Facebook - konwersja
Atak na młyn nowela - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Atak na młyn nowela - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Język:
Polski
Rok wydania:
2011
Rozmiar pliku:
192 KB
Zabezpieczenie:
brak
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.

Atak na młyn nowela - opis ebooka

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

FRAGMENT KSIĄŻKI

I.

Młyn ojca Mer­lier pe­łen był uro­czy­sto­ści w ten pięk­ny, let­ni wie­czór. Trzy sto­ły, ze­sta­wio­ne ra­zem w po­środ­ku po­dwó­rza, cze­ka­ły na bie­siad­ni­ków. Wszyst­kim wia­do­mem było do­brze, że tego dnia od­być się mają; za­ra­czy­ny cór­ki mły­na­rza Mer­lier, Fran­cisz­ki, z Do­mi­ni­kiem, uży­wa­ją­cym wpraw­dzie tro­chę nie­po­chleb­nej opi­nii próż­nia­ka, na któ­re­go wszak­że wszyst­kie dziew­czę­ta w pro­mie­niu trzech mil iskrzą­ce­mi spo­glą­da­ły oczy­ma, taką miał dziel­ną minę ten chło­piec.

Młyn ojca Mer­lier – to była roz­kosz praw­dzi­wa. Znaj­do­wał on się w sa­mym środ­ku Ro­creu­se'y, w miej­scu, gdzie głów­ny go­ści­niec za­gi­na się w ko­la­no. Wio­ska Ro­creu­se po­sia­da tyl­ko jed­nę uli­cę, uję­tą w dwa rzę­dy do­mów z obu stron. Tu jed­nak, na skrę­cie trak­tu, roz­po­ście­ra­ją się zna­gła łąki a wiel­kie drze­wa, ro­sną­ce wzdłuż bie­gu Mo­zel­li, rzu­ca­ją w głąb do­li­ny roz­kosz­ny cień. W ca­łej Lo­ta­ryn­gii da­rem­nie­by szu­kać rów­nie lu­be­go za­kąt­ka. Na pra­wo i lewo czer­ni się gę­sty las, stu­let­nie drze­wa spi­na­ją się po Zgod­nych sto­kach, za­le­wa­jąc wid­no­kręg mo­rzem ciem­nej zie­le­ni, pod­czas kie­dy ku po­łu­dnio­wi otwie­ra się rów­ni­na cu­dow­nej ży­zno­ści, roz­ta­cza­ją­ca w nie­skoń­czo­ność szma­ty upraw­nej zie­mi, po­kra­ja­ne ży­wo­pło­tem. Naj­więk­szym jed­nak z cza­rów Ro­cren­se'y jest chłód, wy­peł­nia­ją­cy ten dół zie­le­ni w naj­go­ręt­sze na­wet dni lip­ca i sierp­nia.

Mo­zel­la, wy­pły­wa­ją­ca z lasu Ga­gny, zda­je się wchła­niać po dro­dze w swe nur­ty zim­no le­śnych gąsz­czów, pod któ­rych osło­ną to­czy­ła się mi­la­mi, nieść z sobą szmer li­ści i lo­do­wa­ty chłód sta­re­go lasu. Nie jest ona jed­nak­że je­dy­nem źró­dłem ochło­dy. Wszel­kie ro­dza­je wód pły­ną­cych plusz­czą się tu­taj pod drze­wa­mi; na każ­dym nie­mal kro­ku wy­try­ska­ją źró­dła; gdy stą­pasz po wąz­kich ście­żyn­kach, czu­jesz pod nie­mi jak­by je­zio­ra pod­ziem­ne, któ­re prze­bi­ja­ją się co parę kro­ków przez mchy i ko­rzy­sta­ją z naj­mniej­szej szcze­li­ny u stóp drzew, po­mię­dzy ska­ła­mi, aby się na wierzch wy­do­stać i w krysz­ta­ło­we roz­lać kry­ni­ce. Szme­ry i plu­ski tych stru­mycz­ków tak są mno­gie i ha­ła­śli­we, że przy­głu­sza­ją na­wet śpiew gi­lów, tłum­nie ży­ją­cych w gąsz­czach. I zda ci się tu­taj, że je­steś w ja­kimś za­cza­ro­wa­nym par­ku, gdzie ze­wsząd ka­ska­dy sre­brzy­ste z we­so­łym try­ska­ją szu­mem.

Na wil­got­nych grun­tach do­li­ny roz­po­ście­ra­ją się łąki. Ol­brzy­mie kasz­ta­ny rzu­ca­ją miej­sca­mi na nie pra­wie czar­ny cień. Na skra­ju łąk to­po­le sze­lesz­czą pió­ro­pu­sza­mi swych li­ści, mie­nią­cych się w po­wie­wie wia­tru niby fał­dy dłu­gich, po­włó­czy­stych ko­tar. Dwa sze­re­gi ogrom­nych pla­ta­nów prze­bie­ga­ją w skos łąkę w kie­run­ku ruin sta­re­go zam­ku Ga­gny. Na tym grun­cie, usta­wicz­nie zra­sza­nym, tra­wy wy­ra­sta­ją do nie­by­wa­łej wy­so­ko­ści. Je­st­to jak gdy­by buj­ny ogród po­mię­dzy dwo­ma za­drze­wio­ny­mi sto­ka­mi, ogród na­tu­ral­ny, w któ­rym łąka za­stę­pu­je strzy­żo­ne traw­ni­ki a w miej­sce klom­bów ozdob­nych po­tęż­ne drze­wa ry­su­ją się na nie­bie syl­we­ta­mi swych ko­ron. Gdy o po­łu­dniu pro­mie­nie słoń­ca świe­cą pra­wie pro­sto­pa­dle, wów­czas rzu­ca­ne przez nie cie­nie za­bar­wia­ją się nie­bie­sko, roz­grza­ne tra­wy drze­mią w upa­le a jed­no­cze­śnie lo­do­wa­ty dreszcz chło­du prze­my­ka się tu i owdzie po­pod li­ść­mi.

W ta­kiej to miej­sco­wo­ści młyn ojca Mer­lier roz­we­se­lał swo­im tur­ko­tem je­den z za­kąt­ków dzi­ko roz­ro­słej zie­le­ni. Bu­dow­la, skle­co­na z ce­gieł i drze­wa, zda­wa­ła się sta­rą jak świat, ską­pa­na do po­ło­wy w Mo­ze­li, two­rzą­cej w tem miej­scu krą­gły, ja­sny ba­sen. Rzecz­ka, za­ta­mo­wa­na ślu­zą w swym bie­gu, spa­da­ła tu z wy­so­ko­ści kil­ku me­trów na koło młyń­skie, któ­re trzesz­cza­ło usta­wicz­nie wśród ob­ro­tu, przy­po­mi­na­jąc ast­ma­tycz­ny ka­szel sta­rej, wier­nej słu­gi. Ra­dzo­no nie­raz ojcu Mer­lier, by wsta­wił nowe koło. Po­trzą­sał jed­nak gło­wą prze­czą­co, utrzy­mu­jąc, że nowe ani nie bę­dzie tak gor­li­wem w pra­cy, ani się na niej tak znać nie bę­dzie, jak sta­re. I ła­tał je, gdy za­szła po­trze­ba, wszyst­kiem, co mu pod rękę pa­dło:

ob­rę­cza­mi z be­czek, za­rdze­wia­łem że­laz­twem, ka­wał­ka­mi oło­wia­nych i cyn­ko­wych blach, koło zaś, któ­re­go na­stro­szo­ny mchem i chwa­sta­mi pro­fil, co­raz dzi­wacz­niej wy­glą­dał, wy­da­wa­ło się z tego zu­peł­nie za­do­wo­lo­nem i kie­dy je woda sma­ga­ła swym spa­dem sre­brzy­stym, okry­wa­ło się całe w per­li­sty płaszcz pian a pod tą iskrzą­cą sza­tą wi­dać było nie­wy­raź­nie nie­ustan­ne ob­ro­ty jego cu­dacz­ne­go szkie­le­tu.

Część mły­na, mok­ną­ca w ten spo­sób w fa­lach Mo­ze­li, wy­glą­da­ła niby sta­ry, bar­ba­rzyń­ski sta­tek, co osiadł na mie­liź­nie. Po­ło­wa bu­dyn­ku wspar­ta była na pa­lach. Woda za­cie­ka­ła wszę­dzie pod de­ski i żło­bi­ła dziu­ry, do­brze zna­ne w oko­li­cy, jako kry­jów­ki licz­nych wę­go­rzy i ogrom­nych ra­ków, któ­re tam po­ła­wia­no ma­sa­mi. Po­wy­żej spad­ku jed­nak zbior­nik po­sia­dał przej­rzy­stość zwier­cia­dła i jeź­li go bryzg pian, rzu­co­nych ko­łem, nie zmą­cił, moż­na było zo­ba­czyć w mrocz­nej jego toni gro­ma­dy du­żych ryb, pły­wa­ją­ce zwol­na, niby pod­wod­na eska­dra. U jed­ne­go z pali po­ła­ma­ne scho­dy spusz­cza­ły się w rze­kę. Czół­no było tu uwią­za­ne do słu­pa. Po­nad ko­łem prze­bie­gał drew­nia­ny ga­nek. Tu i ów­dzie otwie­ra­ły się w mu­rze okna nie­re­gu­lar­nie po­roz­rzu­ca­ne. Była to mię­sza­ni­na wę­głów, przy­mur­ków, przy­bu­dó­wek, be­lek i da­chów, na­da­ją­ca mły­no­wi fi­zy­ono­mię sta­rej, na poły zbu­rzo­nej for­tecz­ki. Ale bluszcz i wszel­kie ro­dza­je ro­ślin pną­cych, za­sła­nia­jąc co więk­sze szczer­by bu­dyn­ku, stro­iły płasz­czem wspa­nia­łej zie­le­ni sta­re do­mo­stwo. Był też młyn ojca Mer­lier ulu­bio­nym przed­mio­tem al­bu­mo­wych szki­ców dla prze­jeż­dża­ją­cych pa­nie­nek.

Od stro­ny dro­gi bu­do­wa mły­na była moc­niej­szą. Ka­mien­ny ga­nek wy­cho­dził tu­taj na duży dzie­dzi­niec, uję­ty z pra­wej i le­wej stro­ny w sze­reg sta­jen i szop. W po­bli­żu stud­ni ol­brzy­mi wiąz ob­le­kał cie­niem pół po­dwó­rza. W głę­bi czte­ry okna pierw­sze­go pię­tra domu błysz­cza­ły w jed­nej li­nii, po­ni­żej go­łęb­ni­ka. Je­dy­nym ob­ja­wem ko­kie­te­ryi ze stro­ny ojca Mer­lier było, że ka­zał bie­lić fa­sa­dę raz na lat dzie­sięć. Że było to wła­śnie po nie­daw­nem jej bie­le­niu, olśnie­wa­ła więc całą wio­skę swym bla­skiem, gdy pro­mie­nie po­łu­dnio­we­go słoń­ca na nią pa­dły.

Od lat dzie­się­ciu był oj­ciec Mer­lier wój­tem Ro­creu­se'y. Ma­ją­tek, jaki ze­brać zdo­łał, za­pew­nił mu ogól­ny sza­cu­nek. Tak­so­wa­no go na ja­kieś ośm­dzie­siąt ty­się­cy fran­ków, ze­bra­nych grosz po gro­szu. Za­ślu­bia­jąc przed laty Mag­da­le­nę Ga­il­lard, któ­ra mu młyn ten wnio­sła w po­sa­gu, nie po­sia­dał nic wię­cej prócz swo­ich dzie­się­ciu pal­ców. Lecz Mag­da­le­na nie mia­ła nig­dy po­wo­dów ża­ło­wać swe­go wy­bo­ru, tak dziel­nie umiał mąż po­kie­ro­wać ca­łem go­spo­dar­stwem. Obec­nie Mag­da­le­na była już daw­no w gro­bie a Mer­lier wiódł ży­cie wdow­ca, z cór­ką je­dy­nacz­ką u boku. I Bo­giem a praw­dą mógł­by już był wła­ści­wie od­po­cząć i po­zwo­lić na­resz­cie sta­re­mu kołu swe­go mły­na na do­brze za­pra­co­wa­ną drzem­kę, wśród mchów. Oba­wia­jąc się jed­nak, że w bez­czyn­no­ści bę­dzie się nu­dził a dom wy­da­wać mu się za­cznie mar­twym, pra­co­wał da­lej, dla roz­ryw­ki. Oj­ciec Mer­lier był w owym cza­sie wy­so­kim star­cem o dłu­giej, mil­czą­cej twa­rzy, na któ­rej nie wi­dzia­ło się nig­dy uśmie­chu, lecz któ­re­go du­szę na­peł­nia­ła mimo tego za­wsze we­so­łość. Zro­bio­no go też wój­tem nie­tyl­ko dla jego pie­nię­dzy, lecz tak­że i dla tej sym­pa­tycz­nej miny, jaką, udzie­la­jąc ślu­bów, przy­bie­rać umiał.

Fran­cisz­ka Mer­lier skoń­czy­ła wła­śnie rok ośm­na­sty. Po­mię­dzy oko­licz­ne­mi dziew­czę­ta­mi nie za­li­cza­no jej do pięk­nych, gdyż była wą­tłej bu­do­wy. Do lat pięt­na­stu była na­wet brzyd­ką. Lu­dzie w Ro­creu­se po­jąć nie mo­gli, ja­kim spo­so­bem dziec­ko ro­dzi­ców tak do­sko­na­le zbu­do­wa­nych, jak oj­ciec i mat­ka Mer­lier, tak sła­bo się roz­wi­ja i jest tak mi­zer­nem. Aż oto w pięt­na­stym roku ży­cia, nie tra­cąc nic z swej de­li­kat­nej bu­do­wy, Fran­cisz­ka wy­ład­nia­ła na po­dziw. Wło­sy mia­ła kru­czej czar­no­ści, oczy rów­nież, przy­tem naj­pięk­niej­szą w świe­cie twa­rzycz­kę, całą w ru­mień­cach, któ­rej usta śmia­ły się bez ustan­ku po­mię­dzy dwoj­giem do­łecz­ków a gład­kie czo­ło zda­wa­ło się ja­śnieć jak słoń­ce. Jak­kol­wiek szczu­pła, we­dle pra­wi­deł miej­sco­we­go sma­ku, nie była jed­nak chu­dą by­najm­niej; zna­czy­ło to po­pro­stu tyle, że nie po­tra­fi dźwi­gnąć wor­ka ze zbo­żem; z bie­giem cza­su jed­nak­że sta­wa­ła się co­raz pulch­niej­szą i wi­dać było, że kie­dyś bę­dzie tłu­ściut­ka jak prze­piór­ka. Pod wpły­wem mil­czą­ce­go uspo­so­bie­nia ojca dziew­czę sta­ło się roz­sąd­nem w bar­dzo już mło­dym wie­ku. Jeź­li jej lica się śmia­ły, czy­ni­ła to ku ucie­sze dru­gich; w głę­bi du­szy była po­waż­ną.

W ca­łej oko­li­cy na­tu­ral­nie nad­ska­ki­wa­li jej wszy­scy, wię­cej jesz­cze dla jej ta­la­rów niż dla uro­dy. W koń­cu więc zde­cy­do­wa­ła się na wy­bór, zgor­szy­ła nim wszak­że wszyst­kich. Z tam­tej stro­ny Mo­zel­li miesz­kał wy­so­ki, bar­czy­sty chło­pak, na­zwi­skiem Do­mi­nik Peu­gner. Nie był on ro­dem z Ro­cren­se'y. Przy­był dzie­sięć lat temu z Bel­gii, by ob­jąć spa­dek po wuju, któ­ry po­sia­dał tu nie­wiel­kie go­spo­dar­stwo na kra­wę­dzi lasu Ga­gny, tuż na­prze­ciw­ko mły­na o kil­ka strza­łów z fu­zyi. Przy­był z za­mia­rem sprze­da­nia odzie­dzi­czo­nej za­gro­dy – jak za­pew­niał – i po­wro­tu do oj­czy­zny. Zda­je się jed­nak, że kraj mu się spodo­bał, bo nie ru­szał się z nie­go wca­le. Ło­wił ryby, po­lo­wał w la­sach, kil­ka razy na­wet omal że nie wpadł w ręce straż­ni­ków i nie do­stał się przed sąd. Swo­bod­na ta eg­zy­sten­cya, któ­rej środ­ków wie­śnia­cy nie umie­li so­bie dość ja­sno wy­tłó­ma­czyć, po­psu­ła mu w koń­cu re­pu­ta­cyę. Po­czę­to go uwa­żać nie­mal za kłu­sow­ni­ka. Na każ­dy spo­sób za­prze­czyć się nie da, że był próż­nia­kiem, spo­ty­ka­no go bo­wiem czę­sto śpią­ce­go wśród traw w go­dzi – nach, kie­dy wszy­scy po­rząd­ni lu­dzie zwy­kli pra­co­wać. Ru­de­ra, w któ­rej miesz­kał, na kra­ju lasu, nie wy­glą­da­ła rów­nież jak miesz­ka­nie po­rząd­ne­go czło­wie­ka. Po­mi­mo to wszyst­ko mło­de dziew­czę­ta od­wa­ża­ły się nie­raz wy­stę­po­wać w jego obro­nie, bo też ten po­dej­rza­ny pta­szek był chłop­cem co się zo­wie do­rod­nym, wy­so­ki i smu­kły jak to­po­la, bia­ły na twa­rzy, z blond bro­dą i wło­sa­mi, błysz­czą­ce­mi niby zło­te do słoń­ca. Otóż pew­ne­go pięk­ne­go po­ran­ku Fran­cisz­ka oświad­czy­ła ojcu Mer­lier, że ko­cha Do­mi­ni­ka i nig­dy nie zgo­dzi się zo­stać żoną in­ne­go męż­czy­zny.

Nie­trud­no so­bie wy­obra­zić, ja­kim cio­sem była dla sta­re­go po­dob­na wia­do­mość. Nic jed­nak nie od­rzekł cór­ce, we­dle swe­go zwy­cza­ju. Ob­li­cze ojca Mer­lier nie utra­ci­ło ani na chwi­lę swo­jej zwy­kłej po­wa­gi, tyl­ko blask we­so­ło­ści we­wnętrz­nej jak gdy­by przy­gasł mu w oczach. Dą­sa­li, się na sie­bie cały ty­dzień. Fran­cisz­ka spo­waż­nia­ła rów­nież. Naj­bar­dziej jed­nak drę­czą­cą rze­czą było dla ojca Mer­lier py­ta­nie, ja­kim u li­cha spo­so­bem ten hul­taj kłu­sow­nik mógł zba­ła­mu­cić mu cór­kę? Do­mi­nik nie był w mły­nie ni razu. Mły­narz więc po­czął szpie­go­wać i wy­pa­trzył ga­cha na dru­gim brze­gu Mo­zel­li, jak uło­żyw­szy się w tra­wie, uda­wał, że śpi. Fran­cisz­ka mo­gła go wi­dzieć z ła­two­ścią z swe­go okna. Ja­snem te­raz było, że ro­biąc do sie­bie, po­nad młyń­skiem ko­łem, słod­kie oczy, mu­sie­li się w koń­cu po­ko­chać.

Tym­cza­sem upły­wał dru­gi ty­dzień a Fran­cisz­ka z dniem każ­dym sta­wa­ła się po­waż­niej­szą. Oj­ciec Mer­lier nie od­zy­wał się do cór­ki cią­gle ni jed­nem sło­wem. Aż pew­ne­go wie­czo­ra, nic ni­ko­mu nie mó­wiąc, sam przy­pro­wa­dził do mły­na Do­mi­ni­ka. Fran­cisz­ka wła­śnie na­kry­wa­ła do wie­cze­rzy. Nie oka­zu­jąc naj­lżej­sze­go zdzi­wie­nia, do­da­ła tyl­ko jed­no wię­cej na­kry­cie, na jej li­cach jed­nak­że po­czę­ły się żło­bić jak daw­niej do­łecz­ki i uśmiech daw­ny okra­sił je zno­wu. Na­za­jutrz rano oj­ciec Mer­lier po­szedł od­wie­dzić Do­mi­ni­ka w jego bu­dzie na skra­ju lasu. Roz­ma­wia­li tam z sobą całe trzy go­dzi­ny przy za­mknię­tych drzwiach i oknach. O czem mó­wi­li – po­zo­sta­ło dla wszyst­kich na za­wsze ta­jem­ni­cą. To jed­no naj­mniej­szej nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że wy­cho­dząc stam­tąd oj­ciec Mer­lier trak­to­wał już Do­mi­ni­ka jak syna. Wi­docz­nie sta­ry mu­siał na­brać prze­ko­na­nia, że ten wi­sus, wy­lę­ga­ją­cy się bez­czyn­nie po łą­kach, aby się po­do­bać dziew­czę­tom, tę­gim jed­nak w grun­cie rze­czy jest chłop­cem.

Wszyst­kie ję­zy­ki w ca­łej Ro­creu­se zna­la­zły się te­raz w ru­chu. Ko­bie­ty nie mo­gły się po pro­stu na­ga­dać do syta o sza­leń­stwie sta­re­go Mer­lier, któ­ry w taki nie­po­ję­ty spo­sób wpusz­czał zna­ne­go nic­po­nia w swój dom. Nie zwa­żał na to. Być może wła­sne nie­gdyś mał­żeń­stwo sta­nę­ło mu w pa­mię­ci. I on rów­nież nie miał przy du­szy gro­sza, kie­dy za­ślu­biał Mag­da­le­nę i brał za nią młyn; nie prze­szko­dzi­ło mu to wca­le być jak naj­lep­szym mał­żon­kiem. Zresz­tą Do­mi­nik sam prze­ciął wpręd­ce jak no­żem plot­ki, bio­rąc się, do pra­cy z taką szcze­ro­ścią, że wszy­scy nie mo­gli się na­dzi­wić. Wła­śnie pa­ro­bek z mły­na po­szedł od­by­wać służ­bę woj­sko­wą, otóż Do­mi­nik nie chciał przy­stać, by przyj­mo­wa­no in­ne­go. Sam pod­jął się dźwi­gać wory, fur­ma­nił, bo­ry­kał się z sta­rem ko­li­skiem, a wszyst­ko to z taką ocho­tą, że lu­dzie umyśl­nie przy­cho­dzi­li przy­pa­try­wać się jego ro­bo­cie. Ojca Mer­lier nie opusz­cza­ła ani na chwi­lę jego nie­ma, uśmie­chem pod­szy­ta po­wa­ga. Był co się zo­wie dum­ny, że po­tra­fił się po­znać na tym chłop­cu. Ale bo też nic tak jak mi­łość nie po­bu­dza ener­gii mło­dych lu­dzi.

W ru­chaw­ce nie­prze­rwa­nej pra­cy Fran­cisz­ka i Do­mi­nik uwiel­bia­li się. Nie roz­ma­wia­li z sobą nic a nic pra­wie, pa­trzy­li za to na sie­bie oczy­ma we­se­la i sło­dy­czy peł­ne­mi. Oj­ciec Mer­lier nie wy­rzekł do­tąd ani sło­wa o mał­żeń­stwie, mło­dzi zaś sza­no­wa­li jego mil­cze­nie, cze­ka­jąc cier­pli­wie na ob­ja­wie­nie się woli star­ca. Dnia pew­ne­go na­ko­niec, w po­ło­wie czerw­ca, ka­zał usta­wić na po­dwó­rzu trzy sto­ły u stóp ol­brzy­mie­go wią­zu, za­pro­siw­szy wpierw wszyst­kich swo­ich przy­ja­ciół z Ro­creu­se'y, aby przy­by­li wy­chy­lić w jego domu szkla­ni­cę. Gdy się dzie­dzi­niec za­peł­nił a każ­dy z ze­bra­nych miał ku­bek w ręce, oj­ciec Mer­lier wzniósł swój wy­so­ko i wy­rzekł:

– Owóż chcia­łem mieć to szczę­ście oznaj­mić gram, moi mili, że moja cór­ka Fran­cisz­ka zo­sta­nie żoną tego oto zu­cha za mie­siąc w dzień św. Lu­dwi­ka.

Wszy­scy trą­ci­li się ocho­czo wśród wrza­wy ogrom­nej, śmie­chy na­peł­ni­ły po­dwó­rze. Oj­ciec Mer­lier zaś, pod­no­sząc głos raz jesz­cze, do­dał:

– Do­mi­ni­ku! uca­łuj swo­ją na­rze­czo­ną. Tak się na­le­ży.

Uca­ło­wa­li się, czer­wie­nie­jąc obo­je, co przez obec­nych hucz­niej­szym jesz­cze przy­ję­te zo­sta­ło zgieł­kiem. Fe­taż to była co się na­zy­wa! Wy­próż­nio­no do dna spo­rą be­czuł­kę. Po­tem, sko­ro już po­zo­sta­li tyl­ko naj­bliż­si zna­jo­mi, ga­węd­ka przy­bra­ła ton spo­koj­niej­szy. Do­ko­ła za­pa­da­ła noc gwiaź­dzi­sta i ja­sna.

Do­mi­nik i Fran­cisz­ka, usiadł­szy na ław­ce jed­no obok dru­gie­go, nie mó­wi­li ni sło­wa. Sę­dzi­wy wie­śniak pra­wił coś gło­śno o woj­nie, wy­po­wie­dzia­nej Pru­som przez ce­sa­rza. Cała młódź wio­ski wy­ru­szy­ła już z do­mów pod broń. Nie­daw­niej pak wczo­raj ma­sze­ro­wa­ło tędy woj­sko. Będą się tłuc nie na żar­ty.

– Ba! – ozwał się na to oj­ciec Mer­lier z sa­mo­lub­stwem lu­dzi szczę­śli­wych. – Do­mi­nik ro­dził się w Bel­gii, jego nie we­zmą… Chy­ba żeby Pru­sa­cy tu do nas przy­szli, wów­czas bę­dzie bro­nił swej żony.

Przy­pusz­cze­nie, aby Pru­sa­cy mo­gli po­ja­wić się w Ro­creu­se, wy­da­ło się wszyst­kim nie­złym żar­tem. Roz­śmia­no się. Wle­pi się im po­rząd­ne­go sztur­chań­ca i hi­sto­rya skoń­czo­na!

– Wi­dzia­łem ja ich już i tu­taj! wi­dzia­łem!… – po­wta­rzał głu­cho sta­ry wie­śniak.

Na­sta­ła chwi­la mil­cze­nia, po­czem trą­co­no zno­wu w szklan­ki. Fran­cisz­ka i Do­mi­nik nie bra­li w roz­mo­wie udzia­łu; ująw­szy się de­li­kat­nie za ręce, tak aby nikt tego nie do­strzegł, sie­dzie­li obok sie­bie z oczy­ma utkwio­ne­mi w mrok i było im tak do­brze!…

Co za cie­pła, prze­pysz­na noc!… Wio­ska usnę­ła z obu stron bia­łej dro­gi spo­koj­nym snem dziec­ka. Da­le­ko na okół nie sły­chać nic oprócz pia­nia ko­gu­ta, co się prze­bu­dził zbyt wcze­śnie. Z po­bliz­kich la­sów głę­bo­kie po­wie­wy spły­wa­ją na da­chy do­mostw piesz­czo­tą. Łąki, za­le­wa­ją­cy je cień, mają ja­kiś ta­jem­ni­czy, sku­pio­ny ma­je­stat a nie­zli­czo­ne źró­deł­ka i stru­mycz­ki, nie prze­sta­ją­ce plu­skać w mro­ku, są niby zdro­wy, ryt­micz­ny od­dech uśpio­nej wsi. Nie­kie­dy sta­re koło młyń­skie zda­wa­ło się coś mru­czeć przez sen, jak te psy-stró­że, co chra­piąc, war­czą; od­zy­wa­ły się, w niem ja­kieś trzesz­cze­nia i zgrzy­ty, ga­da­ło samo z sobą, trą­ca­ne spad­kiem Mo­zel­li, któ­rej stru­gi, pły­nąc, wy­da­wa­ły dźwię­ki, to­nom or­ga­no­wych pisz­cza­łek po­dob­ne. Nig­dy jesz­cze głęb­szy spo­kój nie tu­lił do snu tego szczę­śli­we­go za­kąt­ka na­tu­ry i sie­dzib ludz­kich.II.

W mie­siąc po­tem, w samą wi­gi­lię św. Lu­dwi­ka, cała wieś Ro­creu­se była w po­pło­chu. Pru­sa­cy, po­biw­szy woj­ska ce­sar­skie, for­sow­nym mar­szem po­su­wa­li się ku wio­sce. Od ty­go­dnia już lu­dzie, prze­jeż­dża­ją­cy go­ściń­cem, zwia­sto­wa­li zbli­ża­nie się sze­re­gów pru­skich. "Są już w Lor­mie­re! Już sta­nę­li w No­vel­les!" Wo­bec wia­do­mo­ści nie­ustan­nych o tak szyb­kim po­cho­dzie, co­dzień rano spo­dzie­wa­no się w Ro­creu­se uj­rzeć ich for­pocz­ty, wy­su­wa­ją­ce się z po­mię­dzy drzew lasu Ga­gny. Nie przy­by­wa­li jed­nak, co jesz­cze więk­szą wzbu­dza­ło trwo­gę. Z pew­no­ścią spad­ną na wio­skę nocą i wy­mor­du­ją śpią­cych miesz­kań­ców co do nogi.

Ostat­niej nocy, przed sa­mem świ­ta­niem, była już mała pa­ni­ka. Lud­ność wsi ze­rwa­ła się ze snu, zbu­dzo­na tu­mul­tem mar­sza na go­ściń­cu. Ko­bie­ty za­czę­ły pa­dać na ko­la­na, że­gna­ły się krzy­żem; wtem po­zna­no czer­wo­ne spodnie żoł­nie­rzy przez szpa­ry ostroż­nie roz­chy­la­nych okien­nic. Był to od­dział fran­cu­ski. Ka­pi­tan we­zwał do sie­bie na­tych­miast wój­ta i roz­mó­wiw­szy się z oj­cem Mer­lier, roz­go­ścił się w mły­nie.

Słoń­ce dnia tego dziw­nie we­szło ra­do­sne, zwia­stu­jąc upal­ny dzień. Las za­le­wa­ły bla­ski zło­ci­ste, nad łą­ka­mi pły­wał jesz­cze mlecz­ny opar. Wieś ład­na i czy­sta bu­dzi­ła się zwol­na w chło­dzie ran­ka, ogro­dy zaś i pola do­ko­ła niej, zro­szo­ne rzecz­ką i nie­zli­czo­nem mnó­stwem źró­deł, mia­ły wdzięk bu­kie­tu, na któ­rym per­li się rosa. Mimo to cud­ny ten ra­nek na ni­czy­jej twa­rzy nie wy­wo­ły­wał uśmie­chu. Lu­dzie scho­dzi­li się nie­spo­koj­ni przy­pa­try­wać się ka­pi­ta­no­wi, jak krą­żył do­ko­ła mły­na, przy­glą­dał się są­sied­nim bu­dyn­kom i prze­pra­wiał się na dru­gi brzeg Mo­zel­li, aby stu­dy­ować stam­tąd oko­li­cę za­po­mo­cą da­le­ko­wi­dza, przy­czem oj­ciec Mer­lier, nie od­stę­pu­ją­cy go ani kro­ku, zda­wał się udzie­lać mu ob­ja­śnień.

Wkrót­ce po­tem ka­pi­tan po­czął roz­sta­wiać żoł­nie­rzy, umiesz­cza­jąc ich po za mu­ra­mi, pnia­mi drzew i w ro­wach. Głów­ny kor­pus od­dzia­łu obo­zo­wał tym­cza­sem w po­dwó­rzu mły­na. Więc za­no­si­ło się na bi­twę?… Sko­ro oj­ciec Mer­lier uka­zał się lu­dziom z wio­ski, za­sy­pa­no go py­ta­nia­mi. Ski­nął gło­wą po­waż­nie, nie mó­wiąc przy­tem sło­wa. A więc tak, będą się bić!

Fran­cisz­ka i Do­mi­nik znaj­do­wa­li się też na po­dwó­rzu i spo­glą­da­li z da­le­ka na ojca py­ta­ją­co. Spo­strze­gł­szy ich, wy­cią­gnął faj­kę z ust i wy­rzekł te pro­ste sło­wa:

– Moje bied­ne dzie­ci!…, nie bę­dzie nic ju­tro z wa­sze­go we­se­la!

Do­mi­nik, za­ci­snąw­szy usta, z zmarszcz­ką gnie­wu na czo­le, wy­cią­gał nie­kie­dy szy­ję, wbi­ja­jąc oczy w las Ga­gny, jak­by chciał doj­rzeć uka­zu­ją­cych się z nie­go Pru­sa­ków. Fran­cisz­ka, po­waż­na i wy­bla­dła, od­da­la­ła się, to znów wra­ca­ła, przy­no­sząc żoł­nie­rzom, cze­go po­trze­bo­wa­li. Za­ję­ci go­to­wa­niem zupy w jed­nym z ką­tów po­dwó­rza, skra­ca­li so­bie fi­gla­mi ocze­ki­wa­nie po­sił­ku.

Tym­cza­sem ka­pi­tan zda­wał się być za­chwy­co­nym za­ję­tą po­zy­cyą. Zwie­dził już wszyst­kie ubi­ka­cye i był tak­że w naj­więk­szej z izb mły­na, któ­rej okna wy­cho­dzi­ły na rze­kę. W obec­nej chwi­li, usiadł­szy na zrę­bie stud­ni, roz­ma­wiał z oj­cem Mer­lier.

– Ma­cie tu­taj for­mal­ną for­te­cę! – mó­wił. – Utrzy­ma­my się z pew­no­ścią do wie­czo­ra. Tyl­ko że ci zbó­je spaź­nia­ją się coś. Po­win­ni­by już być tu.

Mły­narz spo­chmur­niał. Wi­dział już młyn swój w ogniu, pło­ną­cy niby po­chod­nia. Nie uty­ski­wał jed­nak, wie­dząc, że toby się na nic nie zda­ło. Wy­rzekł tyl­ko:

– Trze­ba­by scho­wać łódź po za koło. Jest tara dziu­ra dość wiel­ka. Łódź się może przy­dać…

Ka­pi­tan wy­dał na­tych­miast od­po­wied­nie zle­ce­nia. Był to męż­czy­zna lat czter­dzie­stu, wy­so­ki, z sym­pa­tycz­ną twa­rzą. Wi­dok Fran­cisz­ki i Do­mi­ni­ka zda­wał się mu spra­wiać praw­dzi­wą przy­jem­ność. Para ta za­ję­ła go tak żywo, jak gdy­by za­po­mi­nał o nie­da­le­kiej wal­ce. Ści­gał usta­wicz­nie Fran­cisz­kę oczy­ma, któ­rych wy­raz mó­wił ja­sno, że mu się dziew­czy­na dy­abel­nie po­do­ba. Do Do­mi­ni­ka zaś zwró­cił się z py­ta­niem:
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: