Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Przystań Nadziei - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Tłumacz:
Data wydania:
20 kwietnia 2018
Czytaj fragment
Pobierz fragment
30,73
Cena w punktach Virtualo:
3073 pkt.

Przystań Nadziei - ebook

Tracy Campbell nigdy nie chciała wyjeżdżać z Przystani Nadziei w pochmurnym Oregonie ani opuszczać należącej do jej rodziny od trzech pokoleń sielskiej plantacji żurawiny, na której dorastała. Jednak perypetie życiowe (i miłosne) pokrzyżowały jej plany. Kiedy tragiczne wydarzenia ponownie wywracają jej świat do góry nogami, postanawia wrócić do rodzinnego miasta i dźwignąć kulejącą plantację. Nie ma w planach kolejnej miłości…

…nie ma jej też Michael Hunter. Turysta z Chicago skrywa w swym sercu mroczne sekrety. Gdy jednak Tracy werbuje go do pomocy w miejscowej organizacji charytatywnej, w Przystani Nadziei daje się wyczuć powiew zmian, przynoszących pocieszenie i nadzieję wielu ludziom – w tym także Tracy i Michaelowi.

Kategoria: Powieść
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-65843-71-5
Rozmiar pliku: 1,4 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1

Nieczynne do 13 czerwca.

Michael Hunter wpatrywał się w odręcznie napisaną kartkę na drzwiach recepcji Gull Motel. Westchnął i przeczesał włosy palcami. Nie takiego powitania oczekiwał po trzydziestoczterogodzinnej podróży na wybrzeże Oregonu. I gdzie niby miał się podziać przez następne trzy tygodnie, dopóki motel nie zostanie ponownie otwarty?

Zwalczając w sobie chęć kopnięcia w drzwi, nachylił się do szyby i zaglądnął do środka ciemnego, opustoszałego biura. Szarpnął za klamkę. Spojrzał na nieduży, pusty parking. Napis nie kłamał. Motel był nieczynny.

Odwrócił się w kierunku położonej u podnóży wzgórza przystani, gdzie fale łagodnie bujały łodziami. Motel może okazał się niewypałem, ale przynajmniej Przystań Nadziei, zgodnie z obietnicą, była malownicza. Donice z mnóstwem kolorowych kwiatów, niczym bufor, odgradzały chodnik od pochyłego kamiennego murka schodzącego do samej wody. Po drugiej stronie szerokiej ulicy biegnącej od przystani znajdowały się sklepy, których fantazyjne witryny wychodziły na morze. W niedużym parku, przez który długa na dwie kwatery droga szerokim łukiem ciągnęła się aż do rzeki, stała biała altanka. Na kolejnej ulicy było więcej sklepów. Wiele z nich zdobiły jasne markizy i skrzynki z kwiatami.

Dokładnie takiego miasteczka się spodziewał. Ale przez to, że jedyny motel był nieczynny raczej nie będzie mógł dobrze spędzić czasu w tej okolicy.

Poczuł narastający gniew. To zmęczenie dawało o sobie znać. Dlaczego zarezerwowano mu pokój, skoro motel miał być zamknięty przez kilka tygodni? I dlaczego w przeciągu trzydziestu dni od chwili wpłacenia zaliczki nikt nie dopatrzył się pomyłki?

Taka tandetna jakość usług była typowa dla ogólnie znanego wyluzowanego stylu życia na Wybrzeżu Północno-Zachodnim, więc zapewne mieszkańcy tego miasteczka mieli podobne podejście – tylko że to niedbalstwo oznaczało konieczność znalezienia innego miejsca do tak bardzo mu potrzebnego odpoczynku.

Sięgnął do paska po telefon. Skrzywił się, kiedy jego palce trafiły w próżnię. No jasne. Schował go dwa dni temu, gdy zawinął się z Chicago – dobrze przemyślana strategia w celu całkowitego oderwania się od pracy. Przecież chyba o to mu chodziło?

Ale skoro już go ze sobą zabrał...

Wrócił do samochodu i otworzył bagażnik. Znalazł komórkę w mniejszej z dwóch toreb i wyciągnął ją. Po włączeniu okazało się, że miał trzy wiadomości, wszystkie od Gull Motel.

Odsłuchał pierwszą od kobiety o imieniu Madeline, która podała się za kierownika motelu.

Panie Hunter, przykro mi, ale niestety mieliśmy awarię instalacji elektrycznej i będziemy zamknięci przez około trzy tygodnie ze względu na konieczne naprawy. Proszę do mnie oddzwonić jak najszybciej, abyśmy mogli pomóc w znalezieniu innego zakwaterowania. – Podała swój numer.

Druga i trzecia wiadomość była podobna. Więc zamknięcie nie było planowane, a do tego ktoś próbował się z nim skontaktować.

Powoli wciągnął świeże morskie powietrze, próbując rozluźnić napięte mięśnie ramion. Prowadzenie samochodu przez piętnaście godzin dwa dni z rzędu i zrywanie się bladym świtem, aby jak najszybciej dojechać do celu, wystawiło jego cierpliwość na próbę. O wiele lepiej wychodziło mu pokazywanie innym, jak przekuć lęk w odwagę. Poza tym był przyzwyczajony do improwizacji i znajdowania kreatywnych rozwiązań. Przeciwności nigdy go nie zrażały. Jego zdolność radzenia sobie z niepowodzeniami była jedną z tych rzeczy, które kochała w nim Julie.

Julie. Widok na zatokę zaczął mu się rozmazywać. Michael zacisnął zęby.

Odpuść, Hunter. Użalanie się nad sobą nic tu nie zmieni. Trzeba żyć dalej. Odzyskaj swoje życie.

Od miesięcy dawał sobie wciąż tę samą radę – i zamierzał się do niej zastosować. Kiedy tylko dowie się, jak to zrobić.

Walcząc z falą melancholii, wybrał numer podany przez kobietę. Palec wskazujący nie do końca pewnie poruszał się po klawiaturze. Hunter przez chwilę przyglądał się drżącej dłoni, po czym wsunął ją do kieszeni. Był zmęczony, to wszystko. Potrzebował jedzenia i snu, dokładnie w tej kolejności. Im szybciej, tym lepiej. Jutro wszystko nabierze jaśniejszych barw.

Nie było innej możliwości. Ta podróż musi mu pomóc uporządkować życie, bo inne pomysły już się wyczerpały.

Czekając na połączenie, znów spojrzał na zatokę. Po lewej stronie biegł długi pomost, a po prawej znajdowały się dwie skaliste wysepki poskramiające wzburzone fale i chroniące łodzie w przystani. Omiótł wzrokiem spokojną taflę morza, sięgając aż po horyzont, gdzie kobaltowa woda stykała się z ciemnym błękitem nieba. Widok oglądany ze stanowiska na wzgórzu wydawał się obrazem ideału.

Ale nim nie był. Nic nie było idealne. Co więcej, było dalekie od tego. To, co widział, to tylko iluzja wywołana dystansem. Odległość wygładzała krawędzie, maskowała skazy, przysłaniała brzydkie detale. Do tego zmieniała perspektywę.

Jeżeli będzie miał szczęście, podróż zagwarantuje mu to wszystko – i nie tylko to.

– Pan Hunter? Mówi Madeline King. Próbowałam się do pana dodzwonić.

Odwrócił się od idyllicznej panoramy i poprawił przyciśnięty do ucha telefon.

– Byłem w trasie i miałem wyłączoną komórkę. Teraz jestem przed państwa motelem. Co może mi pani zaproponować w zamian?

– Niestety w Przystani Nadziei nie ma wiele możliwości, ale jest kilka ładnych miejsc w Coos Bay lub Bandon...

Kiedy kobieta zaczęła szybko wymieniać z pamięci nazwy hoteli, Hunter stłumił westchnienie. Nie po to jechał tutaj taki kawał drogi, żeby spędzić czas w którymś z wymienianych przez kierowniczkę miasteczek. Chciał pobyć w Przystani Nadziei.

– Nie znajdzie się coś bliżej?

Kobieta ucichła, gdy tak nagle jej przerwał.

– Hmmm... nic, co mogłabym polecić. Pewnie udałoby się znaleźć dla pana jakiś pensjonat gdzieś bliżej, ale te tutaj są droższe. Większość ludzi rezerwuje jedną noc, co najwyżej dwie, a pan, jak sądzę, zamierza zostać kilka tygodni. Poza tym pensjonaty są raczej nastawione na goszczenie par.

Istotna uwaga. Przytulny zajazd przypomniałby mu tylko, jak bardzo czuł się samotny.

– Okej... może znajdzie mi pani coś na parę nocy, a w międzyczasie zdecyduję, co robić dalej. Stawiałbym na Bandon, ponieważ jest najbliżej.

– Zaraz się tym zajmę.

– Nie ma pośpiechu. – Spojrzał na dzielnicę handlową, prezentującą się w całej swej okazałości, czyli obejmującą swym obszarem dwie kwatery. – Zamierzam trochę pokręcić się po mieście i coś przekąsić.

– No to jesteśmy umówieni. I jeszcze raz bardzo przepraszam za tę niedogodność.

Pożegnawszy się, zabrał z tylnego siedzenia kurtkę i zamknął samochód. Południowe słońce przyjemnie grzało, ale wiatr był chłodny – w każdym razie jak na jego gust. Chociaż być może lekki chłodek w powietrzu był czymś normalnym w Oregonie w trzecim tygodniu maja.

Kiedy Hunter zaczął schodzić ze wzgórza, poczuł burczenie w brzuchu. Gdyby nie był głodny jak wilk, ruszyłby w przeciwnym kierunku, na dużą, pustą plażę u podnóża klifów na przedmieściach, którą zauważył, wjeżdżając do Przystani. Spacer po piaszczystym wybrzeżu byłby znacznie przyjemniejszy od wałęsania się po mieście. Doszedłszy na sam dół, spojrzał na znak drogowy „Wjazd do portu”.

Przejście ciągnącą się przez dwie kwatery nabrzeżną ulicą nie zajęło mu wiele czasu. Gdy był w połowie drugiego, okazało się, że wybór miejsc, gdzie można było kupić coś do jedzenia, ograniczał się do piekarni i sklepu wędkarskiego z szyldem reklamującym kanapki na wynos, zapewne dla zgromadzonej na brzegu całej rzeszy wędkarzy. Wszystkie restauracje musiały znajdować się ulicę dalej od przystani, w dzielnicy handlowej.

Już miał zamiar zawrócić, kiedy poczuł unoszący się w powietrzu kuszący ostry zapach. Spojrzał na koniec przecznicy. Na skraju parku z altaną stała biała ciężarówka z jedzeniem na wynos.

„U Charleya”, głosił kolorowy napis nad okienkiem, przy którym obsługiwano klientów. Mężczyzna o smagłej twarzy i siwych włosach związanych w koński ogon przyjmował zamówienia od kilku osób.

Kolejne zaciągnięcie się nęcącym aromatem sprawiło, że z brzucha Huntera zaczęły wydobywać się donośne dźwięki. Trafiony, zatopiony. Zje wszystko, cokolwiek tam przyrządzali. Szybko zmienił kierunek trasy i przeszedł na drugą stronę ulicy.

– Hej! Uważaj!

Słysząc za sobą nerwowy kobiecy głos, odwrócił się... i odskoczył do tyłu, w samą porę unikając zderzenia z rowerem pędzącym prosto na niego. Rowerzystka nie miała jednak tyle szczęścia, co on. Skręciła przed nim gwałtownie. Po czym kolebiąc się na boki przez kilka metrów, w końcu wywróciła się tak, że na chodniku powstała jedna plątanina rąk, nóg, szprych i rozsypanych zakupów.

Dopiero po chwili doszedł do siebie na tyle, by ruszyć jej z pomocą, ale ona zdążyła się już pozbierać.

– Wszystko w porządku?

Popatrzyła na niego intensywnie zielonymi oczami, jedną ręką pocierając biodro, a drugą odgarniając złocistobrązowe włosy, które wydostały się z jej kucyka.

– Przeżyję, ale następnym razem rozejrzyj się, zanim włączysz się do ruchu.

– Przepraszam. – Brzmiało słabo, lecz co innego mógłby powiedzieć? – Pomogę ci z rowerem. – Chciał go podnieść, ale go ubiegła.

– Poradzę sobie.

Postawiła rower i rzuciła na niego okiem.

– Jeżeli coś się zepsuło, z przyjemnością zapłacę za wszelkie szkody.

Nieznajoma odchyliła stopkę roweru.

– Jest w lepszym stanie niż moje zakupy.

Z wściekłą miną przyjrzała się rozbitym na chodniku jajkom, a potem zaczęła zbierać puszki, które potoczyły się kilka metrów dalej.

Kiedy zbierała niesforne konserwy, on podniósł opakowanie mielonej wołowiny i na wpół zgnieciony bochenek chleba. Odnalazł także sponiewieraną białą papierową torebkę. Dostrzegł przez szparę cynamonową drożdżówkę.

Po chwili torebka została wyrwana z jego dłoni.

– Dam sobie radę.

Wyciągnęła rękę po chleb i mięso. Widok krwi sączącej się z paskudnego otarcia na miękkiej opuszce dłoni tuż pod kciukiem ścisnął mu żołądek.

– Skaleczyłaś się.

Wyrwała mu z ręki mięso i chleb i spojrzała na otarcie.

– Nie jest tak źle. Zajmę się tym, kiedy dotrę do domu.

Odwróciła się i kontynuowała pakowanie produktów do toreb.

– Posłuchaj... pozwól mi chociaż zapłacić za zniszczone zakupy.

– Daj sobie spokój.

Wepchnęła torby do koszyków po obu stronach tylnego błotnika roweru i przełożyła przez niego długą nogę przyodzianą w dżinsy.

– Po prostu następnym razem rozejrzyj się, zanim przejdziesz przez ulicę, okej?

Powiedziawszy to, odepchnęła się, zrobiła nawrotkę i ruszyła ulicą. Michael śledził ją wzrokiem, aż zniknęła za rogiem, po czym wsunął dłonie do kieszeni.

Co jeszcze mogło pójść dzisiaj nie tak? Apetyt wyparował. Michael obrał zatem inny kierunek drogi i ruszył na jedną z ławek rozmieszczonych wzdłuż nabrzeża. Miło ze strony władz miasta, że zapewniły mieszkańcom i turystom jakieś miejsce, gdzie można się było zrelaksować i uwolnić od trosk.

Ale jego to nie dotyczyło. Jemu dane były tylko pustka i czarna rozpacz – jego wierne towarzyszki przez ostatnie osiemnaście miesięcy. Nic nie mogło ich pokonać – ani jasne słońce, ani trzy tysiące kilometrów, które pokonał, by uciec od siebie samego i od wspomnień, ani też optymistyczna nazwa miasteczka, jaka go tutaj zwabiła obietnicą lepszego jutra.

Przystań Nadziei? Oparł łokcie na kolanach i ujął głowę w dłonie, zdmuchując niczym świeczkę cały ten idylliczny widoczek. Na ile zdążył się zorientować, ktokolwiek nadał temu miejscu taką nazwę, musiał chyba mieć nie po kolei w głowie.

Anna Williams dała pieniądze Charleyowi Lopezowi, kiedy ten wręczał jej przez okienko zamówienie, po czym zaciągnęła się zapachem tacos unoszącym się z papierowej torby.

– Pachnie wspaniale. Jaki to mamy dziś tajemniczy składnik?

Na twarzy Charleya w kolorze kawy z mlekiem pojawił się uśmiech odsłaniający dwa rzędy błyszczących, białych zębów.

– Nic specjalnego. Zwyczajne rybne tacos.

– Nie takie zwyczajne, kiedy ty je robisz. Jaką dałeś rybę?

– Masz zamiar ze mną rywalizować?

Parsknęła śmiechem.

– Mam sześćdziesiąt dziewięć lat. Czasy zawodowego gotowania są już za mną.

Charley oparł łokcie na blacie, spojrzał w lewo i w prawo i ściszył głos.

– Halibut, z odrobiną kolendry. Reszta... – Mrugnął do niej i pstryknął palcami. – ...to moje własne sztuczki.

Wyprostował się, chwycił pakunek i podał jej.

– Mogłabyś to dać temu gościowi na ławce, kiedy będziesz przechodziła obok? Wygląda, jakby potrzebował czegoś na poprawę humoru.

Anna zwróciła się we wskazanym kierunku. Mężczyzna siedział odwrócony do niej plecami, nie trzeba było jednak nadzwyczajnej empatii, aby odgadnąć, że był zdołowany.

– Wiesz, kto to może być albo co mu jest?

– Nie mam pojęcia.

Lokalny ekspert od tacos nie miał zamiaru tego dociekać. Owszem, wiedział o wszystkim, co działo się w mieście, ale nigdy nie zadawał pytań, nigdy nie plotkował, nie osądzał.

Może dlatego ze wszystkimi mu się układało.

– Mogę mu to dać – odparła i wzięła dodatkowe zamówienie. – Chcesz mu też przekazać jakąś wiadomość?

– Tak.

Charley wziął kartkę, zapisał na niej kilka słów i złożył ją na pół. Pochylił się, opierając łokieć na blacie, i wsunął karteczkę do zawiniątka.

– Sam bym mu zaniósł, ale zaraz będę miał klientów.

Wskazał na kilku mężczyzn w hełmach, przechodzących przez ulicę i zmierzających w ich kierunku.

– Ten remont na sto pierwszej ulicy może jest irytujący dla kierowców, ale dla mnie to prawdziwe błogosławieństwo.

– Będziesz jutro? – Anna odsunęła się od okienka, kiedy podeszli robotnicy.

– Zależy od pogody, jutrzejszego połowu i mojego nastroju.

Posłał jej szeroki uśmiech i odwrócił się do nowo przybyłych klientów.

Pochwyciwszy pakunki niczym wprawna żonglerka, Anna ruszyła do mężczyzny na ławce. Tylko Charley mógł ją przekonać, żeby podeszła do kogoś obcego. Jak mu się to udało? Prawie nie rozmawiała z ludźmi, których znała przez większość życia. Bo i po co? Nikt nie dba o człowieka z wyjątkiem rodziny, a kiedy i jej zabraknie... cóż, lepiej pogodzić się z samotnością.

Zwolniła kroku i obejrzała się na budkę z jedzeniem. Zdążyła utworzyć się kolejka, więc Charley uwijał się w środku. Gdyby nie był tak zajęty, wróciłaby do niego i kazała mu samemu zanieść swój podarunek. Z drugiej strony nigdy dotąd nie prosił ją o żadną przysługę, no i trudno było storpedować tak miły gest.

Zrezygnowana, ruszyła w kierunku ławki, spoglądając na nieznajomego. Nadal siedział, z głową w dłoniach. W jego ciemnobrązowych włosach pobłyskiwały srebrne niteczki. Przynajmniej nie był jednym z tych włóczęgów, którzy od czasu do czasu pojawiali się przejazdem w ich miasteczku. Znoszone dżinsy, jakie miał na sobie, spokojnie kwalifikowały go do tej kategorii, ale skórzane buty były wypolerowane na błysk. Pokręciła głową. Sposób, w jaki obecnie ubierali się ludzie... Gość mógł być yuppie – czy jak tam nazywało się tych młodocianych karierowiczów, którzy lubili łamać konwenanse i robić wszystko po swojemu. Pomyślała, że pewnie jest jakimś kierownikiem z Doliny Krzemowej, który wyruszył w podróż na wybrzeże, aby opłakać stratę milionowej transakcji. Nie warto było współczuć komuś takiemu.

Wyprostowała ramiona i odchrząknęła, żeby zwrócić jego uwagę.

– Przepraszam.

Mężczyzna nie zareagował.

– Proszę pana? Przepraszam.

Jej ostrzejszy ton sprawił, że opuścił ręce i odwrócił się do niej.

Nagle z jej płuc wydobył się świst. Czy to nie...? Położyła dodatkowe tacos na ławce i wyciągnęła rękę w poszukiwaniu oparcia.

– Proszę pani? – Mężczyzna wstał, z czołem zmarszczonym od zatroskania. – Wszystko w porządku? Chce pani usiąść?

Skoncentrowała uwagę na jego oczach. Niebieskie, nie brązowe. To nie był John. Oczywiście, że to nie on. John nie przyjeżdżał tutaj od prawie dwudziestu lat. I prawdopodobnie nigdy się już nie pojawi.

Gdyby jednak przypadkiem ich ścieżki miały się jeszcze kiedykolwiek przeciąć, w tym dziwnym współczesnym świecie, to rozpoznałaby go. I z wyjątkiem oczu ten obcy mężczyzna był jego sobowtórem. Ten sam kolor włosów, ta sama sylwetka, ten sam wiek, a więc trzydzieści pięć, może czterdzieści lat, ten sam wzrost, około metr osiemdziesiąt. Co za dziwaczny zbieg okoliczności.

– Proszę pani?

Powoli nabrała powietrza.

– Nic mi nie jest. Po prostu... przypominasz mi kogoś, kogo nie widziałam od bardzo dawna.

– Może usiądzie pani na chwilę? – Podniósł tacos, które wcześniej położyła, by zrobić jej miejsce na ławce.

Dochodząc do siebie, kręciła głową. Będzie dobrze, jak tylko jej serce przestanie się tak tłuc. Nie było sensu tego przeciągać. Ale patrząc na tego mężczyznę... Podobieństwo było niesamowite. Z łatwością mógłby udawać, że jest Johnem.

Ogarnęła ją przemożna tęsknota, ponownie poczuła ucisk w piersi – ale natychmiast ją odepchnęła. Pobożne życzenia nic tutaj nie zmienią. Na podobne głupstwa było za późno. Co się stało, to się nie odstanie. Niemniej jednak... cóż złego było w pozwoleniu sobie na odrobinę fantazji przez te kilka minut?

– Myślę, że tak. – Usiadła na samej krawędzi ławki.

Mężczyzna z powrotem zajął swoje miejsce i podał jej tacos. Odsunęła je.

– To dla ciebie. Z pozdrowieniami od kucharza. – Wskazała kciukiem w stronę ciężarówki.

Zaskoczenie złagodziło jego wyraz twarzy. Odwrócił się do Charleya, który w pozdrowieniu dotknął brzegu czapki baseballowej z napisem: „Oregon Ducks”.

– A to dlaczego? Nowy znajomy z ławki przyglądał się paczuszce.

– W środku jest wiadomość... o, tutaj. – Anna wysunęła róg złożonej kartki.

Mężczyzna wyciągnął ją i przeczytał zapisane słowa, po czym posłał Charleyowi badawcze spojrzenie. Następnie włożył niewielką kartkę do kieszeni koszuli.

Anna, chociaż była ciekawa, zdusiła w sobie chęć zapytania go o treść liściku. Wtykanie nosa w nieswoje sprawy przysparzało tylko problemów. Kiedy cisza zaczęła się przedłużać, otworzyła swoją torbę, wyciągnęła pakunek owinięty pergaminem i wskazała na jego.

– Śmiało, wcinaj. Najlepsze rybne tacos na Zachodnim Wybrzeżu. – Skoro już tutaj siedziała, czemu nie zjeść teraz, dopóki danie było gorące i świeże, zamiast jak zwykle taszczyć je do domu? Poza tym jedzenie dawało jej pretekst, by przedłużyć ich spotkanie.

Mężczyzna powoli rozwinął papier.

– Pachnie wspaniale.

– Charley ma do tego talent.

Michael ugryzł kawałek. W miarę jak przeżuwał, napięcie zaczęło znikać z jego twarzy.

– Niesamowite.

Podczas gdy ona wciąż zmagała się z pierwszym kęsem, on łapczywie pochłaniał kolejny i kolejny. Zwolnił tempo dopiero przy przełykaniu ostatniego.

– Musiałeś być głodny.

Otarła odrobinę sosu, który skapnął na pergamin na jej kolanach. Dlaczego dobre jedzenie zawsze musi człowieka tak wybrudzić?

– Bardziej, niż myślałem. Byłem w drodze prawie trzy męczące dni i rzadko zatrzymywałem się, żeby coś zjeść.

– Skąd jesteś?

– Z Chicago.

– To kawał drogi. Jesteś tylko przejazdem?

Jego twarz spochmurniała.

– Chyba tak. Zamierzałem zostać na kilka tygodni, ale motel jest zamknięty. Próbują znaleźć mi coś w Bandon lub Coos Bay, ale to Przystań Nadziei była celem mojej podróży. Jeśli zatrzymałbym się gdzie indziej, to nie byłoby już to samo.

Tylko „ja, ja, ja”. Nic nie mówi o żonie, choć nosi obrączkę.

Ciekawe.

– Byłeś tu wcześniej?

Spuścił wzrok i wrócił do jedzenia.

– Nie.

Jego nagłe milczenie zawierało jasny i wyraźny komunikat: „Odczep się”.

W porządku. Ludzie mają prawo do prywatności, zwłaszcza jeśli chodzi o bolesne dla nich tematy. Nie muszą się zgadzać na branie na spytki i zaczepki ze strony obcych, wścibskich osób... ani nawet mających najszczersze zamiary przyjaciół. Jednak cierpienie aż przezierało przez jego skórę – ból, który w jakiś sposób wiązał się z Przystanią Nadziei.

Skończył ostatnie tacos, zgniótł papier i wrzucił do małego kosza na śmieci przy ławce.

– Dziękuję, że przyniosła mi pani lunch. Podejdę do ciężarówki i podziękuję kucharzowi. Jeśli się tutaj zatrzymam, to będzie miał nowego... – Urwał, wyciągnął telefon i spojrzał na ekran. – Kierowniczka z Gull Motel. Chyba coś mi znaleźli. Przepraszam.

Obrócił się bokiem do Anny.

Właśnie skończyła drugie tacos i zaczęła przysłuchiwać się jego rozmowie.

– Jest pani pewna, że nie ma nic w Bandon?... Do kiedy?... Ale to oznaczałoby ponowne pakowanie się w poniedziałek... Tak, chyba tak. – Westchnął i zaczął grzebać w kieszeniach w poszukiwaniu kartki i długopisu. – Proszę mówić dalej i podać mi wszystkie szczegóły.

Podczas gdy Michael notował, Anna zawinęła z powrotem trzecie tacos, odkładając je na wieczorną przekąskę.

Madeline musiała mu powiedzieć o zlocie zabytkowych samochodów w Bandon, odbywającym się w ten weekend. To coroczne wydarzenie rozrosło się do takich rozmiarów, że prawdopodobnie każdy hotelowy pokój był już zarezerwowany. Zdaje się, że jej ławkowy znajomy wyląduje w Coos Bay – sporo dalej, niż planował.

Chyba że...

Myśl, która przyszła jej do głowy, była tak zdumiewająca i zupełnie nie w jej stylu, że aż wstrzymała oddech. Skąd ten niedorzeczny pomysł? Oszalała czy co? Przecież to zupełnie obcy człowiek. Może jakiś przestępca. Albo naciągacz. Albo jeden z tych oszustów, którzy przymilają się do niczego niepodejrzewających emerytów, żeby następnie ich okraść.

Nie. Wykreśl ostatnie zdanie. To ona podeszła do niego, a nie odwrotnie.

Niemniej jednak... czemu w ogóle miałaby rozważać taką ewentualność?

Ponieważ wygląda jak John.

Jej palce zacisnęły się mocno na krawędziach paczuszki leżącej na kolanach, aż pergamin zaszeleścił w proteście. Co za głupi pomysł, żeby odgrywać Miłosiernego Samarytanina. Niech ten chłopak zatrzyma się w Coos Bay i dojeżdża do Przystani Nadziei. Podróż nie zajmowała aż tyle...

– Wygląda na to, że mam pokój. – Mężczyzna wsunął telefon do kieszonki na pasku i wstał. W zmęczonym uśmiechu odmalowała się umęczona dusza. – Będę się zbierał. Jeszcze raz dziękuję. – Wyciągnął rękę.

Anno, pożegnaj się z nim i życz mu powodzenia. Wstała, ciągle ściskając w ręku tacos i pustą torebkę.

– Mieszkam w tym mieście. Może byłabym w stanie coś ci zaproponować. – Słowa wydobywające się z jej ust zabrzmiały nienaturalnie. Sztywno.

Mężczyzna wytrzeszczył oczy i opuścił dłoń.

– Słucham?

Anna była chyba bardziej zaskoczona niż sam Michael. Nie to chciała powiedzieć, jednak z jakiegoś dziwnego powodu propozycja wydawała się jej właściwa. I prawdę mówiąc, cóż złego mogło się stać? Nawet jeśli by u niej zamieszkał.

Mechanicznie wsunęła tacos do papierowej torby, zrolowała jej górne brzegi i powiedziała:

– W domu mam nieduży aneks, przybudówkę z własnym wejściem i małą kuchnią. Kiedyś wynajmowałam go turystom, ale przyjeżdżali i za chwilę już odjeżdżali, tak że więcej było z tym kłopotu niż pożytku. Jeśli planujesz dłuższy pobyt, mogłabym rozważyć wynajem. Wyszłoby o wiele taniej niż motel.

Podała mu tygodniową opłatę, jaką dawniej pobierała.

Nadal gapił się na nią, jakby zaproponowała mu wspólną wyprawę na księżyc.

– Ale... pani nawet nie wie, jak mam na imię.

Jako że pomysł zaczął nabierać kształtów, powróciła jej zwyczajowa postawa „przejdźmy do sedna”.

– Łatwo temu zaradzić. Ja zacznę. Anna Williams. Przyjechałam do Przystani Nadziei ponad czterdzieści lat temu jako panna młoda i od tamtej pory tu mieszkam. Przez większość życia pracowałam w szkolnej stołówce. Obecnie gotuję dla ojca Murphy’ego i pastora Bakera. Nie krępuj się i porozmawiaj z nimi, jeśli potrzebujesz referencji. Ich kościoły znajdują się na przeciwległych końcach miasta, ale podejrzewam, że dzisiaj są na polu golfowym, jeżeli zgodnie ze swoim zwyczajem spotkali się na coczwartkową popołudniową rundkę. Możesz również zajrzeć na posterunek policji i porozmawiać z panią szeryf. Kiedyś byłam jej nianią. A ty jesteś?

– Michael Hunter.

– Jesteś jakimś zbiegiem?

Zamrugał.

– Nie. Ja... pracuję w Chicago, ale wziąłem urlop... z powodów osobistych.

– Mam nadzieję, że nie ma to nic wspólnego z alkoholem czy narkotykami.

Rzuciła mu to samo surowe spojrzenie, jakim kiedyś onieśmielała licealistów, którzy próbowali zwędzić dodatkowe ciastko w kolejce po lunch.

– Nie. – Jego oczy na chwilę ożywiło rozbawienie. – Jeśli pani chce, może poprosić waszą panią szeryf, żeby mnie sprawdziła.

– Mogę to zrobić. – Położyła na ławce torebkę i tacos, wyciągnęła notes i zapisała swój adres. – Możesz wpaść za parę godzin, jeżeli chcesz obejrzeć pokój. Tyle właśnie powinno mi zająć uporządkowanie wszystkiego. – Wyrwała kartkę i podała mu ją. – Jesteś zainteresowany? Nie chciałabym niepotrzebnie poświęcać całego popołudnia na sprzątanie.

Przyglądał się jej, powoli kiwając głową.

– Tak. Myślę, że tak. – Pogrzebał w kieszeniach i wyciągnął wizytówkę. – Oto kilka informacji o mnie, żeby wasza szeryf mogła się na czymś oprzeć.

Anna poprawiła okulary, sięgając po wizytówkę. „Michael P. Hunter, Dyrektor Generalny Centrum św. Józefa. W służbie godności, samodzielności i niezależności” – głosił tekst w nagłówku. To chyba jakiś rodzaj chrześcijańskiej działalności charytatywnej, która pomaga ludziom stanąć na nogi i wieść konstruktywne życie. Imponujące – zakładając, że był uczciwy. A intuicja podpowiadała jej, że był.

Wsunęła wizytówkę do kieszeni swetra i wyciągnęła rękę.

– Miło mi pana poznać, panie Hunter.

Uścisk miał serdeczny i pewny.

– Mnie również. – Mocno ścisnął jej dłoń, po czym skinął w stronę ciężarówki z tacos. – Pójdę złożyć kucharzowi wyrazy uznania. Do zobaczenia po południu.

Następnie pospacerował do budki z jedzeniem. Stanął z boku i czekał, aż Charley obsłuży klienta.

Anna ruszyła w drugą stronę, ale przystanęła zaraz na rogu. Charley oparł się o blat i rozmawiał z Michaelem. Echo ich śmiechu popłynęło w jej kierunku. Hmmm. Właściciel budki z tacos zdołał obudzić w jej poważnym kompanie z ławki odrobinę dobrego humoru. No cóż, dobrze mu to zrobi. Gość z Chicago wyglądał na takiego, któremu przydałaby się odrobina radości. Zresztą komu by się nie przydała?

Anna skręciła za róg i dwaj mężczyźni zniknęli jej z oczu... a wraz z nimi ulotniła się jej pewność siebie. Wiedziała, że wizytówka wręczona przez Michaela mogła być fałszywa. Centrum Świętego Józefa pewnie w ogóle nie istniało – choć zweryfikowanie tego w Internecie nie powinno być trudne. A jednak... zgarnianie jakiegoś człowieka z ulicy...

Jeśli miał tyle samo wątpliwości co ona, to pewnie nie będzie zawracał sobie głowy i w ogóle się nie pojawi. I może tak byłoby najlepiej.

Ale wówczas byłabyś rozczarowana.

Przyspieszyła kroku, by zagłuszyć ten irytujący głosik, będący zmorą jej egzystencji. No dobrze. Może rzeczywiście liczyła na to, że doprowadzi sprawę do końca – ale jego podobieństwo do Johna nie miało nic wspólnego z tym, jak się czuła. Owszem, to nieprawdopodobne podobieństwo z początku ją zwyczajnie zaciekawiło, ale potem pustka w jego oczach spowodowała, że wpadła po uszy. Ten młody człowiek przyjechał tutaj, by uśmierzyć swój ból. Być może w poszukiwaniu odpowiedzi albo żeby podjąć jakąś decyzję lub znaleźć rozwiązanie. Dlaczego miałaby mu nie pomóc, skoro mogła?

A gdyby los okazał się łaskawy, to może – w przeciwieństwie do niej – jemu by się udało.

Bo ona w Przystani Nadziei przez dwadzieścia lat nie doczekała się niczego takiego.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: