Facebook - konwersja
Polski El Greco - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Polski El Greco - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-244-1021-7
Język:
Polski
Data wydania:
8 października 2018
Rozmiar pliku:
1,6 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
39,90
Cena w punktach Virtualo:
3990 pkt.

Polski El Greco - opis ebooka

Kiedy w 1964 roku dwie młode badaczki historii sztuki, Izabella Galicka i Hanna Sygietyńska, spostrzegły na plebanii w Kosowie Lackim zniszczony pociemniały obraz, sądziły, że ich odkrycie będzie sensacją w świecie sztuki. Tymczasem Ekstaza św. Franciszka pędzla El Greca zniknęła na dziesięciolecia – o starannie ukrytym obrazie przypominali jedynie co pewien czas dziennikarze. Dzieło artysty z Toledo dopiero po czterdziestu latach zostało wystawione dla publiczności. Co się jednak z nim działo przez dekady i jak próbowano rozwiązać spór o jego autentyczność? Katarzyna J. Kowalska z reporterską wnikliwością bada tę nieprawdopodobną historię, odkrywając jedną z największych tajemnic polskiej historii sztuki.

FRAGMENT KSIĄŻKI

Wstęp

Losy obrazu Ekstaza św. Franciszka El Greca to jedna z najbardziej nieprawdopodobnych historii, jaka wydarzyła się w świecie sztuki, a samo odkrycie jest zaliczane do najważniejszych wydarzeń kulturalnych w Polsce minionego wieku. Ponad pięćdziesiąt lat temu w małej miejscowości na Podlasiu młode badaczki, Izabella Galicka i Hanna Sygietyńska, przez uchylone drzwi do mieszkania księdza zobaczyły obraz – pociemniały, zabrudzony, w dodatku z dziurą. Ci, którzy dotychczas mieli z nim styczność, nie dostrzegli w malunku niczego nadzwyczajnego. Jeden z księży podobno przeznaczył go do spalenia. Inny miał wyciągnąć obraz ze stosu rupieci i z litości powiesić nad kanapą, bo przecież to święty Franciszek, a świętego nie wypada palić. Ale kiedy inwentaryzatorki napisały po raz pierwszy „to dzieło El Greca”, myślały, że tym samym odmienią losy swoje i obrazu. Że uczeni potwierdzą ich tezę, że nastąpi szybka konserwacja dzieła i znajdzie się godne miejsce na jego ekspozycję. Myliły się.

Wiadomość o odkryciu w Polsce dzieła El Greca niektórzy odebrali na początku jako żart. Wielu, idąc tropem opinii największych autorytetów polskich w dziedzinie historii sztuki, podśmiewało się i kpiło z „dwóch młodziutkich panien”, które uroiły sobie na Podlasiu arcydzieło wielkiego mistrza z Toledo. A potem obraz przepadł na dekady. Gdyby nie dziennikarze, którzy uparcie pytali: gdzie jest El Greco, ile jest wart, kiedy zostanie pokazany, którzy czasem podpuszczali księży, nierzadko publikowali niepotwierdzone informacje, poprzedzając je bezpiecznymi sformułowaniami „być może” i „prawdopodobnie”, tym samym zmuszając księży do tłumaczenia, co się stało z obrazem, może do dziś nie mielibyśmy szansy go oglądać.

Miejsce przechowywania obrazu było strzeżone przez duchownych jak największa tajemnica. Kościół obawiał się, że dzieło zostanie zarekwirowane przez państwo. Dziś wreszcie można ujawnić, gdzie był ukryty. Wiadomo także, że obawy Kościoła nie były bezpodstawne, bo władze państwowe rzeczywiście miały ochotę umieścić obraz w państwowej placówce, nie zważając na to, do kogo właściwie należy. Dziś obraz jest bezpieczny – pod okiem kilkunastu kamer, strzegących go dzień i noc w Muzeum Diecezjalnym w Siedlcach. Wreszcie Ekstaza św. Franciszka El Greca jest dostępna dla publiczności.ROZDZIAŁ I

Pierwsza inwentaryzacja

Cała ta historia jest w dużej mierze dziełem przypadku. Izabella Mikulska jako mała dziewczynka chce zostać lekarzem, wybiera nawet specjalizację – chirurgię. Przeprowadza operacje na misiach i lalkach. Jej ojciec jest wybitnym psychiatrą. Kiedy Iza ma cztery lata, dr Karol Mikulski zostaje wicedyrektorem Szpitala dla Psychicznie i Nerwowo Chorych pod Gostyninem. Tuż przed wybuchem wojny w sierpniu 1939 roku, tak jak tysiące innych mężczyzn, zostaje zmobilizowany. Kiedy do Polski wkracza Armia Czerwona, trafia do transportu wiozącego polskich oficerów do obozu jenieckiego w Kozielsku. Ucieka z pociągu i wraca do swoich pacjentów. Ale Gostynin znajduje się już w granicach III Rzeszy, a Niemcy urządzają regularne polowania na polską inteligencję. Chcą się także pozbyć tych, którzy do niczego nie będą przydatni – psychicznie chorych. Pewnego marcowego dnia 1940 roku doktor Mikulski zostaje wezwany przed specjalnie przybyłą niemiecką komisję. Słyszy tam, że ma 24 godziny na sporządzenie listy chorych, którzy nie rokują wyzdrowienia, w przeciwnym razie zostanie aresztowany. Nie ma wątpliwości, że wskazanych pacjentów czeka śmierć. Doktor Karol Mikulski nie może się z tym pogodzić. Następnego dnia nad ranem popełnia samobójstwo. Iza ma wtedy dziewięć lat. Prawdy o okolicznościach śmierci taty dowiaduje się sześć lat później.

Iza w 1947 roku, po skończeniu gimnazjum, razem z mamą wraca do Warszawy. Zaczyna naukę w liceum. Wybiera to na Żoliborzu – żeńskie liceum im. Stefanii Sempołowskiej. Mama chce, żeby została pianistką, tata chciał, żeby była lekarzem. Iza nie idzie jednak na medycynę, lekarzem zostanie jej brat. Ona uczęszcza do konserwatorium, gdzie w klasie profesora Jerzego Lefelda uczy się gry na fortepianie. Ale o wyborze kierunku studiów zdecyduje pod wpływem nauczycielki historii – Ewy Egerowej. Nie bardzo widzi siebie zatopioną w archiwalnych dokumentach i starych mapach. Jednocześnie wie, że studiowanie historii nie musi oznaczać tylko tego. Ma dwie przyjaciółki – Dankę Mogulską i Hankę Rozwadowską, tworzą słynne na całą klasę trio – MiMoRo – Mikulska, Mogulska, Rozwadowska. Swoje pierwsze wagary spędzają w Muzeum Narodowym na oglądaniu zabytków. Po maturze Iza decyduje się zdawać na historię sztuki. Jej dwie przyjaciółki wybierają historię.

Hanna Sygietyńska jako jedyna z rodzeństwa przeżyła okupację i Powstanie Warszawskie. Jej ojciec nie dożył wojny – umarł, gdy Hania miała 4 lata, w 1934 roku. Matka zostaje sama z trójką dzieci. Andrzej, starszy brat, w czasie wojny działa w konspiracji. W kwietniu 1944 roku, niedługo przed wybuchem Powstania, Andrzej Sygietyński ps. „Antek” bierze udział w akcji wysadzenia niemieckiego pociągu jadącego z Wołkowyska do Berlina. Uczestniczy w niej też Krzysztof Kamil Baczyński. Plan się powiódł, oddział nie odnosi strat. Andrzej po akcji wraca pociągiem do Warszawy. W połowie drogi Niemcy rozpoczynają rewizję kobiet szmuglujących żywność do stolicy. Jedna z nich nie chce oddać bańki z mlekiem i zostaje uderzona przez Niemca. Kolega Andrzeja zadaje oprawcy pierwszy cios, Andrzej poprawia. Potem rzucają się do ucieczki – kolega ginie na miejscu, Andrzej zostaje ranny. Po kilku dniach przesłuchań umiera w męczarniach na posterunku żandarmerii w Wyszkowie. Matka, próbując uzyskać informację o tym, co się stało z Andrzejem, sama trafia na Pawiak. Zostaje wypuszczona w przeddzień wybuchu Powstania. Cudem unika śmierci.

Hanna Sygietyńska

ARCHIWUM PRYWATNE BARBARY KACZYŃSKIEJ-JANUSZKIEWICZ

Izabella Galicka z domu Mikulska

ARCHIWUM PRYWATNE IZABELLI GALICKIEJ

Tego samego dnia wszystkie kobiety, które przebywają w areszcie – 68 więźniarek – zostają wywiezione z Warszawy i spalone żywcem w wagonie na stacji w Skierniewicach. Wanda, siostra Hani, też działa w konspiracji. Ginie w kanałach pod koniec września, podczas ewakuacji powstańców ze Starówki. W czasie ewakuacji ludności cywilnej Hania razem z mamą wydostaje się z Warszawy. Przez obóz przejściowy w Pruszkowie trafia do Milanówka. Stamtąd z kolei do zaprzyjaźnionej rodziny Wedlów, która koniec wojny przeczekuje w Konstancinie. Po wojnie wracają do domu na Mokotowie – przetrzebionym przez szabrowników, zniszczonym w czasie bombardowań. Jedyne, co się ostaje nienaruszone, to starannie powiązana w paczki dwudziestotomowa encyklopedia Gutenberga^().

Ojciec Hani był architektem, brat skończył studia na tym samym kierunku. W domu było sporo książek związanych ze sztuką. Hania chce pozostać wierna tradycji rodzinnej, choć wybiera nieco inny kierunek.

Drogi Izy i Hani przecinają się na Uniwersytecie Warszawskim. W 1949 roku obie zostają przyjęte na historię sztuki. Są niemalże rówieśnicami – Hania jest starsza od Izy o trzy miesiące. Początkowo nie zaprzyjaźniają się. Hania trzyma się z przyszłą bratową Izy – Barbarą Kaczyńską, z którą zna się od urodzenia. Iza bratnie dusze odnajduje w koleżankach z roku: Marii Belina-Prażmowskiej, Annie Milewskiej, przyszłej aktorce, i Krystynie Zachwatowicz, później scenografce teatralnej i filmowej, żonie Andrzeja Wajdy. Iza nie ma problemów z egzaminami – zalicza na piątki, jest uważana za prymuskę.

Nie spędza jednak czasu tylko nad książkami. Sporo – po zajęciach i w trakcie nich – przesiaduje w Hadesie, słynnym w tamtym czasie miejscu studenckich spotkań. Z Izą Galicką spotykam się średnio raz w miesiącu przez rok w jej przytulnym mieszkanku na Żoliborzu. Iza odgrzebuje z zakamarków pamięci wspomnienia z czasów młodości. Przypomina sobie zapachy, wrażenia, słowa i krok po kroku odtwarza wydarzenia. Odnajduje kolejne kalendarzyki z zapiskami, zdjęcia, artykuły. Czasem w drzwiach wita słowami: Nie uwierzysz, co znalazłam! i od razu siadamy do pracy na długie godziny, zapominając nawet o zrobieniu herbaty. Drogę do Hadesu Iza odtwarza bez problemu:

– W piwnicy sklepu WSS, na lewo od głównej bramy Uniwersytetu Warszawskiego, w stronę pomnika Kopernika, znajdowała się probiernia kawy i wina. Wchodziło się do niej przez klapę w podłodze, dlatego miejsce to nazywaliśmy Hadesem.

Hades to niewielkie pomieszczenie, znajduje się tam ledwie kilka stolików. Kawiarnia-winiarnia istnieje krótko, może cztery lata. W oparach dymu są tu prowadzone rozmowy egzystencjalne. Wyjątkowości miejscu dodają ludzie, którzy tam zaglądają: Franciszek Starowieyski, Zbigniew Herbert, Andrzej Panufnik, Leopold Tyrmand. Przychodzą podyskutować ze studentami. Związek Młodzieży Polskiej patrzy na to miejsce krzywo, bo bywalcy Hadesu zapewne „kontestują rzeczywistość”.

Iza także swoim wyglądem denerwuje aktywistów ZMP – nosi „egzystencjalną” grzywkę, kolorowe bluzki i wąskie spodnie. Jej styl bycia kojarzy im się z pogardliwie przez nich nazywaną „złotą młodzieżą”. „Czy to wizerunek pański, kolego Szafiański??” – pytano z ironią, przywołując karykaturę ze ściennej gazetki ZMP „Błyskawica”, na której widniał wizerunek Andrzeja Szafiańskiego (później reżysera teatralnego), uznawanego za bikiniarza, ponieważ nosił buty na słoninie, kolorowe skarpetki najczęściej w paski, wąskie spodnie, ciemne okulary. Też był stałym bywalcem Hadesu.

A Hania...?

– Ubierała się bardzo grzecznie – wspomina Iza – bluzeczki z haftowanymi kołnierzykami i spódniczki za kolano. W spodniach nie chodziła. Trochę zazdrościłam jej urody. Piwne oczy, ciemnoblond loki, których nigdy nie obcinała, a wydawało się, że ciągle są tej samej długości.

Iza nie potrafi usiedzieć w jednym miejscu: jeździ na nartach, uprawia wspinaczkę. Sprawnością imponuje niejednemu wysportowanemu dwudziestolatkowi. Hania – kompletne przeciwieństwo.

– Ona była antysportowa. Co prawda dobrze pływała i grała w siatkówkę, ale ani żagle, ani narty – to jej nie kręciło. Była z nami parę razy w górach, ale jeżdżąc na nartach, złamała nogę i już nie wróciła do tego sportu.

Początkowo mają ze sobą kontakt nie tylko na uczelni. W latach pięćdziesiątych organizowano obozy inwentaryzacyjne dla studentów historii sztuki z całej Polski, którzy ukończyli pierwszy rok studiów. W 1950 roku obóz miał miejsce w Sulejowie, trwał miesiąc. Obie się na nim pojawiły. Trafiła tam także Ewa Smulikowska, która studiowała w Poznaniu.

Ewa Smulikowska:

– Podzielili wtedy studentów wszystkich uniwersytetów na grupy tak, żeby młodzież się ze sobą zapoznała. Razem z Hanią i Izą znalazłyśmy się w jednym dziesięcioosobowym zespole. A tak się złożyło, że mój ojciec – Kazimierz Smulikowski, który był prodziekanem w Katedrze Mineralogii i Petrografii Uniwersytetu Poznańskiego – z całym swoim zespołem został przeniesiony do Warszawy, do tworzonego właśnie na Uniwersytecie Warszawskim Wydziału Geologii. I ja się przeprowadziłam razem z nim.

Ewa Smulikowska w Poznaniu kończy właśnie trzeci rok studiów. Ma wystarczająco wysoką średnią, aby kontynuować naukę na studiach magisterskich. W latach pięćdziesiątych tylko osoby z najlepszymi ocenami dostawały taką szansę. Na czwartym roku w Warszawie spotyka koleżanki z obozu inwentaryzacyjnego. Z jedną z nich – Izą, dostaje szansę wyjazdu na badania terenowe, zlecone przez Państwowy Instytut Sztuki, żartobliwie zwany przez pracowników Prywatnym Instytutem Starzyńskiego, jako że jego wieloletnim dyrektorem był profesor Juliusz Starzyński.

Ewa ma już doświadczenie. W czasie studiów na Uniwersytecie Poznańskim czerpie z doświadczeń profesora Szczęsnego Dettloffa, który inicjuje w Wielkopolsce akcję inwentaryzacyjną zabytków. Profesor Dettloff skończył seminarium duchowne i przyjął święcenia kapłańskie. Kształcił się na uniwersytetach w Monachium, Berlinie i Wiedniu. Równocześnie studiował historię sztuki, muzykologię, archeologię klasyczną i filozofię. Kiedy wrócił do Poznania z wiedeńskim doktoratem (tytuł obronił w 1914 roku), był jednym z najlepiej wykształconych polskich historyków sztuki. Miał naturę społecznika – angażował się w tworzenie i działalność instytucji naukowych i kulturalnych na terenie Wielkopolski. Był jednym z założycieli Uniwersytetu Poznańskiego. Przywiązywał wielką wagę do obcowania z zabytkami. Sam uczestniczył w kilkudziesięciu podróżach naukowych, ale przede wszystkim starał się umożliwić takie wyjazdy swoim studentom. Ewa Smulikowska na pierwszy wyjazd inwentaryzacyjny jedzie do Gniezna. W czasie tych badań udaje się znaleźć wiele ciekawych zabytków. Ona sama uczy się wtedy pracy inwentaryzatora. W Warszawie postanowiono szybko wykorzystać jej doświadczenie.

Jest rok 1953. Jerzy Łoziński, ówcześnie kierownik Pracowni Inwentaryzacji w Państwowym Instytucie Sztuki, a zarazem redaktor naczelny Katalogów Zabytków Sztuki oraz jego bliski przyjaciel Adam Miłobędzki, który pracuje w Zakładzie Architektury Polskiej, składają jej i Izie Mikulskiej propozycję, aby pojechały jako ich asystentki na inwentaryzację powiatu zamojskiego.

– Coś pokrzyżowało im plany – opowiada Iza Galicka, z domu Mikulska. – Nasz wyjazd do Zamościa został odwołany, oni sami zresztą tych badań w terenie też nie przeprowadzili. Krąży taka legenda, że jak się przeprowadzi inwentaryzację Zamościa, to wybuchnie wojna.

– I do dziś Zamość nie został zrobiony. Wszyscy się go boją – dodaje ze śmiechem Ewa Smulikowska.

– Na otarcie łez, żeby nie gasić naszego zapału, dostałyśmy inne zlecenie. Jerzy Łoziński zadzwonił i powiedział, że w ramach rekompensaty daje nam powiat Kraśnik-Janowiec. Ogromny!

Dla Izy Galickiej to chrzest bojowy. Pakują rzeczy i na rowerach ruszają na Lubelszczyznę. Do katalogu potrzebny jest opis zabytków architektury oraz wyposażenia znajdującego się w kościołach, pałacach, dworkach i przydrożnych kapliczkach. Zgodnie z zasadami katalog nie obejmuje obiektów muzealnych i prywatnych. Po powrocie z objazdu na podstawie zebranych informacji trzeba sporządzić teksty naukowe, do których dołącza się fotografie obiektów. Każdy katalog to inny powiat. We wszystkich tomach katalogów obowiązuje taka sama kolejność, żeby osoba sięgająca po nie wiedziała, gdzie znaleźć potrzebną informację: zabudowania, kapliczki, następnie wnętrza – najpierw ołtarze, ambony, chrzcielnice, kropielnice. Potem obrazy, rzeźby, złotnictwo, a na końcu ornaty.

– Katalogi zabytków były użytkowane jako przewodniki dla turystów. Ironicznie nazywano je książeczkami dla złodziei. W nich opisane było wszystko, co cenne. W kiosku nie można było ich kupić, ale w dużych księgarniach już tak – wspomina Iza Galicka.

W Poznaniu uczono inwentaryzacji według szkoły niemieckiej. Niemcy już przed I wojną przeprowadzali takie spisy zabytków. Podczas tego pierwszego wyjazdu zleconego w Warszawie Ewa zdradza Izie tajniki datowania obiektów zabytkowych.

Ewa Smulikowska:

– Na przykład aniołki, które mają czubek włosów nad czołem, powinny pochodzić z II ćwierci XVII wieku, czyli epoki manieryzmu, już nie renesansu.

Datowanie krucyfiksów rozpoczyna się od oceny sposobu zawieszenia Chrystusa. Na przykład, kiedy Chrystus wisi z rękami niemal pionowo podniesionymi do góry, to wskazuje, że obiekt powstał około 1700 roku. Dodatkowym elementem, dzięki któremu można datować krucyfiksy, jest perizonium, czyli przepaska na biodrach Chrystusa. Dopiero w XVIII wieku pojawia się sznur podtrzymujący perizonium. Jego długość też ma znaczenie dla określenia daty powstania dzieła. Wcześniej na biodrach Chrystusa występowała połączona węzłem tkanina, fałda materiału.

– Datowanie przypomina pracę lekarza – wyjaśnia Iza Galicka – bada się cały zestaw objawów, żeby postawić diagnozę. Dzięki tej wiedzy byłyśmy później coraz bardziej precyzyjne. Pewnego razu zamiast powiedzieć księdzu, że kielich powstał około 1700 roku, żartem podałyśmy dokładną datę: rok 1702. Ksiądz spojrzał na napis na stopie kielicha i przetarł oczy ze zdumienia: „skąd panie wiedzą?”. Taka data figurowała bowiem na stopie kielicha. Oczywiście był to przypadek.

„Myśmy się bawiły tym cudownie” – mówią zgodnie po latach. Choć czasem nawet te zabawne historie na początku wyglądały dość dramatycznie. Jadą na przykład do Moniak, żeby sprawdzić, czy dwór, w którym została umieszczona spółdzielnia produkcyjna, jest zabytkowy. A że jeżdżą na rowerach, muszą być ubrane adekwatnie do warunków i panującej akurat pogody.

Iza Galicka:

– Było już zimno, miałyśmy na sobie spodnie. Wtedy jeszcze nie było przyjęte, żeby kobiety jeździły w spodniach, w dodatku same, na prowincji. Nie miałyśmy plecaków, tylko kwadratowe poniemieckie tornistry pokryte cielęcą czy krowią skórą z włosiem. One dobrze pasowały na leżąco do bagażników rowerowych. W tornistrach mapy sztabowe z pieczątką „tajne/poufne”.

Dojeżdżają do dworu boczną ścieżką, między zbożami. Okazuje się, że budynek nie jest zabytkowy, objeżdżają go więc dookoła i nie zsiadając nawet z rowerów, ruszają w drogę powrotną do Urzędowa.

Ewa Smulikowska:

– Wjeżdżamy na rynek i nagle słyszymy wrzaski: „Stać, stać, bo strzelam!”. My przerażone. Zatrzymujemy się. Wylatuje śmiertelnie blady i ciężko przestraszony milicjant, wyrywając rewolwer z kabury. „Rzuć broń!” – słyszymy. Nie wiemy, o jaką broń chodzi, bo naturalnie niczego takiego ze sobą nie mamy. Okazało się, że milicjant wziął za broń przewieszone przez plecy, zamknięte w futerałach statywy do aparatów. „Natychmiast na posterunek!” – krzyczy. Próbujemy pokazać dokumenty, to znaczy zaświadczenie Instytutu Sztuki oraz zgodę arcybiskupa lubelskiego, ale rozgorączkowany milicjant nie chce ich nawet oglądać.

Idą na posterunek. Milicjant zamyka sztaby za zatrzymanymi i dopiero wtedy zadaje pytania. Okazuje się, że z Moniak, miejscowości, w której objeżdżały dwór, było doniesienie do milicji powiatowej w Kraśniku, że na tym terenie pojawiło się dwóch zrzutków amerykańskich. Był to czas, kiedy propaganda krzyczała o dywersantach – spadochroniarzach, którzy rozrzucają stonkę ziemniaczaną. Ruszyła obława, cały powiat był obstawiony. A młode, niczego nieświadome inwentaryzatorki z Warszawy, przemierzały na rowerach polnymi ścieżkami cały teren, na którym odbywała się akcja policyjna.

Iza Galicka:

– Na komisariacie spędziłyśmy kilka godzin. Kiedy zaświadczenia nie pomogły, dałyśmy numer telefonu do Instytutu, żeby potwierdzili naszą tożsamość. Wtedy były telefony na korbkę i jakoś nie mogli się dodzwonić do Warszawy.

Ewa Smulikowska:

– Jak się w końcu dodzwonili, to nas wypuścili i pewnie się sami uśmiali. Ale była heca.

Izabella Galicka podczas inwentaryzacji zabytków

ARCHIWUM PRYWATNE IZABELLI GALICKIEJ

Osiem lat po wojnie największym problemem podczas wyjazdów w teren jest znalezienie noclegu. Czasem ksiądz zaproponuje pokój na plebanii. To jest jak prezent – wygodnie i przestronnie, mogą spać w osobnych łóżkach. Jeśli ksiądz nie może przenocować, zostają na łasce sołtysa. Pewnego dnia pukają do drzwi jednego z takich włodarzy. Obyty w świecie, oczytany, ale jego żona nigdy nie była w żadnym większym mieście. W Warszawie trwała właśnie budowa Pałacu Kultury i Nauki, dużo się o tym mówiło, głównie to, że ma być wysoki na czterdzieści pięter. Żona sołtysa nie potrafiła sobie tego wyobrazić:

– No, jak to czterdzieści pięter? To tak jakby czterdzieści chałup jedna na drugą postawić? – próbowała zrozumieć.

W domu sołtysa wszyscy śpią na jednym posłaniu odgrodzonym deskami od reszty izby. Sołtys, żona, dzieci i goście – inwentaryzatorki – razem z nimi. Inaczej spałyby na podłodze. Rodzina sołtysa żyje w nieprawdopodobnie prymitywnych warunkach, nawet jak na tamte czasy.

Iza Galicka:

– W terenie spędzałyśmy czasem nawet dwa tygodnie, codziennie śpiąc w innym miejscu. Bywało różnie. Najbardziej jednak zapadła nam w pamięć historia z Zaklikowa.

Z objazdu piszą wspólnie pamiętnik. Raz jedna, raz druga, czasem opisują to samo wydarzenie z innej perspektywy.

Ewa pisze:

19 lipca 1953 Zaklików

Ruszamy wreszcie do Zaklikowa. Potwornie piaszczysta droga i prawie cały czas prowadzimy rowery, dla urozmaicenia taszcząc je przez rowy i przenosząc je przez płot. Do Zaklikowa docieramy wieczorkiem i z przerażeniem stwierdzamy, że będziemy zmuszone zanocować w tej najgorszej gminie naszego powiatu, przed czym nas w Warszawie szereg osób ostrzegało. Pierwsze wrażenie jest rzeczywiście jak najgorsze. Po ulicach włóczą się pijani żołnierze, trzymający rozszczebiotane dziewoje za okrągłe pośladki lub pokaźnych rozmiarów biusty. Dziewoje wąchają przysłowiowe róże, a w uszach mają obskurne kolczyki. Umieramy z głodu, więc objeżdżamy rynek dookoła, szukając gospody, w której można by coś zjeść. Gospód jest aż trzy, niestety w każdej z nich jedynie można otrzymać jasne piwo ewentualnie po pysku od wstawionych pijaków, stanowiących naszym zdaniem kwiat młodzieży Zaklikowa-miasta. Zupełnie zrozpaczone opieramy rowery o ścianę i patrzymy na siebie bezradnie. Iza już otwiera usta, żeby powiedzieć, że nienawidzi historii sztuki, a inwentaryzacja zabytków ją niewypowiedzianie nudzi, gdy nagle jak deus ex machina zjawia się gruby jegomość o zbrodniczym wyglądzie i niesłychanie ekscentrycznym tatuażu. Jedzie od niego wódą, która to zapewne nadała jego ruchom niesłychaną szarmancję i wytworność.

Ewa Smulikowska wspomina dziś:

– Facet wygląda jak gangster z hollywoodzkiego filmu. Koszulka na ramiona w poprzeczne pasy, gruby, gęba trochę zapita. I zaczyna nas wypytywać, kim my w ogóle jesteśmy. W duchu się zaśmiałyśmy: „my jesteśmy krasnoludki”.

Iza Galicka:

– Ale głośno wypowiedziałyśmy naszą stałą formułkę: „jesteśmy z Polskiej Akademii Nauk, prowadzimy inwentaryzację zabytków”.

– Z Warszawy? – on na to.

Ewa pisze:

Wypytawszy nas dokładnie, skąd i dokąd, i po co jedziemy, oświadcza:

– Panie pozwolom, Wesołowski jezdem. Także warszawiak. Możeście słyszały – Bodo z Tamki – król Powiśla to ja! – tu wypiął dumnie pierś i spojrzał na nas negliżująco. Jak potem się dowiedziałyśmy, Bodo z Tamki to znany rzezimieszek, postrach przedwojennej Warszawy.– Rodaczkom trzeba pomóc! – ciągnął dalej Bodo swą przemowę – skieruję was do sołtysa, a on musi was przenocować.

Wytłumaczył nam, którędy mamy jechać i dał nawet kartkę ze słowami: „do sołtysa – proszę przenocować tych dwóch pań obowiązkowo”. Podziękowałyśmy „królowi Powiśla” bardzo uprzejmie i pojechałyśmy na poszukiwanie sołtysa, który okazał się mrukliwym chłopem o ponurym wejrzeniu. Początkowo odnosił się do nas bardzo niechętnie, ale posługując się naszym niezwykłym czarem, zdołałyśmy go dokumentnie rozbroić. Jego i jego połowicę, tak że uraczyła nas świetną kolacją, która przywróciła blask naszym zasnutym mgłą oczom i urok młodocianemu życiu.

Iza pisze:

Kolejny nocleg na sianku u miłej gospodyni, chodzącej w przedwojennym płaszczu, do której wpakował nas sołtys. Nasz czar i wdzięk działają w dalszym ciągu i sprawiają, że wyjeżdża jeszcze jedna obfita i smaczna kolacja.

Następnego dnia inwentaryzują zabytkowe nagrobki na zaklikowskim cmentarzu.

Iza pisze:

20 lipca 1953 (poniedziałek)

Idziemy na cmentarz. Wolno, potwornie wolno i z najwyższą niechęcią opisujemy stary kościółek na cmentarzu, ja, wykorzystując chwilę nieuwagi Ewy, zręcznie zasypiam w konfesjonale, podczas gdy ona balansując na czubku rozlatującej się drabiny, z mozołem dyktuje mi odczytane z obrazów napisy. Ze słodkiej drzemki budzi mnie nagle niezupełnie anielskiej słodyczy wrzask rozwścieczonej Ewy nad uchem. Ta moja tyranka od spraw sztuki usiłuje mnie natchnąć zapałem naukowym do starych nagrobków na cmentarzu i po prostu wypycha mnie na dwór mimo mojego rozpaczliwego oporu. Wreszcie kompletnie zrezygnowana, przegrana i zobojętniała przystępuję do przeglądu napisów nagrobnych, gdy wtem... Tym razem nasze przeznaczenie przybrało postać maleńkiej staruszki, opalonej na ciemny brąz, o siwych włosach i przedobrych jasnych oczach, wypełnionych po brzegi uśmiechami, na zmianę tkliwymi, to wesołymi i figlarnymi. To właśnie była panna Anna. Jej bose stopy, sterana suknia i zajęcie, jakiemu się oddawała – porządkowanie grobów, sprawiły, że wzięłyśmy ją za kobietę od uprzątania cmentarza i nie zwróciłyśmy na nią w gruncie rzeczy uwagi. Trudno wyobrazić sobie większe zaskoczenie i zdumienie od naszego, gdy w pewnej chwili przemówiła do nas pięknym stylem, z pełną swobodą posługując się terminologią historii sztuki. Gardłowo brzmiało jej francuskie „r”, mówiła z niespotykaną wprost erudycją i znajomością rzeczy oraz wiedzą o wszystkich interesujących nas sprawach. Chyba tak było w górze napisane i wszystko – nasza inwentaryzacja, Kraśnik zamiast powiatu zamojskiego, jak miało być pierwotnie, terrorystyczne wygnanie mnie na cmentarz przez Ewę, wszystko działo się po to, byśmy mogły spotkać pannę Annę.

To Anna Nagórska – dawna właścicielka majątku w Radnej Górze, który po II wojnie światowej przekazała wyrzuconym ze Lwowa siostrom józefitkom. Wykształcona, jako jedna z pierwszych Polek, na Sorbonie. Zdobyte umiejętności wykorzystuje w Polsce, dając bezpłatnie lekcje francuskiego, literatury, muzyki. Rozdaje wszystko, co posiada. Codziennie przyjmuje komunię. Prowadzi życie ascetki. Utrzymuje kontakty z wybitnymi osobowościami, między innymi profesorem Tadeuszem Kotarbińskim i prymasem Stefanem Wyszyńskim, który dwukrotnie ją odwiedza. Jednym z wielu jej uczniów jest Leszek Długosz, poeta i kompozytor. Jak wspomina, była nie tylko nauczycielką, ale także mentorką. Podczas pobytu badaczek w Zaklikowie opiekuje się nimi, pomaga znaleźć zakwaterowanie i jest kopalnią wiedzy o lokalnych zabytkach, jakiej próżno szukać w książkach.

mniej..

BESTSELLERY