Facebook - konwersja

Transmisja - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-7976-382-5
Język:
Polski
Data wydania:
3 lutego 2016
Rozmiar pliku:
3,5 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Produkt chwilowo niedostępny

Transmisja - opis ebooka

Na Stany Zjednoczone Ameryki spadły dziesiątki pocisków z głowicami atomowymi. Wszystkie metropolie zamieniły się w oceany gruzów, a na ruinach cywilizacji zaczęło wyrastać nowe, dzikie i bezwzględne pokolenie ludzi. Na teren Strefy Zakazanej Ameryki Północnej, 70 lat po wojnie atomowej, przybywa Timur Denikin, reporter portalu internetowego, opisujący mieszkańcom niedotkniętej zagładą Azji i Europy życie za oceanem. Droga, którą ma do przebycia, prowadzi z Vancouver do San Francisco. Nie wszystko jednak rozegra się zgodnie z planem.

Co odkryje Timur podczas swojej podróży? Czego cywilizowane rządy nie mówią obywatelom o Strefie? Jakie miejsce dla Timura przeznaczyły one w swojej wielkiej grze?

Transmisja to brudna i ponura wizja ludzkości żyjącej po obu stronach granicy Strefy Zakazanej.

FRAGMENT KSIĄŻKI

Na wschodnim wybrzeżu ludzie są w cenie

(niezły tytuł, przewrotny. Paul)

Na początku wieku ludzie ciągle wyobrażali sobie koniec świata. Nie wiem czemu, ale niemal zawsze ich gry wideo, filmy i komiksy pokazywały Nowy Jork: zaatakowany przez kosmitów, wirusa, grzyby zmieniające ludzi w potwory albo zagrożony katastrofą naturalną. Wyjątkowo piękne były wizje, w których na Times Square, porośniętym wysoką trawą, pomiędzy wieżowcami żyły stada dzikich zwierząt.

To wszystko oczywiście bzdury. Kiedy nadszedł koniec, Nowy Jork został zrównany z ziemią w pierwszej kolejności. Rosjanie i Chińczycy („w odpowiedzi na Amerykański ekstremizm” – wiesz, że musimy to dopisać. Paul) zrzucili na metropolię taką masę plutonu, że teraz można znaleźć tam jedynie cegły przemielone na pył. Od tamtego czasu nikt nawet nie zbliżył się do granic miasta. Promieniowanie nadal zabija wszystko w odległości wielu kilometrów.

Mimo to byłem w Nowym Jorku, osadzie założonej przez ocalałych na wybrzeżu dawnego stanu Connecticut, na prawym brzegu rzeki Thames w byłym New London. Cóż za ironia, najpierw to dzikie miejsce na obcym wybrzeżu nazwano Nowym Londynem, a później przeniesiono tutaj Nowy Jork, prawdziwy koszmar geografa. Jakieś sześćdziesiąt lat temu, kiedy wokół panował chaos i anarchia, grupa żołnierzy zbudowała tu rodzaj fortu. Mieli wystarczająco dużo broni, siły i szczęścia, żeby nie brakowało im ani jedzenia, ani kobiet. Miejsce to stało się jednym z największych osiedli na wschodnim wybrzeżu. Nie wiem, kiedy nazwali je Nowym Jorkiem, ale teraz mało kto w ogóle pamiętał, że kiedyś był jakiś inny, większy i znacznie piękniejszy Nowy Jork.

Przyjechałem tu zobaczyć targ niewolników, na który przybywały karawany z Maine i Vermont, stanów, które poniosły mniejsze straty w trakcie wojny. Handlarze z północy prowadzili całe kolumny ludzi skrępowanych drutem, omijając wciąż radioaktywny Boston. Na targ trafiał także „towar” znad Wielkich Jezior, a od czasu do czasu docierały karawany z południa, z Luizjany albo Georgii. Tak przynajmniej mi mówiono.

Wcieliłem się w rolę kupca, żeby wtopić się w tłum. Musicie wiedzieć, że w tym, co zostało ze Stanów Zjednoczonych, nie jest łatwo być handlarzem. Dolary już dawno straciły swoją starą wartość. Jeśli ktoś jeszcze zachował garść zeschniętych banknotów, mógł ich użyć jako rozpałkę albo papier toaletowy, choć o przeznaczeniu tego ostatniego już dawno tu zapomniano. Jeśli chcesz coś kupić, musisz dać coś w zamian. W cenie są naboje, zapalniczki, metal, oczywiście broń, no i niewolnicy.

Zawsze kiedy ląduję w strefie, najbardziej bawią mnie dawne postapokaliptyczne wizje, opisujące Stany Zjednoczone jako jedną wielką radioaktywną pustynię. Głupie. Bomby atomowe spadły tylko na największe miasta i punkty o strategicznym znaczeniu. Osławiona i do końca tajemnicza Strefa 51 też przestała istnieć. Do dziś nie wiemy dlaczego. Potem, po tutejszych drogach przetoczyło się kilka tysięcy czołgów, ale i tak masa małych i dużych farm, miejscowości, zakładów i fabryk ocalała. Oczywiście bez prądu i ropy wszystko stanęło, ale gdzieniegdzie udało się uruchomić ręczną produkcję albo zbudować na rzece pseudoelektrownię. Dzięki temu na rynku raz na jakiś czas pojawiał się wóz zapałek albo kilka skrzynek naboi. Tak przynajmniej było na wschodzie. Zachód Stanów to zupełnie inna historia, ale tam zawsze było bardziej dziko.

Przybyłem do Nowego Jorku niewielkim wozem z trzema skrzynkami filtrów do wody, jeszcze przedwojennych, a raczej stylizowanych na przedwojenne. Za coś takiego mogłem kupić z dziewięciu niewolników. Oczywiście zależnie od ich „jakości”. Był ze mną Joe, dwumetrowy czarny niewolnik, którego kupiłem po drodze, a potem uwolniłem, nakarmiłem i któremu dałem broń. Uznałem, że hojność to niezły sposób na zapewnienie sobie lojalności.

Przepychałem się przez wąską alejkę pomiędzy dwoma rzędami baraków z blachy falistej. W drzwiach każdego z nich stał handlarz albo jego ochroniarz, a w środku tłoczyły się tłumy niewolników.

Widziałem człowieka, który przeciskał się przez żywy towar i na czołach stawiał znaki ziemniakiem umaczanym w świńskiej krwi. Oznaczał tych niewolników, których chciał kupić, żeby nikt mu ich nie podebrał.

Ja szukałem jednak czegoś innego: baraku, w którym zamiast gołego klepiska stały leżanki. Z góry lało się to mokre gówno (musisz przeklinać? Paul) zwane przez niektórych deszczem. Z każdym krokiem w butach chlupotało mi więcej wody, a moje spodnie, zszyte z jakichś szmat, stawały się coraz cięższe. Na dodatek, co krok zderzałem się z jakimś śmierdzącym dziadem. Najgorsze jednak było to, że ja sam też śmierdziałem.

W końcu znalazłem taki barak, o jaki mi chodziło. Wszedłem do środka. Na taboreciku zbitym z kawałków nieokorowanego drewna siedział brodaty drab o wyglądzie mordercy.

– Witam szanownego pana – warknął od progu. – Co będzie?

– Chciałbym wybrać kilka sztuk.

– Czym płacisz?

Lubię takich ludzi, konkret. Żadnych bzdur, tylko konkret.

– Mam filtry, przedwojenne. Trzy tuziny.

– Ech, filtry nie są w cenie w Nowym Jorku.

– Ciekawe, lubisz pić wodę z tego ścieku? – machnąłem ręką w stronę Thames, która jakiś kilometr dalej wpadała do oceanu.

– Uwielbiam.

– Rozumiem, może ktoś inny będzie zainteresowany – obróciłem się na pięcie i udałem, że chcę wyjść.

– Czekajże!

– No co, pohandlujemy?

– No.

W baraku było ze dwadzieścia leżanek. Jedna przy drugiej, a do każdej przypięta była dziewczyna. Najmłodsza mogła mieć ze trzynaście lat. Przeszedłem się wzdłuż. Pogrymasiłem, ponarzekałem na za szerokie biodra i blizny, wrzody i przebarwienia. Nalegał, żebym „wypróbował towar”, ale odmówiłem.

Większość dziewczyn patrzyła gdzieś w przestrzeń, kilka uciekało wzrokiem, dwie patrzyły na mnie, jakby miały ochotę na „próbę”. Ich nie wybrałem. Takich nie było sensu brać ze sobą.

W końcu wziąłem osiem. Pokłóciliśmy się trochę o cenę i umówiliśmy, że wieczorem podjadę wozem od tyłu, żeby dokonać wymiany.

Miałem trochę czasu, mogłem pójść nad rzekę i przyjrzeć się okrętowi podwodnemu, który już pewnie ze sto lat stał zacumowany przy muzeum na drugim brzegu i rdzewiał. Niestety, jak słyszałem, najbliższy most był piętnaście kilometrów dalej na północ, więc nie mogłem obejrzeć okrętu z bliska.

Odwiedziłem też coś, co można by uznać za jadłodajnię. Kolejka ludzi stała do dziury w ścianie. Klient podawał przedmiot, który chciał wymienić, a stojący „w okienku” szef przybytku oceniał, profesjonalnie zaniżał wartość, po czym mówił, co można temu komuś nałożyć. Oczywiście każdy się wykłócał. Nie ma lekko, tutaj nawet pudełka zapałek nie oddasz tak po prostu. Przez to kolejka poruszała się z prędkością kulawego starca.

Przede mną stał jakiś Kanadyjczyk. Pewnie też przyjechał na targ, miejscowi nie jadają w takich miejscach. Tutaj nikt ze sobą nie rozmawiał. Jadło się na kawałkach blachy, starych naczyniach, deskach do krojenia i w ogóle na czym się dało.

Dałem nabój .357 Magnum, miejscowej produkcji. „Kasjer” nawet na mnie nie spojrzał, zakomenderował, żeby dali mi gryzonia i funt bulwy, cokolwiek to znaczyło. Dostałem sporą porcję gotowanego i tłuczonego warzywa z kawałkiem mięsa nie większym niż dłoń pięciolatka. Tak sobie, ale nie miałem zamiaru się wykłócać.

Kilka godzin później zostawiłem handlarzowi filtry i zabrałem dziewczyny. Na wozie było ciasno, ale jakoś się pomieściły. Widziałem, jak Joe na nie patrzył. Trochę ze współczuciem, a trochę z chciwością. Po co mi one? Miałem zamiar dojechać do jakiegoś spokojnego osiedla, dać im dwa karabiny i naboje, które miałem schowane w wozie, i zostawić. Nie wiem, czy to w jakikolwiek sposób poprawi ich los, ale może w jakimś stopniu sprawi, że poczuję się lepiej. To, że przyjechałem tu w poszukiwaniu materiału na artykuł, nie musi znaczyć, że nie mogę zrobić czegoś dobrego.

Postaraj się o więcej akcji. Paul

Ocean z gruzu i szkła

Z osady Nowy Jork do ruin prawdziwego Nowego Jorku jechałem moim skromnym powozem trzy dni. Wydaje mi się, że dałbym radę zrobić to szybciej, ale nie chciałem męczyć osiołka. Biedne zwierzę miało różową narośl na tylnej łapie i w ogóle ledwo człapało.

Na szczęście zostałem sam. Dziewczyny, które kupiłem na targu, wysadziłem po drodze na jakimś ranczu. (dobrze, tutaj damy link do pierwszego materiału. Paul) Mieszkało tam kilkanaście rodzin, taka ni to osada, ni to komuna. Joe zapytał, czy nie mógłby zostać z nimi, a ja uznałem, że wszystko mi jedno. Wcześniej grałem rolę handlarza, a tacy nie jeżdżą bez obstawy. Teraz to już nie miało znaczenia. Nie planowałem żadnych nowych transakcji.

Jeszcze na długo zanim mój podskórny czujnik promieniowania zaczął wydzielać alarmujące ciepło, zacząłem dostrzegać niepokojące sygnały. Roślinność stopniowo się zmieniała. Dobrze znane trawy i krzewy z wolna ustępowały dziwnym organizmom, z jednej strony podobnym do drzew, a z drugiej zupełnie do niczego. Nie wyglądały przy tym na karłowate czy wynędzniałe, o nie. Po eksplozjach ogromna część fauny i flory wymarła, za to pojawiły się liczne mutacje, które popchnęły ewolucję o pokolenia do przodu. Dlatego na przedmieściach Nowego Jorku mogłem obserwować prawdziwy rezerwat przyrody, piękny niczym pierwotna dżungla.

Kiedy czujnik pod skórą zaczął delikatnie parzyć, łyknąłem solidną porcję różowych pigułek i założyłem na twarz maskę Carpentera-Trofimowa, chroniącą przed promieniowaniem, od zewnątrz dla niepoznaki pokrytą starą skórą. Osiołka puściłem wolno, obróciłem pyskiem na północ i pogoniłem. Do dziś boję się, że zawrócił i poszedł moim śladem. Obawiam się, że mógłby nie przeżyć.

Pierwszy kilometr przedzierałem się przez gęstwinę z pomocą maczety. Z każdej strony otaczały mnie jakieś kolczaste pnącza, kapiące żywicą drzewa i ogromne parzące krzewy. Zrozumiałem, że dżungla się kończy, kiedy pod moimi stopami zachrzęścił gruz. Tuż po tym wyszedłem na otwartą przestrzeń, która rozciągała się aż po sam horyzont. Przedramię bolało mnie od nieznośnego parzenia. Niestety czujnik promieniowania nie miał wyłącznika. Może trzeba było dłużej oszczędzać i kupić odrobinę lepszy model?

Brnąłem przed siebie w nieskończoność. Wokół mnie ciągnął się ocean gruzu i tłuczonego szkła, które było obmywane przez deszcz tak długo, aż nabrało łagodnych krawędzi, niczym otoczaki w górskich rzekach. Kompletnie utraciłem poczucie czasu, bo wokół mnie nie zmieniało się zupełnie nic. To samo niebo, ten sam horyzont, ta sama, niemal równa powierzchnia gruzu zarośniętego niewysoką niebieskawą trawą.

Żeby odgonić nudę, wyobrażałem sobie, jak to się wszystko stało. Wschodnie wybrzeże atakowali Rosjanie. Pociski, które tutaj spadły, wystrzelono z silosów na północy Rosji. Może pod Murmańskiem? Przeleciały nad kołem podbiegunowym i spadły na Manhattan, Queens, Brooklyn. W sumie około czterdziestu głowic. Każda bomba to małe dzieło sztuki. Wewnątrz znajdowały się aparaty pomiarowe, które uruchomiły zapalniki jeszcze nad ziemią. Konwencjonalne ładunki wybuchowe wypchnęły pluton do przodu, ściskając go do rozmiarów niewielkiej kuli. Masa krytyczna została przekroczona i nastąpiła reakcja rozpadu atomów. Energia, która wtedy została uwolniona, wypchnęła powietrze na wszystkie strony. Fala uderzeniowa odbiła się od ziemi i uderzyła na boki podwójnie. W jednym momencie całe miasto dosłownie rozsypało się jak domek z kart w przeciągu. Kiedy w przestrzeni rozszedł się impuls elektromagnetyczny, nie było już żadnych urządzeń elektrycznych, które mógłby zniszczyć. To był trwający sekundę armagedon. Ludzkości udało się otworzyć piekielne bramy. Po siedemdziesięciu latach skażenie radioaktywne nadal jest zabójcze. Ludzie ze strefy nie mogliby tu przeżyć, a nikt z ocalałego świata jeszcze nie odważył się tutaj przyjść. Sprawdziłem to bardzo dokładnie przed wyjazdem.

Powoli docierało do mnie, że trawa nie powinna tu wyrosnąć. Pod moimi stopami były metry gruzu. Na szkle, stali i betonie nie rosną rośliny. Chwilę szedłem, rozważając ten problem. W końcu pojąłem, że rośliny od lat musiały żywić się tym, co zostało z nowojorczyków. Trawa sięgała po sam horyzont.

Szedłem pół dnia i całą noc. Mogłem swobodnie dostać się na Manhattan, bo rzekę Harlem zasypał gruz. Nad ranem dotarłem do oceanu. Stałem na końcu cypla. Przed sobą widziałem trzy wyspy. Ta najmniejsza, na środku to Liberty Island – wyspa wolności. Gdyby to była gra z początków wieku, to niemal na pewno zobaczyłbym tam Statuę Wolności, uszkodzoną, ale wciąż kłującą niebo. Ale to nie gra, nie film i nie komiks. Jeden z pocisków eksplodował tuż obok, nad Governors Island.

Ruiny Nowego Jorku opuszczałem szczęśliwy jak nigdy. To miejsce kompletnie mnie przerażało. Ręka bolała od gorąca, a maska uwierała. Wracałem przez Manhattan. Wyobrażałem sobie, jak piękne musiało kiedyś być to miasto, jak niesamowicie dostojne, wzniosłe. Widzieliście kiedyś przedwojenne zdjęcia? Ściana wieżowców błyszczących szkłem. Tego już nie ma.

Cała wędrówka zajęła mi ponad trzydzieści pięć godzin. Po tak długim czasie na nogach miałem wszystko gdzieś. Kiedy tylko czujnik pod skórą się uspokoił, zdjąłem maskę, plecak i kaburę i przewróciłem się w najbliższe krzaki. Nierozsądnie? Sami spróbujcie tak długo iść. Bez minuty snu, bez dziesięciu sekund siedzenia czy leżenia. W takiej chwili rozsądek mówi dobranoc, a ty razem z nim.

– Za chwilę wchodzimy. Trójka, pośpiesz się. Kończ ten puder. Piątka, dawaj wodę do studia, mam sam to zanieść? Panie Denikin, mamy dwie minuty.

Reżyser darł się w ten sposób od jakiegoś kwadransa, wprawiając Timura w stan rozedrganej irytacji. Po raz kolejny sprawdził, czy wyłączył telefon i opaskę. Okręcił się wokół na krześle, licząc do dziesięciu dla uspokojenia i odpędzenia tremy. W końcu spojrzał na ścienny zegar i pewnym siebie krokiem ruszył w stronę wejścia do studia.

Zatrzymał się na granicy ciemności. Kiedy usłyszał: „Powitajmy naszego gościa, Timura Denikina”, policzył do czterech i z uśmiechem wszedł do studia. Na małym podeście stały dwa wysokie krzesła i niewielki stolik z karafką wody i szklankami. Usiadł naprzeciwko przystojnego, choć już niemłodego prowadzącego, sławnego Song Tana.

– Dawno temu wróciłeś zza wielkiej wody? – Song zaczął wywiad bez wstępów.

– Ledwie wczoraj. Przyjechałem prosto tutaj.

– Obaj wiemy, że muszę cię o to zapytać. Co cię tam pcha?

– Za coś trzeba żyć, a ze wszystkich innych prac wylatywałem po miesiącu.

– Zabawne, ale to program Song Tana, nie wymigasz się od poważnych odpowiedzi.

– Nie wiem, co mnie pcha. Chyba po prostu za czymś tęsknię. Całe życie czuję się, jakby czegoś mi brakowało. Może tego szukam?

– I znalazłeś? – zapytał Tan, pochylając się do przodu.

– Jeszcze nie, może...

– Jak pewnym siebie trzeba być, żeby się pchać w takie miejsca?

– Gdybym był pewien, że dam radę, to byłaby pewność siebie. Ja raczej zakładam, że się nie uda, a i tak jadę. Więc to jest raczej odwaga.

– No dobrze – zaśmiał się Song. – Odwiedziłeś już kilka zakazanych stref. Gdzie jest najgorzej?

– Afryka. Zdecydowanie. Tam było groźnie jeszcze przed wojną, teraz to jest prawdziwe piekło. Tam byłem tylko raz. Znacznie lepiej znam Amerykę. Byłem w okolicach Vancouver i Nowego Orleanu, a teraz zahaczyłem o Nowy Jork.

– Vancouver leży w Kanadzie, prawda? Tam nie spadły bomby?

– Nie, Vancouver zachowało się całkiem nieźle. Niemal wszystkie budynki stoją. Ale to i tak wymarłe pustkowie. Po wojnie na północ ruszyło wielu ocalałych. Nikt nie wie, co się dokładnie tam działo, ale możemy się domyślać, że doszło do konfliktu. USA przed wojną były krajem pełnym broni palnej. W Kanadzie też jej nie brakowało.

– A same Stany? Jak tam jest?

– Niewesoło, jest kilka większych „miast” – cudzysłów pokazał w powietrzu palcami. – Są osady, jakieś manufaktury. Ludzi można znaleźć też w bazach wojskowych i więzieniach. Słyszałem, że czasem można trafić na dobrze ufortyfikowane osady, które nie kontaktowały się ze światem od pokoleń. Jedynym dowodem na to, że ktoś tam żyje, są kule, które lecą w stronę intruzów.

– To nie brzmi zbyt cywilizowanie.

– To zabawne, kiedy wróciłem do Chin, pomyślałem, że to my jesteśmy niecywilizowani.

– Dlaczego?

– Widziałeś ostatnio jakiś chodnik bez papierów po jedzeniu, kartonowych pudełek po makaronie, słup bez starych kłódek rowerowych?

– Nie, chyba jeszcze nigdy.

– Na wschodnim wybrzeżu Zakazanej Strefy Ameryki Północnej nie znajdziesz śmieci. Nie ma też patyków, kamyków, resztek jedzenia, niczego. Osady są wymiecione do czysta. Ma się wrażenie chodzenia po stole.

– Dlaczego?

– Tam się wykorzystuje wszystko. Jeśli jedzą zwierzę, to razem z oczami i mózgiem, z kości robią narzędzia albo klej. Nic się nie marnuje. Nawet ludzkie zwłoki.

– To straszne, co się tam stało, prawda? – Prowadzący zmienił temat, a Timur uśmiechnął się smutno. To pytanie musiało paść. Takie były zasady.

– Amerykański ekstremizm prędzej czy później skończyłby się wojną światową. To było wielkie zło, ale pozwoliło zapobiec jeszcze większemu.

– Dziękuję, Timur. Mam nadzieję, że po następnej wyprawie znowu nas odwiedzisz.

– Jeśli tylko uda mi się wrócić.

– Pożegnajmy brawami Timura Denikina, a po przerwie odwiedzi nas Su Miller, najnowsza gwiazda Internetu. Pierwsza kobieta, której wszczepiono szósty palec u obu dłoni.

*

Szanghaj Ribao, jeden z największych portali informacyjnych na świecie, ulokował swoją siedzibę na brzegu zatoki, przy samym wylocie mostu na wyspy. Redakcja mieściła się w jednej z czterech piramid, mniej więcej w połowie jej wysokości. Timur bywał tu stosunkowo rzadko. Nie miał etatu ani własnego biurka. Lubił o sobie myśleć, że jest wolnym strzelcem, ale w rzeczywistości był po prostu żółtodziobem bez stażu i doskonale sobie z tego zdawał sprawę.

Do budynku dojechał jak zwykle tubą. Wysiadł na stacji P2 Wschód i ruszył razem z ludzkim potokiem w stronę wind. Kiedy wracał z podróży do stref zakazanych, ciężko mu było przywyknąć do miejskiego życia: ruchomych chodników, zamkniętego obiegu materii i ogólnego dobrobytu. Każda z piramid miała czterysta pięter i była w zasadzie samowystarczalna. Panele słoneczne i turbiny wiatrowe zapewniały prąd, a niewielkie ilości upraw hydroponicznych i system niemal pełnego recyklingu biomasy sprawiały, że jedzenie sprowadzano w znikomych ilościach. Życie tutaj bywało dokuczliwe, ale Timur spotkał wielu ludzi, którzy bez wahania uwierzyliby, że to raj na ziemi.

Dojechał na 211 piętro, przeszedł kilkadziesiąt metrów i znalazł się przed drzwiami z elegancką tabliczką „Szanghaj Ribao”. To oczywiście nie był koniec podróży. Dalej musiał pokonać trzy piętra w górę, kilkoro drzwi z kontrolą odcisków palców i dość długi korytarz. W końcu dotarł do pokoju edytorów. Zapukał delikatnie, po czym wszedł, nie czekając na odpowiedź.

Znalazł się w obszernym pomieszczeniu pełnym biurek i dużych telewizorów. Kiedy szukał wzrokiem Paula, ktoś podkręcił dźwięk na jednym z programów. W pokoju momentalnie zapadła cisza, w której bardzo wyraźnie było słychać głos spikera:

Doszło do poważnego wypadku kolei rurowej na trasie z Lhasy do Chengdu. Według relacji przybyłych na miejsce ratowników bezpośrednią przyczyną była usterka techniczna. Władze prowincji zapowiedziały już, że zostanie wszczęte śledztwo w sprawie domniemanych zaniedbań. W wypadku cztery osoby zostały ranne, nikt nie zginął. Do całego zajścia...

Ktoś wyciszył głos i wszyscy wrócili do pracy, a Timur mógł swobodnie podejść do Paula, którego wreszcie udało mu się wypatrzyć.

– Nie przeszkadzam? Pisałeś, że chcesz mnie widzieć?

– Chodź, znajdziemy jakąś wolną salkę, to pogadamy.

Paul pomimo europejskiego imienia był Hanem. Typowym przedstawicielem tej dumnej rasy. Był niższy od Timura o głowę i nosił okulary w grubej, czarnej oprawce. W portalu był szefem kolektywu edytorów. Innymi słowy, pilnował ludzi, którzy pilnowali treści. Na jego głowie była cała pierwsza strona i jej oglądalność.

– Słuchaj – zaczął, kiedy już siedli – pierwszy tekst Cena ludzi puścimy w weekend. Jest dobry, może odrobinę za długi i mało sensacyjny, ale i tak niezły. Z tym drugim gorzej. Myślałeś już, jak to sprzedać na pierwszą?

Timur podrapał się po szyi, przekrzywił głowę, zmrużył oczy i powiedział z wyraźnym wysiłkiem:

– Ten drugi można by czymś w stylu: „Od siedemdziesięciu lat nikt nie postawił tam stopy”.

– Brzmi nawet, a pierwszy? – zapytał Paul. – Tytuł do serwisu „Na wschodnim wybrzeżu ludzie są w cenie” nie jest zły, tylko tym tego nie sprzedamy na głównej?

– Może coś o handlu ludźmi: „Tutaj człowiek kosztuje pięćdziesiąt naboi”, „Okazja, wyprzedaż ludzi”, „Sprawdź, za ile możesz sprzedać męża?”.

– To ostatnie to żart?

– Tak, Paul, już ci mówiłem, nie bierz mnie na serio.

– Dziwię ci się, jak możesz się śmiać, zarabiając tak podle. W każdym razie podoba mi się. Jesteś wolny. Myślę, że się klikniesz.

*

Ciąg dalszy w wersji pełnejPolecamy również:

Konrad Kuśmirak

S.Q.U.A.T.

Stanisław Jerzy Lec mawiał: To się będę śmiał, gdy nie zdążą ze zniszczeniem świata przed jego końcem. Nie zdążyli. Apokalipsa nastąpiła wcześniej. Promieniowanie gamma zamieniło w pył uprawy, spopieliło lasy, wysuszyło rzeki, morza i oceany. Do trzeciej wojny światowej nie doszło, nikt nie nacisnął czerwonego guzika, stalowi aniołowie śmierci pozostali zamknięci w betonowych silosach, śniąc o zniszczeniu. Ale ten piasek, wszechobecny pył i upał… Pustynia, jaką stał się świat, upomniała się o swoją własność.

Rodzaj ludzki to uparty gatunek. Cham się uprze i weź mu daj. Ostatecznie ci, którzy przetrwali, wzięli sami to, co im było potrzebne do przeżycia. Te części miast, które nadawały się do zamieszkania, zamieniono w twierdze otoczone kordonem betonowych płyt i wraków aut. Wśród zgliszczy przygranicznego miasta w Polsce B krwawo narodził się Squat Centrum. Oprócz pustyni pojawił się inny wróg – drugi człowiek.

Kamyk – jeden z ostatnich Wolnych Ludzi, przemytnik i handlarz żywym towarem – po latach wraca do Białego Miasta, po którym krążą opowieści o dziwnych zamaskowanych przybyszach, urządzających polowania na ludzi. Niebawem Kamyk, gnany niepokojącymi snami i wizjami, sam przekona się o ich istnieniu…

W dalszej cześci znajdziecie Państwo

fragment publikacjiPo godzinie wsłuchiwania się w rytmiczne dudnienie silnika dotarłem do stacji Zubki, gdzie kiedyś znajdowało się kolejowe przejście graniczne z Białorusią. Zamknięte i opuszczone, obecnie miało zostać użyte zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Obok ruin budynku służby celnej, po którym pozostała jedynie tablica z nazwą przejścia, znajdowała się bocznica kolejowa wyposażona w specjalne podnośniki służące do przekładania wózków wagonów. Niedługo ze wschodniej strony powinien nadjechać pociąg towarowy z cysternami pełnymi paliwa. Przekładanie wózków zajmie parę godzin, chociaż zawodowcy podobno wykonywali taką operację w sto dwadzieścia minut. Ale oni znali się na rzeczy i mieli sprawny sprzęt. Ja miałem jedynie chęci i pomocnika…

Zastopowałem lokomotywę, wyłączyłem zasilanie i usiadłem na metalowych schodkach. Nie byłem sam. Wokół bocznicy krzątał się chudzielec, który na widok nadjeżdżającej lokomotywy odstawił olejarkę i obserwował hamujący ze zgrzytem pojazd. Teraz przywołałem go gestem. Szedł śmiesznie stawiając nogi i kiwając się we wszystkie strony. Gdybym go nie znał, mógłbym przysiąc, że jest pijany. Nie był. Ktoś kiedyś połamał mu oba golenie, a że akurat w promieniu stu kilometrów nie było lekarza, to kości zrosły się tak, a nie inaczej. Stąd dziwny chód chłopaka.

– Jak tam, Szczurek? – spytałem.

– Bo ja wiem? – odpowiedział pytaniem i wzruszył ramionami.

Znałem go od kilku ładnych lat i muszę przyznać, że elokwencją nigdy nie grzeszył. Nie podejrzewałem go też o filozoficzne przemyślenia i wywody. Może zbyt długo siedział w pełnym słońcu i kilka klepek w jego głowie uległo deformacji. Jedno trzeba mu przyznać, miał nosa do wyszukiwania wszelkiego rodzaju fantów. Nie chodzi mi tutaj o zwykły szaber, o nie. On po prostu podnosił klapę zasyfionego kibla, który każdy ominąłby szeroki łukiem i znajdował kilka schowanych tam konserw. Odrywał spróchniałą deskę i odkrywał skrytkę z prowiantem. Ot, samorodny talent nowych czasów.

– Noc idzie – mruknął Szczurek, oglądając lokomotywę. – Kiedy przyjadą?

W tym momencie w oddali zawyła syrena i potężne reflektory lokomotywy rozświetliły zapadającą powoli ciemność. Spalinowóz ozdobiony białoruską flagą zatrzymał się przed bramą graniczną, którą sprawnie otworzyło kilka postaci w ciemnych ubraniach, niewyglądających na mundury. Po chwili skład wtoczył się na bocznicę. Zazgrzytały hamulce, lokomotywa umilkła, a ludzie z obstawy pozeskakiwali z wagonów i rozlokowali się w kilku strategicznych punktach, omiatając lufami karabinów krzaki i suche pnie drzew. Obstawa rzeczywiście paradowała w cywilnych ubraniach.

– Nu? – Podszedł do nas mężczyzna w czapce maszynisty. – Ty Kamyk?

– Ja – odpowiedziałem i uścisnąłem suchą i żylastą dłoń.

– A eto twoj lokomotiw?

– Da.

– Haroszyj – pochwalił maszynista.

– To prawie takie same maszyny – wskazałem na spalinowóz Białorusina. – Różnią się tylko szczegółami…

– Może byście się wzięli do roboty? – rzucił jeden z obstawy i wskazał palcem na zegarek. – Ja tu komandir, a wremia...

– Spakojna – uśmiechnął się maszynista.

– Ilu was jest? – spytałem.

– Wystarczająco wielu – warknął dowódca.

– Możemy mieć towarzystwo.

– Spodziewam się.

– Jest jeszcze jedna sprawa. Powinien być z wami lekarz. Wracz.

– Jest – mężczyzna powiesił karabin na ramieniu i z wewnętrznej kieszeni wydobył czerwoną książeczkę. – To diplom. A wracz czeka tam – wskazał na białoruski spalinowóz. – Boi się. U was… dzicz.

Otworzyłem książeczkę i spojrzałem na fotografię młodego mężczyzny w okularach z rogową oprawką. Dyplom był stary, został wydany wiele lat przed Rozbłyskiem. Może to i lepiej. Lekarz powinien mieć doświadczenie.

– W porządku – powiedziałem, oddając dyplom. – Bierzemy się do roboty.

Zgarnąłem Szczurka i razem z maszynistą zaczęliśmy demontaż wózków. Muszę przyznać, że chłopina znał się na rzeczy. Po trzech godzinach połowę składu mieliśmy z głowy, a koszule mokre od potu. Zaproponowałem krotki odpoczynek, co Szczurek przyjął z zadowoleniem, a komandir ze szkaradnym skrzywieniem, lecz nie powiedział ani słowa. Wzruszył tylko ramionami, a jego ludzie wyciągnęli papierosy. Rozżarzyły się zapalniczki, rozległ szmer rozmów, atmosfera nieustannego zagrożenia uległa rozluźnieniu. Szczurek, posiłkując się latarką, grzebał w ruinach budynku celnego. Postanowiłem dla relaksu przyłączyć się na chwilę do chudzielca. Wykorzystując hałas, jaki robili Białorusini, podkradłem się do zgarbionej postaci i nagle wynurzyłem się z ciemności.

– Buuu! – krzyknąłem, ale Szczurek nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi.

– Co? – zapytał i dalej grzebał w swoich śmieciach.

– Zachowaj czujność, bo cię okradną.

– Niby kto? – zdziwił się chudzielec i zanurkował w jakiejś dziurze.

– Co tam wypatrzyłeś – zainteresowałem się. – Jest coś ciekawego?

– Jeszcze jak – dobiegł stłumiony głos. – Znalazłem prawie nieużywane gumiaki. I ziemniaki. Całe góry ziemniaków.

– Jadalnych?

– Może… jak się przebierze. Pod ziemią przetrwały dłuższy czas…

Przerwał mu huk wystrzału, który nagle gruchnął gdzieś od strony bocznicy. Instynktownie przyklęknąłem za fragmentem muru, wyciągnąłem Wesołego Przyjaciela i spojrzałem na dziurę, w której chował się Szczurek. Cwaniak nie miał najmniejszego zamiaru wystawiać głowy i ryzykować oberwania choćby rykoszetem. Nawet mu zazdrościłem, bo za chwilę musiałem zorientować się w sytuacji i podjąć pewne działania… Gruchnęły kolejne strzały, usłyszałem jęk bólu i – chcąc nie chcąc – wyjrzałem zza mojej osłony. Ludzie z obstawy prowadzili nieco chaotyczny ogień, celując do niewidocznych postaci, przemykających gdzieś pomiędzy pniami drzew. Jeden Białorusin leżał rozkrzyżowany.

Napastnicy prawdopodobnie czekali w ukryciu na zapadnięcie zmroku, kiedy któryś z Białorusinów coś zauważył. Mogło to być odbicie światła na ostrzu noża, niestarannie uczerniona twarz lub zwykłe przeczucie, że coś jest nie w porządku. Niewidoczny przeciwnik odpowiadał ogniem z rzadka, co było zrozumiałe i świadczyło, że mamy do czynienia z zawodowcami. Mogli się łatwo przemieszczać w znanym terenie, jednocześnie mając jak na tacy obstawę pociągu, obserwowaną pewnie od dłuższego czasu. Z drugiej strony, obstawa transportu miała za plecami cysterny z paliwem. Jeden nieostrożny wystrzał mógł zakończyć tę zabawę w ciuciubabkę i miejscowi przemytnicy – bo prawdopodobnie z nimi mieliśmy do czynienia – musieliby odejść jak niepyszni, oglądając się na smugę oleistego dymu walącego z płonących wagonów. Ktoś byłby niezadowolony, ktoś inny musiałby ponieść karę. Nie, bezpośredni szturm nie wchodził w grę. Gdybym był na ich miejscu, starałbym się wyeliminować wroga po kolei, bez hałasu. Musiałem zaniechać dalszego rozważania strategii napastników, bo od strony ostrzeliwanych drzew dał się słyszeć hałas. Takiego rozwoju wypadków nie przewidziałem, choć powinienem. Był to coraz głośniejszy odgłos auta przedzierającego się przez nieprzejezdny, leśny trakt. Dużego, ciężkiego i głośnego auta. Dość szybko też je ujrzałem. Wypadło na otwartą przestrzeń i zabuksowało kołami na pokrytych piaskiem betonowych płytach. Było wyposażone w halogeny dużej mocy. Zerknąłem na białoruską obstawę pociągu – byli gotowi, zagwizdałem bezgłośnie i schowałem Wesołego Przyjaciela. Na niewiele by się przydał w konfrontacji z lekkim transporterem opancerzonym, który ustawił się przodem do pociągu i najwyraźniej szykował się do otwarcia ognia z ciężkiego karabinu maszynowego zamontowanego na dachu. Przynajmniej ja tak to widziałem.

– Kto tu dowodzi? – zaszczekał głośnik zamontowany gdzieś na pojeździe.

Odpowiedział mu grzechot pocisków, odbijających się od karoserii transportera.

– Jeden wystrzał i nie ma was, nie ma pociągu. Tego chcecie?

Białorusini najwyraźniej pozdejmowali palce ze spustów i wysadzili głowy zza ramp, starych beczek i wszystkiego, co tylko nadawało się do osłony. Wyglądało na to, że za chwilę zaczną się pertraktacje. Jeśli będziemy mieli szczęście, stracimy jedną cysternę razem z zawartością. Chociaż… Znajdowałem się nieco z boku transportera i jego załoga mogła mnie nie widzieć. Postanowiłem zaryzykować i obejrzeć sobie dokładnie ustrojstwo zamontowanie na pojeździe. Karabin wyglądał groźnie, ale nie dostrzegłem taśmy z nabojami. Mało tego, wydało mi się wątpliwe, by broń była obsługiwana zdalnie, ze środka pojazdu. Oczywiście mogłem się mylić.

– Szczurek – rzuciłem w kierunku jamy – masz granat czy coś?

Dłoń chudzielca wyłoniła się na moment ze schronienia i równie szybko zniknęła z pola widzenia, a po spękanej betonowej płycie posadzki potoczył się RKG-3, wyprodukowany przez Rosjan jakieś pięćdziesiąt lat temu granat przeciwczołgowy. Szczurek zawsze miał przy sobie jakiś ładunek wybuchowy – ot, takie zboczenie, które czasami mogło uratować życie. Miałem nadzieję, że ta zabawka zadziała i będę miał szansę zostać bohaterem. Kątem oka dostrzegłem, jak kolejnych dwóch Białorusinów upadło z rozpostartymi ramionami, a pozostali pozmieniali magazynki i przegrupowali się, chociaż trudno to było nazwać przegrupowaniem.

– Chcemy tylko… – ponownie szczeknął głośnik, po czym zapiszczał donośnie i umilkł.

„Sprzężenie” – pomyślałem i ruszyłem przez gruzowisko. Białorusini znowu otworzyli ogień, skutecznie przyciągając uwagę załogi transportera. O ile wewnątrz stalowego potwora znajdował się ktoś poza kierowcą. Widziałem to tak: korzystając z zamieszania wywołanego strzelaniną, podkradnę się do transportera, podrzucę granat, dam nura do jednej z jam pozostałych po betonowych słupach i zacznę się modlić. To powinno wystarczyć. Uczyniłem tak jak pomyślałem.

Granat zadudnił na stalowym pancerzu, a ja o mało nie skręciłem sobie karku, lądując na dnie głębokiego wykrotu. Łupnęło porządnie, po chwili buchnął ogień z rozerwanego zbiornika paliwa. Z bronią gotową do strzału wyjrzałem z mojej kryjówki i uśmiechnąłem się. Transporter płonął, a w otwartym włazie pojawiła się postać otoczona kulą ognia i na ślepo ruszyła wprost na Białorusinów. Szczęknął pojedynczy strzał, żywa pochodnia upadła tuż przed lokomotywą. Wstałem i machając rękami, okrążyłem płonący wrak.

– To ja! – krzyknąłem.

Odetchnąłem z ulgą kiedy komandir uniósł rękę na znak, że mnie rozpoznał. Nie ma to jak umrzeć od omyłkowego postrzału sojuszników.

– Macie jakąś gaśnicę? – spytałem, wskazując na płonące zwłoki.

– Da – odpowiedział jeden z Białorusinów. – Tolko za czto?…

– Dobrze, że go zdjęliście zanim wpadł między was.

– My? – Mężczyźni spojrzeli po sobie ze zdziwieniem. – Nie ty strielał?

Przez chwilę zastanowiłem się, skąd pochodziła gorąca ciecz, która właśnie zalała mi twarz. Przewracając się, zdołałem jeszcze dostrzec, jak eksploduje głowa komandira. Później nie widziałem już nic. Nie zdążyłem nawet zmówić zdrowaśki. Niektórzy twierdzą, że przed śmiercią widzi się całe swoje życie. A ja wam mówię: gówno prawda.
mniej..

BESTSELLERY