Facebook - konwersja
Życiorysta 3 - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Życiorysta 3 - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Wydawnictwo:
ISBN:
978-83-244-1026-2
Język:
Polski
Data wydania:
20 marca 2019
Rozmiar pliku:
957 KB
Zabezpieczenie:
Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
39,90
Cena w punktach Virtualo:
3990 pkt.

Życiorysta 3 - opis ebooka

„Oto następne białe króliki wyciągnięte z mojego kapelusza.

W jednej z klatek Piłsudski, niechluj w kalesonach,
stawia pasjansa czy będzie dyktatorem Polski, czy nie.
I jedno ma tylko ten infantylny dziadek życzenie,
żeby puszczać mu na okrągło disnejowskie kreskówki.

W innej skrzyżowanie jamnika z Piastem Kołodziejem,
czyli Dąbrowska ze swoją kochanką,
siedzą, ilustrując przysłowie „Nieszczęścia chodzą parami”.

Gdzie indziej Konopnicka, matka taka, jaka pisarka, raczej średnia,
libido większe niż talent, życia w trójkącie było jej za mało,
popęd seksualny godny tego miejsca.

Dalej Paderewski, zwany przez żonę Zwierzaczkiem,
kolor mu odpowiada, tak ubierał się na starość,
cały na biało, do tego, o zgrozo, jeszcze białe pantofle,
aż mdliło, tak manieryczny.

Jedna ze słojem, w środku członek o długości 28,5 cm,
reszta Rasputina nie zmieściła się.

W dalszej wyrodny ojciec, posępny gbur, okręt podwodny,
samotna jednostka o napędzie depresyjnym, ORP Gustaw Herling.

Jeśli was rozśmieszy ta następna parada moich zmartwychwstałych,
to dobrze. Jeśli uronicie parę łez, to dobrze,
i jedno, i drugie to płyn do mycia szyb,
jeśli przyjąć, że okno to zwierciadło duszy.

Ale najlepiej, kiedy i jedno, i drugie,
żaden koniec tak nie wieńczy dzieła jak śmiech przez łzy”.

FRAGMENT KSIĄŻKI

W s t r o n ę b i o g r a f i i

Józef Piłsudski
W kołnierzu z kobiet

Iwona Kienzler

Kobiety w życiu Marszałka Piłsudskiego

Bellona 2014

Sławomir Koper

Józef Piłsudski. Fakty i tajemnice

Bellona 2013

Oprócz nich coś tam z sieci, wiadomo. Pozycja druga, choć wdzięczy się komercyjnie słowem „tajemnice”, jest w miarę rzeczowa, ale pozycja pierwsza wymaga silnych nerwów. Takie coś na przykład: „Przyjmując dzisiejszą terminologię, Piłsudskiego możemy nazwać «łamaczem serc niewieścich»”. Halo? To książka wydana dziś, nie przed wojną, już bardziej pasowałoby Casanova. Lub to: „Turyści dosłownie rozpływają się w zachwytach nad urzekającym krajobrazem”. Że niby jak dosłownie, każdy płynie w inną stronę? Lub to to: „Bez wątpienia matka Marszałka była jedyną kobietą w jego życiu, której nigdy nie zdradził i którą kochał naprawdę”. Jakby wyjęte z humoru z zeszytów, co nie? Lub tytuł pierwszego rozdziału: Maria Piłsudska – sielskie dzieciństwo pod okiem kochającej matki, co to, kurwa, jest? I matka ta opowiada małemu Marszałkowi o polskich patriotach, opowiada „historię ich życia, złożonego na ołtarzu Ojczyzny”. Włosy sobie wyrywam, ale uważnie, tylko te z odrostami, więc jakiś pożytek z tego zdania jest. I na koniec perła w koronie: „Ta kobieta była żywym dowodem na to, iż termin Matka Polka, tak znienawidzony przez współczesne polskie feministki, nie był jedynie pustym frazesem”. Ja pierdolę, to jakby spod ręki premier Szydło, ale trudno, po użyciu dmuchawy do tych zmurszałych, patriotycznych liści dochodzę do gleby pełnej faktów i czerpię z nich garściami.

No dobra. Do startu gotowi?

Matka

Ja, Maria Billewiczówna, świeć Panie nad moją duszą...

No więc ja, Maria Billewiczówna herbu Mogiła, urodziłam się po to, aby urodzić Józefa Piłsudskiego, co uczyniłam i dumna jestem z tego całym jestestwem swoim. Czy był kiedyś w ojczyźnie naszej ktoś, którego kochali nawet warszawscy złodzieje i w dniu pogrzebu jego ogłosili, że na ten czas zaprzestają swojej działalności? Nie było. Czy jakakolwiek matka urodziła kiedykolwiek takiego syna? Nie urodziła.

Tak było. Zakochał się we mnie Józef Wincenty Piłsudski, miał lat trzydzieści, ja dwadzieścia jeden, byłam, hm, byłam ładna, tak, na pewno, wdzięk miałam i czarująca byłam, i podobałam się mężczyznom, chociaż miałam piegi, a wtedy mieć piegi nie uchodziło, wadą to było, ale jakoś mi one nie zaszkodziły, ach, co tam piegi, nie zaszkodziło mi nawet to, że lekko kulałam, tak, w wieku lat siedmiu miałam operację stawu biodrowego.

Józef brał udział w Powstaniu Styczniowym, które to padło, ale on zwycięską ręką wyszedł z niego w ten sposób, że o moją poprosił, a ja mu ją dałam, i tak zostało do końca życia jego i mojego.

Dałam, bo kochałam, a nie powinnam, a on poprosił, bo kochał, a nie powinien, bo rody nasze skoligacone, pokrewieństwo bliskie, bliskie tak, że musieliśmy o dyspensę na ślub prosić, której nam udzielono.

Naszym gniazdem był dworek w Zułowie, z dala od miast, do Wilna sześćdziesiąt kilometrów. Ptaszków mieliśmy tyle, ile miesięcy w roku, rodziłam w porze kwiatów wiosennych lub zimowych szronów, ale dwa, bliźnięta, wypadły nam z gniazda, ledwo co się urodziły, być może, być może to przez nasze pokrewieństwo, bo przecież Helena, najstarsza nasza córka, była, no, niezbyt lotna umysłowo była, półidiotka, tak, powiem, tak nauczyciele mówili na nią w szkole: półidiotka, najmłodszy, Klemens, miał kleptomanię, Brońciu, już potem, kiedy został etnografem, zasypiał w połowie własnego wykładu, ale to nic, najgorzej było z Marią, do końca życia w szpitalu psychiatrycznym, i ja w tym wszystkim, w samym środku nieszczęść tych, coraz bardziej słaba i coraz bardziej chora przez to rodzenie, ostatnie pieniądze na leczenie szły, raz było tak, że mój ukochany Ziuk do szkoły nie mógł iść, bo majtek nie miał, myślałam, że serce mi pęknie, było tak, ale było też siak, życie jest jak rollercoaster, jak mawiał książę Witold, i jeszcze jest tak, że więcej się pamięta dobrego niż złego, dlatego Ziuk powtarzał będzie kiedyś, że dzieciństwo miał sielskie anielskie, i pamiętał będzie rzeki, jeziora, lasy i baśniowe krajobrazy, a nie głupie majtki jakieś.

Ojcem Józef był dobrym, dzieciom gry i zabawy wymyślał, bajki i legendy opowiadał, walce dla nich i komponował, i grał, ale gospodarz z niego marny, osiemset hektarów pól uprawnych i lasów mieliśmy, postawił na nowoczesność, dworek wybudował, tak, stodoły, chlewnie, tak, i co tam jeszcze, ale nie za swoje, zadłużył się, bo liczył na duży zysk z fabryki drożdży, i się przeliczył, gdyby to było jeszcze wszystko, do pracy na roli kupił nowoczesne maszyny z zagranicy, ale chłop nasz ciemny, umie tylko sochą i broną, to te maszyny rdzewiały w stodole, ach, gdyby to było jeszcze wszystko, gorzelnię założył, dobrze, spirytus z naszych ziemniaków przedni, ale kiedy przyszło do pędzenia, zabrakło pojemników, nie pomyślał, co to się działo, z domu trzeba było brać szybko wszystkie kotły, ronda, stągwie, kubły, nie pomogło, spirytus lał się w ziemię, a ta przecież już i tak mokra od naszych łez za Polskę wolną, racz nam zwrócić Panie, ale się zagospodarował ten Kmicic mój.

Ach, gdyby to jeszcze było wszystko. Pożar wybuchł, osiem lat miał Ziuk, a sceny oglądał dantejskie, nie miał kto gasić, bo mężczyzn nie było, bo pojechali przeciągać nowy kocioł parowy, nieszczęsny zarządca majątku naszego znowu coś nowego kupił, pożar objął wszystko, kobiety ratowały siebie i dzieci, spalił się dworek i wszystko wokół, spalił się chlew i stajnia, zapłonęły ogniem świnie i konie, a ja stałam obok z dziećmi i słyszałam ten kwik i rżenie, i słyszę jeszcze dziś, nie mogły uciec, spaliły się żywcem.

Dzieci moje, w szczególności Ziuka i Bronisława, wychowałam w miłości do Polski i nienawiści do Moskali, baśnie polskie im opowiadałam i o patriotach polskich im opowiadałam, żeby na nich wyrośli, co się też stało, ich miłość do Polski naszej rosła wraz z nimi, i kiedy oni już wyrośli, to ona rosnąć nie przestała.

Oj tak, oj tak, rozpieściłam ja tego Ziuka, że bardziej już nie można było, wszystko, wszystko za niego robiłam i tak mu zostało, już na swoim nie umiał zrobić nic oprócz herbaty, tak niezaradny, jaki był, zginąłby bez tych kobiet, a może nie tak, że niezaradny, może po prostu leń, ach, co tam, wiem, matka nie powinna tak mówić, ale Broniu miał rację, tylko Ziuk i Ziuk, Ziuk najważniejszy, tak, najważniejszy, moje oczko w głowie, był taki, no, śliczny był, jak królewicz, i miał taką aurę, za którą lubili go wszyscy, taką lekkość, w szkole dobre stopnie miał, zdolny był, choć mało się uczył i często wagarował, Brońciu uczył się pilnie, a miał gorsze oceny i mówił mi... a, oni uwielbiali chodzić, jak nie szło po ulicach, to w domu, ciągle chodzili, więc mówił mi: mama, ja się uczę dwie godziny, a chodzę jedną, a Ziuk uczy się jedną, a chodzi dwie, i lepsze ma stopnie niż ja. Nie mógł się Brońciu nadziwić, że Ziuk tyle ma szczęścia, ale przecież szczęście sobie wybiera, do kogo się uśmiechnie, nie uśmiecha się do każdego, przeważnie do tych, co go lekceważą. Tak, jeden był poważny, opanowany, drugi wesoły, pełen radości życia. Pedagog w szkole napisał o nim, że w codziennym życiu wykazuje się „dumą ze znaczną ilością miłości własnej”.

Mam czterdzieści lat. Ziuk ma siedemnaście. Zaraz umrę. Tak szybko, za szybko. Ale tyle dzieci powiłam, że coś za coś. Mój testament to moje dzieci. Po śmierci odbędę jeszcze jedną podróż, do Wilna, Ziuk każe przewieźć tam moje zwłoki. Napisze, żeby armaty zagrzmiały salwą pożegnalną tak, coby się wszystkie szyby w Wilnie trzęsły. Jedno wiem, nauczyłam go samodzielności myślenia. I tego, że człowiek wtedy wart tego mienia, kiedy własne przekonania bez względu na skutki potrafi wyznawać czynem. Swoje zrobiłam, odchodzę z tego świata, jak zwykle lekko kulejąc. Ziuk nie będzie sierotą, matkę zastąpi mu Polska. Będzie miała piegi, po mnie.

Pierwsza miłość (1)

nazywam się Leonarda Lewandowska z domu...

z jakiego domu i skąd w ogóle, to bez znaczenia, liczę się tylko dlatego, że byłam jego kochanką, nazywam się tak, jak mnie nazywał

nazywam się Leosia, Olesieńka, Miła, Mileńka, Kochana, reszta bez znaczenia

on był na Syberię zesłany i ja byłam, zima miała osiem miesięcy, on miał dwadzieścia lat, noc miała dwadzieścia godzin, ja miałam lat dwadzieścia sześć

w lecie, co było krótkie, chodziliśmy po ciemnym lesie, korony drzew tajgi tak gęste, że słońce przebić się nie mogło, może tam, nie wiem, bo nigdzie nie ma o tym, może tam oddałam mu się po raz pierwszy, nie wiem, ważne, że to we mnie stał się mężczyzną

chciałam, żeby to zesłanie trwało zawsze, każdy robił, co chciał, przeważnie nikt nic nie robił, była biblioteka, gazety, a wieczorami biesiady, to były wczasy na koszt państwa, nie wierzcie w mit męki polskich zesłańców na Syberii, jeszcze dorabiać mogliśmy, Ziuk był korepetytorem dzieci zesłańców, nauczył się stawiać pasjanse i pić herbatę, tylko to umiał zrobić sam, nic więcej, ani posprzątać, ani poprać, rozpuściła go ta jego matka, jakby jedynakiem był

to zesłanie to dla mnie jak dopust Boży, pierwsza moja i ostatnia miłość, taka na zabój, zabiłam się przez niego, tylko nie wiem jak, zwariowałam dla mężczyzny z dwiema wybitymi jedynkami, dostał od strażnika kolbą w więzieniu i dlatego zapuścił te wąsy, pięknej jego twarzy nic szpecić nie mogło, ja też byłam krasawica, włosy krótkie do tyłu spięte miałam i oczy wielkie piękne smutne

mieszkaliśmy razem, małżeństwo, mężem mi był ten mój płowy narcyz, a ja mu żoną, ach, żyliśmy jak w raju, mroźnym, ale raju

aż skończyło się dla mnie zesłanie, dla niego jeszcze nie, wyjechałam do Irkucka, żeby stamtąd dalej, do domu, umieraliśmy na suchoty z tęsknoty, aż udało mu się do Irkucka przyjechać, tam byliśmy razem miesiąc, musiałam jechać dalej, miał dojechać za mną, na dworcu przysięgliśmy sobie miłość na zawsze, ja słowa dotrzymałam

czekałam, pisaliśmy listy, moje zaginęły, może je zniszczył, może mu wstyd ich było, z tym pisaniem dla mnie po polsku do niego to był problem, złościł się, że tak ten jego polski kaleczę, że herezje po polsku wypisuję, aż włosy mu dęba stają, też mi znalazł się mistrz mowy polskiej jeden, jakby on go nie kaleczył, czasami mówił i pisał tak pokracznie, że zeza dostawałam, i kiedy miałam nauczyć się porządnie tego polskiego, o polskiej gramatyce myśleć, kiedy kochałam go tak, że ani myśleć, ani spać, ani jeść nie umiałam?

pisał co tydzień, najczęściej o swojej kawalerskiej niedoli, przez całe dnie herbata, mleko i jaja, pokój brudny, że aż strach, raz przybrał się do wymiatania, ot i całe jego gospodarstwo od siedmiu boleści

gospodarstwo cara, Cygankę starą spotkał na ulicy, poprosił, żeby mu przyszłość z kart wywróżyła, a ona patrzyła na niego długo, potem wzięła jego dłoń, przyjrzała się, krzyknęła: „carom budiesz!” i uciekła

tak tęsknił, że nic robić nie mógł, nic czytać, gazet nawet, w karty tylko grał, napisał, że wstyd mu przed samym sobą takiego spędzania czasu, a może sobie tylko tak wymyślił? Że z tęsknoty czytać nie może, bo mu się czytać nie chciało? bo leń z niego był czasami

miał dwa marzenia, sławę i mnie, chciał, żebym mogła powiedzieć, żem nie darmo go pokochała

głupi

i tak bym... i tak też napisał: „wszak ty byś mnie kochała i nie sławnego, tak jak mnie kochasz teraz”

kochałam za bardzo, pisałam, że martwię się o niego i o nas, co z nami będzie, że martwię się o zdrowie jego, tryb życia i złe jedzenie jego, chyba zaczęłam go tym męczyć, chyba chciał, żebym go na duchu podnosiła, serce mu krzepiła, o świetlanej przyszłości pisała, a nie młotkiem z lamentu do ziemi wbijała, stracił cierpliwość, napisał, że ja bez niepokojów żyć nie mogę i jak już nie mam powodów do lęku, to jestem w stanie nienormalnym tak długo, aż nową możność znajdę, żeby męczyć siebie i jego

nowe możności pojawiły się jak na zawołanie, jego lepem na wielbicielki były komplementy, umiał je prawić, napisał, że to dzięki rodzicom, tak go dobrze wychowali, temu „wychowaniu” uległa niejaka panna Lidia, pisał, że facetka miła, dba o niego, i jak ma katar, to robi mu srogie wymówki, myślałam, że wrócę tam i z gniewu wyrwę wszystkie drzewa z tajgi, dobry uczynek, ziemia nareszcie słońce by poczuła

listy przychodzić zaczęły coraz rzadziej, jak krople z kranu, aż kapać przestały, cztery miesiące nic, aż przyszedł ten, w którym napisał, że nie jest mnie godzien i życzy mi szczęścia, czyli ma po prostu inną, jakie to typowe dla nich, nie jestem ciebie godzien, ach, Piłsudski, ależ z ciebie taktyk od siedmiu boleści, w wojsku lepiej sobie poradzisz

w końcu przyznał się, że ma inną, a właściwie miał, bo jednak miłość do mnie zwyciężyła, ona odeszła z goryczą, a on został z plamą w życiu, jak znam jego wątpliwą higienę osobistą, to nie pierwsza jego plama i nie ostatnia

wybaczyłam mu tę zdradę, nie wiem, może nie po jego myśli, może chciał, żebym z nim zerwała, ale ja wybaczyłam, napisałam: „pisz”, bo poprosił mnie o depeszę, miałam napisać „nie pisz”, jeśli koniec, a „pisz”, jeśli nie, Leosia, mówili mi, toż on niewart jednej łzy, a ja nie, ja czekałam na każdy list, każdego dnia, raz, dwa, trzy, cztery... aż do stu osiemdziesięciu, do ostatniego, napisał po pół roku, z Ciechocinka, wrócił do Polski po pięciu latach, do mnie na Ukrainę nie przyjechał, otwierałam ten list z bólem żeber, tak mi serce o nie waliło, otworzyłam, przeczytałam nagłówek i usiadłam: „Szanowna Pani Leokadio”, tak napisał, i dalej coś tam zdawkowego, a ja dalej, dalej czekałam, aż doczekałam się dnia, w którym przyszła wieść o jego ślubie, tak, w tym dniu umarłam, ale nie wiem, powiesiłam się czy otrułam, nigdzie nie ma o tym ani wzmianki, czy dyndałam na sznurze nad ziemią, czy z ust toczyła mi się pienisto-krwista wydzielina? a może krew szła mi z żył i kapała na podłogę coraz wolniej i wolniej, z taką częstotliwością, z jaką przychodziły jego listy, a potem kapać przestało, kto wie, nazywałam się Leosia, Olesieńka, Miła, Mileńka, Kochana, reszta bez znaczenia

Żona
Maria Juszkiewiczowa

Nazywam się Maria Juszkiewiczowa. Byłam niewiastą nietuzinkową. Byłam Piękną Panią z Wilna, tak mnie nazywano, ale tak między mną a wachlarzem, to bardziej seksowna byłam niż piękna. I zmysłowa. Tak, lubiłam te rzeczy nad wyraz.

O dwa lata, o dwa lata byłam od niego starsza, nie miało to żadnego znaczenia, kiedy się poznaliśmy, miało potem, kiedy się rozstawaliśmy.

Urodziłam się w rodzinie zamożnej i inteligenckiej, ojciec lekarz, mama pani domu, ale wykształcona i uzdolniona muzycznie. Dom państwa Koplewskich był otwarty, życie towarzyskie, a w nim wszyscy w cieniu zakwitającej panny Marii.

mniej..

BESTSELLERY