Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • Empik Go W empik go

Pod dwiema kosami czyli przedśmiertne zapiski Żywotnego Mariana - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
21 lipca 2011
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Pod dwiema kosami czyli przedśmiertne zapiski Żywotnego Mariana - ebook

W Marianie już od dzieciństwa tkwi głęboko zakorzeniony kompleks: obraz ojca-pijaka,  poczciwej, ale niezbyt przedsiębiorczej matki i doświadczanej na co dzień biedy towarzyszy mu przez całe życie, stając się motorem napędowym wszelkich jego działań.  Jeszcze jako mały chłopiec Marian poprzysiągł sobie, że w przyszłości zostanie ważnym, szanowanym i podziwianym obywatelem.

 

Wymarzony status społeczny i materialny próbuje osiągnąć wszelkimi,  nie zawsze uczciwymi  sposobami, a ponieważ pozytywna samoocena jest jego życiowym priorytetem, Marian za pomocą swoistej kalkulacji  dba  o wewnętrzną równowagę. Swoje cele realizuje bardzo konsekwentnie: żeni się z najładniejszą, najposażniejszą i najlepiej wykształconą panną we wsi, Apolonią, płodzi upragnionego syna, staje się właścicielem pierwszego we wsi samochodu.   Mimo to Marianowi ciągle towarzyszy jakiś niedosyt, coś mu doskwiera,  dręczy i nie daje spokoju…
Dlaczego Marian żyje w poczuciu wiecznej krzywdy? Czyżby  Opatrzność rzeczywiście zawzięła się na niego, zsyłając mu nieustające krzyże?
Powieść jest pamiętnikiem głównego bohatera, rachunkiem sumienia, rozliczeniem się z życia w obliczu spodziewanej śmierci. Pisana jest językiem okraszonym gwarowymi naleciałościami, pozwalającym lepiej oddać rys mentalny występujących w niej postaci.

O Marianie:
Jestem przekonana, iż po lekturze mojej książki okaże się, że Mariana znamy niemal wszyscy. Dla jednych jest on sąsiadem, dla innych kolegą z pracy, przełożonym,  bliższym lub dalszym krewnym.
Marian ma wiele imion, bywa w różnym wieku, posiada też obie płcie. Skomplikowana umysłowość Mariana fascynowała mnie od dawna: sposób jego rozumowania, motywacje, cele i potrzeby - często budziły mój niekłamany podziw. Dlatego, jak tylko uznałam, że wiem o Marianie wystarczająco sporo, postanowiłam ukazać światu jego osobowość „od zaplecza”.
A zatem - miłej lektury!

Kategoria: Powieść
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-62405-59-6
Rozmiar pliku: 901 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

O Marianie:

Jestem przekonana, że Mariana znamy niemal wszyscy. Dla jednych jest on sąsiadem, dla innych kolegą z pracy, przełożonym, bliższym lub dalszym krewnym. Bo Marian jest wszędzie. Ma wiele imion, bywa w różnym wieku, posiada też obie płcie. Skomplikowana umysłowość Mariana fascynowała mnie od dawna, sposób jego rozumowania, motywacje, cele i potrzeby, często budziły mój niekłamany podziw. Dlatego, jak tylko uznałam, że dostatecznie zgłębiłam temat, postanowiłam przedstawić światu Mariana „od zaplecza”.

A zatem – miłej lektury!1. Rysopis ogólny mój

W pierw­szych sło­wach za­pi­sków mo­ich ra­czej wy­pa­da mi przed­sta­wić się wraz z naj­bliż­szym oto­cze­niem mo­im, co ni­niej­szym czy­nię: ja na­zy­wam się Ży­wot­ny Ma­rian, żo­na mo­ja Ży­wot­na Apo­lo­nia. Z mał­żeń­stwa na­sze­go syn Ży­wot­ny Ta­de­usz zro­dzo­ny zo­stał, a tak­że czte­ry cór­ki: Ja­dwi­ga, Bo­że­na, Ha­li­na i Wan­da. Za­miesz­ku­je­my wszy­scy we wsi Mu­ży­ny, usa­do­wio­nej przy nie­wiel­kim prze­my­sło­wym mia­stecz­ku, po­mię­dzy Łom­żą a Kol­nem. Prze­mysł ten po­le­ga na ma­so­wej wy­twór­czo­ści urzą­dzeń elek­trycz­nych w za­kła­dach El­pol, gdzie Bo­gu dzię­ki tak i w mie­ście, jak i w na­szej wsi lu­dzie za­trud­nie­nie do dziś dnia ma­ją. A na­wet jak nie w sa­mej wy­twór­czo­ści, to w kol­por­ta­żu hur­to­wym al­bo de­ta­licz­nym tych­że urzą­dzeń i we wszyst­kim in­nym, co oko­ło nich ro­bi się, z ca­łą biu­ro­kra­cją umy­sło­wą, trans­por­tem, stró­ża­mi oraz sprzą­tacz­ka­mi włącz­nie. Ta­koż i ja, i Apo­lo­nia mo­ja w El­po­lu eme­ry­tur do­ro­bi­lim się, a na dzień dzi­siej­szy wszyst­kie dzie­ci na­sze, za­rów­no cór­ki, jak i syn Ta­dek, po­sa­dy sta­łe tam­że po­sia­da­ją.

Ja, lat te­mu… ho, ho, za elek­try­ka tam by­łem, co − bez więk­sze­go uszczerb­ku na zdro­wiu prze­żyw­szy − pi­niądz ja­ki ta­ki na sta­re la­ta da­ło. Apo­lo­nia przy ta­śmie pro­duk­cyj­nej sta­ła. I to ro­bo­ta nie by­le ja­ka by­ła, re­flek­su i uwa­ża­nia wy­ma­ga­ją­ca. Bo po tej ta­śmie le­cia­ły ino świst wtycz­ki do kon­tak­tów: z dziu­ra­mi na bo­lec i bez dziur. I wów­czas to Apo­lo­nia mu­sia­ła bły­ska­wicz­nie ro­ze­znać się, co i jak, a po­tem łaps: te z bol­cem na pra­wo, te bez bol­ca na le­wo. Te na pra­wo, te na le­wo, na pra­wo, na le­wo… No i dziś z tej przy­czy­ny tro­chę re­gu­lar­ne­go gro­sza za­rów­nież co­mie­sięcz­nie na­pły­wa.

Co zaś ty­czy się dzie­ci mo­ich, to Jadź­ka w El­po­lu już ósmy rok sio­strą me­dycz­ną jest, bo jak wia­do­mo, tam gdzie na­rzę­dzia róż­ne, ostre, a tak­że prąd o wy­so­kim na­tę­że­niu na każ­dym kro­ku, du­że praw­do­po­do­bień­stwo wy­pad­ku przy pra­cy ist­nie­je. Bo­że­na ro­bi na mon­ta­żu gniaz­dek elek­trycz­nych z bol­cem, Ha­li­na po­dob­nież, ty­le że bez bol­ca, Wan­da stoi za bu­fe­tem, a Ta­dek, syn mój, po­ma­gie­rem przy ma­ga­zy­nie jest. Wcze­śniej wóz­kiem wi­dło­wym jeź­dził, ale co to za ro­bo­ta, co ją każ­da pierw­sza ba­ba wy­ko­nać po­tra­fi? I sza­cun­ku u lu­dzi oraz ele­men­tar­ne­go po­wa­ża­nia brak? Ta­dek jed­na­ko­woż nie po­tra­fił… Ale nie ma złe­go, co by na do­bre nie wy­szło. Te­raz nikt je­go po ca­łej ha­li na „przy­wieź, wy­wieź, po­za­mia­taj” nie ga­nia. Prze­ciw­nie: „Pa­nie Ma­ga­zy­nier” ty­tu­łu­ją je­go. I grzecz­nie. I z na­le­ży­tą uni­żo­no­ścią: „Pa­nie Ma­ga­zy­nier, pan wy­da uprzej­mie dwie pa­ry gu­mia­nych rę­ka­wic i pa­rę gu­mia­nych ka­lo­szy!”. Bo wia­do­mo, że tam, gdzie prąd na­gle z by­le dziu­ry wy­pły­nąć mo­że, czło­wiek od oby­dwu koń­ców gu­mą od nie­go od­izo­lo­wa­ny być mu­si, wsku­tek cze­go i wspo­mnia­ne obu­wie, i rę­ka­wi­ce nie­jed­no­krot­nie war­tość ludz­kie­go ży­wo­ta po­sia­da­ją.

Ta­koż, skró­tem po­wie­dzieć moż­na, że w rę­cach Tad­ka, sy­na mo­je­go, nie­je­den ludz­ki los spo­czy­wa. Al­boż i je­go cią­gu dal­sze­go brak.2. Kto mieczem wojuje, od miecza ginie

Praw­dę po­wie­dziaw­szy, do tych pór uwa­ża­łem, że pi­sa­nie dzien­ni­ków, pa­mięt­ni­ków i wspo­min­ków − bab­ska to rzecz i męż­czy­zny nie­god­na, ale ocho­ta u mnie do spi­sa­nia dzie­jów swo­ich, do­ko­na­nia roz­ra­chun­ku z su­mie­niem, Bo­giem i ludź­mi, z dnia na dzień co­raz prze­moż­niej­sza sta­wa­ła się. I gdy przy ostat­niej spo­wie­dzi ze swo­je­go de­le­ma­tu księ­dzu Je­re­mie­mu zwie­rzy­łem się, on mnie oświe­cił, że wszy­scy naj­więk­si dzie­jo­pi­sa­rze męż­czy­zna­mi z krwi i ko­ści by­li, a to nie­ja­ki Dłu­gosz, a to Pa­sek i wie­lu, wie­lu in­nych, któ­rych, jak po­wie­dział, na po­cze­ka­niu nie wy­li­czy. Je­den tyl­ko któ­ryś ano­ni­mo­wo pa­mięt­ni­ki swo­je pi­sał i po­no że do dziś na­ukow­cy per­so­na­liów je­go pró­bu­ją dojść. I nie dzi­wo­ta, bo jak tak któ­ren o so­bie co pa­skud­ne­go wy­czy­tał, toż ele­men­tar­nej ulgi do koń­ca świa­ta nie za­zna, gdy po ry­ju cho­ciaż raz je­mu nie na­kła­dzie. Dla­te­go ja, aże­bym o tchó­rzo­stwo i za­przań­stwo przez po­tom­nych po­są­dzo­ny nie zo­stał, w pierw­szych sło­wach, bo­go­boj­nie, pre­zen­ta­cji ca­ło­ścio­wej do­ko­na­łem.

Ksiądz Je­re­mi za­mysł mój oraz uczci­wość go­rą­co po­chwa­lił i spy­tał, skąd mnie na­gle ta pi­sa­ni­na w gło­wie ulę­gła się. Mo­że i ja mu zbyt de­ta­licz­nie na to py­ta­nie nie od­po­wie­dzia­łem, ale ono już po spo­wie­dzi pa­dło, mu­su więc z mo­jej stro­ny nie by­ło, ta­koż nie by­ło i grze­chu. Al­bo to ksiądz by zro­zu­miał? Ra­czej, że nie. Mo­że ob­so­ba­czył­by jesz­cze na do­kład­kę za prze­sąd­ność, a spra­wy ma­ją się na­stę­pu­ją­co: ro­ku te­goż pań­skie­go An­no Do­mi­ni koń­czył bę­dę lat sie­dem­dzie­siąt i sie­dem, zna­czy się, jak to z da­wien daw­na ma­wia­ją, dwie ko­sy na mnie idą. Dru­ga rzecz: po­dług ka­len­da­rza i po­dług po­go­dy sty­czeń ma­my. Do mar­ca, jak w sam raz, nie­ca­łe dwa mie­sią­ce. A prze­cie sta­re, a to zna­czy się mą­dre przy­sło­wie po­wia­da: „Szczę­śli­wy sta­rzec, któ­ren prze­żył ma­rzec”. I owe dwie rze­czy wła­śnie przed pro­bosz­czem za­ta­iłem, gdyż obe­rwał­bym za ta­kie za­bo­bo­ny, jak ma­ły Mie­cik za Ko­wa­lo­we jabł­ka. Cho­ciaż fak­tem jest, że kie­dyś wła­sne mo­je oczy wi­dzia­ły, jak pro­boszcz na wi­dok Piecz­ko­wej Lu­cy­ny, pu­ste wia­dro nio­są­cej, pluł przez le­we ra­mię. Wy­tło­ma­czył się za­raz, ja­ko­by to czy­nił na wi­dok sa­mej tyl­ko Lu­cy­ny, „od wia­der cał­ko­wi­cie abs­tra­hu­jąc”. Tak po­wie­dział, ale ja bar­dziej oczom swo­im niż księ­dzo­we­mu sło­wu za­wie­rzy­łem i jesz­cze bar­dziej w prze­ko­na­niu utwier­dzi­łem się, że mu­si coś w tym być… I choć ja wiem, i ksiądz wie, że Pan Nasz za­bo­bo­nu od­pra­wiać bro­ni, jed­na­ko­wo też każ­de ludz­kie ży­cie, od sa­me­go po­czę­cia, chro­nić ka­że. A je­śli tak, to gdy ja jed­nym splu­nię­ciem ode złe­go du­szę i cia­ło swe uchro­nić mo­gę, to prze­cie nie wbrew Wo­li Bo­żej po­stę­pu­ję, ino jak naj­bar­dziej za…

Od­no­śnie mo­je­go pi­sa­nia wy­zna­łem pro­bosz­czo­wi ty­le, że kiep­ska­wo ostat­ni­mi cza­sy ze zdro­wiem mo­im i gdy­bym po­sta­no­wił uwiecz­nić dla po­tom­nych lo­sy swo­je, po­ra po te­mu naj­wyż­sza. Bo i fakt. Ja, któ­ren nie cho­ro­wa­łem ni­g­dy, ani na wi­ru­sy żad­ne z po­wie­trza, ani na cho­ro­by na­by­te od lu­dzi ni zwie­rząt − na­gle w szpi­ta­lu wy­lą­do­wa­łem, i to od ra­zu pod nóż. Że pro­sta­ta po­noć na­wa­li­ła mnie. A za­czę­ło się od bo­le­sno­ści przy od­da­wa­niu ury­ny, któ­ra sa­ma w so­bie co­raz skąp­sza by­wa­ła, a im skąp­sza, tym czę­ściej do wy­gód­ki la­tać mu­sia­łem, nie­raz cho­le­ry ser­decz­niej za­znaw­szy, gdy no­cą spod cie­płej pie­rzy­ny wy­leźć był mus, aże­by tą jed­ną, je­dy­ną kro­plę w otwór klo­acz­ny upu­ścić. Oczy­wi­sta, nie­ry­chło mnie by­ło z ta­ką przy­pa­dło­ścią do dok­tór­ki na­szej od pierw­sze­go kon­tak­tu iść, ale wyj­ścia mia­łem dwa: al­bo raz przed ob­cą ba­bą z przy­ro­dze­niem na wier­chu sta­nąć, al­bo po­dob­nież, ty­le że nad sra­czem i do koń­ca ży­wo­ta.

Dzi­siej dok­to­ro­wie mó­wią, że wszyst­ko idzie ku do­bre­mu, ale ja swo­je wiem i jesz­cze je­den, trze­ci zwia­stun swe­go ry­chłe­go koń­ca upa­tru­ję. I by­naj­mniej nie w za­bo­bo­nie, a na­wet cał­kiem prze­ciw­nie: wszak na­pi­sa­no w Pi­śmie, iż ten, kto mie­czem wo­ju­je, od mie­cza zgi­nie! Ksiądz Je­re­mi na ka­za­niach tło­ma­czył, że nie kon­kret­nie o miecz tu roz­cho­dzi się, ale o każ­de in­ne na­rzę­dzie, któ­re zrzą­dze­niem Bo­skim prze­ciw czło­wie­ko­wi ob­ró­cić się mo­że. No więc daw­niej my­śla­łem, że naj­prę­dzej od po­ra­że­nia prą­dem ży­cie stra­cić mi przyj­dzie, gdyż ta­ki za­wód mój w El­po­lu był i szcze­rze przy­znać mu­szę, że bar­dziej „wy­ko­ny­wa­ny” niź­li „wy­uczo­ny”. Bra­ko­wa­ło po woj­nie w za­kła­dach rąk do ro­bo­ty, no to zgło­si­łem się i za­trud­ni­li. Naj­pierw od­py­ta­li, ja­kie po­koń­czy­łem szko­ły. Po­pa­trze­li po so­bie, po­bęb­ni­li pal­cy­ma o biur­ko, po­chrzą­ka­li. Póź­niej spy­ta­li się, co umiem ro­bić. Po­chrzą­ka­li, po­bęb­ni­li, po­zmarsz­cza­li czo­ła. Na ko­niec ta­ki je­den wą­sia­ty za­gad­nął, czy do Par­tii Ro­bot­ni­czej przy­na­le­żę, na co zu­peł­nie od­ru­cho­wo od­par­łem, że ca­łym ser­cem i du­szą ow­szem, ale że­by tak for­mal­nie, to jesz­cze nie. Wą­sia­ty kwi­tów mi kil­ka do wy­peł­nie­nia pod­su­nął i oznaj­mił, że sko­ro „ide­olo­gia w mło­dym umy­śle słusz­na, tak i rę­ce do ro­bo­ty zręcz­ne być mu­szą”. No i przy­ję­li…

Mat­ce ni­g­dy o mo­jej par­tyj­nej przy­na­leż­no­ści sło­wa nie pi­sną­łem, gdyż to nie na jej pro­stą, po­czci­wą gło­wę spra­wa. Nie­po­trzeb­nej zgry­zo­ty tyl­ko na­ba­wi­ła­by się − prze­cie ja za­wsze by­łem ka­to­lik gor­li­wy i su­mien­ny, tak wte­dy, jak i po dziś dzień. A pod­ów­czas o tak zwa­ne „Wyż­sze Do­bro” się roz­cho­dzi­ło. Wiem, gdyż sam przy­znać mu­szę, że let­ko ocza­dzia­ły pro­sto z El­po­lu do księ­dza Je­re­mie­go, mło­dziuch­ne­go wten­czas wi­ka­re­go po­bie­głem, a on mnie ca­łą rzecz teo­lo­gicz­nie wy­ło­żył.

– Jak­że to się sta­ło − spy­ta­łem za­raz od pro­gu − że kie­dy Świę­ty Piotr po trzy­kroć Pa­na Na­sze­go się wy­parł, On, za­miast uka­rać go sro­dze, z ser­ca mu wy­ba­czył?

Ksiądz Je­re­mi za­my­ślił się, po­skro­bał pal­cem za ko­lo­rat­ką i od­parł:

– Wi­dzisz, sy­nu, bo to by­ła spra­wa „Wyż­sze­go Do­bra”. Gdy­by Piotr się wte­dy do Je­zu­sa przy­znał, ani chy­bi stra­cił­by ży­cie. A prze­cież ta­ki był Bo­ski za­mysł, by Pio­tra Opo­ką Ko­ścio­ła uczy­nić, pierw­szym Apo­sto­łem i pierw­szym Pa­pie­żem. Tak więc Pan nasz za złe mu owe­go prze­nie­wier­stwa mieć nie mógł, ma­ło te­go, mo­że i ono z Je­go wo­li i za Je­go przy­zwo­leń­stwem się od­by­ło… Bo nie­zba­da­ne, sy­nu, są wy­ro­ki Bo­skie!

Po­dzię­ko­wa­łem wi­ka­re­mu i po­pę­dzi­łem do ma­tu­li, by jej te­raz z cał­kiem czy­stym su­mie­niem o otrzy­ma­nej po­sa­dzie po­wie­dzieć. Wszak to, żem na wa­run­ki wą­sia­te­go „to­wa­rzy­sza” przy­stał, w imię „Wyż­sze­go Do­bra” od­by­ło się! A gdym już próg cha­łu­py prze­kra­czał, po­czu­łem na bar­kach wiel­ki, ale szla­chet­ny cię­żar „wyż­sze­go” po­świę­ce­nia.

Tak więc la­ta ca­łe ja­ko elek­tryk w El­po­lu prze­ro­bi­łem, od prą­du nie zgi­nąw­szy, choć przy­znać mu­szę, że by­wa­ły cięż­kie chwi­le. W sa­mej ro­bo­cie na­wet nie, bo by­ła nas ca­ła bry­ga­da i jak ktoś coś sfu­sze­ro­wał, cięż­ko by­ło te­go per­so­nal­nie do­ciec. Go­rzej, gdy ktoś z „gó­ry” na fu­chę do wła­sne­go do­mu w po­je­dyn­kę za­pro­sił. Wszak ta­kie­mu maj­stro­wi czy kie­row­ni­ko­wi od­mó­wić by­ło nie­moż­li­wo­ścią, że już o de­rek­to­rze nie wspo­mnę. I ta­ki pech mnie się do­stał wła­śnie. We­zwał mnie któ­re­goś ra­zu do sie­bie po­przez se­kre­tar­kę naj­wyż­szy de­rek­tor w oso­bie swo­jej. Że to ni­by, pa­nie Ma­ria­nie − w ta­kie oraz in­ne sło­wa ude­rzał − sa­me do­bre rze­czy o pa­nu sły­sza­łem. Że po­noć zło­ta rącz­ka z pa­na, by­stry umysł, oby­cie ni­cze­go so­bie!

Fakt, zda­nie na mój te­mat w za­kła­dzie po­sia­da­no do­bre, tak wśród wyż­sze­go per­so­ne­lu, jak i niż­sze­go, gdyż za­dbać o swo­ją opi­nię po­tra­fi­łem sta­ran­nie, jak mnie od ma­łe­go mat­ka wpa­ja­ła. „Opi­nia ludz­ka, sy­nu, w ży­ciu naj­waż­niej­sza!” – po­wta­rza­ła wie­le­kroć. Ma­jąc to na uwa­dze, ni­g­dy dru­gie­mu pro­sto w oczy nic złe­go nie po­wie­dzia­łem, nie od­bur­kłem, grzecz­ny, go­to­wy ka­nap­ką czy her­ba­tą po­czę­sto­wać, a jak o kimś w mo­jej obec­no­ści źle wy­ra­ża­no się, za­wsze go o tym uprzej­mie po­wia­do­mi­łem, gdyż fał­szu i ob­łu­dy nie cier­pię prze­okrop­nie.

Wi­dać do­bre słu­chy o mnie do­szły do sa­me­go de­rek­to­ra, skut­kiem cze­go ten pry­wat­nym za­ufa­niem po­sta­no­wił mnie ob­da­rzyć i zle­cił mi za­mon­to­wa­nie in­sta­la­cji elek­trycz­nej w no­wo wy­mu­ro­wa­nej wil­li. Z te­go ty­tu­łu otrzy­ma­łem ty­dzień płat­ne­go wol­ne­go, do­dat­ko­wą pre­mię, klu­cze od wil­li i ca­ło­dzien­ne wy­ży­wie­nie do­wo­żo­ne z za­kła­do­wej sto­łów­ki. Na­ro­bi­łem się wten­czas jak dur­ny osieł, uczci­we osiem go­dzin z prze­rwa­mi na po­sił­ki przez pięć dni, ale i tak na dzień przed cza­sem skoń­czy­łem. I to też na szczę­ście. Do­brze, że nikt mnie tam nad gło­wą nie stał. Bo kie­dy po­sta­no­wi­łem wy­ni­ki pra­cy swo­jej spraw­dzić i prze­krę­ci­łem wy­łącz­nik od świa­tła w ła­zien­ce, uj­rza­łem ciem­ność! Ża­rów­ka ani bły­sła! Po­le­cia­łem do przed­po­ko­ju, że­by do pusz­ki zaj­rzeć, czy ka­ble do­brze po­łą­czo­ne, pa­trzę, a tam ca­ły ży­ran­dol się świe­ci! Ki czort?! – my­ślę. Wo­bec ta­kie­go ob­ro­tu spra­wy prze­krę­cam wy­łącz­nik w kuch­ni i wi­dzę przez szyb­kę we drzwiach, że świa­tło w spi­żar­ce za­pa­la się! La­tam więc w ner­wach po ca­łym do­mu, ła­mi­głów­kę ową po­jąć pró­bu­jąc. No bo zgad­nij­cie Wszy­scy Świę­ci, w któ­rej izbie ża­rów­ki za­pa­lą się, kie­dy ja na ten przy­kład w ko­ry­ta­rzu wy­łącz­nik prze­krę­cę?

Ale, jak już wspo­mnia­łem, do zda­nia fu­chy jesz­cze je­den dzień mi po­zo­stał, tak więc nie my­śląc za dłu­go, w ro­bo­czym uni­for­mie wsia­dłem w Pe­ka­es i uda­łem się do są­sied­niej wsi, gdzie zna­jo­mek mój je­den miesz­kał i aku­rat­nie tak­że elek­try­kiem był. Za ca­luś­ką mo­ją nad­pro­gra­mo­wą pre­mię zgo­dził się przez noc uster­ki usu­nąć, a jesz­cze sto zło­ci­szy i litr go­rzał­ki na oko­licz­ność za­cho­wa­nia dys­kre­cji do­rzu­cić mu­sia­łem. Ty­le to wy­róż­nie­nie przez sa­me­go de­rek­to­ra El­po­lu mnie kosz­to­wa­ło… A, plus jesz­cze pięć­dzie­siąt zło­tych, któ­rem na Mszę dał w in­ten­cji, aże­by de­rek­tor usług mo­ich da­lej ko­mu nie po­le­cił!

No, ale wróć­my do rze­czy, czy­li do Pio­tro­we­go mie­cza, bo wła­ści­wie mia­łem ino wspo­mnieć, że gdy bez uszczerb­ku na cie­le do eme­ry­tu­ry do­szłem, przy­po­wieść o mie­czu na ja­kiś czas ba­ła­mu­cić mi gło­wę prze­sta­ła… Przy­szła mi ona na myśl po wtó­re wte­dy do­pie­ro, gdy mo­ja cho­ro­ba na przy­ro­dze­niu ode­zwa­ła się. Bo był la­ta te­mu czas, że sy­na bar­dzo chcia­łem mieć. Jak bar­dzo, to tyl­ko ja, Apo­lo­nia i Wszy­scy Świę­ci w Nie­bie­siech wie­dzą − a tu nic, ino cór­ki, rok w rok, rok w rok! By­ło­by te­go, jak­by Pan nie­któ­rych do sie­bie za­wcza­su nie po­wo­łał, sie­dem sztuk. Ba­ba w ba­bę! Żal brał, jak są­sie­dzi w cza­sie sia­no­ko­sów al­bo żniw z chło­pa­ka­mi swo­imi ro­sły­mi, bar­czy­sty­mi, w po­le szli. I to nie nor­mal­nie, za­dnią furt­ką, ino do­ku­ment­nie wzdłuż mo­je­go pło­ta, gę­sie­go, je­den za dru­gim. Ni­by na skró­ty, ale ja do­brze wiem, że to na złość, aby mi po­ka­zać, ja­ka u nich si­ła chło­pa, pod­czas gdy u nas sam ba­bi­niec! A póź­niej nie­co, jak syn ich naj­star­szy, Wa­cuś Mer­duń, Wu­efem­ki do­ro­bił się, to za­iwa­niał na niej po wsi, wznie­ca­jąc mi ino kurz przed okna­mi i osko­mę ludz­ką: chłop­ską ku ma­szy­nie, a bab­ską ku Wa­cu­sio­wi.

O! Że­by to mój chło­pa­czek był, Je­zu Mi­ło­sier­ny – wzno­si­łem pod­ów­czas zło­żo­ne dło­nie do nie­ba – nie Wu­efem­ką by, ale ju­na­kiem po oko­li­cy wo­ja­żo­wał, i nie w pi­lot­ce, ale w heł­mie lśnią­cym, na nie­bie­sko la­kie­ro­wa­nym!

Aż w koń­cu, jak raz tuż po wy­kop­kach, Wa­cuś za­krę­tu przed Ol­sza­na­mi nie wy­ro­bił i cen­tral­nie w gru­ba­śną li­pę przy­dzwo­nił, na miej­scu Pa­nu du­cha od­daw­szy. Wów­czas to za­wi­ścić sta­re­mu Mer­du­nio­wi sy­nów prze­sta­łem. Cho­ciaż nie po­wiem, że­by się tak cał­kiem czło­wie­ko­wi nie ulży­ło, bo i ow­szem, ulży­ło się. I so­bie po­my­śla­łem: Pa­nie Bo­że, Ty w Mą­dro­ści Swo­jej świat stwo­rzy­łeś do­sko­na­łym, a sko­ro tak, rów­no­wa­ga w przy­ro­dzie mu­si być! To po­my­ślaw­szy, prze­nie­ślim z Apo­lo­nią sta­ry tap­czan, któ­ry do­tych­czas w go­ścin­nym po­ko­ju stał, do ko­mór­ki na stry­szek, że to ni­by no­wy na je­go miej­sce na­być za­mia­ru­je­my. Praw­da jed­na­ko­woż by­ła ta­ka, że dzie­wu­chy, do­syć już spo­re, w każ­dej chwi­li do go­ścin­ne­go wle­cieć mo­gły, pod­czas gdy my z Apo­lo­nią Mer­du­nio­wy uszczer­bek na mę­skiej po­pu­la­cji w spo­sób przy­ro­dzo­ny wy­rów­nać pró­bo­wa­lim. Do ko­mór­ki dzie­wu­chy nie za­pusz­cza­ły się, gdyż od uro­dze­nia obrzy­dli­wość mia­ły do pa­ją­ków i pa­ję­czyn. Tak też i kil­ka ra­zy dnia wo­ła­łem do Apo­lo­nii gło­śno i wy­raź­nie, że­by sia­na prze­szło­rocz­ne­go dla krów na strysz­ku co nie­co przy­bra­ła, a ja tym­cza­sem siecz­ki wie­prz­ko­wi na­rżnę na wie­czór. Al­bo li­ści z bu­ra­ków, czy cze­go tam… I tym spo­so­bem owy „miecz” mój by­wał w uży­ciu i ze set­kę ra­zy w mie­sią­cu! Nie dzi­wo­ta, że dziś ja­ko ten Szczer­biec mi się ostał… Ko­niec koń­ców, dzię­ki sku­tecz­nej kal­ku­la­cji ro­zu­mu i wzmo­żo­nej pra­co­wi­to­ści or­ga­ni­zmu syn mój, Ta­de­usz, w rok z okła­dem na świat przy­szedł.

Pa­mię­tam, jak szłem na po­ro­dów­kę, dum­ny i ho­no­ro­wy jak ma­ło kto, z bu­kie­tem ba­brzy­no­sów dla mo­jej Apo­lo­nii i z czer­wo­ną wstą­żecz­ką od uro­ków dla Tad­ka, głę­bo­ko w no­sie ma­jąc prze­śmiew­ki na­po­ty­ka­nych zna­jom­ków. To z po­wo­du kwiat­ków, bo u nas na wsi ino to się ko­bie­cie ofia­ru­je, co się da zjeść, wy­pić al­bo przy­odziać. Kwiat­ki to wy­łącz­nie mia­sto­wa fa­na­be­ria, dur­na w do­dat­ku, gdyż te­go cu­du po pa­chy w każ­dym ogród­ku. Ja jed­na­ko­woż, chcą­cy do­brą swo­ją wo­lę oraz sza­cu­nek mał­żon­ce oka­zać, ani okiem nie mry­głem, jak mnie pal­cy­ma wy­ty­ka­no. In­na rzecz, że pi­nią­dze za­wsze na co lep­sze­go wy­dać moż­na, zwłasz­cza że po ta­kiej na przy­kład cze­ko­la­dzie za­par­cia wy­stę­pu­ją, a to po po­ro­dzie po­noć wy­jąt­ko­wo nie­wska­za­ne jest…

Ta­dzio, pa­mię­tam jak dziś, wra­że­nie zro­bił na mnie in­ne, ni­żem przy­pusz­czał. Apo­lo­nia, bia­ła po­śród bia­łej po­ście­li, z grzyw­ką przy­le­pio­ną do spo­co­ne­go czo­ła i czer­wo­ny­mi wy­bro­czy­na­mi na po­wie­kach spoj­rza­ła na mnie, wcho­dzą­ce­go, lę­kli­wie. Pierw po­my­śla­łem, że to z po­wo­du tych kwiat­ków. Ale kie­dy po­de­szłem bli­żej, w za­gię­ciu jej ra­mie­nia uj­rza­łem drob­ną, po­marsz­czo­ną dzie­ci­nę, si­na­wą na twa­rzy, z kęp­ką ry­sza­wej sier­ści nad czo­łem i wy­bla­kły­mi oczy­ma. O plat­fu­sie ja jesz­cze wten­czas nie wie­dział. Apo­lo­nia czym prę­dzej siu­sia­ka po­śród pie­luch wy­gme­ra­ła, pod nos mnie je­go pod­sta­wiw­szy, a ja na ten wi­dok po­wie­dzia­łem so­bie, że wresz­cie los się do mnie uśmiech­nął i że tak już po wsze cza­sy zo­sta­nie, za co ca­łą dro­gę po­wrot­ną z ser­ca dzię­ko­wa­łem Je­zu­sko­wi Uko­cha­ne­mu, Pa­nien­ce Prze­czy­stej i Wszyst­kim Świę­tym.

Syn­ko­wi my da­li na chrzcie Ta­de­usz, na cześć Świę­te­go Ju­dy, te­go od rze­czy bez­na­dziej­nych. I mo­że błąd to był… Nie­raz po­tem się za­sta­na­wia­łem, czy aby Pan Bóg Mi­ło­sier­ny za­nad­to do­słow­nie nie po­jął in­ten­cji na­szej?3. Wojna, dzieciństwo i inne zgryzoty

Jak już na po­cząt­ku nad­mie­ni­łem, uro­dzi­łem się sie­dem­dzie­siąt sie­dem lat te­mu na­zad, we wsi Mu­ży­ny. Mat­ka mo­ja za go­spo­dy­nię u kie­row­ni­ka szko­ły na­ję­ta by­ła, oj­ciec zaś, od kie­dy pa­mię­tam, tyl­ko i wy­łącz­nie go­rzał­kę pił. Woj­ny nie pa­mię­tam za bar­dzo. Dla mnie by­ły to cza­sy, ja­kie by­ły − cał­kiem nor­mal­ne, bo in­nych nie zna­łem. Nie by­ło mi więc dziw­ne ani nie­miec­kie szwar­go­ta­nie, ani SS-mań­skie mun­du­ry, ani szwab­skie re­wi­zje w cha­łu­pie. Wła­ści­wie to ja na­wet nie wie­dzia­łem, że bać na­le­ża­ło się. Zresz­tą Ży­dów ani par­ty­zan­tów my nie cho­wa­li, go­spo­dar­ka u nas nie­bo­ga­ta by­ła, ot, za­go­nek ziem­nia­ków, kit­ka zie­mi zbo­żem ob­sia­na, jed­na kro­wi­na i pa­rę kur. No i oj­co­wy bim­ber, w zie­mian­ce pod krzy­wą ja­błon­ką.

Niem­cy szu­ka­li zwy­kle al­bo skry­wa­nych „ban­di­ten”, al­bo pro­duk­tów rol­nych i rzeź­nych, któ­re za­miast po­dług obo­wiąz­ku na nie­miec­kie woj­sko od­dać, nie­któ­rzy go­spo­da­rze po ką­tach ki­tra­li. A mia­ły Szwa­by spi­sa­ną każ­dą ga­dzi­nę, do ostat­niej ku­ry, każ­den skra­wek upraw­nej zie­mi. I tak, jak by­ła w go­spo­dar­stwie kro­wa − trze­ba by­ło Niem­com mle­ko no­sić, pięć li­try dzien­nie − a jak kro­wa ty­le nie da­ła, zna­czy się − dy­wer­sja! Gdy kro­wa ocie­li­ła się, po dwóch ty­go­dniach trze­ba by­ło im cie­la­ka od­pro­wa­dzić. Ku­ra, każ­da jed­na, przy­mu­so­wo po jed­nym ja­ju dzien­nie mu­sia­ła znieść, a jak nie znie­sła − dy­wer­sja! Niem­cy zbo­ża zo­sta­wia­li ty­le co do sie­wu, ziem­nia­ków ty­le co do sa­dze­nia, ale za to da­wa­li kart­ki: na mię­so, na mar­ga­ry­nę, mar­me­la­dę, na mą­kę al­bo chleb, na cu­kier. Wy­mie­nio­ne de­pu­ta­ty trzy­ma­ne by­ły u nas pod klu­czem, w ku­frze na bie­li­znę. Mat­ka mo­ja, ja­ko ko­bie­ta go­spo­dar­na i bo­go­boj­na, je­dze­nie dzie­li­ła po spra­wie­dli­wo­ści: we­dług wie­ku, płci i za­sług. I tak: we­dług za­sług naj­wię­cej przy­pa­da­ło naj­star­sze­mu bra­tu, któ­ren był sil­ny jak tu­roń i ro­bot­ny jak mrow­ca, wsku­tek cze­go co dnia do­sta­wał ka­wa­łek mię­sa. Po­dług wie­ku naj­wię­cej oj­cu na­le­ża­ło się, mat­ka sta­wia­ła więc przed nim naj­więk­szą mi­chę, ale za to by­le cze­go. Na ten przy­kład ziem­nia­ków par­ska­nych kwa­śnym mle­kiem al­bo naj­grub­szą paj­dę chle­ba z mar­ga­ry­ną. Sio­stra do­sta­wa­ła wię­cej słod­kie­go: mar­me­la­dy, sztucz­ne­go mio­du czy bu­re­go cu­kru − a to z ko­lei wzglę­dem po­dzia­łu na płci. Naj­go­rzej mia­łem ja, bom się nie wy­róż­niał ni tym, ni owym. Ta­kie też by­ło mo­je po­ży­wie­nie − ni to, ni owo: mi­ska par­ska­nych ziem­nia­ków, pa­rę skwar­ków rzu­co­nych li­to­ści­wie przez bra­ta, a na de­ser jał­muż­na od sio­stry − ką­se­czek mar­me­la­dy. Jak­że ja ich nie cier­pia­łem wten­czas oby­dwóch! Bo ta­cy by­li lep­si, ta­cy gła­ska­ni, ta­cy… mat­czy­ni! A ja? Choć­bym nie wiem jak się wy­si­lał, nie mo­głem prze­cie stać się ani dzie­wu­chą, ani sil­nym, do­ro­słym pa­rob­kiem! Mo­głem tyl­ko obie­cy­wać so­bie, że ju­tro, ju­tro już na pew­no rzu­cę im ho­no­ro­wo w gę­by te ogryz­ki! Jed­na­ko­woż za­wsze naj­sam­pierw zja­dłem, a póź­niej do­pie­ro so­bie obie­cy­wa­łem…

Mat­ka, jak wcze­śniej wspo­mnia­łem, by­ła go­spo­dar­na i po­boż­na, tak więc z prze­zna­czo­nej na od­da­nie Niem­com żyw­no­ści za­wsze skub­nę­ła ociu­pin­kę, mo­dląc się przy tym, że­by się nie wy­da­ło, a Bóg Mi­ło­sier­ny ją wy­słu­chi­wał. Od cza­su do cza­su no­si­ła na sprze­da­nie kie­row­ni­ko­wi szko­ły a to chu­der­la­wą kur­kę, to znów pa­rę ja­jek lub sło­iczek chrzczo­nej mą­ką i wo­dą śmie­ta­ny. Skoń­czy­ło się to zu­peł­nie, gdy raz kie­dyś, pe­cho­wo bar­dzo, wpadł na re­wi­zję gru­by, nie­miec­ki po­li­caj Le­on, zwa­ny Jaj­ca­rzem. Prze­zwi­sko je­go stąd się wzię­ło, że w cza­sie re­wi­zji po­tra­fił wy­brać spod ku­ry ja­ja, jesz­cze cie­płe, gruch­nąć o sie­bie trzy na­raz i jed­nym chlip­nię­ciem wcią­gnąć wprost do spa­śne­go kał­du­na. „Mil­czecz! Ty nie wi­dża­łesz nicht! Ganz nicht!” – gro­ził póź­niej go­spo­da­rzom. I ten­że Jaj­carz przy­lazł, ja­ko rze­kłem, w mo­men­cie bar­dzo dla nas nie­ko­rzyst­nym: le­d­wie mat­ka skoń­czy­ła mie­lić trzy­ma­ne po kry­jo­mu zbo­że i na kle­pi­sku w sto­do­le sta­ły jesz­cze żar­na nie­przy­kry­te snop­ka­mi sło­my, bie­le­ją­ce od świe­żej mą­ki. Wów­czas to uj­rza­ła na wprost swo­ich oczu dwa wiel­kie bu­cio­ry, a nie­co wy­żej wci­śnię­ty w pę­ka­ją­cy w szwach mun­dur wiel­ki, okrą­gły be­bech. Opo­wia­da­ła po­tem, że ca­ły świat się dla niej w tej chwi­li skoń­czył. Skoń­czył jej się jesz­cze bar­dziej, kie­dy Jaj­carz za­brał na­sze­go oj­ca. Za­mknął go pod klucz, obie­cu­jąc wy­ciecz­kę do Tre­blin­ki naj­bliż­szym trans­por­tem. A mat­ka, klę­czą­ca przy tych żar­nach, tak już zo­sta­ła, mo­dląc się gor­li­wie z rę­ka­mi unie­sio­ny­mi nad gło­wą, jak ten bi­blij­ny Moj­żesz w cza­sie woj­ny z Ama­le­ki­ta­mi. Prze­ma­wia­li­my do niej wszy­scy na­raz i po ko­lei ni­by do ka­mien­nej fi­gu­ry, po­le­cie­lim na­wet po ciot­kę, sio­strę oj­ca, ale mat­ka nic. Ani drgnę­ła, tyl­ko war­ga­mi po­ru­sza­ła co­raz bar­dziej wy­schły­mi, a kie­dy pod wie­czór oczy za­czę­ły jej się ob­ra­cać biał­ka­mi ku gó­rze, prze­ra­zi­li­my się już do­kład­nie, na ament. Ciot­ka spie­tra­ła się naj­bar­dziej i znak Krzy­ża nad mat­ką uczy­niw­szy, czmych­nę­ła, zwin­nie po­ko­nu­jąc gra­nicz­ny płot. Szcze­rze mó­wiąc, je­den je­dy­ny raz w ży­ciu wi­dzie­li­śmy ta­ki szpas, gdyż ja­kiś czas póź­niej pró­bo­wał prze­sko­czyć ten płot mój star­szy brat oraz pa­ru in­nych, ro­słych pa­rob­ków i ni­ko­mu się to nie uda­ło. Aku­rat­nym by­ło­by w tym miej­scu wspo­mnieć, że ciot­ka, gdy śmi­gnę­ła przez to ogro­dze­nie, lat mia­ła z pięć­dzie­siąt, abo i wię­cej…

Ale wra­ca­jąc do rze­czy: wte­dy to na­gle mat­ka po­ru­szy­ła się. Wsta­ła z klę­czek, wzię­ła kosz na ziem­nia­ki, w ten kosz wło­ży­ła je­dy­ne­go w sta­dzie roz­pło­do­we­go ko­gu­ta, tu­zin jaj i dwie flasz­ki bim­bru. – Niech się dzie­je Wo­la Nie­ba, niech się dzie­je Wo­la Nie­ba – mam­ro­ta­ła ca­ły czas pod no­sem, a po­tem z tym mam­ro­ta­niem i z tym ko­szem wy­szła ze sto­do­ły i zni­kła w mro­ku. Po ja­kiejś go­dzi­nie, mo­że dwóch, a mo­że cał­kiem kró­cej lub dłu­żej − wró­ci­ła. Bez ko­sza, ale z oj­cem. Pa­mię­tam, jak mi wten­czas żal by­ło te­go ko­gu­ta i tych jaj. I pa­mię­tam, że wte­dy, raz je­den i je­dy­ny, do­sta­łem od mat­ki po py­sku, stwier­dziw­szy, że szko­da by­ło ta­kie­go wy­pa­sio­ne­go ku­ra­ka i ty­lu ja­jec na jed­ne­go oj­ca wy­mie­niać… Choć on wte­dy jesz­cze ty­le nie pił co po woj­nie, jesz­cze nie bił, czym i ko­go po­pad­nie.

Od tej po­ry po­li­caj Jaj­carz pra­wie się u nas za­do­mo­wił. Naj­mniej raz w ty­go­dniu przy­ła­ził, roz­sia­dał się w środ­ko­wej izbie, a mat­ka sta­wia­ła przed nim mi­chę ja­jecz­ni­cy na sło­ni­nie, pół bo­chen­ka chle­ba z py­tlo­wej mą­ki i flasz­kę bim­bru. A kie­dy so­bie pod­jadł i wy­pił pierw­szy kie­li­szek, ki­wał rę­ką na oj­ca. Ot, szwab­ska kul­tu­ra. Wi­dać nie­po­ręcz­nie mu by­ło tak żło­pać sa­me­mu. Za­zwy­czaj koń­czy­ło się na dwóch flasz­kach, ale zda­rza­ło się, że do­cho­dzi­ło do trzech, a wów­czas pa­dał na nas bla­dy strach, bo wte­dy Le­on za­czy­nał uczyć oj­ca nie­miec­kich pa­trio­tycz­nych pie­śni. Jak­by nie li­czyć strat i zy­sków, ko­rzyść by­ła jed­na: od tam­te­go cza­su nie mie­lim w do­mu ani jed­nej uczci­wej re­wi­zji.

Kie­dy skoń­czy­ła się woj­na, lu­dzie zła­pa­li Le­ona i po­wie­si­li w le­sie na drze­wie. Za­raz ra­no dru­gie­go dnia po­le­cie­li­my ca­łą wsią zo­ba­czyć, czy da­lej wi­si, bo we­dług sta­rej Szym­cza­ko­wej je­go ze­włok sam Bel­ze­bub do pie­kła no­cą po­rwać miał. Le­on jed­na­ko­woż wi­siał, tyl­ko jak­by grub­szy jesz­cze. No więc na­za­jutrz po­le­cie­li­my zno­wu, ko­lej­ne­go ran­ka tak­że, a Bel­ze­bub nic! Jak­by nie wie­dział o zwi­sa­ją­cym z ga­łę­zi kam­ra­cie… I do­pie­ro kie­dy ksiądz po raz trze­ci z am­bo­ny ogło­sił, że Szwa­ba czym prę­dzej za­ko­pać na­le­ży, tym ra­zem jed­nak do­da­jąc, że pó­ki Le­on wi­siał bę­dzie, pó­ty nikt we wsi roz­grze­sze­nia nie do­sta­nie − ze­włok je­go w nie­po­świę­co­nej zie­mi pod drze­wem spo­czął.

I tak wła­śnie się za­koń­czy­ła oj­co­wa kom­pa­nia do pi­cia, ale pi­cie nie za­koń­czy­ło się. To by­ły cza­sy, kie­dy za bim­ber moż­na by­ło wszyst­ko. Za bim­ber szklarz szy­by do okien wsta­wił, sto­larz wy­stru­gał drzwi, mu­rarz wy­bu­rzył i wy­mu­ro­wał, co trze­ba. Ta­kim to spo­so­bem ro­dzi­ce za­czę­li roz­bu­do­wy­wać cha­łu­pę, bo sio­stra się do za­mąż­pój­ścia szy­ko­wa­ła. Bra­tu, star­sza­we­mu już ka­wa­le­ro­wi, z do­mu ro­dzi­ciel­skie­go wyjść pil­no nie by­ło, ja jesz­cze do że­niacz­ki nie­zdat­ny by­łem, a tu przy­chów­ku sio­strza­ne­go ino pa­trzeć. I w tej to in­ten­cji wów­czas oj­ciec pił − z mu­ra­rza­mi, sto­la­rza­mi, szkla­rza­mi, zdu­na­mi, de­ka­rza­mi. Dzię­ki te­mu do dziś w ro­dzin­nym gnieź­dzie mo­im, jak do­brze spoj­rzeć, jed­ne­go pro­ste­go ką­ta nie uświad­czy, jed­nej pła­skiej pod­ło­gi ani też cał­kiem rów­no­le­głe­go do niej su­fi­tu. Re­mont cha­łu­py skoń­czyw­szy, oj­ciec pił już z cał­kiem by­le kim, tło­ma­cząc, że ni­g­dy nie wia­do­mo, kto się kie­dy czło­wie­ko­wi w ży­ciu przy­da. Szcze­rze po­wie­dziaw­szy, spo­śród tych wszyst­kich zna­jo­mo­ści naj­pierw­szy przy­dał mu się gra­barz…

Na po­grze­bie oj­ca przy­sią­głem so­bie, że pó­ki ży­ję, go­rzał­ki do gę­by nie we­znę, cze­gom dzię­ki Bo­gu do dnia dzi­siej­sze­go do­trzy­mał. Dość się na­pa­trzy­łem na zby­dlę­ce­nie je­go, na cier­pie­nie mat­ki mo­jej, dość my uży­li stra­chu przed oj­cow­ski­mi ra­za­mi, sza­fo­wa­ny­mi cał­kiem dar­mo każ­de­mu, kto mu się w nie­do­brym mo­men­cie na oczy na­wi­nął. Bo nie ma co du­żo mó­wić, oj­ciec mój pod­łym czło­wie­kiem był i wie­le jest ta­kich spraw, któ­rych do koń­ca ży­cia mu nie prze­ba­czę. Na­de wszyst­ko bie­dy. Pi­cia i bi­cia, prze­pi­ja­nia, co się da­ło. I wsty­du przed na­ro­dem ludz­kim.

Tak my­śla­łem, kie­dy szłem za ka­ra­wa­nem, po­spo­łu z bra­tem pod­trzy­mu­jąc łka­ją­cą ci­cho mat­kę, i co­raz bar­dziej za­ci­ska­łem zę­by na to jej łka­nie, bo ni­by cze­mu, po kim, po tym dra­niu? Tak wła­śnie, dra­niu – my­śla­łem. – Bo choć przy­ka­za­łeś nam, Pa­nie, czcić oj­ca i mat­kę swo­ją, i ow­szem, mat­kę czczę przy­kład­nie, ale oj­ca nie, gdyż nie­na­wi­dzę go ser­decz­nie. I Ty sam, Je­zu Mi­ło­sier­ny w Nie­bie­siech, wi­dzieć ra­czysz, że uczci­wa i pra­wa jest nie­na­wiść mo­ja.

Wte­dy też po­przy­sią­głem so­bie, że gdy mi wła­sną ro­dzi­nę za­kła­dać przyj­dzie, nie bę­dzie ona by­le ja­ka, ale kul­tu­ral­na, na po­zio­mie, do­stat­nia. Ta­ka, ja­ką wi­dy­wa­łem, gdy mat­ka u de­rek­to­ra szko­ły po­wszech­nej za go­spo­się by­ła. Pan do­mu, de­rek­tor zna­czy się, za­żyw­ny i do­stoj­ny, po obie­dzie w fo­te­lu z książ­ką w dło­ni za­sia­dał, kaw­kę z ma­lut­kiej fi­li­ża­necz­ki od cza­su do cza­su sior­biąc. Na­ten­czas tak mał­żon­ka, jak i dwie cór­ki je­go na pa­lusz­kach po miesz­ka­niu cha­dza­ły, że­by mu od­po­czyn­ku nie za­kłó­cać. Mó­wio­no w tym do­mu ma­ło, gło­sa­mi spo­koj­ny­mi, bez wy­ma­chi­wa­nia rę­ca­mi i stro­je­nia min. Na­wet mło­de de­rek­to­rów­ny za­cho­wy­wa­ły się nad­zwy­czaj po­waż­nie w po­rów­na­niu ze wsio­wy­mi dzie­wu­cha­mi. Dla­te­go wten­czas, na oj­co­wym po­grze­bie, obie­ca­łem so­bie też, że je­śli że­nił się bę­dę, to z dzie­wu­chą pa­rad­ną, po­saż­ną, we świe­cie oby­tą, a w każ­dym ra­zie nie gor­szą od ta­kiej de­rek­to­rów­ny. I że bez da­nia wyż­szej ra­cji tak ko­bie­ty swo­jej, jak i dzie­cia­ków prać nie bę­dę, cze­gom tak­że po dziś dzień do­trzy­mał.



Za oknem od ra­na sy­pał gru­by śnieg, wi­dać po drze­wach, że mróz no­cą zła­pał tę­gi. W kuch­ni pod bla­chą hu­czał ogień i przy­jem­nie wo­nia­ło go­to­wa­ną, zbo­żo­wą ka­wą.

Spe­cjal­nie w kuch­ni na le­żan­ce po­sła­nie dzien­ne umo­ścić so­bie ka­za­łem, abym już cał­kiem w tej re­ko­wa­len­sen­cji od świa­ta od­cię­ty nie był. Apo­lo­nia ła­zi­ła wte i na­zad, tam i siam, na­bi­ja­jąc ty­le nie­po­trzeb­nych ki­lo­me­trów, co war­szaw­ski tak­siarz z tu­ry­stą na ga­blo­cie… Do tych pór nie mia­łem oka­zji swo­jej ba­bie zbyt szcze­gó­ło­wo przy ga­rach przy­glą­dać się. Wie­dzia­łem, że tro­chę nie­po­ciu­ma­na jest, ale że aż tak, to ra­czej nie. No bo jak Apo­lo­nia mia­ła z lo­dów­ki trzy rze­czy wy­jąć, to szła po nie na trzy ra­zy. Trzy w te i trzy we­wte, czy­li ra­zem sześć. Na­wet je­śli to mia­ły być trzy jaj­ca.

– Na, jedz – rze­kła, kła­dąc na ta­bo­re­cie przy łóż­ku pa­ru­ją­cy ta­lerz z ja­jecz­ni­cą.

– Ale cze­mu chleb, a nie buł­ka?

– Buł­ka, tyl­ko po­kro­jo­na na krom­ki, że­by ci się le­piej ja­dło.

– A to? – prze­je­cha­łem pal­cem po wier­chu krom­ki.

– Ma­sło.

– Weź to ode mnie! Nie bę­dę jadł! – szur­ną­łem ta­bo­re­tem, bo aż się we mnie za­trzę­sło. – Ty­le ra­zy mó­wi­łem, ale to jak groch o ścia­nę! Ma­smiks w tym do­mu ja­da się. Ma­smiks i tyl­ko ma­smiks!

– W na­szym skle­pie nie by­ło, a prze­cie nie po­ja­dę do mia­sta po sa­mą jed­ną mar­ga­ry­nę – Apo­lo­nia po­pa­trzy­ła na mnie tym swo­im ko­zim wzro­kiem i sta­nę­ła roz­kra­czo­na na sa­mym środ­ku kuch­ni.

– Nie mar­ga­ry­nę, ino ma­smiks! Każ­dy głu­pi by po­my­ślał, że jak już w skle­pie tra­fi się, to trze­ba na za­pas brać!

– No to co te­raz… – Apo­lo­nia roz­kra­czy­ła się jesz­cze bar­dziej. – Mo­że ci owsian­ki na mle­ku ugo­tu­ję?

– Owsian­ki??? – aż sap­ną­łem ze wzbu­rze­nia. – A z tym co? W sracz pój­dzie? Buł­ką sa­mą za­ką­szę, bez sma­ro­wa­nia. A ty do­kąd?! – wstrzy­ma­łem ją w po­ło­wie dro­gi do kre­den­su.

– No… Po no­wą buł­kę…

– Po­słu­chaj, ko­bie­to – opa­dłem na po­dusz­ki pra­wie bez tchnie­nia. – Znasz mnie i wiesz, żem cier­pli­wy i do­bro­dusz­ny jak ma­ło kto. Ale miej wzgląd na cho­ro­bę mo­ją i po­myśl choć cza­sem. Nie du­żo, ze dwa, trzy ra­zy dzien­nie star­czy! A te­raz weź no­ża i ze­skrob to. Póź­niej do zu­py rzu­cisz. Mar­no­wać się nie bę­dzie!

I tak przez głu­po­wa­tość mo­jej ba­by śnia­da­nie zja­dłem cał­kiem zim­ne. Le­ża­łem te­raz i pa­trzy­łem, jak szu­ra no­ga­mi po kuch­ni, szy­ku­jąc się do go­to­wa­nia obia­du. Kie­dy już wy­ję­ła wszy­ściuch­no z lo­dów­ki i cał­kiem wszyst­ko z kre­den­su, uło­żyw­szy jed­no po dru­gim na sto­le i szaf­kach, za­bra­ła się za obie­ra­nie ce­bu­li.

– Co dziś bę­dzie na obiad? – spy­ta­łem, nie wy­trzy­maw­szy na ko­niec.

– Co? – Apo­lo­nia, jak­by lek­ko zdzi­wio­na, ro­zej­rza­ła po się za­wa­lo­nych do­ku­ment­nie tor­ba­mi, sło­ika­mi, na­czy­nia­mi i Bóg wie czym jesz­cze me­blach. – A! Ziem­nia­czan­ka, na in­dy­czych szyj­kach.

– I ty­le sprzę­tu oraz wszel­kie­go do­bra do ugo­to­wa­nia jed­ne­go ga­ra zu­py ci po­trze­ba?

– Bo ja wpierw – mał­żon­ka mo­ja uśmiech­nę­ła się pół­gęb­kiem – or­ga­ni­zu­ję so­bie ro­bo­tę, że­by spraw­niej szła. Jak w te­le­wi­zo­rze uczy­li.

Po­czu­łem, jak nerw we mnie wzbie­ra i że­by nie pa­trzeć na ko­zią gę­bę Apo­lo­nii i nie zgrze­szyć my­ślą, mo­wą, al­bo − Broń Bo­że − fil­co­wym pa­pu­ciem na gu­mie, ob­ró­ci­łem się wol­no do ścia­ny.

– Po­daj mnie ka­jet i dłu­go­pis, dur­na ty – za­żą­da­łem po­wścią­gli­wie. – I ci­cho za­cho­wuj się, gdyż no­to­wał bę­dę.

Le­d­wiem to wy­rzekł, w kuch­ni roz­legł się pie­kiel­ny ło­skot. Obej­rza­łem się przez ra­mię. Apo­lo­nia, roz­kra­czo­na jesz­cze bar­dziej niż zwy­kle, tkwi­ła jed­ną no­gą w pacz­ce z wę­glem.

– Uje­cha­łam na łu­pi­nie z ce­bu­li – ob­wie­ści­ła. – Ale bru­lion ca­ły i zdro­wy!

Unio­sła dla de­mon­stra­cji ze­szyt w gó­rę, a na­stęp­nie odło­ży­ła na bok, wy­la­zła z pacz­ki, zdję­ła czy­sty pa­puć, brud­ny pa­puć, otrze­pa­ła je­den o dru­gi i wło­ży­ła oba na­zad na no­gi. Póź­niej wzię­ła ze­szyt do czy­ściej­szej rę­ki i po­da­ła mi ra­zem z dłu­go­pi­sem.

– A mo­że ty idź do sy­pial­ki, Ma­rian? – spy­ta­ła się szep­tem. – No bo tu, jak to przy ro­bo­cie, spo­koj­no­ści za du­żo miał nie bę­dziesz…

– Już two­ja w tym gło­wa, aże­bym miał! – od­bur­kłem ze­źlo­ny i zno­wuż ob­ró­ci­łem się do ścia­ny.

Bo ni­by cze­mu mał­żon­ka de­rek­to­ra szko­ły i dwie de­rek­to­rów­ny umia­ły się tak za­cho­wy­wać, że mógł on w spo­koj­no­ści mą­dre książ­ki czy­tać, a mo­ja ko­bie­ta nie umie?4. Apolonia

Zdać by się mo­gło, że przy­się­gi da­nej so­bie na oj­co­wym po­grze­bie nie do­trzy­ma­łem i miast pa­rad­nej dzie­wu­chy naj­gor­szą le­bie­gę we wsi po­ją­łem za żo­nę. Ale po­my­lił­by się tu każ­den je­den gru­bo, bo mo­ja Apo­lo­nia nie od za­wsze ta­ki so­bą ob­raz przed­sta­wia­ła, jak dziś. I kie­dy ją uj­rza­łem po raz pierw­szy, lat te­mu bę­dzie pięć­dzie­siąt pra­wie, to tak mnie oczy na wierch wy­szli, ażem się prze­stra­szył, że już tak na ament zo­sta­nę.

Róż­ne ja pan­ny do tych pór wi­dy­wa­łem: gru­be i chu­de, ja­sno­wło­se, ru­mia­ne na gę­bach i czer­nia­we, śnia­dej ce­ry, wsio­we i mia­sto­we, mą­drzej­sze, głup­sze – do wy­bo­ru, do ko­lo­ru. A każ­da jed­na ra­da na mnie pa­trzy­ła, bo też chło­pak był ze mnie zdat­ny: wy­so­ki, po­staw­ny, kę­dzie­rza­wy, a gdym ino łyp­nął na któ­rą tym okiem błę­kit­nym spod czar­nej brwi − jak ocza­dzia­ła za mną la­zła. Mógł­bym ko­rzy­stać z te­go mio­du na pra­wo i le­wo, jed­na­ko­woż w du­chu ka­to­lic­kim przez mat­kę wy­cho­wa­ny, szó­ste przy­ka­za­nie sza­no­wa­łem przy­kład­nie. A po wtó­re, brzu­cha żem się któ­rej przy­pra­wić bał, co­by za mną z bę­kar­tem po wsi nie ga­nia­ła… Nie­po­ręcz­nie by­ło­by póź­niej przed tą je­dy­ną, wy­bra­ną. Dla­te­go, gdym ją w koń­cu spo­tkał, mo­głem za­ofe­ro­wać jej ser­ce swo­je, czy­sty na su­mie­niu jak łza.

Rzecz się mia­ła na za­ba­wie przy czerw­co­wym od­pu­ście, na gmin­nym pa­stwi­sku ko­ło Ko­ścio­ła. Mu­zy­kan­ci by­li miej­sco­wi, ale gra­li cał­kiem do ryt­mu i sen­su. Na skra­ju, bli­żej dro­gi sta­ły kra­my oraz prze­no­śna ga­stro­no­mia z kieł­ba­są, oren­ża­dą i pi­wem, środ­kiem tań­ce od­by­wa­ły się, a na pod­wyż­sze­niu z de­sek po­dry­gi­wa­ła rze­czo­na ka­pe­la. Ku­pi­łem pacz­kę ko­lo­ro­wych cu­kier­ków i prze­cha­dza­łem się tu i ów­dzie pa­trzę­cy, jak ba­wią się pa­ry, a tak­że po­je­dyn­cze oso­by. To­wa­rzy­sko spe­cjal­nie nie udzie­la­łem się, ka­wa­ler­ka zresz­tą też zbyt na­mol­nie nie za­pra­sza­ła mnie do kom­pa­nii ja­ko nie­pi­ją­ce­go oraz nie­pa­lą­ce­go. In­na rzecz z dzie­wu­cha­mi. Te pa­ra­do­wa­ły przede mną i czę­sto-gę­sto, ni­by przy­pad­kiem, wy­pi­na­ły się na wszyst­kie stro­ny: a to by san­da­łek za­piąć, a to chust­kę upusz­czo­ną pod­nieść. A wszyst­ko po to, aże­by swo­je wdzię­ki wy­staw­niej oka­zać. By­wa­ło też nie raz i nie dwa, że któ­raś nie wy­trzy­maw­szy, sa­ma pro­si­ła do tań­ca. Wów­czas nie od­ma­wia­łem, by de­spek­tu dziew­czy­nie przed ludź­mi nie czy­nić. Nie ina­czej by­ło i te­raz. Nie­ja­ka Ja­sno­tów­na Zo­cha, są­sia­da dal­sze­go cór­ka, uda­jąc, że gme­ra za czymś w tra­wie, fi­gu­ry czy­ni­ła prze­dziw­ne: a to za­dek ku gó­rze wy­sta­wi­ła, a to biust zwie­si­ła ku do­ło­wi, to w koń­cu, ni­by przy­pad­kiem, kiec­kę pod­wi­nąw­szy, uda swe, ma­syw­ne jak dwie ar­mat­nie lu­fy, w mo­ją stro­nę wy­ce­lo­wa­ła. Pa­trza­łem, nie po­wiem, na­wet z przy­jem­no­ścią, bo i cze­mu nie? Dzie­wu­cha ja­ko stwo­rze­nie Bo­skie uda­ła się Pa­nu aku­rat­nie, a że dzie­ła Pań­skie chwa­lić prze­cie wol­no, tak i ja Zo­ś­czy­ne ele­men­ty skła­do­we chwa­li­łem w du­chu bar­dzo szcze­rze.

– A mo­że, Ma­rian, za­tań­czy­my, co? – spy­ta­ła wresz­cie.

Nic nie mó­wiąc, bo mi grdy­ka do sie­bie jesz­cze nie przy­szła, wzię­łem Zoś­kę pod rę­kę i po­szlim bli­żej or­kie­stry. Ze­spół za­czął śpie­wać mod­ną wten­czas pio­sen­kę Bel­la, bel­la don­na. Pa­mię­tam jak dziś, bo po pierw­sze u nas na fe­sty­nach ta­kich pio­se­nek nor­mal­nie nie gry­wa­li, po dru­gie był to ja­kieś spe­cjal­ny ob­sta­lu­nek, ale od ko­go i dla ko­go, nie do­sły­sza­łem. No i po trze­cie, a mo­że wła­śnie po pierw­sze − wte­dy to uj­rza­łem ją. Apo­lo­nię. Z ja­sny­mi jak doj­rza­ła psze­ni­ca wło­sa­mi, smu­kłą i gib­ką, w ko­lo­ro­wej, kwie­ci­stej su­kien­ce. Przy na­szych prza­śnych, so­lid­nych ko­bie­tach wy­glą­da­ła jak cia­stecz­ko z kre­mem, co się przy­pad­kiem mię­dzy sal­ce­so­na­mi na wy­sta­wie u rzeź­ni­ka zna­la­zło.

– Nie wiesz, kto to jest? – tyrp­ną­łem wi­szą­cą mi u szyi Zoś­kę.

– A… – Zoś­ka nie­chęt­nie ode­rwa­ła czo­ło od mo­je­go po­licz­ka i ro­zej­rza­ła się wko­ło. – A, to… To prze­cie Po­la. Ta od Pa­sierb­skich, spod la­sa.

– Po­la? – zdzi­wi­łem się, bo Pa­sierb­skich, ow­szem, zna­łem i wiem, że cór­kę ja­kąś mię­dzy pię­cio­ma chło­pa­czy­ska­mi mie­li. Ale pierw­szem sły­szał o ja­kiejś tam Po­li. Ba, o ta­kiej Po­li!

– Ano, Po­la! Na cześć pew­nej sław­nej ak­tor­ki, bo tak nor­mal­nie to Apo­lo­nia jej jest. A coś ta­ki cie­ka­wy? – Zo­cha ro­bi­ła się po­ma­łu ner­wo­wa.

– No bo to… dzi­wo­ląg ja­kiś. Jak­by nie na­sza, nie wsio­wa – pró­bo­wa­łem zma­mić ją nie­co.

Zoś­ka wy­raź­nie ode­tchnę­ła.

– Pew­nie, że dzi­wo­ląg. I pa­niu­sia, że bez ki­ja nie pod­chodź! Do Lu­bli­na, na na­uki do Sióstr Ur­szu­la­nek ją oj­ce po­sła­ły, w tym ro­ku ma­tu­rę zro­bi­ła, to i do do­mu zje­cha­ła. W na­szej szko­le po­no uczyć bę­dzie.

– Ma­tu­rę, mó­wisz, zda­ła… – mruk­ną­łem pod no­sem, obej­mu­jąc jed­na­ko­woż Zoś­kę moc­niej w pa­sie, by so­bie znów cze­go nie po­my­śla­ła. – A ten, co z nią tań­cu­je, to kto?

Fa­gas, z któ­rym mo­ja Apo­lo­nia (już ja wte­dy wie­dzia­łem, że mo­ja) wy­wi­ja­ła fry­mu­śne za­wi­jań­ce, jak­by cał­kiem nie nasz był: ani z po­stu­ry, ani z odzie­nia, ani z oby­cia.

– Ta­kie­go so­bie z mia­sta przy­wio­zła. Na­rze­czo­ne­go ni­by, stu­den­ta – za­mru­cza­ła Zoś­ka, pcha­jąc mi ła­pę mię­dzy gu­zi­ki od ko­szu­li.

– No to pew­nie że­nić nie­dłu­go bę­dą się – od­wza­jem­ni­łem się, opusz­cza­jąc rę­kę ku jej pra­we­mu pół­dup­ku.

– E tam, że­nić to jesz­cze nie, choć ni­by już po sło­wie są. Bo naj­sam­pierw mu­si on te stu­dia skoń­czyć, a to jesz­cze naj­mniej z rok utrwa.

– I tak już u niej go­ści się, jak u swo­jej? Przed ślu­bem? Oby­cza­jem po­gań­skiem?

– Na sia­no­ko­sy za­je­chał ino… a… – Zoś­ka za­wa­ha­ła się nie­co, po czym cał­kiem już bez krę­pa­cji do­je­cha­ła mi otwar­tą dło­nią do sa­me­go pęp­ka. Na szczę­ście ciem­no by­ło i ścisk nie­mi­ło­sier­ny. – A… no­cu­je on u ciot­ki Po­li – wy­szep­ta­ła mi chra­pli­wie do ucha. – Sta­rej Grze­ś­czy­ko­wej.

Do­wie­dziaw­szy się, cze­gom chciał, po­sta­no­wi­łem ukró­cić te jej grzesz­ne umi­zgi. Kie­dy tyl­ko skoń­czy­ła się pio­sen­ka, spoj­rza­łem na ze­ga­rek i pręd­ko do­pro­wa­dzi­łem do po­rząd­ku roz­mem­ła­ne odzie­nie.

– Ależ to póź­no zro­bi­ło się! – za­krzyk­ną­łem mar­kot­nie. – Ja­ka szko­da, Zo­cha, bo tak do­brze mi się z to­bą tań­co­wa­ło!

– No co ty… Ma­rian… Do cha­łu­py już wra­cać chcesz?

– Skąd­że! Alem mat­ce obie­cał me­ble po­od­su­wać, bo z sa­me­go ra­na ma­larz do go­ścin­ne­go po­ko­ju umó­wio­ny.

– To ja cię od­pro­wa­dzę, co? – spy­ta­ła ci­cho.

– Ano, ja­sne, cze­mu nie – przy­zwo­li­łem, zwłasz­cza że pe­wien kon­cept mi się w gło­wie zro­dził i mo­gła mi się Zo­cha do nie­go przy­dać.

Zo­cha wi­dać li­czy­ła na dal­sze ckli­wo­ści i kie­dy szli­śmy na skró­ty przez świe­żo sko­szo­ną łą­kę Bol­ka Ła­cia­ka, przy­lgnę­ła do mnie ca­łym cia­łem, ści­snąw­szy rę­ca­mi w pa­sie jak w ima­dle.

– Ma­rian – wy­sa­pa­ła. – Ja już… od daw­na… Jak tak na cie­bie pa­trzę, to mi w ko­la­nach mięk­nie, dech za­pie­ra, śli­na w gar­dle za­sy­cha… Ma­rian!

W pierw­szej chwi­li krew we mnie za­wrza­ła i ciem­no w oczach zro­bi­ło się, alem wy­trzy­mał, przy­wo­łu­jąc w pa­mię­ci wi­dok ja­snej i czy­stej Apo­lo­nii.

– Ma­rian… – skam­la­ła Zoś­ka. – Coś ty ta­ki… har­dy? W ca­łej wsi nie ma dru­gie­go, co by za mną nie oglą­dał się, któ­ren by bu­zia­ka skraść nie pró­bo­wał. A co? To­bie jed­ne­mu się nie po­do­bam? Dla cie­bie jed­ne­go nie je­stem aku­rat­nie w sam raz?

– Mo­że i je­steś – od­su­ną­łem ją od sie­bie ostroż­nie. – Mo­że. Ale ja te­go nie wiem.

– No to się prze­ko­naj! – Zoś­ka znów pró­bo­wa­ła się mnie ucze­pić, alem pręd­ko usko­czył na bok.

– Chciał­bym, Zo­cha! Ale nie te­raz, bo mi śpiesz­no. Jak przyj­dzie po­ra do­god­niej­sza, to się z to­bą umó­wię. A te­raz wra­caj na fe­styn, bo ci…

.

.

.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: