Facebook - konwersja
Uwodziciel - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Uwodziciel - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Tłumacz:
ISBN:
978-83-8177-557-1
Język:
Polski
Data wydania:
20 listopada 2020
Rozmiar pliku:
1,7 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
29,90
Cena w punktach Virtualo:
2990 pkt.

Uwodziciel - opis ebooka

Nowa powieść bestsellerowej autorki L.J. Shen – w której miłość łączy się z nienawiścią.

 

Célian Laurent.

Członek manhattańskiej elity.

Znany playboy.

Dziedzic medialnego imperium.

I… mój nowy szef.

 

Zapewne by mi zaimponował, gdyby nie jedna noc, o której od miesiąca nie mogę zapomnieć.

Wyszłam zaspokojona, mając co wspominać, a ponadto – udało mi się zabrać jego portfel.

Teraz jednak on patrzy na mnie jak na kurz pod swoimi włoskimi butami, a ja niby powinnam to znosić.

Ale nazywam się Judith „Jude” Humphry i nie mam nic do stracenia.

Jestem dziewczyną z Brooklynu, znaną z ciętego języka.

Dziedziczką rachunków za szpital i zniszczonej kanapy.

Kiedy zauważam go po drugiej stronie pomieszczenia, dostrzegam błysk w jego oku. I dlatego zostajemy przeciwnikami.

On o tym wie.

Ja również.

Każdy dzień w pracy jest bitwą.

Każda noc w łóżku – wojną.

Ale stawką jest moje serce. I obawiam się, że będę musiała wywiesić białą flagę.

 

FRAGMENT KSIĄŻKI

Pro­log

Jude

Moja matka powie­działa na łożu śmierci, że serce to samotny myśliwy.

– Narządy, Jude, są jak ludzie. Potrze­bują towa­rzy­stwa, muszą na czymś pole­gać. Dla­tego wła­śnie mamy płuca, mig­dałki, dło­nie, nogi, palce u rąk i u stóp, noz­drza, zęby i wargi. Tylko serce pra­cuje samot­nie. Zupeł­nie jak Atlas nie­sie w mil­cze­niu cię­żar naszego życia na swo­ich bar­kach, bun­tu­jąc się jedy­nie wtedy, gdy prze­szko­dzi mu miłość.

Powie­działa, że samotne serce – takie jak moje – ni­gdy się nie zako­cha. I jak dotąd się nie myliła.

Może to wła­śnie dla­tego doszło do dzi­siej­szych wyda­rzeń?

Może to wła­śnie dla­tego prze­sta­łam się sta­rać?

Kre­mowa pościel zaplą­tała mi się mię­dzy nogami niczym korze­nie, gdy zsu­nę­łam się z ogrom­nego łóżka znaj­du­ją­cego się w ele­ganc­kim pokoju hote­lo­wym, który zaj­mo­wa­łam od kilku godzin. Wsta­łam z wygod­nego mate­raca, ple­cami do nie­zna­jo­mego, któ­rego spo­tka­łam zale­d­wie po połu­dniu.

Gdy­bym spoj­rzała na niego choćby ukrad­kiem, moje sumie­nie doszłoby do głosu i ni­gdy bym przez to nie prze­brnęła.

Wola­łam wziąć jego pie­nią­dze, niż zacho­wać się uczci­wie.

Pie­nią­dze, któ­rych bar­dzo potrze­bo­wa­łam.

Pie­nią­dze, które pozwolą mi opła­cić rachu­nek za prąd i wyku­pić leki na receptę dla taty.

Prze­szłam przez pokój na pal­cach, w kie­runku jego spodni leżą­cych na pod­ło­dze, czu­jąc się pusta w tych wszyst­kich miej­scach, które wypeł­niał wcze­śniej. To był pierw­szy raz, gdy mia­łam cokol­wiek ukraść; z powodu tak nie­od­wra­cal­nego czynu chciało mi się wymio­to­wać. Nie byłam zło­dziejką. A jed­nak mia­łam skrzyw­dzić tego dosko­na­łego nie­zna­jo­mego. Nie zamie­rza­łam nawet wra­cać myślami do tego szyb­kiego numerka w oba­wie, że mój mózg eks­plo­do­wałby i wylą­do­wał na plu­szo­wym dywa­nie. Nor­mal­nie nie spo­ty­ka­łam się z face­tami na jedną noc.

Ale tej nocy nie byłam sobą.

Rano obu­dził mnie dźwięk spa­da­ją­cej skrzynki na listy, która urwała się pod cię­ża­rem upcha­nej w niej kore­spon­den­cji i rachun­ków. Następ­nie na roz­mo­wie o pracę poszło mi tak bez­na­dziej­nie, że prze­rwano spo­tka­nie, bo rekru­te­rzy woleli obej­rzeć mecz Jan­ke­sów (gdy zauwa­ży­łam, że nie ma meczu – zga­dza się, byłam aż tak zde­spe­ro­wana! – wyja­śnili mi, że to powtórka).

Zała­mana poty­ka­łam się przez całą drogę po posęp­nych uli­cach Man­hat­tanu. Wcze­sny wio­senny deszcz chło­stał mnie mocno i bez­li­to­śnie. Stwier­dzi­łam, że naj­le­piej będzie, gdy zaj­rzę do miesz­ka­nia mojego chło­paka Mil­tona, by się nieco osu­szyć. Mia­łam klu­cze, a on pew­nie był w pracy i dopiesz­czał swój tekst o opiece zdro­wot­nej imi­gran­tów. Pra­co­wał dla „The Thin­king Man”, jed­nego z naj­bar­dziej pre­sti­żo­wych nowo­jor­skich cza­so­pism. Byłam z niego ogrom­nie dumna.

Reszta popo­łu­dnia minęła mi jak w kiep­skim fil­mie, w któ­rym aż roiło się od bana­łów i śmier­działo pechem. Otwo­rzy­łam drzwi miesz­ka­nia Mil­tona, strze­pu­jąc kro­ple desz­czu z wło­sów i płasz­cza. Naj­pierw do moich uszu dotarły niskie, gar­dłowe jęki, a zaraz potem moim oczom uka­zał się jed­no­znaczny widok.

Elise, redak­torka Mil­tona, którą spo­tka­łam wcze­śniej raz przy oka­zji wypadu na drinki, wisiała oparta o bok kanapy, którą wybra­li­śmy razem na moim ulu­bio­nym pchlim targu. A on pie­przył ją zapa­mię­tale.

Klap.

Klap.

Klap.

Klap!

„Serce to okrutny samotny myśliwy”.

Poczu­łam, jak moje serce wystrze­liło zatrutą strzałę wprost w błysz­czącą od potu pierś Mil­tona, a następ­nie usły­sza­łam, jak pękło. Jesz­cze chwila, a roz­pa­dłoby się na dwie czę­ści.

Byli­śmy razem przez pięć lat. Pozna­li­śmy się na Uni­wer­sy­te­cie Colum­bia. On był synem eme­ry­to­wa­nego pre­zen­tera NBC, ja dosta­łam się tam dzięki sty­pen­dium. Nie miesz­ka­li­śmy razem tylko dla­tego, że tata był chory i nie chcia­łam go opusz­czać. Mimo to mie­li­śmy z Mil­to­nem wspólne plany i reali­zo­wa­li­śmy marze­nia jedno za dru­gim.

Podróż do Afryki.

Zda­wa­nie rela­cji z Bli­skiego Wschodu.

Obej­rze­nie zachodu słońca na Key West.

Zje­dze­nie dosko­na­łego maka­ro­nika w Paryżu.

Nasza lista do odha­cza­nia została spi­sana w note­sie – nazwa­łam go Kipling – który teraz wypa­lał dziurę w mojej tor­bie.

Nie zamie­rza­łam zwy­mio­to­wać w drzwiach Mil­tona, ale nie powinno to być zasko­cze­niem, wziąw­szy pod uwagę to, co wła­śnie zasta­łam. Ten łaj­dak pośli­zgnął się na moim śnia­da­niu, gdy biegł za mną kory­ta­rzem, ale pchnę­łam drzwi pro­wa­dzące na klatkę scho­dową wyj­ścia ewa­ku­acyj­nego i zbie­głam na dół, poko­nu­jąc po dwa stop­nie na raz. Mil­ton był zupeł­nie nagi. Na jego nie­mal sfla­cza­łym peni­sie na­dal wisiała pre­zer­wa­tywa i w któ­rymś momen­cie stwier­dził, że wyj­ście na ulicę w stroju Adama nie byłoby dobrym pomy­słem.

Bie­głam tak długo, że zaczęło palić mnie w płu­cach, a moje trampki zro­biły się mokre i brudne od błota.

Obi­ja­łam się w ule­wie o ramiona, para­solki i ulicz­nych sprze­daw­ców.

Byłam zła, zde­spe­ro­wana i zaszo­ko­wana – ale nie zała­mana. Moje serce pękło, ale nie zostało zła­mane.

„Serce to samotny myśliwy, Jude”.

Musia­łam zapo­mnieć o Mil­to­nie, o ster­tach rachun­ków, o tym, że nie­stety od kilku mie­sięcy byłam bez pracy. Musia­łam uto­pić tro­ski w alko­holu i czy­jejś cie­płej skó­rze.

Nie­zna­jomy w apar­ta­men­cie mi to zapew­nił. A teraz miał mi dać jesz­cze coś, czego ni­gdy nie uzgad­nia­li­śmy.

Sądząc po hotelu, w któ­rym się zatrzy­mał, nie będzie mieć pro­blemu, by zapła­cić za tak­sówkę na lot­ni­sko.

Patrzy­łam na krę­cone schody z kutego żelaza, warte pew­nie wię­cej niż całe moje miesz­ka­nie. Pro­wa­dziły do jacuzzi roz­mia­rów mojego pokoju. Nęciły mnie wygodne, pokryte czer­wo­nym aksa­mi­tem kanapy. Okna się­ga­jące od pod­łogi do sufitu zachę­cały, bym nacie­szyła swoje biedne oczy wido­kiem boga­tego Man­hat­tanu. A żyran­dol zdo­biły krysz­ta­łowe łezki, które zaska­ku­jąco przy­po­mi­nały małe plem­niki.

Żeby prze­trwać kolejny tydzień, Judith Pene­lope Hum­phry, prze­sta­niesz myśleć o sper­mie i zre­ali­zu­jesz plan!

Się­gnę­łam do tyl­nej kie­szeni jego spodni od Toma Forda, gdzie wsu­nął swój port­fel chwilę po tym, jak wycią­gnął z niego kilka pre­zer­wa­tyw, i zba­da­łam go drżą­cymi dłońmi. Skó­rzana kolek­cja od Bot­tegi Venety, czarny i bez naj­mniej­szej rysy. Prze­łknę­łam ślinę, ale nie potra­fi­łam prze­łknąć ner­wów.

Otwo­rzy­łam port­fel i wysu­nę­łam plik gotówki. Oka­zało się, że nie­zna­jomy ma nie tylko gru­bego fiuta. Prze­li­czy­łam w pośpie­chu, z błysz­czą­cymi oczami.

Sto, dwie­ście, trzy­sta, sześć­set, osiem­set… Tysiąc pięć­set!

Dzięki ci, Panie.

Nie­mal sły­sza­łam w gło­wie, jak karci mnie Jezus.

„Mnie nie dzię­kuj. Jestem prze­ko­nany, że «nie krad­nij» jest dość wysoko na liście rze­czy, któ­rych nie należy robić”.

Wyję­łam tele­fon z torebki i spraw­dzi­łam w nim markę port­fela, który trzy­ma­łam w dłoni. Oka­zało się, że kosz­tuje mniej wię­cej sie­dem­set dolców. Moje zepsute, lecz cięż­kie serce biło szybko, gdy wycią­ga­łam pla­sti­kowe karty, nie obda­rza­jąc ich nawet jed­nym spoj­rze­niem. Port­fel można było sprze­dać.

Naj­wy­raź­niej to samo doty­czyło moich zasad moral­nych.

Żołą­dek zwią­zał mi się w supeł ze wstydu, a twarz zapło­nęła. Zaraz się obu­dzi i mnie znie­na­wi­dzi, poża­łuje chwili, gdy pod­szedł do mnie przy barze. Nie powinno mnie to obcho­dzić. Mówił, że rano opu­ści Nowy Jork. Wię­cej go nie zoba­czę.

Gdy już opróż­ni­łam port­fel, a wszyst­kie karty i doku­menty uło­ży­łam schlud­nie na szafce noc­nej, wśli­zgnę­łam się w sukienkę i jado­wi­cie różowe, choć pokryte bło­tem trampki. Odwa­ży­łam się spoj­rzeć na niego po raz ostatni.

Był zupeł­nie nagi. Jego kro­cze przy­sła­niała pognie­ciona pościel. Przy każ­dym wde­chu jego sze­ścio­pak się napi­nał. Nawet we śnie nie wyglą­dał na bez­bron­nego. Był wytrzy­mały jak grecki bóg. Tacy faceci jak on byli zbyt zaro­zu­miali, by się dać zro­bić w balona. Cie­szy­łam się, że wkrótce będzie nas dzie­lić ocean.

Otwo­rzy­łam drzwi i opar­łam się o fra­mugę.

– Bar­dzo prze­pra­szam – wyszep­ta­łam, cału­jąc czubki moich pal­ców i prze­su­wa­jąc nimi w powie­trzu mię­dzy nami.

Z uro­nie­niem pierw­szej łzy wstrzy­ma­łam się do momentu, aż opu­ści­łam hotel.

Pięć godzin wcze­śniej

Wpa­dłam na kon­tuar i zamó­wi­łam whi­sky u bar­mana, pocią­ga­jąc nosem i strzą­sa­jąc deszcz z moich dłu­gich blond wło­sów.

Pocią­gnę­łam za koł­nie­rzyk czar­nej sukienki i jęk­nę­łam wprost w szklankę, którą bar­man prze­su­nął po ladzie w moim kie­runku. Ulu­bione chucksy – dzi­siaj rano zde­cy­do­wa­łam się na krót­kie różowe trampki, bo po wyj­ściu z domu wciąż byłam jesz­cze naiw­nie pozy­tyw­nie nasta­wiona – bujały się w powie­trzu, gdy moje mie­rzące metr sześć­dzie­siąt ciało usa­do­wiło się na stołku. Słu­chawki mia­łam mocno wci­śnięte w uszy, ale nie chcia­łam ska­zić play­li­sty dosko­na­łych pio­se­nek dzi­siej­szym bez­na­dziej­nym nastro­jem. Gdy­bym teraz posłu­chała pio­senki, którą lubię, zawsze łączy­ła­bym ją z dniem, gdy dowie­dzia­łam się, że Mil­ton jed­nak lubił robić to na pie­ska, tyle że nie ze mną.

Sta­ra­łam się puścić sobie moty­wa­cyjną gadkę, łyka­jąc whi­sky, na które nie było mnie stać, jakby było wodą.

Pod­czas roz­mowy o pracę wypa­dłam tra­gicz­nie, ale moje serce i tak ni­gdy nie było gotowe do pracy dla kato­lic­kiego cza­so­pi­sma o die­tach bez­glu­te­no­wych.

Mil­ton mnie zdra­dził. Cho­ciaż już wcze­śniej mia­łam co do niego wąt­pli­wo­ści. Jego uśmiech zawsze zni­kał nieco zbyt szybko po tym, jak spo­tka­li­śmy się z moim ojcem lub z kimś zna­jo­mym na ulicy. Jego prawa brew zawsze się uno­siła, gdy ktoś się z nim nie zga­dzał.

Jeśli cho­dzi o rosnące rachunki za lecze­nie – znajdę spo­sób, żeby sobie z nimi pora­dzić. Tata i ja mie­li­śmy miesz­ka­nie na Bro­okly­nie. Jak się pogor­szy, to je sprze­damy lub wynaj­miemy. A poza tym nie potrze­buję prze­cież obu nerek.

Pochli­py­wa­łam w mój drink, gdy do moich noz­drzy zakradł się zapach drewna cedro­wego, szał­wii i nad­cią­ga­ją­cego grze­chu. Nie pod­nio­słam głowy, nawet kiedy powie­dział:

– Na wpół pijana i kla­sycz­nie piękna. Sen każ­dego dra­pież­nika.

Miał silny fran­cu­ski akcent, gładki i szorstki jed­no­cze­śnie. Ale moje oczy sku­piały się na bursz­ty­no­wym pły­nie chlu­po­czą­cym w szklance. Nie mia­łam nastroju na poga­duszki. Zazwy­czaj byłam osobą, która potrafi zaprzy­jaź­nić się nawet z cegłą, ale w tym momen­cie mia­łam ochotę przy­wa­lić komuś w jaja tylko dla­tego, że oddy­cha w moim kie­runku. Albo w jakim­kol­wiek kie­runku. Serio.

– Albo naj­gor­szy kosz­mar napa­lo­nego męż­czy­zny – odpo­wie­dzia­łam. – A co za tym idzie, nie jestem zain­te­re­so­wana.

– To kłam­stwo, a mnie kłamcy nie kręcą. – Kątem oka zoba­czy­łam, że obraca w zębach mie­sza­dełko od drinka, rzu­ca­jąc mi szel­mow­ski uśmiech. – Ale dla cie­bie zro­bię wyją­tek.

– Pewny sie­bie i zaro­zu­miały? – W duchu wymie­rzy­łam sobie poli­czek za to, że w ogóle odpo­wie­dzia­łam. Mia­łam w uszach słu­chawki. Dla­czego w ogóle zaczął się do mnie odzy­wać? To był prze­cież mię­dzy­na­ro­dowy sygnał mówiący, by zosta­wić mnie, do cho­lery, w spo­koju! Nie­ważne, że tak naprawdę niczego nie słu­cha­łam, chcia­łam ode­pchnąć poten­cjal­nych roz­mów­ców. – Zaraz powiesz, że jestem piękna i jedyną rze­czą, jakiej mi bra­kuje, jesteś ty?

– Podej­rze­wam, że do tej pory musia­łaś tra­fiać na bar­dzo nie­okrze­sa­nych męż­czyzn. Mia­łaś aż tak ciężki dzień? – Poko­nał dzie­lący nas dystans. Mogłam poczuć cie­pło jego ciała ema­nu­jące spod skro­jo­nego na miarę gar­ni­turu.

Mia­łam prze­czu­cie, że jeśli odwrócę się i na niego spoj­rzę, tak naprawdę mu się przyj­rzę, to oddech sta­nie mi w gar­dle. Moje wście­kłe i zra­nione serce zadud­niło głu­cho w piersi.

Nie chcemy żad­nych natrę­tów, Jude.

Wysoki przy­stojny Fran­cuz pod­su­nął bar­ma­nowi stu­do­la­rowy bank­not. Zer­k­nął na mnie i zapy­tał:

– Ile drin­ków wypiła?

– To jej drugi, pro­szę pana. – Bar­man lekko ski­nął głową, wycie­ra­jąc drew­nianą powierzch­nię wil­gotną ścierką.

– Daj jej kanapkę.

– Nie chcę kanapki. – Wyszarp­nę­łam słu­chawki z uszu i rzu­ci­łam je na kon­tuar. W końcu pod­nio­słam wzrok i obró­ci­łam się na stołku baro­wym, by spoj­rzeć.

Zro­bi­łam kolo­salny błąd, jeśli mam być szczera. Przez kilka sekund nie byłam nawet w sta­nie roz­szy­fro­wać, co widzę. Pre­zen­to­wał taki poziom bosko­ści, jakiego więk­szość ludzi nie jest w sta­nie nawet pojąć. Dosko­nały jak Chris Pine, olbrzymi jak Chris Hem­sworth i cza­ru­jący jak Chris Pratt. Sta­no­wił ogromne zagro­że­nie. A ja mia­łam PRZE­RĄ­BANE.

– Jedną będziesz musiała zjeść. – Nie zaprzą­tał sobie głowy patrze­niem na mnie. Po pro­stu bawił się tele­fo­nem na bla­cie. Ekran jaśniał upior­nie. Co chwila poja­wiały się nowe wia­do­mo­ści.

– Dla­czego?

– Bo nie mam w zwy­czaju prze­la­ty­wa­nia pija­nych dziew­czyn, a dzi­siaj chciał­bym to z tobą zro­bić – odparł spo­koj­nie, wień­cząc luźne stwier­dze­nie cza­ru­ją­cym uśmie­chem z dołecz­kami, który roz­pu­ścił moje wnętrz­no­ści na papkę.

Sta­ra­łam się zamru­gać, by pozbyć się z twa­rzy wyrazu zasko­cze­nia, ale wciąż się na niego gapi­łam, ana­li­zu­jąc jego obli­cze. Nie­bie­skie oczy i kocie spoj­rze­nie, ciemne jak dno oce­anu, zmierz­wione brą­zowe włosy, linia szczęki tak ostra, że mogłaby ciąć jak papier, gdyby jej dotknąć, usta stwo­rzone do mówie­nia spro­śno­ści w sek­sow­nym języku. Praw­dziwy okaz, po raz pierw­szy oglą­dany przeze mnie na oczy. A miesz­ka­łam w Nowym Jorku przez całe życie, obco­kra­jowcy nie byli dla mnie nowo­ścią. On jed­nak wyglą­dał jak nie­praw­do­po­dobne połą­cze­nie modela i pre­zesa.

W gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze pre­zen­to­wał się surowo. Miał wyra­zi­ste rysy – ostrych kości policz­ko­wych i kwa­dra­to­wego pod­bródka dopeł­niały pięk­nie wykro­jone usta i pro­sty nos.

Prze­nio­słam wzrok na jego palce w poszu­ki­wa­niu obrączki. Teren wyda­wał się czy­sty.

– Słu­cham? – Wypro­sto­wa­łam plecy.

Fakt, że wyglą­dał jak bóg, nie dawał mu prawa, by się jak takowy zacho­wy­wać.

Bar­man prze­su­nął w moją stronę talerz z cie­płą kanapką z pie­cze­nią wołową, majo­ne­zem, pomi­do­rem i serem ched­dar na maśla­nej bułce. Bar­dzo chcia­łam pozo­stać nie­wzru­szona i się opie­rać, ale nie­stety. Wola­łam nie zwy­mio­to­wać czy­stą whi­sky w ciągu naj­bliż­szej godziny.

Sek­sowny Nie­zna­jomy oparł się o kon­tuar – ile on ma? Metr osiem­dzie­siąt pięć? Metr dzie­więć­dzie­siąt? – i prze­chy­lił głowę.

– Jedz.

– To wolny kraj! – prych­nę­łam.

– A jed­nak wyda­jesz się upar­cie wie­rzyć, że pie­prze­nie się z nie­zna­jo­mym to coś złego.

– Prze­pra­szam, nie dosły­sza­łam pań­skiego imie­nia, Panie Upier­dliwy – ziew­nę­łam.

– Will Power. Miło mi cię poznać. Słu­chaj, naj­wy­raź­niej masz zły dzień. A ja nie mam dzi­siaj co robić. Jutro rano lecę do domu, ale do tego czasu… – Pod­niósł ramię. Rękaw jego mary­narki pod­cią­gnął się, spoj­rze­nie padło na kla­sycz­nego rolexa. – Upew­nię się, że cokol­wiek cię drę­czy, znik­nie na czas tej nocy. Czy mogę poznać twoje nazwi­sko?

Pie­przyć to! I jego. Naj­pew­niej już ni­gdy w życiu nie spo­tkam przed­sta­wi­ciela tego sek­sow­nego gatunku, do któ­rego należy.

Mogła­bym za to winić Mil­tona.

I rachunki za lecze­nie.

I whi­sky.

Mogła­bym obwi­niać cały stan Nowy Jork za to, jaki mia­łam dzień.

– Spe­ars. – Zmru­ży­łam oczy i ugry­złam kęs kanapki.

O w mordę. Unio­słam ser­wetkę, którą dosta­łam razem z daniem, i spoj­rza­łam na nazwę tego miej­sca. La Coq Tail. Muszę zapa­mię­tać, żeby tu wró­cić za jakieś dwa­dzie­ścia lat, gdy w końcu spłacę rachunki za lecze­nie taty i prze­stanę się żywić chiń­skimi zup­kami.

Uniósł brew z nie­do­wie­rza­niem.

– Jak Brit­ney Spe­ars?

– Dokład­nie. A ty kim jesteś?

– Tim­ber­la­kiem.

Ponow­nie wgry­złam się w kanapkę, pra­wie jęcząc. Kiedy ostat­nio cokol­wiek jadłam? Chyba rano, zanim wyszłam z domu na roz­mowę o pracę.

– Działa mi pan na nerwy, panie Tim­ber­lake. A poza tym wyda­wało mi się, że wyła­pa­łam nazwi­sko. Will Power?

– Och tam, cze­piasz się, skar­bie. Na imię mam Célian. – Podał mi dłoń.

Iry­to­wał mnie i fascy­no­wał jed­no­cze­śnie. Wyglą­dał jak bóg, ale wyda­wał się żywy i cie­pły w dotyku jak śmier­tel­nik. Przy­ćmie­wało to mój roz­są­dek, mąciło mi w gło­wie i spra­wiało, że czu­łam się, jakby mój żołą­dek sma­gały od środka gorące języki pożą­da­nia.

– Judith. Ale wszy­scy mówią na mnie Jude.

– Zakła­dam, że jesteś fanką Beatle­sów?

– Zło­śli­wiec. Lista two­ich minu­sów robi się coraz dłuż­sza.

– To nie jedyna długa rzecz w moim przy­padku. Jedz, Judith.

– Jude.

– Nie jestem jak wszy­scy. – Rzu­cił mi nie­cier­pliwy uśmiech, patrząc w spo­sób suge­ru­jący, że zakoń­czył naszą roz­mowę.

Aro­gancki drań. Ponow­nie ugry­złam kanapkę.

– To nic nie zna­czy.

Czu­łam, że kła­mię, ale byłam zbyt emo­cjo­nal­nie wykoń­czona, by cze­go­kol­wiek sobie tej nocy odma­wiać.

Nachy­lił się w moim kie­runku, wkra­cza­jąc w moją prze­strzeń oso­bi­stą jak Napo­leon do Moskwy – z dumą i swo­bodą pogań­skiego wojow­nika. Prze­su­nął kciu­kiem po mojej szyi. Zwy­kły dotyk, a moje ciało prze­szyły silne ciarki. To była wina jego dzi­kiej męskiej szorst­ko­ści, akcentu, gar­ni­turu, moc­nego zapa­chu i ostrych rysów twa­rzy.

Byłam bez­radna.

Chcia­łam być bez­radna.

„Serce jest samot­nym myśli­wym”. Ale moje ciało potrze­bo­wało dziś towa­rzy­stwa.

Pochy­lił się. Jego usta zna­la­zły się bli­sko mojego ucha.

– Wierz mi, zna­czy – wyszep­tał.

– Nie jesteś w moim typie. – Uśmiech­nę­łam się do resztki whi­sky, jaka mi została.

– Jestem w typie każ­dej – oznaj­mił rze­czowo. – I spra­wię, że będzie ci dobrze.

– Nie wiesz, co lubię – odpa­ro­wa­łam.

Prze­ko­ma­rza­nie się z nim spra­wiało mi frajdę. Był szorstki, dosadny i nie­wzru­szony, ale, co dziwne, nie odbie­ra­łam tego jako nie­uprzej­mość.

– Założę się o całą gotówkę, jaką mam przy sobie, że wiem.

A to cie­kawe!

– A co, jeśli będę uda­wać każdy orgazm lub zacho­wy­wać się tak, jak­bym go nie miała? – Wsu­nę­łam iPoda i słu­chawki do torebki.

Ta roz­mowa nie mogła być dziw­niej­sza. Uśmie­chał się w spo­sób, jakiego ni­gdy jesz­cze nie widzia­łam na ludz­kiej twa­rzy – tak dra­pieżny, że moje wnętrz­no­ści się zaci­skały, a majtki wil­got­niały mię­dzy nogami.

– Naj­wy­raź­niej ni­gdy nie mia­łaś praw­dzi­wego orga­zmu. Kiedy spra­wię, że doj­dziesz, będziesz miała szczę­ście, jeśli nic ci nie pęk­nie.

– Zachwyt nad samym so…

– Daruj sobie docinki, Spe­ars.

Dzie­sięć minut póź­niej prze­szli­śmy razem przez ulicę w dro­dze do jego hotelu. Sta­ra­łam się nie stra­cić nad sobą pano­wa­nia, gdy weszli­śmy do efek­ciar­skiego lobby. Hotel Lau­rent Towers został posta­wiony naprze­ciwko wie­żowca LBC, sie­dziby jed­nej z naj­więk­szych sta­cji tele­wi­zyj­nych na świe­cie. W tym miej­scu aż huczało od roz­mów, ale tylko my cze­ka­li­śmy na windę. Oboje patrzy­li­śmy na jej drzwi w mil­cze­niu. Moje serce wrzesz­czało, pra­wie wyry­wa­jąc mi się z piersi, kolana drżały pod tanią czarną sukienką.

Naprawdę to zro­bię. Naprawdę zamie­rzam prze­żyć przy­godę na jedną noc.

Fakt, mia­łam dwa­dzie­ścia trzy lata, wła­śnie zosta­łam sin­gielką i zaczę­łam być mściwa. Wie­dzia­łam, że w prze­spa­niu się z nim nie ma niczego nie­mo­ral­nego. Ale wie­dzia­łam też, że to jed­no­ra­zowa przy­goda, z któ­rej za kilka lat będę się śmiać.

– Nor­mal­nie tego nie robię – oświad­czy­łam, gdy otwo­rzyły się drzwi windy i weszli­śmy do środka.

Célian nie odpo­wie­dział. Gdy drzwi się zasu­nęły, pod­szedł do mnie. Jego oczy były chłodne i obo­jętne, usta ścią­gnięte. Popy­chał mnie w stronę ściany, a każdy jego krok był bar­dziej zachłanny niż poprzedni. Serce pode­szło mi do gar­dła. Zlu­stro­wał mnie tymi pew­nymi sie­bie oczami, a ja unio­słam pod­bró­dek, czu­jąc, jak falują mi noz­drza.

Zła­pał mnie przez sukienkę, a ja jęk­nę­łam. Moje ciało ude­rzyło o tylną ścianę. Jego kciuk odna­lazł moją łech­taczkę przez mate­riał. Mocno ją doci­skał i maso­wał, zata­cza­jąc leniwe okręgi.

– Nie pró­buj mnie prze­ko­ny­wać, że jesteś grzeczną dziew­czynką – syk­nął Célian. Jego oddech, pach­nący miętą i świe­żymi ziar­nami kawy, prze­su­nął się po moim gar­dle. – Nie inte­re­suje mnie to.

– Jak na tury­stę twój angiel­ski jest wyjąt­kowo dobry – zauwa­ży­łam.

Miał twardy akcent, ale uży­wał słów jak broni. Stra­te­gicz­nie, oszczęd­nie. Każda sylaba brzmiała jak mocne ude­rze­nie.

Cof­nął się o krok, przy­glą­da­jąc mi się obo­jęt­nie.

– Jestem dobry w wielu rze­czach. I zaraz się o tym prze­ko­nasz.

Winda zapisz­czała. Célian się odsu­nął.

Drzwi się otwo­rzyły i star­sza para uśmiech­nęła się do nas, cze­ka­jąc, aż opu­ścimy kabinę. Célian oto­czył mnie ramie­niem, jak­by­śmy byli parą, i opu­ścił je dopiero, gdy zna­leź­li­śmy się poza zasię­giem wzroku.

Spa­cer w kie­runku jego pokoju mijał nam w ciszy. Ja byłam pochło­nięta hała­sem w mojej gło­wie. Prze­ko­ny­wa­łam się, że to jest w porządku. Noc przy­jem­no­ści bez zobo­wią­zań, z nie­ludzko pięk­nym tury­stą sprawi, że mój ból zej­dzie na dal­szy plan. Szłam za nim, przy­glą­da­jąc się jego sze­ro­kim ple­com i pro­stej posta­wie. Wyglą­dał, jakby tre­ning był jego pracą, ale ubie­rał się tak, jakby nie miał czasu zaj­rzeć na siłow­nię. Mimo to jego zawód pozo­sta­nie nie­roz­wi­kłaną tajem­nicą. Jutro wróci do Fran­cji. To, czy jest gorą­cym praw­ni­kiem, czy mor­dercą, nie robiło mi żad­nej róż­nicy.

Gdy dotar­li­śmy do jego apar­ta­mentu, podał mi butelkę z wodą.

– Pij.

– Prze­stań mi roz­ka­zy­wać.

– Więc prze­stań się na mnie gapić tym maśla­nym wzro­kiem, cze­ka­jąc na pole­ce­nia.

Zdjął mary­narkę i kop­nia­kiem pozbył się butów.

Apar­ta­ment był luk­su­sowy i czy­sty – aż za bar­dzo jak na zajęty pokój. Także ogromny, ale nie mogłam namie­rzyć żad­nych wali­zek, łado­wa­rek do tele­fonu, zosta­wio­nej koszuli leżą­cej na ziemi ani innych tego typu przed­mio­tów.

Wyda­wało się to podej­rza­nie. W dodatku – facet wyglą­dał na psy­cho­patę, który nie pozo­sta­wia za sobą śla­dów. A ja byłam w jego pokoju. No fan­ta­stycz­nie!

Zapa­mię­tać: po two­ich dzi­siej­szych wyda­rze­niach sta­raj się podej­mo­wać wszyst­kie przy­szłe decy­zje na pod­sta­wie wróżby z cia­stek. Lepiej na tym wyj­dziesz.

Wypi­łam wodę, którą mi podał, nie zda­jąc sobie sprawy, że to robię, a potem wrzu­ci­łam butelkę do kosza, jakby się paliła. Moja zbun­to­wana dusza odro­binę umarła.

Nie jest jesz­cze za późno, by się z tego wyplą­tać. Powiedz mu, że nie czu­jesz się dobrze, i wyjdź.

– Myślę, że powin­nam… – zaczę­łam, ale nie mia­łam szansy dokoń­czyć zda­nia.

Popchnął mnie na ścianę. Jego usta napa­dły na moje, uci­sza­jąc mnie. Wywró­ci­łam oczami od nagłej przy­jem­no­ści, pod moimi powie­kami eks­plo­do­wały gwiazdki. Chwy­ci­łam za koł­nierz jego koszuli, gdy mnie pod­niósł i zaci­snął dło­nie na moich poślad­kach. Bły­ska­wicz­nie owi­nę­łam nogi wokół jego talii. Otarł się o mnie, wznie­ca­jąc pożą­da­nie w dol­nej czę­ści brzu­cha, a gdy jęk­nę­łam, uszczyp­nął wnę­trze mojego uda. Ból spra­wił, że spró­bo­wa­łam go ode­pchnąć, ale zaraz zda­łam sobie sprawę, że wbi­jam paznok­cie w jego skórę, bo ten poca­łu­nek mi się podoba. Jego usta były jędrne, gorące i jedwa­bi­ste. Ciało twarde jak mar­mur, i to wszę­dzie.

Célian wsu­nął język w moje usta, a ja mu na to pozwo­li­łam.

Poru­szył bio­drami. Jego erek­cja doci­snęła się do mojego kro­cza, bo ponow­nie na to pozwo­li­łam.

Moc­niej przy­gryzł moją dolną wargę i wark­nął, a następ­nie possał, by zła­go­dzić ból. Bła­ga­łam o wię­cej.

Wci­snął mię­dzy nas dłoń, prze­su­nął na bok moje majtki i wło­żył we mnie dwa palce.

Byłam zawsty­dza­jąco mokra.

Sek­sowny nie­zna­jomy ode­rwał usta od moich, gro­miąc mnie wzro­kiem.

– Powinna pani dokoń­czyć wypo­wiedź, panno Spe­ars.

– Ja… Ja… – mru­ga­łam, zde­ner­wo­wana.

Zaczął wpy­chać we mnie i wycią­gać palce – powoli, tak kusząco powoli! – pod­czas gdy jego twarz pozo­sta­wała śmier­tel­nie poważna.

Kim był ten facet? Wyglą­dał na tak nie­wzru­szo­nego, nawet gdy mimo­wolny jęk wyry­wał się z moich ust za każ­dym razem, kiedy wsu­wał się we mnie głę­biej i głę­biej, a jego palce łasko­tały mój punkt G. Drugą dłoń prze­su­nął wyżej, w kie­runku moich piersi, i mocno wykrę­cił mi sutek.

– Powie­dzia­łaś, że powin­naś coś zro­bić. – Zabrał rękę spo­mię­dzy moich nóg i roz­sma­ro­wał mi na ustach moje pożą­da­nie do niego, a następ­nie ponow­nie dotknął mojej kobie­co­ści. Posma­ko­wał mnie na moich ustach. – O co cho­dziło, Judith?

Judith. Wyma­wiał J w taki spo­sób, że pra­gnę­łam umrzeć w jego ramio­nach. Gorą­cym języ­kiem błą­dził po mojej szyi, pod­bródku, war­gach, a następ­nie wsu­nął się mię­dzy nie. Trzy­ma­li­śmy się w obję­ciach, jak­by­śmy potrze­bo­wali sie­bie nawza­jem, by prze­trwać. Wie­dzia­łam, że ma to być tylko jedna noc, ale wyda­wało się to czymś o wiele waż­niej­szym.

– Ja… eee… Nic – powie­dzia­łam, grze­biąc mię­dzy nami w poszu­ki­wa­niu zamka od jego spodni.

Chwy­cił moją dłoń i doci­snął do swego olbrzy­miego wzwodu. Teraz mia­łam zupeł­nie inny powód do paniki. To coś prę­dzej by się zmie­ściło do mojej torby na siłow­nię, a nie do mojej pochwy.

– Ja nadaję tempo – oznaj­mił.

Potrzą­snę­łam głową. Nie był moim sze­fem. Wsu­nął we mnie dwa dodat­kowe palce – czyli teraz więk­szość dłoni – i poczu­łam się tak wypeł­niona, że mogła­bym eks­plo­do­wać. Z ust wyrwało mi się wark­nię­cie. Prze­chwy­cił je w naszym mokrym poca­łunku, a ja natych­miast doszłam na jego pal­cach.

Przy­jem­ność była tak inten­sywna, że zmie­ni­łam się w papkę na ścia­nie i prze­su­nę­łam się po niej jak spa­ghetti. Célian mnie pod­cią­gnął, wbi­ja­jąc palce w moje policzki i mru­żąc oczy.

– Lepiej, żebyś sma­ko­wała tak dobrze, jak wyglą­dasz.

Przy­klęk­nął. Jed­nym płyn­nym ruchem uniósł moją sukienkę i zarzu­cił sobie na ramię moją nogę. Wło­żył we mnie język, odsu­nąw­szy majtki na bok, lecz zamiast lizać czy ssać, po pro­stu zaczął mnie nim pie­przyć. Zaci­snę­łam dło­nie na jego wło­sach, zauwa­ża­jąc, że są bar­dziej mięk­kie od moich, i odchy­li­łam głowę.

Nagro­dził mnie taką minetą, jakiej ni­gdy jesz­cze nie doświad­czy­łam.

Mil­ton był szczo­drym, choć nieco mecha­nicz­nym kochan­kiem. Nato­miast ten męż­czy­zna był cho­dzą­cym orga­zmem. Byłam nie­mal pewna, że mogła­bym dojść, gdyby cho­ciaż kich­nął w moim kie­runku. Ude­rzyło mnie nagłe pra­gnie­nie zaci­śnię­cia ud wokół jego twa­rzy i zatrzy­ma­nie go tam na zawsze. Drugi orgazm prze­szył mnie od pal­ców stóp aż do głowy, jak pora­że­nie prą­dem, wysy­ła­jąc mnie wprost do nieba. A gdy zaci­snął usta na mojej opuch­nię­tej łech­taczce i mocno ją wcią­gnął, byłam pewna, że każdy anioł w pobliżu wła­śnie odzy­skał skrzy­dła. Gdy wstał, pozbył się spodni oraz koszuli i roze­rwał zębami opa­ko­wa­nie z pre­zer­wa­tywą, wie­dzia­łam, że bez względu na to, czy będę mogła go pomie­ścić, czy nie, chęt­nie skoń­czę na oddziale ratun­ko­wym, pró­bu­jąc to zro­bić.

Wszedł we mnie cały jed­nym ruchem, wbi­ja­jąc mi plecy w drzwi szafy za nami i spla­ta­jąc nasze palce. Przy­jem­ność stała się tak prze­szy­wa­jąca, że wiłam się w jego ramio­nach, wal­czy­łam z jego dłońmi, bym mogła dra­pać, doty­kać i roz­ry­wać, odpo­wia­da­jąc mu pchnię­ciem na pchnię­cie.

– Kurwa! – syk­nął. – Judith.

– Célian. – To było ostat­nie, co do niego powie­dzia­łam. Póź­niej zatra­ci­li­śmy się w gorą­cym sek­sie.

Na pod­ło­dze, jak dwa dzi­kusy.

Na pie­ska na łóżku. Usta­wił się przo­dem do tele­wi­zora, oglą­da­jąc CNN.

Powie­dzia­łam mu, że jest rów­nie uprzejmy, jak torba kamieni (rzu­cił prze­kleń­stwem, kiedy Ander­son Cooper przed­sta­wiał repor­taż o oszu­stwie wybor­czym, któ­rego nawet ja słu­cha­łam jed­nym uchem), a potem poszli­śmy pod prysz­nic. I znowu mnie wyli­zał, tym razem sku­pia­jąc się wyjąt­kowo na mojej łech­taczce.

Następ­nie zro­bi­li­śmy to przy umy­walce.

W końcu, gdy opa­dłam na łóżko, podał mi kolejną butelkę wody.

– Wyjeż­dżam o szó­stej – powie­dział. – Pokój trzeba oddać do dzie­sią­tej. W Lau­rent Towers nie lubią spóź­nial­stwa.

Chcia­łam mu powie­dzieć: po pierw­sze – żeby spły­wał, a po dru­gie – że nie powin­nam zosta­wać na noc, bo to zły pomysł. Ale chyba nie mogła­bym spoj­rzeć cho­remu ojcu w oczy po sek­sie, który wła­śnie upra­wia­łam, i to nie z moim chło­pa­kiem, z któ­rym wła­śnie się roz­sta­łam. Nie musia­łam patrzeć w lustro, by domy­ślić się, że wyglą­dam na ostro wyru­chaną, mam popę­kane opuch­nięte usta, ślady po zaro­ście zna­czą każdy cen­ty­metr mojej skóry, a na szyi wid­nieją trzy ugry­zie­nia. Nie wspo­mi­na­jąc o oczach pija­nych z pożą­da­nia, a nie od whi­sky, którą wypi­łam wiele godzin temu.

Nie­chęt­nie napi­sa­łam do taty, że prze­no­cuję u Mil­tona, i wsu­nę­łam się do łóżka Céliana, zamy­ka­jąc oczy. Czu­łam się osa­mot­niona. Nikt nie wie­dział, gdzie jestem, a jedyna osoba, którą to inte­re­so­wało – czyli tata – nie mogła mi zbyt­nio pomóc, bo już prak­tycz­nie nie opusz­czała domu.

To wła­śnie wtedy zde­cy­do­wa­łam, że nie powiem Rober­towi Hum­phry’emu o moim roz­sta­niu z Mil­to­nem Hay­esem. Tata pokła­dał w Mil­to­nie wiel­kie nadzieje, liczył, że zaj­mie się mną, gdy jego już nie będzie. Każdy kogoś potrze­bo­wał, ale w prze­ci­wień­stwie do taty ja nie mia­łam nikogo.

Célian wszedł na łóżko za mną. Jego nabrzmiały penis przy­lgnął do moich ud.

Prze­su­nął szorstką opuszką po moich żebrach, wzdłuż tatu­ażu, który zro­bi­łam w dniu osiem­na­stych uro­dzin.

„If I seem a lit­tle strange, that’s because I am”¹.

– Czyli nie lubisz Beatle­sów, ale The Smi­ths już tak. – Jego oddech popie­ścił moje ramię.

Dora­sta­łam z samot­nym tatą, który był pra­cow­ni­kiem budow­la­nym w Nowym Jorku. Pie­nię­dzy bra­ko­wało, a sie­dze­nie na pod­ło­dze i słu­cha­nie płyt winy­lo­wych było naszym ulu­bio­nym spo­so­bem spę­dza­nia czasu. Czy­ta­li­śmy też książki o John­nym Rot­te­nie i dla zabi­cia nudy wymy­śla­li­śmy gry z celowo wpro­wa­dza­ją­cymi w błąd cie­ka­wost­kami muzycz­nymi.

– Ostroż­nie, jesz­cze się przy­wią­żesz, gdy mnie poznasz! – powie­dzia­łam cicho, patrząc przez cią­gnące się od pod­łogi do sufitu okno na Nowy Jork.

Zaczął w ciszy wsu­wać się we mnie od tyłu.

– Podejmę to ryzyko.

Ta pozy­cja przy­po­mniała mi o miej­scu w pierw­szym rzę­dzie, jakie przy­pa­dło mi na przed­sta­wie­niu dla doro­słych w wyko­na­niu Mil­tona i Elise. Moje emo­cje zaczęły się mie­szać. Ciało było szczę­śliwe, ale w kąci­kach oczu zaczęły zbie­rać się łzy. Cie­szy­łam się, że facet na jedną noc nie może ich zoba­czyć, mimo że zde­cy­do­wa­nie były mie­szanką wywo­ła­nej orga­zmami rado­ści i smutku spo­wo­do­wa­nego wizją powrotu rano do domu, by zmie­rzyć się z rze­czy­wi­sto­ścią.

Bez chło­paka.

Bez pracy.

Z umie­ra­ją­cym ojcem i stertą rachun­ków, któ­rych nie mam jak opła­cić.

Gdy oboje doszli­śmy, poca­ło­wał mnie w kark, odwró­cił się i zasnął. A ja? Mia­łam dobry widok na jego spodnie i zarys wypcha­nego port­fela, który zda­wał się na mnie patrzeć.

Moje serce to samotny myśliwy.

Tej nocy pozwo­li­łam mu na ucztę.

1. Jeśli wydaję się tro­chę dziwna, to dla­tego, że taka jestem.
mniej..

BESTSELLERY