Facebook - konwersja
Więcej niż słowa - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Więcej niż słowa - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-280-6884-1
Język:
Polski
Data wydania:
17 kwietnia 2019
Rozmiar pliku:
2,8 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
31,99
Cena w punktach Virtualo:
3199 pkt.

Więcej niż słowa - opis ebooka

Nowa książka autorki powieści Listy do utraconej.

Rev każdego dnia pracuje nad tym, aby utrzymać swoje wewnętrzne demony w ryzach. Chce poukładać swoje życie i zapomnieć o czasie sprzed adopcji. Pewnego dnia, kiedy na osiemnaste urodziny dostaje list od ojca, traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa powracają z pełną siłą.

Tymczasem Emma chowa się przed realnym światem w cyberprzestrzeni. Kodowanie jest prostsze, bardziej przewidywalne, a przez to bezpieczniejsze niż kontakt z toksycznymi rodzicami. Kiedy Rev i Emma spotykają się, połączy ich nie tylko miłość, lecz także sekrety. Choć ich problemy wydają się całkiem różne, postanawiają wspólnie stawić im czoła.

FRAGMENT KSIĄŻKI

Jeden. Emma

OtherLANDS Panel sterowania

NAZWA UŻYTKOWNIKA: Emma Blue (KONTO PRYWATNE)

FUNKCJA UŻYTKOWNIKA: Admin/Twórca

NAZWA GRACZA: Azure M

NOWA WIADOMOŚĆ

Czwartek, 15 marca, 17:26

Od: N1ghtmare

Do: Azure M

Jesteś do bani.

Właśnie to zamierzam ci powiedzieć, kiedy już cię znajdę i wsadzę ci go do japy.

Ohyda. Całe szczęście, że nie dołączył zdjęcia swojego fiutka.

Już prawie naciskam guzik „zbanuj gracza”.

Wiem, że powinnam to zrobić.

Nightmare się wścieka, bo wywaliłam go z drużyny za znęcanie się nad innym graczem. Zdarzyło się to pod sam koniec misji, więc przeze mnie stracił wszystkie zdobyte wcześniej punkty doświadczenia. Dwie godziny grania poszły na marne.

Tylko że OtherLANDS nie są szczególnie popularne. Mają może ze dwustu graczy w dobre dni. Stworzyłam tę grę w ramach szkolnego projektu. Wrzuciłam link na forum 5Core, bo potrzebowałam kilku osób do jej przetestowania. Nie sądziłam, że ktoś rzeczywiście będzie chciał w to grać.

A jednak. I oto mam prawdziwych graczy. Stworzyłam społeczność. A jeden idiota trollujący mnie na forum mógł wystarczyć, żeby przepędzić resztę.

Patrzę na jego post.

Azure M wściekła się, bo trochę kogoś pocisnąłem, i mnie zbanowała. Właśnie dlatego dziewczyny nie powinny grać.

Możecie mi wierzyć, że to on. Znajdźcie mi jedną dziewczynę, która napisałaby: „wsadzę ci go do japy”.

Wzdycham i kasuję wiadomość.

Później przełączam się na iMessage i piszę do Cait Cameron.

Emma: Jakiś koleś właśnie napisał, że „wsadzi mi go do japy”.

Cait: Do japy? Ktoś tak jeszcze mówi?

Emma: Prawda?

Cait: Czasami się cieszę, że ludzie co najwyżej piszą mi, że jestem brzydka.

Cait przygotowuje makijażowe tutoriale na YouTube’a.

Nie jest brzydka. Ani trochę.

Chociaż jej pomysły bywają odjechane. Lubi się przebierać i charakteryzować, a moja geekowatość nie sięga tak daleko. Prawdziwy talent Cait ujawnia się w samodzielnie przez nią tworzonych projektach. Któregoś dnia przyszła do szkoły z maleńkimi, lśniącymi syrenimi łuskami na policzkach. Innym razem ucharakteryzowała twarz tak, że wyglądała, jakby złaziła z niej skóra, ale nauczycielka kazała jej to zmyć.

Nie bardzo lubię się malować, ale w zeszłym miesiącu po długich namowach zgodziłam się, żeby zrobiła mi makijaż; podobno wymyśliła coś wprost stworzonego dla mnie. Namalowała mi na skroniach i szczęce półprzezroczysty układ scalony, narysowała ciemne kreski na powiekach i nałożyła na nie srebrny cień. Wydawało mi się, że wyglądam całkiem fajnie, dopóki frajerzy w szkole nie zaczęli mnie pytać, czy zostałam zaprogramowana do sprawiania przyjemności.

Zmyłam makijaż w łazience już w połowie pierwszej lekcji.

Cait nie skomentowała tego. Ja też nie.

Wysyłam kolejną wiadomość.

Emma: Zaraz będę online. Zagramy?

Cait: Nie mogę. Właśnie wypróbowuję na mamie nowy makijaż z jaskółczą kreską.

No jasne.

Gdy tylko o tym pomyślę, czuję się jak wredna suka. Byłyśmy z Cait nierozłączne, ale jakoś na początku roku szkolnego zaczęłyśmy się od siebie oddalać. Nie wiem, czy zawiniły gry komputerowe, czy make-up, ale coraz częściej jest tak, że któraś z nas zawsze robi coś innego.

Chciałabym wiedzieć, jak to naprawić. Ale jeśli rozwiązaniem są rybie łuski i układy scalone, nie piszę się na to.

Wzdycham, przełączam się do OtherLANDS i loguję się jako gracz zamiast jako admin.

Od razu dostaję zaproszenie do drużyny od użytkownika Ethan_717.

Z uśmiechem zakładam zestaw słuchawkowy. Może to popołudnie jednak nie będzie totalnie do dupy.

Nie mam pojęcia, kim jest Ethan w prawdziwym życiu. Chodzi do szkoły średniej, bo na jego profilu 5Core jest napisane, że uczy się w Old Mill, ale to i tak nie bardzo zawęża pole poszukiwań. Oczywiście wcale nie musi się tak nazywać, ale Ethan_717 nie brzmi „bohatersko”, więc równie dobrze to może być jego prawdziwe imię. W grze jest zbudowany jak wojownik, odziany w czarną zbroję i czerwoną pelerynę. Maska zakrywa mu dolną część twarzy. Posługuje się dwoma elektrycznymi mieczami. Stal iskrzy od błękitnych wyładowań, kiedy wyciąga je podczas bitwy – to jeden z najlepszych efektów, jakie stworzyłam.

Ethan prawie nic o mnie nie wie, chociaż należy do wąskiego grona osób, którym zdradziłam, że to ja jestem twórcą OtherLANDS. Dla całej reszty graczy i użytkowników forum 5Core jestem po prostu Azure M, jednym z graczy. Nikt nie kojarzy Azure M z Emmą Blue.

Gdy już jesteśmy razem w drużynie, możemy się ze sobą porozumiewać przez zestaw słuchawkowy.

– Cześć, M – mówi Ethan. Jego awatar do mnie macha.

– Cześć, E. – Uśmiecham się szeroko. Ma miły głos. Nieco niższy, niż można by się spodziewać, z leciuteńką chrypką. Właściwie całkiem seksowny.

Okej, może trochę zabujałam się w Ethanie. Wokół mojej głowy nie fruwają animowane ptaszki ani nic takiego, ale jednak.

Czysty idiotyzm. Old Mill leży czterdzieści pięć minut jazdy stąd. Nie mam pojęcia, jak on naprawdę wygląda. Możliwe, że chodzi do pierwszej klasy, na litość boską.

– Miałem zamiar zgarnąć jeszcze parę osób – mówi. – Co powiesz na małą misję?

Oto kolejny z powodów, dla których trzymam animowane ptaszki w ryzach: chociaż Ethan jest zabawny i sympatyczny, gada wyłącznie o grze.

No cóż.

– Jasne – odpowiadam.

– Słuchaj, masz lukę w grafice w elfickim lesie. Jak skończymy, prześlę ci screena na 5Core, żebyś mogła to naprawić.

– Super, dzięki.

Jak już mówiłam: interesuje go tylko granie, kwestie czysto techniczne.

I tak jest okej. Chyba powinnam się cieszyć, że nie zapytał mnie o rozmiar stanika.

Po chwili na liście członków naszej drużyny pojawia się kolejna nazwa gracza: GundarWez. Jego awatar dołącza do nas na ekranie. Jest potężny i ubrany od stóp do głów na czarno, czyli kompletnie nie korzysta z personalizacji, którym poświęciłam tak dużo czasu. Nigdy wcześniej z nim nie grałam.

– Cześć, Gundar – odzywam się do mikrofonu.

– Cześć – wita się z nim Ethan.

– Hej, Azure. Hej, Ethan.

Tłumię chichot. Po tak masywnym awatarze spodziewałam się głębokiego głosu, tymczasem Gundar brzmi, jakby miał dziewięć lat.

Dołącza do nas kolejny gracz. Na widok jego nazwy przestaję się uśmiechać.

N1ghtmare. Pan Japa we własnej osobie.

Ma kobiecy awatar, no bo jakżeby inaczej. Jego piersi są tak duże, jak tylko pozwala na to mój program – na szczęście nie wygląda to zbyt obscenicznie. Wąziutka talia. Szerokie biodra. Kostium i kolor skóry spersonalizował w taki sposób, że jedno i drugie jest beżowe, więc jego awatar wygląda, jakby był nagi. Mam ochotę usunąć kolory z ustawień gry.

Mentalnie zastygam gdzieś pomiędzy obrzydzeniem a irytacją. Czuję, że robi to celowo, chociaż nie potrafię powiedzieć jak. Nie mógł wiedzieć, że jestem w drużynie, dopóki Ethan go nie dodał.

Możliwe, że nic się nie stanie. Wiem, że mnóstwo ludzi pisze w prywatnych wiadomościach rzeczy, których nigdy nie powiedzieliby na głos.

– Sorry – odzywa się szorstkim, chropowatym tonem. Przez ułamek sekundy wydaje mi się, że faktycznie za coś przeprasza, lecz później dodaje: – Myślałem, że to prawdziwa drużyna.

– Bo jest prawdziwa – mówi Ethan. – Jest nas czworo. Chcemy przeprowadzić misję…

– Nie. Dopóki nie wyautujecie laski.

Najwyraźniej niektórzy ludzie nie potrafią się ugryźć w język. Moje obrzydzenie i irytacja zamieniają się w gniew; czuję się też upokorzona.

– No dalej – mówię opanowanym głosem, chociaż serce dudni mi w piersi. – Sam się wyautuj, Nightmare.

– Nie ma mowy. Jestem tu po to, żeby grać. Po prostu nie chcę tego robić z jakąś panienką, która właśnie ma okres.

– A ja nie chcę grać z byle frajerem – odwarkuję.

– Dajcie spokój – odzywa się Ethan, wzdychając. – W tej drużynie są dzieci.

– Nie jestem dzieckiem! – oburza się Gundar.

Krzywię się. Kompletnie o nim zapomniałam.

– Stary – mówi Nightmare. – Możesz się jej stąd pozbyć? I tak nie umie grać. Zawali nam całą misję.

– Stary – powtarza drwiąco Ethan. – To ona stworzyła tę grę.

Ponownie się krzywię. Staram się nikomu o tym nie mówić.

– Dlatego jest taka kijowa?

– Z czym masz problem? – pytam.

– Z tobą – odpowiada Nightmare. – Z głupimi marudnymi laskami, którym wydaje się, że znają się na grach, bo poszły na kurs programowania, chociaż tak naprawdę gówno wiedzą. A teraz stul japę albo dotrzymam obietnicy i coś ci w nią wsadzę…

Zatrzaskuję laptopa i zrywam z głowy słuchawki. Serce mi dudni. Niespodziewanie zaczynają mnie piec oczy.

Ale nie usłyszałam nic nowego. Nie powinnam się tak denerwować.

Jestem w tym dobra. Stworzyłam tę grę. Wiem, co robię.

Masz lukę w grafice w elfickim lesie.

Okej, może nie jest idealna, ale potrafię ją naprawić. A czym może się poszczycić ten cały Nightmare? Pretensjami do całego świata? Nadwyrężoną prawą ręką?

Fuj. Nie mogę uwierzyć, że to pomyślałam. Zaczyna mi się udzielać jego poczucie humoru.

Słyszę drapanie w drzwi. Zanim zdążę wstać i je otworzyć, Texas, moja labradorka, popycha drzwi pyskiem i wchodzi do środka. Wymachuje ogonem i przyciska mi do rąk swój węszący nos.

Brzmi to rozkosznie, ale tak naprawdę daje mi do zrozumienia, że chce iść na spacer.

W porządku. Przyda mi się zmiana otoczenia. Wyłączam komputer, chowam telefon do kieszeni i zbiegam na dół.

W domu palą się wszystkie światła, chociaż oprócz mnie nikogo w nim nie ma. Texas podryguje na przednich łapach, z pełnym nadziei wzrokiem utkwionym w tylnych drzwiach.

Sięgam po obrożę i spoglądam w mrok. Mama stoi na patio z kieliszkiem wina w dłoni. Ma na sobie ciemne dżinsy i dopasowany żakiet, włosy zaczesała w niedbały koczek. Zero makijażu. Jej zdaniem malowanie się to strata czasu. Jest kardiologiem dziecięcym, więc można by pomyśleć, że empatia i współczucie będą się z niej wylewać, ale być może zużywa cały ich zapas w pracy. W domu jest zapięta pod samą szyję i krytyczna.

W porównaniu z nią tata przypomina ćpuna. Nie golił się od kilku dni, ma na sobie zapinaną na suwak bluzę i dżinsy. Siedzi rozparty w fotelu ogrodowym, z laptopem na kolanach. Na chodniku obok stoi otwarta butelka piwa.

Płomienie z ogniska oświetlają ich oboje. Nie słyszę, co mówią, ale sądząc po minach, mogę się założyć, że mama robi ojcu jakiś wykład.

W ucho wpada mi końcówka zdania:

– Nie podoba mi się, jak to wpływa na Emmę.

Gry komputerowe. Marudzi na to, że gram. Jak zwykle.

Gdy mnie zauważa, jej twarz przybiera poirytowany wyraz.

– To poufna rozmowa – woła.

Są to pierwsze słowa, jakie od niej dzisiaj słyszę.

Przesuwam skrzydło drzwi o parę centymetrów.

– Texas domaga się spaceru.

– To ją wyprowadź. – Jakbym się przed tym wzbraniała. Mama upija łyk wina. – Musisz wychodzić ze swojego pokoju raz na jakiś czas. Spędzać trochę czasu w realnym świecie.

To prztyczek wymierzony w mojego tatę, który ciągle tkwi przyklejony do komputera, żyje w cyberprzestrzeni. Zawodowo projektuje gry.

Niedaleko pada jabłko… tak, wiem.

Możecie sobie wyobrazić, jak bardzo cieszy to moją matkę lekarkę, która z pewnością wyobrażała sobie, że przed dwudziestymi piątymi urodzinami zdobędę dyplom Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa. Założę się, że nie miałaby nic przeciwko temu, bym przesiadywała w swoim pokoju, ale nad podręcznikiem do biologii.

Tata wzdycha i przesuwa dłonią po twarzy.

– Daj jej spokój, Catharine.

– Byłabym wdzięczna, gdybyś poparł mnie w tej sprawie, Tom. – Zawiesza głos. – Chyba że jesteś zbyt zajęty graniem.

Zasuwam drzwi z powrotem. Nie muszę słuchać reszty ich kłótni. Praktycznie mogłabym dopisać resztę dialogu.

W tym domu nikt nie użyłby słowa „japa”, ale poziom uszczypliwości jest zbliżony.

Wzdycham, biorę smycz i ruszam w stronę frontowych drzwi.Dwa. Rev

Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, synu.

Mam nadzieję, że kiedyś będę z Ciebie dumny.

Robert.Ellis@speedmail.com

Znalazłem ten liścik w skrzynce. Koperta jest zaadresowana do mnie.

Nie do obecnego mnie. Nigdy w życiu nie nazwałby mnie Revem Fletcherem. Może nawet nie wiedzieć, że właśnie tak się nazywam.

Ten list jest zaadresowany do osoby, którą byłem dziesięć lat temu. Na kopercie nie ma adresu zwrotnego, ale na stemplu widnieje nazwa „Annapolis”.

Nie mogę złapać powietrza. Czuję się odsłonięty, jakby ktoś do mnie celował z broni snajperskiej. Czekam, aż kula trafi mnie w tył głowy.

Co za głupota. Stoję na chodniku, na przedmieściach. Jest marzec. W powietrzu czuć chłód, w oddali widać zachodzące słońce. Dwie dziewczynki w wieku szkolnym jeżdżą po ulicy na rowerach, śmieją się i śpiewają piosenki.

Mój ojciec nie potrzebuje kuli. Wystarczy mu ten list.

Dziesięć lat temu również jej nie potrzebował.

Czasami żałuję, że nie miał wtedy broni. Kula byłaby szybsza.

Zna mój adres. Jest w pobliżu? Czy to możliwe? Włączają się uliczne latarnie, a ja ponownie omiatam wzrokiem ulicę.

Nikogo tu nie ma; tylko ja i te dziewczynki, kreślące ósemki na rowerach.

Kiedy odebrano mnie ojcu, miesiącami nie mogłem spać. Leżałem w łóżku, czekając, aż przyjdzie i się o mnie upomni. Potrząśnie mną, uderzy, przypali i zwali na mnie całą winę. Gdy nie mogłem zasnąć, wyobrażałem sobie wszystkie te rzeczy.

Czuję się, jakbym śnił koszmar. Albo miał atak paniki. Zgniatam w dłoni resztę korespondencji.

Muszę się pozbyć tego listu.

Zanim dociera do mnie, co robię, jestem już w ogródku na tyłach domu. Płomienie pochłaniają niewielką stertę patyczków i liści w jednym z naczyń żaroodpornych mojej mamy. Dym wije się w powietrzu, niosąc ze sobą mocny, słodki zapach kojarzący mi się z jesienią. Przytrzymuję kopertę nad miską, a język ognia łapczywie się po nią wyciąga.

Kartka musiała być wielokrotnie składana i rozkładana na trzy części, a później jeszcze na pół. Zgięcia są tak wyraźne, że gdybym nie uważał, papier mógłby się rozedrzeć. Zupełnie jakby ojciec napisał ten list wiele lat temu, ale czekał z jego wysłaniem aż do teraz.

Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, synu.

Trzy tygodnie temu skończyłem osiemnaście lat.

Papier ma znajomy zapach, jakby wody kolońskiej albo płynu po goleniu. Uruchamia on we mnie dawne wspomnienia i wbija ostrze niepokoju między łopatki.

Mam nadzieję, że kiedyś będę z Ciebie dumny.

Te słowa też wydają się znajome, jakby dziesięć lat nie wystarczyło, by zapomnieć o ostatnim razie, gdy wypowiedział je na głos.

Mam ochotę wsunąć rękę do naczynia z ogniem.

Później przypominam sobie o tym, co robił mi ojciec, i uświadamiam sobie, że gdybym włożył rękę w ogień, pewnie byłby ze mnie dumny.

Adres mailowy rozbłyskuje w moim mózgu niczym popsuty neon.

Robert.Ellis@speedmail.com.

Robert.

Ellis.

Robert Ellis.

Płomień trawi papier, który zaczyna się kruszyć i znikać.

Z gardła wyrywa mi się zduszony dźwięk.

Kartka ląduje na ziemi, zanim dociera do mnie, że ją tam rzuciłem. Próbuję zadeptać płomień. Spalił się tylko róg listu. Reszta jest nietknięta.

Ściągam kaptur bluzy i przeczesuję włosy palcami. Kosmyki zaczepiają się o moje drżące palce. Kłuje mnie w piersi. Mam zadyszkę, jakbym przebiegł kilometr.

Mam nadzieję, że kiedyś będę z Ciebie dumny.

Nie cierpię siebie za to, że jakaś część mnie też tego pragnie. Potrzebuje. Nie widziałem go dziesięć lat i wystarczył jeden krótki liścik, żebym w tej chwili rozpaczliwie zapragnął jego aprobaty.

– Rev?

Serce prawie eksploduje mi w piersi. Na szczęście mam doskonały refleks. Jedną stopą wywracam naczynie, a drugą zakrywam list.

– Co?! – Brzmi to bardziej jak ostrzeżenie niż pytanie. Jakby coś mnie opętało.

Geoff Fletcher, mój tata – nie ojciec – stoi w drzwiach domu i mi się przygląda.

– Co robisz?

– To do szkoły. – Wyraźnie słychać, że kłamię. Jeden krótki list zmusił mnie do kłamstwa.

Przygląda mi się z troską i wychodzi na ganek.

– Dobrze się czujesz?

– Tak, w porządku.

Mój głos wcale tak nie brzmi, a on nie jest idiotą. Podchodzi na kraniec ganku i spogląda na mnie z góry. Ma na sobie łososiową koszulkę polo i starannie wyprasowane spodnie koloru khaki; swój nauczycielski uniform. W zeszłym roku stuknęła mu pięćdziesiątka, ale nie wygląda na tyle. Trzyma kondycję i ma dobrze ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. Kiedy miałem siedem lat i zostałem tu przywieziony przez pracownika opieki społecznej, Geoff wydał mi się przerażający.

– Hej. – Jego ciemne oczy przepełnia troska. – Co się dzieje?

W głowie mam mętlik.

Powinienem teraz zdjąć stopę z listu i mu go pokazać. Na pewno coś by na to poradził.

Myślę o swoim ojcu. Mam nadzieję, że kiedyś będę z Ciebie dumny.

Prawie się trzęsę od tego wewnętrznego konfliktu. Nie chcę, żeby Geoff się dowiedział.

Geoff. Nie tata. Ojciec już trzyma mnie w garści, chociaż mam ten list raptem od piętnastu minut. Skoro już raz skłamałem, muszę w to brnąć dalej.

I wcale nie jestem z tego zadowolony.

Nie potrafię spojrzeć Geoffowi w oczy.

– Powiedziałem, że wszystko w porządku.

– Nie wyglądasz, jakby wszystko było w porządku.

– Nic mi nie jest. – Mój głos jest szorstki, przypomina warknięcie. – Okej?

– Czy coś się stało?

– Nie. – Wbijam paznokcie w pięści, a serce galopuje mi tak, jakby próbowało przed czymś uciec.

– Rev…

W końcu gwałtownie unoszę głowę.

– Dasz mi wreszcie spokój?

Geoff milknie, a mój gniew wisi między nami przez chwilę, która ciągnie się bez końca.

– Może wejdziemy do środka i porozmawiamy? – pyta niskim, łagodnym głosem. Geoff jest mistrzem opanowania. Dzięki temu świetnie się nadaje na rodzica zastępczego; dobry z niego tata. – Robi się późno. Właśnie miałem się zabrać do robienia kolacji, żebyśmy mogli zjeść, kiedy wróci mama.

– Idę do Declana.

Czekam, aż mi zabroni. Nawet nie zdaję sobie sprawy z tego, jak bardzo chcę, żeby odmówił, dopóki nie słyszę:

– W porządku.

Chociaż mnie nie odtrącił, trochę tak się czuję. Nagle mam ochotę błagać go o przebaczenie. Za to, że skłamałem, za swój gniew oraz za to, że staram się chronić ojca.

Ale nie potrafię. Naciągam kaptur i pozwalam włosom opaść na twarz.

– Najpierw to posprzątam – proponuję ze skruchą.

Przez chwilę nic nie mówi; podnoszę naczynie z ziemi i wrzucam do środka spalone resztki, nie zdejmując stopy z listu. Moje ruchy są sztywne i kanciaste. Nadal nie potrafię mu spojrzeć w oczy.

– Dzięki – mówi. – Nie wracaj późno, okej?

– Tak. – Obracam w dłoniach miskę, nie odrywając od niej oczu. Wiatr szarpie kapturem mojej bluzy, ale przynajmniej mogę się w nim schować. – Przepraszam.

Geoff nic nie mówi; czuję zbierające się w ramionach nerwowe napięcie. W końcu ośmielam się podnieść wzrok. Nie ma go na ganku.

Dobiega mnie dźwięk zasuwanych drzwi. Nie usłyszał. Wszedł do środka, zostawiając mnie z całym tym bałaganem.

* * *

Mojego najlepszego przyjaciela nie ma w domu.

Chowam się w cieniu jak przestępca, siedząc w tylnym rogu podjazdu Declana. Chłód nie wydawał się wcześniej taki przejmujący, ale przeniknął mnie do szpiku kości.

W oknach kuchni pali się światło. Widzę krzątającą się po niej matkę i ojczyma Declana. Zaprosiliby mnie do środka, gdyby wiedzieli, że tu jestem, ale nie potrafię trzeźwo myśleć przez całą tę panikę i niepewność. Wyciągam telefon, żeby do niego napisać.

Rev: Pracujesz?

Dec: Nie, jestem w kinie z J. Co jest?

„J” to Juliet, jego dziewczyna. Wpatruję się w telefon i koncentruję na oddychaniu. Nie wiedziałem nawet, jak bardzo liczę na obecność Declana, dopóki nie odkryłem, że go nie ma.

Wysuwam się z cienia i zaczynam iść. Nie mogę wrócić do domu ani tam zostać, chyba że chcę zamarznąć na śmierć. Powinienem pójść na salę gimnastyczną, ale w czwartki są zajęcia dla początkujących, a jeśli się dzisiaj z kimś zetrę, może się to dla tej osoby źle skończyć.

Chyba za długo nie odpowiadam, bo Declan przysyła mi kolejną wiadomość.

Dec: Wszystko gra?

Palce zawisają mi nad klawiaturą. Chciałem mu opowiedzieć o liście, ale teraz… czuję, że jednak nie powinienem tego robić.

Zmuszam się do napisania:

Rev: Wszystko OK. Baw się dobrze. Pozdrów J.

Telefon dzwoni prawie natychmiast. To Declan.

– Co się dzieje? – pyta nerwowym szeptem. Zastanawiam się, czy naprawdę dzwoni do mnie z kina.

– Nic. W porządku – mówię niskim, zachrypniętym głosem.

Declan milczy przez dłuższą chwilę. Zna wszystkie moje sekrety. Wie, że rzadko bywam taki małomówny.

– Chcesz, żebym wrócił do domu? – pyta.

Zupełnie jak Geoff. Obaj zachowują się tak, jakbym potrzebował pomocy. Może i potrzebuję, ale nie lubię, gdy mi się o tym przypomina.

– Taa, i zgarnij po drodze kubek lodów czekoladowych, okej? – Staram się, żeby zabrzmiało to lekko, ale nie bardzo mi wychodzi. – Nie, stary. Przecież jesteś w kinie.

– Rev.

– To nic takiego, Dec.

– Coś się stało.

– Nic się nie stało. Pogadamy później, dobra? – mówię i się rozłączam.

Zdecydowanie coś jest ze mną nie tak.

Komórka buczy niemal dokładnie w tej samej sekundzie.

Dec: Co Cię gryzie?

Ojciec przysłał mi list i nie wiem, co robić.

Nie mogę tego napisać. Już kiedy o tym myślę, czuję się słaby i niedojrzały. Mam fioletowy pas w brazylijskim ju-jitsu, a nie umiem sobie poradzić z trzema linijkami nabazgranymi na kartce papieru, którą znalazłem w skrzynce.

Rev: Nic takiego, naprawdę. Sorry, że zawróciłem Ci głowę.

Nie odpisuje. Możliwe, że się wkurzył. Albo że sam jestem wkurzony.

I dobrze. Nie wiem nawet, dlaczego mnie to cieszy.

Ponownie sięgam po telefon. Otwieram nowy mail. Wpisuję adres ojca.

Zostaw mnie w spokoju – wklepuję w linijkę tematu.

Nie dołączam żadnej wiadomości.

Po prostu klikam „wyślij”.

Idę dalej, pozwalając się wchłonąć ciemności.Trzy. Emma

Nocne powietrze jest rześkie, tylko odrobinę zbyt zimne, żeby można je było nazwać idealnym. Chyba zbliża się wiosna. Texas truchta przy moim boku, lekko merdając ogonem. Idziemy już bardzo długo. Powinnam się rozkoszować tempem spaceru, ciszą, spokojem i świeżym powietrzem, lecz zamiast tego odtwarzam w głowie sytuację z Nightmare’em.

Dotrzymam obietnicy i coś ci w nią wsadzę.

Ona nie umie grać.

Jesteś do bani.

Znowu zaczynają mnie piec oczy, a nie jestem na to przygotowana. Nerwowo zaczerpuję powietrza.

Nagle słyszę dźwięk przychodzącego maila. Okręcam smycz wokół nadgarstka i wyciągam z kieszeni telefon.

To wiadomość na 5Core. Od Ethana.

Czwartek, 15 marca, 18:46

Od: Ethan_717

Do: Azure M

Hej, przesyłam Ci obiecany screenshot.

A ten koleś okazał się dupkiem. Wywaliłem go z drużyny. Naprawdę mi przykro. Odezwij się, jak wrócisz.

Treść wiadomości sprawia, że zapominam o płaczu. Uśmiecham się.

Otwieram zrzut ekranu przesłany przez Ethana.

Potrzebuję chwili, żeby zorientować się, na co patrzę, a później zaczynam chichotać. Zbocze góry przepoławia masywną sylwetkę jego bohatera, który unosi rękę z mieczem, jakby wzywał pomocy.

Zbliżam się do rogu ulicy, na którym stoi katolicki kościół pod wezwaniem Świętego Patryka. Rozciąga się przed nim duży trawnik, a z tyłu parking. Kiedy byłam dzieckiem, przychodziliśmy tu całą rodziną na mszę, aż któregoś dnia rodzice przestali sobie tym zawracać głowę. Na domiar złego pozwalamy naszemu psu załatwiać się na kościelnym trawniku. Co prawda po niej sprzątam, ale czy to coś zmienia?

Na ulicy nie ma żywego ducha, więc zatrzymuję się pod latarnią i spuszczam Texas ze smyczy. Czekając, aż zrobi, co trzeba, wystukuję odpowiedź.

Emma: Dzięki. Naprawię to, jak wrócę ze spaceru z psem. Koło 21?

Ethan musi być online, bo odpowiedź przychodzi niemal natychmiast.

Ethan: 21 jest OK. Tym razem żadnych frajerów.

Uśmiecham się do telefonu.

– Chodź, Tex. Mamy randkę.

Texas nie wraca.

Podnoszę głowę. Trawnik jest pusty.

Rozglądam się. Ulica też jest pusta. W kościele pali się słabe światło.

Wiatr przelatuje przez korony drzew i wślizguje mi się pod kurtkę. Powietrze pachnie zbliżającym się deszczem.

Nasłuchuję dzwonienia metalowych plakietek przy obroży Texy. I nic.

– Tex! – wołam. – Texy! Do nogi!

Jak mogłam zgubić dziewięcioletniego psa w mniej niż trzydzieści sekund?

Nie siedź ciągle przed ekranem.

Mama mnie zabije.

Nagle z oddali dobiega cichutkie dzwonienie. Pewnie poszła za róg budynku. Zaczynam biec i zauważam ją na tyłach kościoła, pod oknami witrażowymi. Jest bardzo ciemno, ale wygląda na to, że moja sunia coś je.

OMG. Jeśli znalazła jakieś martwe zwierzę, to chyba się porzygam.

– Texas! – krzyczę, biegnąc w ciemności. – Tex. Zostaw to!

– Nic jej nie jest – odzywa się męski głos. – Ja jej to dałem.

Z gardła wyrywa mi się krótki krzyk. Potykam się w trawie i przewracam.

– Przepraszam – mówi cicho chłopak. Teraz go widzę; ciemną sylwetkę skuloną pod ścianą kościoła. Ma na sobie czarne dżinsy i bluzę z przepastnym kapturem, zakrywającym mu całą twarz. Mam wrażenie, że rozmawiam z lordem Sithów. – Przepraszam – powtarza. – Nie chciałem cię przestraszyć. Myślałem, że mnie widzisz.

Gramolę się z ziemi. Telefon upadł mi gdzieś w trawę i w razie czego nie będę się miała czym obronić.

Nie do wiary, że w takiej chwili przejmuję się telefonem.

– Kim jesteś? – dyszę. – Co zrobiłeś mojemu psu?

– Nic! To tylko nuggetsy.

Texy wygląda na zachwyconą. Wymachuje ogonem i patrzy na mnie, radośnie mlaskając.

Mój przyspieszony puls jakoś nie ufa temu chłopakowi.

– Mam uwierzyć, że tak po prostu siedzisz sobie pod kościołem i wcinasz kurczaka?

– Tak. To znaczy, ja siedzę, a twój pies wcina – oznajmia cichym, beznamiętnym głosem.

Przełykam ślinę, starając się uspokoić oddech.

– Chyba nie dodałeś do tego trutki na szczury?

– Oczywiście, że nie – odpowiada z urazą.

– Co tu robisz?

– Lubię to miejsce.

– Bo łatwo można tu zakopać ciało?

– Co?

– Nic.

Texas kończy jeść, podchodzi do chłopaka i zaczyna obwąchiwać jego puste dłonie. Psi zdrajca. Chłopak drapie ją za uszami, a ta kładzie się obok niego. Jest w nim coś znajomego, ale nie potrafię powiedzieć co.

Podchodzę trochę bliżej.

– Czy my… Czy my się znamy?

– Nie sądzę. – Brzmi to tak, jakby w siebie nie wierzył. – Chociaż może. Chodzisz do Hamiltona?

– Tak. A ty?

– Do ostatniej klasy.

Jest o rok starszy ode mnie. Przyglądam się badawczo ukrytej w cieniu postaci.

Nagle go kojarzę. Nie wiem, jak ma na imię, ale wiem, kim jest. Na widok bluzy z kapturem powinnam od razu się zorientować, bo zawsze je nosi. Słyszałam, że nazywają go Ponurym Żniwiarzem, ale nie wiem, czy zdaje sobie z tego sprawę. Nie jest niebezpieczny, po prostu budzi niezdrowe zainteresowanie. Właściwie wcale go nie znam, po prostu zdaję sobie sprawę z jego istnienia; tak to już jest z tymi odludkami.

Początkowy strach ustępuje we mnie miejsca ciekawości; zaczynam się zastanawiać, po co nastolatek miałby tu siedzieć po ciemku.

– Dobrze się czujesz? – pytam.

Kręci głową.

– Nie.

Mówi to tak po prostu, bez większych emocji; dopiero po chwili dociera do mnie, że powiedział „nie”. Dłonie ma schowane w futrze Texy, która nie przestaje się do niego łasić.

Spoglądam na telefon.

– Może po kogoś zadzwonię?

– Nie trzeba.

Siadam obok niego na trawie, która jest zimna i lekko wilgotna.

– Coś się stało? – pytam cicho.

Waha się z odpowiedzią.

– To dosyć szerokie pytanie.

Naprawdę?

– Na pewno nie chcesz, żebym po kogoś zadzwoniła?

– Na pewno.

Przez chwilę siedzimy w ciszy. Texy kładzie mu głowę na kolanach i wsuwa szyję pod jego rękę. Chłopak nadal zanurza palce w jej futrze, aż wreszcie mój pies zaczyna przypominać koło ratunkowe, a on – rozpaczliwie uczepionego na nim topielca.

W końcu podnosi na mnie wzrok. Nie jestem pewna, skąd to wiem, bo jego kaptur przesuwa się raptem o parę centymetrów.

– Wierzysz w Boga?

Właśnie osiągnęliśmy maksymalny poziom absurdu na ten wieczór. Zwilżam językiem usta.

– Nie wiem – odpowiadam szczerze.

Na szczęście nie próbuje ze mną dyskutować.

– Jest taki wers – mówi. – Kto bowiem żywi wątpliwości, podobny jest do fali morskiej wzbudzonej wiatrem i miotanej to tu, to tam¹.

Mrużę oczy.

– To cytat z Biblii?

– Tak – mówi, jakby to była najzwyklejsza rzecz pod słońcem. – Wiesz, co w nim lubię? To, że opisuje wątpliwości jako coś nieuniknionego. Brak pewności nie jest niczym złym.

Mrugam i zastanawiam się nad tym, co usłyszałam. Powinno mnie to zniechęcić, ale jakimś cudem wcale się tak nie dzieje. Mam wrażenie, że ten chłopak podzielił się ze mną cząstką siebie.

Szkoda, że nie wiem, jak ma na imię.

– Mnie też się to podoba – mówię.

Milczy przez dłuższą chwilę, ale czuję, że mnie ocenia. Patrzę na niego – a przynajmniej tam, gdzie wydaje mi się, że są jego oczy. Nie mam nic do ukrycia.

– Skojarzyłaś już, skąd mnie znasz? – pyta.

– Widziałam cię w szkole.

– Wiesz coś o mnie?

To pytanie wydaje się dziwnie poważne, przez co zaczynam się domyślać, że jego historia skrywa coś więcej niż tylko twarz w kapturze.

– Jak na razie wiem tylko, że lubisz przesiadywać pod kościołami i cytować Biblię – mówię. – A dowiedziałam się tego w ciągu ostatnich dwóch minut.

Śmieje się krótko i bez humoru.

– Dlaczego chciałeś wiedzieć, czy wierzę w Boga? – pytam.

Krzywi się i odwraca wzrok.

– Czasami zapominam, że wychodzę na dziwaka, mówiąc podobne rzeczy.

– Wcale nie uważam cię za dziwaka.

Sięga do kieszeni i wyciąga z niej złożoną kartkę.

– Znalazłem w skrzynce ten list, a teraz siedzę tu i zastanawiam się, co z nim zrobić.

Nie podaje mi go, więc czekam, co jeszcze powie.

– Chcesz, żebym go przeczytała? – pytam, gdy tego nie robi.

Po chwili wahania podaje mi list. Rozkładam papier i widzę spadające na trawę ciemne płatki. Czytam trzy krótkie linijki i usiłuję zrozumieć, dlaczego tak się nimi przejął.

Patrzę na niego.

– Ktoś przysłał ci nadpalony list?

– Sam to zrobiłem. Podpaliłem go.

Oblizuję usta.

– Dlaczego?

– Bo to list od mojego ojca. – Przez chwilę nic nie mówi. – Nie widziałem go dziesięć lat. – Znowu milczenie, tym razem cięższe. – Z różnych powodów.

– Różnych powodów – powtarzam jak echo. Patrzę na niego, starając się określić emocje, które słyszę w jego głosie. Usiłuję pojąć, co może człowieka zmusić do spalenia listu od osoby, której nie widziało się dziesięć lat. Na początku myślałam, że złość, bo słychać jej ślad w głosie chłopaka, ale chyba jednak nie.

Kiedy w końcu się domyślam, sama jestem zaskoczona.

– Ty się boisz – szepczę.

Wzdryga się, ale mnie nie poprawia. Przeczesuje sierść Texy tak naprężonymi palcami, że aż zbielały mu knykcie.

Myślę o swojej hiperkrytycznej matce i wyluzowanym tacie. Owszem, zdarza nam się kłócić, ale nigdy się ich nie bałam.

Z różnych powodów.

Chłopak niespodziewanie podrywa się z ziemi. Jest większy, niż się spodziewałam, wysoki i szczupły, szeroki w barkach. Porusza się jak wojownik ninja, płynnie i bezszelestnie.

Kiedy teraz na niego patrzę, nie potrafię sobie wyobrazić, że mógłby się czegokolwiek bać.

– Muszę wracać do domu – mówi.

Wydaje się lekko spłoszony, więc jestem zdziwiona, gdy wyciąga rękę i pomaga mi wstać. Jest silny. Jego uścisk sprawia, że czuję się lekka jak piórko.

Gdy już stoimy obok siebie, chłopak nawet nie drgnie. Jego spojrzenie przyciąga jakieś światło, które odbija się w ukrytych pod kapturem oczach.

– Dziękuję.

– Za co?

– Że mnie dostrzegłaś.

A później odwraca się, przebiega przez ulicę i znika w ciemności.
mniej..

BESTSELLERY