzień zajęć z Manuelem, moja zaś ciekawość własnego syna została już dostatecznie zaspokojona. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, że obaj zdołamy tu z sobą wytrzymać jeszcze dni, tygodnie, może nawet miesiące. Kiedy spoglądałem w jego twarz, naprawdę nie mogłem sobie wyobrazić, że i on mógł to sobie wyobrazić. Najgorsze, że zwyczajnie nie był gotów ze mną rozmawiać w godny człowieka sposób, nieważne, jaki temat konwersacji bym wybrał.

– Beatlesi czy Stonesi? – zapytałem na przykład. To przecież wymarzone pytanie dla czternastolatka! Wystarczyłoby mi jedno słowo, a niezwłocznie wystarałbym się dla niego o popowy album półwiecza.

– Co masz na myśli, mówiąc Beatlesi czy Stonesi? – odparł.

– Jaka muzyka podoba ci się bardziej, Beatlesów czy Rolling Stonesów? – Za tę długaśną wersję, która zabrzmiała, jakby choremu na alzheimera wyjaśniało się dowcip, gardziłem samym sobą.

– Muszę odpowiadać? – upokarzał mnie coraz bardziej.

– Nie, nie musisz odpowiadać, po prostu byłem ciekaw.

– No dobra, oba nieszczególnie mi się podobają.

– Jaka w takim razie muzyka szczególnie ci się podoba? – drążyłem.

– To zależy. – Iskierka nadziei.

– Od czego?

– Zależy od tego, jaką akurat grają muzykę.

– O tak, w zasadzie to… zawsze od tego zależy – przyznałem. Tym samym temat został wyczerpany. Ja zaś poprzysiągłem sobie, że już nigdy więcej nie odezwę się do niego słowem. A jeśli nadal będzie tak mną pogardzał, zapakuję go hermetycznie i wyślę pocztą lotniczą do mamy, do Somalii.

Wtedy nastąpiło jednak coś niezwykłego, co na długo miało odmienić mój dzień. Norbert Kunz, mój szef, wezwał mnie do swego biura. Chodziło o napisany przeze mnie artykuł z czwartkowego wydania „Dnia po Dniu”. W tym miejscu muszę jednak na chwilę przystanąć, by uzasadnić moją rację bytu oraz przybliżyć zakres moich obowiązków w redakcji bezpłatnej gazetki „Dzień po Dniu”, wydawanej przez koncern hurtowniczy Plus.

Po moim odejściu z „Przeglądu” – no dobra, raczej stamtąd wyleciałem, niż odszedłem – Norbert Kunz ściągnął mnie do „Dnia po Dniu”. Zawsze wysoce sobie cenił moją pracę dziennikarską, poza tym jego ojciec i tatko mojej byłej żony Gudrun byli bliskimi przyjaciółmi, a do tego grali razem w golfa. Powiadają, że więzy krwi są nierozerwalne, lecz nawet krew nie wiąże tak mocno jak gra w golfa.

Najchętniej podjąłbym pracę w dziale kulturalnym, lecz, po pierwsze, takowy nie istniał, „Dzień po Dniu” był bowiem pismem na wskroś bezkulturowym dla na wskroś bezkulturowej publiczności, po drugie zaś, nie miałem wyboru. Zostałem przydzielony do barwnych doniesień dnia i opiekowałem się rubryką listów od czytelników. Jeśli się zastanawiacie, co w takim dziale jest do roboty, powinniście się przyjrzeć, do czego są zdolni czytelnicy „Dnia po Dniu”. Trzecia grupa moich obowiązków to sprawy społeczne. Powtarzałem tak zawsze, kiedy ktoś mnie pytał, czym się zajmuję i o czym piszę. Po prostu brzmiało to bardziej społecznie, a przede wszystkim kunsztownie, niż było w rzeczywistości. Pomijając bowiem podmorskie trzęsienie ziemi z dziesiątkami tysięcy ofiar – wśród nich poproszę jednak przynajmniej o pięciu Austriaków – okropny „Dzień po Dniu” był nie dość okropnie najeżony okropnościami, by opublikować w nim, dajmy na to, reklamę altanowych grzejników. Problem działu spraw społecznych sprowadzał się do tego, że nikt nie zamieszczał w nim ogłoszeń stanowiących źródło dochodu. Z cierpienia biednych i słabych nikt bowiem nie potrafi czerpać zysku, nawet ci wyzyskiwacze z koncernu Plus. To dlatego tematy społeczne pakowano w trzywersowe haiku i upychano pomiędzy barwnymi doniesieniami dnia.

Tym bardziej byłem zaskoczony, gdy Norbert Kunz wezwał mnie do siebie, by zagadnąć o tak krótką notatkę. W czwartkowym wydaniu gazety, jako że brakowało mi jakiegokolwiek barwnego doniesienia, wspomniałem o przepełnionym schronisku dla bezdomnych w Wiedniu-Floridsdorfie, któremu obcięto subwencję, wskutek czego administratorzy, pełniący swe obowiązki honorowo, będą zmuszeni odesłać połowę bezdomnych z powrotem na ulicę. Norbert Kunz zakreślił tę notatkę pomarańczowym flamastrem fluorescencyjnym, a teraz stukał po niej palcem, co nie wróżyło nic dobrego. Spodziewałem się, że po raz kolejny będzie chciał mi zwrócić uwagę na to, że coś takiego nam nie przystoi, że jesteśmy przedsiębiorstwem kierującym się względami ekonomicznymi i dobrze by było trzymać się z dala od społecznego marginesu, który ma swoje gazety wydawane przez Caritas, Czerwony Krzyż, Armię Zbawienia, „Gruft” i czort wie kogo jeszcze. Stało się jednak inaczej.

– Czy praca sprawia jeszcze panu czasem przyjemność, panie Plassek? – zapytał. Kunz nie był akurat człowiekiem dobrodusznym, dbającym o swoich współpracowników, czy przynajmniej zaprzątającym sobie głowę ich dobrym samopoczuciem, nie był też jednak cynikiem, zwyczajnie brakowało mu po temu poczucia humoru.

– Szczerze mówiąc, nie pracuję tu dla przyjemności – odparłem.

– Ja również.

– Uspokoił mnie pan.

– Zdarzają się jednak chwile, kiedy człowiek nagle sobie uświadamia, po co to robi – oznajmił.

– Ach tak, czyżby?

– Owszem, taką chwilę właśnie przeżyłem.

– Bardzo mnie to cieszy. Kiedy sam taką chwilę przeżyję, zgłoszę się do pana. Być może jednak będzie pan już na emeryturze. Wówczas zgłoszę się do pańskiego następcy. – Jeśli któryś z nas był cynikiem, to z pewnością ja.

Na twarzy Kunza pojawił się wymuszony uśmiech. Następnie oznajmił, że przed chwilą zadzwonił do niego kierownik schroniska dla bezdomnych we Floridsdorfie, tak przejęty i rozradowany, że wprost nie mógł wydusić z siebie słowa. Zdarzył się bowiem cud.

– Otrzymał pocztą grubą kopertę. Od anonimowego nadawcy. Wewnątrz były pieniądze. Gotówka. Mnóstwo gotówki. Niech pan zgadnie ile.

– Nie mam pojęcia. – Nie byłem w tej kwestii ekspertem. Nikt jeszcze nie przysłał mi nigdy żadnych pieniędzy, ani anonimowo, ani nieanonimowo.

– Dziesięć tysięcy euro.

– Wow. – Musiałem aż przełknąć. To pięć miesięcznych pensji, przynajmniej moich.

– Dzięki temu mogą wyposażyć drugie pomieszczenie w łóżka i zimą nie wyrzucą ani jednego bezdomnego na bruk – wyjaśnił Kunz.

– To świetnie, to naprawdę świetnie – przyznałem. I rzeczywiście tak myślałem. Dobre nowiny potrafiły mnie wzruszyć. Prawdopodobnie dlatego, że tak rzadko się pojawiały. Pozytywne wiadomości, jakie nam zazwyczaj sprzedawano, a my, dziennikarze, żwawo je rozpowszechnialiśmy, to była głównie reklama, z pomocą której ktoś się bogacił kosztem innych, nic więcej.

– Ale dlaczego zadzwonił akurat do pana? – zapytałem. Wtedy mój naczelny wpadł w euforię; rzadko go widywano w takim nastroju.

– W kopercie od anonimowego ofiarodawcy znajdował się drobny wycinek prasowy. Nic więcej, tylko pieniądze i dołączony fragment gazety. Niech pan teraz zgadnie, o jaki wycinek chodzi.

Znowu to zgadywanie, byłem w tym kiepski. Norbert Kunz postanowił mi jednak pomóc, stukając palcem w zaznaczony jaskrawopomarańczowym kolorem artykuł, w moje czwartkowe barwne doniesienie.

– Zgadza się, panie Plassek. Nasza drobna notatka prasowa najwyraźniej kogoś skłoniła do spontanicznego przekazania dziesięciu tysięcy euro na bezdomnych. Czyż to nie czyste szaleństwo?

– Tak, istne szaleństwo – przyznałem. Choć ściśle biorąc, nie była to nasza drobna notatka prasowa, lecz moja, ale niech będzie. Gdybym przypuszczał, że doniesienie to może być dla kogoś warte dziesięć tysięcy euro, byłbym je w każdym razie zredagował nieco bardziej życzliwie.

– Oczywiście historię tę bierzemy teraz ostro na warsztat – oznajmił Kunz.

– Co ma pan na myśli, mówiąc ostro na warsztat?

Spojrzał na mnie jak na idiotę, któremu trzeba wyjaśniać reguły brukowego dziennikarstwa.

– Główny artykuł, pierwsza strona. Tytuł: „Dzień po Dniu” ratuje schronisko dla bezdomnych. Podtytuł: Wielkoduszna darowizna od naszych czytelników umożliwia stworzenie nowych miejsc dla najbiedniejszych z biednych. Albo coś w tym stylu. Do tego faksymile naszego doniesienia. I cztery, pięć, sześć stron fotograficznego reportażu o schronisku dla bezdomnych. Wywiad z przeszczęśliwym kierownikiem. Rozmowy z bezdomnymi. Jak się upada na bruk? Jak to jest żyć na ulicy? Studium środowiskowe. Grafika o nowych, finansowanych przez nas miejscach noclegowych…

– Przecież nie są przez nas finansowane – odważyłem się sprzeciwić Napoleonowi w samym środku jego wizji zwycięskiej bitwy.

– Pośrednio są, panie Plassek, pośrednio.

– Jak pan sądzi, kiedy powinienem zacząć wywiady i reportaż…?

– Nie pan, panie Plassek, zajmie się tym koleżanka Rambuschek. O wszystkim została już powiadomiona, będzie na miejscu…

– Ale czemu akurat Sophie Rambuschek z działu gospodarczego? Sprawy społeczne to przecież moja działka, czy może źle coś zrozumiałem? – Teraz sam wykazałem niezwykłą jak na mnie irytację.

– Tak, tak, oczywiście, panie Plassek, ale pana potrzebujemy tu, w redakcji.

No tak, jasne, były przecież jeszcze listy od czytelników i barwne doniesienia dnia. Uśmiechnąłem się. Zrozumiał, co miałem na myśli. Na szczęście nie przykładałem do tego wszystkiego wielkiej wagi. Ta Rambuschek była młoda i wygłodniała, karierę miała jeszcze przed sobą. Ja nigdy wygłodniały nie byłem, co najwyżej spragniony. Nigdy też nie zrobiłem kariery, przynajmniej miałem to już za sobą.
mniej..

BESTSELLERY