Facebook - konwersja
To kłamstwo cię zabije - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

To kłamstwo cię zabije - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Tłumacz:
ISBN:
978-83-8154-739-0
Język:
Polski
Rok wydania:
2020
Rozmiar pliku:
2,0 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
25,90
Cena w punktach Virtualo:
2590 pkt.

To kłamstwo cię zabije - opis ebooka

Na imprezie sprzed roku ktoś umarł – w płonącym samochodzie w lesie. Pięcioro nastolatków grało swoje role i do tej pory nikt nie powiedział prawdy.
Przybywają do odizolowanej rezydencji na wzgórzach, oczekując, że wezmą udział w konkursie z główną nagrodą w wysokości 50 000 $. Nie zdają sobie sprawy, że zostali zwabieni przez osobę skłonną do zemsty, która chce wreszcie odkryć prawdę o tym, co się wydarzyło tamtej nocy.
Przybyło pięcioro, ale nie wszyscy mogą odejść. Czy prawda ich uwolni? Czy kłamstwa zniszczą ich wszystkich?

FRAGMENT KSIĄŻKI

1.

SUPERDZIEWCZYNA

Juniper Torres obudziła się z uśmiechem na ustach. Właśnie nadszedł ten dzień. Wiedziała o tym, chociaż nie istniał żaden szczególny powód, aby uważać, że będzie inny niż wszystkie. Słońce dopiero wzeszło. Zasłaniały je chmury. Ale to nie miało dla niej specjalnego znaczenia, bo przemówił do niej wszechświat, rozpalając jej krew w żyłach i powodując przyspieszone bicie serca. Usłyszała w myślach jego łagodny melodyjny szept: „Dziś w twoim życiu nastąpi zmiana”.

Usiadła na łóżku, kopnęła zmiętą pościel, wygładziła dłonią rozczochrane włosy i podeszła do okna. Gdy wyjrzała przez nie, zobaczyła jasnowłosą niechlujną listonoszkę, która pochylała się nad skrzynką pocztową i wkładała do niej dużo kopert. Juniper tego nie wiedziała, ale była przekonana, że jest wśród nich ta jedna – najważniejsza. Otworzyła drzwi i ruszyła przez hol do wyjścia, mijając pokój młodszej siostry i sypialnię rodziców, których nogi i ręce były ze sobą splecione jak gałęzie drzew. Wkrótce wszyscy mieli się obudzić, a wówczas nie mogłaby potajemnie sprawdzić skrzynki pocztowej. Stąpając ostrożnie (i nie nadeptując na skrzypiącą podłogową deskę), mogła teraz wymknąć się z domu niepostrzeżenie.

Wyszła z holu o oliwkowych ścianach do białego zimowego ogrodu, bo w nocy spadł śnieg, a na gałęziach dębów pojawiły się sople lodu. Gdy szła pod drzewami do stojącej na końcu posesji skrzynki pocztowej, w każdej chwili jeden z nich mógł spaść i ją skaleczyć. Kiedy w końcu dotarła do celu, stwierdziła, że pokryta zmarzniętym śniegiem skrzynka wygląda jak zabandażowany obolały kciuk.

Po jej otwarciu wymacała druki reklamowe, jakiś kupon i kopertę. Wyjęła ją. Pomyślała, że w środku znajdzie list, na który czekała. Koperta była duża, gruba i zaadresowana... krwistoczerwonym atramentem? Z wrażenia wysunęła się z jej ręki. Gdy wśród wirujących płatków śniegu spadała na ziemię, Juniper zauważyła, że to nie jest list, na który czekała, tylko zaproszenie. Podniosła tę kopertę hebanowej barwy i przeczytała widniejące na jej odwrocie zdanie: „Zapraszam serdecznie na noc morderstwa i awantury!”. Spojrzała na adres i upewniła się, że to do niej. „Nie, dziękuję”, stwierdziła i przedarła kopertę na pół. Nie chciała tracić czasu na upijanie się z uczniami z jej klasy, a tym bardziej na udawanie, że śmierć to coś zabawnego.

Sprawdzała skrzynkę pocztową tylko dlatego, że z niecierpliwością czekała na zawiadomienie o przyjęciu na Uniwersytet Columbia. System internetowy uczelni nie działał, co znaczyło, że powiadomią ją w tradycyjny sposób. I tak upływał dzień za dniem. Biegała do skrzynki w poniedziałek, wtorek i środę rano, stopniowo tracąc wiarę, że dostała się na studia. Zaczęła się zastanawiać, dlaczego dotychczas w to wierzyła. To prawda, miała przeważnie znakomite oceny, ale zeszłej zimy, po tamtym przyjęciu w domu na wzgórzu... W związku z tym, co się wtedy wydarzyło, przeżyła wstrząs, chociaż tylko miesiąc zaniedbywała szkolne obowiązki, a nauczyciele na ogół dawali jej szansę nadrobienia zaległości. Jednak nawet gdyby nie dostała się do wybranego przez siebie college’u, mogła liczyć na przyjęcie na kilka innych wyższych uczelni, dzięki czemu znalazłaby się daleko od tego miasta. I tak samo jak na Columbii studiowałaby medycynę, żeby potem leczyć ludzi i ratować im życie. Wszystko zgodnie z jej planem.

Już miała wrócić do domu, gdy w rogu skrzynki spostrzegła jeszcze jedną kopertę, tym razem czarną. Przeszył ją dreszcz, bo przeczuwała, że to drugie zaproszenie „na noc morderstwa i awantury”. Uznała, że prawdopodobnie przez pomyłkę wysłano do niej dwa, i przewróciła oczami. Ale gdy wyjęła kopertę ze skrzynki, zaczęło ją dręczyć poczucie winy. Miała wrażenie, że jej nogi są ciężkie, jakby były z ołowiu. Zawsze działo się to w taki sam sposób. Robiła to, co każdego dnia, w ogóle nie myśląc o gwiazdkowym przyjęciu u Dahlii Kane, gdy nieoczekiwanie jej nogi zaczynały ciążyć. Czuła się jak człowiek opadający bezwładnie na dno basenu, podczas gdy ludzie wokół bezczynnie się temu przyglądają i się naśmiewają.

– Świetliku! Chodź na śniadanie, mi amor! – zawołała pani Torres, gdy pojawiła się w drzwiach, zarumieniona od stania przy kuchence. – Co tam masz?

Co za beznadzieja. O tak wczesnej porze Juniper miała słaby refleks. Dwie godziny później (po wypiciu trzech kaw) nigdy nie dopuściłaby do tego, aby jej matka zobaczyła tę kopertę. Niestety teraz znajdowała się w pułapce, bo nie mogła na oczach mamy podrzeć tak dużej czarnej koperty na kawałki. Musiała więc odpowiednio to rozegrać.

Podbiegła do drzwi i z wymuszonym uśmiechem oznajmiła, unosząc zaproszenie:

– To tylko kretyński pomysł na dobrą zabawę.

Nie podała matce koperty, ale mocno ściskała papier w dłoni. Najwyraźniej pani Torres spostrzegła widniejące na odwrocie wyrazy „noc morderstwa i awantury”, bo wyrwała jej kopertę z ręki.

– Och! To jest zaproszenie na przyjęcie. Powinnaś pójść – uznała.

– Co? Nie – odparła Juniper, marszcząc twarz. – Ta impreza jest chyba w sobotę, kiedy oglądamy z Olive Rudolfa Czerwononosego.

Olive to jej mała siostrzyczka. Od kiedy zaczęła chodzić, Juniper musiała być nieustannie na zawołanie, tak jak w szpitalu, z tą różnicą, że teraz nie z własnej woli. Dobrze było się przyzwyczaić do spania dwie godziny w nocy, prawda?

– Świetliku, to jest mój dzieciak – zwróciła jej uwagę matka, wchodząc do domu, a Juniper szła za nią, zastanawiając się, jak odzyskać zaproszenie. – Wierz mi lub nie, ale lubię spędzać czas z moimi pociechami.

– A mimo to zmuszasz mnie do wyjścia z domu – odgryzła się Juniper.

– Ja cię tylko zachęcam – skorygowała jej słowa matka, odsunęła krzesło od stołu w kuchni. – Nie chcesz się zabawić w towarzystwie swoich przyjaciół?

Olive siedziała na wysokim krzesełku, chichocząc, bo jak typowa mała dziewczynka wyobrażała sobie, że tańczy z wróżkami.

– To nie są moi przyjaciele – odparła Juniper. – Zaproszenie zapewne dostał każdy uczeń ostatniej klasy.

– To tym bardziej powinnaś pójść – uznała matka i wzięła stary wyszczerbiony dzbanek do kawy. – Po prostu się nad tym zastanów, dobrze? Nie umrzesz z powodu pójścia na przyjęcie.

„Mogę umrzeć”, pomyślała Juniper i zaczęły jej drżeć dłonie. Nie chciała, żeby matka to zauważyła, więc pociągnęła z kubka łyk kawy. Na szczęście pani Torres była zajęta przygotowywaniem tostadas. Ale ktoś inny to spostrzegł. Bo gdy Juniper rozlała kawę, jej maleńka siostrzyczka zmarszczyła czoło i sięgnęła po torebkę matki. Olive miała dopiero dwa lata, a już się zorientowała, że kobiecie zawsze poprawia humor zrobienie makijażu. Juniper nie wiedziała, gdzie mała to podpatrzyła, bo to nie był dom, w którym odbywały się konkursy piękności. Jednak Juniper nie miała nic przeciwko temu, żeby siostra traktowała ją jak żywą lalkę. Olive miała taką rozpromienioną buzię.

– Tip-sick!^() – zawołała, wyjmując z torebki matki błyszczyk w burgundowym kolorze.

Pomalowane nim usta starszej siostry wyglądały całkiem ładnie, jakby zjadła jagody lub wypiła czerwone wino. Nastolatka nie miała nic przeciwko temu, żeby prezentować się atrakcyjnie, o ile nie przyćmiewało to innych jej zalet. Gdy siostrzyczka nakładała na wargi Juniper błyszczyk, ta czuła żal, że nie zostanie w tym mieście. Chciałaby bowiem nauczyć siostrę, jak czynić ludzi lepszymi, a nie piękniejszymi. Niestety nie mogła tu zostać po tym wszystkim, co się wydarzyło. Naprawdę nie mogła. Poza tym nic, co by powiedziała Olive, nie miało dla niej takiego znaczenia jak zdobycie zawodu lekarki, czego zawsze pragnęła. Postanowiła zrobić wszystko, co sobie zaplanowała, aby kiedyś móc zabrać swoją rodzinę z tego strasznego miasteczka i umieścić ją z dala od jego tajemnic i duchów.

Gdy Olive umalowała jej usta błyszczykiem, klasnęła w dłonie i pisnęła:

– Ładnie!

Juniper zrobiło się lżej na duszy.

– To ty jesteś ładna, maleńka – pochwaliła siostrę, która chwyciła ją rączką za palec.

Gdy stojąca przy kuchence matka umilkła, Juniper odwróciła się w jej stronę. Na widok mamy opierającej się o kuchenny blat i czytającej wyjęty z koperty list dostała gęsiej skórki.

– Co to jest, mamo? Co to jest? – dopytywała.

Matka nie odpowiedziała, więc teraz to Juniper wyrwała jej list z ręki, nawet nie próbując odzyskać go w jakiś subtelniejszy sposób. Zaczerpnęła powietrza i przeczytała:

Droga Panno Torres,

ze względu na Twoje WYBITNE WYNIKI W NAUCE

zapraszam Cię serdecznie na kolację, na której trzeba

będzie odkryć tajemnicę morderstwa! Przygotuj się

na wyzwania, gdy w gronie sześciorga świetnych uczniów

z Twojej klasy będziesz się starała rozwikłać tę zagadkę

i ująć zabójcę!

Świat stanie się sceną!

Przyjaciel – wrogiem!

Kostiumy zostaną Wam dostarczone w tym tygodniu!

I oczywiście zwycięzca otrzyma upragnione Stypendium

Zgliszcze w wysokości 50 000 dolarów, które wykorzysta

w wybranej przez siebie szkole wyższej.

Twój uniżony ofiarodawca,

Konferansjer

– To jakieś oszustwo – wyrwało się Juniper, ale nie zamierzała korygować tego, co powiedziała.

Nawet wówczas, gdy zauważyła, że matka ciężko opada na krzesło i zszokowana zaczyna ponownie czytać zaproszenie.

– Miałaś rację. To przyjęcie odbędzie się w sobotę – oznajmiła pani Torres chropawym głosem. – Najwidoczniej musieli się zdecydować w ostatniej chwili.

– Mamo, to jest oszustwo – powtórzyła zniecierpliwiona Juniper, chociaż nie chciała jej rozczarować. – Prawdziwych stypendiów nie przyznaje się w ten sposób.

Nigdy nie słyszała o Stypendium Zgliszcze. Nigdy. I nie podobał jej się sposób jego przyznawania.

– To nie jest oferta – odparła ze spokojem pani Torres. – To konkurs.

– Prawdziwe stypendia nie wymagają rywalizacji – argumentowała Juniper. – A przynajmniej nie takiej. Nie przyznaje się ich na kolacji, „na której trzeba będzie odkryć tajemnicę morderstwa”.

– Bieda kolacja! – krzyknęła Olive.

Juniper się wzdrygnęła, bo nie chciała, żeby siostrzyczka powtarzała te słowa.

– Ciii, maleńka. Jedz swoje cheerios – zachęciła ją.

Niestety był to daremny trud, bo sama zapomniała o swoim śniadaniu, które nadal tkwiło na kuchence. W tej chwili nawet nie miała ochoty na kawę.

– Posłuchaj. Postaram się czegoś dowiedzieć o tych Zgliszczach – powiedziała do matki i chwyciła jej telefon. – Ale z pewnością fundacje przyznające stypendia nie podpisują swoich listów wyrazem „konferansjer”.

– Ktoś stara się zrobić z tego zabawę – tłumaczyła jej pani Torres.

– Stara się zrobić na mnie pieniądze – ripostowała Juniper, a potem wpisała do wyszukiwarki internetowej: Stypendium Zgliszcze, ale i tak nie spodziewała się, że coś znajdzie na ten temat. I dodała: – Poczekajmy trochę, a przekonamy się, że mam rację. W przeddzień konkursu dostanę drugi list, w którym poproszą mnie o wpłatę wpisowego. Jeśli ta fundacja nie ma strony internetowej...

Umilkła i kliknęła w pierwszy z kilku linków. Okazało się, że Fundacja Zgliszcze nie tylko ma stronę internetową, ale też wygląda na działającą legalnie. W zakładce „O nas” wskazano cele projektu (wynajdywanie wyjątkowych, fascynujących sposobów nagradzania uczniów celujących w nauce, sztuce i sporcie), a w zakładce „Kontakt” podano numer telefonu, adres mejlowy i lokalizację fundacji. Juniper przysięgła sobie, że przed sobotnim wydarzeniem skontaktuje się ze Zgliszczami w każdy możliwy sposób, aby się upewnić, że pracują tam ludzie z krwi i kości lub raczej, że w ogóle takich tam nie ma. Nie wiedziała, dlaczego jest tak negatywnie nastawiona. Przecież stypendium w wysokości pięćdziesięciu tysięcy dolarów zmieniłoby jej życie. Czy nie poświęciła ostatnich sześciu miesięcy na aplikowanie o każde możliwe stypendium, jakie znalazła, w nadziei że dostanie jedną piątą tej sumy?

– Nie starałam się o to stypendium – wymamrotała, podejmując ostatni rozpaczliwy wysiłek logicznego myślenia. – Zapamiętałabym.

– Czasami zgłaszają twoją kandydaturę nauczyciele i psycholodzy szkolni. Byłaś tak dobrą uczennicą, że miałaś nawet wygłosić mowę pożegnalną na zakończenie szkoły – przypomniała jej matka.

„Owszem, miałam ją wygłosić. Niestety w grudniu ubiegłego roku poszłam na tamto przyjęcie...”, potwierdziła Juniper w myślach.

– Chwileczkę... Jeszcze rzucę okiem. – Rozprostowała leżący na stole list i szybko odnalazła datę planowanego wydarzenia: 21 grudnia, czyli dokładnie rok po gwiazdkowym przyjęciu u Dahlii Kane. – Mamo...

– Te pieniądze to byłoby dla nas coś wielkiego – przerwała jej pani Torres. – Twój ojciec potrzebuje dobrych wiadomości.

– Wiem – przyznała Juniper i spojrzała na jego puste krzesło.

Po piętnastu latach prowadzenia lekcji wychowania muzycznego w szkole podstawowej w Fallen Oaks pan Torres stracił pracę z powodu ostatnich cięć budżetowych. Teraz było słychać jego kroki w pokoju na górze. Przymierzał krawaty, bo szykował się na kolejną nieprzyjemną rozmowę kwalifikacyjną.

– Powiesz mu, że przepuszczasz okazję zdobycia pięćdziesięciu tysięcy dolarów? – spytała matka i unieruchomiła Juniper spojrzeniem. – Po wszystkim, co przeszedł?

– Oczywiście, że nie – odparła Juniper i przełknęła ślinę, czując ucisk w klatce piersiowej. – Po prostu nie rozumiem, kto mógł mnie zgłosić na coś takiego. Absolutnie nie potrafię udawać.

– Może Ruby? – podsunęła jej matka.

Juniper zamrugała. Widziała wpatrzoną w nią matkę, a z boku podskakującą na wysokim krześle siostrę, ale miała poczucie, jakby ona sama znajdowała się poza czasem i przestrzenią.

– Chcę tylko powiedzieć, że ona ma zamiłowanie do dramatyzmu. Podobają jej się tego rodzaju rzeczy – wyjaśniła pani Torres. – Może zadzwoń do niej i spytaj o wszystko. – A potem dodała ledwie słyszalnym głosem: – Tęsknię za nią.

„Ja też za nią tęsknię”, pomyślała Juniper, przywołując w pamięci Ruby z jej uśmiechem, śmiechem i dotykiem. Oczy zaszły jej łzami. Odsunęła od stołu krzesło, na którym siedziała, aż zaskrzypiało, i dodała w myślach: „Niestety ona za mną nie tęskni”.

***

Zatrzasnęła za sobą drzwi sypialni i oparła się o nie. Miała świadomość, że reaguje przesadnie, ale nie wiedziała, jak nad tym zapanować. Czuła się jak we śnie, w którym jest się sobą, a zarazem patrzy się na siebie z boku. Jakby miała w sobie dwie osoby niczym Jezus, który łączy w sobie zarówno człowieka, jak i Boga. Chodziła po pokoju i kręciła głową. Jeśli w ogóle mogła się uznać za osobę religijną, to zaledwie za niezbyt gorliwą katoliczkę o skłonności do ateizmu. Po prostu nie była pewna, czy w ogóle jeszcze w cokolwiek wierzy. Pomimo to zawsze fascynowała ją idea bycia Bogiem, a zarazem człowiekiem jak Jezus. Idea przebywania w ludzkim ciele i równoczesnego spoglądania na siebie z wysoka. Może to znaczyło, że ma się ciało i duszę, ale też cały czas jest się w określonym miejscu, a zarazem wszędzie.

Wyjęła z torebki telefon. Tego rodzaju myśli pojawiały się w jej głowie mimowolnie, były to rozmyślania kogoś, kto wciąż desperacko potrzebował porannej dawki kofeiny. Ale właściwie znała prawdę: po wszystkim, co zrobiła swojej przyjaciółce Ruby, chciała wierzyć w możliwość zbawienia. Chciała wierzyć, że ma duszę.

Drżącymi palcami napisała do niej esemesa: „Czy to ty zgłosiłaś mnie do konkursu stypendialnego Fundacji Zgliszcze?”. Wciąż pamiętała jej numer. Nie potrafiła się zmusić do jego wykasowania, w czym dostrzegała jakąś ironię, jeśli wziąć pod uwagę, do usunięcia czego, a raczej kogo, z życia Ruby się przyczyniła.

Po wysłaniu esemesa położyła komórkę na łóżku, bo absolutnie nie zamierzała ze ściśniętym sercem ślęczeć przy telefonie i czekać na odpowiedź jak smutna i pełna nadziei młoda dziewczyna na balu maturalnym. Ale może Ruby czekała na znak od niej? Bo telefon brzdęknął niemal natychmiast po jego odłożeniu, więc Juniper podniosła go i jak w gorączce spojrzała na odpowiedź: „Nie”. W reakcji na nią roześmiała się zimnym, nieprzyjemnym śmiechem. Oczywiście, Ruby nie zgłosiła jej kandydatury na to stypendium. Nie przejawiała troski o nią poprzez podejmowanie jakichś zakulisowych działań. Ich przyjaźń się skończyła. Dawno temu. Juniper opadła na łóżko. Gdy jednak ekran telefonu ponownie się rozjaśnił, serce zabiło jej mocniej. Zaskoczyło ją to, bo jak mogła wciąż mieć nadzieję na odnowienie kontaktów z Ruby po tym wszystkim, co się stało. Jej zranione serce przepełniały smutek i żal. A mimo to wciąż tliła się nadzieja. Po przeczytaniu drugiego esemesa na chwilę straciła oddech. „Nie zgłosiłam twojej kandydatury, ale idę na to przyjęcie. Może razem odkryjemy tę tajemnicę?” Juniper nie ufała już słowom, więc wysłała jej ikonkę uśmiechu.2.

KRÓLOWA PATOSU

Ruby Valentine była jak podpalona i gotowa do wybuchu petarda. Czuła napięcie pod skórą i drżenie w palcach. Od chwili gdy dostała od Fundacji Zgliszcze zaproszenie na przyjęcie, nie mogła ustać spokojnie, bo tak była tym podekscytowana. Oznaczało to dla niej wspaniałe możliwości! Owszem, to było dosyć dziwne, ale w Fallen Oaks zawsze działy się dziwne rzeczy. Zjawiali się tu jacyś ludzie i niespodziewanie znikali. Piękne dziewczyny bez pamięci zakochiwały się w potworach, a chłopaków pochłaniał ogień, zamieniając ich w światło.

„To jest miasto dziwaków w pięknych maskach”, pomyślała Ruby, odwracając wzrok od swojego odbicia w lustrze. Wiedziała dużo o tym, jak zrobić przedstawienie. A teraz, zanim pójdzie na to przyjęcie stulecia, musi je zrobić przed matką. Narzuciła szlafrok na czerwoną, wyszywaną cekinami sukienkę wyjściową i nałożyła na nos odrobinę różu, bo świeża cera mogła jej pomóc uwiarygodnić opowieść, którą zamierzała przedstawić matce. Następnie wybiegła z pokoju niczym księżniczka uciekająca przed potworem. Ktoś inny by się potknął, jednak w przeciwieństwie do Juniper Torres, która nie potrafiła ustać na jednej nodze przez kilka sekund, Ruby Valentine poruszała się z gracją baletnicy. Wydawało się, że jeśli zechce, to pokona grawitację i wzbije się w powietrze.

Wśliznęła się do salonu, uklękła za wysłużoną kanapą i szepnęła matce do ucha:

– Mamo, nie mogę zasnąć.

Matka odwróciła się do niej, a wraz nią Scarlet, Charlotte i May, cztery piękne rudowłose istoty. I cztery pary oczu utkwiły w niej wzrok.

– Która godzina? – spytała pani Valentine, ziewając.

Była ubrana w spraną kwiecistą koszulę nocną i uczesana w niechlujny koński ogon.

– Jest po dziewiątej – oznajmiła Ruby, spoglądając na ekran swojego telefonu. Przyjęcie zaczynało się o dziesiątej. Zwróciła się do sióstr: – Powinnyście już spać.

Dziewczynki zaprotestowały, a pani Valentine westchnęła, niezdolna udźwignąć spoczywającego na niej brzemienia odpowiedzialności. Kiedyś miała męża, który wieczorem pomagał jej kłaść spać ich małe córeczki, rano je ubrać, a w południe przygotować dla nich lunch. Niestety odszedł i teraz musiała sama wychowywać cztery córki. Jednak zwykle to Ruby kładła spać swoje trzy młodsze siostry, z wyjątkiem tego wieczoru. Musiała udawać, że sama zaraz się położy, aby dzięki temu wymknąć się z domu przez okno swojego pokoju. Jednak najpierw powinna się dostać do sejfu w suterenie.

Matka przyglądała jej się badawczo. Obie miały takie same jasnoniebieskie oczy i piegi na nosie, a ponadto fatalny gust, jeśli chodzi o mężczyzn.

– Daję wam jeszcze kilka minut – powiedziała po chwili do młodszych córek i zwróciła się do Charlotte: – Będziesz dziś spała w moim pokoju, żeby nie przeszkadzać starszej siostrze.

– Ona mi nie przeszkadza – zaprotestowała Ruby. – Przeszkadza mi mój mózg. Kiedy nie mogę spać.

– Znowu masz ten sen? – spytała matka.

Ruby zamarła w bezruchu. Naprawdę nie przyszło jej do głowy, że mama może poruszyć ten temat. Gdy po raz pierwszy opowiedziała jej swój koszmar, pani Valentine strasznie zbladła. Stanowiło to niesamowity widok, bo miała mleczną cerę. Ruby wydawało się, że matka zamienia się w ducha, co przeraziło ją bardziej, niż skłonna była przyznać. Nie bała się ani życia, ani śmierci, ale właśnie duchów. I miała ku temu powód.

– Leżałam w łóżku i próbowałam zasnąć – zaczęła. – Niestety cały czas przypominał mi się ten sen. Starałam się o nim nie myśleć, jednak to tylko pogarszało sytuację. – Po tych słowach pochyliła głowę. Gdyby przesadziła ze swoją opowieścią, musiałaby znowu udać się do psychiatry. Ale jeśli nie przesadziłaby ani trochę, to matka nie pozwoliłaby jej otworzyć sejfu. Zapewniła ją więc: – Chcę wziąć tylko jedną tabletkę. Przyniosę na górę opakowanie i policzysz.

– Nie przynoś – odparła pani Valentine. – Muszę ci ufać. Należy wierzyć sobie nawzajem.

Ruby skinęła głową. „To podaj mi kod”, pomyślała, lekko pociągając nosem i w ten sposób przypominając matce, że jest młodą niewinną dziewczyną, a nie osobą ocalałą z katastrofy, że jest dzieckiem, które potrzebuje swojej matki.

Pani Valentine uśmiechnęła się i pogłaskała ją po policzku.

– Trzy, jedenaście, dziewiętnaście – zdradziła jej numer.

Ruby odetchnęła z ulgą.

– Dzięki. To ostatni raz.

Wstała i ruszyła do wyjścia, usilnie starając się posuwać do przodu wolnym miarowym krokiem, chociaż jak najszybciej chciała opuścić dom, zanim matka zmieni zdanie i wszystko zepsuje.

Szczęśliwie już po chwili stała przed drzwiami sutereny. Przekręciła gałkę i otworzyła je, wzniecając kurz. Jej młodsze siostry nie miały tu wstępu. Chodziło o to, że mogły się potknąć na schodach i porozbijać sobie głowy, a poza tym zgubić się w labiryncie pudełek lub natknąć na myszy. Naprawdę nie miały po co tu przychodzić. Ruby natomiast lubiła przebywać tylko w tym jednym miejscu w domu, bo nikt tu za nią nie szedł, nie ciągnął jej za rękaw i nie zakłócał ciszy. Traktowała tę suterenę jako swoją kryjówkę i oazę spokoju. Było tu zimno i ciemno, ale przyjemnie. Pociągnęła za sznurek, a wówczas włączyło się światło i jej oczom ukazało się wnętrze wypełnione wyrzuconymi ubraniami i uszkodzonymi zabawkami. Na podłodze widniały małe kałuże wody, które brały się nie wiadomo skąd. Przy ścianie na wprost drzwi stał zrobiony przez ojca regał, na którym kiedyś rodzina trzymała albumy fotograficzne. Teraz był pusty. Ruby odwróciła od niego wzrok, powstrzymując łzy, bo w prawdziwym życiu nie płakała. Robiła to tylko na pokaz albo przy matce, w chwilach rozpaczy. Dziś rozpaczliwie potrzebowała dostać się do sejfu.

Gdy podeszła do małego czarnego schowka w kształcie sześcianu, przeszył ją dreszcz. Uklękła i wybrała kod – trzy, jedenaście, dziewiętnaście. Usłyszała kliknięcie i otworzyła drzwiczki, a następnie wyjęła z mrocznego wnętrza przedmiot, po który tu przyszła. Był cięższy, niż się spodziewała, i zimny. Po zniknięciu ojca matka kupiła rewolwer na zapleczu sklepu ze starociami, a w aptece – zakręcane pudełko z tabletkami nasennymi. Ten pierwszy od razu trafił do sejfu, podczas gdy to drugie przez kilka miesięcy stało na nocnym stoliku Ruby, bo to jej lekarz przepisał proszki. Dopiero po jakimś czasie pani Valentine zamknęła tabletki w sejfie, starając się w ten sposób kontrolować ich zażywanie przez córkę. Teraz, dwa lata po rozpadzie ich rodziny, Ruby ledwie o nich pamiętała. Nie zapomniała natomiast o rewolwerze. Przesunęła palcem po jego krzywiźnie, trzymając go lufą do przodu. Wiedziała, że to bardzo niebezpieczny przedmiot. Gdy ojciec zniknął, a matka zaczęła się paranoicznie bać, że jacyś obcy mężczyźni uprowadzą jej córki, Ruby zapisała się na kurs posługiwania się bronią. Zdaniem pani Valentine porywacze mogli uprowadzić dziewczynki w każdej chwili – zarówno wtedy, gdy szły do szkoły, jak i podczas snu. Oczywiście Ruby wiedziała, że takie porwania się zdarzają. Jednak o wiele bardziej obawiała się tego, że któraś z młodszych sióstr natknie się w domu na rewolwer i uzna go za zabawkę. Dlatego w tym samym tygodniu, w którym matka kupiła broń, namówiła ją do nabycia tego sejfu, aby można było przechowywać w nim rewolwer bez narażania dziewczynek na niebezpieczeństwo. I tak oto spoczął w tym ciemnym pomieszczeniu, stając się bardziej symbolem niż rzeczywistą bronią. Do tej chwili.

Rewolwer był zabezpieczony. Ruby sprawdziła to, zanim go ukryła pod szlafrokiem. Zamykając ze szczękiem sejf, przekręciła tarczę. Wiedziała, że tego wieczoru matka tu nie przyjdzie i nie sprawdzi pojemnika z pastylkami, aby się dowiedzieć, czy córka nie zabrała ich za dużo. W ciągu ostatniego roku Ruby odzyskała jej zaufanie. I teraz, idąc z rewolwerem przyciśniętym do biodra, odniosła z tego korzyść. Nikt nie mógł jej o nic podejrzewać.

Gdy wracała po schodach na górę, nogi się pod nią uginały. Po wejściu do salonu zatrzymała się za kanapą, pocałowała matkę i każdą z sióstr w policzek, a potem przemierzając hol, pospiesznie udała się do swojego pokoju. Zamknęła za sobą drzwi i włożyła rewolwer do czerwonej, ozdobionej cekinami torebki, która była częścią jej stroju na przyjęcie. Została wczoraj doręczona pocztą wraz z sukienką, rękawiczkami i butami. Wszystkie te rzeczy pasowały do siebie pod względem kolorystycznym, a całości dopełniała szminka Ruby. Ale zanim dziewczyna się umalowała, zdjęła szlafrok i włożyła go pod kołdrę w taki sposób, żeby wydawało się, że ktoś pod nią śpi. To była kiepska sztuczka i większość rodziców nie dałaby się na nią nabrać. Na szczęście dla Ruby pani Valentine wydawała się nieco rozkojarzona. Od czasu zniknięcia męża czuła się zagubiona i żyła w stanie pustki wewnętrznej. Wprawdzie stopniowo wracała do siebie, jednak wciąż było jej daleko do odzyskania równowagi psychicznej. Dlatego Ruby liczyła na to, że matka niczego nie zauważy. Miała nadzieję, że gdy pani Valentine i jej młodsze córki uznają, że ta najstarsza śpi, nie będą próbowały jej obudzić. Charlotte nauczyła się tego przed dwoma laty. Usłyszawszy krzyki śpiącej Ruby, podbiegła do niej, chcąc ją wyrwać ze snu. Jednak Ruby rzucała się na łóżku z taką siłą, że nieświadomie uderzyła potrząsającą nią biedną Charlotte, a ta straciła równowagę i upadła na podłogę. Do tej pory Ruby miała z tego powodu wyrzuty sumienia. A wydawało się, że po zniknięciu ojca już nigdy na rękach i nogach jego córek nie pojawią się siniaki. Nie można było dopuścić do tego, żeby trzy młodsze dziewczynki bały się, że śpiąca Ruby bezceremonialnie odepchnie którąś z nich, jakby były lżejsze od piórka. Dlatego tamtej nocy poprosiła matkę o tabletki nasenne. Miała nadzieję, że po zażyciu leku stanie się ociężała i już nikomu więcej nie wyrządzi krzywdy, bo przestanie rzucać się w łóżku pod wpływem koszmarnego snu.

Niestety zażycie tabletki nie uwalniało od tego snu, który był bardzo plastyczny. Zawsze zaczynał się od sceny, w której Ruby siadała na łóżku przekonana, że się obudziła. I w tym momencie dobiegała jej uszu melodia cicho nucona przez ojca pięknym barytonem.

– Tata? – pytała szeptem.

Najpierw spostrzegała palce zaciskające się na lekko uchylonych drzwiach, a następnie twarz okoloną potarganymi rudymi włosami i piwne, śmiejące się oczy o łagodnym spojrzeniu.

– Tata? – powtarzała.

Zadawała to niemądre pytanie, bo oczywiście to był on, chociaż z jego oczodołów wypełzały robaki i miał tak bladą cerę, że trudno było uwierzyć, że to żywy człowiek. A mimo to otwierał drzwi i wchodził do pokoju na nogach, które zaczynały się rozkładać. Gdy zmierzał do łóżka, czasami rozlegał się trzask jego kości, a wówczas upadał na kolana. Mimo to wciąż się posuwał do przodu, idąc, potykając się i czołgając.

– Nic nie zrobiłam! – krzyczała, bo zawsze tak robiła, gdy te błyszczące oczy o jasnym spojrzeniu pochmurniały.

– Kłamiesz – odpowiadał. – Wiesz, co przydarza się kłamczuchom.

Wiedziała o tym od czasu, gdy była małą dziewczynką i wczołgiwała się w jakieś ciasne miejsce lub pod łóżko, żeby się ukryć. Później nauczyła tego młodsze siostry. A gdy urosła i nie mogła się wymknąć ojcu, stawał przy niej i ją uderzał, chwytał za kołnierz lub twarz. W tym śnie wbijał jej w policzki paznokcie i groził, że rozerwie ją na strzępy. Gdy spuszczała wzrok, widziała na podłodze ziemię, a gdy go podnosiła, spostrzegała wokół swojego łóżka drzewa. Wtedy zdawała sobie sprawę, że nie znajduje się w swoim pokoju, ale na swoim grobie, i udręczona zaczynała przeraźliwie krzyczeć. Jednak nikt nie spieszył jej z pomocą i jej nie słyszał, z wyjątkiem tego jednego razu, kiedy Charlotte przybiegła do niej ze swojego łóżka i zaczęła nią potrząsać, chcąc ją obudzić. Siostra obroniła ją przed śniącym się jej ojcem, jednak zapłaciła za to upadkiem na podłogę. Wówczas Ruby zaczęła zażywać pastylki nasenne i koszmar senny stał się mniej wyraźny, a teraz, po dwóch latach od tamtego zdarzenia, niemal całkowicie się rozmył. Gdy przeglądała się w lustrze i widziała swoją trupiobladą twarz, miała najstraszniejszą w życiu wizję uczestniczenia we własnym pogrzebie i przekonywania ludzi, że nie umarła.

– On żyje – zapewniła ją matka, gdy Ruby opowiedziała jej ten sen. – Zostawił nas. Nie stracił życia.

Ruby skinęła głową, zachowując swoje myśli dla siebie. Żywy ojciec mógł wrócić do rodziny i zacząć wszystko od nowa lub stracić ją na zawsze. Ruby dojrzała do tego, żeby ta sprawa się dla niej skończyła, żeby już ani za nim nie tęskniła, ani też nie żywiła do niego nienawiści. I być może potrafiła tego dokonać. Może dzisiejszy wieczór miał stanowić dla niej początek końca tego wszystkiego. Pójdzie na przyjęcie, rozwiąże zagadkę czyjejś śmierci i pozostawi wszystko za sobą. To miasto wraz z jego małymi wstydliwymi tajemnicami i wspomnienia, zarówno te przykre, jak i te radosne.

„Chcę mieć czyste konto”, pomyślała, wkładając telefon do torebki, gdy na ekranie wyświetliła się wiadomość, że czeka na nią samochód. Nie mogła pojechać na przyjęcie swoim autem, bo matka by ją usłyszała. Wyprostowała ramiona, mówiąc sobie, że to tylko krótka przejażdżka. Nie musiała przecież w ogóle rozmawiać z kierowcą. Włożyła buty i rękawiczki, przewiesiła torebkę przez ramię i wyszła przez okno swojego pokoju na parterze, a potem zniknęła w mroku.

------------------------------------------------------------------------

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY