Facebook - konwersja
Wybacz mi - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Wybacz mi - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-66201-06-4
Język:
Polski
Data wydania:
Wrzesień 2018
Rozmiar pliku:
1,0 MB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
29,90
Cena w punktach Virtualo:
2990 pkt.

Wybacz mi - opis ebooka

W dniu urodzin Emilia otrzymuje zagadkowy list od swojej matki. Kobieta porzuciła córkę, gdy ta miała niespełna dwa latka. Od tego czasu dziewczyna żyje w przeświadczeniu, że była niekochana. Ciężar, jaki nosi w sercu, wypalił głębokie piętno.
Gdy otrzymuje prośbę o spotkanie, nie waha się, by rozliczyć matkę, która zabrała jej to, co najcenniejsze – poczucie miłości. Bieszczady jednak skrywają więcej tajemnic, niż Emilia mogła przypuszczać. Okazuje się, że nic nie jest oczywiste.
Czy będzie w stanie wybaczyć mamie oraz… sobie?

FRAGMENT KSIĄŻKI

12 października 2017, Wrocław

Emi­lia

– Mu­sisz je­chać? – spy­ta­ła cien­kim, dzie­cin­nym gło­sem.

Mimo że skoń­czy­ła do­pie­ro dwa­dzie­ścia lat, wi­dzia­łam w niej doj­rza­łą oso­bę. Była dużo roz­sąd­niej­sza i mą­drzej­sza ode mnie. I choć to moja młod­sza sio­stra, nie po­tra­fi­łam pa­trzeć na nią ina­czej.

– Wiesz, że tak – wy­ce­dzi­łam je­dy­nie i pa­ko­wa­łam rze­czy do nowo za­ku­pio­nej czer­wo­nej wa­liz­ki.

Wczo­raj­sze­go po­po­łu­dnia, sto­jąc przed wi­try­ną skle­pu, za­sta­na­wia­łam się, któ­ry ko­lor bę­dzie naj­lep­szy. Nie kształt, nie po­jem­ność, a ko­lor wła­śnie. Jak­by ta wa­liz­ka mia­ła za­wa­żyć na ca­łym moim ży­ciu. Wy­obra­ża­łam so­bie sie­bie idą­cą przez gę­sty las i cią­gną­cą ją po szu­tro­wej dro­dze. Bia­ła ubło­ci­ła­by się, a mlecz­na bar­wa zmie­ni­ła­by się w sza­rość, co by­ło­by nie­po­żą­da­ne. Czar­na? Czar­ny to nie jest mój ulu­bio­ny ko­lor; przy­gnę­bia­ją­cy i zbyt służ­bo­wy. Żół­ty rów­nież roz­wa­ża­łam i to dość in­ten­syw­nie, lecz prze­grał w star­ciu z owa­da­mi, któ­re nie wie­dzieć cze­mu upodo­ba­ły so­bie wła­śnie tę bar­wę, a w le­sie bywa ich na­praw­dę mnó­stwo. Je­dy­ne, ja­kie mi po­zo­sta­ły, to czer­wo­ny i ró­żo­wy. Na­gle wy­bór oka­zał się dużo prost­szy. Mo­głam bo­wiem jak ja­kieś dziec­ko przy­je­chać z ró­żo­wą wa­liz­ką lub ni­czym po­waż­na, pew­na sie­bie ko­bie­ta z czer­wo­ną.

Przy­sta­nę­łam, w dło­niach trzy­ma­jąc pod­ko­szul­kę. Zgnio­tłam ją, wy­pu­ści­łam po­wie­trze z płuc i po­de­szłam do szaf­ki, uda­jąc, że cze­goś szu­kam.

– Dla­cze­go na mnie nie pa­trzysz?

– Lu­sia, za­ję­ta je­stem.

Mo­jej sio­strze nie wy­star­czy­ła taka od­po­wiedź. Wsta­ła z łóż­ka, na któ­rym jesz­cze przed chwi­lą sie­dzia­ła po tu­rec­ku, szyb­kim i sta­now­czym kro­kiem po­de­szła i chwy­ci­ła moją bro­dę, zmu­sza­jąc do od­wró­ce­nia twa­rzy w jej kie­run­ku. Mi­mo­wol­nie mu­sia­łam na nią spoj­rzeć. Spo­dzie­wa­łam się zło­ści lub iry­ta­cji, ona jed­nak była spo­koj­na i uśmiech­nię­ta. Moje na­pię­te mię­śnie roz­luź­ni­ły się, a wzrok sku­pił na jej spoj­rze­niu oraz ru­dych pu­klach. Od­dech zwol­nił.

– Le­piej?

Po­ki­wa­łam gło­wą i usia­dłam na pod­ło­dze, opie­ra­jąc się o ramę łóż­ka.

– To jesz­cze raz, od po­cząt­ku – za­rzą­dzi­ła Łu­cja i usia­dła obok, trzy­ma­jąc mnie wspie­ra­ją­co za dłoń.

– Mu­szę tam je­chać, żeby wresz­cie ją po­znać.

– Ją czy sie­bie?

– My­ślę, że jed­no nie może mieć miej­sca bez dru­gie­go.

– Zo­sta­wi­ła cię. Nie pa­mię­tasz? – spy­ta­ła z wy­rzu­tem, tak jak­by to ją po­rzu­ci­ła mat­ka.

– Co­dzien­nie o tym my­ślę i wła­śnie dla­te­go mu­szę wie­dzieć.

– Ni­g­dy nie sły­sza­łam, żeby tata o niej opo­wia­dał. – Za­my­śli­ła się, szu­ka­jąc w gło­wie ja­kich­kol­wiek wspo­mnień zwią­za­nych z moją mamą.

– Może ze wzglę­du na Da­rię? – spy­ta­łam, ma­jąc na­dzie­ję, że taka wła­śnie jest praw­da. Każ­da inna od­po­wiedź by­ła­by dla mnie roz­cza­ro­wu­ją­ca.

– Mama wie­dzia­ła, że oj­ciec ma cie­bie. Wie, skąd się bio­rą dzie­ci – po­wie­dzia­ła zi­ry­to­wa­na. – Nie są­dzę, żeby kie­dy­kol­wiek sta­ra­ła się za­prze­czyć fak­tom, że był ktoś przed nią.

– Może moja jest su­per­a­gent­ką, więc nikt nie mógł roz­ma­wiać o niej i o tym, czym się zaj­mu­je. – Uśmiech­nę­łam się z go­ry­czą. Mimo że mia­łam dwa­dzie­ścia pięć lat, wciąż wie­rzy­łam w dzia­ła­nia Świę­te­go Mi­ko­ła­ja, we wróż­ki i w to, że moja mama mnie ko­cha. Mia­łam na­dzie­ję, że to nie było kla­sycz­ne po­rzu­ce­nie wła­sne­go dziec­ka, że mia­ła ku temu waż­ny po­wód. Na­dzie­ja spra­wia­ła, że cza­sa­mi sta­wa­łam na gra­ni­cy obłę­du.

– Chy­ba za duże na­dzie­je w niej po­kła­dasz.

– Ufam temu. – Wy­cią­gnę­łam z kie­sze­ni spodni po­gnie­cio­ny i brud­ny skra­wek pa­pie­ru. Roz­wi­nę­łam go i po­da­łam sio­strze. Po­wie­dzia­łam Łu­cji o li­ście, gdy tyl­ko go do­sta­łam, jed­nak ni­g­dy jej go nie po­ka­zy­wa­łam.

– Na pew­no? – spy­ta­ła.

– Je­śli ktoś miał­by go prze­czy­tać poza mną, to tyl­ko ty – od­rze­kłam i zde­cy­do­wa­nie pod­su­nę­łam jej list, uśmie­cha­jąc się dla za­chę­ty.

Łu­cja wzię­ła po­za­gi­na­ny mały, nie­sy­me­trycz­ny kwa­drat. Gdy go wresz­cie otwo­rzy­ła, moż­na było uj­rzeć roz­my­ty od mo­ich łez atra­ment na po­żół­kłym pa­pie­rze. Li­te­ry wy­bla­kły.

– Śmia­ło – ode­zwa­łam się po dłuż­szej chwi­li, wi­dząc, że jej wzrok gdzieś błą­dzi.

– Moja Kru­szyn­ko – prze­czy­ta­ła i spoj­rza­ła na mnie. Za­wa­ha­ła się. Wzię­ła głę­bo­ki wdech i znów skie­ro­wa­ła wzrok na zda­nia za­pi­sa­ne w li­ście.

Dziś koń­czysz dwa­dzie­ścia pięć lat! Ogrom­nie się z tego cie­szę. Ży­czę Ci wszyst­kie­go, co naj­lep­sze. Ko­cham Cię ca­łym ser­cem. Mam na­dzie­ję, że prze­czy­tasz ten list i że od­bie­rzesz swój uro­dzi­no­wy pre­zent.

Cze­kam na Cie­bie.

Mama

Czy­ta­łam te sło­wa mi­lion razy, za każ­dym do­szu­ku­jąc się cze­goś no­we­go. Mia­łam na­dzie­ję, że mama ukry­ła w nich szyfr, dzię­ki któ­re­mu prze­ka­że mi taj­ną wia­do­mość prze­zna­czo­ną tyl­ko dla mnie. Nie zna­la­złam jed­nak nic ta­kie­go. Na­wet te­raz, gdy czy­ta­ła go Łu­cja. Je­dy­ne, co się zmie­ni­ło, to fakt, że za­miast na­pły­wa­ją­cych łez po­czu­łam zde­ner­wo­wa­nie. W środ­ku cała się trzę­słam, nie wie­dząc, co moja sio­stra po­my­śli, co zro­bi czy po­wie. Ner­wo­wo za­gry­złam war­gę, li­czy­łam pal­ce, bo to za­wsze mnie uspo­ka­ja­ło, i przy­tu­py­wa­łam nogą.

– Tyle? – spy­ta­ła Łu­cja, ob­ra­ca­jąc kart­kę na róż­ne stro­ny w po­szu­ki­wa­niu tek­stu.

Jej roz­cza­ro­wa­nie mnie za­bo­la­ło. Bar­dzo.

– Mam jesz­cze to. – Po­da­łam jej nie­bie­ską wi­zy­tów­kę pen­sjo­na­tu Od­skocz­nia w Biesz­cza­dach.

– Na­dal uwa­żam, że to mało. A gdzie ja­kieś wy­ja­śnie­nia? Nie było jej tyle cza­su, a te­raz co? My­śli, że na­pi­sze ja­kąś tam kar­tecz­kę, a ty spa­ku­jesz się i po­je­dziesz na dru­gi ko­niec kra­ju? – Ki­pia­ła zło­ścią i nie­zro­zu­mie­niem. Do­pie­ro gdy usły­sza­ła swo­je sło­wa, po­ję­ła, że tak wła­śnie mam za­miar po­stą­pić. Spoj­rza­ła na mnie, na­stęp­nie na czer­wo­ną wa­liz­kę i zła­god­nia­ła. – To błąd.

– Wiem, ale ja ją ko­cham. To moja mama.

– Od dwu­dzie­stu trzech lat opie­ku­je się tobą moja mama. Dba­ła o cie­bie i uczy­ła cię mó­wić. Była przy to­bie w każ­dej chwi­li. Da­rzy i da­rzy­ła go­rą­cym uczu­ciem.

– Ja ją też – stwier­dzi­łam. Było mi przy­kro, że moją de­cy­zję od­bie­ra jako po­rzu­ce­nie Da­rii. Przy­su­nę­łam się do sio­stry, by móc ją przy­tu­lić, ale rap­tow­nie od­sko­czy­ła. Skrzyw­dzi­łam ją. W jej spoj­rze­niu nie było zro­zu­mie­nia, a je­dy­nie żal i mi­lion py­tań, na któ­re jesz­cze nie mo­głam od­po­wie­dzieć. – Ocze­ku­jesz, że zo­sta­nę, ale po­win­nam tam je­chać. Mu­szę od­na­leźć praw­dę, po­znać tę ko­bie­tę, do­wie­dzieć się, kim jest i dla­cze­go jej przy mnie nie ma. Mu­szę, bo je­śli tego nie zro­bię, ni­g­dy nie będę sobą. – Mój głos drżał. By­łam na gra­ni­cy roz­pa­czy. Chcia­łam, żeby sio­stra mnie wspie­ra­ła. Po­trze­bo­wa­łam jej.

– I to wła­śnie jest twój pro­blem, Emil­ka. – Wsta­ła i szyb­ko wy­szła, zo­sta­wia­jąc mnie sam na sam z mo­imi roz­ter­ka­mi.

Nie ana­li­zu­jąc jej słów, po­wstrzy­ma­łam łzy i skoń­czy­łam się pa­ko­wać. Gdy wszyst­ko, co po­trzeb­ne, zna­la­zło się w wa­liz­ce, za­su­nę­łam za­mek i spoj­rza­łam na te­le­fon. Mia­łam w nim za­pi­sa­ny nu­mer do prze­woź­ni­ka, z któ­rym by­łam umó­wio­na na ju­tro na czwar­tą rano. Wy­bra­łam ten kon­takt. Po kil­ku se­kun­dach ode­zwał się przy­jem­ny ba­ry­ton:

– Słu­cham?

– Do­bry wie­czór, z tej stro­ny Emi­lia Grze­go­rzew­ska – przed­sta­wi­łam się. Za­wa­ha­łam się. Raz jesz­cze utkwi­łam wzrok w czer­wie­ni bi­ją­cej z wa­liz­ki. – Chcia­łam się upew­nić co do go­dzi­ny wy­jaz­du – do­da­łam po chwi­li.

– Będę pod pani do­mem o czwar­tej.

– Do­brze, dzię­ku­ję.

– Do­bra­noc. Pro­szę się wy­spać.

– Tak, do­bra­noc.

Odło­ży­łam te­le­fon, w któ­rym już od rana na­sta­wio­ny był bu­dzik na trze­cią. Zga­si­łam świa­tło i po­ło­ży­łam się do łóż­ka. Jed­ne­go by­łam pew­na: bez wzglę­du na wszyst­ko dzi­siej­sza noc bę­dzie naj­dłuż­sza, jaką do tej pory prze­ży­łam.13 października 2017, Ustrzyki Dolne

Emi­lia

– Pro­szę pani! Pani Emi­lio! – Głos kie­row­cy wy­bił mnie ze snu, któ­re­go tak bar­dzo po­trze­bo­wa­łam.

– Tak?! – Ze­rwa­łam się pół­przy­tom­na, nie wie­dząc, co się dzie­je. Po po­licz­ku spły­wa­ła mi śli­na, moja gło­wa była dziw­nie cięż­ka, a oczy bo­la­ły od nad­mia­ru świa­tła. Dło­nią otar­łam twarz. Ziew­nę­łam kil­ka razy i spoj­rza­łam za okno. Moim oczom uka­za­ła się ślicz­na mała miej­sco­wość. Po uli­cach spa­ce­ro­wa­li lu­dzie. Jed­ni roz­ma­wia­li przez te­le­fon, inni szli za rękę i uśmie­cha­li się. Wi­dzia­łam spo­ro tu­ry­stów z ple­ca­ka­mi, ma­pa­mi i ca­łym ekwi­pun­kiem. Z ulgą prze­tar­łam oczy. Przez cały czas oba­wia­łam się, że Biesz­cza­dy to kom­plet­na dzicz, bez prą­du i za­się­gu, tym­cza­sem była tu cy­wi­li­za­cja.

– Je­ste­śmy na miej­scu? – spy­ta­łam z en­tu­zja­zmem w gło­sie.

– Nie. Mamy po­stój na je­dze­nie i to­a­le­tę.

– Aha… No do­brze. – Po­ki­wa­łam gło­wą, wciąż nie wie­dząc, co się dzie­je. Wy­czoł­ga­łam się z cia­sne­go busa i za­czerp­nę­łam świe­że­go po­wie­trza. Nie spo­dzie­wa­łam się na­wet, że moim płu­com tak bar­dzo tego bra­ko­wa­ło. Miej­skie po­wie­trze było cięż­kie i śmier­dzą­ce, a tu­taj czło­wiek na­praw­dę od­dy­chał. Cię­żar, jaki przy­gnia­tał płu­ca, jak­by znikł. Krew z nową daw­ką tle­nu po­wę­dro­wa­ła przez wszyst­kie na­rzą­dy i koń­czy­ny aż do mó­zgu. Prze­cią­gnę­łam się le­ni­wie ni­czym kot i aż mnie otrze­pa­ło.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? – spy­ta­ła si­wo­wło­sa star­sza ko­bie­ta, któ­ra wcze­śniej sie­dzia­ła za mną w bu­sie, a te­raz sta­ła tuż obok i wpa­try­wa­ła się z tro­ską w moje zie­lo­ne oczy.

– Tak, dzię­ku­ję – od­par­łam. – Za­krę­ci­ło mi się w gło­wie. Pew­nie od rześ­kie­go po­wie­trza! – Za­śmia­łam się.

– Oj, tak, jest tu dużo zim­niej niż we Wro­cła­wiu. W koń­cu to góry. – Uśmiech­nę­ła się do mnie czu­le i chwy­ciw­szy moją dłoń, po­cią­gnę­ła za sobą w stro­nę ław­ki. – Usiądź, bo mi się jesz­cze prze­wró­cisz.

– Dzię­ku­ję – po­wie­dzia­łam i roz­lo­ko­wa­łam się grzecz­nie. – Prze­pra­szam, czy wie pani, któ­ra go­dzi­na? – spy­ta­łam, sta­ra­jąc się uzmy­sło­wić so­bie, ile dro­gi nas jesz­cze cze­ka.

Ko­bie­ta spoj­rza­ła na sta­ry kwar­co­wy ze­ga­rek na czar­nym skó­rza­nym pa­sku. Od­ru­cho­wo zmarsz­czy­łam brwi, bo cy­fry były tak małe, że le­d­wo mo­głam je doj­rzeć.

– Je­de­na­sta pięć, dzie­ci­no – od­po­wie­dzia­ła z pręd­ko­ścią świa­tła.

– Jest pani nie­sa­mo­wi­ta! – wy­pa­li­łam bez za­sta­no­wie­nia. – Zna­czy… Prze­pra­szam. – Moje po­licz­ki za­la­ły się ru­mień­cem wsty­du. – Je­stem pod wra­że­niem pani wzro­ku.

– Ko­cha­nie, gdy­byś od sie­dem­dzie­się­ciu lat wpa­try­wa­ła się w tę tar­czę, zna­ła­byś ją na pa­mięć. Wska­zów­ka przy każ­dej mi­nu­cie jest pod in­nym ką­tem, rzu­ca inny cień. Każ­da go­dzi­na to zu­peł­nie inna hi­sto­ria. – Opo­wia­da­jąc tak pięk­nie o ze­ga­rze i cza­sie, w spe­cy­ficz­ny spo­sób po­ru­sza­ła dłu­gim, po­marsz­czo­nym ser­decz­nym pal­cem, jak­by dy­ry­go­wa­ła cza­sem.

– Wy­glą­da pani dużo mło­dziej. – Za­wsze mó­wi­łam do­kład­nie to, co my­śla­łam, bez ja­kie­go­kol­wiek za­ha­mo­wa­nia. Było to moje prze­kleń­stwo, któ­re­go nie po­tra­fi­łam się wy­zbyć.

– Dzię­ku­ję. Dzi­siaj koń­czę sie­dem­dzie­siąt osiem lat.

– Na­praw­dę? – pi­snę­łam prze­ję­ta. – Wszyst­kie­go naj­lep­sze­go! – Moc­no ją uści­snę­łam. – Może da się pani za­pro­sić na uro­dzi­no­wą kawę?

– Dzię­ku­ję, ale ty chy­ba za­raz je­dziesz.

– A pani nie? – zdzi­wi­łam się i rów­no­cze­śnie za­smu­ci­łam.

– Tu­taj koń­czy się moja tra­sa. – Uśmiech­nę­ła się do mnie, a ja do­pie­ro te­raz do­strze­głam, że obok ław­ki stoi śred­niej wiel­ko­ści brą­zo­wa tor­ba.

– Och – wy­du­si­łam je­dy­nie. Było mi przy­kro, że nie będę mia­ła oka­zji dłu­żej po­roz­ma­wiać ze sta­rusz­ką. Nie zna­łam na­wet jej imie­nia i nie wie­dzia­łam o niej nic poza tym, ile ma lat. Czu­łam jed­nak, że mo­gły­by­śmy się ze sobą za­przy­jaź­nić, a już na pew­no umi­lić so­bie dal­szą dro­gę.

– Nie martw się, moje dziec­ko. Po­znasz dużo cie­kaw­sze oso­by ode mnie.

Nic nie od­po­wie­dzia­łam, bo co mo­gła­bym jej po­wie­dzieć? Że ona też jest miła? Wsta­łam więc i spon­ta­nicz­nie raz jesz­cze ją ob­ję­łam. Po­nie­waż kie­row­ca spo­glą­dał na mnie ze znie­cier­pli­wie­niem, za­pew­ne su­ge­ru­jąc, że po­win­nam się po­spie­szyć, po­że­gna­łam się grzecz­nie ze star­szą pa­nią i za­ję­łam miej­sce w bu­sie.

Do­pie­ro gdy ru­szy­li­śmy, uzmy­sło­wi­łam so­bie, że je­dzie­my tyl­ko ja i kie­row­ca, a wszy­scy pa­sa­że­ro­wie już daw­no wy­sie­dli. Za­czę­łam li­czyć, ile cza­su je­ste­śmy w po­dró­ży i ile zo­sta­ło nam do koń­ca tra­sy. Wie­dząc, że mamy je­de­na­stą, wy­szło mi, że przed nami oko­ło pół­to­rej go­dzi­ny dro­gi. Żeby nie za­snąć, na­ło­ży­łam słu­chaw­ki na uszy, włą­czy­łam mu­zy­kę i sku­pi­łam uwa­gę na kra­jo­bra­zie za oknem. Z każ­dą chwi­lą sta­wał się co­raz bar­dziej gó­rzy­sty i dzi­ki.

Kom­plet­nie nie wie­dzia­łam, cze­go po­win­nam się spo­dzie­wać. Jaka bę­dzie moja mat­ka? Czy od razu mnie po­zna? Czy je­stem do niej cho­ciaż tro­chę po­dob­na? Tyle py­tań mia­łam te­raz w gło­wie! Py­tań, któ­re pra­gnę­łam jej za­dać przez całe ży­cie. Oj­ciec ni­g­dy mi o niej nie opo­wia­dał. Za­wsze gdy py­ta­łam, rzu­cał: „Nie drąż, Emi­lia. Po pro­stu nie!”. I na tym się koń­czy­ło.

W dniu, w któ­rym do­sta­łam list, za­pu­ka­łam do jego ga­bi­ne­tu, gdzie za­my­kał się za­wsze po pra­cy z por­cją bur­bo­nu na­la­ną do uni­ka­to­wej szkla­necz­ki typu old fa­shio­ned. Nikt poza nim nie miał pra­wa jej do­ty­kać. Za­pu­ka­łam ner­wo­wo i po chwi­li usły­sza­łam jego za­chryp­nię­ty głos.

– Wejdź – rzu­cił.

Tak jak się spo­dzie­wa­łam, sie­dział z no­sem w pa­pie­rach. W po­ko­ju było ciem­no i dusz­no. Je­dy­nie lamp­ka na sto­le oświe­tla­ła skra­wek jego biur­ka. Ga­bi­net ojca był naj­mniej­szym i naj­bar­dziej po­nu­rym miej­scem w ca­łym domu. Ścia­ny na ży­cze­nie wła­ści­cie­la po­kry­to ciem­no­sza­rą ta­pe­tą. Pod nimi usta­wio­no re­ga­ły z książ­ka­mi. Ma­ho­nio­we pod­ło­gi i spo­re biur­ko z mo­sięż­ny­mi oku­cia­mi w tym sa­mym od­cie­niu spra­wia­ły przy­cięż­kie wra­że­nie. Na oknach za­wi­sły ciem­ne, gru­be za­sło­ny. Jed­nym sło­wem był to gro­bo­wiec róż­nią­cy się od praw­dzi­we­go głów­nie tym, że jego miesz­ka­niec z całą pew­no­ścią nie nu­dził się, ma­jąc do dys­po­zy­cji po­kaź­ne ster­ty pa­pie­rów i ksią­żek.

– Mogę ci prze­szko­dzić? – spy­ta­łam z re­zer­wą.

– Je­śli to pil­ne – ode­zwał się oschle, na­wet na mnie nie spo­glą­da­jąc.

– Do­sta­łam list od mamy.

Nie drgnął.

Sta­łam, mil­cząc i cze­ka­jąc, aż do­py­ta lub za­re­agu­je ja­koś. On jed­nak nie miał za­mia­ru się wy­si­lić.

– Od mo­jej mamy. Tej mamy – pod­kre­śli­łam po­iry­to­wa­na.

Za­sko­cze­nie, któ­re wy­ma­lo­wa­ło się na jego twa­rzy, było tak wy­raź­ne, że nie umiał tego ukryć. Usa­tys­fak­cjo­no­wa­na tą my­ślą, uśmiech­nę­łam się w du­chu.

– Emi­lio, wiem, że dziś są two­je uro­dzi­ny, ale na­wet tego dnia nie będę to­le­ro­wał ta­kich żar­tów. – Był sta­now­czy, a mimo to jego głos za­drżał. Nie wie­dzia­łam, czy pra­gnie, żeby to była praw­da, czy wo­lał­by kłam­stwo.

– Wiesz, że z tego bym nie żar­to­wa­ła.

Mil­czał. Wpa­try­wał się we mnie tak, jak do tej pory w do­ku­men­ty. Mimo że było to przed­mio­to­we, po­czu­łam, że wresz­cie mnie za­uwa­ża, że za­czę­łam być dla nie­go re­al­na i na­ma­cal­na.

– Za ty­dzień wy­ru­szę w Biesz­cza­dy. Ona tam na mnie cze­ka. – Pra­gnę­łam, żeby mnie za­trzy­mał lub cho­ciaż za­py­tał, dla­cze­go chcę je­chać. Pra­gnę­łam, żeby zro­bił co­kol­wiek, co po­ka­za­ło­by, że mu za­le­ży.

– Po­trze­bu­jesz pie­nię­dzy? – rzu­cił.

– Słu­cham?! – Na­wet nie ukry­wa­łam bólu, jaki mi za­dał. Po­czu­łam, jak jego dłoń cel­nie ude­rza mnie w po­li­czek. Mimo że fi­zycz­nie tego nie zro­bił, wo­la­ła­bym to od emo­cjo­nal­nej obo­jęt­no­ści.

– Py­tam, czy…

Nie da­łam mu skoń­czyć. Był ża­ło­sny. Nie chcia­łam znów tego sły­szeć. Na­ci­snę­łam na klam­kę go­to­wa, żeby wyjść, przed­tem jed­nak spoj­rza­łam jesz­cze raz na jego ską­pa­ną w świe­tle lamp­ki twarz. Na­wet nie wstał, nie spy­tał, co jest w li­ście.

– Nie, nic nie mów. – Moja otwar­ta dłoń sama po­wę­dro­wa­ła do góry, po­wstrzy­mu­jąc go przed re­ak­cją. – Nie drąż, tato. Po pro­stu nie! – za­cy­to­wa­łam jego sło­wa i wy­szłam.

Wte­dy wi­dzia­łam go ostat­ni raz przed wy­jaz­dem. Przez cały ty­dzień omi­ja­łam ojca sze­ro­kim łu­kiem.

Mama mnie po­rzu­ci­ła, ale przy­naj­mniej czu­łam jej obec­ność. Oj­ciec był, ale tak jak­bym ni­g­dy go nie mia­ła. To było naj­gor­sze. Czu­łam się ni­czym sie­ro­ta zo­sta­wio­na przez obo­je ro­dzi­ców. W jej przy­pad­ku mo­głam przy­naj­mniej wy­obra­żać so­bie, że mnie ko­cha i za mną tę­sk­ni. Z oj­cem było zu­peł­nie ina­czej. On po­zba­wiał mnie wszel­kich złu­dzeń. Był zim­ny jak ka­mień.

– Jadę do cie­bie, mamo – wy­szep­ta­łam do wła­sne­go od­bi­cia w szy­bie. Nie wie­dzieć kie­dy moje oczy za­mknę­ły się i za­snę­łam.13 października 2017, Tarnawa Wyżna

Emi­lia

Nie wie­dzia­łam, czy po­win­nam pła­kać, czy bła­gać kie­row­cę, żeby za­wró­cił i za­brał mnie do domu. Sta­łam ze swo­ją czer­wo­ną wa­liz­ką po­środ­ku za­bło­co­ne­go wiej­skie­go trak­tu. Trud­no było na­zwać go dro­gą. Wes­tchnę­łam cięż­ko, prze­ra­żo­na tym, w co się wła­śnie wpa­ko­wa­łam. To, co mnie ota­cza­ło, przy­po­mi­na­ło po­la­nę po­kry­tą bło­tem, ro­ba­ka­mi oraz wsze­la­kim ziel­skiem.

– Jest pan pe­wien, że to tu­taj? – spy­ta­łam, gdy kie­row­ca le­d­wie kil­ka chwil temu wy­cią­gał mój ba­gaż.

– Tak, to jest Tar­na­wa Wy­żna. Pen­sjo­nat, któ­re­go pani szu­ka, jest ja­kieś dwa­dzie­ścia mi­nut stąd, ale ja tam nie do­ja­dę. Za­ko­pał­bym się – wy­ja­śnił, a wi­dząc moje prze­ra­że­nie i na­pły­wa­ją­ce do oczu łzy, do­dał: – Mó­wi­łem pani, że to za­po­mnia­na wieś. Nikt już tu nie miesz­ka.

– Nie po­cie­szył mnie pan – po­wie­dzia­łam roz­cza­ro­wa­na, że tak kiep­sko się sta­ra.

– Przy­kro mi. – Wzru­szył ra­mio­na­mi, po czym wsiadł do busa i po pro­stu od­je­chał, zo­sta­wia­jąc mnie samą na tym od­lu­dziu.

Za­ła­ma­na usia­dłam na wa­liz­ce, wy­cią­gnę­łam te­le­fon i zna­la­złam nu­mer do Łu­cji. Nie do­dzwo­ni­łam się jed­nak. Je­dy­ny dźwięk, jaki usły­sza­łam, to prze­ry­wa­ny sy­gnał. Ode­rwa­łam słu­chaw­kę od ucha i spoj­rza­łam na wy­świe­tlacz.

– Brak sie­ci – od­czy­ta­łam ko­mu­ni­kat. – Żar­tu­jesz so­bie ze mnie? – Skie­ro­wa­łam swo­je sło­wa do sił wyż­szych. Czu­łam, że je­stem bli­ska pła­czu. Za­wsze przed hi­ste­rią roz­ma­wiam z Bo­giem; je­dy­ną isto­tą, któ­ra słu­cha i mnie nie po­tę­pia. Jesz­cze nie.

Ukry­łam twarz w dło­niach i już szy­ko­wa­łam się na utra­tę zmy­słów, gdy przy­po­mnia­łam so­bie, co jesz­cze zo­ba­czy­łam na wy­świe­tla­czu: go­dzi­nę trzy­na­stą. W jed­nej se­kun­dzie mój mózg za­czął pra­co­wać na więk­szych ob­ro­tach. Je­śli zo­sta­nę tu­taj, na­wet po­grą­żo­na w hi­ste­rycz­nym pła­czu, któ­ry w koń­cu ukoi moje ner­wy, ściem­ni się, a w Biesz­cza­dach są wil­ki i Bóg je­den wie co jesz­cze. Po­kle­pa­łam się po po­licz­kach, ze­rwa­łam na rów­ne nogi, dziar­sko chwy­ci­łam wa­liz­kę i peł­na we­rwy ru­szy­łam przed sie­bie.

Mój marsz wo­jow­nicz­ki nie trwał zbyt dłu­go. Po pię­ciu mi­nu­tach ba­gaż ugrzązł w bło­cie. Tramp­ki były prze­mo­czo­ne, spodnie brud­ne, a ja spo­co­na i śmier­dzą­ca. Do­tkli­wie od­czu­wa­łam chłód i wil­goć. Co­raz trud­niej było mi ha­mo­wać płacz. Wez­bra­na iry­ta­cja do­ma­ga­ła się uj­ścia.

– Cho­le­ra!!! – wy­dar­łam się i za­czę­łam się mio­tać, ko­pać tra­wę, ka­mie­nie i bło­to. Pod­ska­ki­wa­łam i pisz­cza­łam, tu­piąc jak małe dziec­ko.

Z obłę­du wy­rwa­ło mnie dwo­je brą­zo­wych oczu wpa­tru­ją­cych się we mnie ze zdu­mie­niem. Prze­krę­ci­łam gło­wę w pra­wo, a na­stęp­nie w lewo. Mój to­wa­rzysz wy­ko­nał te same ru­chy. Zro­bi­łam krok do przo­du i wy­cią­gnę­łam dłoń. Po­peł­ni­łam błąd, po­nie­waż isto­ta o cu­dow­nych brą­zo­wych oczach od­sko­czy­ła i spło­szo­na ucie­kła w las.

Pięk­na sar­na, miesz­kan­ka tej dzi­kiej kra­iny, czu­ła się tu dużo le­piej ode mnie. Spo­tka­nie z nią, na­wet chwi­lo­we, po­zwo­li­ło mi jed­nak uspo­ko­ić się i tro­chę ro­zej­rzeć. Gdy emo­cje zwią­za­ne z po­czu­ciem za­gu­bie­nia opa­dły, zda­łam so­bie spra­wę, że jest tu na­praw­dę cu­dow­nie. Na­gle za­uwa­ży­łam dzi­ką zie­leń, pięk­no drzew, kwia­tów, czy­stość barw. Wszyst­ko nie­okieł­zna­ne i na­tu­ral­ne. W mia­stach par­ki były kon­tro­lo­wa­ne przez czło­wie­ka. Drze­wa, krze­wy, na­wet kwia­ty ro­sły tam, gdzie im ka­za­no. Tu­taj wszyst­ko było wol­ne i praw­dzi­we. W przy­ro­dzie ist­nia­ła hie­rar­chia, na któ­rą każ­dy mu­siał się go­dzić.

Za­mknę­łam oczy. Usły­sza­łam śpiew pta­ków, ta­niec wia­tru w wy­so­kiej tra­wie i sze­lest stru­mie­nia. Unio­słam po­wie­ki i spoj­rza­łam na to miej­sce jesz­cze raz, z cał­ko­wi­cie in­ne­go punk­tu wi­dze­nia. W po­bli­żu znaj­do­wał się las. Ścież­ka, na któ­rej sta­łam, pro­wa­dzi­ła w jego kie­run­ku. Do­my­śli­łam się, że wła­śnie na skra­ju za­gaj­ni­ka znaj­dę go­spo­dar­stwo, do któ­re­go zmie­rzam. Z nową daw­ką siły i ener­gii chwy­ci­łam swo­ją wa­liz­kę, unio­słam ją i wol­nym kro­kiem ru­szy­łam przed sie­bie.

Uszłam do­bry ki­lo­metr, gdy po­czu­łam za­pach ogni­ska. Ni­czym uskrzy­dlo­na pod­nio­słam jesz­cze wy­żej swój ba­gaż i naj­szyb­ciej, jak się dało, po­ru­sza­łam no­ga­mi. Mimo że sine od dźwi­ga­nia cię­ża­ru dło­nie omdle­wa­ły, mu­sia­łam od­ha­czyć cel na swej ir­ra­cjo­nal­nej li­ście. Po pię­ciu mi­nu­tach moje oczy za­lśni­ły ra­do­ścią, gdy wresz­cie uj­rza­łam naj­pięk­niej­szy, naj­cu­dow­niej­szy gór­ski dom. Stał na zbo­czu, przez co wy­da­wał się wyż­szy i bar­dziej ma­je­sta­tycz­ny, niż był w rze­czy­wi­sto­ści. Pierw­szą kon­dy­gna­cję oka­lał mur z bia­łe­go i sza­re­go ka­mie­nia. Gór­na część ele­wa­cji wy­ko­na­na zo­sta­ła z drew­nia­nych bali. Na spa­dzi­stym ciem­no­zie­lo­nym da­chu do­strze­głam trzy ko­mi­ny. Na dole, tuż przy ka­mien­nych fi­la­rach pod­trzy­mu­ją­cych duży ta­ras, usta­wio­no ła­wecz­kę, huś­taw­kę oraz sto­lik. Za­rów­no okna, jak i drzwi wy­ko­na­no z drew­na.

Prze­kro­czyw­szy bra­mę, upu­ści­łam wa­liz­kę i ze szczę­ścia aż przy­sia­dłam. By­łam wy­koń­czo­na i wszyst­ko mnie bo­la­ło. Mia­łam ocho­tę za­mor­do­wać kie­row­cę busa za te jego dwa­dzie­ścia mi­nut. Chcia­ło mi się śmiać i pła­kać rów­no­cze­śnie. Uda­ło mi się. Mimo trud­no­ści i wi­zji po­raż­ki do­trwa­łam.

Z głu­pim uśmie­chem, spo­co­na, czer­wo­na i roz­czo­chra­na, de­lek­to­wa­łam się chwi­lą, któ­rą prze­rwa­ła mi ko­bie­ta z chust­ką na gło­wie. Moje ser­ce za­drża­ło. A je­śli to ona? – po­my­śla­łam. Bo­jąc się po­ru­szyć i co­kol­wiek po­wie­dzieć, za­sty­głam w ocze­ki­wa­niu.

– Dzień do­bry, zgu­bi­łaś się? – spy­ta­ła ko­bie­ta z za­gra­nicz­nym ak­cen­tem.

– Pierw­szy raz w ży­ciu do­kład­nie wiem, gdzie je­stem – po­wie­dzia­łam drżą­cym gło­sem cał­kiem po­waż­nie. Pod­nio­słam się, brud­ne ręce wy­tar­łam w spodnie i po­da­łam ko­bie­cie dłoń, ba­daw­czo się jej przy­glą­da­jąc. – Emi­lia Grze­go­rzew­ska. Przy­je­cha­łam do mo­jej mamy. – Mó­wiąc na­zwi­sko i wspo­mi­na­jąc ro­dzi­ciel­kę, czuj­nie ob­ser­wo­wa­łam re­ak­cję mo­jej roz­mów­czy­ni. In­te­re­so­wa­ło mnie, czy coś się zmie­ni w wy­ra­zie jej twa­rzy, czy ko­bie­ta drgnie, czy się zdzi­wi.

Ona jed­nak uśmiech­nę­ła się pro­mien­nie i od­wza­jem­ni­ła uścisk.

– Alek­san­dra Mar­kov. Cze­ka­li­śmy na cie­bie! – Wciąż się uśmie­cha­ła. – Mów mi Ola lub Alek­san­dra, jak wo­lisz – do­da­ła po chwi­li.

– Dziw­nie bym się czu­ła, mó­wiąc po imie­niu – przy­zna­łam. – Nie chcę pani ura­zić, ale jest pani ode mnie spo­ro star­sza.

Ko­bie­ta była po pięć­dzie­siąt­ce. Zza chust­ki w kwia­ty wy­sta­wa­ły blond wło­sy. Opra­wę oczu mia­ła ciem­ną. Jej gę­ste i gru­be brwi pięk­nie kom­po­no­wa­ły się z brą­zo­wy­mi oczy­ma. Moc­ne i wy­raź­ne rysy nie przy­sła­nia­ły licz­nych zmarsz­czek, szcze­gól­nie w oko­li­cach ust. Wy­wnio­sko­wa­łam, że naj­wi­docz­niej czę­sto się uśmie­cha. Alek­san­dra była przy ko­ści. Mia­ła tak zwa­ny dru­gi pod­bró­dek. Praw­do­po­dob­nie nie­szcze­gól­nie o sie­bie dba­ła, bo jej cera wy­glą­da­ła na wy­su­szo­ną i nie no­si­ła śla­dów ma­ki­ja­żu. Nad gór­ną war­gą znać było de­li­kat­ny wą­sik. Mia­ła na so­bie dzia­ni­no­wą zie­lo­ną su­kien­kę, spod któ­rej wy­sta­wa­ły owło­sio­ne łyd­ki. Naj­wi­docz­niej na wsi sta­wia­ją na na­tu­ral­ność, po­my­śla­łam. Ko­bie­ta na su­kien­kę za­rzu­ci­ła or­ta­lio­no­wy płaszcz. Jej sto­py przy­odzia­ne były w krót­kie dam­skie czar­ne ka­lo­sze oraz weł­nia­ne skar­pe­ty.

– To praw­da – przy­zna­ła i pod­nio­sła mój ba­gaż bez więk­sze­go wy­sił­ku. – Dziec­ko, w Biesz­cza­dy jeź­dzi się z ple­ca­kiem! – zmie­ni­ła te­mat, zdzi­wio­na wa­liz­ką.

W du­chu ubo­le­wa­łam nad swo­im wy­bo­rem, któ­ry jesz­cze wczo­raj był oczy­wi­sty, a pod­ję­cie de­cy­zji o ko­lo­rze nie­zmier­nie istot­ne, wręcz klu­czo­we.

– Wra­ca­jąc do imie­nia… – po­no­wi­ła te­mat, idąc w stro­nę głów­ne­go wej­ścia do domu – my­ślę, że przy­da ci się tu­taj przy­ja­ciel, a ja je­stem pierw­szą oso­bą, któ­rą po­zna­łaś, więc dla­cze­go mia­ła­byś mi mó­wić na pani? – Spoj­rza­ła py­ta­ją­co.

Za­wa­ha­łam się przez chwi­lę, gdy prze­szło mi przez myśl, że może jed­nak ona jest moją mamą, tyl­ko zmie­ni­ła per­so­na­lia.

– Do­brze więc, miło mi i dzię­ku­ję.

– Mnie rów­nież, za­pra­szam! – Ko­bie­ta otwo­rzy­ła przede mną drzwi domu.

We­szłam do środ­ka i pierw­sze, co po­czu­łam, to cu­dow­ny za­pach go­tu­ją­ce­go się ro­so­łu. Alek­san­dra mu­sia­ła za­uwa­żyć, jak śli­ni­łam się na samą myśl o cie­płej zu­pie, gdyż szyb­ko za­pro­po­no­wa­ła:

– Za­pro­wa­dzę cię do two­je­go po­ko­ju i przy­nio­sę je­dze­nie. Pew­nie je­steś zmę­czo­na.

– Bar­dzo – przy­zna­łam szcze­rze.

Ko­bie­ta po­now­nie pod­nio­sła moją wa­liz­kę i po­pro­wa­dzi­ła mnie po scho­dach na samą górę. Bez sło­wa szłam tuż za nią. Mimo że dom wy­da­wał mi się pięk­ny, nie mia­łam siły re­je­stro­wać szcze­gó­łów. W koń­cu przy­sta­nę­ły­śmy na koń­cu ko­ry­ta­rza. Ola we­szła do po­ko­ju pierw­sza, za­pa­la­jąc we­wnątrz świe­cę, któ­ra otu­li­ła po­miesz­cze­nie cie­płym bla­skiem.

– To twój kąt. Obec­nie go­ści u nas tyl­ko jed­na ro­dzi­na, więc jest spo­kój i ci­sza – za­czę­ła tłu­ma­czyć, a ja usia­dłam na łóż­ku, któ­re sta­ło pod oknem. Gdy przez nie spoj­rza­łam, zda­łam so­bie spra­wę, że na ze­wnątrz pa­nu­je pół­mrok.

W gło­wie znów usły­sza­łam głos kie­row­cy i za­pew­nie­nie, że to je­dy­nie dwa­dzie­ścia mi­nut dro­gi od miej­sca, gdzie mnie wy­sa­dził. Uśmiech­nę­łam się do wła­snych my­śli i reszt­ka­mi sił spoj­rza­łam na Alek­san­drę.

– Prąd jest tyl­ko na dol­nych pię­trach. Drzwi do wspól­nej ła­zien­ki są w po­ło­wie ko­ry­ta­rza, jed­nak za­ło­ży­łam, że za­ba­wisz u nas dłu­żej, dla­te­go da­łam ci po­kój z wła­sną.

– Dzię­ku­ję. – Tyle by­łam w sta­nie po­wie­dzieć. Moje oczy bez­wied­nie za­czę­ły się za­my­kać. Mimo sta­rań, żeby nie za­snąć, nie było to pro­ste.

– Ra­dzę ci te­raz wziąć prysz­nic, gdyż cie­pła woda szyb­ko się koń­czy. Jest tyl­ko wte­dy, gdy pa­li­my w ko­min­ku lub w pie­cu. Nor­mal­nie na dole mamy te­le­fon sta­cjo­nar­ny, lecz kuny nad­gry­zły ka­bel. Co do po­sił­ków…

Ni­cze­go już nie sły­sza­łam. Nie wie­dzia­łam, czy Alek­san­dra wciąż coś mówi, czy może mi się to śni. Wszyst­ko wy­da­wa­ło się jak­by za mgłą, nie­re­al­ne i od­da­lo­ne. Cie­płe po­miesz­cze­nie, po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, ko­ją­cy głos oraz ogrom­ne zmę­cze­nie spra­wi­ły, że nie wie­dzieć kie­dy, po pro­stu za­snę­łam. W ubra­niach, bez ko­la­cji, to­a­le­ty, bez od­po­wie­dzi na naj­waż­niej­sze py­ta­nie, z któ­rym tu przy­je­cha­łam.
mniej..

BESTSELLERY