Zbawienie Templariuszy - ebook
Zbawienie Templariuszy - ebook
"Trup ściele się gęsto, napięcie sięga zenitu, a historyczny kontekst dodaje smaczku –
doskonałe połączenie historycznej zagadki i współczesnego thrillera.
Konstantynopol, rok 1203. Gdy grabieżcze armie czwartej krucjaty oblegają miasto, tajna grupa templariuszy przenika do cesarskiej biblioteki. Ich celem jest zbiór dokumentów, które nie mogą wpaść w ręce Doży Wenecji. Templariusze uciekają z trzema ciężkimi skrzyniami wypełnionymi wybuchowymi sekretami, nie zdążą ich jednak poznać przed śmiercią.
Watykan, współcześnie. W tajnych archiwach inkwizycji, do których dostęp mają tylko najbardziej zaufani secondi papieża, agent FBI Sean Reilly nie ma wyboru – musi zawieść zaufanie, którym obdarzyli go watykańscy hierarchowie. Pałający żądzą zemsty podły, nie cofający się przed niczym terrorysta porwał Tess Chaykin, a klucz do jej wolności spoczywa w tej krypcie pod postacią dokumentu „Registro Templari“, którego ludzkie oczy nie widziały od stuleci. Ta sekretna historia niesławnego zakonu może odsłonić wybuchową tajemnicę jego zniknięcia przed wiekami – a przy tym także rzucić światło na zapomniany fragment historii i jego niesłychanie ważne konsekwencje dla współczesnego świata."
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-7508-589-1 |
FRAGMENT KSIĄŻKI
KONSTANTYNOPOL, LIPIEC 1203
— Nie wychylaj się i nic nie mów — wyszeptał szpakowaty mężczyzna, pomagając rycerzowi wgramolić się na blanki. — Na murach roi się od straży, a wszyscy są teraz bardzo czujni ze względu na oblężenie. — Ewerard z Tyru spojrzał najpierw w lewo, potem w prawo, wypatrując śladów zagrożenia. W pobliżu nie było jednak nikogo. Znajdowali się bardzo daleko od obu wież, a pochodnie noszone przez nocne warty na pewno nie pozwalały dostrzec nikogo z tak wielkiej odległości, zwłaszcza w ciemną, bezksiężycową noc. Klucznik wybrał doskonałe miejsce. Jeśli będą wystarczająco szybcy, powinni przebyć resztę fortyfikacji i dostać się do miasta, zanim ktokolwiek ich zauważy.
Ale równie bezpieczny powrót to zupełnie inna sprawa.
Pociągnął trzykrotnie za linę, dając znak piątce braci czekających na dole w cieniu zewnętrznego muru. Wspinali się kolejno po rozmieszczonych równomiernie sznurowych szczeblach i wkrótce ostatni stał już za Ewerardem. Ruszyli szczytem umocnień z obnażonymi mieczami ściskanymi w twardych dłoniach, idąc gęsiego za przewodnikiem. Po chwili lina znów została użyta, tym razem spuszczono ją po wewnętrznej stronie muru. Po kilku minutach wszyscy stali na ziemi i podążając za człowiekiem, którego widzieli pierwszy raz w życiu, kierowali się w głąb nieznanego im miasta.
Zachowywali wielką ostrożność, nie mając pewności, dokąd prowadzi ich Klucznik, i obawiając się wykrycia. Zamiast charakterystycznych białych płaszczy ozdobionych czerwonym krzyżem narzucili dzisiaj proste czarne peleryny. Nie zamierzali ujawniać prawdziwej tożsamości. Zwłaszcza że musieli przeniknąć na terytorium wroga i zakraść się do miasta obleganego przez wojska papieża Innocentego. Przez krzyżowców takich jak oni. Dla mieszkańców Konstantynopola templariusze byli ludźmi papieża. I co za tym idzie, wrogami. A Ewerard doskonale wiedział, jak okrutny los czeka rycerzy schwytanych za liniami wroga.
On jednak nie postrzegał Bizantyjczyków jako swoich wrogów i nie przybywał tutaj z polecenia papieża.
Daleko mu było do tego.
Chrześcijanin przeciw chrześcijaninowi, pomyślał, gdy mijali zamknięty na noc kościółek. Czy to szaleństwo kiedyś się skończy?
Podróż była długa i ciężka. Od wielu dni galopowali z krótkimi tylko przerwami na odpoczynek, zajeżdżając wierzchowce niemal na śmierć. Wiadomość, którą dostali od Kluczników przebywających w głębi stolicy Bizancjum, była zaskakująca i alarmująca. Miasto Zadar leżące na wybrzeżu Dalmacji zostało zniszczone i ograbione przez wojska papieża, co było o tyle zaskakujące, że chodziło o miejscowość zamieszkaną przez chrześcijan, więcej nawet — przez katolików! Wenecka flota przewożąca zachłannych rycerzy biorących udział w czwartej krucjacie ruszyła znów w rejs. Konstantynopol wydawał się jej następnym celem, pretekstem do ataku zaś ponowne osadzenie na tronie wygnanego i oślepionego cesarza i jego syna. A zważywszy na to, że stolica Bizancjum nie była katolicka, tylko prawosławna — i zważywszy na masakry, do jakich doszło w niej parę dekad wcześniej — nie wróżyło to zbyt dobrze temu wielkiemu grodowi.
Właśnie to było powodem, dla którego Ewerard i kilku jego braci rycerzy opuściło w pośpiechu warownię templariuszy w Tortosie. Udali się na północ wzdłuż wybrzeży, potem na zachód przez terytoria wrogich Ormian i muzułmańskich Seldżuków, następnie przebyli księżycowe krajobrazy Kapadocji, omijając większe miasta i osady, by nie natknąć się na nikogo obcego. Gdy dotarli w pobliże Konstantynopola, flota krzyżowców składająca się z ponad dwustu galer i transportowców przewożących konie i dowodzona osobiście przez weneckiego dożę właśnie rzucała kotwicę na wodach otaczających najpotężniejsze miasto świata.
Zaczynało się oblężenie.
Kończył się czas.
Ukryli się w cieniu, gdy zauważyli pieszy patrol, a później ruszyli za Klucznikiem przez niewielki cmentarz ku kępie zarośli i drzew, przy których czekał już na nich wóz z zaprzęgiem koni. Obok stał kolejny szpakowaty mężczyzna, dzierżący lejce. Próbował zachować kamienną twarz, ale nie zdołał ukryć niepokoju. Drugi z trzech, pomyślał Ewerard, kłaniając mu się zdawkowo, kiedy jego ludzie gramolili się na tył wozu. Moment później już jechali w głąb miasta, które przysadzisty rycerz mógł obserwować przez szparę w plandece.
Nigdy wcześniej nie widział podobnego miejsca.
Nawet w takich ciemnościach dostrzegał majaczące w oddali gigantyczne świątynie i otaczające je place tak rozległe, że samo ich istnienie wydawało mu się niemożliwe. A miał okazję zobaczyć wiele zdumiewających miejsc. Rzym, Paryż, Wenecję... pozwolono mu je odwiedzić, gdy towarzyszył wielkiemu mistrzowi w podróży do paryskiej świątyni. Wszystkie one bladły jednak przy Konstantynopolu. Nowy Rzym wydawał mu się największym ze wszystkich miast. A gdy wóz w końcu zatrzymał się i dotarli do celu, zastał tam kolejny zapierający dech w piersi widok: gigantyczną budowlę wspartą na korynckiej kolumnadzie, której fronton niknął w mroku wysoko nad jego głową.
Trzeci Klucznik, najstarszy z nich wszystkich, czekał na braci u podnóża szerokich schodów.
— Co to za miejsce? — zapytał go Ewerard.
— Cesarska biblioteka — odparł starzec.
— Cesarska biblioteka? — Mina templariusza wyrażała bezgraniczne zdziwienie.
Klucznik zauważył je i rozciągnął wargi w słabym uśmiechu.
— Jak powiadają, najciemniej jest pod latarnią. — Odwrócił się. — Chodźcie za mną. Nie mamy wiele czasu.
Poprowadził rycerzy w górę schodów, potem przez westybul w głąb gigantycznej budowli. Jej korytarze były puściusieńkie. Nie tylko z powodu późnej pory. W mieście dawało się wyczuć atmosferę napięcia. Lepkie nocne powietrze gęste było od strachu, który narastał z dnia na dzień karmiony niepewnością i chaosem.
Podążali za płomieniem pochodni przez sale wypełnione dokumentami zawierającymi większość wiedzy starożytnego świata. Półki uginały się od zwojów i kodeksów, z których wiele zostało zrabowanych z dawno utraconej Biblioteki Aleksandryjskiej. Zeszli pod ziemię krętymi schodami na tyłach budynku i przemierzyli labirynt wąskich korytarzy, by trafić na kolejne stopnie. Blask pochodni rzucał ich rozedrgane cienie na ściany z piaskowca, dopóki nie dotarli do pogrążonego w kompletnym mroku przedsionka z wieloma ciężkimi zamkniętymi drzwiami. Jeden z Kluczników otworzył te na samym końcu i wpuścił braci do środka. Znaleźli się w wielkim magazynie, jednym z wielu podobnych, jak przypuszczał Ewerard. Pomieszczenie wypełniały stosy skrzyń, pod ścianami widać było pokryte pajęczynami regały, na których spoczywały rzędy zwojów i spisanych na skórze kodeksów. Powietrze cuchnęło tu kurzem, ale było suche. Człowiek, który zaprojektował tę budowlę, musiał zdawać sobie sprawę, że wilgoć nie służy manuskryptom i trzeba ją trzymać z dala od zbiorów, jeśli mają ocaleć. Tym się udało — niektóre przetrwały nawet wiele stuleci.
Z ich powodu przybyli tutaj Ewerard i jego druhowie.
— Nie mamy dobrych wieści — poinformował ich najstarszy z Kluczników. — Uzurpatorowi Aleksemu brakło odwagi, by stawić czoło wrogowi. Wyjechał wczoraj z miasta, prowadząc ze sobą czterdzieści chorągwi, ale nie ośmielił się uderzyć na Franków i Wenecjan. Za daleko stali od murów, więc bał się, że nie zdąży uciec, jeśli sprawy przybiorą niepomyślny dla niego obrót. — Starzec zamilkł na moment, w jego oczach pojawiło się przygnębienie. — Obawiam się najgorszego. Miasto jest już stracone, a gdy upadnie...
Ewerard potrafił sobie wyobrazić ogrom zemsty, jaka spadnie na wylęknionych mieszkańców, jeżeli łacinnicy zdołają przełamać linie obrony. Nie minęło jeszcze dwadzieścia lat od chwili, gdy katolicy zamieszkujący Konstantynopol zostali wymordowani. Mężczyźni, kobiety, dzieci... nikogo nie oszczędzono. Niezliczone tysiące zginęły podczas masakry, jakiej nie widział świat od zdobycia Jerozolimy przez pierwszą krucjatę. Znienawidzeni Wenecjanie, Genueńczycy oraz kupcy z Pizy i ich rodziny, ludzie mieszkający w tym mieście od pokoleń i zawiadujący jego handlem morskim oraz finansami — cała katolicka ludność Konstantynopola — wszyscy zostali wyrżnięci przez zazdroszczącą im pozycji i bogactwa biedotę. Ich dzielnice obrócono w perzynę, groby zbezczeszczono, a tych, którzy zdołali jakimś cudem przeżyć, sprzedano Turkom w niewolę. Katoliccy kapłani nie wyszli z tego konfliktu lepiej, zadbali o to ich prawosławni wrogowie: kościoły zostały spalone, a legata papieskiego ścięto podczas publicznej egzekucji. Jego głowę przywiązano bezpańskiemu psu do ogona, aby poniósł ją przez miasto między świętujące tłumy.
Starzec odwrócił się i poprowadził zakonników w głąb pomieszczenia, do drzwi częściowo ukrytych za przeładowanymi regałami.
— Frankowie i łacinnicy mówią o zamiarze odbicia Jerozolimy, ale wszyscy wiemy, że tak daleko nigdy się nie posuną — podjął starzec, gmerając kluczami w zamkach. — Cokolwiek by gadali, nie chodzi im o odbicie Świętego Grobu. Już nie. Teraz patrzą jedynie, jak by tu napełnić sakiewki. A papież tylko czeka na upadek Cesarstwa Wschodniego, aby kościoły Konstantynopola znalazły się ponownie pod władaniem Rzymu. — Obrócił się, twarz mu posmutniała. — Mówiło się, że wyłącznie aniołowie w niebiesiech znają datę upadku tego miasta, ale obawiam się, że to nie jest już prawda. Armia papieża zdobędzie je — oznajmił zakonnikom — a gdy do tego dojdzie, w tych murach pojawi się oddział, którego zadaniem będzie zdobycie tego... — Otworzył drzwi i wpuścił ich dalej. Ten pokój dla odmiany był niemal pusty, znajdowały się w nim tylko trzy drewniane skrzynie. Serce Ewerarda zabiło mocniej. Jako jeden z niewielu zaufanych został dopuszczony do największej tajemnicy zakonu i wiedział, co kryje się w tych trzech niepozornych kufrach. Wiedział także, co ma z nimi zrobić.
— Będziesz potrzebował wozu i koni, Teofil pomoże ci i tym razem — kontynuował tymczasem starzec, a mężczyzna, który wprowadził Ewerarda i jego ludzi za mury, kiwał ledwie zauważalnie głową.
— Musicie jednak działać szybko. Sytuacja może ulec zmianie w każdej chwili. Krążą plotki, że cesarz uciekł potajemnie z miasta. Powinniście opuścić je jeszcze przed świtem.
— A wy...? — zdziwił się Ewerard. — Co z wami? Chyba też idziecie?
Starzec wymienił ponure spojrzenia ze swoimi towarzyszami, a potem pokręcił głową.
— Nie. Musimy zatrzeć ślady. Postaramy się, aby sługusy papieża myślały, że to, po co ich tutaj przysłano, nadal spoczywa w podziemiach biblioteki. Przynajmniej do czasu, gdy będziecie już bezpieczni.
Ewerard chciał zaprotestować, choć wiedział, że nie uda mu się przekonać Kluczników. Oni od dawna wiedzieli, że kiedyś nadejdzie ta chwila. I byli na nią przygotowani, jak każde pokolenie Kluczników przed nimi.
Bracia zakonni załadowali skrzynie na wóz. Czterech je przenosiło, podczas gdy dwaj pozostali trzymali wartę. W chwili gdy ruszali spod biblioteki, na niebie pojawiły się pierwsze oznaki przedświtu. Brama, którą wybrał Klucznik, zwana Wiosenną, była jedną z najbardziej oddalonych od centrum. Chroniły ją dwie wieże, ale w ich cieniu znajdowały się boczne wrota i to one właśnie były ich celem.
Gdy wyładowany wóz z dwoma zakapturzonymi postaciami na koźle doturlał się do bramy, trzej zaciekawieni wartownicy stanęli mu na drodze. Środkowy uniósł rękę, dając znak, aby się zatrzymali, i zapytał tubalnym głosem:
— Kto jedzie?
Powożący wozem Teofil zakaszlał boleśnie, zanim odpowiedział zduszonym szeptem, że wezwano go pilnie do monastyru Zoodochos, który znajduje się tuż za murami. Siedzący obok Ewerard widział, że słowa Klucznika zadziałały, najwyraźniej wzbudzając ciekawość wartownika, który podszedł i wykrzyczał kolejne pytanie. Templariusz z twarzą ukrytą pod kapturem spokojnie obserwował zbliżającą się ofiarę, a gdy znalazła się wreszcie w jego zasięgu, skoczył i wbił sztylet w jej kark. W tym samym momencie trzej zakonnicy wypadli z tyłu wozu i uciszyli pozostałych wartowników, zanim ci zdołali zaalarmować resztę oddziału.
— Idźcie — wyszeptał Ewerard, na co jego bracia pobiegli w kierunku bramy, a dwaj pozostali templariusze przykucnęli obok wozu i uważnie przyglądali się szczytom wież.
Moment później dawał Teofilowi znak, by ten się ukrył, jak było umówione. Jego zadanie dobiegło końca, reszta należała do nich. Zdawał sobie jednak sprawę, że lada chwila wokół może rozpętać się piekło — i rzeczywiście, stało się najgorsze. Gdy templariusze przy bramie podnosili pierwszą belkę ryglującą, z posterunku wyszło dwóch kolejnych wartowników.
Bracia zdołali zarżnąć obu, lecz nie dość szybko i sprawnie; jeden zdołał krzyknąć na tyle głośno, że zaalarmował resztę oddziału stacjonującego w pobliskich wieżach. Mgnienie oka później na blankach zaroiło się od zapalanych w pośpiechu pochodni i rozbrzmiały bijące dzwony. Ewerard zerkał w kierunku bramy, przy której bracia mocowali się właśnie z ostatnią belką, gdy tuż obok jego stopy wbiła się w ziemię strzała. Druga minęła o włos grzbiet jednego z koni. Nie mieli czasu do stracenia. Nie zdołaliby uciec, gdyby strzelcy zabili choć jednego wierzchowca.
— Musimy już ruszać! — wrzasnął, wystrzeliwując bełt z kuszy. Trafił oświetlonego pochodniami łucznika, a ten, martwy, zwalił się z muru prosto na ziemię. Ewerard i dwaj bracia pilnujący wozu ponownie naciągnęli cięciwy, musieli ostrzeliwać blanki i trzymać na dystans resztę wartowników, dopóki otwierający bramę nie dadzą im znaku, że droga wolna. W następnej chwili usłyszał umówiony sygnał. — Jedźmy! — ponaglił gestem zakonników, lecz kiedy ci gramolili się na tył wozu, rycerz stojący obok niego został trafiony. Bełt wszedł od góry przy prawym ramieniu i zagłębił się niemal całkowicie w klatce piersiowej. Jego druh — Odo z Ridefortu, chłop na schwał — padł na ziemię, spryskując ją obficie krwią.
Ewerard pomógł mu wstać, przywołując pozostałych. W okamgnieniu znaleźli się przy rannym bracie. Trzej ostrzeliwali blanki, osłaniając tych, którzy odnosili Odona na wóz. Ewerard podbiegł do kozła i wspinając się na górę, skinął głową, aby podziękować Teofilowi, ale Klucznika nie było już tam, gdzie go ostatnio widział. Wszelako zaraz dostrzegł zakapturzonego mężczyznę rozciągniętego na ziemi, nieruchomego, ze strzałą wystającą z krtani. Spoglądał w jego kierunku może przez jedno uderzenie serca, lecz i to wystarczyło, by ten obraz utrwalił mu się w pamięci. Potem siadł na koźle i pognał konie.
Koniec wersji demonstracyjnej