Facebook - konwersja
Tolerancja - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Tolerancja - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-8159-964-1
Język:
Polski
Data wydania:
2 czerwca 2020
Rozmiar pliku:
980 KB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
19,90
Cena w punktach Virtualo:
1990 pkt.

Tolerancja - opis ebooka

„Tolerancja” podejmuje temat dyskryminacji, molestowania i mobbingu, ale w bardzo niecodzienny sposób. To nie są historie z rodzaju #metoo, to opis konfliktu, wzajemnie sprzecznych dążeń, chęci dominacji i tragedii. Autor, jak poprzednio, w fabułę wplata wątki publicystyczne, redagowane wyraźnie z pozycji konserwatywnych. Czytając „Tolerancję”, nie spodziewajcie się politycznej poprawności, oczekujcie kontrowersji. Pamiętajcie jednak, że wszystko, co przeczytacie, to fikcja.
Najkrótsza recenzja jednego z pierwszych czytelników: „Duża szansa na skandal!”.

FRAGMENT KSIĄŻKI

– Szanowni państwo! Mam niezmierną radość powitać państwa na inauguracji kolejnego roku akademickiego w Supérieur École de Artes w Bon Magniaq. Jak co roku, tak i tym razem czeka nas wszystkich wspaniała podróż – podróż pełna odkryć i przygód. Będziemy odkrywać razem nowe obszary sztuki, nowe formy wyrazu, głębie doznań, środki przekazu. Szczególnie serdecznie witam nowych członków naszej Akademii, którzy przyjechali tu z całego świata, by podzielić się z nami swoim talentem oraz podnosić swoje umiejętności. Mam nadzieję, że nie zawiedziemy ich oczekiwań, a oni nie zawiodą oczekiwań świata i zostaną kolejnymi Lautrecami, Dalimi, Picassami, Pierre’ami Purteu czy Kimami Copye.

Przemówienie rektora trwało dobre piętnaście minut. Głos był rozprowadzany po sali za pomocą najnowocześniejszego, bezprzewodowego systemu nagłaśniającego i był słyszalny w każdym miejscu idealnie. Nie za cicho, w pełni zrozumiale, bez konieczności skupionego wsłuchiwania się, ale co ważniejsze, nie za głośno, jak to się nieraz zdarza, szczególnie dla osoby stojącej w bezpośrednim sąsiedztwie głośnika. Tutaj nic takiego nie psuło wrażenia odbiorcy. Dyskretnie poukrywane i zamaskowane głośniki przekazywały słowa powitania zgodnie z założeniem – wyraźnie i nienachalnie. Na koniec rektor Smith zwrócił się do jednego z uroczyście odzianych oficjeli, siedzących za stołem na podwyższeniu:

– Poproszę teraz dziekana Wydziału Malarstwa Petera Lighte’a, aby wręczył każdemu z naszych nowych kolegów indeks i fartuch.

W auli Akademii znajdowało się grubo ponad pięćset osób: wykładowcy, profesorowie, kadra pomocnicza i przede wszystkim studenci, w tym siedemdziesięciu trzech nowicjuszy. Wszyscy oni byli absolwentami wyższych uczelni artystycznych w swoich krajach. Na specjalne zaproszenie, wygrywając wiele konkursów i przechodząc kilka stopni eliminacji, przyjechali tutaj, żeby kontynuować naukę pod okiem światowych mistrzów. Uczelnia Supérieur École de Artes w Bon Magniaq, założona niecałe pięćdziesiąt lat temu przez nieżyjącego już Artura Chiffone’a, szybko zyskała międzynarodowy rozgłos i renomę. A to za sprawą swych absolwentów, których prace zdobywały jak najlepsze recenzje w pismach branżowych, uznanie w świecie oraz wysokie ceny na aukcjach. Zaczęto nawet wspominać o nowym kierunku czy stylu Supérieur. Trzy wydziały: Malarstwa, Rzeźby i Mody, kończyło co roku kilkanaście lub kilkadziesiąt osób. Studia na tej uczelni trwały cztery lata, ale często bywało, że szczególnie uzdolnieni zostawali dłużej w jej murach, tworząc tutaj nadal. Tak czy inaczej wszyscy, którzy kończyli Supérieur, karierę i międzynarodową sławę mieli zapewnioną.

Maciej Szarawski, absolwent ASP z Poznania, cały czas nie mógł uwierzyć, że stoi teraz w kolejce, żeby odebrać indeks Supérieur z rąk sławnego Lighte’a. Od dziecka lubił malować. Kiedy rówieśnicy Macieja naciągali swoich rodziców na słodycze, kino czy gry komputerowe, on prosił, by jego kupowali mu bloki rysunkowe, kredki i farby. Kończąc gimnazjum, Maciek poszedł oczywiście do liceum plastycznego. Potrafił siedzieć pół dnia na strychu i obserwować wirujące w promieniu słońca drobiny kurzu, a później przez drugie pół dnia to malować. Kiedy jego nauczyciele pytali go, jak udaje mu się w tak niesamowity sposób uchwycić grę świateł i barw na brystolu czy płótnie, chłopak odpowiadał, że stara się patrzeć oczami, a malować sercem. Maciek podsłuchał kiedyś, jak w ten właśnie sposób mama opisała jego obrazki, chwaląc się swej koleżance, i ten opis bardzo przypadł mu do gustu.

Zawsze był najlepszy. Choć nigdy nie traktował malarstwa jako sportu, konkursu czy wyścigu i obca mu była wszelka rywalizacja, to zawsze jego prace w największej ilości wywieszane były na koniec semestru jako jego podsumowanie. Tak było w liceum, tak też było na ASP. Później doszły jeszcze do tego nagrody na konkursach, krajowych i międzynarodowych. A pod koniec piątego roku zaproszenie na stypendium de La Peapone do akademii SEA. Największa nagroda, w którą Szarawski cały czas nie do końca mógł uwierzyć.

– Skąd jesteś? – student stojący przed nim zadał sztampowe pytanie, żeby zagaić rozmowę.

– Z Polski.

– Lulu Redson z Nowego Jorku, miło cię poznać.

– Maciej Szarawski – Maciej ścisnął wyciągniętą w jego kierunku dłoń.

– Malujesz?

– Tak.

– To tak jak ja – ucieszył się Lulu. – Będziemy razem chodzić na zajęcia.

– Super! – uradował się Maciej.

Kolejni studenci podchodzili do dziekana i odbierali od niego zapowiedziany indeks i fartuch – biały dla malarzy, szary dla rzeźbiarzy i niebieski dla projektantów mody. Indeks był de facto jedynie symboliczny, studia w akademii Supérieur École de Artes (powszechnie używano skrótu SEA) nie polegały bowiem na wystawianiu ocen, a jedynie na uczestnictwie. Program zajęć zresztą był dość płynny, trochę jak w zawodach łyżwiarskich – pogram obowiązkowy i układ dowolny. Z tym że część dowolna stanowiła większość. Zakładano, nie bez racji, że maksymalny rozwój każdego artysty jest możliwy tylko wtedy, gdy rozwija on swój jedyny i niepowtarzalny talent, a kto jak nie on sam będzie w stanie najlepiej ocenić, lub może bardziej „wyczuć”, które zajęcia będą temu najlepiej służyły. Chciano też, by studiowanie w Supérieur dawało studentom jak najwięcej radości. Fartuch, który otrzymywali pierwszoroczniacy (tak naprawdę często już uznani artyści), też nigdy nie miał być tak naprawdę używany do pracy. Uszyty z najlepszych materiałów, zaprojektowany przez absolwentów SEA (tak, tak, nawet fartuchy można projektować) i ozdobiony jej logo, stanowił strój uroczysty studentów, symbol przynależności do tego elitarnego grona oraz wspaniałą pamiątkę na całe życie.

Maciej odebrał swój zestaw, wysłuchując urzędowej formułki z ust dziekana:

– Witam pana jak najserdeczniej w murach naszej skromnej uczelni i bardzo się cieszę na współpracę, panie Szarawski.

– Dziękuję. Też bardzo się cieszę i obiecuję dać z siebie wszystko.

– Trzymam pana za słowo – Peter Lighte uśmiechnął się szeroko, patrząc w oczy Macieja i potrząsając jego ręką. Rozmawiali po francusku; Maciej ostatnie trzy miesiące poświęcił szlifowaniu tego języka i dziś zdradzał go jedynie akcent.

Szarawski wrócił na swoje miejsce i zaczął z zainteresowaniem przyglądać się pozostałym uczestnikom uroczystości. Co ciekawe, większość stanowili mężczyźni. Kobiety to było najwyżej dziesięć procent spośród zgromadzonych. Wyróżniały się za to swoiście pojętą oryginalnością. Każda z nich była albo łysa, albo miała czerwone włosy, albo kolczyki w powiekach i w nosie, albo czarną szminkę na ustach i pod oczami. „Wiadomo – pomyślał z rozbawieniem Maciej – artystki”. Ale młody Polak wiedział też, że jeśli stoją one tutaj, to w słowie „artystki” nie ma ani cienia przesady. Raczej nie oddawało ono w pełni tego, kim byli obecni w auli. „Artysta” to bardzo szerokie pojęcie i może nawet trochę zdewaluowane we współczesnym świecie. To przecież na przykład aktor grający ogony w serialach czy znany jedynie z serii reklam. To piosenkarz śpiewający głównie z playbacku, malarz malujący widoczki i sprzedający je na rynku w jakimś turystycznym kurorcie czy pisarz zarabiający dzięki wydawaniu opowiadań w pismach, gdzie główną treść stanowiły rozebrane panie i towarzyszący im rozebrani panowie. Natomiast wszyscy tutaj to była elita. Sam wyż wyżyn i esencja sedna. I Maciej miał nadzieję i zamiar do nich dołączyć…

– Hej! – Lulu Redson podszedł do Macieja; uroczystość rozpoczęcia wyraźnie miała się ku końcowi. – Wiesz już, gdzie będziesz mieszkał?

– Tak – z Lulu Maciej rozmawiał po angielsku – mam pokój w kampusie. Jestem tu dzięki stypendium, w życiu nie byłoby mnie stać na czesne.

– Stypendium, no, no! Musisz być bardzo dobry, jeśli chcą, żebyś studiował u nich za darmo. Koniecznie musisz mi pokazać swoje prace. Masz coś ze sobą? Najlepiej od razu chodźmy do akademika malarskiego. Ja też mieszkam na kampusie, wiesz? Może się okaże, że dzielimy pokój...

„To byłyby jaja” – pomyślał Maciej.

***

„To faktycznie są jaja” – pomyślał Maciej, kiedy w recepcji budynku meldowali się razem z Lulu i gdy się okazało, że obaj mają mieszkać w pokoju nr 127 na pierwszym piętrze. Na razie nie mógł się zdecydować, czy Lulu zrobił na nim dobre wrażenie czy wręcz przeciwnie. Na pewno facet dużo gadał. Ale była to raczej jedynie sympatyczna paplanina – z tym że do czasu. Bo kiedy jego nowy znajomy zaczynał mówić o sztuce, robiło się nader interesująco. Amerykanin był w tej dziedzinie bardzo obeznany. Okazało się, że Lulu poza malarstwem studiował historię sztuki na Uniwersytecie Nowojorskim. Zaproponowano mu tam nawet prowadzenie wykładów w kolejnym roku akademickim, ale zrezygnował z tego po dostaniu się do SEA.

Budynek akademika robił wrażenie. Trzypiętrowy, kryty dachówką, z dużymi oknami i długimi balkonami biegnącymi wzdłuż całego piętra. Gotycka elewacja, renesansowe wnętrza. Styl, klasa i luksus. Wszędzie kolumny, gzymsy, barierki i materiały najwyższej jakości: drewno, cegła i kamień. I oczywiście wszędzie pełno obrazów i rzeźb. Mieszanina stylów, metod i form. Na nowych studentach robiło to niezaprzeczalnie spore wrażenie.

W pokoju świeżo poznani koledzy kontynuowali swoją dyskusję o sztuce. Bo niby o czym innym mieliby rozprawiać? W końcu dla nich obu malarstwo stanowiło nieomal sens ich życia. Co ciekawe, gusty Macieja i Lulu, pomimo że obaj wywodzili się z różnych środowisk i kultur, były zaskakująco zbieżne. Obaj zachwycali się mistrzami renesansu i baroku, obaj też się nieco dystansowali od najnowszych, XX-wiecznych prądów i kierunków.

Popołudnie minęło więc kolegom na tego typu rozmowach oraz na rozpakowywaniu się. Wieczorem poszli obaj na kolację i usiedli przy jednym stoliku. Poznali nowych kolegów i jedną koleżankę, siedzących razem z nimi. Maciej ze smakiem zjadł wieczorny posiłek: nadziewane bakłażany, razową bułkę, garść oliwek i kilka plasterków wybornego salami. Popił to dwoma kieliszkami czerwonego wina. Rozmawiając z nowo poznanymi znajomymi, dowiedział się, że wino nie jest podawane tutaj codziennie, a dzisiejsza kolacja ma charakter uroczysty. Odpowiedział, że tak właśnie myślał. Zdziwiłby się, gdyby studentów codziennie pojono winem, pomimo że to Francja. Młody Polak podzielił się też swą opinią na temat alkoholu, który według niego nie pomagał artyście, a raczej tępił wrażliwość, zaburzał precyzję ruchów oraz spowalniał myślenie i kojarzenie. Obecni przy kolacji zgodzili się z Maciejem, oprócz Marcela, rasowego, czarnowłosego Hiszpana, który wypił aż pięć kieliszków, twierdząc, że sam tak zupełnie na trzeźwo nie dałby rady nic namalować, i dziwiąc się podejściu Szarawskiego.

– Myślałem, że kto jak kto, ale Polacy raczej nie stronią od trunków rozweselających.

– Zgadza się – odpowiedział Maciej – ja też lubię się czasem napić, ale w określonych okolicznościach i towarzystwie. Na pewno nie przy pracy. – A wznosząc swój kieliszek, dodał: – Wypijmy za naszą przyszłość, znajomość i karierę!

Wszyscy wychylili toast, uśmiechając się radośnie. Po kilku minutach Maciej wstał od stołu, dziękując grzecznie za towarzystwo, i poszedł do pokoju. Chciał się wyspać. Jutro był pierwszy dzień zajęć. Lulu powiedział, że zostanie jeszcze chwilę. Marcel proponował wszystkim, że może skoczą jeszcze na jednego do pobliskiego pubu, i wydawało się, że Lulu jest nie od tego. Maciej zaczął się zastanawiać, czy jego współlokator nie jest przypadkiem gejem; były momenty, w których spojrzenia wymieniane przezeń z Marcelem wydały mu się dwuznaczne... „Nawet jeśli jest, to co z tego?” – pomyślał. W Polsce też miał kilku kolegów gejów, a także jednego wykładowcę i nigdy mu to nie przeszkadzało.

Wracając do swego pokoju, jedyny polski student SEA miał okazję dokładnie przyjrzeć się terenowi kampusu. Było już wprawdzie ciemno, ale wszędzie tam zainstalowano elektryczne oświetlenie, które nie tylko oświetlało drogi i ścieżki, ale też wydobywało z mroku co ciekawsze elementy wystroju oraz podkreślało walory architektury budynków i rzeźb ogrodowych. Kto wie, czy park po zachodzie słońca nie wyglądał jeszcze ładniej niż za dnia. Maciej wracał do akademika powoli, oglądając posągi, budynki, drzewa, murki, placyki, fontanny, kolumienki, altanki, bruk na uliczkach i ślicznie utrzymane klomby. Patrząc na to wszystko, miał poczucie, że znalazł się w innym świecie, i przeczuwał, że czeka go tu wspaniała przyszłość.

***

Śniadanie pierwszego dnia już nie miało tak uroczystego charakteru, ale Maciejowi i tak smakowało i się podobało. Cieszyło go tutaj wszystko i liczył, że tak zostanie mu na dłużej. Serwowane były, co oczywiste, bagietki, do tego do wyboru był miód, dżem morelowy, sery, salami, mleko, kawa, woda oraz sok pomarańczowy. Wina nie podano. Przy stoliku zebrała się ta sama ekipa co przy zeszłowieczornej kolacji. Wszyscy uśmiechnięci; z apetytem i w pośpiechu pałaszowali, co tam każdy sobie nałożył, nie chcąc się spóźnić na pierwsze zajęcia. Studenci wymieniali zdawkowe uprzejmości; uśmiechy przelatywały nad talerzykami i filiżankami. Marcela nie było. Lulu wesół i pełen werwy dowcipkował i przechwalał się żartobliwie, że po posemestralnym wernisażu wydziałowym pierwszego roku nie będzie już musiał się przedstawiać, poznając nowych ludzi na uczelni. Wszyscy i tak będą go znali.

***

Peter Lighte prowadził inauguracyjny wykład dla pierwszego roku, stojąc za pulpitem sali wykładowej i nie korzystając z żadnych notatek ani pomocy w postaci slajdów. Mówił donośnym głosem i widać było, że jest pewny siebie, bo zna temat jak mało kto. Studenci słuchali jak zaczarowani, a on faktycznie chyba czarował. Ubrany kolorowo i na luzie, ale nie wyzywająco; z modnie przyciętymi włosami i niebieskimi oczami wyglądał bardziej jak amant filmowy, który gra wykładowcę, niż jak wykładowca.

– Sztuka! Od wieków obecna wśród ludzi – mówił Lighte – tworzona przez ludzi i dla ludzi, stanowiąca między innymi podstawowy czynnik, cechę różniącą ludzi od zwierząt. Stale ewoluuje, rozwija się i zmienia. Jako abstrakt i idea jest dość daleko od rzeczywistości, którą czasami komentuje, opisuje, czasem stara się na nią wpłynąć i ją poprawić. A jednocześnie korzysta pełnymi garściami ze zdobyczy nauki i techniki. Dziś nie jest już problemem przedstawienie czegokolwiek na płótnie, na ekranie czy w formie rzeźby. Jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia artysty. Ale czy kiedykolwiek było inaczej? Artysta zawsze zaczynać musiał od pomysłu, wizji, od koncepcji. Dalsze czynności były już tylko stricte rzemieślniczym wykonaniem projektu, oczywiście w lepszej lub gorszej jakości. Ale bazą zawsze była idea. Dzisiaj wracamy do tych źródeł. Malarze nie koncentrują się już na jak najwierniejszym odwzorowaniu widzianych przedmiotów czy modeli. Chodzi o przekazanie na płótnie czy w innej formie idei tego przedmiotu. Sprawność warsztatowa jest w tym wypadku ważna, ale to nie ona decyduje o klasie dzieła. Podstawowym warunkiem jest jasność umysłu twórcy i precyzja w kreowaniu swojego konceptu. I mogę z całą pewnością stwierdzić, że ten warunek wszyscy państwo spełniacie. – Widownia roześmiała się półgłosem. Do tej pory monolog dziekana Lighte’a, wygłaszany przezeń z głowy, płynnie, ze swadą i werwą, rozbrzmiewał w sali, w której poza głosem wykładowcy najgłośniejszymi dźwiękami były szelest przewracanych kartek oraz skrzypienie ołówków. Maciej, tak jak reszta studentów na sali, słuchał z uwagą, notując czy też szkicując coś w swoim notatniku.

– Sztuka konceptualna – kontynuował Lighte – to właśnie taki rodzaj działalności, gdzie artysta nie jest już odpowiedzialny za dzieło. Za jego jakość, wygląd, formę, za sposób, w jaki odbierają je widzowie. Autor tworzy ideę, a idea napędza sztukę. I jeśli zwrócimy uwagę, że to nie dzieło, nie wytworzony fizyczny przedmiot jest najważniejszy, tylko idea, która za nim stoi, to zmienia nam się diametralnie perspektywa oraz ocena jakości pracy artysty. Nie jest on już oceniany przez pryzmat swych talentów manualnych. To jest właśnie idealizm w sztuce – nie idealne dzieło, lecz idea, z której ono wyrosło. Samo w sobie może być nawet technicznie oceniane jako nieperfekcyjne, ale to, co nadaje mu siłę i wyraz, będzie dla wrażliwego odbiorcy widoczne mimo to.

Z tym ostatnim twierdzeniem Maciej nie do końca się zgadzał i miał zamiar przedyskutować tę kwestię, przedstawiając swój punkt widzenia na ćwiczeniach w mniejszej grupie lub przy innej okazji. Słuchał jednak dalej z uwagą, notując, jedynie od czasu do czasu odrywając wzrok od tego, co zapisywał.

Pod koniec wykładu Lulu zajrzał przez ramię Maciejowi i zobaczył to, co młody Polak tak starannie przez cały wykład tworzył. Były to szkice i rysunki. Idealnie ilustrujące treść i tezę wykładu. Był tam Warhol i Marylin Monroe, i obraz Marylin Monroe, a ten ostatni w kilku coraz to innych wersjach, jedna ciekawsza do drugiej. Te proste obrazki skrzyły się bogactwem szczegółów i przykuwały uwagę widza. Raz Marylin miała fryzurę niemal na całą kartkę, a między jej puklami widać było gdzieniegdzie wężowe sploty jak u gorgony. Innym razem dominowały usta, jeszcze innym oczy czy zęby, a raz oczywiście piersi, które Maciej narysował tak duże, że na jednej zmieścił się cały leżący mały człowiek skrępowany sznurami, a wokół niego kręciło się mrowie dużo mniejszych niż on ludzików – i to oni najwyraźniej go przed chwilą skrępowali. Druga pierś pozostawała pusta i biała. Tak jak kolejna strona z notatnika Szarawskiego. Była tam jedynie czarna kropka i podpis „Marylin Monroe”, a poniżej w nawiasie uwaga „nie umiem malować, ale chciałem przekazać ideę”.

Maciej zauważył, że Lulu przygląda się temu, co przed chwilą narysował, i puścił do niego oko, uśmiechając się zawadiacko.

***

Miesiąc wcześniej student Szarawski imprezował w Poznaniu na Starym Rynku z grupą kolegów i koleżanek. Szlajali się od knajpki do knajpki. Tu coś zjedli, tam wypili, w innej jeszcze potańczyli przez parę minut. Tomek i jedna z dziewczyn, Marysia, wzięli udział w toczącej się w którymś z lokali imprezie typu karaoke. Ale słabo im poszło; na sali dało się nawet słyszeć kilka gwizdów, choć generalnie dominowały śmiechy.

– To powiedz jeszcze raz – Tomek zapytał Macieja, kiedy już wyszli na zewnątrz – gdzie ty jedziesz – i szturchnął go porządnie w bok.

– Do Supérieur École de Artes w Bon Magniaq.

– A gdzie to jest?

– We Francji.

– A konkretnie?

– Francja to takie państwo – wtrąciła się Iwona – w kierunku na Gorzów Wielkopolski, tylko dalej, dużo dalej. Bardzo daleko...

– To jest coś za Gorzowem? – zdziwił się Tomek. – Trzeba będzie kiedyś pojechać, sprawdzić, jakie tam piwo leją do kufli...

Tomek był starym kumplem Macieja, znali się od małego. Byli w jednym wieku, mieszkali w sąsiadujących ze sobą blokach na Winogradach i razem bawili się w chowanego, kopali piłkę, razem też pili pierwsze piwo i kurzyli pierwszego ćmika. Wspólnie również jeździli na wakacje i podrywali dziewczyny. Po skończeniu podstawówki do szkół chodzili jednak osobnych. Tomek był typowym sportowcem; nie było chyba dyscypliny, której by nie uprawiał. W jedne wakacje nauczył się nawet grać w brydża i w szachy i w sumie to całkiem nieźle sobie radził. Lecz generalnie jego żywiołem był ruch: piłka, narty, jazda konna, biegi, judo, boks. We wszystkim był dobry. W niczym, niestety, najlepszy. Dlatego wybrał najpierw klasę sportową w liceum na drugim końcu miasta, a później AWF. Po drodze nie spotkał, niestety, żadnego trenera, który zrobiłby z niego kadrowicza w jakiejś konkretnej dyscyplinie, i dziś malowała się przed nim perspektywa zostania nauczycielem WF-u w liceum.

Co innego Maciej. „Nieustające pasmo sukcesów” – jak mawiała matka Tomka. Konkursy, nagrody, wystawy i z wyróżnieniem ukończona ASP. No i zaproszenie do jakiejś elitarnej akademii tysiąc kilometrów stąd.

Dziś obaj przyjaciele oblewali ten sukces i żegnali się jednocześnie.

– Będziesz musiał koniecznie tam do mnie przyjechać, tylko że tam to raczej wino niż piwo, wiesz... Piwo to w Niemczech, czyli po drodze. Weźmiesz ze sobą dziewczyny jako kierowczynie zmienniczki, to będziesz mógł popróbować.

– Na pewno przyjadę. I przywiozę ci od mamusi grzybków w occie, dżemików i… – Tomek podniósł palec do góry – całą beczkę kiszonej kapusty. Wtaszczymy to do pokoju i wszystkie żabojady pouciekają od naszych krajowych klimatów.

Tego typu klimaty właśnie i takie dyskusje trwały do drugiej w nocy. Kiedy chłopaki zdążały już z nocnego tramwaju do swych domów, podtrzymując jeden drugiego i po pięć razy się odprowadzając, można było usłyszeć, jak jeden bełkotliwie komunikuje drugiemu:

– Koo-oocham cię, stary...

– Wie… eem... hyp!

– Ssskąd wieszzzzz?

– Bo tesz cze kocham.

***

Wieczorem Maciej dał się namówić Lulu i poszli się „integrować” z bracią studencką oraz ze społecznością lokalną do popularnego klubu. Można tam było wypić piwo czy drinka, potańczyć, a jak się wiedziało, kogo i jak poprosić, można było też dostać mniej legalny niż alkohol, a zmieniający postrzeganie rzeczywistości „towar”. DJ grał muzykę popularną i przyjemną, melodie, których nie pamiętało się już po minucie, ale przy których można było się przyjemnie pokiwać, jeśli ktoś lubił.

Koledzy zamówili po piwie i usiedli w końcu sali. Było dość głośno. Za bardzo nie dało się rozmawiać, więc pili i obserwowali otoczenie. Nic nadzwyczajnego. Zwyczajny lokal, ściany pomalowane na głęboką czerwień i czerń. Lampy dające stosunkowo niewiele światła. Bar. Za nim dwóch barmanów prześcigających się w ilości eksponowanych tatuaży. Obaj byli tlenionymi blondynami, obaj jedynie w podkoszulkach; jeden miał sporo kolczyków w obu uszach. Drugi miał tylko jeden, ale za to całkiem duży. W dolnej wardze.

Maciej zwrócił Lulu uwagę na trzy dziewczyny siedzące kilka stolików dalej.

– Może się przysiądziemy?

– Po co?

– Zagadamy, poznamy się… Może potańczymy. A nuż któraś da się poderwać?... Dwie chyba są niebrzydkie, o ile dobrze stąd widzę.

– Raczej nie będę zainteresowany.

– Dlaczego?

– Jestem gejem – stwierdzenie padło zupełnie nieoczekiwanie. Nie nastąpiły też po nim żadne wyjaśnienia czy uzasadnienia.

– Aha – zdawkowo skomentował Maciej.

– Przeszkadza ci to?

– Nie. Dlaczego?

– Jesteś z Polski. Tam chyba nie lubicie gejów...

– Nie. Skąd taka opinia?

– Gdzieś to słyszałem.

– Nieprawda. U nas chyba jest tak samo jak tu – powiedział Maciej – i jak gdziekolwiek indziej. Chyba…

– To znaczy jak?

– Gej to gej. To jego prywatna sprawa. Co mnie to obchodzi, co kto robi i z kim?

– Aha – tym razem Lulu był zdawkowy.

Przez chwilę pili i rozglądali się po sali w milczeniu.

– A ty jesteś hetero czy bi? – po pewnym czasie zapytał Lulu.

– Hetero. Zdecydowanie hetero.

– Ale nie będzie ci przeszkadzało, że mieszkasz z gejem?

– Jeśli nie będziesz mnie podrywał, to nie.

Lulu spojrzał na Macieja i westchnął: – No to nie będę.

– A co? Miałeś takie plany? – Maciek starał się niewinnie w swym mniemaniu zażartować.

– Nie, nie – Lulu też odpowiedział z uśmiechem. A po chwili dodał: – Nie wiem. Może?

– No to dostałeś kosza i po temacie. Mam nadzieję, że nie będziesz się boczył czy miał pretensje.

– Spoko. Jestem tolerancyjny. Hetero w pokoju mi nie przeszkadza. Tylko uprzedzaj, jak będziesz sobie sprowadzał panienki.

– Jasne – i roześmiali się obaj.

Maciej odbierał tę sytuację jako ciut niezręczną, ale tylko przez moment. Lulu poszedł do baru po następną kolejkę i wzniósł toast za tolerancję i przyjaźń pomiędzy różnymi orientacjami. Po chwili dosiedli się do nich dwaj inni świeżo upieczeni znajomi z roku i niebawem wszyscy rozmawiali o malarstwie. Maciej z Lulu wychwalali konserwatyzm w sztuce i biegłość rzemiosła jako podstawę prawdziwego dzieła. Dwaj ich koledzy, którzy się dosiedli, bronili sztuki współczesnej i eksperymentów jako siły sprawczej jej rozwoju. Spierali się, ale z poszanowaniem odmiennych stanowisk – i na pewno było to bardzo twórcze.

Wyszli z lokalu dobrze po północy w jak najlepszych humorach.

***

Po dwóch tygodniach wszyscy pierwszoroczniacy mniej więcej się już zaaklimatyzowali. Maciej malował.

W akademiku studenci mieli do dyspozycji cudownie wyposażoną i oświetloną pracownię. Na kampusie były też wydzielone miejsca do malowania w plenerze. Prowadzący zajęcia śmiali się, że w magazynach mają tysiące obrazów przedstawiających panoramę Bon Magniaq o różnych porach dnia i nocy. Były one masowo „produkowane” przez studentów i później sprzedawane na specjalnych aukcjach. Nie osiągały zawrotnych cen ze względu na dużą podaż, ale zawsze znajdowały nabywców. Wszystko, co SEA wystawiała do sprzedaży, budziło zainteresowanie – choćby z tego powodu, że nabywcy liczyli, iż kiedyś autor będzie znany i jego prace mocno zyskają na wartości.

Maciej malował w pracowni. Modelka, dziewiętnastoletnia pulchna blondynka, zatrudniona przez uczelnię jedynie w tym tylko celu, by pozować, siedziała na fotelu. Szarawski kazał się jej ubrać w czerwony dres oraz różowe bamboszki i dał jej do trzymania pada od konsoli. Miała siedzieć ze skrzyżowanymi nogami i wyglądać, jakby grała w grę. Dziewczyna patrzyła na wieszak, który był poza „kadrem”. Maciej postanowił, że namaluje ją, jakby była w grze. Wybrał wojenną strzelankę, w której bohater uczestniczy w różnych bitwach drugiej wojny światowej. Czyli blondynka na fotelu, a obok niej akcja i postacie. Żołnierze, czołgi, wybuchy, kule, otwarte rany i urwane kończyny... Niezły kontrast. Kiedy Szarawski skończył, modelka podeszła zobaczyć dzieło. Powiedziała, że ładne, ale nie rozumie, o co w nim chodzi. Maciej nie próbował jej tłumaczyć, ale podziękował grzecznie dziewczynie za współpracę. Obraz podpisał i odłożył na miejsce do tego przeznaczone.

Było już późno. Postanowił, że przed snem przejdzie się jeszcze po miasteczku. Wszedł do otwartego sklepiku, by kupić sobie colę. Przy kasie spotkał Marcela. Kupował papierosy.

– Cześć!

– Siema!

– Wracasz do akademika?

– Aha.

– To wrócimy razem.

Na zewnątrz Marcel zapalił papierosa.

– Wpadniesz do mnie na drinka?

– Raczej nie – Maciej był już zmęczony – jestem lekko padnięty, a jutro czwartek, zajęcia z dziekanem…

– Chociaż na pięć minut. Mam coś specjalnego, będzie ci smakować – Marcel puścił do niego oko.

– Dzięki, ale nie skorzystam – kiedy Szarawski to powiedział, poczuł się jak podrywana dziewczyna, która spławia kolesia poznanego w barze.

– Szkoda. Byłoby miło. Mieszkam sam...

To już było dość jednoznaczne.

– Chyba mnie nie próbujesz poderwać?

– A dlaczego nie? – Hiszpan uśmiechnął się szelmowsko. – Przecież zgrabny z ciebie chłopaczek.

– O matko! Ty też jesteś gejem?

– Oczywiście. A ty nie?

– Nie.

– A to przepraszam. Nie spodziewałem się... Nie wiedziałem...

– No to już wiesz.

Przez chwilę szli, nic nie mówiąc. Było dość ciepło. Ulice zalewało żółte światło lamp, podkreślając to wrażenie. Maciej popijał colę z butelki.

– Byłeś na wczorajszych zajęciach o płótnach?

– Oczywiście.

Dalsza część drogi upłynęła im na omawianiu różnych technik przygotowywania podkładu. Maciej dowiedział się o sekretnym składniku Marcela – skorupkach jaj zmielonych na pył i dodawanych do pokostu w niewielkiej ilości. Koniec końców zaszli do pracowni i do drugiej w nocy wymieniali się doświadczeniami z tego zakresu, wykorzystując część zdobytej wiedzy od razu w praktyce. Temat podrywu nie pojawił się już ani razu. Koledzy obejrzeli też swoje ostanie prace. Marcel był pod dużym wrażeniem obrazu Macieja i zaproponował dlań tytuł To przecież tylko gra. Spodobał się on Maciejowi.
mniej..

BESTSELLERY