Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Hologram dla króla - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Data wydania:
15 czerwca 2016
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Hologram dla króla - ebook

„Arcydzieło”. Daily Telegraph

„Znakomita”. Sunday Telegraph

„Zabawna, ciekawa, zajmująca”. Esquire

„Porywająca, dziwna i przerażająco wiarygodna”. Sunday Times

Alan Clay, pracownik amerykańskiej firmy informatycznej Reliant Systems, chce poukładać swoje życie. Usiłuje zapanować nad podziałami w rodzinie, ale przede wszystkim pragnie ustabilizować swoją sytuację materialną, aby zapewnić córce możliwość kontynuowania nauki w college’u.

W związku z tym Alan udaje się do Arabii Saudyjskiej. Zamierza sprzedać królowi Abdullahowi, władcy azjatyckiego państwa, system transmisji telekonferencji z wykorzystaniem holografii, który posiada Reliant Systems. Jeśli się to uda, król przyzna firmie kontrakt na budowę sieci informatycznej dla jednej z metropolii, a prowizja Alana rozwiąże wszystkie trapiące go problemy.

Gdy mężczyzna wraz z współpracownikami przybywa na miejsca, monarcha ma dopiero przyjechać. W miarę jak dni oczekiwania przeradzają się w tygodnie, sytuacja staje się coraz bardziej komiczna. Alana wciąga świat miraży, w którym nadzieje i marzenia mienią się i znikają w upalnym pustynnym słońcu…

„Najlepsza książka Eggersa. Polityczna, ale nie moralizatorska, mniej konceptualna, bardziej psychologiczna i skupiona na ludzkich sprawach bardziej niż jakakolwiek inna powieść tego autora”. London Review of Books

„Komiczna, lecz głęboko poruszająca opowieść o kłopotach pewnego człowieka, która stanowi także świetny, cyfrowy obraz naszych czasów”. Michiko Kukutani, The New York Times

„Sugestywna, zadziwiająca, frapująca. Dowodzi, jak zdumiewającym geniuszem może być Eggers”. Independent

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7999-563-9
Rozmiar pliku: 1 000 B

FRAGMENT KSIĄŻKI

I

Alan Clay obudził się w Dżuddzie, w Arabii Saudyjskiej. Był 30 maja 2010 roku. Żeby tam dotrzeć, spędził dwa dni w samolotach.

W Nairobi poznał pewną kobietę. Siedzieli obok siebie, czekając na swoje loty. Była wysoka, krągła i nosiła maleńkie złote kolczyki. Miała rumianą cerę i melodyjny głos. Polubił ją bardziej niż wiele z osób obecnych w jego życiu, osób, które widywał na co dzień. Powiedziała, że mieszka w północnej części stanu Nowy Jork. Nie tak znowu daleko od jego domu na przedmieściach Bostonu.

Gdyby miał dość odwagi, znalazłby sposób, by spędzić z nią więcej czasu. Zamiast to zrobić, wsiadł do samolotu i poleciał najpierw do Rijadu, a potem do Dżuddy. Jakiś mężczyzna zabrał go z lotniska i zawiózł do hotelu.

O 1:12 w nocy Alan wszedł do swojego pokoju w Hiltonie i szybko przygotował się do snu. Musiał się przespać. O siódmej musiał ruszyć w godzinną podróż na północ, by o ósmej znaleźć się w Economic City króla Abdullaha. Tam wraz ze swoim zespołem miał przygotować system telekonferencji z wykorzystaniem holografii i czekać, aż zostanie zaprezentowany samemu królowi. Jeśli Abdullah będzie pod wrażeniem, przyzna kontrakt na budowę sieci informatycznej dla całego miasta firmie Reliant, a mniej więcej półmilionowa prowizja Alana rozwiąże wszystkie trapiące go problemy.

Musiał więc czuć się wypoczęty. Przygotowany. Ale zamiast wypocząć, spędził w łóżku cztery bezsenne godziny.

Myślał o swojej córce Kit, która studiowała w college’u, bardzo dobrym i kosztownym college’u. Nie miał pieniędzy na opłacenie jej czesnego za jesień. Nie był w stanie tego zrobić, gdyż podjął w swoim życiu szereg głupich decyzji. Źle planował. I brakowało mu odwagi, gdy jej potrzebował.

Jego decyzje były krótkowzroczne.

Decyzje jego rówieśników też były krótkowzroczne.

Głupie i podyktowane oportunizmem.

Wtedy jednak nie wiedział, że jego decyzje są krótkowzroczne, głupie i podyktowane oportunizmem. On i jego rówieśnicy nie wiedzieli, że podejmują decyzje, które sprawią, że kiedyś będą tacy, jak on teraz – praktycznie zrujnowany, niemal bezrobotny, prowadzący swoją jednoosobową firmę doradczą z biura we własnym domu.

Z matką Kit, Ruby, się rozwiódł. Od ich rozstania minęło więcej czasu, niż spędzili razem. Ruby była potwornie upierdliwa, mieszkała obecnie w Kalifornii i w żaden sposób nie wspierała finansowo ich córki. College to t w ó j problem, oświadczyła. Bądź mężczyzną.

Zanosiło się na to, że jesienią Kit nie będzie studiować. Alan wystawił dom na sprzedaż, ale jeszcze nie znalazł nabywcy. Innych możliwości nie miał. Był winien pieniądze wielu ludziom, w tym osiemnaście tysięcy dwóm projektantom za wykonanie prototypu nowego roweru, który jak sądził, mógłby produkować w okolicach Bostonu. To z tego powodu nazywano go idiotą. Był winien forsę Jimowi Wongowi, który pożyczył mu czterdzieści pięć tysięcy na materiały oraz na pierwszą i ostatnią ratę czynszu z tytułu dzierżawy magazynu. Kolejne sześćdziesiąt pięć tysięcy miał oddać sześciu przyjaciołom i niedoszłym wspólnikom.

Tak więc był zrujnowany. A kiedy zdał sobie sprawę, że nie może opłacić czesnego Kit, nie miał już czasu, by postarać się o jakąś inną pomoc. Zbyt późno na przenosiny.

Czy to, że zdrowa młoda kobieta, taka jak Kit, zrobi sobie semestr wolnego od studiowania, było tragedią? Nie było. Długie, pełne ludzkiej udręki dzieje świata nie odnotują opuszczonego semestru nauki w przypadku bystrej i zdolnej młodej kobiety, takiej jak Kit. Przeżyje. To nie tragedia. W najmniejszym stopniu.

Tragedią było ponoć to, co stało się z Charliem Fallonem. Charlie Fallon zamarzł na śmierć w jeziorze koło domu Alana. W jeziorze obok domu Alana.

Alan myślał o Charliem Fallonie, nie mogąc zasnąć w hotelu w Dżuddzie. Tamtego dnia widział, jak Charlie wchodzi do jeziora. Wyruszał właśnie samochodem do kamieniołomu. To, że człowiek taki jak Charlie Fallon włazi we wrześniu do mieniącej się czarnej wody, nie wydawało się normalne, ale też nie było niczym nadzwyczajnym.

Charlie Fallon wysyłał Alanowi strony z różnych książek. Robił to przez dwa lata. W późnym wieku odkrył transcendentalistów i poczuł z nimi więź. Spostrzegł, że Brook Farm znajduje się dość blisko miejsca, w którym obaj z Alanem mieszkają, i uznał, że to coś znaczy. Prześledził swój bostoński rodowód, licząc na to, że znajdzie jakiś związek z transcendentalistami, ale bez skutku. Mimo to nadal przesyłał Alanowi kartki z zakreślonymi fragmentami tekstu.

Sposób rozumowania ludzi dobrze sytuowanych, myślał Alan. Nie przysyłaj mi więcej tego gówna, powiedział Charliemu. Ale Charlie wyszczerzył zęby w uśmiechu i posyłał następne strony.

Kiedy więc Alan ujrzał w sobotę w południe, jak Charlie wchodzi do jeziora, uznał to za logiczny kolejny krok tego człowieka w jego nowym zamiłowaniu do natury. Gdy minął go tamtego dnia, woda sięgała Charliemu zaledwie do kostek.II

Gdy Alan obudził się w Hiltonie w Dżuddzie, już był spóźniony. Była 8:15. Zasnął tuż po piątej.

Spodziewano się go w Economic City króla Abdullaha o ósmej. Miasto znajdowało się co najmniej godzinę jazdy z Dżuddy. Zanim weźmie prysznic, ubierze się i załatwi jakiś samochód, będzie dziesiąta. Pierwszego dnia swojej misji spóźni się dwie godziny. Był głupcem. Z roku na rok coraz większym.

Spróbował zadzwonić na komórkę Cayley. Odebrała, usłyszał jej chrapliwy głos. W innym życiu, w innym układzie, w którym on byłby młodszy, ona starsza, a oboje na tyle głupi, żeby tego spróbować, oboje z Cayley stworzyliby coś strasznego.

– Witaj, Alanie! Jak tu pięknie. Cóż, może „pięknie” to złe słowo. Tyle że cię tu nie ma.

Wytłumaczył, co się stało. Nie skłamał. Nie potrafił już wykrzesać z siebie niezbędnej do tego energii, kreatywności.

– Cóż, nie przejmuj się – pocieszyła go, śmiejąc się cicho, a jej głos sugerował możliwość istnienia fantastycznego życia w stanie nieprzemijającej zmysłowości. – Właśnie rozkładamy sprzęt. Będziesz jednak musiał załatwić sobie jakiś transport. Czy ktoś z was wie, jak Alan może się tu dostać?

Wydawało się, że krzyczy do pozostałych członków zespołu, a otacza ją otchłań. Wyobraził sobie mroczne i puste miejsce, troje młodych ludzi ze świecami w dłoniach, czekających, aż zjawi się ze swą latarnią.

– Nie może wynająć samochodu – powiedziała do nich, po czym zwróciła się do niego: – Możesz wynająć samochód, Alanie?

– Zorientuję się – odparł.

Zadzwonił do recepcji w holu.

– Halo, mówi Alan Clay. Jak pan ma na imię?

Pytał o imiona. Nawyk, który wpoił mu Joe Trivole w czasach, gdy pracowali w Fuller Brush. Pytaj o imiona, powtarzaj imiona. Zapamiętujesz imiona ludzi, oni zapamiętują ciebie.

Recepcjonista powiedział, że ma na imię Edward.

– Edward?

– Tak, proszę pana. Mam na imię Edward. W czym mogę pomóc?

– Skąd pochodzisz, Edwardzie?

– Z Indonezji, z Dżakarty, proszę pana.

– Ach, z Dżakarty – powtórzył Alan, po czym zdał sobie sprawę, że nie ma nic do powiedzenia na temat tego miasta. Jego wiedza o Dżakarcie była zerowa.

– Edwardzie, mógłbym wynająć samochód za pośrednictwem hotelu?

– Czy ma pan międzynarodowe prawo jazdy?

– Nie.

– W takim razie myślę, że nie powinien pan tego robić.

Alan zadzwonił do konsjerża. Wyjaśnił, że potrzebuje kierowcy, który zawiózłby go do Economic City.

– To zajmie kilka minut – odparł konsjerż. Nie mówił z saudyjskim akcentem. Najwyraźniej w tym saudyjskim hotelu nie zatrudniali Saudyjczyków. Alan zakładał, że tak będzie. Powiedziano mu, że tylko nieliczni Saudyjczycy gdzieś pracują. We wszystkich sektorach sprowadzali siłę roboczą z zagranicy. Odźwierny wyjaśnił, że muszą znaleźć kogoś odpowiedniego.

– Nie możecie po prostu zadzwonić po taksówkę?

– Niezupełnie, proszę pana.

Krew się w nim zagotowała, ale sam przecież wpakował się w ten pasztet. Podziękował i odłożył słuchawkę. Wiedział, że w Dżuddzie i Rijadzie nie da się tak po prostu wezwać taksówki. Tak przynajmniej pisano w przewodnikach; wszystkie wyolbrzymiały niebezpieczeństwa czyhające na cudzoziemskich podróżnych w Królestwie Arabii Saudyjskiej. Departament Stanu postawił Saudyjczyków w stan najwyższego pogotowia. Nie dało się wykluczyć porwania. Alan mógł być sprzedany Al-Kaidzie, przetrzymywany dla okupu, przewieziony przez granicę. Nigdy wcześniej nie czuł się nigdzie zagrożony, a przecież w swoich misjach trafiał w latach dziewięćdziesiątych do Juarez, a w osiemdziesiątych do Gwatemali.

Zadzwonił telefon.

– Mamy dla pana kierowcę. Kiedy chciałby pan jechać?

– Jak najszybciej.

– Będzie tu za dwanaście minut.

Alan wziął prysznic i ogolił usianą drobnymi cętkami szyję. Włożył podkoszulek, białą koszulę z przypinanymi wyłogami kołnierzyka, spodnie khaki, mokasyny i jasnobrązowe skarpetki. Ubieraj się po prostu jak amerykański biznesmen, usłyszał. Krążyły ostrzegawcze opowieści o noszących arabskie thawby i nakrycia głowy nadgorliwcach z Zachodu, dokładających starań, próbujących się wtopić w tło. Nie doceniano tu takich wysiłków.

Poprawiając kołnierzyk koszuli, Alan poczuł zgrubienie na karku, które odkrył miesiąc wcześniej. Było wielkości piłeczki do golfa, sterczało mu z kręgosłupa, w dotyku przypominało chrząstkę. Niekiedy myślał, że to część kręgosłupa, bo czymże innym mogłoby być?

Mogłoby być guzem.

Takie zgrubienie na kręgosłupie – to musiało być inwazyjne i zabójcze. Ostatnio miał mętne myśli i niezdarny chód, więc okropne przypuszczenie, że coś tam rośnie, wgryza się w niego, pozbawia go sił witalnych, wyciska zeń całą przenikliwość i determinację, było całkowicie sensowne.

Zamierzał się z kimś w tej sprawie zobaczyć, ale potem zrezygnował. Lekarz nie mógłby czegoś takiego zoperować. Alan nie chciał naświetlań, nie chciał wyłysieć. Nie, cała sztuka polegała na tym, by od czasu do czasu dotykać tej narośli, śledzić związane z nią objawy, podotykać jeszcze trochę, a potem nic z tym nie robić.

Po dwunastu minutach był gotowy.

Zadzwonił do Cayley.

– Właśnie wychodzę z hotelu.

– Dobrze. Gdy już tu dotrzesz, będziemy gotowi.

Zespół zdołał tam dotrzeć bez niego, zespół zdołał się bez niego przygotować. Po co więc w ogóle się tu zjawił? Powody były pokrętne, ale to dzięki nim tu przyleciał. Po pierwsze, był starszy niż pozostali dwudziestokilkuletni członkowie zespołu, właściwie jeszcze dzieci. Po drugie, Alan poznał kiedyś bratanka króla Abdullaha; w połowie lat dziewięćdziesiątych uczestniczyli w śmiałym przedsięwzięciu związanym z produkcją tworzyw sztucznych i Eric Ingvall, urzędujący w Nowym Jorku wiceprezes Relianta, uważał, że to wystarczająco dobre koneksje, by zyskać uwagę króla. Przypuszczalnie się mylił, ale Alan wolał nie wyprowadzać go z błędu.

Cieszył się z tej pracy. Potrzebował jej. Blisko osiemnaście miesięcy przed telefonem z propozycją od Ingvalla stanowiło pasmo upokorzeń. Złożenie zeznania na dwadzieścia dwa tysiące trzysta pięćdziesiąt dolarów dochodu podlegającego opodatkowaniu było przeżyciem, którego w tym wieku się nie spodziewał. Pracował w domu jako konsultant od siedmiu lat, a jego wpływy malały z każdym rokiem. Wszyscy cięli wydatki. Jeszcze pięć lat temu interesy szły dobrze; starzy znajomi dawali mu zajęcie, a on był dla nich użyteczny. Kontaktował ich ze sprzedawcami, żądał rewanżu za wyświadczone przysługi, dobijał targu, kosił szmal. Czuł się ważny.

Teraz miał pięćdziesiąt cztery lata i dla amerykańskich korporacji był równie intrygujący, jak ulepiony z błota samolot. Nie mógł znaleźć pracy, nie potrafił zdobyć klientów. Przeszedł ze Schwinna do firmy Huffy, stamtąd do Frontier Manufacturing Partners, a potem do Alan Clay Consulting, by siedzieć w domu i oglądać na DVD, jak Red Sox zdobywają mistrzostwo w 2004 i 2007. Mecz z Yankees, w którym zaliczyli trzy home runy z rzędu. 22 kwietnia 2007 roku. Oglądał te cztery i pół minuty ze sto razy i za każdym razem sprawiało mu to coś na kształt radości. Poczucie słuszności, ładu. Zwycięstwo, którego nie można już było odebrać.

Alan zadzwonił do konsjerża.

– Samochód czeka?

– Przykro mi, ale kierowca się spóźni.

– Jesteś tym gościem z Dżakarty?

– Tak.

– Edward.

– Owszem.

– Witaj, Edwardzie. Jak bardzo kierowca się spóźni?

– Dwadzieścia minut. Mogę panu przysłać coś do jedzenia?

Alan podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz. Morze Czerwone było spokojne, z tej wysokości niczym się nie wyróżniało. Tuż nad brzegiem biegła sześciopasmowa autostrada. Trzech ubranych na biało mężczyzn łowiło ryby przy molo.

Alan spojrzał na sąsiedni balkon i zobaczył swoje odbicie w szkle. Wyglądał jak przeciętny mężczyzna. Ogolony i ubrany uchodził za normalnego. Ale pod jego czołem pojawił się cień. Oczy skryły się w tym cieniu i ludzie zwracali na to uwagę. Na ostatnim szkolnym zjeździe pewien facet, były futbolista, którym Alan kiedyś gardził, powiedział: „Stary, masz nieobecne spojrzenie. Co ci się stało?”.

Od morza dotarł podmuch wiatru. W oddali sunął po wodzie kontenerowiec. Tu i ówdzie widać było inne statki, maleńkie niczym zabawki.

Kiedy lecieli z Bostonu do Londynu, obok Alana siedział pewien mężczyzna. Pił gin z tonikiem i snuł swój monolog.

Przez jakiś czas było dobrze, prawda? – tokował. Ile to trwało, trzydzieści lat? Może dwadzieścia, dwadzieścia dwa? Ale że się skończyło, to rzecz pewna, i teraz musimy być gotowi dołączyć do zachodniej Europy w epoce turystyki i zakupów. Czyż nie o to z grubsza chodziło w tym, co mówił ten facet w samolocie? Mniej więcej.

Nie chciał się zamknąć, stale też przynoszono mu drinki.

Staliśmy się narodem domowych kotów, zauważył. Narodem niedowiarków, ludzi wiecznie zatroskanych i za dużo myślących. Dzięki Bogu Amerykanie, którzy zasiedlili ten kraj, byli inni. Ulepieni z innej gliny! Przemierzali kraj w wozach z drewnianymi kołami! Ich towarzysze kitowali po drodze, a oni parli do przodu. W tamtych czasach grzebało się zmarłych i ruszało dalej.

Pijany i chyba wytrącony z równowagi mężczyzna podobnie jak Alan urodził się w rodzinie fabrykantów, a później zagubił się w światach luźno związanych z wytwarzaniem rzeczy. Wlewał w siebie alkohol i miał już to wszystko z głowy. Zmierzał do Francji, by osiąść koło Nicei, w niewielkim domu zbudowanym przez jego ojca po drugiej wojnie światowej. Koniec historii.

Alan dostroił się do mężczyzny i wymienili przemyślenia na temat Chin, Korei, szycia ciuchów w Wietnamie, rozwoju i upadku branży odzieżowej na Haiti oraz ceny za porządny pokój w Hajdarabadzie. Alan poświęcił kilkadziesiąt lat produkcji rowerów, później miał z dziesięć innych zajęć, doradzając, pomagając firmom konkurować dzięki wyśrubowanej wydajności, robotom, efektywnemu procesowi produkcji, tego rodzaju instrumentom. A mimo to dla człowieka takiego jak on z roku na rok było coraz mniej pracy. Ludzie kończyli z wytwarzaniem na amerykańskiej ziemi. Jak on lub ktokolwiek inny mógł argumentować za wydawaniem pięć lub dziesięć razy więcej, niż kosztowało to w Azji? A gdy azjatyckie zarobki wzrosną ponad dopuszczalną miarę – na przykład do poziomu pięciu dolarów za godzinę – była jeszcze Afryka. Chińczycy już teraz robili adidasy w Nigerii. Jack Welch powiedział, że produkcja powinna odbywać się na wielkiej barce bezustannie krążącej po świecie w poszukiwaniu najtańszej robocizny i wyglądało na to, że świat potraktował jego słowa poważnie. Mężczyzna w samolocie jękliwie zaprotestował: Przecież to, gdzie coś jest wyprodukowane, powinno mieć znaczenie!

Alan nie chciał jednak rozpaczać i nie chciał zarazić się niemocą swojego sąsiada. Czyżby był optymistą? Tak powiedział. N i e m o c. Właśnie tego słowa raz po raz używał mężczyzna. Tak naprawdę wszystko przez czarny humor. Dowcipy! – lamentował mężczyzna. Słyszałem je we Francji, słyszałem w Anglii, Hiszpanii. I w Rosji! Ludzie narzekający na beznadziejne władze w swoich krajach, na ich elementarną i nieodwracalną dysfunkcję. No i we Włoszech! Rozgoryczenie, założenie, że to już schyłek. Powszechne, teraz także u nas. Ten ponury sarkazm. Jak Boga kocham, właśnie on zabija. To znak, że leżysz i nie jesteś w stanie się podnieść!

Alan słyszał to już przedtem i nie miał ochoty na więcej. Założył słuchawki i przez resztę lotu oglądał filmy.

Wrócił z balkonu w mroczny chłód pokoju.

Myślał o swoim domu. Zastanawiał się, kto w nim teraz jest. Kto przemierza pokoje, dotyka rzeczy, wychodzi.

Jego dom od czterech miesięcy był wystawiony na sprzedaż. Czy to w tym jeziorze zamarzł ten gość?

Ruby telefonowała wyłącznie w sprawie domu. Czy został już sprzedany? Potrzebowała pieniędzy i obawiała się, że Alan go opchnie i jakoś zatai przed nią ten fakt. Dowiesz się, gdy znajdzie się nabywca, tłumaczył jej. Jest też internet. Gdy zaczynała krzyczeć, odkładał słuchawkę.

Dom Alana przygotowała do sprzedaży kobieta. Są ludzie, którzy się tym zajmują. Przychodzą do twojego domu i sprawiają, że staje się atrakcyjniejszy; nigdy nie zdołałbyś zrobić tego lepiej. Rozjaśniają mrok, który przez Twoje kłopoty spowił wnętrza.

Po czym, do czasu sprzedaży, mieszkasz w lepszej wersji swojego domu. Jest więcej żółtego. Są kwiaty i stoły zrobione z drewna z odzysku. Twój dobytek znajduje się w magazynie.

Miała na imię Renee oraz rzadkie i rozwichrzone, zaczesane do góry włosy, które wyglądały niczym wata cukrowa. Niech pan zacznie od usunięcia rupieci, powiedziała. Będzie pan musiał spakować do pudeł i wynieść dziewięćdziesiąt procent tych wszystkich sprzętów, dodała, ogarniając ruchem ręki wszystko, co zgromadził w ciągu dwudziestu lat.

Spakował się. Wynosił i wynosił. Meble zostawił, ale gdy wróciła Renee, usłyszał, że teraz je zmienią. Chce je pan kupić czy wypożyczyć?

Usunął swoje meble. W salonie stały dwie kanapy i obie oddał. Jedną przyjaciółce Kit. Drugą mężczyźnie o imieniu Chuy, który kosił u niego trawę. Renee wypożyczyła dzieła sztuki. Bezpretensjonalne abstrakcje, tak je nazywała. Były w każdym pokoju – płótna w przyjemnych dla oka kolorach, przedstawiające nieokreślone, nic nieznaczące bryły.

To było cztery miesiące temu. Przez cały czas mieszkał w domu, ewakuując się, gdy pośrednicy chcieli go pokazać. Niekiedy zostawał. Czasem zamykał się w swoim biurze, a goście chodzili po domu, komentując wnętrza. Niskie sufity, mówili. Małe sypialnie. Te podłogi są tu od początku? Pachnie stęchlizną. Czy obecni właściciele to ludzie starsi?

Czasami przyglądał się, jak potencjalni nabywcy wchodzą i wychodzą. Zerkał przez okno swojego biura jak kretyn. Pewna para zabawiła tak długo, że musiał się wysikać do kubka po kawie. Jedna z oglądających mieszkanie osób, odziana w długi skórzany płaszcz przedstawicielka wolnego zawodu, odchodząc, zobaczyła go z podjazdu przez okno. Odwróciła się do pośrednika i powiedziała: Chyba właśnie widziałam ducha.

Alan obserwował, jak fale rozbijają się łagodnie o brzeg. Kto by pomyślał, że Arabia Saudyjska ma tak rozległe i dziewicze wybrzeże? Nie miał o tym pojęcia. Spojrzał na kilkadziesiąt palm poniżej, zasadzonych na dziedzińcu Hiltona lub sąsiedniego hotelu, na rozciągające się za nimi Morze Czerwone. Pomyślał, że tu zostanie. Mógłby zmienić nazwisko. Mógłby zaniechać spłaty wszystkich długów. Wysłać jakoś Kit pieniądze, zostawić przytłaczające brzemię swojego życia w Ameryce. Dźwigał je przez pięćdziesiąt cztery lata. To chyba wystarczająco długo?

Ale nie. Był kimś lepszym. Kiedyś był kimś lepszym. Kiedyś potrafił ogarnąć świat. Kiedyś sięgał wzrokiem daleko. Kiedyś przekraczał granice obojętności, by zobaczyć niezafałszowany krajobraz swojego życia i przyszłości; można je było zaplanować i dojść do wytyczonego celu. Wszystko, co chciał zrobić, robiono już przedtem, czemu więc nie mógłby tego powtórzyć? Mógł. Gdyby tylko zdołał zaangażować się w coś na stałe. Gdyby tylko zdołał nakreślić plan i go wykonać. Mógł! Musiał tylko w to wierzyć. I oczywiście wierzył.

Zawarcie umowy z Abdullahem wydawało się przesądzone. Nikt nie mógł się równać z Reliantem pod względem wielkości, a teraz mieli jeszcze ten niebywały hologram. Alan do tego doprowadzi, dostanie swoją dolę, spłaci wszystkich w Bostonie, a potem przystąpi do działania. Otworzy niewielką fabrykę, zacznie od tysiąca rowerów rocznie, a potem zwiększy produkcję. Opłaci czesne Kit z drobnej części zysków. Odprawi pośredników, spłaci resztę długu zabezpieczonego hipoteką, zdominuje świat jak olbrzym, który będzie miał dość forsy, by rzec: Pieprzę w a s i w a s, i w a s.

Pukanie do drzwi. Przywieźli śniadanie. Starte ziemniaki smażone z cebulą trafiły do jego pokoju w ciągu pięciu minut. Niemożliwe, chyba że przyrządzono je dla kogoś innego. Zdał sobie z tego sprawę, ale było mu to obojętne. Pozwolił, by kelner ustawił wszystko na stoliku na balkonie, i siedząc na dziesiątym piętrze, mrużąc oczy przed wiatrem, złożył zamaszysty podpis na rachunku. Przez chwilę czuł, że to on. Że jest tego wart. Musiał przybrać minę posiadacza, zyskać poczucie przynależności. Skoro może zjeść czyjeś smażone ziemniaki, skoro jest człowiekiem, na którym dyrekcja hotelu pragnie zrobić tak dobre wrażenie, że przysyła mu czyjeś śniadanie, to może w takim razie rzeczywiście zdoła uzyskać audiencję u króla.IV

Może dobrze się stało, że Kit spędzi rok w domu. Jej współlokatorka z uczelni była dziwnym okazem, dziewczyną chudą jak patyk, na wszystko zwracającą uwagę. Zauważyła, że Kit śpi niespokojnie, i wiedziała, co to oznacza, jak można temu zaradzić, znała głęboko zakorzenione przyczyny takiego zachowania. W następstwie pojawiły się pytania, podejrzenia co do różnych problemów Kit. Zauważyła maleńkie sińce na rękach Kit i chciała wiedzieć, który mężczyzna jej to zrobił. Zauważyła, że głos Kit jest wysoki, nieco cienki, prawie dziecięcy, a to często, wyjaśniła, oznaka molestowania seksualnego w dzieciństwie, głos ofiary nie zmienia się po takiej traumie. Czy zauważyłaś kiedyś, że masz dziecięcy głos?

– Często to robisz? – zapytał Alan.

– Wożę ludzi? To zajęcie na boku. Uczę się.

– Czego?

– Życia! – odparł Jusuf i się roześmiał. – Nie, nabijam się z ciebie. Biznesu, marketingu. Tego rodzaju spraw. Sam nie wiem dlaczego.

Minęli rozległy plac zabaw i Alan po raz pierwszy zobaczył saudyjskie dzieci. Siedmioro lub ośmioro, wiszące na drabinkach i wspinające się na zjeżdżalnie. Towarzyszyły im kobiety w czarnych jak smoła burkach. Bywał już wśród kobiet w burkach, ale widok tych cieni poruszających się za maluchami po placu zabaw przyprawił go o dreszcze. Czyż uciekanie przed biegnącą z rozłożonymi rękami postacią w powłóczystej czarnej szacie nie jest sceną z koszmaru? Alan nie miał jednak żadnej wiedzy na ten temat i nic nie powiedział.

– Jak długo będziemy jechali? – zapytał.

– Do Economic City króla Abdullaha? To tam zmierzamy?

Alan milczał. Jusuf się uśmiechał. Tym razem też żartował.

– Około godziny. Może nieco dłużej. O której miałeś być?

– O ósmej. Ósmej trzydzieści.

– Cóż, będziesz w południe.

– Lubisz Fleetwood Mac? – zapytał Jusuf. Przygotował swój iPod do pracy (wyglądał tak, jakby przez stulecia leżał zagrzebany w piachu) i teraz przeglądał tytuły zapisanych na nim piosenek.

Wyjechali z miasta i niebawem znaleźli się na drodze prosto jak strzała biegnącej przez pustynię. Nie była piękna. Nie miała wydm. Była niemiłosiernie płaska. Przecinała ją brzydka autostrada. Auto Jusufa mijało cysterny i ciężarówki. Od czasu do czasu w oddali ukazywała się mała wioska z szarego betonu, labirynt ścian i plątanina przewodów elektrycznych.

Alan i Ruby jechali kiedyś przez Stany Zjednoczone, z Bostonu do Oregonu, na ślub przyjaciela. Korzystali z niedorzecznej możliwości dostępnej, zanim pojawią się dzieci. Podczas jazdy kłócili się wielokrotnie, bardzo gwałtownie, głównie o byłych. Ruby chciała opowiedzieć ze wszystkimi szczegółami o swoich. Chciała, żeby Alan wiedział, dlaczego od nich odeszła i wybrała jego, a jemu nie było to do niczego potrzebne. Czy czysta karta to zbyt wygórowane oczekiwanie? Przestań, proszę, błagał. Mówiła dalej, upajając się swą opowieścią. Dość, dość, dość! – ryknął w końcu i od Salt Lake City aż do Oregonu nie padło między nimi ani jedno słowo. Każdy kilometr ciszy dodawał mu sił i jak przypuszczał, zwiększał jej szacunek dla niego. Milczenie i wojowniczość stanowiły jego jedyną broń przeciwko Ruby; od czasu do czasu podtrzymywał więc ponure napięcie. Nigdy wcześniej nie był tak uparty, jak przy niej. Pod taką postacią spędził z nią sześć lat – był wybuchowy, zazdrosny i nieustępliwy. Nigdy nie czuł tak mocno, że żyje.

Jusuf zapalił kolejnego papierosa.

– Niezbyt męska marka – zauważył Alan.

Jusuf się zaśmiał.

– Próbuję rzucić, więc przeszedłem z papierosów normalnej wielkości na te. Są dwa razy cieńsze. Mniej nikotyny.

– Za to bardziej gustowne.

– Gustowne. G u s t o w n e. Podoba mi się to określenie. Owszem, są gustowne.

Jedna z dwóch jedynek Jusufa biegła na ukos, zachodząc na drugą. Nadawało to jego uśmiechowi wyraz szczególnego rodzaju szaleństwa.

– Nawet pudełko – dodał Alan. – Przyjrzyj mu się.

Pudełko było srebrzysto-białe i maleńkie, przypominało miniaturowego cadillaca z owadzim alfonsem za kółkiem.

Jusuf otworzył schowek, wrzucił do niego papierosy i zapytał:

– Teraz lepiej?

Alan się roześmiał.

– Dziękuję.

Milczeli przez dziesięć minut.

Alan zastanawiał się, czy ten człowiek rzeczywiście wiezie go do Economic City. Czy aby nie jest czarującym porywaczem.

– Lubisz dowcipy? – zapytał.

– Masz na myśli dowcipy, które się zapamiętuje i opowiada?

– Tak – potwierdził Alan. – Właśnie takie.

– Tego rodzaju dowcipy… nie są w stylu Saudyjczyków. Ale słyszałem kilka. Jeden Brytyjczyk opowiedział mi kawał o królowej i dużym kutasie.

Ruby nie znosiła dowcipów. Są takie żenujące, mówiła po każdym wieczorze poza domem, gdy opowiedział jeden lub dziesięć. Alan znał ich setki i wszyscy jego znajomi o tym wiedzieli.

Kiedyś został nawet poddany próbie – kilka lat temu grupa przyjaciół kazała mu opowiadać kawały przez dwie godziny bez przerwy. Myśleli, że w tym czasie wyczerpie ich zasób, ale on dopiero się rozkręcał. Nie miał pojęcia, dlaczego pamiętał ich aż tyle. Ilekroć jednak kończył jeden, przypominał mu się następny. Pamięć nigdy go nie zawiodła. Każdy dowcip był związany z kolejnym niczym sznur chustek iluzjonisty.

– Nie bądź takim prostakiem. Zachowujesz się niczym jakiś artysta rewiowy. Nikt już tak nie opowiada kawałów.

– Ja opowiadam.

– Ludzie opowiadają kawały, gdy nie mają nic do powiedzenia – zauważyła.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: