Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Szukanie puenty życia - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Data wydania:
3 lutego 2021
Czytaj fragment
Pobierz fragment
9,99
Cena w punktach Virtualo:
999 pkt.

Szukanie puenty życia - ebook

Zbiór wywiadów przeprowadzonych z wybitnymi Polakami, m.in. z Józefem Tischnerem, Ewą Lipską czy Jerzym Kukuczką, osobami, których dokonania znane były nie tylko w Polsce, ale i poza granicami kraju. Agnieszka Metelska prowadzi wywiady z zaangażowaniem oraz z pasją, dzięki czemu jej rozmówcy konfrontują się z innym niż własne spojrzenie, co czyni lekturę tych rozmów wyjątkowo zajmującą. Tytuł zbioru przywodzi na myśl zwłaszcza postać Jerzego Kukuczki – wywiad, którego udzielił himalaista, był ostatnim wywiadem w jego życiu.

Agnieszka Metelska – dziennikarka, poetka, prawniczka. Pisała dla „Fundamentów”, „Przeglądu Tygodniowego”, „Kobiety i życia”, „Twojego Stylu”, współpracowniczka „Życia Literackiego” i „Kontrastów”. Wielokrotnie nagradzana za reportaże – „Tragarze codzienności”, tekst zamieszczony w „100/XX. Antologii polskiego reportażu XX wieku” (red. Mariusz Szczygieł) został określony jako jeden z najważniejszych reportaży ubiegłego stulecia.

W latach 90. XX wieku podjęła współpracę z pismem „Palestra”, poruszającym tematykę związaną z problemami środowiska adwokackiego. Pełniła rolę rzeczniczki prasowej Naczelnej Rady Adwokackiej, prowadzi własną kancelarię adwokacką.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-87-26-77521-1
Rozmiar pliku: 232 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

O żalu i nadziei

Rozmowa z Marią Kuncewiczową

Maria Kuncewiczowa, pisarka, urodziła się w 1899 roku w Samarze.

Studiowała na Uniwersytecie w Nancy, Uniwersytecie Jagiellońskim, Uniwersytecie Warszawskim, w klasie operowej Konserwatorium w Warszawie i pobierała lekcje śpiewu w Paryżu. W okresie międzywojennym uprawiała twórczość literacką i śpiew estradowy.

Były członek Związku Zawodowego Literatów Polskich, wiceprezes Pen-Clubu polskiego w 1939 roku; w czasie wojny prezes Pen-Clubu polskiego w Paryżu i Londynie. Wykładała literaturę polską na Uniwersytecie w Chicago w latach 1963-1972.

Honorowa obywatelka Kazimierza nad Wisłą, laureatka wielu nagród, między innymi: Nagrody Literackiej Miasta Warszawy w 1936 roku, Nagrody im. Włodzimierza Pietrzaka w 1969 roku. Otrzymała medal zasługi Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku w 1971 roku, Nagrodę Państwową I stopnia w 1977 roku.

Napisała ponad dwadzieścia książek, wśród nich: „Przymierze z dzieckiem”, „Dwa księżyce”, „Cudzoziemka”, „Klucze”, „Zmowa nieobecnych”, „Dyliżans Warszawski”, „Leśnik”, „Gaj oliwny”, „Tristan — 1946”, „Fantomy”, „Natura”, „Fantasia a la Polacca”, „Przeźrocza”, „Notatki włoskie”. Książki Marii Kuncewiczowej ukazały się w 18 językach świata. Tłumaczono je między innymi na: francuski, włoski, szwedzki, estoński, bułgarski, rosyjski, hiszpański, rumuński, holenderski, czeski, węgierski, słowacki.

Zmarła w 1989 roku w Kazimierzu.

— Człowieka współczesnego determinują polityka, historia, ekonomia. Napastują środki masowego przekazu, szef wymaga, rodzina oczekuje. Przybiera on dziesiątki twarzy, płynie posłuszny oczekiwaniom innych — jeśli nie chce znaleźć się na marginesie życia. Czy pani sposób przeżywania współczesności zaowocował przemyśleniami, które można by nazwać „filozofią życia”?

— Nie. Proszę tego nie żądać ode mnie. Absolutnie nie wierzę, żeby można było komuś poradzić jak żyć i mówię to na przykładzie własnym. Nasze stany psychiczne, poglądy i odczucia rodzą się każdego dnia na nowo. Zmieniają się w miarę zdobywanych doświadczeń, wiedzy o sobie samym i innych ludziach. Zmieniają nas fakty, które gdziekolwiek by zaistniały na naszej planecie, nie pozostawiają nás obojętnymi.

Nikt nie żyje według rad. Zresztą to dowodziłoby braku charakteru. Mój syn nie skorzystał z żadnej ojcowskiej rady i żyje według własnych reguł, wyrósł na pożytecznego człowieka. Uważam, że człowiekowi łatwiej jest porozumieć się z mrówką czy krokodylem, niż z drugim człowiekiem. Bo na zasadzie pewnych doświadczeń biologicznych, historycznych wiemy, czego spodziewać się po mrówce czy krokodylu. A czego spodziewać się po drugim człowieku? Ja przynajmniej nie umiem znaleźć wzoru.

— To ogromna samotność, jeśli trzeba każdego traktować jak osobną wyspę.

— Wszyscy szukamy pociechy, ale życie jest dla niektórych tak zawiłe, a dla drugich tak obrzydliwie jednoznaczne, że nie wiadomo co wybierać.

— A jeśli wybrać wierność sobie?

— To już daje nadzieję przekroczenia jakiegoś progu. Tym progiem jest tak bardzo niepopularne obecnie pojęcie honoru.

— W „Fantomach” napisała pani: „Nie pragnę być modna: pragnę być wierna jeśli nie sztuce, nie historii, nie narodowi, nie społeczeństwu, to przynajmniej sobie takiej, jaką mnie te wszystkie potęgi stworzyły”. Łatwiej jest być wiernym sobie jeśli jest się człowiekiem wybitnym. Talent pomaga żeglować nad tłumem, unikać pokus małości, podporządkowania się wbrew własnemu sumieniu.

— Przeciętność i brak wyobraźni często obierają sobie drogę chętnie nazywaną religią. Co oznacza słowo „religia”? Ja, która żyłam słowami: pisanymi i śpiewanymi, teraz u schyłku swoich dni, doszłam do ogromnej nieufności wobec słów. Są takie wieloznaczne i dla każdego znaczą coś innego. Co więc oznacza słowo „religia”? Dla jednego człowieka odmawianie różańca, mszę niedzielną, próbę dochowania wierości dziesięciu przykazaniom. Dla innych ludzi oznacza najwyższy wymiar poezji, jakąś gigantyczną metaforę, do której nie każdy ma skłonność i cierpliwość. Dla jezuity, ojca Teilharde’a de Chardin, francuskiego filozofa katolickiego, ten wymiar jest właśnie sumą wszystkich wartości i służy powstaniu tego, co on nazywa noosferą — czyli zapowiedzią kompletnego spełnienia. Byłaby to wspólnota ludzi kochających, nowy byt, przystosowany do nowej fazy człowieczeństwa.

— Czyli nowa utopia skazana na jeszcze jedną klęskę.

— Maszyna dziejów nigdy nie ruszyłaby z miejsca bez utopii. To są drożdże życia.

— W swoich autotematycznych książkach „Fantomach” i „Naturze” daje pani dobitne świadectwo swojemu poczuciu wolności. Tą wewnętrzną niezależnością podyktowany był stosunek pani do ludzi, miast, krajów. Czy zawsze udawało się pani być wolną? Nie musiała pani czegoś poświęcać, rezygnować, żałować?

— Jeśli z czegoś rezygnowałam, zawsze uczucie żalu było podszyte nadzieją, że to tylko „na razie”. Był to więc pewnego rodzaju oportunizm płynący z instynktu życia.

— Można to wyżnie potraktować jako rodzaj recepty.

— Nie wiem, czy wszyscy mają silny instynkt życia. Są istoty, które wyżywają się w niemożliwościach. Piszę akurat o obrazie u Fary w Kazimierzu przedstawiającym męczeństwo św. Bartłomieja. Obdzierali go ze skóry jacyś Azjaci, którym nie podobała się jego wiara. I stawiam sobie pytanie: — czy ten apostoł był tchórzem? Dlaczego nie chwycił za nóż, miecz czy żagiew płonącą? A jednak, chociaż nie słyszymy jego krzyku, a może właśnie dlatego, skłonna jestem wierzyć, że bohaterstwo polega na milczeniu wobec przemocy.

— Witold Gombrowicz pochwalił panią w pierwszym tomie swoich „Dzienników” za „Cudzoziemkę”. Nazwał tę książkę „zapowiedzią, przeczuciem czegoś niespodziewanego”....

— ....nie wiedziałam o tym. Podobała mu się, to wiem, moja „Zmowa nieobecnych”, którą nieprzychylnie odebrano w kraju. Ale Gombrowicz, podobnie jak ja, spędził wojnę za granicą. Być może lepiej czuł tę książkę.

— Ale tenże Gombrowicz napisał o literaturze kobiet: „czy rozpływająca się w kosmosie babskość mogła w jakikolwiek sposób ukształtować świadomość narodu?” Przytaczam to dość agresywne w tonacji sformułowanie, nie zgadzając się z autorem, bo przecież z psychologizowania, o które chodzi, można uczynić atut, a nie słabość literatury kobiecej. Ale w ślad za Gombrowiczem pragnę zapytać, czy nie kusiło pani politykowanie? Właśnie kształtowanie świadomości narodowej?

— A moja akcja na rzecz obywatelstwa światowego?! Obejmowała światowy humanizm, a nie tylko patriotyczną świadomość. Wymagała kolosalnego wysiłku. W 1949 roku z Londynu do ONZ pofrunął apel o ideę obywatelstwa światowego. Jego ukazanie się poprzedziła długa droga; wspólnie z Margaret Storm Jameson, angielską pisarką, zbierałyśmy podpisy wybitnych osobistości popierających treść apelu. Ja działałam w Londynie i w Paryżu. Margaret w Stanach Zjednoczonych. Prośba o światowe obywatelstwo dotyczyła tych ludzi, których odmienność przekonań politycznych wyrzuciła poza granice własnego kraju. Apel zmierzał do tego, aby przez ograniczenie wolności podróży, wykształcenia i zatrudnienia nie zmuszano bezpaństwowców do starań o nową narodowość. Historia uczyniła ich obywatelami świata i za takich powinno się ich uznać. Apel podpisali między innymi: Albert Einstein, E.M. Forster, Aldous Huxley, Roger Martin Du Gard, Francois Mauriac, J.B. Priestley, Bertrand Russel, Bernard Shaw, Rebecca West. Złożyłyśmy pod nim także podpisy Margaret Storm Jameson i ja, jako pisarka polska i prezeska polskiego Pen-Clubu na emigracji.

— Idea była słuszna, podpisy znakomite. W „Naturze” napisała pani: „apel spoczął na śmietniku”.

— Tak. Apel spoczął na śmietniku.

— A pani po klęsce marzenia uczyniła praktyczny krok w kierunku obywatelstwa światowego, jakim było przyjęcie obywatelstwa Stanów Zjednoczonych Ameryki. Napisała pani w „Naturze”: „Żaden kraj, z wyjątkiem bloku wschodniego i Chin nie wymaga teraz ode mnie wizy”.

— Przyjęłam obywatelstwo amerykańskie a nie angielskie, ponieważ nie wymagano ode mnie zrzeczenia się polskiego obywatelstwa. Żądali tego Anglicy. Pewnie zaraz zapyta mnie pani o patriotyzm?.

— Pamiętam, że nazywa siebie pani kazimierzanką i uważa: „z patriotyzmem wiąże się wszystko, co intymne”

— Patriotyzm nie jest żadną zasługą i nie wymaga ani kaznodziejstwa ani dziennikarstwa. To jest kwestia przyrodnicza. Ludzie od wieków ekspatriowani, są odrębni od swojego otoczenia. Ludzie, którzy dziesięciolecia spędzili za granicą wracają umierać do kraju, w którym urodzili się. Mój mąż, jak i ja, bardzo wiele podróżował, już bardzo chory, w podróży z Rzymu do Lublina, powiedział: „Z Lublina wyszedłem, do Lublina wracam”

— Cenne manuskrypty, korespondencję przakazała pani Ossolineum. Staną się dostępne wszystkim. Tak, jak i ten, ukochany przez panią, przepiękny dom.

— Dom i wszystkie przedmioty, które są w nim, gromadzone wspólnie z mężem, przeznaczyłam zgodnie z jego życzeniem, na muzeum. Mogłabym to wszystko sprzedawać sztuka po sztuce za granicę, a także honoraria autorskie brać w innych pieniądzach niż złotówki.

— Pani decyzja jest wyborem człowieka honorowego, że użyję tego słowa, które rzeczywiście wyszło z obiegu. Długo, bo aż dziewięć lat wykładała pani literaturę polską na Uniwersytecie w Chicago. Zna pani na pewno tamtejszą młodzież, jej marzenia i kompleksy. Natomiast nigdy nie wykładała pani na żadnym uniwersytecie w Polsce. Czy uważa pani, że zna kondycję psychiczną współczesnego, powojennego Polaka?

— Spotykam wielu ludzi. Najmniej trudności w porozumieniu się mam z tymi, których znałam jeszcze sprzed wojny, z dwudziestolecia. Losy ludzi współczesnych w Polsce trafiają do mnie z gazet, czasopism, i z plakatów. Był okres, że czytałam wszystko, nawet nudne artykuły. Wreszcie ludzie przychodzą do mnie poprzez listy. Dostaję tych listów dziesiątki, setki, tysiące.

— Refleksja w „Naturze” po liście od kobiety, której mąż pije nałogowo: „Jakaż jest przyczyna rozpaczy jego i tych tysięcy Polaków walących się z nóg w biały dzień pracy w kraju, którego hymn jest najweselszy w świecie”?

— Moi czytelnicy zwierzają się, radzą, szukają wskazówek, a także przysyłają pamiętniki. Pewna urzędniczka z Kalisza pisała do mnie codziennie przez dwa lata. Były to wspaniałe obyczajowe obrazki, naznaczone zmysłem humoru, ozdobione zupełnie niezłymi wierszami. Są listy adresowane rozbrajająco: Kochana Maria Kuncewiczowa, Kazimierz. Bardzo lubię listy od ludzi, którzy czują taką potrzebę kontaktu ze mną, że aż piszą. Ale ta korespondencja przeszkadza mojemu dziennikarstwu, dekoncentruje.

— Korespondencja? Na każdy list odpowiada pani osobiście?

— Grubiaństwem byłoby nie odpowiedzieć.

— Gdy przywołuje pani swoich rodziców, pisze, że żadne uczucie nie dorównywało miłości do tych dwojga nie spełnionych ludzi. A miłość do współmałżonka, dzieci?

— Wchodzimy na teren chybotliwy. Uczuć nie można wytłumaczyć racjonalnie. Miłość do syna, męża, to wielkie przeżycie. Tamto, do straconych rodziców, przewyższa wszystko inne, bo jest bolesne. Oni byli wyżsi ponad swój los — nie spełnił ich tak, jak na to zasługiwali. Może jest w tej miłości odwieczny nałóg chrześcijański? Im bardziej kogoś mi żal, tym bardziej go kocham.

— Róża w „Cudzoziemce” to pani matka, prototypem bohatera „Leśnika” jest ojciec. Czy ocalając od zapomnienia nie spełniła ich pani w jakiś sposób?

— Musiałabym być bardzo głupio zarozumiała, żeby tak myśleć.

— Często podkreśla pani w swoich książkach, że mąż, Jerzy Kuncewicz, człowiek ogromnie wielostronny, chemik, prawnik, ekonomista, działacz polityczny i pisarz odegrał bardzo wielką rolę w pani twórczości literackiej, bo wierzył w panią. Był bardzo ambitny na moje konto — powiedziała pani kiedyś. Zmarł dwa lata temu. Wiem, że pisze pani kolejną książkę: siłą rozpędu gdy zabrakło człowieka, którego obecność inspirowała i krzepiła?

— Ale ja przecież piszę listy do niego! Myśl, że nie ma go pod dębem za oknem, na cmentarzu, w powietrzu, jest nie do przyjęcia. Słońce wschodzi i zachodzi, a ja jestem sama. Był moim towarzyszem życia przez 60 lat. Zresztą tak samo nie mogę sobie wyobrazić, że nie współżyją ze mną rodzice, brat. Pragnę być z nimi.

— Ale gdy ogląda się pani w tył widzi szczęśliwe życie. Miłość, spełniony talent, pieniądze, podróże po całym świecie — długie pobyty w Stanach Zjednoczonych, Francji, Anglii, we Włoszech. Wielu ludzi marzy o tym, żeby mieć tylko jeden z tych darów losu, Pani miała wszystkie.

— I ja uważam swoje życie za niezmiernie fortunne. Jako dziecko miałam bardzo starannych i nieprzeciętnych rodziców. Nauczyli mnie języków, muzyki, cierpliwości. Mój dużo starszy brat był cudownym opiekunem, słońcem mojego dzieciństwa. Miałam niesłychanie wyrozumiałego i wiernego towarzysza życia, który podniecał i uzupełniał moje potrzeby intelektualne. Syn ocalał podczas wojny, pływając na łodziach podwodnych. Mieszka w Stanach Zjednoczonych, jest w bardzo dobrej formie, zadowolony z życia. Na los składa się tak wiele spraw zależnych i niezależnych od indywiduum, że potwierdza się moje stanowisko — nikomu nie można doradzić, jak powinien żyć.

— Ale jest taka jedna pożyteczna cecha, którą wychowawcy wpajają uczniom od wczesnego dzieciństwa. Myślę o pracowitości. I pani w tym swoim szczęśliwym życiu bardzo pracowała. W „Naturze” czytamy: „Piszę ręcznie trzy bruliony, czwarty, dopiero czysty po poprawkach”. Pisała pani swoją książkę nie tylko w języku polskim, ale część „Kluczy” po francusku. „Gaj oliwny” i „Tristana” po angielsku — wymagało to przecież żmudnej pracy. Trzeba było ogromnej dyscypliny, aby jeszcze prowadzić wykłady na Uniwersytecie w Chicago, gdzie rozprawiała pani o polskich pisarzach, poetach, uczonych. „W wieku emerytalnym pracuję więcej niż za młodu. Nie z konieczności zarobku. Nie mam co dalej szukać przyczyny. Zachowuję się tak z powodu „świadka”, który nie znosi lenistwa, natychmiast piętrzy trudności, pochwalając ambicję” To z „Fantomów”.

— Rzeczywiście bardzo dużo pracowałam przez całe życie. Dyscypliny nauczyłam się od swoich rodziców. Oni też imponowali wszechstronnością. Mój ojciec chociaż matematyk — znał łacinę, grekę, tłumaczył z włoskiego. A „świadek” towarzyszył mi cały czas. Piszę o tym w swoich książkach, jako o jeszcze jednym fantomie.

— Zirytowana tą swoją mrówczością napisała pani w „Naturze”: „Ja żyjąca patrzeniem — narzuciłam sobie tyle nieuwagi na piękno? Żyjąca słuchaniem zgodziłam się tyle gadać?” A teraz? Czy pani zachwyt nad światem, zachłanność życia ciągle trwa? „Józefowa chce do nieba, ja ciągle do życia...”

— Józefowa już jest w niebie, a mnie zachwyt męczy. Są takie momenty, które chcę pić jak najlepsze wino, a robi mi się mdło. Dwukrotnie byłam w Puławach na reanimacji.

— Na zachwyt trzeba siły... Ja chciałabym jeszcze przytoczyć przejmujący cytat z „Natury”: „Bóg oddalił się od ziemi, żeby Go przywołać, trzeba czegoś więcej niż słowo”. Czy pani wie czego trzeba, skoro w „Przeźroczach” przekora ustąpiła miejsca pogodzeniu?

— Nadal jestem przekorna wobec Boga czy nazwijmy to religii, co nie przeszkadza mi prosić o osiągnięcie jednolitości bytu. Wolę od pacierza uczucie dziękczynienia, które wyniosłam jeszcze z dzieciństwa. Dzięki za każdy dzień. W każdym przeżytym dniu, nawet tym tragicznym, jest siła.Uwolnić od cierpienia

Rozmowa z prof. Julianem Aleksandrowiczem.

Julian Aleksandrowicz, lekarz hematolog, urodził się w 1908 roku w Krakowie. Ukończył Wydział Lekarski Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zaczynał pracę w szpitalu św. Łazarza i tu rozpoczął działalność naukową między innymi w zakresie konserwowania krwi. Po ucieczce z krakowskiego getta, gdzie zorganizował szpital, został lekarzem oddziałów Armii Krajowej. Po wojnie asystent, a później dyrektor III Kliniki Chorób Wewnętrznych Akademii Medycznej. Następnie profesor i dyrektor Kliniki Hematologicznej Instytutu Medycyny Wewnętrznej AM w Krakowie. Skupił tu wokół siebie wielu wybitnych uczniów tworząc jeden z czołowych ośrodków medycznych w kraju.

Przewodniczył Komisji Ochrony Zdrowia Społecznego PAN, Krakowskiemu Oddziałowi Towarzystwa Hematologicznego, Krakowskiemu Oddziałowi Towarzystwa Higieny Psychicznej. Był wiceprzewodniczącym World Academy of Arts and Scients, członkiem Honorowym Polskiego Towarzystwa Hematologicznego i American College of Nutrition. Należał do komitetów redakcyjnych między innymi: „Folia Humanistica” — Barcelona, „Heamatologica” — Rzym.

Laureat licznych nagród m. in.: Nagrody Państwowej II stopnia w 1950 roku, Nagrody m. Krakowa — 1976 r., Nagrody Fundacji Jurzykowskiego — Nowy Jork — 1978 r., „Drożdże” tygodnika „Polityka” za twórczy wkład w życie umysłowe kraju w 1977. Otrzymał Order Virtuti Militari,Krzyż Komandorski OOP, Zasłużony Nauczyciel PRL, Zasłużony dla Zdrowia Narodu.

Napisał m. in.: „Choroby krwi i narządów krwiotwórczych”, „Pożywienie, woda i sól stołowa w ochronie zdrowia społecznego”, „Białaczki”, „Rewolucja naukowo-humanistyczna”, „Sumienie ekologiczne”„‚Nie ma nieuleczalnie chorych”, „U progu medycyny jutra”.

Zmarł w 1988 roku w Krakowie.

— Okupacyjny pseudonim pana profesora brzmi: „Twardy”. Ja dzisiaj do „Twardego” dodałabym „Tytan”. Jest pan autorem ośmiu podręczników akademickich, ponad czterystu pięćdziesięciu publikacji i rozpraw naukowych w polskich i zagranicznych czasopismach specjalistycznych oraz wielu książek. Dał pan się poznać jako publicysta w książce „Wiedza stwarza nadzieję”, beletrysta w „Kartach z pamiętnika doktora Twardego” i dietetyk, będąc współautorem poradnika „Kuchnia i medycyna”. Pan jest niewątpliwie człowiekiem renesansu. Takim trzeba się urodzić. Ale czy można nauczyć się tak pracować?

— Impulsy? To na pewno dziedzictwo nie tylko genowe, lecz przede wszystkim kulturowe. Zainteresowania moje wykraczają poza stereotyp neopozytywistyczny, jaki dominował w okresie mojej edukacji i życia zawodowego. Tak się złożyło, że już od początku były wielokierunkowe. Studiowałem, oprócz medycyny, wychowanie fizyczne w nadziei, że te umiejętności pozwolą mi stworzyć warunki rehabilitacji pacjentów. Ale równocześnie osiem lat szkoły średniej przegrałem na skrzypcach.

— Jeszcze bardziej mnie pan zdumiewa, profesorze.

— Grałem tak dobrze i z takim zapałem, że po maturze zastanawiałem się — zostać skrzypkiem czy lekarzem? Ale nic nie ginie. Muzyka dała mi wyobraźnię. Bez twórczej wyobraźni człowiek jest kaleki. A niech się pochwalę! Oto Instytut Muzykoterapii Akademii Muzycznej we Wrocławiu uczynił mnie Honorowym Przewodniczącym Rady Naukowej. Proszę zobaczyć...

— ...„W uznaniu ogromnych zasług na niwie humanizacji medycyny, wykorzystywania sztuki dla wpływu na zdrowie człowieka a także muzykoterapii, której jest pan pionierem...” Podpisał rektor Tadeusz Natanson. Pamiętam z pana książek, że sojusz medycyny z dyscyplinami estetycznymi, to jedna z dróg pomagających w przywracaniu poczucia zaburzonego zdrowia. To pana słowa z „Nie ma nieuleczalnie chorych”

— Muzyka w moim życiu została. Ale i wychowanie fizyczne zostało. Dało mi sprawność. To bardzo ważne. Bez niej człowiek czuje się mniej wartościowy. Między innymi dobrej sprawności fizycznej zawdzięczałem wyjście z wojny bez większych obrażeń. Trudne warunki w partyzantce przebyłem jako jeden z najstarszych ludzi w sztabie mojego oddziału, w zgrupowaniu „Jodła” Armii Krajowej.

— Pomówmy o sojuszu medycyny z innymi dyscyplinami sztuki, nauki. Utkwiło mi takie zdanie pana profesora — „ludziom uważanym za nieuleczalnie chorych można przywrócić subiektywne poczucie sprawności zarówno fizycznej, jak i psychicznej, a więc radość życia”. To traktowanie pacjenta jako całości, dostrzeganie jego soma i psyche jest bardzo piękne. Ale w naszym kraju dostępne tylko u profesora Aleksandrowicza. No, może jeszcze u paru wybitnych lekarzy. Niedawno prasa wydrukowała rozpaczliwe listy chorych na stwardnienie rozsiane, listy do pana błagające o ratunek. Chorzy znają na co dzień doktora, który spieszy się i z najwyższą niechęcią interesuje się wyłącznie naszym bólem w kolanie.

— Myślenie lekarza dehumanizuje się, ponieważ w człowieku dostrzega jedynie biochemiczną strukturę, którą jak rzeczą można manipulować. To wynik oczywiście nadmiernej specjalizacji jak też zaawansowanego postępu technologii, która traktowana jest jako wartość nadrzędna w stosunku do etyki. Leczy się chorobę zapominając o chorym, który winien być traktowany przez lekarza również jako podmiot, a nie przedmiot. Leczy się chorobę często nie wiedząc o ubocznych skutkach naszego dzisiejszego działania; one pojawią się jutro... Trudno mówić o wszystkich niedostatkach medycyny. To, na co pani się poskarżyła, jej jednostronność i stale zawężająca się specjalizacja, są istotnie największym błędem.

— Jak humanizować medycynę? Co można w naszym kraju zrobić już dzisiaj?

— Przypomnieć sobie starego Hipokratesa. On jest również moim mistrzem. Mawiał: medycyna tkwi korzeniami w filozofii, czyli umiłowaniu mądrości. Odcięta od korzenia więdnie jak roślina. Taką dekadencję medycyny społecznej przeżywamy obecnie. Konieczna jest nam szeroko pojęta dyskusja nad reformą studiów medycznych, w której wypowiedzą się nie tylko wąscy specjaliści wychowani w neopozytywiźmie, ale i stara generacja, która ze szkół średnich wyniosła klasyczne wykształcenie.

Uważam, że warunkiem humanizacji jest wprowadzenie do programu filozofii i historii medycyny. Przedmioty te winny trwać całe studia, być rygorystycznie egzekwowane i zakończone egzaminem. Nawet bardziej surowym niż egzamin z anatomii, później w praktyce lekarza specjalisty bez większego znaczenia. Trzeba adeptów medycyny uczyć, że ich obowiązkiem jest nie tylko leczenie uszkodzeń struktur i funkcji narządów, ale również szerzenie oświaty zdrowotnej, dotrzymującej kroku postępowi wiedzy. Powołań, niestety, spotyka się coraz mniej. Medycyna staje się rzemiosłem, źródłem prestiżu, środkiem monetarnym. Rzadko kiedy radości najwyższej, jakiej człowiek może doświadczyć w swoim życiu — radości uwalniania innych od cierpienia.

— Czy nie sądzi pan, że służba zdrowia jest demoralizująco nisko wynagradzana?

— Trafiła pani w sedno. Celem lekarzy przestaje być pacjent. Zabiegają o inne źródła dochodu. Przemęczeni, nisko opłacani, nie mają ani czasu, ani sił psychicznych na dokształcanie się. A co gorsza, nie mają dostępu do współczesnej, zagranicznej literatury.

— Na naszych oczach profesor Aleksandrowicz, wybitny lekarz hematolog, pisarz, filozof, wynalazca — bo przecież autor i współautor licznych patentów dotyczących ochrony zdrowia — przekształcił się w działacza gospodarczego, który pertraktuje z przedsiębiorstwami, producentami. Dlaczego w ostatnich latach zajął się pan z taką żarliwością ekologią?

— Chcąc poznać człowieka w zdrowiu i w chorobie, musimy poznać przede wszystkim środowisko, w którym żyje. Nie rozwodząc się nad istotą ekologizmu podkreślę, że poznanie ciała będącego elementem danej struktury jest możliwe przede wszystkim przez poznanie całości tej struktury.

Pewne choroby występują w określonych rejonach geograficznych. Jako hematolog, w ciągu trzydziestu lat mojej półwiecznej działalności szczególną uwagę poświęciłem białaczce. Nasila się ona zwłaszcza na przestrzeniach powyżej 62 równoleżnika. Rzadziej występuje w pobliżu równika. Na wyspie Barbados nie notowano jej dotychczas. Za białaczką jak cień sunie stwardnienie rozsiane. A ponadto choroby cywilizycyjne — zawały, nowotwory, nerwice, stany alergiczne. Nauka musi poszukiwać wiedzy o człowieku, idąc w takim kierunku, aby filogenetyczny łańcuch rodów ludzkich przetrwał. Badania uczonych radzieckich i amerykańskich dowiodły, że populacje zamieszkujące Gruzję i stan Minnesota dożywają nawet ponad stu lat w pełnej sprawności. Natomiast w Finlandii i na Florydzie choroby cywilizacyjne są coraz częstsze. I wiemy, że ich większość wynika z zaburzeń ekologicznych.

Musimy więc zająć się profilaktyką. Winniśmy ludziom na całym globie zapewnić czyste powietrze, dobrze zmineralizowaną wodę, prawidłowe pożywienie, a także ochronę najwyżej wyewoluowanej materii — mózgu, już od chwili poczęcia. Ludzie nauki muszą poznać warunki decydujące o równowadze między człowiekiem a środowiskiem po to, by dostrzeżone anomalie na czas eliminować.

— Żyjemy w kryzysie ekologicznym. Tych anomalii jest coraz więcej.

— Chemia stosowana w rolnictwie — nawozy, środki ochrony roślin — pomaga wprawdzie uzyskać bogatsze plony, ale zboże jest przesycone substancjami uszkadzającymi mózg, układ krwiotwórczy i wiele innych narządów. Przemysły: alkoholowy, tytoniowy nastawione są na interes ekonomiczny. Niektóre społeczności pragną osiągnąć dobrobyt kosztem innych. Przemysł zbrojeniowy zagraża nam końcem świata. Musimy siebie dostrzec jako niewyobrażalnie maleńką cząstkę w niewyobrażalnie wielkim kosmosie. Wyposażeni jesteśmy w tkankę rodzącą myśli. To wspaniałe. Ale te myśli powinny być bogate mądrością potężniejszą niż siła wolna od skrupułów etycznych. Wtedy mamy szansę zbliżyć się do wrót utraconego raju.

— Wierzy pan profesor, że mądrość będzie silniejsza niż brak skrupułów?

— Jestem racjonalistą i widzę ogrom dobra i zła. Arnold Toynbee powiedział, że „każda społeczność rozwija się w takim stopniu, w jakim stawia czoła pojawiającym się wyzwaniom”. Jak dobro ma zwyciężyć zło? Warunkiem spełnienia tej idei byłaby konieczność ujednolicenia norm etycznych w skali całego globu. Tak, jak dzisiaj są ujednolicone znaki drogowe albo układ czasu, miar i wag. Etyka jest zrozumiała dla człowieka, który ma zdrowy mózg, nie zatruwany toksynami. Platońska teza „zły znaczy chory” — potwierdza się. Człowiek normalny dąży do tego, co uznajemy za dobre. Jako złe potępia między innymi: niewłaściwe stosunki międzyludzkie, wojny, zbrojenia, niszczenie przyrody.

— Dobro zwyciężające zło. To utopia, panie profesorze.

— Utopia jest wolna od cenzury. Pozwala snuć marzenia o dniu jutrzejszym, a z marzeń powstają programy.

— Walczy pan o ekologiczną profilaktykę chorób cywilizacyjnych z maniackim wręcz uporem. I co udało się panu profesorowi osiągnąć na naszym rodzimym podwórku?

— Nie walczę sam. Partnerami są moi przyjaciele w Komisji Ochrony Zdrowia Społecznego Polskiej Akademii Nauk, której przewodniczę. Rozumiemy się z nimi bez słów. Co osiągnęliśmy? Otóż wiadomo, że najczęstszą chorobą współczesności jest zespół niedoboru magnezu i żelaza. W kilka lat po pierwszych naszych pracach, analizą własności magnezu zajęło się Światowe Towarzystwo Badań nad Magnezem. Jest on klasycznym przykładem pierwiastka życia, aktywatorem około 300 reakcji enzymatycznych. Natomiast ołów, którego stężenie jest coraz większe, należy do metali śmierci.

Pełen niepokoju zapytuję: czy cywilizacja euro-amerykańska podzieli los imperium rzymskiego? Zginęło ono wskutek zatrucia ołowiem, alkoholem i niedoboru soli magnezowych. Ale o tym Rzymianie nie wiedzieli. My zaś wiemy, że magnez i jego sole zmniejszają toksyczność ołowiu. Znane jest doświadczenie doktora Hartunga, który dodał do miękkiej wody 10 ppm ołowiu — ryby zdechły. Gdy do twardej, a więc bogatej w magnez, wody dodał aż 400 ppm ołowiu — ryby nadal żyły! Widać z tego, jak zasadniczą rolę dla zdrowia spełniają biopierwiastki. Decydują one o sprawności immunologicznej organizmu.

— Czyli zwiększają naszą odporność. Dzięki nim organizm radzi sobie z infekcjami, jesteśmy zdrowsi.

— Do świadomości wielu ludzi w naszym kraju udało się doprowadzić prawdę, jak groźna jest fascynacja bielą środków spożywczych. Wszystkie produkty nadmiernie oczyszczone są mniej wartościowe — ponieważ zostały pozbawione biopierwiastków. Trzeba spożywać pieczywo z grubo mielonego ziarna. Wzbogacać pożywienie otrębami pszennymi, przyprawiać solą kopalną.

— Te wszystkie produkty spożywcze są już na naszym rynku.

Jeżeli będziemy z nich korzystać, stan zdrowia naszej społeczności zbliży się do poziomu tych krajów, w których choroby współczesności stają się coraz rzadsze. Po kilkunastu latach starań o uzdrowienie środowiska udało się naszej komisji uruchomić produkcję nawozów bogatych w sole magnezowo-wapniowe. Te nawozy nie tylko zwiększają plony, ale działają odtruwająco na środowisko skażone ołowiem, fluorem, chromem, związkami siarki i innymi. Oczywiste, że winno się je stosować na najbardziej uprzemysłowionych terenach, aby za pomocą łańcucha troficznego — poprzez pożywienie — magnez trafiał do naszych organizmów. To temat dla władzy.

Kraków jest miastem zatruwanym przez przemysł. Na nasze miasto spadają „kwaśne” deszcze, woda z dodatkiem trucizn, jakie emituje przemysł, przede wszystkim związków siarki. To niebezpieczeństwo już trafiło do szerszej świadomości. Wspólnie ze służbą zdrowia Kombinatu Huty zasugerowaliśmy władzom miasta podjęcie działań neutralizujących, za pomocą rozpylania dolomitu. Zaproponowaliśmy także spłukiwanie roztworem dolomitu pomników, które niszczeją pod wpływem „kwaśnych” deszczów.

— Co więcej?

— Udało się nam rozpropagować filtry do oczyszczania wody pitnej. Jeszcze tylko trzeba, aby do filtrów dodawać dolomit w odpowiedniej postaci i zbliżymy się do ideału — mając twardą wodę. Od lat walczyłem, aby społeczeństwo miało możliwość kupienia tabletek dolomitowych.

— Jest jeszcze cały oddzielny temat specjalnej ochrony zdrowia nie narodzonych, a więc opieki nad ciężarnymi w krajach uprzemysłowionych, czyli skażonych, w naszym także. Zajęła się tym komisja, której pracami pan kieruje. Czy środowisko ginekologów nie będzie miało panu za złe, że wtrąca się pan w nie swoje sprawy.

— Tak jak neurolodzy? Bo zająłem się chorymi ze stwardnieniem rozsianym? W chwili, kiedy ja kończyłem studia medyczne, przysięga medyczna zawierała przyrzeczenie, że jeżeli w moim życiu naukowym trafię na odkrycie, które może przynieść ulgę chorym, nie będę strzegł tego zazdrośnie dla siebie, ale ujawnię światu. Jestem wierny przysiędze. Czy należy uznać to za naganne?

— Napisał pan profesor w książce „Nie ma nieuleczalnie chorych”, że „Człowiek jest wart tyle, ile stworzył” W pamiętniku doktora „Twardego” mędrcem prawdziwym nazywa pan majstra murarskiego Adamskiego, który powiedział „Człowiek wart jest tyle, ile pomógł innym”. Życie pana wypełniały te dwie zasady: jako wybitny lekarz znajdował pan sens istnienia w trosce o innego człowieka, jako wybitny umysł — tworzył. Jaką pana zdaniem, maksymę wyznają współcześni Polacy?

— Ogromnie trudne pytanie. Wydaje mi się, że pokolenie urodzone po wojnie jest wspaniałe. Dostrzega mądrość przyrody, nie szuka najwyższych wartości w środkach monetarnych. Ostrzej oceniam starszych, pokolenie środkowe. Chciałbym, aby ludzie patrzyli szeroko. A oni, widząc cel, zdążają do niego z klapkami na oczach. Szukanie prawdy to wielka wartość. Ale Platońska droga do prawdy wiedzie przez piękno i dobro. Moja życiowa filozofia wypływa z tego, że wiele lat w czasie wojny spędziłem w walce, więzieniu i konspiracji. Uratowali mnie i moich bliskich ludzie, którym miałem szczęście pomóc, gdy znaleźli się w potrzebie. Życzę innym, aby mogli urzeczywistnić w swoim życiu to, co ja nazywam alterocentrycznym egoizmem. Aby tobie było dobrze, bądź dobry dla innych.

— Ale to nie zawsze się sprawdza, panie profesorze...
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: