Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • promocja

Bad Cruz - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
18 stycznia 2023
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Bad Cruz - ebook

Historia, przy której padniesz z zachwytu… albo przynajmniej pękniesz się ze śmiechu.

Mogłabym powiedzieć, że Cruz Costello to mój arcywróg.
Ale w tym celu musielibyśmy uznać swoje istnienie, a ignorujemy siebie nawzajem od ponad dziesięciu lat.

On jest ulubieńcem całego miasta. Szanowanym futbolistą, który został lekarzem.
Ja jestem tylko dziewczyną, która zaszła w ciążę w wieku szesnastu lat i teraz pracuje w knajpie.

W Fairhope traktują go jak członka elity.
Ja mogę liznąć sławy tylko dzięki złośliwym plotkom krążącym na mój temat.

On jest przy kasie.
A ja… mogę co najwyżej stanąć za kasą.

Kiedy jego brat zaręcza się z moją siostrą, rodzice Cruza zapraszają obie rodziny na przedślubny rejs.
Niestety ja i Cruz trafiamy na inny statek.
Czeka mnie dziesięć okropnych, męczących dni w towarzystwie człowieka, którego nie mogę znieść (co oczywiście jest moją winą).
Jednak wraz z ilością wypitego alkoholu wychodzą na jaw tajemnice i zaczynam się zastanawiać: Czy mogę raz jeszcze podjąć ryzyko w miłości?

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-67510-86-8
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Pro­log

Ten­nes­see

Na po­czątku warto wspo­mnieć, że ja, Ten­nes­see Li­ly­beth Tur­ner, nie pró­bo­wa­łam ni­kogo za­bić.

Nie twier­dzę, że ni­gdy nie roz­wa­ża­łam mor­der­stwa, i nie będę ściem­niać, że roz­pa­cza­ła­bym po tra­gicz­nej przed­wcze­snej śmierci nie­któ­rych lu­dzi (do­bra, więk­szo­ści lu­dzi) z tego mia­sta.

Ale ode­bra­nie ko­muś ży­cia?

Nie.

Je­stem na sto pro­cent pewna, że nie by­ła­bym w sta­nie tego zro­bić.

Psy­chicz­nie nie da­ła­bym rady.

Za to fi­zycz­nie... To­tal­nie mo­gła­bym uka­tru­pić tę małpę, gdyby tylko głowa mi na to po­zwo­liła. Mam cał­kiem do­brą kon­dy­cję, bo w pracy przez cały dzień je­stem na cho­dzie i no­szę dzie­się­cio­ki­lo­gra­mowe tace pełne tłu­stego je­dze­nia.

Nie­stety, pod wzglę­dem emo­cjo­nal­nym po pro­stu nie by­ła­bym w sta­nie żyć ze sobą, gdyby czy­jeś serce prze­stało bić z mo­jego po­wodu.

Po­zo­staje też kwe­stia od­siadki w wię­zie­niu i ta per­spek­tywa rów­nież mnie nie po­ciąga. Nie cho­dzi o to, że ze mnie ja­kaś roz­pusz­czona księż­niczka. Je­stem zwy­czaj­nie wy­bredna i ni­gdy nie mia­łam współ­lo­ka­torki. I wo­la­ła­bym w tej chwili tego nie zmie­niać.

Po­nadto, jak na pra­wie trzy­dzie­ści lat ży­cia, na­grze­szy­łam już wy­star­cza­jąco. Za­bi­cie ko­goś te­raz by­łoby – wy­bacz­cie dwu­znacz­ność – do­bi­ja­jące. Jak­bym zwa­lała na miesz­kań­ców winę za całe zło Fa­ir­hope, po­ło­żo­nego w Ka­ro­li­nie Pół­noc­nej.

Nie­ogar­nięta Nessy znów w na­tar­ciu. Ma nie­ślubne dziecko, ten­den­cję do wa­le­nia pię­ścią w gar­dło i do spon­ta­nicz­nych mor­derstw. (In­cy­dent z cio­sem w gar­dło wy­ja­śnię z cza­sem. W tej hi­sto­rii naj­waż­niej­szy jest kon­tekst).

Skoro już usta­li­li­śmy, że bez wąt­pie­nia, na pewno, na sto pro­cent, ni­kogo nie spró­buję za­bić, mu­szę oznaj­mić jedno:

Ga­briella Hol­land za­słu­guje na śmierć.Je­den

Ten­nes­see

Istniała dzie­więć­dzie­się­cio­dzie­wię­cio­pro­cen­towa szansa, że w to sło­neczne zwy­czajne po­po­łu­dnie jed­nak ko­goś za­biję.

Na­sto­la­tek w żół­tej blu­zie z wi­ze­run­kiem emo­ti­konki, z ko­lo­ro­wym apa­ra­tem na zę­bach i zbla­zo­waną miną ce­lowo upu­ścił wi­de­lec pod sto­lik, który zaj­mo­wał.

– Ups – par­sk­nął szy­der­czo. – Ale ze mnie nie­zdara. Pod­nie­siesz to czy jak?

Bły­snął uśmie­chem peł­nym me­talu i resz­tek po go­frach. Jego trzej kum­ple za­re­cho­tali w tle, sztur­cha­jąc się łok­ciami.

Pa­trzy­łam na niego z bez­na­miętną miną, za­sta­na­wia­jąc się, czy le­piej bę­dzie go otruć, czy udu­sić. Udu­sić, po­sta­no­wi­łam. Może to tchó­rzow­ska me­toda, ale przy­naj­mniej nie zła­mię so­bie pa­znok­cia.

Uwiel­bia­łam moje szpi­cza­ste że­lowe pa­znok­cie w stylu Cardi B.

Na­to­miast jego szyi nie było mi szkoda.

– Bo­zia rą­czek nie dała?

Strze­li­łam mu przy twa­rzy ba­lo­nem z ró­żo­wej gumy i za­wa­chlo­wa­łam sztucz­nymi rzę­sami, z wprawą od­gry­wa­jąc rolę przy­pi­saną mi przez to mia­sto: pu­stej blond dziuni bez wy­kształ­ce­nia, która już do końca ży­cia bę­dzie ser­wo­wać bur­gery.

– Dała. I chęt­nie za­pre­zen­tuję, do czego są zdolne.

Jego zio­male za­wyli; któ­ryś z nich na­wet za­krztu­sił się śmie­chem i za­czął kla­skać. Ewi­dent­nie świet­nie się ba­wili w trak­cie tego przed­sta­wie­nia. Czu­łam, że mój szef Jerry szty­le­tuje mnie wzro­kiem z dru­giego końca baru, za­cie­kle wy­cie­ra­jąc blat ścierką, która mu­siała mieć mniej wię­cej tyle lat co ja.

Jego wzrok z pew­no­ścią mó­wił: „Na­wet nie pró­buj z pre­me­dy­ta­cją splu­nąć gumą do ich na­po­jów”. (Tim Trapp się do­igrał. Za­su­ge­ro­wał, że po­win­nam zo­stać strip­ti­zerką, żeby mój syn miał szansę na stu­dia). Nie­stety, nie było nas stać na po­moc prawną w przy­padku po­zwu ani nie mo­gli­śmy stra­cić klien­tów.

Jerry był wła­ści­cie­lem baru Jerry & Sy­no­wie. Je­dyny pro­blem w tej na­zwie był taki, że bra­ko­wało tu sy­nów.

Oczy­wi­ście, oni ist­nieli.

Żyli i mieli się świet­nie. Byli po pro­stu le­niwi i trwo­nili pie­nią­dze, na które na­wet nie za­słu­gi­wali, na ko­biety, ha­zard, al­ko­hol i pi­ra­midy fi­nan­sowe. Do­kład­nie w ta­kiej ko­lej­no­ści.

Wie­dzia­łam o tym, po­nie­waż mieli pra­co­wać w tym ba­rze, a przez więk­szość czasu za­su­wa­łam tu sama.

– Ja­kiś pro­blem, Tur­ner? – za­py­tał Jerry, żu­jąc ta­bakę. Od na­łogu jego zęby przy­brały dzi­waczny od­cień... Uryny? Rzu­cił mi wy­mowne spoj­rze­nie.

Niech go szlag.

Będę mu­siała ugryźć się w ję­zyk i po pro­stu to zro­bić.

Nie zno­szę na­pa­lo­nych na­sto­lat­ków, któ­rzy przy­cho­dzą do baru spraw­dzić, co mam pod su­kienką.

Kel­nerki Jerry’ego (a ra­czej wy­łącz­nie ja, bo by­łam tu je­dyną pra­cow­nicą) mu­siały no­sić ładne, skąpe kiecki, po­nie­waż on twier­dził, że dzięki temu do­stają (znowu tylko ja) więk­sze na­piwki. Wcale tak nie było. Nie­stety, no­sze­nie stroju – w biało-ró­żowe pa­ski i ul­tra­krót­kiego – nie pod­le­gało dys­ku­sji.

Jako że by­łam do­syć wy­soka, jak na ko­bietę, przy po­chy­la­niu się wi­dać mi było po­łowę tyłka. Mo­gła­bym wpraw­dzie przy­ku­cać, ale ist­niało ry­zyko, że wów­czas po­każę coś jesz­cze bar­dziej nie­sto­sow­nego niż po­śladki.

– No więc? – Chło­pak w żół­tej blu­zie znów ude­rzył pię­ścią w stół. Sztućce i ta­le­rze z go­rą­cymi pu­szy­stymi go­frami pod­sko­czyły na cen­ty­metr w po­wie­trze. – Mam po­wtó­rzyć? Wszy­scy wiemy, dla­czego no­sisz tę kieckę. I wcale nie dla­tego, że lu­bisz mieć prze­wiew.

Jerry & Sy­no­wie to ma­ło­mia­stecz­kowa knajpa, jaką wi­duje się na fil­mach, a czło­wiek za­wsze wtedy my­śli: „Nie, coś ta­kiego nie może ist­nieć na­prawdę”.

Li­no­leum w czarno-białą kratę, które dni świet­no­ści miało już za sobą, być może po­cho­dziło z osiem­na­stego wieku. Znisz­czone wi­ny­lowe sie­dzi­ska. Szafa gra­jąca, która od czasu do czasu włą­czała się sama z sie­bie i pusz­czała ka­wa­łek All Sum­mer Long Kid Rock.

I rze­koma chluba wła­ści­ciela – ściana ze zdję­ciami przed­sta­wia­ją­cymi Jerry’ego obej­mu­ją­cego ce­le­bry­tów, któ­rzy za­trzy­mali się w na­szej mie­ści­nie (byli to do­słow­nie dwaj za­wo­dowi bejs­bo­li­ści, któ­rzy zgu­bili się w dro­dze do Win­ston-Sa­lem, oraz re­zer­wowa tan­cerka Ma­donny; ona aku­rat zja­wiła się tu­taj ce­lowo, żeby po­że­gnać się z umie­ra­jącą bab­cią, i na zdję­ciu rze­czy­wi­ście wy­glą­dała jak ko­bieta, która do­piero co stra­ciła uko­chaną osobę).

Je­dze­nie było w naj­lep­szym ra­zie wąt­pli­wej ja­ko­ści, a w naj­gor­szym – nie­bez­pieczne dla zdro­wia. Za­le­żało to od tego, czy nasz ku­charz Co­ul­ter miał na tyle do­bry hu­mor, by przed ob­róbką umyć wa­rzywa i mięso (naj­le­piej od­dziel­nie). Był na­prawdę świet­nym go­ściem, ale wo­la­ła­bym zjeść po­tłu­czone szkło niż co­kol­wiek, co wy­szło spod jego ręki.

Mimo to knajpa za­wsze była wy­peł­niona po brzegi na­sto­lat­kami sior­bią­cymi szejki, ko­bie­tami, które przy­cho­dziły na­pić się cze­goś po za­ku­po­wym ma­ra­to­nie przy Main Street, i ro­dzi­nami wbi­ja­ją­cymi na wcze­sną ko­la­cję.

Wszel­kie braki w gu­ście i smaku lo­kal nad­ra­biał tym, że w ogóle ist­niał: był jed­nym z nie­wielu tego typu w oko­licy.

Fa­ir­hope to mia­steczko tak małe, że zna­le­zie­nie go kosz­tuje mnó­stwo wy­siłku i wy­maga uży­cia mi­kro­skopu oraz mapy – jak fiut two­jego naj­gor­szego eks. I w do­datku za­trzy­mało się w cza­sie lata temu.

Mie­ści się tu jedna szkoła, za­pew­nia­jąca edu­ka­cję od przed­szkola do ósmej klasy, je­den su­per­mar­ket, jedna sta­cja pa­liw i je­den ko­ściół. Wszy­scy znają tu wszyst­kich. Pro­wa­dzony przez pa­nią Un­der­wood gang pod­sta­rza­łych plot­ka­rek, które co­dzien­nie grają w bry­dża, ob­ra­bia dupę każ­demu.

I do­słow­nie wszy­scy tu wie­dzą, że je­stem ży­ciową nie­dojdą.

Czarną owcą tego mia­sta.

La­dacz­nicą, trzpiotką, pusz­czal­ską.

Fa­ir­hope nie jest ani spra­wie­dliwe, ani nie daje ni­komu na­dziei, wbrew na­zwie. I chyba na tym po­lega cała iro­nia.

Ką­tem oka za­uwa­ży­łam Cruza Co­stella sie­dzą­cego w bok­sie z dziew­czyną mie­siąca Ga­briellą Hol­land. Gabby (nie znosi, gdy lu­dzie na­zy­wają ją w ten spo­sób; dla­tego wła­śnie tak ro­bię, ale tylko w my­ślach) miała nogi aż do nieba, chude jak tyczki, cerę jak pup­cia nie­mow­lę­cia i naj­praw­do­po­dob­niej tyle samo, co ono, sza­rych ko­mó­rek.

Dzięki wo­do­spa­dowi czar­nych, się­ga­ją­cych do pasa wło­sów wy­glą­dała jak za­gi­niona sio­stra Kar­da­shia­nek (może po­winna mieć na imię Ka­briella?). I do­rów­ny­wała im cha­rak­te­rem. Miała wy­so­kie wy­ma­ga­nia co do dań i na wszystko krę­ciła no­sem.

Na przy­kład za­ma­wia­jąc po­trój­nego bur­gera z ba­na­nem i ma­słem orze­cho­wym (w stylu Elvisa) oraz do­dat­ko­wymi se­ro­wymi fryt­kami, ży­czyła so­bie zdro­wej, or­ga­nicz­nej we­ge­ta­riań­skiej wer­sji o ob­ni­żo­nej za­war­to­ści tłusz­czu, bez bułki, bez fry­tek, bez sosu, za to z do­dat­kową por­cją ru­koli.

Moim zda­niem żadna prze­rwa mię­dzy udami nie jest warta cho­mi­czej diety. Mimo to Co­ul­ter za­wsze speł­niał jej wy­ma­ga­nia, bo ję­czała jak na­wie­dzona, gdy do­sta­wała ta­lerz z choćby odro­binką tłusz­czu.

– Nie rób scen, Nessy. Weź pod­nieś mój wi­de­lec, to wszy­scy będą mieć spo­kój – syk­nął na­sto­la­tek, wy­ry­wa­jąc mnie z za­my­śle­nia.

Moje po­liczki za­pło­nęły.

Cruz sie­dział ple­cami do mnie, ale Ga­briella przy­glą­dała mi się z za­cie­ka­wie­niem, jak wszy­scy klienci cze­ka­jący na roz­wój sy­tu­acji. Po raz ko­lejny zer­k­nę­łam na Jerry’ego i wes­tchnę­łam. Zwol­nie­nie z pracy nie jest tego warte. Przy­klę­kłam, żeby pod­nieść wi­de­lec z pod­łogi.

Wtedy wy­da­rzyły się jed­no­cze­śnie dwie rze­czy.

Po­czu­łam, jak ta łajza szczy­pie mnie w po­śla­dek.

I zo­ba­czy­łam za sobą błysk fle­sza w te­le­fo­nie, gdy ktoś zro­bił zdję­cie.

Od­wró­ci­łam się i zdzie­li­łam ma­ło­lata po ła­pie. Oczy za­pie­kły mnie tak, jak­bym wpa­dła do ba­senu peł­nego chloru.

– Po­wa­liło cię? – wrza­snę­łam.

Dzie­ciak spoj­rzał mi pro­sto w twarz, żu­jąc słomkę od szejka ze zło­śli­wym uśmie­chem.

– Sły­sza­łem o to­bie różne rze­czy, Nie­ogar­nięta Nessy. Lu­bisz spo­ty­kać się z chło­pa­kami pod try­bu­nami, co? Mogę za­brać cię w tamto miej­sce, je­śli chcesz po­wspo­mi­nać.

Czu­łam, że za­raz stracę cier­pli­wość, pracę, wol­ność i na­prawdę za­biję tego gnojka, ale zo­sta­łam ura­to­wana. Przez osobę, po któ­rej wcale bym się tego nie spo­dzie­wała.

– Kel­nerka? Juhu, mogę pro­sić o po­moc? – Ga­briella po­ma­chała w po­wie­trzu i z gra­cją od­gar­nęła na plecy lśniące włosy.

Dźgnę­łam pal­cem po­wie­trze przed no­sem dzie­ciaka.

– Mam na­dzieję, że za­dła­wisz się słomką.

– Mam na­dzieję, że ty za­dła­wisz się moją.

– Po­dej­rze­wam, że roz­mia­rem są po­dobne.

– Tur­ner! – wark­nął Jerry, na­gle po­sta­no­wiw­szy się wtrą­cić.

– Do­bra, już do­bra – wy­mam­ro­ta­łam.

Po­cie­szała mnie myśl, że z taką twa­rzą i tek­stami na pod­ryw chło­pak w żół­tej blu­zie zo­sta­nie pra­wicz­kiem do trzy­dziestki.

Nie­stety, nie mo­głam po­zwo­lić so­bie na utratę tej pracy, bo mu­sia­łam utrzy­my­wać Be­ara. Zna­le­zie­nie pracy w Fa­ir­hope to nie lada wy­czyn, szcze­gól­nie z moją kiep­ską re­pu­ta­cją. W du­chu jed­nak mia­łam na­dzieję, że uda mi się odło­żyć wy­star­cza­jąco pie­nię­dzy na stu­dio­wa­nie ja­kie­goś in­te­re­su­ją­cego mnie kie­runku i zna­le­zie­nie in­nej pracy.

Cięż­kim kro­kiem ru­szy­łam do sto­lika Ga­brielli i Cruza. By­łam tak wście­kła, że na­wet nie czu­łam zde­ner­wo­wa­nia, jak za­zwy­czaj w obec­no­ści zło­tego chłopca tego mia­steczka.

Cruz Co­stello był i za­wsze bę­dzie ulu­bień­cem Fa­ir­hope.

Kie­dyś w pod­sta­wówce na­pi­sał do pre­zy­denta list tak elo­kwentny, pe­łen na­dziei i po­ru­sza­jący, że wraz z ro­dziną za­pro­szono go na ce­re­mo­nię z oka­zji Święta Dzięk­czy­nie­nia or­ga­ni­zo­waną w Bia­łym Domu.

W li­ceum Cruz grał w dru­ży­nie fut­bo­lo­wej na po­zy­cji roz­gry­wa­ją­cego i po­pro­wa­dził Fa­ir­hope High do fi­na­łów sta­no­wych. To był je­dyny raz w hi­sto­rii ca­łej szkoły, gdy za­szli­śmy tak da­leko.

Jako je­dyny ab­sol­went Fa­ir­hope do­stał się na uczel­nię z Ligi Blusz­czo­wej.

Wielka na­dzieja Fa­ir­hope. (Tak, ma­sło ma­ślane. Prze­ży­je­cie).

W pewną nie­zwy­kle bu­rzową Wi­gi­lię Bo­żego Na­ro­dze­nia po­mógł ode­brać po­ród Diany Hud­gens na pace jej fur­go­netki, na pa­miątkę czego zro­biono mu zdję­cie do lo­kal­nej ga­zety, jak trzyma w ra­mio­nach pła­czące dziecko i uśmie­cha się, a krew spływa po jego mu­sku­lar­nych przed­ra­mio­nach.

Na do­miar złego po stu­diach Cruz po­szedł w ślady ojca, który od­szedł na eme­ry­turę, i zo­stał uko­cha­nym le­ka­rzem ro­dzin­nym ca­łego mia­sta.

Z po­wyż­szego opisu można wy­wnio­sko­wać, że był bar­dziej święty niż sam Je­zus, bar­dziej cno­tliwy niż Matka Te­resa i być może – co draż­niło mnie naj­bar­dziej – sek­sow­niej­szy niż Ryan Go­sling.

W fil­mie Drive.

Był wy­soki, smu­kły, ce­cho­wał go wy­lu­zo­wany krok i tak piękne ko­ści po­licz­kowe, że po­winno być to nie­zgodne z pra­wem.

Miał rów­nież wąsy i chyba nie był świa­domy tego, że dzięki nim wy­da­wał się jesz­cze bar­dziej po­cią­ga­jący. Nie było w tym mie­ście chyba żad­nej ko­biety, która nie chcia­łaby zo­ba­czyć swo­ich so­ków na tym wą­sie.

Na­wet jego strój, skła­da­jący się ze spodni khaki, bia­łych skar­pe­tek i ko­szulki polo, który ko­ja­rzył się ze sta­rym, nie­do­wi­dzą­cym księ­go­wym, nie mógł mu ode­brać sek­sa­pilu.

Na szczę­ście – uży­wam tego słowa z przy­mru­że­niem oka, po­nie­waż w moim ży­ciu nie ma za grosz szczę­ścia – by­łam tak onie­śmie­lona ist­nie­niem tego czło­wieka, że jego czar prak­tycz­nie na mnie nie dzia­łał.

Za­trzy­ma­łam się przy ich sto­liku i wspar­łam bio­drem o znisz­czony blat. Żu­łam gumę wy­jąt­kowo gło­śno, żeby ukryć wy­wo­łaną stre­sem czkawkę po do­tknię­ciu tam­tego dzie­ciaka. Za każ­dym ra­zem, gdy na­cho­dziła mnie ochota, by się bro­nić, przy­po­mi­na­łam so­bie, że moje szanse na pracę w tym mie­ście są mniej­sze niż ta­lia Gabby. Wy­cho­wa­nie trzy­na­sto­latka nie jest ta­nie, a ja nie mia­łam moż­li­wo­ści prze­pro­wadzki do ro­dzi­ców. Nie do­ga­dy­wa­łam się ze swoją matką.

– Dzień do­bry. W czym mogę po­móc eli­cie Fa­ir­hope?

Ga­briella zmarsz­czyła z od­razą ma­leńki no­sek. Miała na so­bie ob­ci­słe dżinsy, drogi biały szal z kasz­miru i sub­telną bi­żu­te­rię, która nada­wała jej dziew­częcy, na­tu­ralny wy­gląd (ko­ja­rzyła mi się z Fran­cuzką).

– Jak się masz, Nessy? – za­py­tała, le­d­wie uchy­la­jąc usta.

– Cóż, Ga­briello, każ­dego ranka bu­dzę się po złej stro­nie ka­pi­ta­li­zmu, mój sa­mo­chód w każ­dej chwili może wy­zio­nąć du­cha, a wraz z wie­kiem z mo­imi ple­cami jest co­raz go­rzej. Ogól­nie cał­kiem nie­źle, dzięki, że py­tasz. A ty?

– Wła­śnie pod­pi­sa­łam kon­trakt z firmą ko­sme­tyczną, dzięki któ­rej mój blog sta­nie się jesz­cze po­pu­lar­niej­szy, więc mam się wy­śmie­ni­cie.

– To cu­dow­nie! – rzu­ci­łam słod­kim gło­sem, z ca­łych sił pró­bu­jąc igno­ro­wać Cruza.

Ga­briella zaj­mo­wała się wsta­wia­niem zdjęć i fil­mi­ków na In­sta­gram. Te­sto­wała nowe pro­dukty, aby czło­wiek uwie­rzył, że po ku­pie­niu ich bę­dzie wy­glą­dać jak ona.

Prze­su­nęła po stole ta­lerz z taką od­razą, jakby znaj­do­wał się na nim mar­twy szczur.

– Po­słu­chaj, nie chcę być wy­bredna, ale mój bur­ger z in­dyka chyba nie jest... No wiesz...

– Wy­sma­żony? – za­py­ta­łam, uno­sząc brew. Albo w ogóle nie jest z in­dyka.

– Or­ga­niczny – wy­szep­tała, wier­cąc się na krze­śle.

Kurde, ale z niej Sher­lock.

Czy jej się wy­daje, że to eks­klu­zywna re­stau­ra­cja? Po­winna się cie­szyć, że sa­łata jest umyta, a bułka w miarę świeża.

– To bar­dzo moż­liwe – zgo­dzi­łam się.

Ścią­gnęła brwi.

– Ale ja pro­si­łam o or­ga­niczne mięso.

– A ja pro­si­łam o wy­graną na lo­te­rii i randkę z Be­ni­ciem del Toro. Wy­gląda na to, że obie mamy dzi­siaj pe­cha, ko­chana. – Znowu strze­li­łam ba­lo­nową gumą.

Cruz mil­czał, jak za­wsze w mo­jej obec­no­ści. Za­po­mnia­łam wspo­mnieć – Ga­briella Hol­land to naj­lep­sza przy­ja­ciółka mo­jej młod­szej sio­stry Tri­nity. A moja młod­sza sio­stra jest za­rę­czona z Wy­at­tem, star­szym bra­tem Cruza.

Brzmi jak hi­sto­ria z pro­gramu Jerry’ego Sprin­gera? Też mi się tak wy­daje.

Co ozna­cza, że teo­re­tycz­nie po­win­nam być miła dla tych za­ro­zu­mia­łych pa­ja­ców. I mimo że Cruz ro­bił wszystko, żeby nie zwra­cać na mnie uwagi, ko­niecz­nie chcia­łam dać mu do zro­zu­mie­nia, że ja o nim my­ślę.

– Na­prawdę są­dzisz, że za ta­kie bez­czelne na­sta­wie­nie do­sta­niesz na­pi­wek? – za­py­tała Ga­briella z nie­do­wie­rza­niem, krzy­żu­jąc ra­miona na piersi. Jak na fakt, że przy­jaź­niła się z moją sio­strą, trak­to­wała mnie wy­jąt­kowo podle. Jak koń­skie łajno przy­kle­jone do jej szpilki.

– Nie wy­daje mi się, że­bym była od­po­wie­dzialna za po­cho­dze­nie pro­duk­tów w knaj­pie z bur­ge­rami – od­par­łam.

– Może gdy­byś była mil­sza i bar­dziej su­mienna, twój biedny syn miałby w ży­ciu lep­sze moż­li­wo­ści.

Zga­dza się. Po­su­nęła się za da­leko. Miała tu­pet wspo­mnieć o Be­arze.

Kula gniewu prze­szyła mój żo­łą­dek.

– Cóż, gdy­byś ty była ład­niej­sza, może nie za­ję­ła­byś trze­ciego miej­sca w kon­kur­sie na Miss Ame­ryki. – Uśmiech­nę­łam się cu­kier­ko­wato.

Tak, naj­wy­raź­niej za­mie­rza­łam od­pła­cić jej pięk­nym za na­dobne.

Oczy Ga­brielli się za­szkliły, a jej pod­bró­dek za­drżał jak ga­la­retka.

– Chcę mó­wić z kie­row­ni­kiem! – za­wo­łała wpie­niona.

– Och, masz na my­śli szefa tego ku­li­nar­nego im­pe­rium? – za­py­ta­łam, od­wró­ciw­szy się z pre­me­dy­ta­cją, żeby wska­zać na Jerry’ego. – Kie­row­niku! Sto­lik nu­mer trzy chce z tobą roz­ma­wiać.

Jerry splu­nął ta­baką do naj­bliż­szego ko­sza na śmieci i ob­szedł kon­tuar. Wy­da­wał się za­nie­po­ko­jony.

Od­wró­ci­łam się w stronę szczę­śli­wej pary.

– Mogę po­móc w czymś jesz­cze? – Mój uśmiech był tak wielki i sztuczny jak cycki Ga­brielli. – Może po­dać olej in­fu­zo­wany białą tru­flą? Albo foie gras na przy­stawkę? – Ce­lowo wy­mó­wi­łam „s” na końcu fran­cu­skiego przy­smaku, aby utrzy­mać po­zory nie­wy­edu­ko­wa­nej dziuni.

Ta­kie za­cho­wa­nie w ni­czym mi nie po­ma­gało, ale mo­le­sto­wa­nie sek­su­alne przez dzie­ciaka w wieku mo­jego syna i po­ucza­nie przez przy­ja­ciółkę mo­jej młod­szej sio­stry prze­lały czarę go­ry­czy.

– Tak. Nie mogę uwie­rzyć, że Tri­nity...

Kry­tyczna uwaga Ga­brielli zo­stała prze­rwana, kiedy przy sto­liku nu­mer pięć, przy któ­rym sie­dział zbo­czuch, roz­legł się od­głos dła­wie­nia.

– O Boże!

– Jezu! Nie!

– On się dławi! Dławi się słomką!

Karma mu­siała chyba usły­szeć moje mo­dli­twy i po­sta­no­wiła in­ter­we­nio­wać, po­nie­waż chło­pak, który uszczyp­nął mnie w ty­łek, le­żał te­raz na pod­ło­dze i trzy­mał się za szyję. Oczy miał sze­roko otwarte i za­czer­wie­nione. Wierz­gał no­gami, pró­bu­jąc zła­pać od­dech.

W knaj­pie zro­biło się za­mie­sza­nie. Lu­dzie bie­gali w tę i we w tę, prze­wra­cali krze­sła, ko­biety wrzesz­czały. Ktoś za­dzwo­nił na po­go­to­wie, ktoś inny za­su­ge­ro­wał, by prze­wró­cić chło­paka na brzuch, a je­den z jego kum­pli na­gry­wał wszystko te­le­fo­nem. Oto ko­lejny do­wód na to, że nie na­leży ufać Po­ko­le­niu Z.

I wtedy do ak­cji wkro­czył on.

Dok­tor Cruz Co­stello pod­biegł do dzie­ciaka jak w zwol­nio­nym tem­pie. Jego pia­skowe blond włosy fa­lo­wały jak w czo­łówce Sło­necz­nego pa­trolu. Wy­ko­nał uścisk He­im­li­cha na moim oprawcy, dzięki czemu chło­pak wy­pluł rurkę.

Jak zwy­kle dok­tor ura­to­wał sy­tu­ację.

Na­gle szafa gra­jąca pu­ściła All Sum­mer Long Kid Rock. Jak na za­wo­ła­nie.

Tak na­prawdę wcale nie ży­czy­łam temu chło­pa­kowi śmierci.

By­cie szują nie jest grze­chem, który na­leży ka­rać śmier­cią. Jed­nak do­ło­wał i bo­lał mnie fakt, że wszy­scy w knaj­pie przy­mknęli oko na to, że zo­sta­łam sek­su­al­nie na­pa­sto­wana.

A Cruz Co­stello stał obok, taki wy­soki, umię­śniony i krzepki. Roz­pły­wał się od tych wszyst­kich kom­ple­men­tów, ja­kimi za­sy­py­wali go klienci.

– ...ura­to­wał chłopcu ży­cie! Jak my się od­wdzię­czymy? Jest pan praw­dzi­wym skar­bem tego mia­sta, dok­to­rze!

– ...kiedy mia­łeś trzy latka, po­wie­dzia­łam two­jej matce, że kie­dyś zo­sta­niesz kimś waż­nym, i po­patrz tylko. Znowu mia­łam ra­cję.

– Moja córka koń­czy nie­długo stu­dia i wraca do domu. Je­steś pe­wien tej Ga­brielli, zło­ciutki? Bo chęt­nie bym was za­po­znała.

Opar­łam się o kon­tuar, mru­żąc oczy.

Je­den z kum­pli na­sto­latka za­dzwo­nił do matki po­szko­do­wa­nego, żeby po niego przy­je­chała. Jerry pró­bo­wał wszyst­kich uspo­koić i ogło­sił, że każdy do­sta­nie lody na po­cie­sze­nie, a Gabby przy­spa­wała się do ręki swo­jego chło­paka i szep­tała mu coś do ucha, zna­ku­jąc w ten spo­sób swoje te­ry­to­rium.

Cruz pró­bo­wał za­pła­cić Jerry’emu, ale ten za­cie­kle po­krę­cił głową.

– Nie musi pan pła­cić, dok­to­rze.

Mia­łam inne zda­nie. Pie­nią­dze dok­tora mi się przy­da­dzą. Po­de­szłam do niego z wy­cią­gniętą ręką.

– To ja po­pro­szę o na­pi­wek.

Ga­brielli opa­dła szczęka.

Czu­łam, że za­raz po­wie coś nie­mi­łego. I fakt, że przy­jaźni się z moją sio­strą, a za nie­całe dwa mie­siące obie bę­dziemy druh­nami Tri­nity, nie miał naj­mniej­szego zna­cze­nia.

Dziś utwier­dzi­łam się w prze­ko­na­niu, że je­stem w Fa­ir­hope wy­rzut­kiem i wszy­scy tu my­ślą, że mają prawo być dla mnie podli.

Na szczę­ście Cruz ją po­wstrzy­mał i po­kle­pał jej pła­ski ty­łek z le­ni­wym, krzy­wym uśmie­chem.

Do­brze wie­dział, że nie zno­szę, gdy od­grywa rolę zło­tego chłopca.

– Za­cze­kaj na mnie w au­cie, żabko.

– Ale Cru­uuz! – jęk­nęła na­dą­sana Gabby i tup­nęła nogą.

– Ja się tym zajmę – za­pew­nił ją.

– W po­rządku. Tylko nie bądź dla niej zbyt miły – prych­nęła. Zła­pała klu­czyki do sa­mo­chodu, które jej rzu­cił, i wy­szła z knajpy.

Cruz i ja sta­li­śmy na­prze­ciwko sie­bie jak dwoje kow­bo­jów tylko cze­ka­ją­cych na znak, by wy­cią­gnąć re­wol­wery.

– Na­wet mi nie po­dzię­ku­jesz?

Na dźwięk jego ak­sa­mit­nego głosu w mo­jej klatce pier­sio­wej roz­lało się nie­pro­szone cie­pło. Miał syl­wetkę jak Ju­stin Har­tley i aż chciało się po­czuć ją na so­bie.

– Za co? – za­py­ta­łam roz­ba­wiona. – Za to, że ży­jesz, że je­steś le­ka­rzem czy wiel­kim wrzo­dem na czte­rech li­te­rach?

– Za ura­to­wa­nie tego dzie­ciaka.

– Ten dzie­ciak uszczyp­nął mnie w ty­łek i zro­bił zdję­cie mo­ich maj­tek.

– Nie mia­łem o tym po­ję­cia – od­parł spo­koj­nie.

Uwie­rzy­łam mu, ale co z tego? By­łam tak wście­kła, że już nie my­śla­łam lo­gicz­nie.

– Daj na­pi­wek albo spa­daj – syk­nę­łam.

– Chcesz do­stać na­pi­wek? – za­py­tał gło­sem po­zba­wio­nym emo­cji, mru­żąc ciem­no­nie­bie­skie oczy. – A może le­piej dam ci do­brą radę? Na­ucz się ma­nier. Im szyb­ciej, tym le­piej.

– Przy­kro mi – mruk­nę­łam, przy­glą­da­jąc się swoim pa­znok­ciom. – Obec­nie nie przyj­muję za­płaty w po­staci wróżb z cia­ste­czek. Tylko go­tówką lub prze­le­wem na nu­mer te­le­fonu.

– Na­prawdę ocze­ku­jesz na­piwku po sprzeczce z Ga­briellą? – Wy­da­wał się za­nie­po­ko­jony moim sta­nem, zu­peł­nie jakby my­ślał: „Nie dość, że dziu­nia, to jesz­cze taka z ilo­ra­zem in­te­li­gen­cji na po­zio­mie ka­napki z ma­słem orze­cho­wym. I to bez dżemu”.

– Na­prawdę. Ona do­brze wie, że nie sprze­da­jemy tu­taj or­ga­nicz­nego mięsa. Albo ru­koli. Po co cią­gle pyta?

Je­śli za­raz mi od­po­wie, że klient ma za­wsze ra­cję, do­dam go do mo­jej nie­koń­czą­cej się li­sty lu­dzi, któ­rych po­win­nam za­mor­do­wać. Choć wła­ści­wie i tak znaj­do­wał się w pierw­szej dzie­siątce – za te wszyst­kie razy, gdy wi­dy­wa­li­śmy się na ro­dzin­nych spo­tka­niach, a on uda­wał, że nie ist­nieję.

– A dla­czego sama nie udzie­lisz jej ja­snej od­po­wie­dzi? – od­gryzł się.

Mo­gła­bym przy­siąc, że na chwilę – ma­leńką, do­słow­nie na uła­mek se­kundy – jego ma­ska grzecz­nego chłopca pę­kła i przez szcze­linę przedarła się iry­ta­cja.

– A może ty pil­nuj wła­snego nosa?

Za­uwa­ży­łam, że jego wzrok za­trzy­mał się na mo­ich ustach.

Wie­dzia­łam, że mam na twa­rzy pół kilo ta­pety i grubą war­stwę ró­żo­wej szminki. Ale Cruz ni­gdy nie po­wie­dział złego słowa na czyjś te­mat. Na­wet na mój.

Jego noz­drza za­fa­lo­wały, kiedy za­czerp­nął po­wie­trza, żeby się uspo­koić. Ski­nął głową.

– W po­rządku, Ten­nes­see. – To ko­lejna rzecz. Wszy­scy na­zy­wają mnie Nie­ogar­niętą Nessy. Tylko on używa mo­jego peł­nego imie­nia i za­wsze czuję się przy tym tak, jak gdyby mnie ka­rał. – Będę pil­no­wać wła­snego nosa. Może za­cznijmy od te­raz, co? Czy już za­re­zer­wo­wa­łaś bi­lety na nasz rejs?

No tak.

Ze względu na to, że moi ro­dzice płacą za ślub Tri­nity i Wy­atta, ro­dzice Cruza po­sta­no­wili za­pro­sić obie ro­dziny na przed­ślubny rejs. Że­by­śmy wszy­scy mo­gli się le­piej po­znać.

Co­stel­lo­wie czę­sto brali udział w ta­kich wy­ciecz­kach, więc wy­ko­rzy­stali uzbie­rane punkty, aby za­re­zer­wo­wać ka­jutę dla no­wo­żeń­ców, a także po­koje z po­dwój­nym łóż­kiem dla sie­bie i mo­ich ro­dzi­ców.

Mój syn Bear bła­gał, żeby spać w apar­ta­men­cie mo­ich ro­dzi­ców, któ­rzy będą mieć pry­watne ja­cuzzi i ba­rek ze sło­dy­czami. To jego pierw­sze wa­ka­cje w ży­ciu, więc się zgo­dzi­łam. To ozna­czało, że Cruz i ja mu­simy sami za­re­zer­wo­wać so­bie ka­juty. Ze względu jed­nak na to, że Cruz ma „praw­dziwą pracę”, a ja mnó­stwo wol­nego czasu (to słowa mo­jej matki, nie moje), zo­sta­łam od­de­le­go­wana do ich zna­le­zie­nia.

– Pra­cuję nad tym.

– Nie wie­dzia­łem, że za­re­zer­wo­wa­nie bi­le­tów kosz­tuje tyle wy­siłku.

Po­pra­wi­łam sztywną od la­kieru blond fry­zurę.

– Może dla cie­bie to pro­ste, ale ogra­ni­czo­nym umy­słowo lu­dziom pewne rze­czy zaj­mują wię­cej czasu. Gdzie w ogóle re­zer­wuje się te bi­lety? W tych... In­ter­ne­tach, tak? – Prze­krzy­wi­łam głowę. – To coś ta­kiego w kom­pu­te­rze? Z tymi ma­łymi li­ter­kami i fil­mi­kami o kot­kach?

Na jego mocno za­ry­so­wa­nej szczęce drgnął mię­sień.

Tylko raz.

Ale to wy­star­czyło, by wzbu­dzić we mnie nie­po­ha­mo­waną ucie­chę. Wszy­scy do­brze wie­dzą, że Cruza Co­stella nic nie jest w sta­nie wy­trą­cić z rów­no­wagi.

– Za­re­zer­wuj bi­lety, Ten­nes­see.

– Tak jest, pro­szę pana. Łóżko po­je­dyn­cze czy po­dwójne?

– Py­tasz, czy za­mie­rzam za­brać ze sobą Ga­briellę?

– Albo ja­ką­kol­wiek inną le­d­wie peł­no­let­nią ko­bietę.

Grubo prze­sa­dzi­łam, bo róż­nica wieku mię­dzy nimi nie była aż tak wielka.

Gabby to ró­wie­śnica Tri­nity, za­tem dwu­dzie­sto­pię­cio­latka. A moja sio­stra wy­cho­dziła za star­szego brata Cruza.

Cruz wło­żył rękę do przed­niej kie­szeni spodni khaki. W ca­su­alo­wym stroju było mu wy­jąt­kowo do twa­rzy.

– Po­sta­raj się ni­czego nie spie­przyć, kiedy bę­dziesz ku­po­wać te bi­lety, okej?

Moja ma­ska obo­jęt­no­ści spły­nęła i roz­pry­snęła się na pod­ło­dze. W mie­ście ucho­dzi­łam za osobę, która za­wsze wszystko psuje, ale we wła­snej opi­nii nie za­słu­gi­wa­łam na ten ty­tuł.

– Po­tra­fię za­re­zer­wo­wać dwa bi­lety na rejs.

– Uwie­rzę, gdy je zo­ba­czę.

– Wiesz – za­czę­łam, na­krę­ca­jąc na pa­lec włosy uło­żone we fry­zurę, która już dawno wy­szła z mody – nie je­steś na­wet w po­ło­wie tak miły, jak twier­dzą lu­dzie.

– Cały mój jad za­cho­wy­wa­łem dla cie­bie. – Uniósł da­szek bejs­bo­lówki ni­czym kow­boj ka­pe­lusz. – Ja­kieś słowa na od­chodne, Ten­nes­see? W sa­mo­cho­dzie czeka na mnie dziew­czyna.

Ra­cja.

Jego błysz­czące audi Q8 pa­so­wało do pięk­nej dziew­czyny. I pięk­nego ży­cia.

Od­po­wie­dzia­łam mu na py­ta­nie środ­ko­wym pal­cem, ko­rzy­sta­jąc z faktu, że wszy­scy wo­kół żywo ko­men­to­wali nie­do­szłą śmierć chło­paka, więc nikt tego nie za­uwa­żył.

Nie by­łam dumna z tej od­po­wie­dzi, ale gest spra­wił mi nie­małą sa­tys­fak­cję.

Tego wie­czoru by­łam bli­ska łez.

Pró­bo­wa­łam się nad sobą nie uża­lać, ale cza­sami by­wało to zbyt trudne.

Mój syn wy­ma­rzył so­bie nową grę, As­sas­sin’s Creed, ale nie mia­łam pie­nię­dzy. A naj­gor­sze było to, że na­wet o nią nie po­pro­sił.

Do­wie­dzia­łam się o tym od mo­jej matki, kiedy za­dzwo­ni­łam do niej, wra­ca­jąc z pracy swoją hondą odys­sey to­czącą się ulicą jak pi­jana stu­dentka po im­pre­zie.

Po­dobno mój syn za­pro­po­no­wał, że skosi jej traw­nik za pie­nią­dze, aby móc ku­pić tę grę.

– Ku­pi­ła­bym mu ją bez wa­ha­nia, ko­cha­nie, ale wiesz, ile w tych grach prze­mocy. Wy­daje mi się, że on w ogóle nie po­wi­nien w nią grać.

Na próżno tłu­ma­czy­łam, że za­ka­zy­wa­nie Be­arowi gra­nia w gry to sy­zy­fowa praca. Ta­kie były jego za­in­te­re­so­wa­nia i tak spę­dzał czas z ko­le­gami. Nic na to nie po­ra­dzę. Jed­no­cze­śnie czu­łam się przy­tła­cza­jąco kiep­ską matką. Ży­ciowa po­rażka. Na­wet nie było mnie stać, aby ku­pić sy­nowi grę.

Może Ga­briella miała ra­cję.

Może po­win­nam się za­mknąć, wmó­wić jej, że mięso jest or­ga­niczne, i znieść oka­zjo­nalne mo­le­sto­wa­nie w za­mian za wielki na­pi­wek.

Otwo­rzy­łam drzwi wy­naj­mo­wa­nego domu. Wnę­trze zo­stało po­ma­lo­wane na bla­do­nie­bie­sko. Pier­wot­nie było tu szpet­nie, ale dzięki temu wła­ści­ciel zszedł nieco z czyn­szu, a my z Be­arem od­ma­lo­wa­li­śmy ściany. W środku znaj­do­wały się tylko naj­po­trzeb­niej­sze me­ble, które do­sta­łam od przy­ja­ciół i ro­dziny.

Ale to był nasz dom i by­li­śmy z niego dumni.

Zdję­łam szpilki i rzu­ci­łam je na pod­łogę, a to­rebkę i kurtkę zo­sta­wi­łam na kre­den­sie. Pa­da­łam ze zmę­cze­nia. By­łam zmę­czona tym, że nie je­stem w sta­nie ku­pić sy­nowi wy­ma­rzo­nej rze­czy, prysz­cza­tymi ru­dymi na­sto­lat­kami, któ­rzy w pracy szczy­pią mnie w ty­łek, Ga­briellą, jej smu­kłymi no­gami i bez­tro­skim ży­ciem peł­nym lu­kra­tyw­nych kon­trak­tów, dok­to­rem Co­stel­lem, który z ja­kie­goś po­wodu mnie nie­na­wi­dzi.

Ko­niecz­nie mu­szę wy­do­stać się z tego mia­sta. I zro­bię to, gdy tylko Bear skoń­czy li­ceum.

– Mi­siaczku? Je­steś tu­taj? – za­wo­ła­łam.

W kuchni za­brzę­czały garnki. Ha­łas przy­bie­rał na sile z każ­dym moim kro­kiem sta­wia­nym w ciem­nym sa­lo­nie.

– Mamo? Zro­bi­łem ma­ka­ron. Prze­pra­szam, mia­łem dużo za­dane i za­po­mnia­łem wy­jąć kur­czaka do roz­mro­że­nia.

We­szłam do kuchni i za­mknę­łam syna w miaż­dżą­cym uści­sku. Zro­bi­łam krok w tył, żeby przyj­rzeć się jego twa­rzy, a po­tem po­cią­gnę­łam go za uszy i po­ca­ło­wa­łam w czoło. Nie lu­bił, gdy tak ro­bi­łam, ale zno­sił to po­słusz­nie.

Bear miał do­piero trzy­na­ście lat, a już prze­wyż­szał mnie o głowę. Nie po­win­nam się dzi­wić, bo wdał się w ojca, który w li­ceum grał w dru­ży­nie fut­bo­lo­wej na ataku i miał metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu.

Wi­dok mo­jego syna po­wi­nien mnie do­bi­jać.

Wy­glą­dał kropka w kropkę jak Ro­bert Gus­sman: te same mięk­kie kasz­ta­nowe włosy, ło­bu­zer­skie szma­rag­dowe oczy ze zło­tymi plam­kami, głę­bo­kie do­łeczki w po­licz­kach, wi­doczne na­wet bez uśmie­chu, i lekko prze­krzy­wiony nos.

Po­winno mnie to bo­leć, ale wcale tak nie było.

Bear był zu­peł­nie inną osobą, a Rob wy­łącz­nie wy­blak­niętą bli­zną. Był jak list na­pi­sany ołów­kiem, który z cza­sem się wy­tarł i słowa stały się nie­mal nie­czy­telne.

– Ma­ka­ron brzmi pysz­nie.

Sta­nę­łam na pal­cach, żeby po­ca­ło­wać go w po­li­czek. Bear, choć przy­stojny, pach­niał skar­pet­kami, hor­mo­nami i ko­zami, jak wszy­scy chłopcy w jego wieku.

Od­su­nę­łam się i za­uwa­ży­łam, że już na­krył do stołu i po­dał ko­la­cję.

– Jak było w szkole?

Usie­dli­śmy i za­bra­li­śmy się do je­dze­nia ma­ka­ronu w wer­sji eks­tra al dente (in­nymi słowy: mocno nie­do­go­to­wa­nego), za­nu­rzo­nego w po­dej­rza­nym mar­ke­to­wym so­sie.

– Do­brze. Pan She­pherd wciąż na­ma­wia mnie na do­łą­cze­nie do dru­żyny fut­bo­lo­wej. To już się robi nudne. Ale poza tym spoko.

– Nie po­zwól do ni­czego się zmu­sić. Nie je­steś jak Rob. Nie mu­sisz grać w dru­ży­nie.

– Nie zo­stanę mię­śnia­kiem. Nie ma szans. Zbyt dużo wy­siłku, a nic z tego nie masz.

– Coś jesz­cze się wy­da­rzyło?

Bear zmarsz­czył nos, co uwy­dat­niło jego do­łeczki.

– W su­mie nie.

Po­czu­łam w piersi bo­le­sny skurcz. Nie chciał po­wie­dzieć mi o grze, bo wo­lał mnie nie mar­twić.

– A jak było w pracy? – Na­krę­cił na wi­de­lec tro­chę czer­wo­nego ma­ka­ronu i wło­żył go do ust.

Cóż, synu, mia­łam gor­szy dzień niż Abra­ham, gdy Bóg oznaj­mił, że ów dzie­więć­dzie­się­cio­dzie­wię­cio­letni męż­czy­zna ma się ob­rze­zać.

Tym ra­zem to ja po­sta­no­wi­łam skła­mać. Albo przy­naj­mniej pod­su­nąć mu okro­joną wer­sję prawdy.

– Świet­nie. Jerry bę­dzie mnie po­trze­bo­wać na do­dat­ko­wych zmia­nach przez ko­lejne ty­go­dnie. A to ozna­cza wię­cej pie­nię­dzy. Mo­żemy tro­chę za­sza­leć. Masz ja­kieś ży­cze­nia? – za­py­ta­łam, za­trzy­mu­jąc wi­de­lec przy ustach.

Na szczę­ście ten głupi rejs mieli opła­cić Co­stel­lo­wie, któ­rzy śpią na pie­nią­dzach.

– Nie. Mną się nie przej­muj. Po­win­naś ku­pić coś so­bie, mamo. Ni­gdy nie wy­da­jesz na sie­bie pie­nię­dzy.

– Bzdura. – Za­krztu­si­łam się je­dze­niem i po­ma­cha­łam pal­cami. O kurde, czy on tu na­lał ta­ba­sco? – Cho­dzę na pa­znok­cie.

– Nie ściem­niaj. Cio­cia Gail robi ci je za friko. Nie je­stem głupi. – Wy­wró­cił oczami.

To prawda. Mój syn był po­nad­prze­cięt­nie in­te­li­gentny jak na swój wiek. Po­win­nam w końcu prze­stać go okła­my­wać, na­wet je­śli tylko w bła­hych spra­wach, dzięki czemu mia­łam po­czuć się le­piej.

Reszta wie­czoru upły­nęła nam spo­koj­nie.

Obej­rze­li­śmy Ame­ri­can Idol, je­dząc lody pi­sta­cjowe przed te­le­wi­zo­rem. Śmia­li­śmy się i wy­da­wa­li­śmy wer­dykty, choć żadne z nas nie miało ta­lentu do mu­zyki. Póź­niej Bear po­ca­ło­wał mnie w czoło, ży­czył mi do­brej nocy i znik­nął w swoim po­koju.

Wkrótce po­tem usły­sza­łam wy­do­sta­jące się przez otwarte drzwi ci­che po­chra­py­wa­nie. Ten dzie­ciak prze­spałby wy­ścigi konne. I to ja­dąc na ko­niu.

Uśmiech­nę­łam się do sie­bie i po­krę­ci­łam głową. Po dro­dze do kuchni ze­bra­łam pu­ste mi­seczki po lo­dach i szklanki po mro­żo­nej her­ba­cie. Kiedy my­łam na­czy­nia, roz­legł się dzwo­nek do drzwi.

Wes­tchnę­łam ci­cho, za­krę­ci­łam wodę i wy­tar­łam ręce.

Dzwo­nek roz­legł się po raz ko­lejny, za­nim do­tar­łam do drzwi.

– Już idę, idę. Spo­koj­nie.

Czy to moja matka? Może mi­jała mój dom w trak­cie ko­lej­nego z wie­czor­nych spa­ce­rów, dzięki któ­rym ma na­dzieję schud­nąć, i te­raz mi oznajmi, że jed­nak po­sta­no­wiła ku­pić Be­arowi grę? A może moja sio­stra chce, abym rzu­ciła okiem na wpro­wa­dzone na ostat­nią chwilę zmiany w de­ko­ra­cjach lub we­sel­nym menu?

Otwo­rzy­łam drzwi i po­wie­trze uszło z mo­ich płuc.

Na ganku stał Rob Gus­sman, moja li­ce­alna mi­łość i oj­ciec Be­ara, który ni­gdy nie in­te­re­so­wał się swoim sy­nem.

Zo­sta­wił mnie, gdy do­wie­dział się o ciąży, a te­raz się po­ja­wił. Po trzy­na­stu la­tach.

– Nie­ogar­nięta Nessy. – Uśmiech­nął się. – Wi­dzę, że do­ro­słaś. I nie­źle wy­glą­dasz.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: