Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Smocze skarby - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Data wydania:
23 kwietnia 2019
Czytaj fragment
Pobierz fragment
16,91
Cena w punktach Virtualo:
1691 pkt.

Smocze skarby - ebook

Czy ludzie są gotowi na to, by żyć w szczęściu, bez negatywnych uczuć, bez zazdrości i bogactwa? Czy zaufanie, dobroć, gościnność wystarczą, by uchronić się przed złem? Jaką rolę w tej historii odgrywają smoki? Czy we współczesnym świecie wciąż jest dla nich miejsce?


Książka „Smocze skarby” porusza wiele ważnych tematów. To bardzo pouczająca opowieść, którą powinno przeczytać każde dziecko.       
Zatem pora wyruszyć do baśniowego świata, na spotkanie ze smokiem Agapitem, Elfidami, mieszkańcami Poldocji, Zalustrza i Mrocznymi, gdzie mądry smok przekazuje swoje skarby Markowi – ubogiemu chłopcu, który dzięki swojemu dobremu sercu i odwadze zostaje rycerzem.

Bajka dostarczy młodym czytelnikom wiele ciekawych przygód, ale i niebezpieczeństw. Jednak nie bójcie się… Bo przecież z pomocą prawdziwych przyjaciół i przy odrobinie szczęścia niestraszne są wszelkie kłopoty i z każdej opresji można wyjść obronną ręką, choć czasem wiele nas to kosztuje…
Kategoria: Dla dzieci
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8119-405-1
Rozmiar pliku: 3,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ZAMIAST DEDYKACJI

Książeczkę tę napisałem dla Was – moich kochanych wnucząt. Dla Ciebie Kostku, Ninko i Oleńko, a także z myślą o tych wnukach, których jeszcze nie znam, bo one być może dopiero w przyszłości pojawią się na tym świecie, choć oczywiście nie wiem, czy tak będzie. Mam nadzieję, że kiedy nadejdzie odpowiedni czas, gdy z plecakami pójdziecie do drugiej czy trzeciej klasy, albo po pierwszych waszych szkolnych wakacjach, zechcecie ją przeczytać.

Skarby nie zawsze dają się zważyć, zmierzyć. Są i takie, których nie da się wziąć do ręki czy zamknąć w skrzyni. Pieniądze, złoto, klejnoty same w sobie, wierzcie mi, bo wiem, co mówię, rzeczywiście szczęścia nie dają, choć ułatwiają życie i mogą sprawić, by było ono odrobinę przyjemniejsze.

Chciałbym bardzo, by skarby, o których baśń ta opowiada, a które uważam za bezcenne, stały się Waszym udziałem. Jeśli tak będzie, wieść będziecie życie bardzo szczęśliwe, czego Wam z całego serca życzę.

Będę wielce rad, gdy i inne dzieci przeczytają tę opowieść i dzięki niej zapragną posiąść smocze skarby. Starczy ich dla wszystkich, a im więcej dzieci (i dorosłych) będzie z nich korzystać, tym nasz świat będzie lepszy i piękniejszy.

Dziadek

Gdańsk, Szarlota – lato 2018ROZDZIAŁ I

MISJA AGAPITA

Pędzone zimnym wiatrem chmury zakrywały co chwilę gwiazdy na ciemnym, prawie czarnym niebie. Cieniutki sierp, pojawiającego się zza nich od czasu do czasu, księżyca także nie był w stanie rozświetlić gęstego mroku. Środek nocy minął już dość dawno. Agapit leciał bez przerwy od wielu godzin. Bolały go skrzydła. Ogon, zakończony ostrym kolcem, ciążył mu coraz bardziej i ciągnął ku ziemi. Z niewielkiej rany na brzuchu sączyła się krew. Smok wiedział, że musi odpocząć, jeśli chce przeżyć. Nie miał wystarczająco dużo sił, by jeszcze tej nocy dotrzeć do Poldocji, gdzie spodziewał się znaleźć bezpieczne schronienie. Wylądował na skraju ścierniska, obok gęstego lasu. Wiedział, że gdzieś przez środek tego boru biegnie granica między Elfidią, w której obok Elfidów mieszkały nieliczne już smoki, a Poldocją. Miał nadzieję, że jutro uda mu się przekroczyć tę granicę. Miał przecież do wykonania bardzo ważną misję.

Był głodny. Nie miał wielkiego wyboru, więc za całą kolację i obiad, którego nie jadł, musiało mu wystarczyć kilka kępek trawy, ścielącej się na niewielkiej łączce między nieodległym lasem a ścierniskiem, i żołędzie z dębów rosnących w pobliżu. Kiedy oszukał głód, rozejrzał się dokładnie wokół siebie. W jednym miejscu bujna i soczysta trawa ostrym klinem wcinała się w las, tworząc coś, co przypominało podłogę sporej komnaty, kopułę której stanowiły ciasno splątane gałęzie drzew. Ich wysokie i bardzo grube pnie można było bez trudu przyrównać do potężnych filarów podtrzymujących ową kopułę. Agapit przeniósł się w to miejsce. Ułożył wygodnie na trawie i obejrzał zraniony brzuch. Rana na szczęście nie była groźna, a krwawienie ustało. Strzała wystrzelona przez jednego z Mrocznych ledwie go drasnęła.

Leżąc w tej leśnej komnacie, nasłuchiwał nieustannie, czy nie docierają do niego odgłosy pogoni. Agapit leciał do Poldocji z (wiedział to dobrze) ostatnią misją swojego życia, ale i uciekał. Przeraził się, usłyszawszy dobiegające z północy, niesione z oddali zimnym nocnym wiatrem słabo słyszalne, ale jednak dość wyraźne, przeciągłe wycie. Nie było żadnej wątpliwości, że wycie to pochodzi od stworzenia mrocznego i z gruntu złego. Słysząc ten głos, polujące w nocy wilki kładły uszy po sobie, kuliły z przestrachu ogony i rozglądały się trwożliwie za jakąkolwiek kryjówką. Takie właśnie odgłosy wydawali z siebie Mroczni. Dźwięk falował w nocnej ciszy, wchodząc na coraz wyższe tony i wreszcie urwał się niespodziewanie. Zdawało się, że po wybrzmieniu ostatniej ostrej nuty tego wycia czy skowytu, zapadnie cisza. Tak się jednak nie stało. Na południu inny Mroczny odpowiedział na nawoływanie swojego pobratymca podobnym, mrożącym krew w żyłach, głosem. Dopiero wówczas zapadła cisza, przerywana jedynie od czasu do czasu szelestem wiatru, przedzierającego się przez gęste listowie, i łopotem skrzydeł sów lecących na łowy czy mknących na polowanie borsuków.

Agapit zastygł w bezruchu, przerażony tym, co usłyszał. Pogoń była bliżej niż sądził. Tylko nieprzenikniona czerń nocy i zmęczenie sprawiały, że ścigający smoka oprawcy nie przybliżali się. Oni także zalegli gdzieś w trawie czy w chaszczach i odpoczywali utrudzeni pogonią. Ich konie nie miały już sił, by dalej pędzić przez noc.

Jeszcze całkiem niedawno Agapit, jego rodzina i nieliczni już smoczy kompani żyli w Elfidii – krainie mlekiem i miodem płynącej, gdzie władcą dobrym i sprawiedliwym był król Amor. Oczkiem w głowie władcy i jego pięknej żony Gerbery była ich córeczka – księżniczka Ninola. Żyli szczęśliwie, choć pozostało ich już niewielu. Smoki w Elfidii powoli przechodziły do historii, bo taka jest kolej rzeczy. Tak dawno, dawno temu postanowiła Ewolucja – siostra Matki Natury. Te smoki, które żyły na ziemi Elfidów – niewielkich, kochających naukę i sztukę, uwielbiających śpiewać istot o płowych włosach, łagodnych charakterach, chętnych do obdarzania przyjaźnią i miłością każdego – nie wadziły nikomu. Wspólnie z gospodarzami tej ziemi smoki hodowały rośliny, korzystały z tego, co dostarczały lasy i łąki. Zajmowały się hodowlą krów. Te dawały im mleko, a z niego robiono masło, twarożki, jogurty i sery. Szczególnie zaś lubiły doglądać pszczół, a te nader chętnie odwdzięczały się im miodem. I Elfidzi i smoki żyli w harmonii z naturą i nie czynili nikomu krzywdy. W krainie tej nie zabijano i nie zjadano zwierząt. Podstawę wyżywienia smoków i Elfidów stanowiło cudowne zboże nazywane vitae. Było to dzieło królowej Gerbery, która wyhodowała także wiele innych cudownych roślin. Niewielka ilość, ledwie garstka, tego zboża wystarczała, by potężny smok nie odczuwał głodu i zachowywał pełnię sił. Elfidzi raz w tygodniu zjadali po dwie bułeczki wypieczone z mąki zboża vitae. Dzięki temu mogli codziennie jeść to, czego dostarczała im przyroda i nie musieli troszczyć się o swoje zdrowie. Zboże vitae nie chciało rosnąć w żadnej innej krainie i nikt, nawet królowa Gerbera, nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak się dzieje. Przyjmowano, że jest to jedna z wielu tajemnic Matki Natury. Król Amor był wielkim miłośnikiem nauki. Dzięki jego wiedzy i umiejętnościom powstał Błękitny Komputer. Amor odkrył, że każda żywa istota wysyła dwa rodzaje energii – dobrą, i tę Amor nazwał błękitną, oraz złą – czarną. Jeśli ktoś, tak jak Elfidzi i smoki, był dobry, miły, przepojony spokojem i pogodą ducha – wysyłał na zewnątrz niezliczone ilości błękitnej energii. Amor, wykorzystując to odkrycie, skonstruował Błękitny Komputer korzystający z tej energii i przetwarzający ją. Centralnym układem tej maszyny było podwójne serce, wykonane z odpowiednio obrobionego, czystego kryształu, który można było znaleźć tylko w Elfidii, w górach Bonerskich. Konstrukcja maszyny wymagała, by w jej wnętrzu tkwiły jednocześnie dwa błękitne kryształowe serduszka. Bez nich Błękitny Komputer był tylko zwykłą maszyną. To dzięki temu odkryciu Elfidia mogła rozkwitać, a jej mieszkańcy byli chyba najszczęśliwszymi mieszkańcami wszechświata. Rozwijając i wzbogacając swoje umysły, wrażliwość, umiłowanie dobra i piękna, rozwijali i wzbogacali swoją krainę. Nikt, oprócz Ninoli i Gerbery, nie wiedział, że Amorowi udało się wykonać jeszcze dwa identyczne serduszka. Jedno z nich Ninola, na prośbę ojca, przekazała na przechowanie swojej dalekiej kuzynce Matyldzie – księżniczce Poldocji. Matylda, złożywszy uroczystą przysięgę dochowania tajemnicy, strzegła powierzonego jej skarbu niczym źrenicy oka. Wiedziała, że kiedyś może przybyć posłaniec z Elfidii i podać jej tajemne hasło, a tak się stanie, jeśli nadejdzie godzina najtrudniejszej próby, o której mówiły prastare przepowiednie. To hasło i błękitne serduszko mogą uratować Elfidię. Ninola pouczyła ją także, co z tym hasłem Matylda powinna zrobić. Drugie z serduszek, ukryte w otoczce z bursztynu, zawieszone na cienkim srebrnym łańcuszku, Ninola nosiła na piersi.

Pewnego dnia w Elfidii zjawiła się grupka kilkunastu Mrocznych. W okolicznych krainach krążyły o nich przerażające opowieści. Mówiono, że nie ma ich wielu, ale są najwierniejszymi i najbardziej okrutnymi sługami wszelkiego zła. Mroczni byli wysocy. Ich twarze skrywały się w mroku głębokich kapturów, tak iż nikt nie mógł z całą pewnością twierdzić, że je widział, a ich ciała okrywały szerokie czarne płaszcze. Pod nimi – i to było wyraźnie widać – nosili niezwykle groźne świetliste miecze. Przybysze na czarnych, jak najstraszniejsza, bezgwiezdna noc, koniach nadciągnęli od północy. Tuż przed ich przybyciem niebo zasnuły ciężkie, deszczowe chmury. Ledwie nieoczekiwani goście przekroczyli granice, rozpętała się gwałtowna burza z piorunami, a chmury, niczym rozprute wory, sypnęły gradem. Silny wiatr połamał wiele drzew. Nawałnica, która była tu czymś niezwykłym, nie trwała na szczęście długo, choć Elfidzi mieli wrażenie, że Mroczni chcą w ten sposób zademonstrować im swoją siłę. Smoki były tego samego zdania. Deszcz i wiatr ustały, ale ciemne chmury nadal tkwiły na niebie. Przybysze, nie pytając nikogo o zgodę, szybko rozbili obóz i bacznie rozglądali się po okolicy. Ich zmęczone zapewne długą drogą, równie mroczne jak ich jeźdźcy, konie z wyraźną ulgą ruszyły ku rzece. Zaspokoiwszy pragnienie, poczęły paść się spokojnie. O Mrocznych mówiono, że istoty te są łudząco podobne do ludzi – bytów zamieszkujących tajemną krainę nazywaną Zalustrzem. Wielu śmiałków próbowało dostać się do tamtej rzeczywistości, ale wszyscy docierali tylko do granicy dwóch światów. Tam napotykali na gładką ścianę pokrytą lustrzaną taflą. Kto zdołał tu dotrzeć, mógł jedynie ujrzeć swoje odbicie i zobaczyć świat rozciągający się za swoimi plecami. Tyle i tylko tyle. Nikt – ani żaden Elfid, ani smok czy ktokolwiek inny – nie mógł twierdzić, że widział, co jest po drugiej stronie lustra. Nie dobiegały stamtąd żadne dźwięki. Nikomu też nie udało się zbić czy choćby tylko zarysować ową lustrzaną taflę, a mimo to wszyscy wierzyli głęboko, że tam, po drugiej stronie, istnieje inny świat – świat ludzi. W starych kronikach zapisano przecież, że w godzinie najcięższej próby to właśnie stamtąd nadejdzie ratunek dla ginącej Elfidii.

Mroczni sprawiali wrażenie zauroczonych Elfidią, pięknem jej krajobrazu i bogactwem darów natury, w jakie kraina ta obfitowała. Smoki i Elfidzi przyglądali się przybyszom z zaciekawieniem, ale też i z pewnym lękiem. Gospodarze byli jednak pełni tak charakterystycznej dla nich życzliwości i ufności. Wszyscy, którzy przybywali tu z wizytą, mogli być pewni, że będą przyjmowani niezwykle gościnnie. Dodać jednak trzeba, że wizyty innych bytów nie były tu zbyt częste.

Skrywający swe twarze w cieniu kapturów przybysze okazali się być osobami dość oschłymi i mało przystępnymi. Na dodatek dość łatwo popadali w gniew i pohamowanie go przychodziło im z wielkim trudem. Byli też aż nazbyt ciekawscy. Szczególnie interesowała ich uprawa tajemniczego zboża vitae. Wiedzieli, że roślina ta rośnie tylko tutaj i znali jej cudowne właściwości. Chcieli dokonać dużych zakupów tego magicznego ziarna, obiecując za nie bajońskie sumy, ale spotkali się ze zdecydowaną odmową. Ta wprawiła ich w gniew, którego nawet nie starali się ukryć, wykrzykując, że tak czy inaczej nadejdzie taki dzień, kiedy ziarno stanie się ich własnością. Wypytywali też o skarby, które ponoć smoki gromadziły przez wieki. O tych skarbach mieszkańcy świata przed Zalustrzem opowiadali niezliczone legendy. Wielu marzyło, by je zdobyć, ale nigdy do tej pory nikomu nie przyszło do głowy, aby spróbować sięgnąć po nie siłą i wydrzeć je smokom. Te zaś, kiedy pytano je o te skarby, śmiały się tylko i odpowiadały, że ani w grotach gór pokrywających Elfidię, ani w porastających ją borach i lasach, ani też na dnie rozlicznych jezior, nie ma żadnych ukrytych skarbów. Czasem dodawały, że każdy smok wie, gdzie tych skarbów szukać i kiedy się nimi dzielić. Co bardziej dociekliwych i napastliwych zbywały takim oto wierszykiem:

Gdy się nauczysz kochać dzień każdy,

Swe serce i umysł doskonalić,

Kiedy porzucisz pychę i zawiść,

Wtedy posiądziesz smocze skarby.

Mroczni wrócili do siebie po kilkudniowym pobycie w gościnnej krainie króla Amora i jej mieszkańcy myśleli, że ich dziwna wizyta wkrótce pozostanie tylko niezbyt przyjemnym wspomnieniem. Jednak bardzo się mylili.

Pojawili się po miesiącu. Noc była wówczas tak ciemna, że zdawało się, iż ową ciemność można kroić nożem czy mieczem. Dodatkowo mgła wypełniała doliny, rozpadliska i jary oraz zasnuwała brzegi rzeki. Powietrze było nieruchome. Gdyby wówczas ktoś, zamiast siedzieć w domu przy kominku, czy spać otulony kołdrą w ciepłym łóżku, wyszedł na zewnątrz, niechybnie doznałby uczucia, że w tej nocnej czerni czai się jakaś groźba. Nieliczne straże, wystawione przed pałacem króla Amora, poczuły, że ogarnia je dziwny, trudny do opisania, lęk. Czarne cienie poruszały się między drzewami królewskiego parku, w sadach i ogrodach Elfidów, przed smoczymi jamami. Godzinę po północy na głównych ścieżkach i drogach wprawne ucho usłyszałoby przytłumiony stukot kopyt koni, prowadzonych ukradkiem, ale potrzebny byłby wyjątkowy wzrok, by w czerni nocy dostrzec przemykające równie czarne rumaki, dosiadane przez ubranych na czarno jeźdźców. Te postacie, od których wiało dodatkowym chłodem, niczym mary z przerażającego koszmaru przemykały bezszelestnie, otaczały pałac królewski, domostwa Elfidów i smocze jamy. Nadeszła godzina tuż przed brzaskiem. Zerwał się lekki wietrzyk, zadrżały liście na drzewach. Gdzieś zapiał pierwszy kogut. W bezksiężycowy i bezgwiezdny mrok wdarł się nagle błysk zimnego światła, pochodzący z dobytych przez najeźdźców mieczy świetlnych. Ten błysk rozdarł ciemności niczym upiorny, złowieszczy promień. Rozległy się wycie i ryk atakujących. Elfidzi, którzy nie spodziewali się napaści, podobnie jak i smoki, zerwali się na równe nogi. Z pałacu królewskiego dobiegł głos rogu, niosący się przez wsie i miasteczka. Ten rozpaczliwy dźwięk rozchodził się po całej krainie: Wstawać! Wstawać! Wróg! – dźwięczały rogi.

Nad Elfidią płynęło trwożliwe larum, jakiego nie słyszano tu od stuleci. To wołanie o ratunek, choć napadnięci dobrze wiedzieli, że ten nie nadejdzie. Elfidzi od wieków nie prowadzili wojen, nie mieli broni, co najwyżej stare ozdobne szable czy strzelby, odziedziczone po prapradziadkach. Podobnie smoki, które za jedyną broń miały swoje kolczaste ogony. Niektóre jeszcze dysponowały umiejętnością ziania ogniem. Smoki były jednak zbyt duże i ociężałe. Nie potrafiły szybko się odwracać, uskakiwać na boki. Nie miały też zbyt wielu miejsc, gdzie mogłyby się schronić. Ginęły więc szybko. Nieliczne zdołały uciec. Agapit na próżno usiłował bronić dostępu do królewskich komnat. Amor zdołał mu jednak nakazać, by porzuciwszy beznadziejną obronę, udał się do Poldocji. Przekazał mu też tajemne hasło, po usłyszeniu którego księżniczka Matylda powinna zacząć działać.

Wkrótce wszędzie już było słychać galopujące konie, zawodzenie rogów, okrzyki ranionych i tych, którzy ginęli w nierównym boju. Nim noc dobiegła końca, Elfidia była podbita, a król Amor wzięty do niewoli. Tej nocy zginęły prawie wszystkie smoki. Mroczni, bo to oni okazali się być okrutnymi najeźdźcami, zabijali je bezlitośnie, wściekli, że te nie chcą wyjawić, gdzie ukrywają swoje skarby. Pojedyncze osobniki, ocalałe z pogromu, skryły się w jaskiniach wysoko w górach.

Kiedy nadeszło południe, Czarny – pan i władca Mrocznych – ogłosił się królem Elfidii. Pojawiły się liczne roboty, mające za zadanie utrzymanie posłuszeństwa wśród podbitego ludu. Więzienia zapełniły się jeńcami. Nad szczęśliwą dotąd krainą zawisły mroczne chmury, całkowicie zakrywając ukochane przez smoki i Elfidów słońca.

ROZDZIAŁ II

POLDOCJA

Ogień rozniecony przez Agapita, kiedy tylko skończył swoją skromną kolację, nieco już przygasał. Był już najwyższy czas, by dorzucić do niego kolejne polana. Smok wiedział, że Mroczni, niczym dzikie zwierzęta, boją się ognia i dopóki ten mocno płonie, nie odważą się go zaatakować. Mimo to rozglądał się bacznie i ani myślał zasypiać, choć utrudzone ciało domagało się snu. Dookoła było cicho i spokojnie, ale Agapit poczuł, że do jego serca zakrada się trudny do opisania chłód, a tuż za nim kroczy, przyprawiający go o mimowolne drżenie mięśni, strach. Przysunął się bliżej do, wyraźnie już dogasającego, ognia i czekał w napięciu, mając za plecami ścianę lasu. Wiedział, że z tej strony zło nie nadejdzie. Już miał podsycić ogień, gdy na skraju ścierniska wypatrzył, sunące w jego kierunku, dwie czarne postacie. Te przywarowały tuż przy ziemi. Dla kogoś obdarzonego mniej bystrym, niż smoczy, wzrokiem i słabszym węchem, pozornie nic się nie działo. Smok jednak widział i czuł napastników, choć ci, jakby się zorientowali, że zostali odkryci, zamarli w bezruchu i żadnym gestem, mogącym spowodować najlżejszy hałas, czy jakimkolwiek dźwiękiem nie przerywali złowieszczej ciszy nocy. Agapit nie czuł się dobrze – przerażała go ta cisza. Najchętniej ryknąłby głośno i rzucił się na wroga.

Wiedział jednak, że to nie byłoby rozsądne. To, że zauważył tylko dwóch napastników, nie oznaczało, że w mroku nocy nie kryją się kolejni. Nawet ci dwaj, przy odrobinie szczęścia po ich stronie, mogli go zabić, a wówczas Elfidia zginęłaby niechybnie. Czarne postacie ruszyły w końcu w kierunku smoka. Agapit, mimo dzielącej ich odległości, słyszał świszczące oddechy i czuł smród, dobywający się z ich ust. Po ciele przebiegł mu złowieszczy dreszcz. Nastroszył łuski, błyszczącego niczym granatowo-zielona zbroja, pancerza. Rozległ się cichy bulgot we wnętrzu smoka, co było zwiastunem tworzenia się ognia, którym Agapit mógł teraz zionąć. Co też uczynił niezwłocznie. Przeraźliwe wycie napastników było wystarczającym świadectwem tego, że trafił. Dwaj Mroczni, niczym żywe pochodnie, uciekali w popłochu. Było oczywiste, że tej nocy już nie powrócą.

Smok, wielce utrudzony przeżyciami minionego dnia, nawet nie wiedział, kiedy uległ słabości i po krótkiej walce z samym sobą, zapadł w płytką, niespokojną drzemkę. Wcześniej jednak dorzucił jeszcze sporo polan do dogasającego już ogniska w nadziei, że do końca nocy ten ogień zdoła powstrzymać poranionych napastników lub ich pobratymców, którzy powinni, niestety, zjawić się wkrótce.

Pomimo bólu i zmęczenia zerwał się, nim jeszcze na dobre wzeszło słońce. Za całe śniadanie znowu musiała mu wystarczyć soczysta trawa i suche, ale zapychające żołądek, żołędzie. Smok bał się jeszcze bardziej niż wczoraj. Bał się nie tylko pogoni, ale i tego, że zginie, nim wypełni swoją misję. Wiedział, że jeśli nie zje choć trochę zboża vitae, to siły go wkrótce opuszczą i zginie, a to przecież oznaczałoby także ostateczny kres Elfidii.

Rozprostował obolałe skrzydła i ciężko wzbił się w powietrze. Z dołu dobiegło go wycie Mrocznych, którzy, tak jak przewidywał, zjawili się na wezwanie tych, których skutecznie odstraszył w nocy. Agapit słyszał, jak mu złorzeczą, słyszał odgłosy wystrzałów i świst kul przelatujących tuż obok, z politowaniem patrzył na strzały z ich łuków, które nie miały szans, by go dosięgnąć, a doleciawszy do najwyższego punktu, jaki zdołały osiągnąć, na chwilę zawisały nieruchomo w powietrzu, a później gwałtownie pikowały w dół. Domyślił się, że skoro nie używają broni laserowej, to nie chcą go zabić, a jedynie ranić i osłabionego pojmać, by wydobyć z niego tajemnicę, z którą spieszył do Poldocji. Smok wznosił się wyżej i wyżej, aż wkrótce był już poza zasięgiem ścigających go Mrocznych. Upragniona Poldocja, cel jego podróży, była jednak jeszcze daleko, bowiem bór, przez który biegła granica, był niezwykle rozległy. Ścigający smoka oprawcy musieli przedzierać się przez gęstwinę drzew i krzewów, pokonywać leśne mokradła i omijać niewielkie jeziorka, podczas gdy Agapit leciał swobodnie ponad wierzchołkami drzew. To dawało mu wyraźną przewagę – szanse Mrocznych malały z każdą chwilą, a smoka rosły wraz z upływem czasu. W Poldocji Mroczni nie mogli go zaatakować. Przynajmniej nie od razu, a on potrzebował czasu, by wypełnić swoją misję. Później niech się dzieje, co chce!

Słońce wędrujące po niebie w swoim złotym rydwanie dawno już minęło zenit i wolniutko zmierzało ku zachodowi, kiedy wielce utrudzony Agapit wylądował o stóp niezbyt wysokich wapiennych gór. Biel kruchych skał co i rusz skrywała się za szafirową ścianą lasów, porastających te góry, bądź licznych łąk. Okolica była piękna. Smok bez większego trudu odnalazł dość obszerną, chłodną grotę u podnóża jednego z górskich szczytów. Obok rozciągała się łąka pełna soczystej trawy i pachnących ziół. Dominowała tu wyraźna woń tymianku – ulubionego ziela smoków. Wierzyły one, że tymianek ma moc odpędzania wszelkich smutków i dodaje odwagi. Agapit potrzebował choć trochę radości i sporo odwagi, toteż rad był bardzo, zobaczywszy taką obfitość tego ziela. Nieopodal płynął wartki strumień krystalicznie czystej wody. Agapit posilił się trawą z tymiankiem i ugasił pragnienie. Poczuł się trochę lepiej. Zauważył, że już dotarł do Poldocji, ale nie bardzo wiedział, co ma czynić dalej. Instrukcje króla Amora były wyraźne: ma odszukać księżniczkę Matyldę, podać jej tajemne hasło i czekać na rozwój wydarzeń.

– Bądź tu mądry i pisz wiersze. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić – wymruczał. – Znajdź księżniczkę. Niby jak? Mam chodzić po ulicach stolicy i zaczepiać wszystkie dziewczynki, pytając, czy nie są Matyldą? A może mam iść do zamku i poprosić o spotkanie z księżniczką?

Tak może byłoby i najłatwiej, ale powszechnie było wiadomo, że Poldoci nie lubią, gdy ktoś miesza się w ich sprawy, a już szczególnie, gdy próbuje ich pouczać. Zapatrzeni w siebie, niechętnie odnosili się do obcych i udzielali im jakiejkolwiek pomocy. Smok na ulicy miasta czy u wrót zamku wzbudziłby z pewnością strach i wywołał panikę, która wkrótce mogłaby przerodzić się w agresję.

Ponieważ słońce chyliło się już mocno ku zachodowi, jakakolwiek wyprawa do królewskiego zamku, którego mury obronne widać było na południu, nie miała najmniejszego sensu.

– Cóż – westchnął Agapit – ranek jest mądrzejszy od wieczora. Wyśpię się, a jutro z pewnością znajdę jakieś rozwiązanie.

Wczołgał się więc do groty, dla pewności zionął niewielkim ogniem, a wejście zabarykadował solidnym głazem. Ktokolwiek usiłowałby się do niego dostać, musiałby narobić niezłego hałasu i smok zdołałby przygotować się do obrony, albo i uciec tylnym wyjściem, bo grota takie miała.

Jedząc i przygotowując sobie nocleg, nie zauważył, że jest bacznie obserwowany przez jednego z Poldotów. Był to Marek zwany Dżdżownicą. Ów nieznajomy, zobaczywszy, że Agapit zabarykadował się w grocie, zerwał się na równe nogi i popędził wprost do zamku królewskiego. Taka nowina nie mogła czekać. Król Januszek Brzuchaty musiał się dowiedzieć natychmiast, że w jego krainie pojawił się smok. Bestia mogła być niebezpieczna, zwłaszcza dla Matyldy, bo przecież smoki słyną z tego, że zjadają królewny i księżniczki. Serce Marka pękłoby z rozpaczy, gdyby Matyldzie spadł choć włos z głowy.

– Najjaśniejszy Panie! Najjaśniejszy Panie! Królu nasz prześwietny! – krzyczał Dżdżownica, ledwie przekroczył bramy królewskiego pałacu.

– Kto i po co się tak drze, proszę ja kogo? – dopytywał Król Januszek.

– Najjaśniejszy Panie! Na łące niedaleko stąd wylądował okrutny smok!

– Kto go widział, proszę ja kogo?

– No, ja! Królu mój i Władco.

– Smok, proszę ja kogo – powiadasz?

– W rzeczy samej. Nażarł się trawy, opił wody, zionął ogniem i śpi w grocie.

Marek klęczał przed swoim królem ze spuszczoną w pokorze głową, ale co i rusz podnosił oczy i spoglądał w kierunku księżniczki Matyldy, stojącej skromnie za królewskim tronem. Ta zaś nie wydawała się być oburzoną tym zainteresowaniem. Wręcz przeciwnie – ona także ukradkiem przyglądała się Markowi z wyraźnym zainteresowaniem. Chłopakowi trudno było ukryć, jak bardzo podoba mu się królewska córka, choć wiedział, że należąc do niższych urodzeniem, których król czasem nazywał z cudzoziemska gorszym sortem, nawet myśleć o niej nie powinien, a co dopiero marzyć, czy robić sobie jakieś nadzieje. Za wysokie progi na pachołka nogi.

– Trzeba rano wysłać tam jakiegoś dzielnego wojaka, albo i dwóch. Niech ukatrupią tego obcego, proszę ja kogo!

– Tato! – krzyknęła księżniczka Matylda i aż poczerwieniała z gniewu. – Tato, jak możesz?!

– Ukatrupić obcego, proszę ja kogo, powiedziałem i basta! Nie podsłuchuje się rozmów dorosłych, moja panno! Co ty tu robisz, proszę ja kogo?!

– Za co, tato?!

– Bo to obcy, proszę ja kogo! Obcy roznoszą zarazki, pasożyty! Wnet wszyscy chorować tu będziemy, a może i wyginiemy! Ot, co, proszę ja kogo! Obcy nie rozumieją i nie potrafią uszanować tego, co nasze! Dziś, proszę ja kogo, przyleciał jeden, ale wkrótce, jak mu pozwolimy, sprowadzi tu rodzinę i całą rzeszę tych potworów. Nim się obejrzymy, proszę ja kogo, przestaniemy być u siebie, w Poldocji, bo tu będzie, proszę ja kogo, jakaś Smoklandia! – co powiedziawszy, Król Januszek Brzuchaty splunął na podłogę.

– Matyldo – królowa Grażyna uznała, że i ona powinna zabrać głos. – Proszę nie dyskutować z ojcem. Król ma zawsze rację.

– Oj to, to – dorzucił swoje trzy grosze Mariusz, nadworny błazen. – Najjaśniejszy pan ma zawsze rację!

– Ale tak nie można!

– Można i trzeba! Bronisz go, proszę ja kogo, choć go wcale nie znasz. Kto wie, kiedy te potwory bydło zaczną nam zżerać?!

– Przecież słyszałeś, tatku – że jadł trawę i jest sam.

– Jadł, bo w okolicy nie było żadnych, proszę ja kogo, bydlątek. Znajdą się, to je zeżre! On i ci jego kumple, matki, dzieci i pociotki, którzy, jestem o tym, proszę ja kogo, przekonany, wkrótce tu przybędą! Ukatrupić!

– To smok z Elfidii, bo tylko tam one jeszcze żyją, a te mięsa nie jedzą!

– Kto ich tam wie, proszę ja kogo! Przybłędy! Tam nie jedzą, a tu będą! Ani się obejrzysz, proszę ja kogo, jak to bydle zażąda, by mu oddać ciebie na pożarcie. I co wtedy, proszę ja kogo, zrobimy?

– No właśnie, córeczko – odezwała się ponownie królowa Grażyna – co wtedy zrobimy?

Marek Dżdżownica, słysząc te słowa, zacisnął pięści i rzucił gniewnie pod nosem:

– Wara mu!

– Po coś przecież przyleciał – księżniczka Matylda była nieustępliwa. – Trzeba z nim porozmawiać. Z pewnością coś się musiało stać w Elfidii. Inaczej by go tu nie było. Pójdę tam rano, porozmawiam z nim.

– Ani mi się waż, moja panno! Zabraniam, proszę ja kogo! Wiemy, co się tam stało. Szpiedzy nam już donieśli. Ten pięknoduch Amor, co to nawet miecza w ręku utrzymać nie potrafi, został podbity przez Czarnego. I po co myśmy, proszę ja kogo, uczyli przed wiekami jego przodków, jak jeść widelcem, kiedy to zniewieściałe społeczeństwo mięsa do ust nie bierze, a i broni nie posiada! Najgorsza zaraza, proszę ja kogo, to pacyfiści tacy jak ten Amor i jego lud!

– Tym bardziej muszę z nim porozmawiać.

– Powtórzę raz jeszcze, proszę ja kogo, wyraźnie i dużymi literami: ZA-BRA-NIAM!

– W takim razie idę spać! – co powiedziawszy, księżniczka Matylda odwróciła się na pięcie i wyszła.

Podczas gdy w królewskiej komnacie trwała narada, kto i jak ma jutro zabić smoka, Matylda, która ani myślała udać się na spoczynek, siodłała swojego kucyka. Nieco później, tuż nad ranem wyruszyła na poszukiwanie przybysza, którego jej ojciec zamierzał zabić.

Agapit zbudził się wcześnie rano. Był wypoczęty, ale i osłabiony. Brak życiodajnej energii ze zboża vitae dawał wyraźnie znać o sobie. Rozprostował łapy, poruszył skrzydłami, pomachał ogonem, na ile pozwalała mu ciasna grota, i już chciał zionąć maluteńkim ogniem, ot tak, by sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku, gdy do jego uszu dobiegło parskanie konia. Przeraził się w pierwszej chwili, ale uświadomił sobie, że nie może to być rumak dosiadany przez jednego ze ścigających go Mrocznych. Te nie parskały. Później usłyszał dziewczęcy głosik.

– Smoku, halo, smoku! – ktoś wyraźnie szukał z nim kontaktu.

Agapit nie wyczuwał żadnego niebezpieczeństwa. Odsunął więc kamień zagradzający drogę do jaskini i wystawił łeb. Nieopodal ujrzał dziewczynkę ubraną w dość drogą sukienkę, dosiadającą nieco już strudzonego kucyka. Na głowie miała niewielki diadem, połyskujący we wschodzącym słońcu – oznakę przynależności do królewskiego rodu.

Faktycznie – pomyślał smok – ranek jest mądrzejszy od wieczora. Zdaje się, że nie muszę już szukać, bo ta, której potrzebuję, sama do mnie przyszła.

– Kim jesteś i dlaczego mnie szukasz? – zapytał.

– Dzień dobry. Jestem Matylda, księżniczka, córka Króla Januszka Brzuchatego.

– Dzień dobry. Na imię mam Agapit.

– Agapit? – Matylda była wyraźnie zdziwiona.

– Coś nie tak?

– Dziwne imię.

– Jak dla kogo. Nikt nie nauczył panny, że nie ma dziwnych imion czy nazwisk? To niezbyt grzeczne mówić komuś, że jest dziwny, bo się tak czy inaczej nazywa.

– Przepraszam. Nie to miałam na myśli. Tylko ja nigdy jeszcze nie spotkałam nikogo o takim imieniu.

– Przeprosiny przyjęte. Tak to już jest, że smoki nie mogą się nazywać bardziej zwyczajnie, po waszemu: Kostek, Staś czy Krzyś. No, może Maurycy czy Wolfgang jeszcze by uszło.

– A panie smoczyce? Jakie noszą imiona?

– Różnie: Elfryda, Rozalinda, Gulburia… Tak jest od wieków i tak już pozostanie, choć, niestety, już niezbyt długo. Dlaczego jednak mnie szukasz, choć to ja powinienem, chyba, znaleźć ciebie.

– Nie rozumiem.

– Elfidia jest w wielkiej potrzebie. Król Amor, nim został pojmany i uwięziony, nakazał mi odszukać cię, pani i… – Bez tej „pani” proszę.

– Nakazał mi cię odszukać, przekazać tajne hasło, a ty ponoć będziesz wiedzieć, co zrobić, by uratować Elfidię.

– Niby tak. No to słucham.

– Jaką mam gwarancję, że jesteś tą właściwą Matyldą?

– A nie widać?

– Niby widać, ale…

– Pospiesz się proszę! Bez hasła nic nie zdziałam, a już niedługo zjawią się tu zbrojni, by cię zabić. Jak myślisz, skąd bym znała plany króla, gdybym nie była księżniczką?! Musisz uciekać! Schowaj się wysoko w górach, tam cię nie dopadną, a górskie hale mają dość trawy.

– I tak zginę, jeśli wkrótce nie zjem choć odrobiny naszego cudownego ziarna.

– Dawaj to hasło! Bez niego niczego nie zdziałamy! To także i twoja szansa.

– Słuchaj więc i zapamiętaj:

W smoczym sezamie skarbów wiele.

Dziś jeden z nich darmo ci daję.

Mimo przeciwieństw miej nadzieję,

Póki oddychać nie przestaniesz.

– Zapamiętałaś?

– Tak.

– To działaj bez zwłoki! Ginąca Elfidia liczy na ciebie!

Matylda wróciła niepostrzeżenie do siebie. Zrobiła tak, jak jej kiedyś powiedziała Ninola – uchyliła okno, zapaliła trzy świece i, stojąc przed lustrem, wypowiedziała hasło, które otrzymała od smoka. Wraz z tym, jak wybrzmiała ostatnia zgłoska, w pokoju pojawiły się dwie maleńkie skrzydlate istoty i usiadły na ramieniu Matyldy.

– Witaj, księżniczko. Jestem elfem. Nazywają mnie Imeila a to mój brat Bajt.

– Witajcie. Wiecie, wypowiedziałam hasło czy zaklęcie, ale nie bardzo wiem, co mam robić dalej.

– Na szczęście my wiemy. Skoro nas tu wezwano tym tajemnym hasłem, to Elfidia jest w wielkiej potrzebie. Uratować ją od zagłady może tylko to Błękitne Serduszko, które przed laty dostałaś na przechowanie. Aby ratunek okazał się skuteczny, serduszko musi, jak głosi stara przepowiednia, trafić do rąk chłopca z Zalustrza. Tylko on może ocalić nasz świat od zagłady.

– Przecież nikt tam nigdy nie dotarł! To jest niemożliwe!

– My wiemy, jak się tam dostać. Jesteśmy strażnikami Wielkiej Tajemnicy Przejścia. Daj nam teraz Błękitne Serduszko, bo czas nagli. Czekaj cierpliwie na to, co się wydarzy, i pamiętaj, że nadzieję trzeba mieć zawsze, do ostatniego oddechu.

Koniec Wersji Demonstracyjnej

Dziękujemy za skorzystanie z oferty naszego wydawnictwa i życzymy miło spędzonych chwil przy kolejnych naszych publikacjach.

Wydawnictwo Psychoskok

mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: