Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

365 obiadów: historya o kilku osobach i jednej książce - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Rok wydania:
2011
Czytaj fragment
Pobierz fragment
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.

365 obiadów: historya o kilku osobach i jednej książce - ebook

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: brak
Rozmiar pliku: 193 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Дозвоиено Цензурою.

Варшава, 22 Ноября 1895 года.

Sza­now­nej au­tor­ce

praw­dzi­wych

"365 OBIA­DÓW"

po­świę­ca

Au­tor

Skrzy­pec­ki wła­snych fun­du­szów nie po­sia­dał. Pary szkap, brycz­ki naj­ty­czan­ki z for­de­klem, man­tel­za­ka z za­war­to­ścią męz­kiej gar­de­ro­by, sta­no­wią­cych je­dy­ną wła­sność pana Kon­stan­te­go, żad­ną mia­rą ka­pi­ta­łem pro­cen­tu­ją­cym na­zwać nie moż­na. Co się ty­czy Flor­ka, to su­kurs z jego stro­ny, ogra­ni­czał się na traf­nych ra­dach, udzie­la­nych pryn­cy­pa­ło­wi.

Jed­nak­że pan Kon­stan­ty żył, więc mu­siał mieć z cze­go. Kwe­stya w tem, jak to coś okre­ślić.

Na­zwał­bym Skrzy­pec­kie­go re­por­te­rem wiej­skim, bo i łgał na po­tę­gę! no­win­ki w lot chwy­tał i po dwo­rach roz­no­sił, na­wet wier­szy­ki oko­licz­no­ścio­we ukła­dał, a mów­ki to­a­sto­we sy­pał jak z rę­ka­wa… Cóż? kie­dy ża­den z re­por­te­rów, mimo do­cho­dów z re­klam, koni nie trzy­ma, bez stan­gre­ta się ob­cho­dzi, w naj­lep­szym ra­zie za­da­wa­la­jąc się jed­no­kon­ną dryn­dą.

Re­zy­den­tem ta­koż pan Kon­stan­ty nie był, gdyż nig­dzie dłu­żej nad dwa ty­go­dnie nie po­pa­sał, ni­czy­jej go­ścin­no­ści nie nad­uży­wa­jąc.

Za­sa­dy tej trzy­mał się sta­le od chwi­li po­ja­wie­nia się w.skiem, gdzie przy­był z za­mia­rem kup­na ma­jąt­ku.

Wio­ski od­po­wied­niej wpraw­dzie nie upa­trzył, ale w za­mian na­tknął się na ko­le­gę szkol­ne­go.

Przy­jaźń z ławy szkol­nej od­ży­ła! Za­ba­wił pod ko­le­żeń­skim da­chem czas ja­kiś, za­po­znał się z oko­li­cą, po­ro­bił zna­jo­mo­ści, za­wią­zał sto­sun­ki, a tak mu tam­tej­sze stro­ny do gu­stu przy­pa­dły, że ru­szyć się stam­tąd nie miał ocho­ty.

Urzą­dził so­bie tedy ży­cie po swo­je­mu.

Nie re­zy­du­jąc nig­dzie sta­le, by­wał wszę­dzie, z po­cząt­ku jeż­dżąc na cu­dzym wóz­ku, na­stęp­nie wła­snym ekwi­pa­żem, wy­gra­nym na po­lo­wa­niu traf­no­ścią strza­łów do bu­te­lek. Za­sa­da nie­gosz­cze­nia nig­dzie dłu­go, wy­klu­cza­ją­ca epi­tet re­zy­den­ta, mia­ła w prak­ty­ce i tę do­brą stro­nę, że Skrzy­pec­ki istot­nie ni­ko­mu na kar­ku nie sie­dział. Zwa­no go wpraw­dzie cza­sa­mi żar­to­bli­wie "Ser­wi­tu­tem", ale o za­mia­nę tej słu­żeb­no­ści nikt się nie ku­sił; nie cią­ży­ła ni­ko­mu.

"Ser­wi­tut" umiał przedew­szyst­kiem zja­wić się w porę, wy­bie­ra­jąc od­po­wied­ni czas na wi­zy­tę, aby swo­ją oso­bę naj­bar­dziej po­żą­da­ną uczy­nić. Deszcz, plu­ta, za­mieć, za­wie­ru­cha… że psa z domu nie wy­pędź! były uprzy­wi­le­jo­wa­ną porą wy­cie­czek Skrzy­pec­kie­go.

Ro­zu­mo­wał i słusz­nie, że gdzie­kol­wiek­by za – je­chał, przyj­mą go z otwar­te­mi rę­ko­ma, raz z po­czu­cia pro­stej go­ścin­no­ści, po­wtó­re z za­do­wo­le­nia, iż na taki psi czas ktoś się do po­ga­węd­ki tra­fił.

Wy­ra­cho­wa­nie nie za­wo­dzi­ło nig­dy… Szlach­cic uko­ły­sa­ny mia­ro­wym plu­skiem desz­czu, zry­wał się z po­obied­niej drzem­ki, roz­bu­dzo­ny tur­ko­tem brycz­ki, rad z góry go­ścio­wi. Wy­sy­łał słu­żą­ce­go na zwia­dy:

– Zo­bacz­no, kto przy­je­chał?

– A któż­by? Pew­ni­kiem się pan Ko­stek przy­wlókł – wy­ro­ko­wał zna­ją­cy zwy­cza­je Skrzy­pec­kie­go dwor­ski wy­ja­dacz.

– "Ser­wi­tut"! – wo­łał, bie­gnąc ku oknu, ura­do­wa­ny szlach­cic.

Prze­czu­cie nie my­li­ło. Otwie­ra­ły się drzwi i za chwi­lę po­ja­wiał się od­czu­wa­ny gość, w bur­ce z ka­pi­szo­nem, prze­mo­kły do nit­ki.

Prócz po­dró­żo­wa­nia w sło­tę, miał Skrzy­pec­ki jesz­cze dru­gi, a rów­nież nie­za­wod­ny spo­sób pod­nie­ca­nia go­ścin­no­ści. Nie ka­zał ko­niom nig­dy od­cho­dzić z pod gan­ku, co mia­ło ozna­czać, że wpadł tyl­ko na chwil­kę.

– Bój się Boga! pa­nie Kon­stan­ty, każ­że wy­prządz. Gdzie ci tak pil­no?… Po­rzuć ce­re­gie­le… Nie wi­dzie­li­śmy cię kopę lat! – opo­no­wał za­uwa­żyw­szy go­spo­darz.

Skrzy­pec­ki po krót­kiej cer­ta­cyi ustę­po­wał: Flo­rek od­bie­rał roz­kaz od­je­cha­nia do sta­jen, man­tel­zak wę­dro­wał do go­ścin­nych po­ko­jów, a uję­ty przy­ję­ciem pan Kon­stant}' ba­wił ty­dzień, dwa… względ­nie do oko­licz­no­ści.

Dar­mo­zja­dem ani wy­łży­gro­szem w ści­słem zna­cze­niu Skrzy­pec­ki nie był. Ani on, ani Flo­rek, ani para koni, nig­dzie za­dar­mo chle­ba nie je­dli.

Usłu­ga za usłu­gę, to tak­że jed­na z mak­sym ży­cio­wych pana Kon­stan­te­go. Zna­jąc war­tość przy­słu­gi, "zjeż­dżał zwy­kle Skrzy­pec­ki w chwi­li, gdy mógł się na co przy­dać. Więc w wi­gi­lię imie­nin, ba­li­ków oby­wa­tel­skich, w przed­dzień pro­szo­nych obia­dów lub po­lo­wań i obej­mo­wał, bez proś­by go­spo­dar­stwa, ber­ło nad kuch­nią i ca­łem urzą­dze­niem przy­ję­cia.

Spo­sob­no­ści żad­nej nie po­mi­nął, bo cały ka­len­darz oby­wa­tel­skich fe­sty­nów miał w gło­wie.

A znal się na rze­czy, przy­znać na­le­ży.

Jaja "na mięk­ko" go­to­wał arte, bi­gos przy­pra­wiał, jak sam Woj­ski, mio­dy pra­sił, na­lew­ki do­pra­wiał, in­dy­ka z wpra­wą chi­rur­ga w po­wie­trzu ro­ze­brał, le­go­mi­nę ob­my­ślił… pal­ce li­zać!… a menu uło­żył… kiep cały cech ku­char­ski!

Rzecz pro­sta, że na wi­nach znał się jak ki­per.

Jeź­dziec nie­zły, my­śli­wy za­wo­ła­ny (psy słyn­nie ukła­dał), dan­ser do upa­dłe­go, brzą­kał przy­tem na for­te­pia­nie do słu­chu i do tań­ca.

Po za zna­jo­mo­ścią kuch­ni i za­le­ta­mi to­wa­rzy­skie­mi, po­sia­dał jesz­cze pan Kon­stan­ty ora­tor­ską swa­dę, do­bry gust, przy­zwo­itą gar­de­ro­bę. W tych prze­to wa­run­kach "ser­wi­tut pa­stwi­sko­wy" w jego i Flor­ka oso­bie, łącz­nie na­wet z parą koń­mi, ni­ko­mu uciąż­li­wym nie był, i słusz­nie twier­dzić moż­na, że Skrzy­pec­ki z "przy­le­gło­ścia­mi" nig­dzie chle­ba za­dar­mo nie jadł.

Re­ży­se­ro­wał przy­ję­cia­mi, urzą­dzał po­lo­wa­nia, w po­trze­bie grał do tań­ca, do­zo­ro­wał po­ło­wu ryb, sma­żył po­wi­dła lub bu­lio­ny, a na­wet, jak utrzy­my­wa­li zło­śli­wi, w do­mach, na któ­rych mu wię­cej za­le­ża­ło, dla przy­po­do­ba­nia się pani, w se­kre­cie po­zba­wiał ród ko­gu­ci ero­tycz­nych za­chcia­nek.

Funk­cyi tej wy­pie­rał się Skrzy­pec­ki so­len­nie, a że przy­pusz­czal­nie speł­niał ją przy za­mknię­tych drzwiach, do­wo­dów na­ma­cal­nych bra­kło.

Tak jed­nak gło­szo­no.

Wszyst­kie po­wy­żej przy­to­czo­ne czyn­no­ści peł­nił Skrzy­pec­ki naj­zu­peł­niej ho­no­ro­wo, nie bio­rąc gro­sza. Nie po­ży­czał rów­nież nig­dy.

Cała ko­rzyść z wy­cie­czek i od­da­nych usług ogra­ni­cza­ła się do papu dla nie­go, dla Flor­ka i ob­ro­ku dla koni. Był to więc w ści­słem zna­cze­niu "ser­wi­tut pa­stwi­sko­wy" bez "zbie­ra­ni­ny" w po­sta­ci go­tów­ki.

Jed­nak­że bez gro­sza nie był, ubie­rał się przy­zwo­icie, a na­wet, gdy mu się tra­fi­ło w wi­sta prze­grać, cze­go nie lu­bił, pła­cił go­tów­ką. Mu­siał prze­to mieć ja­kieś źró­dło do­cho­du?

Miał na­wet nie­jed­no.

Po pierw­sze fa­cy­en­do­wał koń­mi, a ma­jąc dar od­mła­dza­nia bu­cy­fa­ło­wej pro­ge­ni­tu­ry, sta­re wy­pa­ski wy­mie­niał na młod­sze ob­chu­dzo­ne, a za­wsze z pew­ną do­pła­tą. Bez tego do fa­cy­en­dy nie przy­stę­po­wał. Po­wtó­re zna­ko­mi­cie ukła­dał wy­żły, i czę­sto z bó­lem ser­ca "cno­tli­we­go" pie­ska, gdy się ama­tor tra­fił, z po­trze­by sprze­dał.

Po trze­cie, gdy się już fun­du­sze z tych źró­deł wy­czer­py­wa­ły, ucie­kał się pan Kon­stan­ty do spe­cy­al­no­ści za­pa­so­wych. Miał je w po­dwój­nym ga­tun­ku: let­nim i zi­mo­wym.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: