Facebook - konwersja
Śmiech bogów - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Śmiech bogów - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Tłumacz:
ISBN:
978-83-66657-07-6
Język:
Polski
Data wydania:
28 października 2020
Rozmiar pliku:
760 KB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
PROMOCJA
20,90
35,90
Cena w punktach Virtualo:
2090 pkt.
Promocja będzie trwać jeszcze tylko przez

Śmiech bogów - opis ebooka

Nastia Kamieńska prowadzi dochodzenie w sprawie zabójstw dwóch młodych mężczyzn. Szybko odkrywa, że w przeddzień śmierci obaj byli na koncercie zespołu rockowego Bi-Bi-Es i zginęli, ponieważ krytykowali solistkę Swietłanę Miedwiediewą. Zabójca zwany Fanem rzuca mroczny cień na Moskwę.

 

W tym samym czasie biznesmen Rubcow zwraca się z prośbą do komisariatu na Pietrowce o wyjaśnienie, kto pisze do jego córki Żeni dziwne listy. Detektywi wyjaśniają, że dziewczyna otrzymuje je przez pomyłkę – jej niezwykłe podobieństwo do Miedwiediewej sprawia, że zabójca bierze ją za piosenkarkę.

 

Kamieńska podejmuje trudną decyzję. Postanawia filmować kolejne występy zespołu, mając nadzieję, że pośród słuchaczy wypatrzy groźnego zabójcę.

 

Anastazja Kamieńska powraca!

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

Olga opuściła skwarną ulicę, zanurzyła się w chłodnym półmroku klatki schodowej i mimo woli się uśmiechnęła. Prawdę mówiąc, zawsze uśmiechała się tutaj, na stopniach prowadzących do windy. Bo właśnie w tym miejscu nachodziła ją wciąż ta sama myśl: jak to dobrze, że jest miejsce, do którego idzie z radością. Jak to dobrze, że jest na świecie ktoś, z kim w żadnym wypadku się nie pokłóci. Ktoś, kto jej nie oszuka i nie zdradzi. Ktoś, z kim, jak się okazało, nie potrafi się rozstać.

Gdy tylko otworzyła drzwi, zawołała:

– Jesteś w domu?

– Jasne! – Rozległ się głos Pawła. – A ty czemu tak wcześnie?

Olga zrzuciła sandałki na wysokich szpilkach i boso ruszyła do pokoju, po drodze zdejmując czarną bawełnianą bluzkę i wąską, długą spódnicę.

– Paszka, wiesz, na czym polega kobiece szczęście?

Paweł zajrzał do pokoju i zatrzymał się na progu, przyglądając się Oldze z dobroduszną kpiną.

– Domyślam się.

– Nie domyślasz się. Kobiece szczęście to dobrze dopasowana bielizna. A na czym polega kobiece nieszczęście?

– Pewnie chodzi o niedopasowaną bieliznę. Zgadłem?

– Brawo.

Cisnęła ubranie na fotel i sięgnęła po lekki jedwabny szlafroczek. Paweł jak zwykle się odwrócił, ale nie wyszedł z pokoju. Oboje nie czuli szczególnego skrępowania w swojej obecności, ale zachowywali pozory przyzwoitości.

– Co za idiotyzm! – ciągnęła Olga wesoło, rozbierając się do naga. – Pamiętasz bieliznę, którą kupiliśmy razem w Barcelonie? Wyglądała niesłychanie atrakcyjnie, dzisiaj ją włożyłam, ale się okazało, że koronki są szorstkie do niemożliwości! Zamiast przybierać erotyczne pozy i kusić swojego ukochanego, wierciłam się i wyczekiwałam sposobności, żeby się podrapać. W efekcie sknociłam dzisiejszą love story, musiałam powiedzieć, że rozbolała mnie głowa, i ze wstydem wycofać się z pola seksualnej bitwy. Niech to diabli – szybko obejrzała się w lustrze – teraz mam zaczerwienioną skórę na biodrze, na biuście też. Jak pech, to pech. Nie mogę nosić tego cuda. Na tym właśnie polega kobiece nieszczęście. – Owinęła się w poły szlafroka i zawiązała pasek w talii. – Gotowe, możesz się odwrócić. Nawiasem mówiąc, wybierałeś się dzisiaj na jakąś imprezę. Odwołano ją?

Paweł podszedł do kanapy i opadł na nią z rozmachem, wysoko unosząc nogi.

– Zostałem dzisiaj porzucony. Moja ślicznotka dostała cynk o niespodziewanym powrocie drogiego małżonka i uznała, że lepiej niepotrzebnie nie ryzykować. Życie jest długie, jeszcze się zabawimy. Słuchaj, chodźmy gdzieś na kolację, dobrze? Rozpiera mnie niewykorzystana wena donżuańska. Poflirtuję przynajmniej z tobą.

Olga ostrożnie dotknęła palcami tych miejsc na biodrach i na biuście, gdzie wciąż jeszcze czuła swędzenie, i pokręciła głową.

– Będzie chyba lepiej, jeśli do jutra nic na siebie nie włożę – powiedziała z wahaniem. – W lodówce jest pełno jedzenia, po co mamy gdzieś iść?

– Brak ci wyczucia – mruknął Paweł ze smutkiem. – Ogarnął mnie poryw romantyzmu, a ty zepsułaś całą zabawę.

– Nie marudź, to nie ja zepsułam zabawę, ale bielizna, którą kupiliśmy razem, a zatem odpowiedzialność spada na nas oboje. Jeśli dobrze pamiętam, w tamtym sklepiku to właśnie ty zwróciłeś uwagę na ten komplet, więc teraz masz za swoje. Posuń się, chcę się położyć.

Paweł posunął się na szerokiej kanapie, zwalniając jej miejsce.

– Dobrze, przekonałaś mnie, zostajemy w domu. Lolka, nie zapomniałaś o urodzinach mojej rodzicielki? Nadciąga katastrofa, zostało raptem pięć dni. Co jej podarujemy?

Tak, to problem. Matka Pawła przykładała wagę do prezentów, sama lubiła je robić, długo i starannie obmyślając i wybierając upominek, ale wymagała też podobnego podejścia do siebie. Co roku problem pojawiał się z całą ostrością i był jakoś rozwiązywany, ale za każdym razem stawał się coraz trudniejszy. Nie wolno było się powtarzać. I pod żadnym pozorem uzgadniać prezentu z jubilatką. Prezent musiał być niespodzianką, to nie podlegało dyskusji. Ta zasada obowiązywała w rodzinie Pawła od niepamiętnych czasów.

– Zastanówmy się. – Olga westchnęła, wyciągając się na kanapie. – I wysilmy szare komórki. Suknia wieczorowa?

– Przywieźliśmy jej z Belgii.

– Ach tak, zapomniałam. Wazon na podłogę?

– Z Anglii, na pięćdziesiąte piąte urodziny.

– Słusznie, teraz sobie przypominam. Broszka?

– Też stamtąd.

– Może torebka i rękawiczki z dobrej skóry?

– Ogarnij się, Lolka! Całkiem straciłaś pamięć? Przecież dostała to od nas na ostatnie urodziny.

– Przepraszam – wybąkała, moszcząc się wygodniej koło niego. – Jestem wykończona, morzy mnie sen, zupełnie nie mogę zebrać myśli.

Paweł się podniósł i zaczął ją szarpać za ramiona.

– Nie śpij! Dopiero dziewiąta, jeżeli zaśniesz, to znowu wstaniesz o piątej rano i będziesz się tłuc po mieszkaniu. Otwieraj oczy, bo sprawię ci zimny prysznic. No dalej, Lolka!

Nagle Olga się poderwała, jej oczy jaśniały radością.

– Mam! Pamiętasz, gdy byliśmy w Grecji, widzieliśmy w księgarni ekskluzywne wydanie o Jerozolimie? Olbrzymi foliał, tekst po angielsku i po grecku, mnóstwo ilustracji, w zestawie była nawet lupa, żeby oglądać szczegóły. I przyzwoita cena; jeżeli przeliczyć drachmy na wiadomą walutę, to wychodzi około trzydziestu dolarów. Takiej rzeczy nie wstyd podarować.

– Proponujesz skoczyć po prezent do Aten? – Paweł uśmiechnął się sceptycznie. – Same bilety będą kosztować tyle co dwadzieścia takich prezentów, chociaż, oczywiście, dla kochanej mamusi…

– Osioł. – Olga się roześmiała. – Łarisa jest teraz w Atenach, wraca za dwa dni. Jeżeli uda nam się złapać ją przez telefon, to możesz uważać problem za rozwiązany. W ten sposób bez przeszkód doholujemy rodzinną społeczność do następnych urodzin. Tylko spróbuj powiedzieć, że nie jestem genialna, a palnę cię w ucho.

– Jesteś genialna – odparł Paweł bardzo poważnie, całując jej rękę. – Co ja bym bez ciebie zrobił?

W tym roku matka Pawła kończyła pięćdziesiąt dziewięć lat, na sześćdziesiąte urodziny syn postanowił sprezentować jej wycieczkę do Izraela, gdzie Elena Fiodorowna miała mnóstwo przyjaciół, z którymi od dawna chciała się zobaczyć. Stać ją było na podróż, ale jak to często bywa, wciąż ją odkładała, uznając, że są rzeczy ważniejsze niż odwiedzanie przyjaciół. Praca, mąż, dzieci, wnuczka, letnisko, dwa psy – wszystko to wymagało ustawicznej uwagi i w żadnym razie nie mogło się obejść bez jej udziału. O ile Olga pamiętała, rozmowy o podróży do Izraela toczyły się od jakichś dziesięciu lat. Elena Fiodorowna utrzymywała regularne kontakty telefoniczne ze swoimi przyjaciółmi w Jerozolimie i Tel Awiwie, ale jak dotąd nie wybrała się w podróż. Jeżeli jednak położyć przed nią bilety i paszport z ważną wizą, wtedy sprawa będzie wyglądała całkiem inaczej. Elena Fiodorowna szanowała wysiłki podejmowane dla jej dobra. W tej sytuacji pojechałaby, nawet gdyby nie miała tam zupełnie nic do roboty.

Olga lekko zeskoczyła z kanapy, na której jeszcze dwie minuty wcześniej omal nie zasnęła, i rzuciła się na poszukiwania notesu z numerem telefonu przyjaciółki. Miała szczęście, Łarisa nie rozstawała się z komórką nawet w łazience, gdzie zastał ją telefon Olgi.

– Pamiętasz, w którym sklepie widziałaś książkę? – zapytała rzeczowo.

– Na głównej ulicy, sklep Patakisa.

– Znajdę – obiecała Łarisa.

– Kiedy przylatujesz?

– W sobotę.

– Odbierzemy cię z Paszą z lotniska. – Odwiesiwszy słuchawkę, Olga westchnęła z ulgą. – No i proszę, problem rozwiązany. A ty się bałeś!

Znowu podeszła do lustra i smutno kręcąc głową, uniosła połę szlafroka, żeby jeszcze raz przyjrzeć się śladom po nieudanej randce.

– No dlaczego mam takiego pecha?! – wyjęczała, przesuwając palcami po podrażnionej skórze.

Paweł też wstał i przeciągnął się z lubością.

– Daj spokój, Lolka, rano będziesz jak nowa. Co ciekawego w pracy?

Olga zrobiła straszną minę i wyciągnęła przed siebie skrzyżowane palce.

– Czeka nas święto w firmie – wycedziła grobowym głosem. – Jedzie do nas rewizor. Jak to się dzisiaj mówi, audytor. Wszyscy się trzęsą ze strachu.

– A ty?

– Ja nie.

– Jesteś przecież zastępczynią głównego księgowego, czyżbyś się nie bała?

– O to właśnie chodzi, Pawłusza, że jestem jego zastępczynią. Tylko on i ja wiemy, że wszystko jest w najlepszym porządku, toteż nie mamy się czego bać. Cała reszta nie zna się na księgowości; wszystkim się wydaje, że kontrola na pewno coś wykryje. Nawet prezes mocno pobladł na twarzy, z dziesięć razy dziennie nas zaczepia i pyta, czy jesteśmy przygotowani. W porządku, już się obudziłam. Chodźmy na kolację.

Szybko przygotowała posiłek i nakryła stół. Poruszała się lekko i zwinnie, więc Paweł bezwiednie zapatrzył się na jej gibką, atrakcyjną figurę.

– Co zrobimy z urlopem? – zapytał, odsuwając talerz po jedzeniu i zabierając się do parzenia herbaty. – Mam wrzesień i kawałek sierpnia.

– A ja odwrotnie, cały sierpień i kawałek września – odparła Olga. – Wykroimy dwa tygodnie, żeby pojechać gdzieś razem, a reszta – według własnego uznania. Masz konkretne propozycje?

– Konkretne nie, ale chciałbym popływać i poleżeć na piasku, powygrzewać kości.

– Wobec tego Hiszpania odpada, ten kraj obliguje do aktywnego wypoczynku, tam sobie nie poleżysz, plaże są gorsze niż w Soczi – powiedziała, marszcząc nos. – Do Hiszpanii dobrze pojechać z kochankiem, gdy we krwi buzuje jeszcze romantyzm. Wypożyczyć samochód i jeździć z miasta do miasta. To nie dla nas. Jesteśmy już za starzy, potrzebujemy czegoś spokojniejszego. Może wybierzemy się na południe Francji?

– Czemu nie? – Paweł się ożywił. – Dobra myśl. Pamiętasz, jak tam było fajnie? Wiedliśmy cichą, spokojną egzystencję: hotel – plaża, plaża – hotel. Ty, co prawda, biegałaś na każdą dyskotekę, mimo że odwodziłem cię od tego, jak mogłem.

– Ależ, Pawłusza. – Olga się roześmiała. – Wtedy byłam znacznie młodsza. Teraz się postarzałam i nie będę nigdzie biegać, obiecuję.

– To duży nietakt z twojej strony przypominać mi o wieku. Nie zapominaj, że urodziliśmy się tego samego dnia. A ja uważam się za całkiem młodego. Lolka, kto zmywa naczynia zgodnie z grafikiem?

– A jaki dzisiaj dzień, parzysty czy nieparzysty? – zapytała Olga, w skupieniu marszcząc czoło.

– Środa.

– W takim razie ty. – Olga włożyła brudne naczynia do zlewu i nagle z oburzeniem klasnęła w dłonie. – Ach, ty chytrusie! To dlatego proponowałeś, żeby pójść do restauracji! I udawałeś naiwnego, plotłeś o romantycznej wenie, udawałeś, że nie pamiętasz, kto ma dzisiaj zmywać! Paszka, znam cię od urodzenia, nie próbuj mnie nabierać.

Paweł potulnie przewiązał się fartuchem i sięgnął po gąbkę.

– Dobrze – obiecał z westchnieniem. – Nie będę.

Po kolacji obejrzeli francuski film w telewizji, po czym rozeszli się do swoich pokojów.

– Lolka – powiedział na pożegnanie Paweł, całując Olgę w policzek. – Jesteś najlepszą kobietą na świecie. Wszystkie moje laski nie są warte twojego małego paluszka. Kiedyś napiszę traktat o tym, czym jest prawdziwa miłość.

Czym jest prawdziwa miłość?, myślała Olga, powoli zapadając w łagodny, przyjemny sen. – Szczęściarz z Paszki, bo już wie. A ja, głupia, wciąż jeszcze czegoś szukam, wciąż wybieram, przebieram…

*

Nieubłaganie zbliżała się połowa lipca, do ostatecznego terminu uregulowania podatków pozostawało zaledwie półtora miesiąca, a Czistiakowowi nie udało się jeszcze zebrać potrzebnej sumy. W styczniu dobrowolnie stawił się w urzędzie skarbowym i złożył deklarację o dochodach w wysokości czterdziestu sześciu tysięcy dolarów. Naliczono mu taki podatek, że nic, tylko się powiesić: cała kwota czterdziestu sześciu tysięcy z niewielkim wyjątkiem wpłynęła od zagranicznych uniwersytetów i wydawnictw na konto walutowe Czistiakowa w Inkombanku, który zwyczajnie stracił licencję i nie wypłacił ani kopiejki łatwowiernym właścicielom oszczędności. Przez całą jesień, zimę i wiosnę Nastia i Aleksiej mocno zaciskali pasa, odmawiając sobie niekiedy nawet najpotrzebniejszych rzeczy. Czistiakow chwytał się każdej propozycji prowadzenia płatnych wykładów. Nastia z kolei, nie mając żadnej możliwości, żeby dorobić, wspierała wspólną sprawę w miarę sił: przerzuciła się na tańsze papierosy i ohydną kawę, która kosztowała znacznie mniej niż jej ulubiony Kapitan Kolumb. Oboje bardzo się starali, a mimo to…

Pierwszego czerwca do potrzebnej sumy brakowało im dziewięćdziesięciu tysięcy rubli, co w przekładzie na powszechny język walutowy oznaczało cztery tysiące dolarów. Skąd wezmą taką sumę starszy oficer z Pietrowki 38 i profesor zatrudniony w instytucji państwowej? Na to pytanie nie było odpowiedzi.

Szykowali się do ostatniego rozpaczliwego zrywu. Dzisiaj pułkownik Gordiejew obiecał udzielić Nastii urlopu od dziesiątego czerwca, więc zdążyła już zadzwonić do wydawnictwa, w którym często dorabiała jako tłumaczka podczas urlopów. Czistiakow też wziął urlop i zamierzał zabrać się do udzielania korepetycji, przygotowując absolwentów szkół do egzaminów wstępnych z fizyki i matematyki.

– Loszyk, hura! – zawołała Nastia, wpadając do mieszkania. – Pączek mnie puścił!

– Kamień z serca. – Aleksiej westchnął z ulgą. – A dzwoniłaś do wydawnictwa?

– Oczywiście. Obiecano mi, że dziś albo jutro ktoś się odezwie i powie, jaką mają pracę. Byłoby idealnie, gdyby się znalazło coś po francusku, w końcu ten język znam najlepiej. W najgorszym razie wezmę książkę angielską albo włoską. A ty co wskórałeś?

– Na razie nic, ale rozpuściłem wici, poczekamy na wyniki. – Aleksiej wziął od niej torbę i mimo woli stęknął. – Boże, Asiu, co ty tam dźwigasz? Buchnęłaś wagon cegieł z budowy?

– Kupiłam słowniki. Gdy Pączek się ulitował i uwzględnił moją pokorną prośbę o urlop poza obowiązującym grafikiem, pobiegłam jak na skrzydłach do księgarni, żeby obejrzeć nowe wydania różnych przydatnych słowników. No i kupiłam, ma się rozumieć, nie potrafiłam się powstrzymać.

– Drogie? – zapytał Czistiakow podejrzliwie, z hukiem stawiając torbę na podłodze.

– Ależ, Losza… – jęknęła Nastia. – To przecież do pracy.

– Spryciara – powiedział z uśmiechem. – Wykorzystujesz moje miękkie serce. Zjemy kolację czy najpierw weźmiesz prysznic?

– Wezmę prysznic – mruknęła, rozbierając się. – Chociaż wolałabym go nie oglądać.

W tej sprawie Nastia Kamieńska miała rację, łazienka rzeczywiście nie cieszyła oka. Rozpoczęty przed rokiem remont został szybko przerwany w związku z pamiętnym siedemnastym sierpnia. Jeszcze pół roku później na środku mieszkania piętrzyły się zwały materiałów budowlanych i wykończeniowych, kupionych wcześniej, ale niewykorzystanych ze względu na brak pieniędzy na dalszy remont, a także na konieczność odkładania każdej kopiejki na podatki. Nastia i Aleksiej kategorycznie odmówili przyjęcia pomocy finansowej od Saszy – brata Nastii, więc ten po paru nieudanych próbach wepchnięcia im pieniędzy przysłał ciężarówkę z robotnikami i wywiózł cały budowlany Mont Blanc za miasto, na swoje letnisko, nie pytając ich o zgodę. Teraz po mieszkaniu można było poruszać się swobodnie, bez obawy zrzucenia czegoś albo potknięcia się i rozbicia głowy. Jednakże samo mieszkanie, przygotowane do niedoszłego remontu, robiło przygnębiające wrażenie. Zdarte tapety i skute ze ścian kafelki w łazience budziły smutne skojarzenie z domami przeznaczonymi do rozbiórki, z biedą, niechlujstwem i beznadzieją. Gwoli prawdy trzeba powiedzieć, że zarówno Nastia, jak i jej mąż przyzwyczaili się w końcu do tego stanu rzeczy i już nie tak gwałtownie reagowali na ową szpetotę, zwłaszcza że zdążyli wyremontować i umeblować kuchnię. Zapraszanie kogokolwiek do takiego zrujnowanego gniazda było, oczywiście, wykluczone, ale to nie stanowiło problemu. Krewni i przyjaciele zrozumieją sytuację, można się ich nie krępować – podczas kryzysu wszyscy stracili pieniądze, a dalsi znajomi prawie nie bywają w tym mieszkaniu. Wprawdzie Aleksiej zamierzał udzielać korepetycji, więc pojawią się tutaj uczniowie…

– Loszyk, a jak my tu kogokolwiek wpuścimy? – zapytała Nastia ze smutkiem, wychodząc z łazienki. – Przecież to wstyd. Jesteś profesorem, honorowym członkiem akademii, a mieszkasz w koszmarnych warunkach.

– Nie wpadaj w kompleksy – odparł Aleksiej beztrosko. – Najważniejsze to się nie wstydzić. Gdy człowiek się wstydzi, inni od razu to zauważają i zaczynają się przyglądać: co w nim takiego niewłaściwego, występnego, że się tego wstydzi? Będę się zachowywał jak król na imieninach i niefrasobliwym tonem wszystkim wyjaśnię, że trwa właśnie remont. To oczywiste, że podczas remontu mieszkanie nie może przypominać carskiego pałacu. Masz ochotę na chłodnik?

Nastia usiadła przy stole w kuchni i z ulgą wyciągnęła nogi, które po całym dniu były ciężkie i spuchnięte.

– Mam – wycedziła błogo. – Zimny chłodnik w taką pogodę to szczyt marzeń. Losza, jak sądzisz, czy w tym roku powtórzy się zeszłoroczne okropieństwo, to znaczy upał?

– Wszystko na to wskazuje. – Aleksiej kiwnął głową. – Synoptycy zapowiadają ponad trzydzieści stopni w przyszłym tygodniu. Aśka, czuję się winny, wszyscy normalni ludzie wyjeżdżają gdzieś nad morze albo na łono natury podczas urlopu, a ty przez moje cholerne honoraria będziesz musiała sterczeć w Moskwie. Ale gdy tylko wygrzebiemy się z tej historii z podatkami, przysięgam, że pojedziemy tam, gdzie są ciepłe morze, gorący piasek i chłodny wiatr. Wierzysz mi?

– Wierzę. – Nastia się uśmiechnęła. – Tylko kiedy to będzie? Tegoroczny urlop wykorzystamy teraz, a do następnego lata musimy jeszcze dożyć. Nie zapominaj też, że Pączek puścił mnie poza grafikiem, więc w następnym roku na pewno nie będę odpoczywać latem. Dlatego możesz składać dowolne obietnice, pora ich realizacji nadejdzie nieprędko. Może obiecasz mi brazylijski karnawał?

Aleksiej spojrzał na nią ze zdumieniem i odstawił pusty talerz.

– Chcesz pojechać do Brazylii na karnawał? Nie sądziłem, że moja żona jest kobietą z takimi pretensjami...

– Nie, na karnawał nie chcę, nie lubię hałaśliwego tłumu. Do Brazylii też nie chcę, za długo trzeba lecieć. Ale zapytać przecież można?

– Kto pyta, nie błądzi – odparł żartobliwie.

Po kolacji Nastia zajęła się studiowaniem kupionych słowników, czując radosny przedsmak pracy nad przekładem i delektując się myślą o zdecydowanej przewadze urlopu, która pozwala nie zrywać się na dźwięk budzika o wpół do siódmej rano. Szybko się jednak rozczarowała. Telefon od redaktora z wydawnictwa pozbawił ją dobrej połowy sielankowych iluzji.

– Bardzo mi przykro, ale w ciągu najbliższych dwóch miesięcy nie będziemy potrzebować tłumaczy. Wszystkie książki zostały już rozdysponowane. Chyba że jesienią…

– Nie, urlop mam teraz. Dziękuję i przepraszam za kłopot.

Nastia odwiesiła słuchawkę i utkwiła markotny wzrok w niepotrzebnym już słowniku.

– Sama jestem sobie winna – oznajmiła ponuro Aleksiejowi. – Takie prace planuje się z wyprzedzeniem, powinnam była już w marcu się umówić.

– Ale przecież nie miałaś pewności, że naczelnik cię puści. – Czistiakow zaczął ją pocieszać. – A zresztą w marcu jeszcze wierzyliśmy, że zbierzemy pieniądze. Nie rób sobie wyrzutów, Asieńko, jakoś sobie poradzimy. Za to wyśpisz się do woli i odpoczniesz.

Nastia zatrzasnęła słownik i stanowczo potrząsnęła głową.

– Nie, nic z tych rzeczy. Jesteśmy rodziną czy sąsiadami z komunałki? Ja też będę dawać korepetycje, w końcu od czego znajomość pięciu języków? Poniewierają się tylko w głowie i obrastają kurzem.

– Czemu nie? – Mąż się ożywił. – Świetny pomysł.

*

O siódmej wieczorem w poczekalni było chłodno i cicho. Panująca w ciągu dnia krzątanina wydawała się nieprawdziwa albo urojona. Olbrzymi zegar na ścianie pokazywał za dziesięć ósmą. Żenia cierpliwie czekała. Niedługo otworzą się obite skórą drzwi, ukaże się w nich ojciec i zawiezie ją do domu.

Podeszła do wysokiego lustra, w którym mogła się przejrzeć od stóp do głów. Boże, czuje wstręt na widok swojego odbicia! Ohydny szary kostium z białą bluzką, okropne niemodne pantofle z tępymi noskami i na niskich, szerokich obcasach. Twarz bez makijażu, wyblakła i niewyrazista. Długie, ciemne włosy zaplecione w gruby warkocz. I rzecz najpotworniejsza: głupie białe skarpetki. No dlaczego, dlaczego musi tak wyglądać? Dlaczego ojciec zmusza ją, żeby się ubierała i czesała, jakby miała trzynaście lat? Tyran! Sadysta! Tymczasem ona nie może nic na to poradzić, jest od niego całkowicie zależna, przecież on ją utrzymuje. Żenia nie ma własnych pieniędzy, żeby kupić sobie oryginalne, modne stroje i wyglądać na oryginalną współczesną dziewczynę. Nie może się sprzeciwiać ojcu, może tylko nieśmiało prosić, otrzymując w odpowiedzi, ma się rozumieć, kategoryczną odmowę.

Nie usłyszała, jak za jej plecami otworzyły się drzwi, i ocknęła się dopiero wtedy, gdy tuż nad uchem zagrzmiał głos ojca.

– Czego tak wypatrujesz? Jeszcze za wcześnie, żebyś się kręciła przed lustrem.

Żenia niezręcznie się odwróciła, zaczepiwszy biodrem o róg stołu. Skrzywiła się na skutek nagłego bólu i oblała rumieńcem.

– Słoniątko – rzucił ojciec z niezadowoleniem. – Zbieraj się, jedziemy do domu.

Dziewczyna pośpiesznie chwyciła torebkę i posłusznie ruszyła za nim.

*

Dzień nie układał się już od rana. Tekst ogłoszenia naklejonego na drzwiach wejściowych tydzień temu przybrał realną formę – od poniedziałku wyłączono gorącą wodę. W metrze coś się stało, między stacją Siemionowskaja a Elektrozawodskaja pociąg tkwił w tunelu przez całe dwadzieścia pięć minut, wskutek czego Nastia musiała biec od stacji Czechowskaja do budynku na Pietrowce. Gdy w końcu wpadła do swojego pokoju, okazało się, że przez otwarty w nocy lufcik naleciało mnóstwo puchu z topoli, który zbity w olbrzymie kule, zuchwale zajął wszystkie kąty i, co gorsza, pokrył wszystkie blaty. Pływał też w karafce z wodą i panoszył się w kubku, z którego Nastia zamierzała wypić kawę przed naradą służbową. Zerknąwszy z rozpaczą na zegarek, pomyślała, że jeżeli pójdzie do toalety, by wymienić wodę w karafce i umyć kubek, na pewno nie zdąży wypić kawy.

Jakby tego wszystkiego było mało, pułkownik Gordiejew przekazał Nastii arcynieprzyjemną wiadomość.

– Siełujanow został pilnie oddelegowany do centrali i wyjeżdża dzisiaj do Chabarowska, powołany w skład zespołu. To nie potrwa długo – oznajmił, nie patrząc na Nastię. – Kamieńska, na razie nie idziesz na urlop, nie ma kto pracować.

Był to cios poniżej pasa, ale wykłócanie się z przełożonym w takich sprawach nie było przyjęte. W końcu zgodnie z grafikiem urlop Nastii przypadał dopiero w listopadzie, Gordiejew i tak poszedł jej na rękę, pozwalając odpocząć w czerwcu. Nie o wszystkim jednak sam decyduje. Nie mógł zatrzymać Siełujanowa i odmówić centrali, kolejni dwaj pracownicy poszli na urlop w czerwcu zgodnie z grafikiem, a Wiktor Aleksiejewicz nie uznał za możliwe, żeby ich nie puścić – mają dzieci w wieku szkolnym i tylko latem mogą spędzić z nimi wakacje. W wydziale obowiązywała zasada, że pracownicy mający niepełnoletnie dzieci dostawali urlop latem przynajmniej raz na trzy lata, nie rzadziej. Tamci dwaj mieli pełne prawo do urlopu w czerwcu, ostatni raz spędzali wakacje z dziećmi jeden – cztery lata temu, drugi – trzy. A zatem Gordiejew nie miał innego wyjścia, jak tylko zostawić w pracy Kamieńską.

Westchnąwszy ciężko, Nastia postanowiła pogodzić się z sytuacją i spróbowała włączyć się w omawianie bieżących spraw, ale szło jej kiepsko. Umysł od rana był nastawiony na to, że pozostały zaledwie dwa dni, że od środy będzie wolna jak ptak i zacznie dorabiać. Mimo że szczerze i gorąco kochała swoją pracę, problem terminowego zapłacenia podatków wydawał jej się w chwili obecnej znacznie ważniejszy. Jeżeli pieniądze nie trafią na konto urzędu skarbowego w wyznaczonym terminie, zostanie naliczona grzywna w wysokości jednej dziesiątej procenta dziennie – wbrew pozorom to wcale niemało. Miesięcznie trzy procenty. Dla osób zamożnych może to głupstwo, ale dla niej i dla Czistiakowa liczy się każda kopiejka.

Zamiast uważnie słuchać naczelnika, przyglądała się kolegom. Korotkow poprawił się po śmierci chorującej od dawna teściowej, razem z żoną przemeblował mieszkanie i teraz ma gdzie odespać bezsenne noce. Zwyczajne noce też stały się spokojne, bez ciągłych krzyków ciężko chorej kobiety. Syn ma swój pokój i może zapraszać kolegów. Po śmierci teściowej Korotkow pożyczył od Nastii siedemset dolarów na pogrzeb. Było to w listopadzie, akurat w Dniu Milicjanta. Od tamtej pory zwrócił tylko trzysta, nie wiadomo, kiedy uda mu się oddać resztę. Teraz te pieniądze by się przydały, ale Nastia nie będzie się dopytywać. Dobrze wie, że Jura robi wszystko, co w jego mocy, żeby zwrócić dług.

Obok Korotkowa siedzi Misza Docenko, którego wszyscy w wydziale od jakiegoś czasu nazywają nie inaczej, jak tylko „nasz narzeczony”. Ubiegłej jesieni poznał wreszcie Iroczkę Miłowanową, krewną Stasowa, i twardo postanowił, że się ożeni. W grudniu zamierzał złożyć wniosek o zawarcie małżeństwa w kwietniu, zaraz po Wielkanocy, więc pracownicy wydziału do walki z ciężkimi przestępstwami przeciwko zdrowiu zacierali już ręce z radości na myśl o obficie zastawionym stole weselnym. Tymczasem rozwijająca się błyskawicznie sytuacja w pewnym momencie przyhamowała. Ani w grudniu, ani w styczniu wniosek nie wpłynął do urzędu stanu cywilnego; minęła Wielkanoc, nadeszło lato, a sprawa nie ruszyła z miejsca. Ze wszystkich podwładnych Gordiejewa chyba tylko Nastia wiedziała, co się stało.

Igor Lesnikow… Ostatnimi czasy przykro na niego patrzeć. Twarz mu poszarzała, oczy przyblakły i się zapadły, wyraźnie widać siwiznę. Igor był zawsze skryty, nie rozwodził się na temat swojego życia osobistego, więc Nastia nie wiedziała, co się u niego dzieje. Prawda była jednak taka, że w ciągu niecałego miesiąca z najprzystojniejszego wywiadowcy na Pietrowce zamienił się niemal w starca. Tak w każdym razie go postrzegała.

W gabinecie Gordiejewa było duszno, toteż gdy rozległy się długo oczekiwane słowa „wszyscy są wolni”, funkcjonariusze pośpiesznie ruszyli ku drzwiom. Wróciwszy do siebie, Nastia z miną pełną obrzydzenia obejrzała pokój i doszła do pesymistycznego wniosku, że nie uniknie walki z puchem. Nie zamierza myć podłogi, rzecz jasna, ale musi przetrzeć wilgotną ściereczką biurko i komputer, nie mówiąc już o karafce z wodą i kubkach.

– Aśka, poratujesz kawą? – Usłyszała za plecami głos Korotkowa.

– Ma się rozumieć. – Ucieszyła się. – Ale nie za darmo. Cena jest umowna. Masz tutaj ściereczkę i zmocz ją pod kranem. Z tej karafki trzeba wylać wodę i nalać świeżej, a te oto dwa kubki trzeba umyć. Cena ci odpowiada?

Korotkow ze zdumieniem rozłożył ręce.

– Ostro pogrywasz, koleżanko! Ciężko ci zrobić nawet takie głupstwo? Dla ubóstwianego naczelnika?

– Po pierwsze, nie jesteś już naczelnikiem, tylko jego zastępcą – odparowała. – A po drugie, wasza męska toaleta jest dwa kroki stąd, nasza zaś jest w remoncie, więc ja, nieszczęsna, chora staruszka, będę musiała wdrapywać się na drugie piętro. No to jak, Jurik, dogadamy się?

Jurij machnął ręką z rezygnacją.

– Dobrze, niech ci będzie, daj ściereczkę i naczynia.

Nastia szybko wręczyła mu ściereczkę, karafkę i kubki.

– Gdy wrócisz, powiem ci pewną mądrą rzecz, Jurik. Tylko się nie obraź.

Podczas nieobecności Korotkowa Nastia, niezręcznie się nachyliwszy, zebrała z podłogi największe kule puchu, zawinęła je w papierową serwetkę i wyrzuciła do kosza.

– Mów swoją mądrą rzecz – zażądał Korotkow, wróciwszy z mokrą ściereczką, czystymi kubkami i karafką ze świeżą wodą.

Nastia nalała wody do wysokiego ceramicznego dzbanka i włączyła grzałkę. Na wszelki wypadek schowała kubki, po czym powiedziała:

– Skoro nie chcesz wykonywać moich głupich próśb, zaopatrz się we własną kawę. Niezależność jest dobra i cenna, ale trzeba za nią płacić. Jak zresztą za wszystko w tym życiu. Nie obraziłeś się?

Jurij posłał jej wściekłe spojrzenie, po czym raptem parsknął śmiechem.

– Sprzątnęłaś kubki, żebym ich nie dosięgnął? Słusznie, bo zaraz bym je rozbił o podłogę. Nie, Nastiucha, nie obraziłem się, bo masz stuprocentową rację. Wiesz, dlaczego wciąż kończy mi się kawa? Dlatego że kocham cię, głuptasie, całym sercem detektywa, i lubię wpaść do ciebie i napić się twojej kawy z twoich ładnych kubków. Żebym mógł się rozsiąść na krześle jak padyszach, odchylić, założyć nogę na nogę, a ty żebyś mi nalewała i podawała. W przeciwnym razie muszę sam sobie robić kawę i pić ją, gapiąc się w ścianę. Nuda! A co z rozmową?

– No to przychodź do mnie ze swoją puszką – zaproponowała Nastia. – Kawa jest twoja, a woda, naczynia i cukier – moje. Nie żal mi kawy, Jura, próbuję tylko wprowadzić racjonalny element do naszych relacji, żeby uniezależnić cię od mojego lenistwa.

– Nic nie rozumiesz! – żachnął się Korotkow, rozpierając się wygodnie – jota w jotę jak na odmalowanym przed chwilą obrazku. – Jeżeli przyjdę do ciebie ze swoją puszką kawy, to wiadomo, że zamierzam pogadać, a to jest niedopuszczalne w relacjach naczelnika i podwładnej. Jeżeli jednak idę bez niczego, mogę się pocieszać myślą, że jestem nieszczęśliwy, wyczerpany ciężką pracą związaną z chwytaniem opryszków i na gwałt potrzebuję kubka kawy, żeby zregenerować utracone siły, co pozwoli mi nadal stać na straży porządku. Chwytasz różnicę? I nie kłóć się ze mną, jestem starszy stanowiskiem i wiekiem.

Z nieukrywaną przyjemnością pił aromatyczną, gorącą kawę, jak zwykle odsuwając chwilę, gdy będzie musiał wcielić się w rolę szefa, zająć codzienną pracą i, co najbardziej przykre, podejmować decyzje. Tutaj, w tym pokoju, gdzie spędził wiele niespokojnych, męczących i radosnych godzin, mógł jeszcze czuć się równy reszcie wywiadowców. Minął rok z hakiem, odkąd go awansowano i mianowano zastępcą naczelnika wydziału zamiast pułkownika Żeriechowa, który odszedł na emeryturę. Rok to szmat czasu, więc Korotkow zdążył się właściwie przyzwyczaić do swojej nowej sytuacji, mimo to codziennie robił sobie przerwę, rozsiadając się w pokoiku Nastii i udając, że jest taki sam jak wszyscy.

– Nigdzie się dzisiaj nie wybierasz? – zapytał.

– Raczej nie. Mam sporo papierkowej roboty. A czemu?

– Powiem Lusi, żeby do ciebie zadzwoniła, jeżeli mnie nie zastanie, dobrze? Wieczorem chcieliśmy gdzieś razem wyskoczyć…

– À propos Lusi – przerwała mu Nastia. – W żadnym razie nie namawiam cię do rozwodu, ale jestem ciekawa. Czekałeś tyle lat, bez przerwy mówiłeś o rozwodzie, a teraz co?

Korotkow sposępniał. Już nie siedział swobodnie, odchylony na krześle, ale zgarbił się i oparł łokcie na kolanach.

– Sam nie wiem, Asiu. Tak bardzo chciałem się rozwieść; wydawało mi się, że gdy tylko skończą się męki teściowej, będę miał moralne prawo, żeby odejść od Lalki. Póki jej matka chorowała, nie mogłem zostawić jej samej z tym koszmarem.

– To akurat rozumiem. Ale przecież jej matka już nie żyje. Spotykasz się z Lusią, jeśli mnie pamięć nie myli, od dziewięćdziesiątego drugiego roku. Siedem lat, Jura. Co cię trapi? A może Lusia nie chce się rozwieść ze swoim mężem?

– I Lusia… – Przerwał, po czym rzucił gwałtownie: – I ja też. Trudno to wytłumaczyć, Asiu, ale… Nie mogę.

Nastia milczała, czekając na dalszy ciąg. Właściwie była niemal pewna, że wie, co Korotkow usiłuje powiedzieć. Chciała jednak, żeby sam jej to wyznał. Tymczasem Jurij też milczał, licząc widocznie na to, że Nastia jak zwykle pomoże mu komentarzem albo pytaniem.

– Rozumiesz mnie? – zapytał w końcu, nie doczekawszy się pomocy.

– A ty rozumiesz sam siebie?

– Słabo. Wiem tylko, że nie mogę powiedzieć Lalce: „To koniec, moja droga, piętnaście lat wspólnego życia wzięło w łeb, poszło, można by rzec, w diabły. Odchodzę od ciebie”. Nie wiem, dlaczego nie mogę tego powiedzieć, po prostu nie potrafię.

– Powiedzieć ci dlaczego?

– Powiedz. – Korotkow posłusznie kiwnął głową, jakby proponowano mu obwieszczenie wyroku, którego można nie ogłaszać.

– Właśnie z powodu owych piętnastu lat wspólnego życia. Ten niezbity fakt pociąga za sobą przynajmniej dwa skutki. Pierwszy: w ciągu piętnastu lat wiele się wydarzyło; ostatnie dziesięć, kiedy chorowała twoja teściowa, było, oczywiście, czasem trudnym, bolesnym i nie do zniesienia. Ale bez względu na to, jaki jest twój stosunek do Lalki, ów trudny i bolesny czas dzieliliście ze sobą. Przetrwaliście go razem. Nie tak łatwo to zignorować, mój drogi. Póki żyła teściowa, miałeś wrażenie, że gdy tylko… wtedy od razu odetchniesz z ulgą i zabierzesz się do układania swojego życia osobistego, ale nic z tego! Bo życie osobiste dlatego jest osobiste, że mieści w sobie twoje wnętrze, twoją duszę, wszystkie twoje przeżycia i cierpienia, one zaś związane są z Lalką, a nie z Ludmiłą. Czy ta teza jest dla ciebie jasna?

Jura skinął głową w milczeniu.

– Drugi skutek: w ciągu piętnastu lat z Lalką owo wspólne życie stało się twoim chlebem powszednim. Inna kwestia, czy on ci się podoba. Ale tak to wyglądało. Zmiana życia jest zawsze trudna, związałeś się z nim, przywykłeś i zaadoptowałeś się do niego. Nie potrafisz inaczej żyć. Dlatego się boisz.

– Sądzisz, że niepotrzebnie? – Korotkow uniósł głowę. – Sądzisz, że powinienem się zdecydować i zerwać raz na zawsze?

– Nie, Juroczka, wcale tak nie sądzę. Ani przez chwilę. Gwałtowna zmiana może się okazać katastrofą i dla ciebie, i dla twojej żony, i dla Ludmiły. Jednym słowem, dla każdego, kogo dotknie twój rozwód. Musisz bardzo starannie wszystko rozważyć i spróbować ustalić, co się stanie z wami wszystkimi, gdy zdecydujesz się na ten krok. Przede wszystkim – co się stanie z tobą. Dam ci mały przykład, nie jest zmyślony, znam tę kobietę. Wiele lat temu się rozwiodła, ale podczas gdy szukała okazji, żeby się rozstać z byłym mężem, ten zachorował. Stwardnienie rozsiane. Taki, wyobraź sobie, niefart. No więc przez siedem lat opiekowała się nim, przewracała na łóżku, zmieniała pościel, wstawała po nocach, przynosiła coś do picia albo do jedzenia. Całe mieszkanie przesiąkło zapachem leków i moczu, więc kobieta nieustannie marzyła o tym, że gdyby nie miała męża – zauważ, że byłego – to przynajmniej wyremontowałaby mieszkanie. Miała ukochanego, nieżonatego, który gotów był w każdej chwili ją poślubić; ona jednak nie mogła zostawić swojego chorego eksmęża, więc biegała, jak młoda kobieta, na randki. Wreszcie wszystko się skończyło, nieszczęśnik odszedł. Jak myślisz, co było potem? Kobieta zabrała się do remontu mieszkania? Wyszła za mąż? Nic podobnego! Siedzi i płacze całymi dniami. Dokucza jej samotność. I pustka. Nie ma się kim opiekować. Bo przez siedem lat ów koszmar stał się jej życiem, do którego, nieważne – dobrego czy złego, przywykła i z którym się oswoiła. Okazało się, że nie potrafi i nie chce inaczej żyć. Czy ta myśl jest zrozumiała?

– Słuchaj, Asiu. – Korotkow nagle się uśmiechnął. – Czy tobie czasem nie chodzi po głowie rozwód?

Nastia spojrzała na niego ze zdumieniem i zaskoczona upuściła papierosa.

– Co za bzdury! Skąd ten pomysł?

– A stąd, koleżanko, że twój zbiór argumentów jest bardzo spójny, nie mógł się zrodzić w spontanicznej rozmowie. Musiałaś długo analizować problem, żeby go tak przedstawić. Przyznaj się: życie rodzinne cię rozczarowało?

– Jurik, jesteś niepoprawny! Dlaczego trzeba koniecznie uczyć się na własnym życiu? Można wyciągnąć wnioski, obserwując innych.

– Na przykład mnie? – Jurij gniewnie zmrużył oczy. – Znalazłaś sobie królika doświadczalnego?

– I ciebie, i Iroczkę, która wciąż nie wychodzi za naszego Miszę. Myślisz, że nie chce założyć rodziny? Chce, i to jeszcze jak! Myślisz, że Miszka się jej nie podoba? Podoba. Ona naprawdę go kocha. Ale rola niani w rodzinie Stasowa jest sensem jej życia, więc przez cały czas, może nawet nieświadomie, stawia nowe warunki dotyczące małżeństwa, byle tylko opóźnić wesele. Ona się boi, Jura. Próbuje wymyślić sposób, który pozwoli jej zostać żoną Miszki, a jednocześnie prowadzić poprzednie życie. Dlatego chce, żeby on zamienił swoje mieszkanie, które dzieli z mamą, na dwie kawalerki. Jedna z nich musi znajdować się koniecznie w domu Stasowa, żeby mogła dalej opiekować się małym Griszeńką, gotować obiady Stasowowi i Tatianie, a przy tym być dobrą żoną dla Michaiła. Słuchaj, szefie, nie wydaje ci się, że zachowujemy się nieprzyzwoicie?

– Dlaczego? – zdziwił się Korotkow. – Co takiego robimy?

– Do końca dnia jeszcze daleko, a my zamiast zajmować się robotą, dyskutujemy na temat duszy. Dzisiaj nie przeglądałam nawet rejestru.

Jurij niechętnie wstał z krzesła i ruszył ku drzwiom.

– Naczytałaś się, Aśka, niewłaściwych książek, w których wywiadowcy na okrągło chwytają bandytów, jakby nie mieli innego życia. Czy my nie jesteśmy ludźmi? Można by pomyśleć, że nie mamy uczuć.

– Ależ mamy – przyznała Nastia ze śmiechem. – I to do licha i trochę. A skoro mówimy o przeżyciach, nie wiesz, co się dzieje z Lesnikowem? Wygląda jak z krzyża zdjęty.

– Z Lesnikowem? – Jurij uśmiechnął się i otworzył drzwi na korytarz. – Chyba znowu wracamy do tematu rozwodu.

– Co ty mówisz? – jęknęła. – To niemożliwe. Wszyscy przecież wiedzą, że Igor uwielbia swoją żonę, podobnie jak córkę.

– Niewykluczone. No dobrze, pracusiu, na razie.

Korotkow zamknął za sobą drzwi, pozostawiając Nastię sam na sam z papierosem, nieprzeczytanym rejestrem wykroczeń, do których doszło w ciągu minionej doby, i z uczuciem głębokiej konsternacji. Igor Lesnikow! Coś takiego…

17 sierpnia 1998 roku rząd rosyjski podjął decyzję o dewaluacji rubla, co było wynikiem potężnego kryzysu finansowego (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
mniej..

BESTSELLERY