Facebook - konwersja
Serce nocy - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Serce nocy - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Tłumacz:
ISBN:
978-83-8097-259-9
Język:
Polski
Data wydania:
13 czerwca 2017
Rozmiar pliku:
612 KB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
19,90
Cena w punktach Virtualo:
1990 pkt.

Serce nocy - opis ebooka

Wiosną 1936 roku młoda Angielka Kay Garland odpowiada na ogłoszenie zamożnego rosyjskiego emigranta Konstantina Denisowa i zostaje damą do towarzystwa jego córki Mirandy. Podczas licznych podróży po Europie dziewczęta zostają bliskimi przyjaciółkami. Kiedy Miranda zakochuje się w młodym paryżaninie Olivierze Rousselu, Kay pomaga jej ukryć ten związek przed ojcem. Ale Konstantin dowiaduje się o romansie i Kay zostaje zwolniona z pracy. Samotna i bez grosza w nazistowskim Berlinie spotyka rodaka Toma Blacklocka, który odtąd będzie jej najlepszym przyjacielem. Miranda, rozdzielona z Kay i z Olivierem, podejmuje dramatyczną w skutkach decyzję.

Wybuch wojny odmienia wszystko. Przyszłość niesie ze sobą śmierć, zniszczenie i – dla obu przyjaciółek – wielkie uczucie oraz lęk przed utratą tego, co w życiu najdroższe.

Judith Lennox Pisarka angielska, debiutowała w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Jej powieści historyczne cieszyły się zawsze uznaniem krytyków i czytelników. W Polsce ukazały się .: „Duchy przeszłości” (1999), „Ślady na piasku” (2001), „Trudne powroty” (2004), „Wszystkie moje siostry” (2007).

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

Kay Garland poznała Mirandę Denisow w domu przy Charles Street w Mayfair. Miranda była olśniewająco piękna, miała wysokie czoło, pięknie zarysowane kości policzkowe i pełne usta. Lśniące, kręcone czarne włosy, uczesane z przedziałkiem z boku, opadały jej na ramiona, a roziskrzone ciemne oczy kontrastowały z magnoliowo jasną cerą. Wyglądała na więcej niż szesnaście lat. Choć Kay, która nosiła głównie ubrania szyte w domu, a nieliczne klejnoty odziedziczyła po matce, niewiele wiedziała o tych sprawach, zauważyła, że sukienka Mirandy jest prosta, lecz wykwintna, droga i z gustownymi dodatkami. W sposobie bycia Miranda wydawała się sympatyczna i uprzejma, acz nieco powściągliwa.

Kay znalazła się w domu przy Charles Street po raz drugi. Ubiegała się o posadę damy do towarzystwa u panny Denisow, przeczytawszy ogłoszenie w rubryce „Oferty pracy” w „Timesie”. Podsunął jej to ogłoszenie Brian, znajomy, który pracował w antykwariacie przy Charing Cross Road. „Dżentelmen poszukuje dystyngowanej i wykształconej angielskiej damy w wieku 18–20 lat jako towarzyszki dla córki. Wymagana gotowość do odbywania podróży”. Kay nigdy nie wyjeżdżała dalej niż na wyspę Wight i pragnęła podróżować. Marzyła o podróżach.

Pierwszą rozmowę przeprowadziła z nią gospodyni Denisowów. Pani Ingram, sympatyczna kobieta pochodząca z Yorkshire, zadawała pytania dociekliwe i bezpośrednie. Miss Garland ma osiemnaście lat, nieprawdaż? Jakie otrzymała wykształcenie, do której szkoły uczęszczała? Czy cieszy się dobrym zdrowiem? Czy ktoś z jej rodziny chorował na gruźlicę? Matka panny Denisow, Angielka z pochodzenia – jak wyjaśniła pani Ingram – zmarła właśnie na gruźlicę.

Pani Ingram opisała Kay jej przyszłe obowiązki, na wypadek gdyby została zatrudniona jako dama do towarzystwa panny Denisow. Miałaby uczęszczać z panną Denisow na rozmaite lekcje i spotkania, a także odbywać z nią podróże. Nie musiałaby chodzić na wieczorne przyjęcia, tańce oraz oficjalne kolacje, gdyż ciotka panny Denisow, madame Lambert, pełniła funkcję przyzwoitki przy podobnych okazjach. Pan Denisow wymagałby również od przyjętej kandydatki kształcenia córki w zakresie języka angielskiego – godzina lub dwie codziennie rano powinny wystarczyć.

Teraz, tydzień później, Kay została wezwana na pierwsze spotkanie z Mirandą Denisow. Liczba kandydatek zmniejszyła się do trzech, jak poinformowała pani Ingram, wprowadzając Kay do bawialni.

Pokój, w którym siedziała Miranda, był urządzony z wielkim przepychem. Sofy i krzesła miały wygięte czerwonobrunatne oparcia i poręcze wypolerowane do miękkiego, delikatnego połysku. Błękitno-złote adamaszkowe zasłony z lambrekinami ocieniały podłużne skrzydłowe okna. Na ścianach wisiały olejne obrazy, a na podłodze leżał piękny perski dywan. Na sofie zasiadała dama w średnim wieku, wystrojona w liliową szyfonową suknię; została przedstawiona Kay jako madame Lambert.

Po wzajemnej prezentacji wymieniono uprzejmości. Następnie madame Lambert badawczo przyjrzała się Kay.

– Wydaje się pani bardzo młodą osobą, jeśli wolno mi to powiedzieć, panno Garland.

– Oczywiście, że jest młoda, tante Soniu – wtrąciła Miranda z lekkim zniecierpliwieniem. – Gdybym pragnęła towarzystwa jakiejś zrzędliwej starej dziwaczki, poprosiłabym, aby papa zatrudnił kolejną guwernantkę. – Odwróciła się do Kay i po raz pierwszy uśmiechnęła. – Proszę mi opowiedzieć o sobie, panno Garland. Gdzie pani mieszka?

– W Pimlico, u ciotki.

– Ma pani jakąś posadę, prawda? Pani Ingram wspomniała mi o tym. Czy nie lubi pani swojej pracy?

Kay była obecnie zatrudniona jako guwernantka czworga dzieci u niejakiej pani Harrison. Dama ta nie należała do zwolenniczek przymusowej edukacji: dzieci powinny się uczyć tylko wówczas, gdy same tego chcą. Wysiłek, jaki Kay wkładała w próby zachęcenia Storme’a, Syrie, Lionela i Orlanda Harrisonów, by zechcieli się nauczyć czegokolwiek o Wojnie Dwóch Róż albo ułamkach złożonych, doprowadzał ją często do skrajnego wyczerpania.

– Nieszczególnie – przyznała. – Bardzo bym chciała robić coś innego.

– A co pani lubi robić?

– Moja droga Mirando…

Miranda zignorowała wtręt madame Lambert.

– Proszę mi powiedzieć, panno Garland.

– No cóż, lubię grać w tenisa i jeździć na rowerze…

– Na rowerze! Ach, jakże chciałabym pojeździć sobie na rowerze! Papa mi nie pozwala, mówi, że to nie przystoi damie.

Nie sposób sobie wyobrazić Mirandy Denisow, uznała Kay, z jej doskonale ułożonymi włosami, ubranej w kremową sukienkę z plisowanej wełny, jak śmiga rowerem przez kałuże – co Kay robiła nieustannie. Podjęła:

– Przepadam też za kinem i teatrem, no i za książkami, oczywiście. Potrafię godzinami szperać w antykwariacie, a pani? Och, a najbardziej chyba lubię po prostu rozmawiać, wie pani, takie rozmowy, które trwają aż do późnego wieczoru. Nie ma niczego milszego, prawda?

Zapadło milczenie. Kay poczuła lekki niepokój. „Odpowiadaj na pytania zwięźle i uprzejmie” – radziła jej ciocia Dot, gdy dzień wcześniej rozmawiały o tym spotkaniu. Być może, nie po raz pierwszy zresztą, nie zdołała powściągnąć języka.

Po chwili Miranda powiedziała:

– Sądzę, że bardzo dobrze pasujemy do siebie, czyż nie, panno Garland?

Kay poczuła dreszcz emocji.

– Czy to znaczy, że dostałam tę posadę?

– Ależ naturalnie.

– Mirando, chérie, twój ojciec… – Tante Sonia zmarszczyła brwi.

– Papie spodoba się panna Garland, jestem tego pewna, tante Soniu. – Miranda zbyła obawy ciotki pstryknięciem palcami. – Te inne były takie nudne. – W jej uśmiechu krył się jakiś porozumiewawczy błysk, gdy zerknęła na Kay. – Tak, wydaje mi się, że pasujemy do siebie.

Deszcz wciąż padał, kiedy po skończonej rozmowie Kay wyszła od Denisowów. Narastało w niej radosne podniecenie, gdy spieszyła do domu, by podzielić się nowiną z ciocią Dot.

Ciocia Dot pracowała w czasopiśmie dla kobiet, gdzie odpowiadała na listy czytelniczek pod pseudonimem Kuzynka Freda. Wiele z jej korespondentek straciło narzeczonych lub mężów podczas pierwszej wojny światowej. Niektóre żyły w ubóstwie i osamotnieniu. Gdy Kay była młodsza, ciocia Dot czytała jej czasami ich listy. Niezależnie od tego, na czym polegał problem, Kay zawsze radziła, by wzięły sobie psa. Sama bardzo chciała mieć pieska, lecz nie mogła, ponieważ musiałby przez cały dzień siedzieć sam w domu. Ciocia Dot odpisywała zazwyczaj autorkom listów, że praca jest najlepszym balsamem dla znękanej duszy i że czułość i zrozumienie można znaleźć w przyjaźni. Następnie zdejmowała okulary, przecierała je, wzdychała i mówiła: „Biedactwo. Samotność to straszna rzecz, Kay”.

Choć ciocia Dot nigdy nie wyszła za mąż, postępowała zgodnie z własnymi zaleceniami i miała mnóstwo znajomych i przyjaciół. Kolacje w jej domu w Pimlico były pełne rozmachu, a przy niewielkim stole w jadalni zasiadało czasami nawet dwanaście osób. Ciocia Dot miała znajomych w rozmaitym wieku i różnej narodowości. Należały do nich zarówno jej koleżanki z redakcji czasopisma, jak i członkowie przeróżnych stowarzyszeń propagujących pacyfizm, socjalizm oraz Ligę Narodów, które wspierała. Przychodzili artyści, powieściopisarze i poeci, wielu z nich klepało biedę. Zjawiała się terapeutka z Austrii, właściciel włoskich delikatesów, a także francuskie małżeństwo, które Dot poznała w Étaples, gdzie pracowała w czasie wojny jako pielęgniarka, a które na początku lat dwudziestych przeprowadziło się do Londynu i założyło niedużą szkołę; od uczniów wymagano, by w poniedziałki, środy i piątki mówili wyłącznie po francusku. Kay opuściła tę szkołę w wieku lat dwunastu z biegłą znajomością języka francuskiego. Oprócz starych znajomych przy stole mogła się znaleźć kobieta, z którą Dot nawiązała rozmowę w sklepie, albo dziewczyna, którą Kay poznała na górnym piętrze autobusu. Wszyscy oni przychodzili do cioci Dot na kolację.

Dni, które nastąpiły po rozmowie Kay w sprawie posady, wypełniło pośpieszne pranie, szycie i pakowanie. Miranda miała wyruszyć do Paryża w następnym tygodniu wraz z pozostałymi domownikami – dowiedziała się Kay od pani Ingram. Pan Denisow przebywał już w Paryżu i oczekiwał, by wszyscy przyjechali do niego, gdy tylko kwestia osoby towarzyszącej dla Mirandy zostanie rozstrzygnięta. Najprawdopodobniej, dodała pani Ingram, nie zamierza w najbliższej przyszłości wracać do Londynu.

Był kwiecień, zimny i wietrzny w Londynie, lecz na kontynencie zapewne kwitła wiosna. Kay wygrzebała bawełniane sukienki, lekki płaszcz przeciwdeszczowy, cienkie spodnie, kostium kąpielowy oraz gumowy czepek do pływania. Ciocia Dot uszyła jej na maszynie wieczorową suknię. Należało zacerować pończochy i rękawiczki, a także wyszukać jakiś elegancki kapelusz, na wypadek gdyby Kay miała chodzić z Denisowami do kościoła.

Składając wymówienie dotychczasowej pracodawczyni, Kay z najwyższym trudem stłumiła pełen satysfakcji uśmiech. Kilka dni później, pierwszy raz opuszczając dom, by podjąć pracę u Denisowów, poczuła nagłe ukłucie w sercu i mocno uścisnęła ciocię Dot.

Gdy dotarła do wspaniałej rezydencji w Mayfair, musiała przypomnieć samej sobie, że należy teraz do grona tutejszych mieszkańców. Pani Ingram zaprowadziła ją do pokoju na drugim piętrze. Ściany zdobiła tapeta w roślinne wzory i stało tam łóżko, szafa, komoda oraz toaletka z umywalnią. Kay rozpakowała swój bagaż. Jej stroje zdawały się obijać o siebie w obszernej szafie.

Ktoś zapukał do drzwi i weszła Miranda.

– Znalazłam panią! – wykrzyknęła. Ucałowała Kay w oba policzki i rozejrzała się. – Co za nędzna klitka. Nasz dom w Paryżu jest znacznie ładniejszy, zobaczy pani.

– Uważam, że to uroczy pokój.

– Chyba widać stąd ogród. – Miranda wyjrzała przez okno na ogródek zajmujący całe podwórze, wyłożony kamiennymi płytkami i otoczony przyciętym bukszpanowym żywopłotem. Potem znowu popatrzyła na Kay. – Tak się cieszę, że pani tu jest! Papa chciał zatrudnić kolejną guwernantkę, ale się nie zgodziłam. Jestem o wiele za dorosła na guwernantki. Ostatnia nieustannie miała katar. Ilekroć się odezwała, pociągała nosem.

Kay parsknęła śmiechem.

– W porównaniu z nią zapewne wypadam korzystnie. Przynajmniej nie pociągam nosem.

– A poprzednia, mademoiselle Fournier, biła mnie linijką po palcach, kiedy myliłam się na lekcji. Czasami aż do krwi.

– Przyrzekam, że nigdy nie uderzę pani linijką. Nie popieram kar cielesnych, podobnie jak moja ciocia Dot.

– Dot? Jakie zabawne imię.

– To zdrobnienie od Dorothy. Ciocia Dot jest młodszą siostrą mojej matki. Wychowała mnie po jej śmierci. Bo mój ojciec zginął na wojnie, zanim się urodziłam.

– Kiedy zmarła pani matka?

– Miałam wówczas trzy lata – odparła Kay.

– Zatem ja spędziłam z moją mamą sześć lat więcej. Pamięta pani swoją?

– Tylko trochę. Miała jasne włosy jak ja. Mieszkałyśmy w Hampshire. W naszym ogrodzie rosły jabłonie i przypominam sobie, jak leżałam na trawie, patrzyłam na ich kwiaty i myślałam, że wyglądają jak śnieg. A jaka była pani matka?

– Bardzo piękna. Czy chciałaby pani zobaczyć jej fotografię, panno Garland?

– Kay. Proszę mi mówić Kay. I bardzo chętnie obejrzę fotografię.

Miranda zaprowadziła ją do swojej sypialni. W przestronnym, wysokim pokoju były dwa podłużne okna otwierane pionowo, obramowane ciemnoróżowymi zasłonami. Tapety na ścianach miały niebieskawofiołkowy odcień, a pod ścianami stały krzesła z ciemnoróżowymi aksamitnymi obiciami. Na komodzie ustawiono mnóstwo rozmaitych lalek. Jeszcze inne siedziały w nogach łóżka. Były to drogie staroświeckie lalki o woskowych lub porcelanowych twarzyczkach, wystrojone w aksamit i koronki.

– Należały do mojej mamy – wyjaśniła Miranda. – Kolekcjonowała je, gdy była małą dziewczynką. Niektóre są bardzo stare. Podobają ci się? Bo ja chwilami je lubię, a chwilami ich nienawidzę. – Podniosła lalkę w czerwonym płaszczyku. – Zgadnij, kto to jest.

– Czerwony Kapturek, prawda?

– Czasami tak – uśmiechnęła się Miranda. – Ale czasami…

Szybkim ruchem palców obróciła głowę lalki i miejsce buzi dziewczynki zajęła pomarszczona twarz staruszki. Jeszcze jeden obrót i pojawiło się trzecie oblicze, wilk o czerwonych oczach, z wyszczerzonymi kłami.

– Kiedy byłam mała – podjęła Miranda – ta lalka budziła we mnie strach. Bałam się, że w nocy wilk może ożyć i mnie pożreć. Niemądre dziecko. – Odłożyła lalkę na komodę i podsunęła Kay fotografię oprawioną w ramki. – Oto moja mama. Czyż nie była piękna?

– Bardzo. – Kay przyjrzała się uważnie znękanej twarzy o smutnym wyrazie i ciemnych oczach. – Musisz strasznie za nią tęsknić.

– Niezbyt często ją widywałam. Maman ciągle chorowała. Zazwyczaj przebywała w jakimś uzdrowisku albo sanatorium.

– A twój ojciec? Jest w Paryżu, prawda?

– Tak, wkrótce go poznasz.

– Czy jeździsz wszędzie tam, gdzie on?

– Wszyscy mu towarzyszymy. Papa lubi, żeby każdy był na miejscu. – Miranda odstawiła fotografię z powrotem na toaletkę. – Tak bardzo pragnęłam mieć kogoś, z kim mogłabym porozmawiać. Tante Sonia przez cały czas tylko narzeka. Zostaniemy przyjaciółkami, prawda, Kay? – W ciemnych oczach Mirandy mignął cień niepokoju.

– Z całą pewnością – odparła Kay.

Kilka dni później wyjechały do Paryża. Miały odbyć podróż do Francji pociągiem Złota Strzała, który odjeżdżał z Victoria Station o jedenastej przed południem.

Kay i Miranda wraz z tante Sonią zajęły przedział w pierwszej klasie. Madame Lambert miała na sobie futro, a na głowie różowy aksamitny kapelusz przybrany piórami. Drżała i skarżyła się na zimno.

Siedząc w wagonie, Kay z trudem powstrzymała się od pogładzenia dłonią puszystego obicia. Nie pozwoliła też sobie wziąć do ręki cukiernicy, by dotknąć opuszkami palców godła otoczonego napisem „Pullman Car Company Limited”. Gdy pociąg opuścił dworzec, Kay dostrzegła najpierw czarne od sadzy magazyny i bocznice, a później tyły domów i wszystko to, co było zazwyczaj ukryte – kosze na śmieci, pranie wiszące na sznurach i małe ceglane wygódki – teraz wystawione na widok pasażerów. Potem Londyn umknął z pola widzenia i jego miejsce zajęły faliste, zielone krajobrazy Kentu.

Pociąg zwolnił, dojeżdżając do stacji w porcie Dover. Upajającym, ekscytującym doświadczeniem było wejście na prom i uczucie, jakie budziło kołysanie się i unoszenie morskich fal pod pokładem. Steward zaprowadził panie do prywatnej kajuty. Tante Sonia z jękiem opadła na koję.

– Idziemy na pokład, ciociu – powiedziała szybko Miranda i ująwszy Kay pod rękę, wyciągnęła ją z kajuty.

Stanęły przy relingu i wpatrywały się w znikające w oddali wybrzeże Anglii. Nad rozmigotanym morzem polatywały mewy. Dmuchał porywisty wiatr i Kay cieszyła się, że ma na sobie szal i gruby wełniany płaszcz. Miranda otulona była w miękkie jasne futro. Postawiła kołnierz, by osłonić twarz.

W trakcie przeprawy zwiedzały prom. Napiły się kawy w sali restauracyjnej, rozmawiając przy tym o innych pasażerach i wymyślając dla nich nazwiska i zawody. Pod koniec podróży wróciły na pokład. Kay dostrzegła Francję po raz pierwszy jako zamazaną szarą plamkę na horyzoncie. Później, stopniowo, z mgły zaczęły się wyłaniać brzeg, miasto i port. Gdy Kay zeszła z promu, czuła się przez chwilę zdezorientowana, bo samo nabrzeże zdawało się falować jak morze. Z zachwytem i niedowierzaniem pomyślała: oto ja, Kay Garland, nareszcie w obcym kraju. Podczas podróży koleją przez równiny Pas-de-Calais była oczarowana wszystkim, od czerwonych dachów wiejskich domków po sklepowe szyldy – boulangerie, tabac, épicier, co brzmiało znacznie bardziej ekscytująco niż „piekarnia”, „sklep tytoniowy” czy „artykuły spożywcze”.

Przy Gare du Nord czekały auta i zawiozły panie do domu Denisowów w Ósmej Dzielnicy. Był to wysoki, okazały budynek z balkonami z kutego żelaza. Wnętrza umeblowano w podobnym zbytkownym stylu, jak przy Charles Street. Pokój Kay na trzecim piętrze utrzymany był w odcieniach bladej zieleni i bieli. Wyglądając przez okno na ulicę, widziała spieszących się przechodniów i słyszała klaksony samochodów. Odczuwała pragnienie, tak intensywne, że niemal bolesne, by spenetrować ulice tego nieznanego, magicznego miasta.

Najpierw jednak musiała napisać do cioci Dot i zawiadomić, że dotarła bezpiecznie do celu. Wyjęła papeterię i na kartce wpisała datę 10 kwietnia 1936, adres Denisowów oraz słowo „Paryż”, podkreślone tryumfalnie trzy razy.

Tamtego wieczoru przy kolacji Kay poznała ojca Mirandy. Konstantin Denisow był mężczyzną o imponującej posturze, wysokim, dobrze zbudowanym, barczystym, o szerokiej klatce piersiowej i grubym karku. Miał głęboki, mocny głos i zwrócił się do Kay po francusku, poprawnie, choć z ciężkim akcentem. Panna Garland powinna jadać obiady z członkami rodziny, wyjąwszy umówione spotkania towarzyskie, oznajmił; zaszczytem będzie możliwość prowadzenia konwersacji z rodowitą Angielką. Pan Denisow podziwiał Anglików, naród śmiały i praktycznie myślący. Było dla niego ważne, by jego córka mówiła dobrze po angielsku – wszak to, poza wszystkim, ojczysty język jego żony, matki Mirandy. Kochał Anglię, pragnąłby mieszkać w domku na wsi, sadzić jabłonki i hodować świnie. Niestety, niemal przez cały rok interesy zatrzymywały go na kontynencie.

Kolacja z rodziną Denisowów w niczym, jak się przekonała Kay, nie przypominała kolacji w domu cioci Dot. Nie było przyjacielskiego rozdzielania gulaszu i placka ani hałaśliwych, lecz dobrodusznych dyskusji o polityce i najnowszych książkach. Dyskretny sposób podawania posiłków, a także ustawienia porcelany, szkła i sreber wzbudziły w Kay nagłą niepewność, czy potrafi odpowiednio się zachować przy stole i czy wieczorowa suknia z brązowego aksamitu, z bufiastymi rękawami, uszyta przez ciocię Dot, okaże się wystarczająco elegancka. Cieszyła się, że jej stopy, które uważała za brzydkie, ponieważ były dość długie i szczupłe, podobnie jak cała reszta ciała, są ukryte pod jadalnianym stołem.

Konstantin Denisow kierował przebiegiem rozmowy. Wszyscy milkli, kiedy się odzywał. Raz czy dwa Kay wyczuła jego twarde, inteligentne, badawcze spojrzenie. W trakcie deseru sekretarz Konstantina, Luca, wszedł do pokoju, by zawiadomić pracodawcę, iż ktoś do niego telefonuje, na co pan domu wstał od stołu. Tante Sonia i Miranda zdawały się odprężać w chwilach jego nieobecności.

Przez kilka następnych dni Kay zapoznawała się z porządkiem codziennych zajęć Denisowów. Służba i pracownicy stanowili kosmopolityczną zbieraninę: angielska gospodyni, francuski kucharz, niemiecki szofer, włoski sekretarz. Choć sam Konstantin Denisow był Rosjaninem, w jego domu przeważnie mówiło się po francusku.

Pan domu zazwyczaj wychodził rano w swoich sprawach, zanim Kay i Miranda wstały o ósmej. Tante Sonia, która jadała śniadanie w łóżku, pojawiała się na dole o dziesiątej, ziewająca i nadal nieco déshabillée. Przez następną godzinę Kay uczyła Mirandę angielskiego, podczas gdy tante Sonia układała bukiety i omawiała z panią Ingram jadłospis. Miranda mówiła już po angielsku prawie bez obcego akcentu, spędzały więc czas na wspólnym czytaniu Szekspira. Oprócz francuskiego i angielskiego Miranda znała biegle niemiecki, a także całkiem nieźle włoski i rosyjski.

O pierwszej jadły lunch z tante Sonią albo w restauracji, albo w domu. Popołudnia zajmowały im zakupy, składanie wizyt, gra w tenisa i lekcje baletu. Miranda uwielbiała taniec. Ilekroć ojciec był z niej niezadowolony, nie pozwalał jej pójść na lekcję i była wówczas bardzo nieszczęśliwa.

O czwartej po południu siadały z tante Sonią do podwieczorku. Raz na dwa tygodnie dostarczano do domu Denisowów kosz delikatesowy od Fortnuma i Masona z Londynu, zawierający ciasto z bakaliami, dżem cytrusowy Cooper’s Oxford oraz syrop cukrowy firmy Tate and Lyle. Po podwieczorku Miranda odpoczywała przez godzinę, następnie zaś przebierały się do kolacji. O wpół do dziewiątej Kay jadła kolację z całą rodziną. Jeśli Konstantin, Miranda i tante Sonia wychodzili wieczorem z wizytą albo na bal, któraś z pokojówek przynosiła Kay tacę z posiłkiem do pokoju.

Tante Sonia miała pokojowego pieska o imieniu Frou-Frou, który nieustannie zerkał zza fałd kreacji z jedwabiu i szyfonu, noszonych przez jego panią w ciągu dnia. Wieczorami Sonia przybierała dramatyczny wygląd, spowita w czarny lub pąsowy atłas. W obecności Konstantina tante Sonia zawsze zachowywała się z szacunkiem i dokładała wszelkich starań, by go zadowolić, starając się zatuszować każde uchybienie. Gdy jednak Konstantina Denisowa nie było w domu, ciocia wylegiwała się na ulubionej sofie z Frou-Frou i pudełkiem czekoladek pod ręką, liżąc od czasu do czasu palec wskazujący, by przewrócić stronę czasopisma. Prośby Mirandy o spacer lub wyjście na zakupy kwitowane były pełnym znużenia zdaniem: „Ale ja jestem taka zmęczona, chérie” albo: „Moja biedna głowa, tak bardzo mnie boli”. Od początku Kay nie miała wątpliwości, że Miranda nie przepada za tante Sonią. I choć ta zwracała się do dziewczyny „moja droga” i „kochanie”, i obsypywała ją całusami, nie potrafiła powściągnąć irytacji, kiedy Miranda narzekała lub odpowiadała hardym tonem.

Tydzień po przyjeździe do Paryża Kay wróciła właśnie do domu, skąd wymknęła się po cichu, by nadać list, gdy nagle usłyszała z bawialni krzyki Konstantina. Nakładały się na nie bojaźliwe pobekiwania tante Soni: „Ależ Kostia, mój skarbie!”. A potem dało się słyszeć uderzenie i bolesny pisk.

Spojrzawszy w górę, Kay dostrzegła Mirandę pochyloną nad balustradą. Podbiegła do dziewczyny. Miranda przycisnęła palec do ust, nakazując milczenie. Piętro niżej drzwi bawialni otworzyły się gwałtownie. Miranda złapała Kay za rękę i szepcząc: „Prędko, nie mogą nas zobaczyć!” – wciągnęła ją po schodach na wyższe piętro.

– Co się stało? – spytała Kay.

– Coreilowie, une famille trés snob, nie przyjęli zaproszenia na kolację. Papa wini za to tante Sonię. – W głosie Mirandy pobrzmiewała nuta zadowolenia. – Jest wściekły. Mam nadzieję, że wyrzuci ją na ulicę.

– Ależ, Mirando – zaprotestowała Kay, wstrząśnięta. – Przecież to twoja ciotka.

Miranda otworzyła drzwi i obydwie weszły do jej pokoju.

– Nie – odparła. – Ona nie jest tak naprawdę moją ciotką. Kiedyś, dawno temu, była metresą mojego ojca, nic więcej.

– Metresą? – Kay szeroko otworzyła oczy.

– Tak, jego kochanką. – Miranda usiadła na sofie z pozłacanymi oparciami. – Trudno w to uwierzyć, prawda? Jest taka gruba, brzydka i głupia. Ale tak, została jego kochanką. Gdy mój ojciec ją poznał, była żoną nieszczęsnego monsieur Lamberta. Biedak zmarł kilka lat później i trudno się temu dziwić, przy takiej żonie. Śmierć zapewne przyniosła mu ulgę. Oczywiście Sonia nie dzieli już łoża z papą. On ma teraz inną kochankę. Conrad mówi, że jest bardzo ładna. – Conrad był szoferem. Miranda parsknęła śmiechem. – Nie rób takiej zgorszonej miny. Czyżbyś się nie domyśliła?

Kay pokręciła głową.

– Myślisz zapewne, że jestem podła, wyrażając się w ten sposób o Soni, ale ona tylko udaje, że mnie lubi. Wie, że gdyby ojciec zauważył, jak bardzo ta kobieta mnie nie cierpi, musiałaby odejść, a nie ma dokąd pójść. Znosimy się nawzajem tylko dlatego, że musimy. Kiedy wyjdę za mąż i opuszczę dom, już nigdy nie zamienimy ani słowa. – Miranda zmarszczyła brwi. – Nie cierpię jej, bo bez przerwy mnie szpieguje. Wtrąca się w moje sprawy. Podsłuchuje, kiedy rozmawiam przez telefon, czasami otwiera moje listy. Raz przyłapałam ją na czytaniu mojego pamiętnika.

– Może po prostu ma taki sposób bycia – zauważyła Kay. – Może chce się upewnić, że nic ci nie grozi.

– Nie, nie sądzę. Ma nadzieję, że wykryje coś paskudnego na mój temat i doniesie ojcu. Myśli, że wtedy będzie ją wolał ode mnie. Mówiłam ci, że jest głupia. Czasami podbiera mi pieniądze z portmonetki.

– Jesteś pewna? – Kay była zbulwersowana.

– Nigdy nie pamiętam, ile mam pieniędzy, więc trudno być pewną. Ale ona ciągle narzeka, że brakuje jej gotówki i czasami moja portmonetka okazuje się pusta. Nie sądzę, by ojciec dawał jej zbyt dużo. Bo właściwie dlaczego? Ona do niczego się nie przydaje. I jest okropnie skąpa. Kiedy ojca nie ma, nosi ohydne, stare, pocerowane pończochy. Raz, kiedy ten jej paskudny piesek stłukł wazon, powiedziała mojemu ojcu, że zrobił to jeden ze służących. Papa go odprawił. Czy to nie podłe z jej strony? A ja naprawdę mam dość siedzenia w domu. „Taka jestem zmęczona, chérie… boli mnie głowa, kochanie” – Miranda w niesamowicie trafny sposób naśladowała jękliwe narzekania Soni.

Potem uklękła na sofie i wyjrzała przez okno. Wydała pełne niezadowolenia westchnienie.

– Och, mam już naprawdę dość tego domu! Może jutro zrobimy coś ekscytującego, Kay?

– Co masz na myśli?

Miranda tylko się uśmiechnęła.

– Jutro poznasz moich przyjaciół.

Przyjaciele Mirandy mieszkali przy Rue Daru. Miranda spotkała ich po raz pierwszy w katedrze Świętego Aleksandra Newskiego, gdzie czasami bywały z tante Sonią na nabożeństwie. Ozdobne wieże katedry zwieńczone były złocistymi kulami; podobiznę świętego na frontonie ułożono ze złotych i kolorowych mozaikowych płytek. Wielu rosyjskich emigrantów osiedliło się w tej dzielnicy Paryża, gdy ich świat runął w 1917 roku, po obaleniu cara.

Ojciec pogardzał współtowarzyszami z emigranckiego środowiska, wyjaśniła Miranda, gdy szły od krawcowej na Rue Daru. Uważał, że są żałośni, godni politowania i żyją wyłącznie przeszłością. Gdyby tante Sonia dowiedziała się o wizytach w domu przy Rue Daru, natychmiast położyłaby im kres. Miranda nauczyła się jednak z biegiem lat wykradać dla siebie jedną czy dwie godziny swobody. Tante Sonia była bardzo leniwa i często dawała się przekonać, by dziewczyna została sama u krawcowej albo na lekcji baletu. Sonia mogła ściśle przestrzegać godziny spotkania z Mirandą po lekcji albo przymiarce, była jednak zbyt głupia, by zdawać sobie sprawę, że wizytę u krawcowej można załatwić w pół godziny albo że lekcja baletu trwa jedną godzinę, a nie dwie. Miranda wykorzystywała ów skradziony czas, aby lepiej poznać ludzi z Rue Daru.

– Madame Baranowa wydaje przyjęcie w każdą środę po południu – poinformowała. – To wspaniała zabawa. Goście śpiewają, grają i opowiadają rozmaite historie, a jedzenie jest pyszne. – Miranda wzięła Kay pod ramię. – Teraz, kiedy tu jesteś, będzie mi znacznie łatwiej.

Aleksandra Baranowa była żoną generała, który walczył w armii carskiej. Bawialnia madame Baranowej nie była szczególnie przestronna, lecz mimo to Kay naliczyła ponad trzydzieści osób siedzących na sofach, krzesłach, podłodze i parapetach. W oknach wisiały ciężkie zasłony z ciemnoczerwonego aksamitu, wytarte na zagięciach. Na stolikach i gzymsie kominka stały kobaltowobłękitne ceramiczne ozdoby i puzderka z laki, zawierające zdjęcia uśmiechniętych dziewcząt w barwnych ludowych strojach oraz fotografie chłopców w marynarskich ubrankach i dziewczynek o sarnich oczach, w bluzkach ze sztywnymi kołnierzykami i długich białych spódniczkach. Pokój miał w sobie jakąś spłowiałą wytworność, cudzoziemski czar.

Kay została przedstawiona żołnierzom, poetom i muzykom. Pewien książę zaczął jej opowiadać o swoim dzieciństwie w Rosji: o skrzypieniu śniegu pod butami w zimie i motylach tańczących latem nad łanami falującej złocistej pszenicy na polach, które otaczały dwór. Raz uczestniczył w polowaniu na wilki: ojciec posadził go przed sobą na siodle i jechał wraz z nim przez las, gdzie każda gałąź uginała się pod ciężarem śniegu, a słońce pokazywało się tylko jako rozmyty biały krążek umieszczony nisko na perłowoszarym niebie. Książę i jego żona mieszkali niegdyś w Petersburgu, w pałacu otoczonym lipami i bzami. Uciekli z Rosji po rewolucji. Wraz z wieloma innymi rosyjskimi uciekinierami osiedlili się najpierw w Berlinie, przejadając pieniądze uzyskane ze sprzedaży biżuterii, przemyconej do Niemiec w podszewce płaszcza. W tamtych czasach, powiedział książę, można było dobrze się urządzić w Berlinie, jeśli miało się złoto albo obcą walutę. Miasto, w którym zawsze czuło się ducha wolności, pełne było ożywionych – acz zubożałych – teatrów, galerii sztuki, sal koncertowych i kabaretowych. Otaczali ich przyjaciele, więc uciekinierzy nie czuli się samotni. W Berlinie można było kupić rosyjskie gazety i książki. Teraz już nie, dodał książę ze smutkiem; Berlin uległ zmianie.

W połowie lat dwudziestych, gdy gospodarka niemiecka zaczęła dochodzić do siebie i Berlin stał się zbyt drogi, przenieśli się do Paryża. Niedługo po przybyciu do Francji księżna zmarła.

– Myślę – wyjaśnił książę – że kiedy mieszkaliśmy w Berlinie, moja żona wierzyła, iż pewnego dnia wrócimy do domu. Po przeprowadzce do Paryża straciła nadzieję. Lekarz stwierdził, że umarła na grypę, ale ja od początku byłem przekonany, iż pękło jej serce.

Zapytał Kay, czy tęskni za Londynem.

– Trochę – odparła – ale zawsze chciałam podróżować.

Książę uśmiechnął się smutno.

– Ja również, kiedy byłem młody. Podróż to wielka przyjemność, gdy się wie, że można potem wrócić do domu.

O trzeciej zjedli ciasto z serem i tartę z wiśniami, popijając je herbatą podaną na rosyjski sposób, w szklankach, z łyżeczką konfitur. Następnie zapadła cisza, gdy mężczyzna z czarną brodą grał na pianinie, a potem młoda kobieta recytowała wiersz. Później zaś madame Baranowa poprosiła Mirandę, żeby zaśpiewała. Miranda czystym, melodyjnym głosem odśpiewała francuską piosenkę, przy której akompaniował jej brodaty mężczyzna. Wszyscy byli czarujący, zajmujący i bardzo uprzejmi, lecz Kay wyczuwała w nich cień smutku, coś, co przypominało smugę czarnego bazaltu w bryle granitu.

To właśnie Aleksandra Baranowa – dla bliskich przyjaciół Szura – opowiedziała Kay więcej o życiu Konstantina Denisowa. Był mądrzejszy niż inni, przyznała madame Baranowa. Zorientował się w porę, skąd wieje wiatr, i zainwestował w przedsiębiorstwa za granicą, dlatego po wybuchu rewolucji nie został, jak wielu jego rodaków, bez środków do życia. Wraz z rzeszą rosyjskich emigrantów przeniósł się po wojnie do Berlina. W okresie wielkiej inflacji, kiedy ładne, młode mieszkanki stolicy sprzedawały się za cenę gorącego posiłku, Konstantin Denisow wykupił całą ulicę. Po kilku latach sprzedał domy za dziesięciokrotnie wyższą cenę i dzięki temu stał się bardzo bogatym człowiekiem.

Kay wkrótce uświadomiła sobie wyraźnie, że Miranda, choć od urodzenia rozpieszczana i wychowywana w zbytku, jest bardzo samotna. Wszyscy koło niej skakali, lecz rzadko miewała chwile tylko dla siebie. Każdą czynność musiała wykonywać pod czyimś bacznym spojrzeniem. Pod pewnymi względami Miranda była dziecinna jak na swój wiek – te lalki i jej niewiedza, jak kupić bilet na pociąg, zrobić grzankę albo przyszyć guzik. Kay natomiast uczono dawać sobie radę z podobnymi sprawami od wczesnego dzieciństwa, wracała pieszo ze szkoły do pustego domu i sama szykowała sobie podwieczorek, mając dziewięć lat. Potrafiła się poruszać po Londynie i pracowała na swoje utrzymanie, odkąd skończyła szkołę. Ale Miranda zdobyła znacznie więcej mądrości życiowej. W wieku szesnastu lat wiedziała, kim jest metresa i czym się zajmuje. Przy wspólnikach ojca w interesach, mężczyznach dwa lub trzy razy od niej starszych, dziewczyna była czarująca i pewna siebie, nawet odrobinę zalotna. Obłudny, wyrafinowany świat Mirandy zdumiewał, a niekiedy nawet szokował Kay.

Całym domem rządził niepodzielnie pan Denisow. Było to pierwsze zetknięcie Kay z władzą absolutną. Konstantin przyglądał się czujnie nie tylko swoim interesom, ale i gospodarstwu. Był potężny, błyskotliwy i niestabilny. Jego nastrój mógł ulec zmianie w jednej chwili pod wpływem czyjejś niefortunnej wypowiedzi, zmarszczenia brwi lub uśmiechu w nieodpowiedniej chwili: wówczas uprzejmość i wielkoduszność przechodziły nagle w wilczy warkot. Konstantin Denisow miał w sercu bryłę lodu, która wzbudzała w Kay nieufność. Ranienie innych ludzi nie sprawiało mu bólu. Było mu wszystko jedno, czy zrujnuje konkurenta, czy zabroni Mirandzie przejażdżki; w ten sposób zdobywał przewagę albo pokazywał innym miejsce w szeregu. Większość ludzi wzdragałaby się przed wyrzuceniem na bruk starego pracownika albo doprowadzeniem kogoś z rodziny do łez. Ale nie Konstantin. Kay nigdy nie dostrzegła u niego ani odrobiny żalu czy wyrzutów sumienia.

Miał skłonność do nagłych wybuchów gniewu. Raz Kay widziała, jak cisnął porcelanową figurką w lustro; jedno i drugie się stłukło. Innym razem uderzył sekretarza z taką wściekłością, że Luca odbił się od ściany i ogłuszony osunął na podłogę. Gdy tante Sonia usiłowała go uspokoić pochlebstwem i przeprosinami, zachowywał się w sposób obelżywy i okrutny. Miranda, pobladła i milcząca, starała się ukrywać podczas napadów gniewu ojca, lecz gdy tylko Konstantin dostrzegł, jak córka wymykała się na palcach z pokoju, kierował na nią całą siłę swego złego humoru.

Gdy atak furii mijał, Konstantin stawał się odprężony i spokojny, jakby doznał ulgi. Wykorzystywał swój gwałtowny charakter do roztaczania kontroli nad domownikami, utrzymywania ich w stanie nerwowego napięcia, gdy starali się go zadowolić, zazdrośni o osobę będącą aktualnym faworytem. W domu Denisowów królowały spiski i oszustwa, ludzie w jednej chwili tracili pracę i lądowali na ulicy, gdy nagle wypadali z łask.

Miranda niezmiennie okazywała ojcu uprzejmość i szacunek. Starała się go zająć, rozerwać, zabawić. Czasami Konstantin wychodził naprzeciw jej gestom i nazywał ją swoją gołąbeczką. Rozpieszczał córkę prezentami, niekiedy nieprzewidywalnymi – jak bransoletka od Aspreya, zegarek od Cartiera czy też towarzyszka, z którą mogła spędzać czas. W innych chwilach, gdy Miranda źle oceniła nastrój ojca, odtrącał ją ze złością. „Czego chcesz, co próbujesz wydobyć ode mnie? – warczał. – Znam te twoje sztuczki. Jesteś taka sama jak wszystkie kobiety, uważasz mnie za głupca, który nie przejrzy twoich gierek”. Kiedy ojciec z niej szydził, Miranda płakała. Kiedy prawił jej komplementy, była radosna i beztroska. Jakie to dziwne, pomyślała Kay, bać się kogoś, a jednocześnie go kochać. Kiedyś nie uznałaby tego za możliwe.

Miranda doskonale prezentowała się w towarzystwie, gdy ojciec pragnął się popisać piękną córką. Przy stole dokładała starań, by zabawić finansistów i przemysłowców, których zapraszał do domu. Musiała precyzyjnie wyważyć sposób postępowania, flirtować, lecz zawsze z umiarem, inaczej ojciec mógłby uznać, że zachowuje się jak dziwka. A gdyby nie czarowała gości, zarzuciłby jej, że stroi fochy. Nic zatem dziwnego, że często po wyczerpującym wieczorze zakradała się na górę i kładła na łóżku Kay, zmęczona i bliska łez, nie dbając o to, jak bardzo pogniecie kosztowną sukienkę od Vionneta. „Opowiedz mi o swojej szkole, Kay. Opowiedz mi o cioci Dot. Opowiedz o księgarni Briana przy Charing Cross Road”. Głos Kay, mówiącej o sprawach spokojnych i zwyczajnych, wpływał kojąco na dziewczynę.

Jej przygody – z których zwierzała się Kay, a później, gdy się lepiej poznały i nabrały zaufania do siebie nawzajem, przeżywała w obecności Kay i za jej aprobatą – stanowiły próbę ułożenia życia na własny sposób, z dala od czujnego ojcowskiego oka. Był to również zuchwały gest sprzeciwu. Pod pewnymi względami Miranda wdała się w ojca. Obydwoje potrafili być bezwzględni i uparci.

Kay zajmowała w domu nietypową pozycję, jako ktoś zawieszony między stanowiskiem służącej a przyjaciółki rodziny. Zastanawiała się czasami, czy Konstantin Denisow, kupując towarzyszkę dla córki, spodziewał się, że połączy je nić przywiązania. A ponieważ wydawało jej się, iż interesowało go wyłącznie to, co dotyczy jego osoby – czyli zarabianie i gromadzenie pieniędzy – myślała, że nic nie zauważył.

Niemądrze z jej strony: Konstantin Denisow widział wszystko.

Po dwóch miesiącach pobytu w Paryżu wyjechali do Pragi. Spędzili tam miesiąc, następnie zaś udali się na dwutygodniowe wakacje na Lazurowe Wybrzeże. Potem wrócili do Paryża. Podróże, ciągłe podróże. Nie dało się przewidzieć, na jak długo zatrzymają się w danym mieście czy miasteczku. Czasami Kay i Miranda wiedziały o wyjeździe z tygodniowym wyprzedzeniem, kiedy indziej natomiast po powrocie z popołudniowych zakupów zastawały dom w stanie zamętu, pokojówki biegały w górę i w dół po schodach z naręczami poskładanej odzieży, podczas gdy męska służba wynosiła kufry pełne rzeczy do czekających już samochodów. Przenosiny te wymuszone były interesami pana Denisowa. Jego najrozmaitsze inwestycje – w nieruchomości, węgiel, zboże, banki – rozciągały się po całej Europie. Pogłoska o kłopotach albo korzystnej okazji w Londynie czy Berlinie sprawiała, że domownicy natychmiast pakowali bagaże. Wystarczyła wzmianka o niestabilności finansowej austriackiego banku i już siedzieli w pociągu do Wiednia.

Dziewczęta nigdy nie zostawały zbyt długo same, kiedy spacerowały po parku albo siedziały przy kawiarnianym stoliku pod markizą. Miranda, w ciemnych okularach, z głową przechyloną na bok, obserwowała chłopców z pewnej odległości. „Pas mal” – mówiła czasami z odcieniem aprobaty. Albo: „Nie, nie, ten nie jest godny uwagi”, i jej badawcze spojrzenie wędrowało dalej. Młodzieńcy bywali przystojni i czarujący, nieśmiali i żywiołowi. Byli wśród nich studenci, żołnierze na przepustkach oraz urzędnicy z rządowych biur, banków i prywatnych firm. Prawili komplementy, częstowali dziewczęta papierosami i proponowali wspólną kawę, podczas gdy one posyłały im ujmujące uśmiechy i błyskały oczami. Cała procesja mężczyzn, w każdym mieście, do którego zawitały, przemierzając Europę; przelotne spotkania przetykane wybuchami śmiechu, tylko dla zabawy, nic poważnego. Miranda zapominała o nich w chwili, gdy domownicy pakowali się i znowu ruszali w drogę.

Dopóki nie poznała Oliviera.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI
mniej..

BESTSELLERY