Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Szepty zmarłych - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
9 listopada 2016
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Szepty zmarłych - ebook

David Hunter, ceniony londyński antropolog sądowy, o śmierci wie wszystko. Po kolejnym śledztwie, którego omal nie przypłacił życiem, wraca do miejsca, gdzie uczył się zawodu: Ośrodka Badań Antropologicznych, nazywanego potocznie Trupią Farmą. Tam, z pomocą Toma Liebermana, mentora i przyjaciela, ma nadzieję odzyskać spokój i pewność siebie. Tam też rozpoczyna śledztwo w sprawie koszmarnego morderstwa. Sprawy nabierają tempa, gdy David ze ścigającego stanie się ściganym…

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8015-391-2
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział 1

Skóra.

Największy ludzki organ i najbardziej niedoceniany. Zajmując jedną ósmą całkowitej masy ludzkiego ciała, u przeciętnego dorosłego pokrywa powierzchnię mniej więcej dwóch metrów kwadratowych. Konstrukcyjnie skóra jest dziełem sztuki, gniazdem naczyń włosowatych, gruczołów i nerwów. Reguluje temperaturę i chroni. To łącznik naszych zmysłów ze światem zewnętrznym, bariera, na której kończy się nasza indywidualność, nasze ja.

I nawet po śmierci coś z tej indywidualności pozostaje.

Kiedy ciało umiera, enzymy, utrzymywane dotąd w ryzach przez życie, rozbiegają się w amoku. Pożerają ściany komórek, uwalniając ich płynną zawartość. Płyny wznoszą się ku powierzchni, zbierając się pod warstwami skóry i je rozluźniając. Skóra i ciało, do tej pory dwie integralne części, zaczynają się rozdzielać. Powstają pęcherze. Całe płaty odpadają, zsuwając się z ciała jak niechciany płaszcz w letni dzień.

Ale nawet martwa i odrzucona, skóra nadal zachowuje ślady swojego dawnego ja. Nawet teraz może opowiedzieć swoją historię i ukrywać tajemnice.

Jeśli tylko umiesz patrzeć.

Earl Bateman leżał na wznak, z twarzą zwróconą ku słońcu. Nad nim ptaki zataczały koła na błękitnym niebie Tennessee, bezchmurnym, zabrudzonym tylko smugą z odrzutowca. Earl zawsze kochał słońce. Lubił, jak szczypie go skóra po długim dniu wędkowania; lubił, jak jaskrawe promienie nadają nowy wygląd wszystkiemu, czego dotkną. W Tennessee nie brakowało słońca, ale Earl pochodził z Chicago i mroźne zimy na zawsze zapisały w jego kościach pamięć chłodu.

Kiedy w latach siedemdziesiątych przeprowadził się do Memphis, przekonał się, że woli bagienną wilgotność od wietrznych ulic swojego rodzinnego miasta. Oczywiście, jako dentysta z niedużym gabinetem, młodą żoną i dwójką małych dzieci na utrzymaniu, nie spędzał poza domem tyle czasu, ile by chciał. Ale słońce tam było, mimo wszystko. Lubił nawet parny upał lata w Tennessee, kiedy powiew wiatru odczuwało się jak dotknięcie gorącej flaneli, a wieczorami w ciasnym mieszkanku, które zajmował z Kate i chłopcami, panowała duszna wilgoć.

Od tamtej pory dużo się poprawiło. Jego praktyka dentystyczna kwitła, a mieszkanie dawno zamienił na lepsze i większe. Dwa lata temu przeprowadzili się z Kate do nowego domu z pięcioma sypialniami, w dobrej dzielnicy, z rozległym, soczyście zielonym trawnikiem, na którym mogło się bawić coraz liczniejsze stadko wnucząt i gdzie poranne promienie rozszczepiały się na miniaturowe tęcze w wodnym pyle ze spryskiwaczy.

I to właśnie na trawniku, kiedy pocąc się i klnąc, odpiłowywał uschniętą gałąź z wielkiego starego złotokapu, dostał zawału. Zostawił piłę utkwioną w drewnie i zdołał zrobić kilka niepewnych kroków w stronę domu, zanim powalił go ból.

Jadąc karetką, z maską tlenową na twarzy, mocno trzymał dłoń Kate i próbował się uśmiechnąć, by ją pocieszyć. W szpitalu jak zwykle: pospieszny balet personelu medycznego, gorączkowe rozpakowywanie igieł, popiskiwania aparatury. Wreszcie wszystko ucichło. Co za ulga! Trochę później, kiedy już podpisano niezbędne papiery i dopełniono nieuniknionych formalności, towarzyszących nam od urodzenia, Earl został wypuszczony.

Teraz leżał nago w wiosennym słońcu, na drewnianej ramie nad dywanem trawy i liści. Był tu ponad tydzień, wystarczająco długo, aby ciało się rozpuściło, odsłaniając kości i ścięgna pod zmumifikowaną skórą. Kosmyki włosów wciąż oblepiały tył czaszki, której puste oczodoły wpatrywały się w modre niebo.

Skończyłem pomiary i wyszedłem z drucianej klatki chroniącej zwłoki dentysty przed ptakami i gryzoniami. Otarłem pot z czoła. Było późne popołudnie, upalne mimo wczesnej pory roku. Wiosna jakoś się nie spieszyła, pąki czekały, nabrzmiałe i ciężkie. Za tydzień lub dwa widok będzie wspaniały, ale na razie brzozy i klony w lasach Tennessee wciąż tuliły do siebie młode pędy, jakby nie chciały ich wypuścić.

Wzgórze, na którym stałem, było zupełnie zwyczajne. Niemal malownicze, ale mniej dramatyczne niż piętrzące się w oddali imponujące granie Smoky Mountains. Jednak każdemu, kto odwiedzał to miejsce, rzucał się w oczy inny aspekt otoczenia. Wszędzie wokoło leżały ludzkie ciała w różnym stadium rozkładu. W zaroślach, w pełnym słońcu i w cieniu – stosunkowo świeże, wciąż nabrzmiałe od gazów gnilnych, i starsze, wysuszone, niemal wygarbowane. Część z nich była niewidoczna – zakopana lub schowana w bagażnikach samochodów. Inne, jak to, które ważyłem, osłonięto ekranami z siatki i wystawiono jak eksponaty makabrycznej instalacji. Tyle że to miejsce było znacznie poważniejsze. I zdecydowanie mniej publiczne.

Schowałem do torby sprzęt i notes. Poruszałem rękami, aby pozbyć się sztywności. Przez moją dłoń biegła cienka biała linia, dzieląc równo na pół linię życia i zaznaczając miejsce, gdzie ciało zostało rozcięte aż do kości. Symboliczny ślad, przypomnienie, że nóż, który w ubiegłym roku niemal zakończył moje życie, również je odmienił.

Zarzuciłem torbę na ramię i wyprostowałem się. Jej ciężar wywołał tylko słabe ukłucia w brzuchu. Blizna pod żebrami całkowicie się zagoiła, a za miesiąc lub dwa odstawię antybiotyki, które brałem przez ostatnie dziewięć miesięcy. Do końca życia będę podatny na infekcje, ale i tak uznałem się za szczęściarza, bo straciłem tylko fragment jelita i śledzionę.

Trudniej mi było pogodzić się z czymś innym, co utraciłem.

Pozostawiając dentystę wolnemu rozkładowi, obszedłem ciało częściowo ukryte w krzakach, poczerniałe i opuchnięte, a potem ruszyłem wąską ścieżką między drzewami. Młoda Murzynka w szarej chirurgicznej bluzie i spodniach kucała przy zwłokach w połowie zasłoniętych powalonym pniem. Pęsetami zdejmowała z nich wijące się larwy i wrzucała je do oddzielnych słoiczków.

– Cześć, Alana – powiedziałem.

Podniosła głowę i uśmiechnęła się.

– Hej, Davidzie.

– Jest tu gdzieś Tom?

– Ostatnio widziałam go przy podkładkach. I uważaj, jak chodzisz! – zawołała za mną. – W trawie leży prokurator okręgowy.

Uniosłem rękę, dziękując za przestrogę, i poszedłem dalej. Ścieżka biegła wzdłuż wysokiego ogrodzenia z drobnej siatki otaczającego hektar lasu. Ogrodzenie było zwieńczone drutem brzytwowym i osłonięte płotem z bali. Jedynym wejściem i wyjściem była olbrzymia brama z tablicą. Wielkie czarne litery tworzyły napis: „Ośrodek Badań Antropologicznych”. Ale to miejsce lepiej znano pod inną, mniej urzędową nazwą.

Większość ludzi nazywała je po prostu Trupią Farmą.

Tydzień wcześniej stałem w wykafelkowanym korytarzu swojego londyńskiego mieszkania, z zapakowanymi torbami u stóp. Na dworze, w bladym wiosennym świcie, rozbrzmiewały urocze ptasie trele. Przewertowałem w myśli listę rzeczy, które powinienem sprawdzić, i utwierdziłem się w przekonaniu, że wszystko zrobiłem. Okna zamknięte, doręczenie poczty wstrzymane, bojler wyłączony. Czułem się rozdrażniony i podenerwowany. Przywykłem do podróży, ale teraz to co innego.

Kiedy wrócę, nikt nie będzie na mnie czekał.

Taksówka się spóźniała, ale miałem mnóstwo czasu, żeby zdążyć na samolot. Mimo to wciąż niespokojnie zerkałem na zegarek. Mój wzrok przyciągnęły czarne i białe wiktoriańskie kafelki kilka metrów od miejsca, w którym stałem. Odwróciłem spojrzenie, ale arlekinowy wzór zdążył uruchomić pamięć. Już dawno temu zmyto krew przy drzwiach frontowych i ze ściany. Cały korytarz pomalowano, kiedy leżałem w szpitalu. Nie było żadnego śladu tego, co zdarzyło się tu w ubiegłym roku.

Nagle ogarnęła mnie klaustrofobia. Wyniosłem torby na zewnątrz, ostrożnie, by nie obciążać zbytnio mięśni brzucha. Taksówka podjechała w chwili, gdy zamykałem drzwi. Zatrzasnęły się z głośnym łupnięciem, w którym zabrzmiało coś ostatecznego. Nie oglądając się, ruszyłem do taksówki warczącej w obłoku spalin.

Dojechałem tylko do najbliższej stacji metra i linią Piccadilly dotarłem na Heathrow. Było za wcześnie na poranny tłok. Pasażerowie, z charakterystyczną dla londyńczyków obojętnością, starali się na siebie nie patrzeć.

Cieszę się, że wyjeżdżam, pomyślałem z pasją. Po raz drugi w życiu miałem uczucie, że muszę się wyrwać z Londynu. Inaczej niż za pierwszym razem. Wtedy, kiedy uciekałem, a moje życie leżało w gruzach po śmierci żony i córki, wiedziałem, że wrócę. Teraz musiałem wyjechać na dłużej, nabrać dystansu do ostatnich wydarzeń. Poza tym od miesięcy nie pracowałem. Miałem nadzieję, że ta podróż pozwoli mi stopniowo wrócić do swoich zajęć.

I zorientować się, czy wciąż nadaję się do pracy.

Nie znałem lepszego miejsca, żeby się o tym przekonać. Do niedawna ośrodek w Tennessee był wyjątkowym, jedynym na świecie polowym laboratorium, gdzie antropolodzy sądowi badają na ludzkich zwłokach proces rozkładu i rejestrują charakterystyczne objawy mogące wskazywać, kiedy i jak nastąpiła śmierć. Podobne ośrodki założono w Karolinie Północnej i w Teksasie, kiedy już rozwiano obawy mieszkańców przed sępami. Słyszałem nawet, że planowano kolejny w Indiach.

Ale nieważne, ile może być trupich farm: dla większości ośrodek w Tennessee nadal był tą Trupią Farmą. Znajdował się w Knoxville i stanowił część Centrum Antropologii Sądowej Uniwersytetu Tennessee. Miałem szczęście szkolić się tu na początku swojej kariery. Ale od mojego ostatniego pobytu minęło wiele lat. Zbyt wiele, jak powiedział mi Tom Lieberman, dyrektor ośrodka i mój dawny nauczyciel.

Kiedy siedziałem w hali odlotów na Heathrow, patrząc przez szybę na wolny, bezgłośny taniec samolotów, zastanawiałem się, jaki będzie mój powrót. Miesiącami, podczas bolesnej rekonwalescencji po wyjściu ze szpitala – i jeszcze bardziej bolesnych wspomnień – żyłem nadzieją podróży. Była celem, do którego mogłem dążyć, tak bardzo potrzebnym początkiem nowego.

A teraz, kiedy już wyruszyłem w drogę, po raz pierwszy się zastanawiałem, czy nie wiążę z tym zbyt wiele nadziei.

W Chicago dwie godziny czekałem na połączenie. Nad Knoxville wciąż jeszcze dudniła mijająca burza. Ale szybko się wypogodziło i kiedy odebrałem bagaże, przez chmury zaczęło przedzierać się słońce. Odetchnąłem głęboko, wyszedłszy z terminalu, żeby odebrać wynajęty samochód, i z przyjemnością poczułem w powietrzu dawno zapomnianą wilgotność. Jezdnie parowały, wydzielając ostry, pieprzowy zapach asfaltu. Na tle powoli odpływających granatowych chmur zmoczona deszczem bujna zieleń wokół autostrady niemal oszałamiała jaskrawością.

Do miasta dojeżdżałem już w lepszym nastroju. To się uda.

Teraz, ledwie tydzień później, nie byłem tego taki pewien. Szedłem ścieżką wokół polany, na której stał wysoki drewniany trójnóg przypominający szkielet tipi. Na platformie pod nim leżały zwłoki – czekały na ważenie. Zszedłem ze ścieżki i ostrożnie, jak nakazała Alana, przeciąłem polanę do miejsca, gdzie tkwiło w ziemi kilka betonowych bloków – geometryczne kształty wyraźnie odcinały się od leśnej scenerii. Pochowano w nich ludzkie szczątki. Prowadzono tu doświadczenia mające określić skuteczność georadaru w lokalizowaniu zwłok.

Wysoka, szczupła postać w drelichowych spodniach khaki i nieprzemakalnym kapeluszu klęczała kilka metrów dalej. Ze zmarszczonymi brwiami przyglądała się miernikowi na kawałku rury sterczącej z ziemi.

– Jak leci? – zagadnąłem.

Nie podniósł głowy, ale patrząc przez okulary w drucianych oprawkach, stuknął w miernik palcem.

– Uważasz, że łatwo wyczułoby się taki zapach? – zapytał, zamiast odpowiedzieć.

Pochodził ze Wschodniego Wybrzeża i to było słychać, bo spłaszczał samogłoski, chociaż miał przeciągłą wymowę, typową dla południowca z Tennessee. Od kiedy go znałem, Tom Lieberman poszukiwał własnego Świętego Graala – cząsteczka po cząsteczce analizował powstające w procesie rozkładu gazy, aby zidentyfikować woń. Każdy, komu zdechła mysz pod podłogą, może potwierdzić, że odór utrzymuje się jeszcze długo po tym, kiedy ludzki nos przestaje go wyczuwać. Szkolone psy wywęszą trupa wiele lat po pochówku. Tom głosił, że teoretycznie powinna istnieć możliwość opracowania czujnika, który zdoła zrobić to samo, co niezmiernie ułatwiłoby lokalizację i odzyskanie ciała. Ale jak zawsze teoria i praktyka to dwie różne rzeczy.

Wstał z mruknięciem, które mogło wyrażać frustrację albo zadowolenie.

– Dobra, skończyłem. – Skrzywił się, słysząc, jak trzeszczą mu stawy kolanowe.

– Wybieram się do stołówki na lunch. Idziesz?

Uśmiechnął się tęsknie, pakując sprzęt.

– Nie dzisiaj. Mary dała mi kanapki. Kurczak i kiełki fasoli albo coś innego, ale równie obrzydliwie zdrowego. Aha, zaprasza cię w ten weekend na obiad. Wbiła sobie do głowy, że potrzebujesz porządnego posiłku. – Znów się skrzywił. – Ciebie chce dobrze nakarmić, a ja dostaję żarcie dla królika. I gdzie tu sprawiedliwość?

Teraz ja się uśmiechnąłem. Żona Toma świetnie gotowała.

– Powiedz jej, że z radością przyjdę. Pomóc ci z rzeczami? – zaproponowałem.

– Nie, dam radę.

Wiedziałem, że nie chce mnie nadwerężać. Ale nawet kiedy wolno szliśmy do bramy, aż sapał z wysiłku. Tom, gdy go poznałem, miał już dobrze po pięćdziesiątce i z przyjemnością dodawał otuchy początkującemu brytyjskiemu antropologowi sądowemu. Było to dawniej, niż miałem ochotę pamiętać, i minione lata odcisnęły swoje piętno. Oczekujemy, że ludzie pozostaną takimi, jakich ich pamiętamy, ale oczywiście nigdy tak nie jest. Zobaczywszy go znowu, przeżyłem szok. Tak bardzo się zmienił.

Nie ogłosił oficjalnie, kiedy ustąpi ze stanowiska dyrektora Centrum Antropologii Sądowej, ale wszyscy wiedzieli, że prawdopodobnie przed końcem roku. Nawet gazeta z Knoxville dwa tygodnie temu prezentowała jego postać bardziej w formie hołdu niż wywiadu. Wciąż przypominał koszykarza, którym kiedyś był, ale zaborczy czas sprawił, że ze szczupłego mężczyzny zrobił się chudzielec. Miał zapadnięte policzki, co razem z dużymi zakolami nadawało mu ascetyczny, a jednocześnie niepokojąco kruchy wygląd.

Ale błysk w oczach pozostał, podobnie jak poczucie humoru i wiara w człowieka, której nie przygasił nawet fakt, że w pracy miał do czynienia z mroczną stroną ludzkiej natury. A ty sam też zostałeś nią naznaczony, pomyślałem, przypominając sobie paskudną bruzdę na swoim ciele, osłoniętą koszulą.

Kombi Toma stało na parkingu obok ośrodka. Przed wyjściem zatrzymaliśmy się przy bramie i zdjęliśmy rękawice oraz ochraniacze na buty. Kiedy brama się za nami zatrzasnęła, nic nie zdradzało, co znajduje się po drugiej stronie. Drzewa za ogrodzeniem wyglądały zwyczajnie. Gałęzie szeleściły w podmuchach ciepłego wiatru – nagie, ale już z zielonym cieniem nowego życia.

Włączyłem komórkę. Chociaż nie było żadnego zakazu, czułbym się nieswojo, gdyby dzwonki zakłócały spokój i ciszę Trupiej Farmy. Co nie znaczy, że na jakieś czekałem. Znajomi wiedzieli, że nie ma mnie w kraju, a osoba, z którą najbardziej chciałbym porozmawiać, nie mogła zadzwonić.

Schowałem telefon. Tom wrzucił walizkę do bagażnika. Udawał, że się nie zmęczył, a ja udawałem, że nic nie zauważam.

– Podrzucić cię do stołówki? – zapytał.

– Nie, dzięki. Pójdę pieszo. Powinienem ćwiczyć.

– Godna podziwu dyscyplina. Zawstydzasz mnie. – Przerwał, bo zadzwonił jego telefon. Zerknął na wyświetlacz. – Przepraszam, muszę odebrać.

Zostawiłem go i poszedłem przez parking. Ośrodek znajdował się na terenie Centrum Medycznego Uniwersytetu Tennessee, ale był całkowicie niezależny. Ukryty na zalesionych obrzeżach, jakby w innym świecie. Tutaj nowoczesne budynki szpitala i parkowe zielone przestrzenie roiły się od pacjentów, studentów i personelu medycznego. Pielęgniarka śmiała się, siedząc na ławce obok młodego człowieka w dżinsach, matka gniewała się na płaczące dziecko, a biznesmen prowadził ożywioną rozmowę przez komórkę. Kiedy przyjechałem tu po raz pierwszy, wyraźnie dostrzegałem kontrast między pogrążonym w ciszy rozkładem za bramą a tętniącą życiem normalnością na zewnątrz. Teraz ledwo to zauważałem.

Z czasem przyzwyczajamy się do wszystkiego.

Wbiegłem po schodach i ruszyłem do stołówki, nie bez satysfakcji, że oddycham tylko trochę ciężej niż zazwyczaj. Nie uszedłem daleko, kiedy usłyszałem za sobą szybkie kroki.

– Davidzie, poczekaj!

Ścieżką szybko kroczył mężczyzna mniej więcej w moim wieku i mojego wzrostu. Paul Avery – jedna ze wschodzących gwiazd Centrum. Już niemal wszyscy wskazywali go jako następcę Toma. Był specjalistą w dziedzinie osteologii i posiadał encyklopedyczną wiedzę, a wielkimi dłońmi o grubych palcach władał ze zręcznością chirurga.

– Idziesz na lunch? – Zrównał ze mną krok. Miał kędzierzawe, niemal kruczoczarne włosy, a na podbródku ciemny cień zarostu. – Mogę się do ciebie przyłączyć?

– Oczywiście. Jak się miewa Sam?

– Dobrze. Spotkała się dziś rano z Mary. Chce zrobić rajd po sklepach dla niemowląt. Karta kredytowa pewnie solidnie na tym ucierpi.

Uśmiechnąłem się. Poznaliśmy się dopiero kilka dni temu, ale Paul ze swoją ciężarną żoną Sam stawali na głowie, żebym dobrze się czuł. Wkrótce miało im się urodzić pierwsze dziecko. Paul udawał, że podchodzi do tego z dystansem, ale jego żona nie ukrywała emocji.

– Cieszę się, że cię widzę – mówił dalej. – Jeden z moich doktorantów się zaręczył, więc wybieramy się do miasta, żeby to uczcić. Tak na luzie, obiad i parę drinków. Może byś poszedł z nami?

Zawahałem się. Doceniałem propozycję, ale wcale nie pociągała mnie perspektywa wyjścia z grupą obcych ludzi.

– Idą Sam i Alana, więc parę osób już znasz – dodał Paul, widząc, że się ociągam. – Będzie fajnie.

Nie mogłem wymyślić żadnego pretekstu, żeby odmówić.

– Cóż… no dobra. Dzięki.

– Wspaniale. Zabiorę cię o ósmej z hotelu.

Na jezdni, tuż za nami, rozległ się klakson. Obejrzeliśmy się. Tom zatrzymał samochód przy krawężniku, opuścił okno i przywołał nas gestem.

– Właśnie miałem telefon z Biura Śledczego Tennessee. Niedaleko Gatlinburga znaleziono zwłoki w górskiej chacie. Brzmi ciekawie. Pomyślałem, Paul, że jeśli nie jesteś bardzo zajęty, to może pojechałbyś ze mną i popatrzył, co?

Paul pokręcił głową.

– Przykro mi, mam zajęte całe popołudnie. Nie mógłby ci pomóc któryś z absolwentów?

– Pewnie mógłby. – Tom spojrzał na mnie z błyskiem podniecenia w oczach. Zanim się odezwał, wiedziałem, co chce powiedzieć. – A ty, Dave? Miałbyś ochotę na małe zajęcia w terenie?Rozdział 2

Po autostradzie z Knoxville powoli sunął sznur aut. W samochodzie mimo wczesnej wiosny było tak ciepło, że bez klimatyzacji nie dalibyśmy rady. Tom zaprogramował nawigację satelitarną, żeby poprowadziła nas w górach, ale teraz zupełnie jej nie potrzebowaliśmy. Nucił cicho pod nosem i już wiedziałem, że to oznaka niecierpliwego oczekiwania. Na Farmie panowała ponura atmosfera, ale wszyscy, którzy przekazali swoje ciała, zmarli śmiercią naturalną. W tym przypadku chodziło o ofiarę zbrodni.

– A więc to morderstwo? – Zabójstwo, poprawiłem się w myśli. Na pewno, w przeciwnym razie nie angażowano by Tennessee Bureau of Investigation, Biura Śledczego Tennessee. Tom współpracował z TBI, stanowym FBI, jako konsultant. Miał nawet odznakę służbową. Jeżeli telefon był od nich, a nie z komendy policji, to znaczyło, że przypadek jest poważny.

Tom nie spuszczał wzroku z drogi.

– Wszystko na to wskazuje. Za dużo mi nie powiedzieli, ale podobno zwłoki są w złym stanie.

Zacząłem się lekko denerwować.

– Nie będzie żadnych problemów z tym, że przyjechałem?

Tom spojrzał na mnie zdziwiony.

– A niby dlaczego? Często zabieram kogoś do pomocy.

– Ale ja jestem Brytyjczykiem. – Przed wyjazdem musiałem przejść przez biurokratyczne procedury związane z wizą i zezwoleniami na pracę, ale nie spodziewałem się, że wezmę udział w dochodzeniu. Nie byłem pewien, czy powitają mnie z radością.

Wzruszył ramionami.

– Ja nie widzę problemu. Sprawa raczej nie ma związku z bezpieczeństwem narodowym, a gdyby ktoś pytał, zaręczę za ciebie. Albo po prostu bądź cicho, wtedy nikt nie zwróci uwagi na twój akcent.

Z uśmiechem włączył odtwarzacz CD. Tom słuchał muzyki tak, jak inni palą papierosy lub piją whisky. Twierdził, że pomaga mu uwolnić umysł i skupić myśli. Jego ulubioną używką był jazz z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych i do tej pory tak często słuchałem albumów, które trzymał w samochodzie, że rozpoznawałem większość utworów.

Westchnął cicho i przy pulsujących rytmach Jimmy’ego Smitha rozparł się wygodnie w fotelu.

Patrzyłem na krajobraz Tennessee. Przed nami piętrzyły się Smoky Mountains spowite błękitnawą mgiełką, od której wzięły nazwę. Zalesione zbocza ciągnęły się po horyzont. Falujący zielony ocean ostro kontrastował z handlowym rozgardiaszem dookoła.

Jaskrawe punkty fast foodów, bary, sklepy i sklepiki ciągnęły się wzdłuż autostrady, a niebo przecinały przewody energetyczne i telefoniczne.

Londyn i Wielka Brytania wydawały się bardzo daleko. Przyjazd tutaj miał mi pomóc odzyskać sprawność i rozwiązać kilka ważnych problemów. Wiedziałem, że po powrocie będę musiał podjąć trudne decyzje. Umowa na czas określony, jaką miałem w Londynie z uniwersytetem, wygasła w okresie mojej rekonwalescencji, ale zaproponowano mi stałą posadę w katedrze antropologii sądowej na czołowym szkockim uniwersytecie. Delikatnie nakłaniała mnie do współpracy także Grupa Doradczo-Badawcza Medycyny Sądowej, interdyscyplinarna agencja, która pomagała policji odnajdować zwłoki. To mi bardzo pochlebiało i powinienem się cieszyć, ale niestety żadna propozycja nie wzbudzała mojego entuzjazmu. Może powrót tutaj coś zmieni.

Na razie nie zmienił.

Westchnąłem, bezwiednie pocierając dłonią bliznę.

– Dobrze się czujesz? – Tom zerknął na mnie.

– Doskonale. – Nakryłem szramę ręką.

Przyjął wyjaśnienie bez komentarza.

– Kanapki są w torbie na tylnym siedzeniu. Możemy się nimi podzielić. – Uśmiechnął się cierpko. – Mam nadzieję, że lubisz kiełki fasoli.

Bliżej gór okolica stawała się gęściej zalesiona. Przejechaliśmy przez Pigeon Forge, pretensjonalną miejscowość wypoczynkową. Wzdłuż chodników tłoczyły się bary i restauracje. Jedna knajpa utrzymana była niby w stylu pogranicza. Plastikowe bale udawały drewniane. Kilka kilometrów dalej znaleźliśmy się w Gatlinburgu. Karnawałowa atmosfera tego turystycznego miasteczka wydawała się wręcz wytłumiona w porównaniu z poprzednim. Gatlinburg leżał w dolinie; hotele i restauracje bardzo starały się przyciągnąć uwagę, ale przegrywały z naturalną wspaniałością gór.

Zostawiliśmy za sobą Gatlinburg i znaleźliśmy się w innym świecie. Strome, gęsto zalesione stoki zamknęły się wokół drogi, pogrążając nas w cieniu. Smoky Mountains, część potężnego łańcucha Appalachów, zajmowały powierzchnię dwóch tysięcy kilometrów kwadratowych po obu stronach granicy Tennessee i Karoliny Północnej. Ogłoszono je parkiem narodowym, ale przyroda jest beztrosko nieświadoma takich rozróżnień. Była to dzikość, którą nawet obecnie człowiek ledwo uszczknął. Kiedy przyjeżdżało się tu z tak zatłoczonej Wielkiej Brytanii, sama wielkość gór uczyła pokory.

Ruch na drodze był mały. Za kilka tygodni stanie się o wiele większy. Kilka kilometrów dalej Tom skręcił w boczną drogę – węższą, pokrytą tłuczniem.

– Chyba już niedaleko. – Przyjrzał się ekranowi na tablicy rozdzielczej, potem popatrzył przed siebie. – Aha. Jesteśmy na miejscu.

Przy wąskiej dróżce stała tablica z napisem „Chaty Schroedera nr 5–13”. Automatyczna skrzynia biegów trochę protestowała, zmagając się z pochyłością. Wśród drzew dostrzegłem niskie dachy chat rozmieszczonych daleko od siebie.

Przed nami po obu stronach stały wozy policyjne i nieoznakowane samochody, pewnie TBI. Kiedy podjechaliśmy bliżej, drogę zagrodził nam policjant w mundurze. Dłoń lekko opierał o kaburę pistoletu przy pasie.

Tom zatrzymał się i opuścił szybę, ale policjant nie dał mu się odezwać.

– Wstęp wzbroniony. Bardzo proszę odjechać.

Czysta wymowa z głębokiego Południa i uprzejmość policjanta same w sobie działały jak broń – celnie, stanowczo i nieustępliwie.

Tom uśmiechnął się promiennie.

– Spokojnie. Może pan powiedzieć Danowi Gardnerowi, że przyjechał Tom Lieberman?

Policjant odszedł kilka kroków i porozmawiał przez radio. To, co usłyszał, rozstrzygnęło sprawę.

– Dobra. Proszę stanąć z boku.

Tom wykonał polecenie. Kiedy parkowaliśmy, moje zdenerwowanie przerodziło się w wyraźny niepokój. Tłumaczyłem sobie, że to zrozumiałe. Wciąż byłem zardzewiały po rekonwalescencji i nie przypuszczałem, że wezmę udział w śledztwie w sprawie morderstwa. Ale w głębi duszy wiedziałem, że nie o to chodzi.

– Jesteś pewien, że mogę tu być? – zapytałem. – Nie chciałbym nikomu nadepnąć na odcisk.

Tom zupełnie tym się nie przejmował.

– Nie martw się. Jeżeli ktoś zapyta, jesteś ze mną.

Wyszliśmy z samochodu. Powietrze miało świeży, czysty zapach, pełen naturalnego aromatu dzikich kwiatów i ilastej ziemi. Słońce późnego popołudnia przesączało się przez gałęzie. W jego świetle zielone pąki przypominały duże szmaragdy. Na tej wysokości, w cieniu drzew, było dość chłodno, dlatego idący naprzeciwko nas człowiek wyglądał dość dziwnie – pod krawatem i w garniturze. Ale marynarkę trzymał przerzuconą przez ramię, a na jasnoniebieskiej koszuli widniały ciemne plamy potu. Twarz miał zaczerwienioną.

– Dzięki, że się zjawiłeś. – Uścisnął Tomowi rękę.

– Żaden problem, Dan. Poznaj doktora Davida Huntera. Odwiedza ośrodek. Zaproponowałem mu, żeby też przyjechał.

To nie zabrzmiało jak pytanie o zgodę. Mężczyzna odwrócił się do mnie. Był dobrze po pięćdziesiątce. Ogorzałą, zmęczoną twarz pokrywały głębokie zmarszczki. Siwiejące włosy miał krótko obcięte, przedziałek z boku zrobiony jak przy linijce.

Wyciągnął rękę. Jego uścisk był mocny, niemal wyzywający, skóra sucha, z odciskami.

– Dan Gardner. Agent specjalny. Miło pana poznać.

Domyśliłem się, że to odpowiednik starszego oficera dochodzeniowego w Wielkiej Brytanii. Mówił typowo dla ludzi z Tennessee – urywanie, trochę przez nos. Był zwodniczo spokojny i opanowany, ale wzrok miał ostry, oceniający.

– I co tu mamy? – Tom sięgnął po walizkę leżącą z tyłu samochodu.

– Poczekaj, ja wezmę. – Odebrałem mu bagaż. Mimo blizny bardziej mogłem dźwigać niż Tom. Tym razem nie zaprotestował.

Agent TBI ruszył z powrotem dróżką między drzewami.

– Zwłoki są w wynajętej chacie. Dziś rano znalazł je kierownik.

– Na pewno zabójstwo?

– O tak.

Nie rozwijał tematu. Tom zerknął na niego ze zdziwieniem, ale nie dociekał, skąd ta pewność.

– Jakieś dowody tożsamości?

– Portfel z kartami kredytowymi i prawem jazdy, ale nie wiadomo, czy należą do ofiary. Ciało uległo już takiemu rozkładowi, że fotografia na nic się nie przyda.

– Ile czasu mogło tu leżeć? – zapytałem bez zastanowienia.

Gardner zmarszczył brwi, a ja przypomniałem sobie, że jestem tylko do pomocy.

– Miałem nadzieję, że właśnie wy pomożecie nam to ustalić – odparł agent, zwracając się raczej do Toma niż do mnie. – Anatomopatolog jeszcze tam siedzi, ale niewiele ma nam do powiedzenia.

– A kto to taki? Scott? – spytał Tom.

– Nie, Hicks.

– Aha.

W reakcji Toma kryło się mnóstwo znaczeń i żadne nie było pochlebne. Ale teraz bardziej niepokoiłem się tym, że trochę zaczyna się męczyć, idąc pod górę.

– Chwileczkę. – Odstawiłem walizkę i udałem, że poprawiam sznurowadło.

Gardner sprawiał wrażenie poirytowanego, ale Tom z ulgą oddychał głęboko, przecierając demonstracyjnie okulary. Popatrzył wymownie na pociemniałą od potu koszulę agenta.

– Nie obraź się, Dan, ale dobrze się czujesz? Wyglądasz… no, chyba masz gorączkę.

Gardner spojrzał na wilgotną koszulę, jakby widział ją pierwszy raz.

– Powiedzmy, że jest tam trochę ciepło. Sam zobaczysz.

Ruszyliśmy dalej. Droga stała się płaska, kiedy drzewa się rozstąpiły, odsłaniając małą, trawiastą polanę ze żwirowaną, zachwaszczoną ścieżką. Odchodziły od niej inne dróżki, prowadzące do chat ledwo widocznych między drzewami. Ta, do której szliśmy, znajdowała się na drugim końcu polany, dość daleko od pozostałych. Ściany miała wyłożone gontem, już wyblakłym od wiatru, słońca i deszczu. Ścieżkę do drzwi wejściowych przegradzała jaskrawożółta taśma z dużymi, grubymi literami: „Linia policyjna. Nie przekraczać”. Wokół krzątały się różne ekipy.

Było to pierwsze miejsce przestępstwa, na którym znalazłem się w Stanach Zjednoczonych. Pod wieloma względami wyglądało typowo, ale drobne różnice nadawały mu trochę nierealny charakter. Przy chacie stała grupa techników kryminalistycznych TBI w białych kombinezonach. Wszyscy mieli zaczerwienione twarze i łapczywie pili wodę z butelek. Gardner zaprowadził nas do miejsca, gdzie młoda kobieta w eleganckim kostiumie rozmawiała z tęgim mężczyzną. Jego łysa głowa lśniła jak wypolerowane jajo. Był całkowicie bezwłosy, nie miał nawet brwi ani rzęs. Wyglądał trochę jak niemowlę, a trochę jak gad.

Kiedy podeszliśmy, odwrócił się i na widok Toma rozchylił wąskie usta w uśmiechu, ale bez choćby cienia radości.

– Byłem ciekaw, kiedy się pojawisz, Lieberman.

– Wystartowałem, jak tylko dostałem telefon, Donaldzie – odparł uprzejmie Tom.

– Dziwię się, że w ogóle dzwonili. Powinieneś to poczuć aż w Knoxville.

Zarechotał, nie przejmując się, że nikt inny nie uznał dowcipu za śmieszny. Domyśliłem się, że to Hicks, anatomopatolog wspomniany przez Gardnera. Młoda kobieta była szczupła, ale o muskulaturze lekkoatletki lub gimnastyczki. Jej wojskową postawę jeszcze bardziej podkreślały granatowa marynarka i spódnica oraz krótko ostrzyżone ciemne włosy. Nie miała makijażu, ale wcale go nie potrzebowała. Tylko usta nie pasowały do tego surowego wyglądu – pełne, kształtne wargi sugerowały zmysłowość, której przeczyła cała reszta.

Ogarnęła mnie krótkim, beznamiętnym spojrzeniem szarych oczu, ale jednocześnie dokonała szybkiej oceny. Na tle lekko opalonej twarzy jej białka wręcz błyszczały zdrowiem.

– Tom, to Diane Jacobsen – powiedział Gardner. – Właśnie wstąpiła do Zespołu Dochodzeń Terenowych. Po raz pierwszy pracuje przy sprawie zabójstwa. Chwaliłem ciebie i ośrodek, więc postaraj się mnie nie zawieść.

Podała mi rękę, nie zwracając uwagi na tę próbę żartu. Na ciepły uśmiech Toma prawie nie odpowiedziała. Nie mogłem się zorientować, czy to naturalna rezerwa, czy po prostu za bardzo stara się być profesjonalna.

Hicks skrzywił się z irytacją, patrząc na Toma. Zorientował się, że go obserwuję, i z rozdrażnieniem kiwnął głową w moją stronę.

– A to kto?

Do tej pory traktował mnie jak powietrze.

– David Hunter – przedstawiłem się, chociaż pytanie nie było adresowane do mnie. Intuicyjnie wyczuwałem, że nie ma sensu wyciągać ręki.

– David tymczasowo pracuje z nami w ośrodku. Uprzejmie zgodził się mi pomóc – wyjaśnił Tom.

„Pracuje z nami” było przesadą, ale nie zamierzałem prostować jego niewinnego kłamstwa.

– Brytyjczyk?! – zawołał Hicks, słysząc moją wymowę.

Diane znów ogarnęła mnie tak chłodnym spojrzeniem, aż się zaczerwieniłem.

– Wpuszczasz tu teraz turystów, Gardner? – dodał anatomopatolog.

Wiedziałem, że moja obecność może wkurzyć parę osób. Byłoby podobnie, gdyby ktoś obcy pakował się w dochodzenie w Wielkiej Brytanii. Mimo wszystko takie zachowanie działało mi na nerwy. Pamiętając, że jestem gościem Toma, powstrzymałem się od ciętej odpowiedzi. Kiedy wtrącił się Tom, Gardner wcale nie wyglądał na uszczęśliwionego.

– Doktor Hunter przyjechał tu na moje zaproszenie. Jest jednym z najlepszych antropologów sądowych w Wielkiej Brytanii.

Hicks parsknął z niedowierzaniem.

– Chcesz powiedzieć, że nie mamy dość własnych?

– Chcę powiedzieć, że cenię jego kompetencje – odparł spokojnie Tom. – A teraz może weźmy się do roboty.

Hicks wzruszył ramionami.

– Bardzo proszę. Oddaję ci denata z najserdeczniejszymi życzeniami – powiedział z przesadną uprzejmością i pomaszerował w kierunku samochodów.

Tom i ja zostawiliśmy agentów TBI przed chatą i podeszliśmy do stołu na krzyżakach, na którym porozkładano pudła z jednorazowymi kombinezonami, rękawiczkami, butami i maskami. Odczekałem, aż znajdziemy się na tyle daleko, że nikt nas nie usłyszy.

– Tom, może to nie był najlepszy pomysł. Poczekam w samochodzie.

Uśmiechnął się.

– Nie zwracaj uwagi na Hicksa. Pracuje w prosektorium w Ośrodku Medycznym UT, dlatego od czasu do czasu nasze drogi się krzyżują. Nienawidzi, kiedy musi się do nas zwracać o pomoc. Częściowo to zawodowa zazdrość, ale generalnie ten facet to dupek.

Próbował mnie uspokoić, mimo to czułem się niezręcznie. Przywykłem do przebywania na miejscu zbrodni, ale tu wyraźnie byłem obcy.

– Sam nie wiem… – zacząłem.

– Daj spokój, Dave. Wyświadczysz mi przysługę. Naprawdę.

Ustąpiłem, ale wątpliwości zostały. Wiedziałem, że powinienem być wdzięczny Tomowi, bo niewielu brytyjskich specjalistów od medycyny sądowej miało okazję pracować w Stanach. Tak czy inaczej, czułem się bardziej zdenerwowany niż kiedykolwiek dotąd. I nie mogłem przypisywać tego wrogości Hicksa, kiedyś zniósłbym o wiele gorsze zachowanie. Nie, tu chodziło o mnie. Miałem wrażenie, że w ostatnich miesiącach razem ze wszystkim innym straciłem także pewność siebie.

Weź się w garść. Nie możesz zawieść Toma.

Gardner podszedł do stołu, kiedy rozrywaliśmy plastikowe worki z kombinezonami.

– Lepiej rozbierzcie się do majtek, zanim to włożycie. Tam jest dość gorąco.

Tom parsknął.

– Nie obnażałem się publicznie od czasów szkoły i teraz nie zamierzam zaczynać.

Gardner wzruszył ramionami.

– Potem nie mów, że cię nie ostrzegłem.

Nie podzielałem wstydliwości Toma, mimo to poszedłem za jego przykładem. I bez rozbierania się do gatek czułem się wystarczająco skrępowany. Poza tym była dopiero wiosna, a słońce zachodziło. Jak gorąco może być w chacie?

Gardner grzebał między pudłami, aż w końcu znalazł słoik z maścią mentolową. Nałożył grubą warstwę pod nosem, potem podał słoik Tomowi.

– Będzie ci potrzebna.

– Nie, dziękuję. Mój zmysł powonienia już trochę się stępił.

Gardner bez słowa podał mi słoik. W innych okolicznościach też bym nie skorzystał. Podobnie jak Tom, dobrze znałem odór rozkładu i po tygodniu spędzonym w ośrodku zdążyłem już do niego przywyknąć. Wziąłem jednak słoik i wtarłem aromatyzowaną wazelinę nad górną wargę. Oczy natychmiast zaczęły mi łzawić od ostrego zapachu. Odetchnąłem głęboko, starając się uspokoić rozdygotane nerwy. Co się, u diabła, z tobą dzieje? Zachowujesz się, jakby to był twój pierwszy raz.

Czekałem, aż Tom się przygotuje. Słońce grzało mnie w plecy. Wisiało nisko, oślepiające, potem otarło się o wierzchołki drzew. Jutro rano znów się pojawi, bez względu na to, co się tu stało, pomyślałem.

Tom zasunął zamek błyskawiczny kombinezonu i uśmiechnął się do mnie radośnie.

– Zobaczmy, co tam mamy.

Naciągając lateksowe rękawiczki, ruszyliśmy zarośniętą ścieżką do chaty.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: