Facebook - konwersja
Wszystkie moje kłamstwa - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Wszystkie moje kłamstwa - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
Tłumacz:
ISBN:
978-83-8053-856-6
Język:
Polski
Data wydania:
13 stycznia 2021
Rozmiar pliku:
803 KB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
PROMOCJA
20,90
31,90
Cena w punktach Virtualo:
2090 pkt.

Wszystkie moje kłamstwa - opis ebooka

Po hipnotyzującym Wszystkie nasze tajemnice i wkręcającym Zmyśleniu Jess Ryder wraca z kolejnym fenomenalnym thrillerem! Jej historie uzależniają jak narkotyk.

W dniu swoich czterdziestych urodzin Erin jest najszczęśliwszą kobietą na świecie. Przedszkole, które prowadzi, prosperuje świetnie. Otaczają ją oddani pracownicy i wspierające przyjaciółki. Mąż wielbi ziemię, po której ona stąpa. Dzieci się im udały.

No właśnie. Dzieci.

Wychowywana w surowej katolickiej rodzinie Erin, jako nastolatka, oddała do adopcji swoją pierworodną córkę.

Nigdy jej nie szukała.

Nigdy nie powiedziała o tym mężowi.

Nigdy nie zastanowiła się, co się stanie, gdy dziewczynka dorośnie.

Kłamstwo ułatwiło jej życie. Do czasu.

Erin rozumie, że popełniła wielki błąd. Teraz za wszystkie swoje kłamstwa zapłaci życiem. Może nawet dosłownie.

 

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

Erin

Teraz

Powinnam była powiedzieć o wszystkim Tomowi, gdy tylko się poznaliśmy. Ta właśnie myśl chodzi mi po głowie podczas pobytu w policyjnej celi. Moje życie zostało podzielone przez ten okropny błąd – przed i po tym, jak Tom się dowiedział. Gdybym miała go po swojej stronie, poradziłabym sobie z innymi problemami, nawet tymi największymi. Ale nigdy nie dałam mu szansy. Był wtedy taki niewzruszony, tak przekonany o swojej racji.

„Obiecaj, że nigdy mnie nie okłamiesz, Erin. – Właśnie to powiedział w wieczór przed naszym ślubem. – Nie zniosę tego. Jeśli chociaż raz zawiedziesz moje zaufanie, to będzie koniec naszego małżeństwa”.

Mogłam – powinnam była – powiedzieć mu wtedy, ale stchórzyłam. Ceremonia w urzędzie stanu cywilnego była już zaplanowana, przyjęcie weselne zorganizowane, miesiąc miodowy opłacony. A przede wszystkim w moim brzuchu rósł Oliver. Znalazłam kogoś, kto chciał spędzić ze mną resztę życia i zostać ojcem mojego dziecka, i wolałam nie ryzykować. Trzymałam buzię na kłódkę, a potem było już za późno.

W celi panuje chłód, chociaż dzień jest ciepły i słoneczny. Wyginam plecy, rozciągając bolące mięśnie. Od jak dawna tutaj czekam? Musiało minąć wiele godzin. Czas stał się ruchomym przedmiotem, którego już nie potrafię schwycić.

Podejrzewam, że gromadzą więcej dowodów. Albo grają na zwłokę, żeby mnie złamać. Mogą mnie tu trzymać przez dwadzieścia cztery godziny, potem będą musieli postawić mi zarzuty albo mnie wypuścić. Jestem świadkiem czy podejrzaną? Detektyw prowadzący śledztwo wie, że kłamię, ale nie potrafi zrozumieć dlaczego. Gdyby poprosił, żebym opowiedziała mu całą historię od początku, wszystko stałoby się jasne i załatwilibyśmy tę sprawę w kilka minut. On jednak chce tylko wiedzieć, co się wydarzyło wczoraj pomiędzy dziesiątą a jedenastą wieczorem.

Nie zamierzam mu pomagać. Za wszelką cenę będę się trzymać swojej wersji. Chcę, żeby postawili mi zarzuty – postanowiłam na to nalegać. Tylko tak mogę odpokutować za prawdziwą zbrodnię, którą popełniłam przed laty, chociaż nie zrobiłam wtedy niczego nielegalnego. Oddanie dziecka do adopcji wydawało mi się właściwą decyzją. Wierzyłam, że w ten sposób rozwiązuję problem, a nie go potęguję. Byłam taka naiwna. Ani razu nie pomyślałam o tym, co może się wydarzyć, gdy dziewczynka dorośnie.2

Erin

Lipiec 1994

Jestem w parku z Ashą, Holly i tysiącem innych nastolatków. W uszach mi brzęczy, a dźwięk wydobywający się z systemu nagłaśniającego wibruje mi w klatce piersiowej; czuję dotyk i zapach obcych spoconych ciał, podczas gdy wszyscy skaczemy w rytm muzyki, unosząc pięści. Gardła mamy zdarte od krzyku.

Jesteśmy na koncercie zespołu Acacia Drive, trzech kolesi, którzy kiedyś chodzili do naszej szkoły, a teraz jakimś cudem wylądowali na szczycie list przebojów muzyki niezależnej. Wrócili tu jako główna gwiazda festiwalu Summerfest, weekendowej imprezy odbywającej się w lokalnym parku miejskim. Wśród atrakcji znalazły się przedstawienia lalkowe, zabawy plastyczne dla dzieci, stoiska z jedzeniem, klauni, żonglerzy, artyści uliczni, bajarze i muzycy, a punktem kulminacyjnym miał być darmowy koncert na świeżym powietrzu, zorganizowany na prawdziwej scenie. To najbardziej ekscytujące wydarzenie, jakie kiedykolwiek odbyło się w Camford, nudnym miasteczku targowym leżącym pośrodku jeszcze nudniejszych wiejskich terenów hrabstwa Essex.

Początkowo mama i tata nie chcieli mnie puścić. Niedzielny koncert miał się skończyć za późno, ja byłam za młoda, a rodzice bali się tłoku, kieszonkowców, narkotyków i podejrzanych ludzi czających się w krzakach i czekających tylko na to, aby się na mnie rzucić. A przede wszystkim następnego dnia miałam szkołę.

Ja wysuwałam własne argumenty. Letni semestr zbliżał się ku końcowi i na lekcjach niewiele się działo. Nie miałam w tym roku egzaminów, no i przecież chodziło o koncert w lokalnym parku, a nie o wyprawę na Glastonbury. Ale niezależnie od tego, jak bardzo próbowałam uspokoić ich obawy, pozostawali nieugięci. Nadszedł weekend i moja sytuacja wyglądała nieciekawie. Asha i Holly wybierały się na koncert, podobnie jak większość ludzi z mojej klasy. Właściwie miał tam się pojawić każdy, kto był chociaż odrobinę cool. Wiedziałam, że jeśli mnie tam zabraknie, będą się ze mnie nabijać przez całe wakacje.

Na szczęście ocalił mnie tata Ashy, który zaproponował, że podwiezie naszą trójkę do parku, a potem odbierze nas po koncercie, punktualnie o dziesiątej wieczorem. To było genialne rozwiązanie. Rodzice Ashy mieli jeszcze większą obsesję na punkcie dobrych ocen i odrabiania prac domowych niż moi, więc skoro oni byli gotowi spuścić swoją czternastoletnią córkę ze smyczy na jeden wieczór, mama i tata nie mogli dłużej oponować.

Przeszmuglowałam do Holly imprezowe ciuchy i poświęciłyśmy całe popołudnie na przygotowania – czesałyśmy się nawzajem, malowałyśmy sobie paznokcie i robiłyśmy makijaż, pożyczyłam też od niej buty na obcasie. W końcu chwiejnym krokiem ruszyłyśmy do Ashy. Jej tata był nieco zaszokowany, gdy pojawiłyśmy się na jego progu takie wystrojone, jednak nie skomentował tego, tylko zapędził nas do samochodu i zawiózł do centrum.

Ale najważniejsze, że nam się udało i naprawdę tu byłyśmy. Przepchnęłyśmy się przez tłum, żeby mieć przyzwoity widok. Support okazał się trochę nudny, ale Acacia Drive to niesamowity zespół. Wciąż próbuję ich sobie wyobrazić jako uczniów trzeciej klasy liceum, w mundurkach Greenfield, biegających po korytarzach albo grających w piłkę na szkolnym boisku… To było nie tak dawno temu, a teraz są sławni. Może i dla mnie jest jeszcze nadzieja.

Ludzie unoszą zapalniczki jak na prawdziwym koncercie, a ja zauważam grupę starszych chłopaków stojących nieopodal. Jeden z nich – najprzystojniejszy, a co za tym idzie, ich lider – obserwuje mnie. Czuję, jak przeszywa mnie wzrokiem, podczas gdy kiwam biodrami i wymachuję rękami nad głową. Za każdym razem, gdy się odwracam, gapi się na mnie z uśmieszkiem w kąciku ust.

– Chcesz trochę?! – woła, unosząc dużą butelkę wody mineralnej.

– Tak, dzięki, umieram z pragnienia. – Chwytam butelkę i biorę długi, entuzjastyczny łyk.

Ale to nie woda, tylko alkohol. Chyba wódka zmieszana z jakimś napojem. Próbuję powstrzymać kaszel. Cokolwiek właśnie wypiłam, sprawiło, że w gardle czuję ogień, ale udaję, że od początku wiedziałam, na co się piszę. Biorę kolejny łyk i pozwalam, by alkohol zaczął krążyć w żyłach.

– Dokończ, jeśli chcesz – mówi chłopak, skupiając wzrok na strumyczku potu ściekającym mi między piersiami.

Śmieję się i zatrzymuję butelkę, popijając z niej od czasu do czasu w trakcie tańca. Przysuwam się do chłopaka coraz bardziej. Rozsądna Asha rzuca mi ostrzegawcze spojrzenie, ale udaję, że tego nie zauważam.

Jest niemal dziesiąta, lecz koncert trwa w najlepsze. Główny wokalista przechadza się po scenie i pochyla, żeby dotknąć dłoni dziewcząt. Moje ciało przypomina napięty bęben. Efekty świetlne pulsują kolorami w moim mózgu.

– Lepiej już chodźmy! – woła Asha. – Nie chcę potem utknąć w tłumie wychodzących!

– Okej… Chodź, Erin. – Holly klepie mnie po ramieniu.

Gdy odwracam się, żeby na nią spojrzeć, moja głowa potrzebuje ułamka sekundy dłużej, by nadążyć za ciałem.

– Ale koncert jeszcze się nie skończył – jęczę, spoglądając tęsknie w stronę sceny. Z pewnością nie musimy wybiegać z parku jak trzy Kopciuszki. W sekrecie opróżniłam do końca butelkę z wódką i czuję się rozkosznie zbuntowana. – Twój tata na pewno poczeka.

– Powiedział, że mamy się stawić punktualnie o dziesiątej; taka była umowa. – Asha wygląda na zaniepokojoną. – Proszę, Erin.

– Okej, okej… – Przewracam oczami, zirytowana, ciskam butelkę na ziemię i ruszam za przyjaciółkami, klucząc w tłumie w stronę wyjścia.

Po kilku metrach ktoś łapie mnie za rękę. Odwracam się gwałtownie. To koleś, który dał mi wódkę; koleś, który gapił się na mnie przez cały wieczór.

– Nie idź! – woła, przekrzykując muzykę. – Wieczór dopiero się zaczyna!

Alkohol szumi mi w głowie; czuję miękkość w kolanach, moja dłoń słabnie w jego uścisku.

– Ale ja obieca… – zaczynam, jednak słowa giną w ogłuszającym aplauzie.

Zespół ogłosił, że to będzie ich ostatni utwór.

– A co mi tam. – Pozwalam, by przemawiał przeze mnie alkohol, i ani się obejrzę, a chłopak wsadza mi język do gardła.

Wyczuwam, że park powoli pustoszeje wokół nas, docierają do mnie urywki rozmów i wybuchy śmiechu mijających nas ludzi. Temperatura nagle spada i gdy odrywamy się od siebie, niebo jest ogromne i pełne gwiazd. W głowie mi się kręci i zataczam się w srebrnych sandałkach Holly, podczas gdy chłopak prowadzi mnie do pobliskiego drzewa i opiera o szorstką korę. Całuje mnie wygłodniale, niemal brutalnie. Jego kilkudniowy zarost drażni moją miękką, młodą skórę. Zaczyna rozpinać guziki mojej bluzki, ale przykrywam jego dłonie swoimi i szepczę:

– Nie tutaj.

– Ile masz lat? – pyta, odsuwając się, i przygląda mi się uważniej.

Większość makijażu spłynęła mi z twarzy razem z potem.

– Szesnaście – mówię, szybko dodając sobie dwa lata.

On wygląda na co najmniej dwadzieścia.

– Jak masz na imię, księżniczko?

– Erin – mówię, a on znowu mnie całuje. – A ty?

– Ja? – odpowiada takim tonem, jakbym powinna to wiedzieć. – Jestem Dean. Dean Philips.

Uśmiecham się i kiwam głową, chociaż to nazwisko nic mi nie mówi.

– Lepiej już pójdę – mówię, otumaniona. – Przyjaciółki… czekają…

– Nieee, już dawno się poddały.

Jak długo całowaliśmy się pod tym drzewem? Dziesięć minut? Pół godziny? Jego kumple czekają jakieś dwadzieścia metrów dalej, z rękami w kieszeniach, kopiąc ziemię czubkami butów, i wyglądają na zniecierpliwionych. Kilku maruderów wciąż kręci się po parku, a zespół porządkowy w żółtych kamizelkach zbiera śmieci do worków. Potężni faceci w czarnych T-shirtach demontują oświetlenie na scenie i pakują głośniki do ogromnych lśniących kontenerów.

– Muszę już iść… – Próbuję się oderwać od drzewa. Czy tata Ashy wciąż na mnie czeka, czy już odjechał? Na pewno powie moim rodzicom, że nie pojawiłam się na miejscu zbiórki. A co, jeśli mój ojciec wskoczy do samochodu, przyjedzie tu i wywlecze mnie z parku jak małe dziecko? To byłoby kompletnie upokarzające, szczególnie gdyby doszło do tego na oczach Deana. A co, jeśli mama zadzwoni na policję?

Euforia zaczyna słabnąć i robi mi się niedobrze. Muszę odnaleźć dziewczyny albo złapać autobus. Tak czy inaczej, wpakowałam się w niezłe kłopoty.

– Przepraszam… muszę iść.

– Nie dotrzesz do domu w takim stanie – protestuje Dean. – Odwieziemy cię. – Strzela palcami, przywołując kolegów, którzy podbiegają do niego posłusznie. – Gary? Sprowadź samochód. Dziewczyna potrzebuje podwózki.

Gary – wysoki, chudy i pryszczaty koleś – macha kluczykami w odpowiedzi i rusza w stronę parkingu znajdującego się kilkaset metrów dalej. Wiem, że wypił co najmniej tyle samo co ja i na pewno nie powinien prowadzić, ale nic nie mówię. Muszę się dostać do domu, i to szybko.

Wytaczam się z parku, podtrzymywana przez Deana, który obejmuje mnie w talii tak mocno, że niemal nie dotykam stopami ziemi. Jego kumple idą przodem, szturchają się nawzajem żartobliwie i rzucają pod nosem sprośne komentarze, których nie rozumiem. Ale nie boję się ich; czuję się bezpieczna. Dean jest ich szefem i wiem, że się mną zaopiekuje.

Gary zatrzymuje forda mondeo na skraju trawnika, a Dean otwiera drzwi, żebym zajęła miejsce z tyłu, i siada obok mnie. Inny koleś, który – jak później się dowiem – ma na imię Mark, wsiada z drugiej strony i celowo przesuwa się tak, żeby nasze uda się stykały. Przypominam nadzienie w ich męskiej kanapce.

Podaję im nazwę ulicy, przy której mieszkam, i ruszamy z piskiem opon. Gary brawurowo pokonuje zakręty, wciskając hamulec w ostatniej chwili i przyspieszając na pomarańczowym świetle. Dean cały czas obejmuje mnie ramieniem, a drugą ręką gładzi mnie po udzie. Kąsa moją szyję niczym wampir wgryzający się w miękkie ciało. Czuję, że Mark jest spięty. Mocniej dociska nogę do mojej, ale nie ma odwagi zrobić nic więcej. Jestem zabawką Deana; nie do podziału.

W samochodzie śmierdzi potem i fajkami. Gary włącza głośną muzykę i spuszcza szyby. Mark bębni dłońmi o tył fotela pasażera, a koleś siedzący z przodu – już zapomniałam, jak się nazywa – mówi mu, żeby przestał.

– Wysadźcie mnie tutaj! – wołam, gdy docieramy do wylotu ulicy Coleridge Close. Mieszkam na samym końcu i nie chcę, by Gary próbował potem zawracać na trzy przed moim domem.

Dean otwiera drzwi i wysiada. Przesuwam się po siedzeniu i właściwie wypadam na chodnik. Uderza mnie świeże powietrze i boję się, że zaraz zwymiotuję na jego oczach.

– Jesteś kompletnie nawalona. – Dean się śmieje. Dźwiga mnie z ziemi i opiera o bok samochodu, żeby obmacać mnie na pożegnanie. – Większość wieczorów spędzamy w barze Craven Arms przy Main Street. Kojarzysz to miejsce?

Kiwam głową.

– To wpadnij tam i mnie poszukaj, okej? Wkrótce.

– Okej. Dzięki za podwózkę.

– Cała przyjemność po mojej stronie, księżniczko. Uważaj, jak idziesz.

Odsuwa się i wypuszcza mnie z objęć. Odzyskuję równowagę i chwiejnym krokiem ruszam w stronę domu. Nie mam odwagi obejrzeć się przez ramię, bo boję się, że znowu upadnę, ale słyszę, jak drzwiczki trzaskają i samochód odjeżdża z piskiem.

Światła na dole wciąż się palą. Matka musiała wyglądać przez okno, bo otwiera drzwi, gdy tylko wkraczam na dróżkę prowadzącą do wejścia.

– Erin – warczy. – Wchodź do środka, natychmiast. Twój ojciec cię szuka. Jest wściekły.

Gdy przekraczam próg, natychmiast trzeźwieję.

– To nie była moja wina – protestuję. – Zgubiłam się w tłumie. Szukałam ich, ale już zniknęli. Nie poczekali na mnie.

Matka wymierza mi policzek.

– Nie kłam! Wiem, co robiłaś. Śmierdzisz alkoholem, a makijaż masz zupełnie rozmazany. Wyglądasz jak dziwka. Nie opuścisz tego domu przez następne dwa tygodnie, słyszysz mnie? A teraz marsz na górę.

Wspinam się po schodach do swojego pokoju, cały czas walcząc z zawrotami głowy. Nie obchodzi mnie to, że zostałam ukarana. W tym momencie wydaje mi się, że było warto. Nie mogę przestać myśleć o Deanie, o tym, jak mnie całował, dotykał, jak nazywał mnie księżniczką. Znajdę sposób, by wymknąć się z domu i spotkać z nim w Craven Arms. On chce mnie jeszcze zobaczyć. Czeka na mnie.3

Erin

Styczeń 2020

Serce zabiło mi szaleńczo w piersi i zrobiło mi się słabo. Musiałam uciec na górę, do sypialni. Trzymałam urodzinową kartkę w dwóch palcach, jak coś martwego. Miałam ochotę rzucić ją na ziemię, ale nie śmiałam. Chciałam ją zniszczyć, ale nie mogłam. Chociaż nogi miałam jak z ołowiu, powlokłam się do przedpokoju i zaczęłam wspinać po schodach.

Tom musiał zauważyć, że opuszczam salon, bo pojawił się nagle obok.

– Kochanie? Dokąd idziesz? Zaraz będzie tort!

– Daj mi kilka minut. Muszę… eee… inne buty – wydusiłam z trudem. Bałam się, że zapyta, dlaczego ściskam w palcach czerwoną kopertę, jakby od tego zależało moje życie, ale chyba jej nie zauważył.

Dotarłam do sypialni i zamknęłam za sobą drzwi. Gdy usiadłam na łóżku, ogarnęły mnie mdłości. Nie miałam za dużo czasu, żeby wziąć się w garść. Tom na razie mi odpuścił, ale nie pozwoli, bym ukrywała się za długo.

Głowa pękała mi w szwach od pytań. Skąd ona wiedziała, gdzie mnie znaleźć? Dlaczego czekała tak długo, żeby się ujawnić? Dlaczego ze wszystkich dni wybrała akurat moje czterdzieste urodziny? Zupełnie jakby wrzuciła do domu granat ręczny w nadziei, że eksploduje na oczach mojej rodziny i moich przyjaciół i zniszczy całą uroczystość. Dlaczego to zrobiła?

Poczułam przypływ gniewu, ale potem zdałam sobie sprawę, że patrzę na całą sytuację z niewłaściwej strony. Skąd mogła wiedzieć, że jej istnienie stanowi mroczny sekret? Pewnie po prostu pomyślała, że zrobi mi wspaniałą niespodziankę – najlepszy prezent urodzinowy ze wszystkich.

Drżącymi palcami znowu otworzyłam kopertę i wyciągnęłam kartkę, szukając jakichś informacji na temat młodej kobiety, która mi ją przysłała. Wciąż nie mogłam pojąć, że to wiadomość od mojego dziecka, od mojej dorosłej córki…

Zawsze, gdy o niej myślałam, wyobrażałam sobie niemowlę. Pamiętałam, jaka była różowa i miękka, z podpuchniętymi oczami i zmarszczkami jak u staruszki. Urodziła się siedem tygodni za wcześnie, była bardzo drobna i miała niedowagę. Położna pozwoliła mi wziąć ją w ramiona tylko na kilka sekund, po czym zabrano ją na oddział intensywnej opieki noworodkowej.

Odwiedziłam ją kilka razy następnego dnia; po prostu stałam tam i gapiłam się na nią przez szybę inkubatora. Jakoś do mnie nie docierało, że wyszła z mojego ciała. Wyglądała jak mały kosmita, ledwie przypominała człowieka, była moja, a jednak wcale nie moja. Hormony miałam kompletnie rozregulowane; byłam wyczerpana i obolała i nie myślałam jasno. Ale o czym tu było myśleć? Decyzja została podjęta. Po południu miałam zostać wypisana ze szpitala i wiedziałam, że już nigdy jej nie zobaczę.

Leżała w samej pieluszce, a różowa wełniana czapeczka wciąż opadała jej na oczy. Do klatki piersiowej miała przyklejone elektrody, a w małym ramieniu unieruchomionym szyną tkwiła kroplówka. Była podłączona do maszyny, która popiskiwała, wyświetlając jakieś liczby i faliste kolorowe linie. Nie rozumiałam, co to wszystko znaczyło. Kilka razy poruszyła się gwałtownie i uruchomiła alarm. Myślałam, że umrze, ale jakoś nikt inny się tym nie przejmował, aż w końcu przyszła pielęgniarka i zresetowała urządzenie.

Inkubatory miały dwa otwory. Inne matki otwierały malutkie drzwi i wsadzały ręce do środka, by zmienić dzieciom pieluchy albo chociaż je pogłaskać. Ja nigdy tego nie zrobiłam. Nigdy nie zapytałam, czy mogę ją potrzymać ten ostatni raz. Rozpaczliwie chciałam wziąć ją w ramiona i pocałować na pożegnanie, ale nie sądziłam, by było mi wolno to zrobić. Już podpisałam dokumenty i zrzekłam się swoich praw. Ona należała teraz do kogoś innego i nigdy nie mogła być moja.

Powiedziano mi, że natychmiast trafi do nowej rodziny. Już czekała na nią przyzwoita, kochająca para, która zapewni jej znacznie lepsze życie, niż ja bym mogła. Ci ludzie czekali cierpliwie przez lata na idealne dziecko, bo mało było noworodków wymagających adopcji. Nie było potrzeby, żebym robiła sobie wyrzuty. Dawałam im szczęście, na które zasłużyli, i stawiałam dobro swojego dziecka na pierwszym miejscu.

Raz jeszcze odczytałam wiadomość. Niebieskie odręczne pismo było okrągłe, a litery niewłaściwie połączone; zamiast kropki nad „i” w słowie „urodzin” umieściła malutkie serduszko, ale trudno było nie zauważyć, że jej słowa są podszyte wyrzutami. „Z wyrazami miłości od dziewczynki, którą oddałaś”. Nie podpisała się swoim imieniem, być może dlatego, że wiedziała, iż nie otrzymała go ode mnie, i postanowiła przypomnieć mi o tym fakcie. Czy nikt jej nigdy nie wyjaśnił, że chciałam ją zatrzymać, ale nie dano mi wyboru? W sumie nazwała mnie mamą i napisała „z wyrazami miłości”, co sugerowało, że jednak mnie nie obwinia. Wiadomość zawierała mnóstwo sprzeczności. Nie wiedziałam, jak ją interpretować. Jak moja córka chciała, żebym się poczuła. Szczęśliwa? Winna? A może chciała mnie przestraszyć?

Rozległo się pukanie do drzwi. Zamarłam na moment z kartką w dłoni.

– Kto tam?

– Asha. Jest ze mną Holly. Możemy wejść?

– Eee…

– Tom nas przysłał. Myśli, że masz jeden ze swoich „urodzinofobicznych” ataków.

– A masz? – zapytała Holly z troską.

Podeszłam do drzwi i otworzyłam.

– Tak jakby… – powiedziałam cicho. – Lepiej wejdźcie.

Usiadłyśmy w rzędzie na skraju łóżka, tak jak to robiłyśmy, gdy byłyśmy jeszcze nastolatkami – tyle że to nigdy nie działo się u mnie w domu; zawsze u Holly albo u Ashy. Pokazałam im kartkę, a one przeczytały ją po kolei. Z ust Holly wyrwał się cichy przerażony okrzyk, podczas gdy Asha tylko potrząsnęła głową z niedowierzaniem.

– Ale jak to?

– Dzieci mają prawo do kontaktu z biologicznymi rodzicami – powiedziałam.

– Tak, wiem o tym. – Holly gapiła się na dowód. – Ale zazwyczaj robią to oficjalną drogą, poprzez mediatora. Nie powinna była tak postąpić. Dlaczego akurat dziś? Skąd w ogóle wie, kiedy masz urodziny?

– Nie mam pojęcia… Może znalazła datę w dokumentach adopcyjnych?

– Cóż, ja uważam, że to fantastyczna wiadomość – oznajmiła Asha. – Zadała sobie wiele trudu, żeby cię wytropić, więc najwyraźniej chce nawiązać z tobą relacje. Powinnaś się cieszyć, Erin. Musiała się wykazać ogromną odwagą, żeby się z tobą skontaktować.

– Wiem… masz rację. Ale to wszystko jest takie skomplikowane. Zawsze zdawałam sobie sprawę, że istnieje szansa, że ona spróbuje mnie odnaleźć, i jestem szczęśliwa, ale… jest w tej wiadomości coś, co sprawia, że czuję się nieswojo… – Westchnęłam ciężko. – Och, nie wiem, co robić.

Milczałyśmy przez kilka sekund, ale wiedziałam, o czym wszystkie myślimy.

– Musisz powiedzieć Tomowi – stwierdziła w końcu Holly. – Teraz nie masz już wyjścia.

Asha pokiwała głową.

– Obawiam się, że ona ma rację. Nie możesz dłużej ukrywać tej swojej małej tajemnicy.

– Ale to nie jest mała tajemnica, prawda? To ogromny, gigantyczny sekret! Okłamywałam go przez cały nasz związek. A on nienawidzi kłamców, wiecie o tym. Jest na tym punkcie naprawdę przeczulony, bo jego tata zdradzał mamę. On nigdy mi nie wybaczy.

Holly objęła mnie ramieniem.

– Wybaczy ci. On cię kocha; zrozumie. Nie masz się czego wstydzić. Musisz po prostu wyjaśnić, co się stało. Byłaś młoda, popełniłaś błąd, to wszystko. Postąpiłaś właściwie, oddając dziecko do adopcji.

– Czyżby? Naprawdę dobrze zrobiłam?

– No pewnie. Twoja córka trafiła do kochającej rodziny, która mogła się nią dobrze zaopiekować.

– Nie wiesz tego! Ona może być na mnie naprawdę wściekła.

– Gdyby była wściekła, nie przysłałaby ci tej kartki – zauważyła Holly.

Spuściłam wzrok na kartonik.

– Nie, chyba nie…

– Cóż, kiedy już się z nią spotkasz, będziesz miała szansę wszystko jej wyjaśnić – dodała Asha.

Gwałtownie pokręciłam głową.

– Nie, nie, nie mogę, nie mogę…

– Ale przecież ona jest twoją córką! – zawołała Asha. – Jak możesz nie chcieć…?!

– Oczywiście, że chcę się z nią spotkać – warknęłam. – Rozpaczliwie chcę ją poznać, ale to niemożliwe. Nie teraz.

Asha zamrugała, patrząc na mnie z niedowierzaniem.

– Dlaczego nie?

– Pomyśl o tym! To niewłaściwy moment. Oliego czekają naprawdę ważne egzaminy, od których zależy cała jego przyszłość. Nie mogę ryzykować. A Chloe… Cóż, wiecie, ile mamy z nią problemów. Robi nam tyle trudności. Nie wiem, jak zareaguje na taką nowinę; to może kompletnie wytrącić ją z równowagi. Nie mogę tego zrobić żadnemu z nich, to niesprawiedliwe. – Nagle pobudzona do działania, złapałam kartkę, podbiegłam do komody i ukryłam kopertę na dnie szuflady pod stertą swetrów.

Holly i Asha wymieniły się spojrzeniami. Wiedziałam, że uważają to wszystko za marne wymówki, że jestem tchórzem, ale dla mnie to były istotne powody.

– Okej… ale co z Tomem? – Asha popatrzyła na mnie swoimi ciemnobrązowymi oczami, ściągając brwi. – Czy nie zasługuje na to, by poznać prawdę?

– Oczywiście, że tak – wymamrotałam. – Ale proszę, błagam, nic mu nie mówcie. Muszę się zastanowić, jak mu przekazać te wieści.

– Milczałyśmy przez cały ten czas; przecież nie wygadamy się teraz – uspokoiła mnie Holly.

– Jesteśmy twoimi najlepszymi przyjaciółkami, pamiętasz? – dodała Asha. – Więcej niż przyjaciółkami; jesteśmy jak siostry.

– Tak, wiem. I nie poradziłabym sobie bez was.

Wstały i objęłyśmy się mocno.

– Kocham was obie tak bardzo – wyszeptałam. – Jestem wam naprawdę wdzięczna. Nie tylko za to, że dochowujecie moich sekretów, ale także za wszystko inne, co dla mnie zrobiłyście. Nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby nie wy. Ocaliłyście mi życie.

Holly wyswobodziła się z mojego uścisku.

– Porozmawiamy o tym później. Teraz musisz zejść na dół i zdmuchnąć te cholerne świeczki.

– Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam!

Z trudem powstrzymywałam łzy, gdy goście śpiewali, fałszując z entuzjazmem. Pewnie myśleli, że jestem po prostu wzruszona, ale w rzeczywistości płakałam z żalu nad sobą. Nagle moje szczęście wydało mi się kruche i tymczasowe, niczym piękna bańka mydlana, która lada chwila pęknie.

Jak można się było spodziewać, tej nocy prawie nie zmrużyłam oka. Obudziłam się z okropnym bólem głowy, którego nie mogłam wytłumaczyć kacem. Po śniadaniu z grubsza doprowadziliśmy dom do porządku, zbierając ostatnie kieliszki, odstawiając krzesła na miejsce i odkurzając okruszki z dywanu. Firma, którą wynajęliśmy do organizacji przyjęcia, miała zdemontować namiot dopiero nazajutrz. W szarym świetle poranka wyglądał dość tandetnie i żałośnie. Baloniki zaczęły się kurczyć; kilka z nich zerwało się z uwięzi i toczyło po lepkim niebieskim dywanie, przypominając kapryśne chmury. W domu panowało to charakterystyczne poimprezowe uczucie pustki; wrażenie, że dobre czasy przeminęły i pewnie już nigdy nie wrócą. A może tylko ja tak się czułam.

Tom był w pogodnym nastroju, jakby wciąż zanurzony w ciepłej kąpieli wczorajszej uroczystości. Nieustannie wspominał najlepsze momenty: jak miło było zobaczyć tylu przyjaciół, jak dobrze spisała się firma cateringowa, jak Oli rozmawiał z ludźmi pomimo chorobliwej nieśmiałości, jak Chloe odłożyła na bok swoją nastoletnią godność i ruszyła na parkiet.

– Przestała tańczyć, gdy tylko zauważyła, że ją filmuję – zaśmiał się – ale teraz przynajmniej mamy dowód na to, że naprawdę dobrze się bawiła!

– Było wspaniale; bardzo ci dziękuję za to, że wszystko zorganizowałeś – powiedziałam, zastanawiając się, czy słyszy, jak fałszywie brzmią moje słowa.

Jakiś czas później Tom pojechał z pustymi butelkami do punktu recyklingu. W domu zapanowała cisza, dzieci jeszcze nie wystawiły nosa ze swoich pokojów. Wróciłam do sypialni i znowu wyciągnęłam urodzinową kartkę.

Dlaczego nie podała mi żadnych danych kontaktowych – adresu, telefonu albo e-maila? Nie napisała nawet, jak ma na imię. Gdyby chciała, żebyśmy się spotkały, z pewnością zostawiłaby mi jakieś namiary. „A może ta kartka wcale nie była od mojej córki?”, pomyślałam nagle. Może przysłał mi ją ktoś, kto chce zniszczyć moje małżeństwo? Nie, to było niedorzeczne. Któż zrobiłby coś tak złośliwego?

W głowie zaczęły mi się mnożyć absurdalne scenariusze. Może to sprawka jakiejś kobiety, która chciała odbić mi męża? Tom wciąż był atrakcyjnym mężczyzną, ale ta myśl była śmiechu warta. Czyżby zrobiła to niezadowolona pracownica? Nie przychodziła mi do głowy żadna kandydatka – w zasadzie tworzyły zgrany zespół. Nie, ta wiadomość musiała pochodzić od mojej córki, nie było innego wyjaśnienia.

Tylko skąd wiedziała, gdzie mnie znaleźć? Przypuszczalnie złożyła wniosek o udostępnienie dokumentów adopcyjnych, ale tam widniał tylko mój domowy adres z czasów młodości. Adres tego zimnego, pozbawionego miłości domu w Camford, w którym dorastałam jako najmłodsza z czwórki rodzeństwa po tym, jak moi starsi bracia już dawno opuścili rodzinne gniazdo. Być może napisała pod ten adres i list został przekierowany do nowego domu moich rodziców w Kornwalii. Oczywiście, to właśnie tak mnie znalazła. Mojej córce pomogła babcia.
mniej..

BESTSELLERY