Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Pokuta po polsku - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Data wydania:
3 lutego 2021
Czytaj fragment
Pobierz fragment
12,99
Cena w punktach Virtualo:
1299 pkt.

Pokuta po polsku - ebook

Zbiór 17 reportaży, których bohaterowie pozornie bardzo się od siebie różnią, w rzeczywistości jednak są podobni. Ludzi o różnej wiedzy i odmiennym statusie społecznym łączy rozgoryczenie, złość, niechęć do rzeczywistości, w której żyją. Wciąż towarzyszy im poczucie beznadziei, ich czas mija, a oni nie potrafią poczuć radości. Cykl skłania do refleksji nad społeczno-polityczną rzeczywistością ostatnich dekad XX wieku, do zastanowienia się, czy ktoś może ponosić odpowiedzialność za tę powszechną niemoc. Czy za bezrobocie i biedę należy winić twarde zasady ekonomii, miniony system, czy może tych, którzy po jego obaleniu przejęli władzę?

Agnieszka Metelska – dziennikarka, poetka, prawniczka. Pisała dla „Fundamentów”, „Przeglądu Tygodniowego”, „Kobiety i życia”, „Twojego Stylu”, współpracowniczka „Życia Literackiego” i „Kontrastów”. Wielokrotnie nagradzana za reportaże – „Tragarze codzienności”, tekst zamieszczony w „100/XX. Antologii polskiego reportażu XX wieku” (red. Mariusz Szczygieł) został określony jako jeden z najważniejszych reportaży ubiegłego stulecia.

W latach 90. XX wieku podjęła współpracę z pismem „Palestra”, poruszającym tematykę związaną z problemami środowiska adwokackiego. Pełniła rolę rzeczniczki prasowej Naczelnej Rady Adwokackiej, prowadzi własną kancelarię adwokacką.

 

Kategoria: Publicystyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-87-26-77522-8
Rozmiar pliku: 426 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Pokuta po polsku

Ten grób nocami równano z ziemią - opowiadają do dzisiaj w Autustowie. - Ziemię rozsypywano dookoła.Ksiądz z Janówki zna tę historię i potwierdza:

- Grób był bezczeszczony po śmierci Jana Szostaka.

Do Henryka Milewskiego, który kieruje pracami koła rencistów i emerytów przy Międzyzakładowej Komisji Koordynacyjnej „Solidarności”, znajomy powiedział:

- Skurwysyn był. To i nie zazna spokoju.

W radzieckim filmie „Pokuta” Tengiza Abuładze córka zakatowanego ojca nie może pogodzić się z niepamięcią zbrodni. Wykopuje z grobu burmistrza miasta, Warłama, odpowiedzialnego za śmierć niewinnych ludzi. Jan Szostak, polski brat Warłama, był szefem Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Augustowie w latach pięćdziesiątych, które odcisnęły się w pamięci ludzi terrorem, fanatyzmem i donosem. Szostak zasłużył się wtedy tak bardzo, że został później burmistrzem „perły wśród jezior”.

- Zmiłowania boskiego my wszyscy czekali. Był wielki strach - wspomina lata pięćdziesiąte stara kobieta na cmentarzu w Augustowie.

Na jasnym marmurze nagrobka obok nazwiska Szostak data - 1986 rok. Gdy zmarł, ludzie poczuli ulgę. W tych czasach już nie bali się tak jak kiedyś. Mówili głośno na przystankach, w autobusach, w sklepach tylko o jednym - śmierci „Wielkiego Łba”, jak go nazywano.

Lokalna prasa pełna była nekrologów i wspomnień o żołnierzu podziemia, który zasłużył się po wojnie, w walce o utrwalenie władzy ludowej. Przypominano, że był działaczem społecznym i artystą.

Oficjalnie głoszony szacunek dla zmarłego budził gniew tych, którzy pamiętali, że skazywał na śmierć ludzi. I to tych najlepszych, którzy walczyli o Polskę. W mieście naklejano odręcznie pisane plakaty: „Z radością zawiadamiamy, że zmarł kat Ziemi Augustowskiej Jan Szostak”.

- Pogrzeb był wspaniały. Wielka pompa, orkiestra, wieńce i delegacje - przypomina sobie Henryk Milewski.

Milicjanci trzymali wartę wzdłuż drogi pilnując spokojnego przemarszu konduktu. Ludzie stali na chodnikach z rękami zaciśniętymi w pięści w kieszeniach.

Izydora Malinowskiego, emerytowanego nauczyciela, ZBOWiD poprosił, aby pełnił wartę honorową przy trumnie zmarłego. Pan Izydor, żołnierz Armii Krajowej, należał do ZBoWiD-u tak jak Szostak. Były szef bezpieki pełnił w tej organizacji funkcję wiceprezesa.

- Nie tylko nie zgodziłem się stać na warcie, ale w ogóle na ten pogrzeb nie poszedłem.

Ten, którego niesiono przy dźwiękach Chopina i bez księdza, przyszedł aresztować Izydora Malinowskiego w 1945 roku.

- Zastukali do drzwi naszego domu w Zarnowie. Był wśród nich Szostak. Żaden nie wiedział, że przeniosłem się do Pomian, bo tam uczyłem w szkole. Zabrali mojego brata Franciszka, który też był w AK. Zamknięto go w piwnicach „domu Turka”, gdzie mieściło się więzienie bezpieki. Przed wojną w tym domu była znana w mieście ciastkarnia. Po wojnie niewielu udało się z tego domu wrócić... Mój brat należał do tych niewielu. Wyciągniętym z parapetu gwoździem odginał nocami kratę, a że był szczupły, prześliznął się i uciekł. Ukrywał się tak, jak i ja w innych okolicach Polski. Wróciliśmy tu po latach. Moja matka mówiła, że ocaliły nas jej modlitwy.

* * *

- Zaraz po wojnie wystarczyło palcem wskazać, że akowiec - zabrali, uwięzili - opowiada Sławomir Kowal, dzisiaj mieszkaniec Białegostoku, który pamięta Augustów z młodzieńczych lat. - Matka dawała mi chleb do torby i zakradałem się pod dom, gdzie ich więziono. Próbowałem przerzucić jedzenie.

- Szostak - twierdzi Henryk Milewski - był typem karierowicza, który bez wewnętrznych rozterek idzie za silniejszym.

Władzę sprawował w budynku UB. Długi korytarz kończył się drzwiami prowadzącymi na podwórze, gdzie strzelano w tył głowy i zrzucano do dołu. Niektórzy mówią, że pod wybetonowanym dziedzińcem do dzisiaj leżą ludzkie kości.

Zanim został szefem UB i mógł wydawać rozkazy, podpisywać wyroki, musiał się dobrze zasłużyć zwierzchnikom. W lipcu 1945 roku odbyła się na tych terenach wielka obława urządzona przez radzieckie wojsko i NKWD, razem z polskimi pomocnikami. Jan Szostak, który jak wszyscy na tych terenach należał do Armii Krajowej, po wojnie odwrócił się od chłopców z lasu. Rosjanom, w obławie, pomagał w sporządzaniu list, wskazywał ofiary. „Wielki Łeb” znał świetnie nazwiska, adresy kolegów, toteż mógł bezbłędnie wywiązywać się z zadań powierzonych przez mocodawców. W czasie tej wielkiej akcji wyciągano z domów mężczyzn podejrzanych o przynależność do Armii Krajowej. Niektórych zastrzelono na miejscu. Aresztowano tysiące. Setki ludzi nigdy nie wróciły.

- Cała prawda o tragedii mieszkańców tej ziemi musi zostać powiedziana - mówił Bronisław Geremek w czasie przedwyborczego wiecu w 1989 roku na spotkaniu z mieszkańcami Suwalszczyzny. Ekshumacja grobów w Gibach nie potwierdziła przypuszczeń, że szczątki pomordowanych Polaków tam właśnie spoczywają. Do dzisiaj nie jest znane miejsce ich śmierci.

- To drugi Katyń - mówią tutaj.

Prokurator Waldemar Monkiewicz, kierujący pracami Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich - Instytutu Pamięci Narodowej w Białymstoku podaje:

- W obławie zginęło około 600 osób. Rzeczywiście, do tej pory nie wiadomo, gdzie są ich groby. 0 Szostaku wiem, że był miejscowym oprawcą, ale jego sprawę mam jeszcze słabo udokumentowaną.

Komisja, w której pracuje prokurator Monkiewicz, w ciągu dwudziestu jeden minionych lat zbierała relacje o zbrodniach hitlerowskich we wschodniej Polsce. W tym czasie przesłuchano 15 tysięcy osób.

- Od dwóch lat zaczęliśmy dokumentować zbrodnie sowieckie, do tej pory przesłuchaliśmy 1500 ludzi - opowiada prokurator Monkiewicz. - Podkreśla się w niektórych wypowiedziach legalizm działania komunistów. Mówi się, że byli w zgodzie z obowiązującym prawem. Ale jakie było to prawo? Przecież barbarzyńskie!

* * *

Weronika Bartoszewicz, z domu Truszkowska, z Janówki nie widziała filmu „Pokuta”. Ale czuje to samo co Ketewan, bohaterka filmowego studium tyranii - gorycz życia bez ojca.

- Zabrali go w obławie. Z czyich rąk zginął, dobrze zapamiętałam. Kiedy przyjechała jedna pani z Augustowa namawiać męża, żeby wstąpił do partii, powiedziałam - to się nigdy nie stanie, mojego ojca zabili komuniści.

Weronika Bartoszewicz płacze. Zachowała w pamięci słowa partyjnej towarzyszki:

- Widocznie z ojca był zbój. Porządnych nie aresztowali.

Zabrali ojca Andrzeja Gruszewskiego. Byłemu akowcowi, nadleśniczemu ze Studziennej związali ręce i zawieźli samochodem do Augustowa. Nikt go więcej nie zobaczył. Bożena Jaroszewska, z domu Kondracka, miała trzy lata, gdy straciła ojca w obławie.

Ketewan z „Pokuty” zdobiąc torty w misterne budowle i róże marzyła o sądzie nad katem ojca, aby cała prawda została wypowiedziana. Stefan Maksimowski poświęcił siły ojcowiźnie i hodowli tytoniu Virginia, którego różowe kwiaty pachną słodko, wabiąc roje pszczół:

- Nie zapomnę jak ojca wywlekli z domu. To było 26 października 1946 roku. Miałem sześć lat. Przyszli w nocy. Otwierać! - krzyczeli. Rzucili granat. Zapaliły się wozownia, dwa chlewy, stodoła.

Stanisław Maksimowski, rok przed śmiercią z rąk rodaków, wrócił z niemieckiego obozu. Wiedział, że niszczeni są ci, którzy nie chcieli sowieckiej władzy. Jego brat Lucjan, który był w AK, ukrywał się.

Syn wspomina:

- Nie mogli znaleźć Lucjana, przyszli po ojca. Prosił, zostawcie mnie. Dajcie się nacieszyć dziećmi. Strzelał do niego Szostak. Nie wiem na pewno czy Jan, czy też Piotr, który był bratem szefa bezpieki. Ojciec stał między domem a tym drzewem. Rano znaleźliśmy go martwego na łące sąsiadów.

Wdowę po Stanisławie, która została z czworgiem małych dzieci UB nachodziło kilkakrotnie.

- Spokój nastał, gdy zabili Lucjana. Ale matka przez to wszystko nie miała siły. Zmarła dwa lata po śmierci ojca - opowiada Stefan.

Wujowie i ciotka planowali - dom kołkiem podeprzeć, osierocone dzieci oddać do ochronki. Stefan Maksimowski zaparł się, że ojcowiznę utrzyma. Nie tylko utrzymał, ale i nowy dom postawił. A gdy z żoną godzinami nawlekali na sznury brązowe i żółte liście tytoniu do suszenia mówili i o zadośćuczynieniu. Żeby chociaż o wszystkim co się stało, można głośno powiedzieć.

- I taki czas nadszedł. Pani redaktor przyjechała w ważny dzień. Dzisiaj Stanisława. Imieniny mojego zamordowanego ojca.

* * *

Pamięć wybuchła po czerwcowym wyborach do parlamentu w 1989 roku. Książka „Polegli w walce o utrwalenie władzy ludowej na Białostocczyźnie. Materiały z weryfikacji osób pomordowanych przez bandy reakcyjnego podziemia w latach 1944-1953” przestała być jedyną i obowiązującą prawdą.

- Poczułam, że drętwieją mi palce i staje serce - mówi żona, Zofia Szostak. W niewielkiej książeczce pod znaczącym tytułem „Nie tylko Katyń” wydanej w l990 roku, Ireneusz Sewastianowicz i Stanisław Kulikowski napisali: „Szostak wyróżniał się wyjątkowym bestialstwem. Wszystko wskazuje na to, że przynajmniej kilku więźniów zamordował osobiście lub przy pomocy podwładnych”.

- Nie wiedziałam, że tak było. Myślałam - aresztował, pomagał Rosjanom. To prawda. Ale że krzyże ze ścian zdejmował? Mordował ludzi? Ja w to nie wierzę. Ludzie mówią, że żyło nam się świetnie? Owszem, byłam przewodniczącą Ligi Kobiet, wybrali mnie do rady narodowej. Wszystko przez ten prestiż. Ale przestrzegałam - ja fryzjerka, ty stolarz, nie nadajemy się do władzy. Tak sobie tłumaczę, on miał ciężkie dzieciństwo, bieda w domu aż piszczała. Jak poszedł do kościoła ze święconką, to zjadł ją z głodu po drodze. Nie lubił przedwojennej Polski, chciał lepszej, to i uwierzył w komunizm. Są tacy, którzy mówią, że był dla nich dobry. Jednych przez bagna przeprowadził. Innym doradził, żeby Stalina na ścianie powiesili, to ich nie rozstrzelają. Dla rodziny też był dobry. Pani wie, że kiedyś podniósł mnie na rękach, chociaż już 95 kilo ważyłam? Są dzieci, wnuki. Czy trzeba do tego wracać? Ja swoje odpokutowałam.

* * *

Po październiku 1956 roku wyrzucono Szostaka z partii.

- Rozpił się wtedy - opowiada żona. - Nie mógł znaleźć pracy.

Zdjęcia z tego okresu pokazują otyłego mężczyznę z wielką twarzą. Pomysł na nową życiową rolę podsunęło Szostakowi wspomnienie z lasu. W czasie wojny towarzysz z partyzantki Fin Peter rzeźbił małym kozikiem. To on uczył Szostaka cierpliwości dla drewna. I jeśli radziecki Warłam z „Pokuty” tylko aspirował do tego, żeby należeć do świata sztuki - śpiewał arie operowe i czytał Szekspira - to Szostak z Augustowa był twórcą obdarzonym przez naturę talentem i wrażliwością artysty.

- W człowieku tak blisko sąsiadują dobro i zło - mówi ksiądz z Janówki - okrucieństwo i uczciwość, że to aż niepojęte. Czy można zrozumieć, że właśnie Szostak przechowywał w domu żurawia ze złamanym skrzydłem?

Dom, w którym mieszkali Szostakowie nad rzeką Nettą, ozdobił napis „Muzeum Osobliwości”. Dookoła stanęły rzędy wielkich, drewnianych figur, zawisły rzeźbione w drewnie indiańskie totemy. „Tu mieszka i tworzy artysta - pisali dziennikarze. W pracowni Szostaka półki wypełniły drewniane świeczniki, diabły tancerki, dyskobole, ptaki, Don Kichoty. Herkulesy i Atlasy podtrzymujące ziemię. „Te rzeźby są ekspresyjne jak krzyk” - pisano. Szostak nadawał swoim dziełom przejmujące tytuły: „Demon zła”, „Pożegnanie”, „Przestrach”.

Stawał się sławny. W latach sześćdziesiątych prestiżowy tygodnik „Świat” nazywał go z szacunkiem „mistrzem Janem”, a także „mistrzem konwersacji i refleksji”. Dom Szostaka był pełen gości. Najbardziej rojno było tu w czasie wakacji, gdy zjeżdżały się drużyny harcerskie z całej Polski, które ustawiały się w kolejce do zwiedzania wystaw tego gadatliwego i pełnego humoru pana.

Szostak stał się jedną z atrakcji Augustowa. Składali mu wizyty turyści i dziennikarze, którym opowiadał o swojej oświęcimskiej Piecie „widać wyraźnie, syn umiera z głodu na rękach ojca. Cierpienie wyraża twarz, oczy, cale ciało”.

Swoje rzeźby sprzedawał, ale i rozdawał. Zdobiły okoliczne muzea, zakłady pracy, świetlice, turystyczne zajazdy i Urząd Miasta.

- Wiele rzeźb podarował ojciec także kościołom - wspomina jedna z córek Szostaka. - W pewnym okresie swojej twórczości zaczął rzeźbić postacie znanych Polaków: Piłsudskiego, Jana Pawła II, a także Madonny, frasobliwe Chrystusiki, betlejemskie szopki.

- Czy mógł być zły, skoro tyle świętych figur wyrzeźbił? - pyta żona.

Ludzie w Augustowie rzeczowo oceniają plejadę świętych i wielkich Szostaka.

- Był niewierzący - mówią. - Po prostu miał wyczucie rynku, wiedział, co się dobrze sprzedaje.

Sprzedawał coraz więcej. Można go było spotkać na długich wyprawach w głąb Puszczy Augustowskiej, którą tak dobrze znał. Powtarzał: „trzeba być pokornym wobec natury, podpatrywać ją, rozumieć”. Przyglądał się drzewom i korzeniom, o których mówił: „świerkowe wyrażają radość, sosnowe smutek”.

Razem z synem Józefem godzinami żeglował po jeziorach. Szostak wiedział, że podczas budowy Kanału Augustowskiego, ponad wiek temu, podniesiono poziom jezior. Woda zalała puszczę, zatapiając modrzewie, dęby, sosny. Józef wkładał strój płetwonurka i zanurzał się w wodzie. Wyciągał przedziwne korzenie, osobliwe sągi drzew, które stawały się artystycznym tworzywem. „Drzewo, które przeleżało w wodzie - mówił Szostak - jest pełne ekspresji, ma oryginalną fakturę.”

Odkryła go zagranica. Pierwsze wystawy w Szwecji i Wielkiej Brytanii. Do domu nad Nettą zaczynają przychodzić zamówienia na rzeźby z Francji, Belgii, Holandii, RFN-u, USA, Związku Radzieckiego. „Rzeźby Szostaka trafiły do 27 krajów świata” - podliczyli dziennikarze. W Polsce rzeźbiarz otrzymał pierwszą nagrodę w konkursie twórców ludowych zorganizowanym przez telewizję poznańską w 1963 roku. W katedrze etnografii Uniwerytetu Poznańskiego powstała praca o rzeźbach Szostaka. Wśród wycinków prasowych powklejanych w albumie widać zdjęcie szczupłego chłopca wśród rzeźb. - „To mój następca - syn Józef” - mówił Szostak dziennikarzowi „Świata”.

W trzech tomach kroniki domu tysiące słów zachwytu i nazwisk tych, którzy zwiedzili „Muzeum Osobliwości”. Wśród nich i ten z 1964 r.: „Przychodzę tu codziennie. Podglądam, podziwiam. Prawdziwy artyzm, prawdziwa sztuka. Oryginalność, cudowność. Zazdroszczę talentu”. I podpis: „Maria Dąbrowska, pisarka”.

Szostakowi powodziło się bardzo dobrze. Ale przychodzili tu podziwiać rzeźby ci, którzy nie znali jego przeszłości.

* * *

Miejscowi nie zapomnieli. Wieczór. Wkoło domu Szostaka jasno jak w dzień.

- Drzwi się palą - wspomina żona Szostaka - wybiegam przed dom. Czuję benzynę. Straż zdążyła ugasić pożar.

W 1984 roku w biały dzień pożar znowu ogarnął dom. Szostak biegał naokoło krzycząc.

- Zwariował - mówili ludzie.

Dom spłonął. Razem z nim wszystkie rzeźby.

Mówiono, że wreszcie udało się podpalić dom Szostaka. Oficjalna wersja głosiła, że pożar wybuchł od zwarcia w instalacji elektrycznej. Lokalne władze pomogły znanej osobistości miasta w odbudowie domu. A Szostak zaczął odtwarzać to, co zniszczył ogień.

- Rzeźbił jak w obłędzie. Wstawał o trzeciej nad ranem i pracował - opowiada żona. - Aż znaleźliśmy go leżącego. Zawał.

W rok później znowu upadł. Nie wstał więcej.

Szostakowi pisane było pokutować i po śmierci. Jego następcę, syna Józefa, którego nauczył rzeźbić, opuściła żona.

- Nie chciał żyć. Pochowałam go w rok po śmierci męża - mówi Szostakowa.

* * *

Najstarsza córka rzeźbi w wolnych cwilach, naśladując ojca. Strapione świątki i zamyślonych rybaków sprzedaje Szostakowa w domu nad Nettą, gdy przyjdą wakacje i turyści zjadą do Augustowa. Średnia córka prowadzi warsztat stolarski. Najmłodszej nie ciągnie do drewna.

W „Pokucie” syn zrzuca trupa ojca w przepaść, żeby pozbyć się brzemienia odpowiedzialności. Średnia córka chce usprawiedliwić ojca:

- Wierzył w Stalina jak w Boga. Czy on jeden? Nie czytam tego, co piszą o ojcu. Nie słucham tego, co o nim mówią.

* * *

Kawiarnia „Ptyś” znajduje się przy ulicy 3 Maja w Augustowie, niedaleko domu, w którym było więzienie UB. W kawiarni są drewniane żyrandole z kinkietami z kory, które wykonał Szostak, a na półkach, jeszcze niedawno, stały jego rzeźby. Ale rzeźb już nie ma.

- Interesują panią? - pyta kelnerka. - Stoją w magazynie. Możemy sprzedać. Nam już niepotrzebne. Zmieniamy wystrój.

* * *

W radzieckiej „Pokucie” przeciwko przeszłości buntują się wnuki przerażone zbrodniami dziadków i milczeniem ojców. Poczucie winy doprowadza wnuka Warłama do samobójstwa.

Co ma do powiedzenia wnuk Szostaka? Już wieczór. Na jednej z augustowskich ulic, w jednorodzinnym domu uroczysta kolacja. Małe święto. Chłopak, który postanowił zostać księdzem, dzisiaj po raz pierwszy włożył sutannę: Widmo dziadka powraca razem z pytaniem - czy czuje się pan winien?

- Zbyt mało wiem i zbyt mało doświadczyłem. Daleki jestem od kategorycznych sądów. Nie chciałbym, żeby to brzmiało, jak ucieczka.

Młody ksiądz kiedyś będzie udzielał rozgrzeszenia w ciszy konfesjonału. Ludzie na ulicy powtarzają:

- Dopóki usprawiedliwiamy zbrodniarza, on żyje.Duszność

Co dolega? - pyta pacjentów doktor Barbara Witkowska.

- Całe moje życie - słyszy.

Pan Tadeusz przyjechał do Nałęczowa z Wielenia koło Stargardu Szczecińskiego. Wydawałoby się, że leśnik, który całe dnie przebywa na powietrzu, nie powinien chorować na serce. A tymczasem ciśnienie skacze, maszynka w piersiach klekocze.

Pan Tadeusz idzie nad staw, w którym przegląda się dziewiętnastowieczny budynek sanatorium numer jeden. W parku pamiętającym spacery Prusa i Żeromskiego drzewa sięgają nieba.

- Brzozy - mówi leśnik - są bardzo przyjazne człowiekowi. Wystarczy rękę przyłożyć do pnia. Poczujesz siłę.

Pan Janek, akowiec, więzień Dachau, codziennie zatrzymuje się pod brzozą.

- I żadnej zmiany nie czuję. Miażdżyca spowodowała zakrzep centralny żyły oka, wciąż pękają mi naczynia. Nie mogę brać leczniczych kąpieli ani chodzić na gimnastykę. Zostają spacery i leczenie klimatyczne.

- Miażdżyca - mówi doktor Wtkowska - dokucza też całkiem młodym ludziom. Źle żyją, fatalnie się odżywiają.

Reżim sanatorium wymusza zdrowy tryb życia. Pensjonariuszowi przyłapanemu na wódeczce albo papierosku grozi wydalenie do domu. Stołówka serwuje nienagannie właściwe potrawy. Dziś chude mięso w jarzynach i rosołek pozbawiony koloru.

- A co miał człowiek jeść w kraju, który nie ma błogosławieństwa od Boga - zastanawia się pani Stanisława, sprzątaczka magazynu w gdańskim Nowym Porcie. Zapalenie wsierdzia, na które zapadła po grypie - nie miało się czasu chorować - uszkodziło jej serce.

Sprzątaczka magazynu wie, że jeśli skończyłeś szkołę podstawową i straciłeś siły w pracy fizycznej, to chociaż nazywano cię solą ziemi i hegemonem w kraju realnego socjalizmu, miałeś małe szanse, żeby zdrowo się odżywiać.

- Jak szłam o piątej rano do kolejki i udało mi się kupić kawałek mięsa, to nie myślałam, czy ma tyle tłuszczu, ile wymaga dietetyka.

- Wystarczy popatrzeć na tych przed pięćdziesiątką. Jeszcze nie starzy, a jacy rozwaleni - mówi pan Władek, monter aparatury z tarnowskich „Azotów”. Znękany zaburzeniami naczyń wieńcowych, przwodniczący „Solidarności” na swoim wydziale, usiłuje odzyskać równowagę ducha w kąpieli kwasowęglowej.

- Najlepiej odciąć się od wydarzeń. Spać, spacerować i tak odpoczywając wracać do zdrowia - radzi lekarz.

Ale pacjenci sanatorium są najlepszym przykładem polskich obsesji, bo od polityki nie można uciec.

* * *

- Ludzie tylko pozornie odwrócili się od tego, co dzieje się w kraju - mówi monter z „Azotów”. - Są rozczarowani, ale wciąż śledzą wydarzenia.

Informacje telewizyjnych „Wiadomości” i codziennej prasy odbijają się na zdrowiu pacjentów, chociaż chroni ich zbawienny klimat Nałęczowa.

- W tej niecce, pozbawionej wiatrów, już po kilku dniach normuje się ciśnienie - twierdzi siostra Ewa na podstawie zapisów, które prowadzi w kartach pacjentów.

Ale wystarczyło, że wybuchła kłótnia przy stoliku numer dwanaście w jadalni, po kolejnym pacie w Belwederze, związanym z niemożnością wyboru premiera.

- Siostra da pramolan na sen - prosili pacjenci z wypiekami na policzkach.

Linie podziałów politycznych przebiegają przez pokoje i jadalnię, uniemożliwiając spokojny sen i odbierając apetyt.

- Czy może być dobrze w kraju, jeżeli w sanatorium chore kobiety nie mogą się zgodzić w pokoju? - pyta pani Stanisława, która musiała wyprowadzić się do jednoosobowej klitki, gdyż rzekomo chramie. Była sprzątaczka magazynu z odwagą mówi, że to, co w życiu dostała, pochodzi od komunistów.

- Trzydzieści sześć metrów kwadratowych na osiedlu przy Nowym Porcie - wylicza podczas dietetycznego obiadu panu Jankowi, który zbywa sąsiadkę milczeniem. Były akowiec ma akurat zupełnie inne doświadczenia.

- Mnie komunizm wszystko zabierał. Zaczynając od dobrego imienia ugrupowania politycznego, z którym byłem związany, następnie sklep na Ząbkowskiej w Warszawie i warsztat po rodzicach.

Pan Janek, ekonomista z zawodu, pozbył się szacunku do prasy w latach pięćdziesiątych.

- Tylko superdyspozycyjni szubrawcy mogą tak kłamać jak dziennikarze. Z pełnym wyposażeniem, bez żadnego odszkodowania władze zabrały siedem prywatnych sklepów. Na drugi dzień gazety rozpisywały się o otwarciu siedmiu nowych państwowych sklepów w stolicy.

* * *

Wczoraj na wieczorku, w kawiarni „Pałacowa”, leśnika z Wielenia chwyciły duszności.

- Pewnie od wspomnień z młodości. Zebrała się przy stoliku grupa rówieśników, którzy przeszli przez czasy ZMP.

Pan Tadeusz, który w Margocinie koło Chodzieży skończył technikum leśne, pamięta, jak na sztandarze szkoły kazano wyciąć Matkę Boską i wkleić w to miejsce znak z napisem Związek Młodzieży Polskiej. - I wkleiliśmy. A potem ja napisałem poemat na śmierć Józefa Wissarionowicza. Taki byłem ogłupiony.

W czasie rozmowy o tym, jak z organizacją Służba Polsce jeździło się na żniwa i wykopki, sąsiadka zapytała pana Tadeusza: - Coś ty taki żółty?

Musiał wyjść na powietrze i wziąć pentaerythritol.

- Nie chciałabym na stare lata mieć w sobie tyle goryczy, ile ci ludzie dookoła - mówi czterdziestoletnia pani Halina z Katowic, którą życie nauczyło, że spełnienie marzeń wymaga wyrzeczeń. Kiedy postanowiła z mężem kupić kolorowy telewizor i wideo, zaciągnęli dziesięciomilionowy kredyt. - Spłaty doprowadziły nas wręcz do głodu. Wystarczało na mleko i masło tylko dla syna.

Pozycję guru ma w sanatorium emerytowany profesor z Akademii Rolniczej w Lublinie. Starszy pan po dwóch zawałach powtarza ludziom, którzy przychodzą po radę do jego pokoju:

- Nie wychodź w zdenerwowaniu i pośpiechu na zimne powietrze. Grozi ci, że naczynia krwionośne gwałtownie obkurczą się wskutek chłodu podczas szybkiego marszu i zawał gotowy.

Z chorobą trzeba nauczyć się żyć. Takiej samej pokory wymaga Polska.

- Cholernie trudne doświadczenia - mówi monter z Tarnowa, który uwierzył w „Solidarność”. - To, co wczoraj było sztandarem, dzisiaj stało się klęską.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: