Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • Empik Go W empik go

Czarny Matwij: powieść z życia ludu górskiego - ebook

Rok wydania:
2011
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Czarny Matwij: powieść z życia ludu górskiego - ebook

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: brak
Rozmiar pliku: 375 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

KRU­CZY DZIÓB.

Mroź­ny wiatr je­sien­ny dął od pół­no­cy i z prze­raź­li­wym świ­stem prze­my­kał przez cia­sne wy­ło­my i wą­wo­zy Be­ski­du, przy­głu­sza­jąc gło­śny plusk rą­cze­go stru­my­ka, co na naj­wyż­szym wy­try­skał grzbie­cie i w ty­sią­cz­nych za­krę­tach, spa­dach i wi­rach mknął wzdłuż stro­mych ścian gór.

Nie­bo gę­ste­mi za­snu­ło się chmu­ra­mi, kie­dy nie­kie­dy tyl­ko bla­dy księ­życ wy­chy­li je­den ro­żek z cie­nia i tuż za­raz na­po­wrót za czar­ną kry­je go po­wło­kę.

Nie­prze­bi­tą ciem­ność ogar­nia zie­mię. Tyl­ko głod­ny wilk z któ­re­goś z po­bli­skich szczy­tów, albo dra­pież­ny my­śli­wiec noc­ny, pu­hacz zło­wro­gi, mógł­by do­pa­trzyć zda­la bla­de­go świa­teł­ka, co jak­by od­blask ja­kie­goś ukry­te­go pło­mie­nia ma­ja­czy­ło nie­pew­nie w za­ło­mie Kru­cze­go dzio­bu.

Kru­czy dziób to obok Wil­czej szcze­ki naj­wyż­szy szczyt w tej czę­ści Be­ski­du, gdzie roz­po­czy­na się tok dzia­ła­nia na­szej po­wie­ści. Wierz­cho­łek na­giej stro­mej góry, jak­by za­chwia­ny bu­rzą lub za­ła­ma­ny pio­ru­na­mi, ostrym szpi­cem zwie­sił się ku do­ło­wi, i snać temu je­dy­nie za­wdzię­czał swą prze­no­śną na­zwę Kru­cze­go dzio­ba.

W nie­wiel­kim za­ło­mie pod tar­czą zwie­szo­ne­go wierz­choł­ka tli w tej chwi­li na pół wy­pa­lo­ny żar. Prąd wia­tru nie do­się­ga ogni­ska, tyl­ko wą­ską szcze­li­ną u góry roz­pę­dza świsz­cząc czar­ne kłę­by dymu.

W oko­ło ognia roz­ło­ży­ło się wy­god­nie tro­je lu­dzi. Nie­bie­ska­wy od­blask żaru oświe­tla bla­do ich po­sta­cie i w dziw­nie fan­ta­stycz­nych przed­sta­wia je za­ry­sach. W za­ty­le z wy­cią­gnię­te­mi ku ogniu no­ga­mi leży ni­ski krę­py gó­ral w bu­rym ka­pe­lu­szu pil­śnio­wym, któ­re­go sze­ro­kie po bo­kach za­ła­ma­ne kry­sy głę­bo­ko zwie­si­ły się na skro­nie. Burą wy­tar­tą gu­nię na sza­rym sznur­ku prze­wie­sił przez ple­cy a weł­nia­ną kra­cia­stą tor­bę wy­su­nął aż na pierś sze­ro­ką i wy­pu­kłą. Za wą­skim mo­sięż­ne­mi goźdz­mi obi­tym rze­mie­niem wy­zie­ra gru­by kij bu­ko­wy z gu­eastym sę­kiem u góry a że­la­znem oku­ciem u spodu: na opię­tych ko­la­nach leży sta­ra w dwóch miej­scach sznur­ka­mi po­wią­za­na strzel­ba.

Twarz gó­ra­la okry­wa­ją do po­ło­wy sze­ro­kie kry­sy ka­pe­lu­sza, cza­sa­mi tyl­ko nie­co w górę pod­nie­sie gło­wę i dwo­je bu­rych jak jego gu­nia za­mi­go­cze oczu i od­sło­nią się rysy, któ­rych dzi­kość tem wy­bit­niej uwy­dat­nia się w fan­ta­stycz­nem oświe­tle­niu.

Nie mniej szcze­gól­na i cha­rak­te­ry­stycz­na jest naj­bliż­sza obok nie­go po­stać – sąż­ni­stej dłu­go­ści żyd, wy­cią­gnię­ty w ka­błąk oko­ło ogni­ska. Nie po­trze­ba ciem­nej burz­li­wej nocy i tego dzi­kie­go od­lud­ne­go ostę­pu gór­skie­go, aby prze­stra­szyć się tej po­sta­ci na pierw­sze wej­rze­nie. Dłu­gi i chu­dy jak tyka miał coś dziw­nie od­ra­ża­ją­ce­go w ca­łej swej po­wierz­chow­no­ści. Ską­py ru­da­wy za­rost okry­wał twarz dłu­gą, ko­ści­stę, prze­pa­lo­ną od słoń­ca. Dwa łok­cio­we roz­czu­chra­ne pej­sy spa­da­ły z pod pła­skiej bia­łe­mi ba­ran­ka­mi wy­kła­da­nej czap­ki i uj­mo­wa­ły nie­ja­ko w ramy nos dłu­gi chu­dy i gar­ba­ty, któ­ry szpi­cem do­się­gał pra­wie do sa­mych ust. Dwo­je zie­lon­ko­wa­tych na pół przy­mró­żo­nych oczu iskrzy­ło się z głę­bo­kich za­pa­dłych jam i nada­wa­ło ca­łej twa­rzy ja­kiś dziw­ny chy­try i pod­stęp­ny wy­raz.

Trze­cią w gru­pie oso­bą była ko­bie­ta w stro­ju gó­ral­ki. Bia­ła brud­na chust­ka, z pod któ­rej brud­niej­szy jesz­cze czer­wo­ny wy­zie­rał cze­piec, okry­wał jej gło­wę, bura za­cią­gnię­ta na rę­ka­wy gó­nia, na sino ma­lo­wa­na dym­ka i ły­ko­we cho­da­ki uzu­peł­nia­ły resz­tę ubio­ru. Twarz gó­ral­ki po­ora­na zmarszcz­ka­mi chy­ba tyl­ko bra­kiem za­ro­stu zna­mio­nu­je ko­bie­tę. Ostre, su­ro­we rysy mają wy­raz czy­sto mę­ski. Żywe czar­ne oczy kon­tra­stu­ją z sta­rą po­marsz­czo­ną twa­rzą i si­we­mi ko­smy­ka­mi wło­sów, któ­re tu owdzie wy­chy­la­ją się z pod czep­ca. Gę­ste czar­ne na dół zwie­szo­ne brwi i wą­skie sil­nie za­ci­śnię­te usta pod­no­szą znacz­nie su­ro­wość ry­sów i wy­ci­ska­ją fi­zy­ono­mii ja­kiś wy­raz po­nu­ry i ta­jem­ni­czy.

Gdy­by nasz Be­skid jak Alpy lub Ape­ni­ny zwa­biał ku so­bie ob­cych po­dróż­nych i tu­ry­stów, cie­ka­wość ja­kie wra­że­nie spra­wił­by na nim na­gły wi­dok tej szcze­gól­nej ma­low­ni­czej gru­py, z tak cha­rak­te­ry­stycz­nych zło­żo­nej po­sta­ci. Mi­ło­śnik dzi­kich po­nu­rych ob­ra­zów na­tu­ry miał­by po­żą­da­ny przed­miot do schwy­ce­nia.

Wiatr sza­lo­nym pę­dem prze­my­kał przez grzbie­ty gór i z prze­raź­li­wym świ­stem i szu­mem to­czył przed sobą tu­ma­ny pia­sku, oschłych ga­łę­zi i drob­nych ka­mie­ni.

Gó­ral gwał­tow­nie rzu­cił się na swem sie­dze­niu i ja­kieś dzi­kie prze­kleń­stwo wy­mknę­ło się z jego ust.

– Psia wia­ra cy­gan po­ga­nin! wy­krzyk­nął gniew­nie – kie­dy tyl­ko pro­wa­dzi kom­pa­nię, za­wsze się spóź­ni.Żyd obo­jęt­nie kiw­nął gło­wą i dłu­gie ko­ści­ste ręce wy­cią­gnął nad ogień.

– Niech mię pio­run trza­śnie, je­że­li po­ga­nin na­dej­dzie nad ra­nem!Żyd wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Już ja się o nie­go nie boję! – mruk­nął przez zęby – Jan­cza do­bry do in­te­re­su!

– Prze­padł­byś z nim ra­zem! – wy­krzyk­nął gó­ral da­lej – do­bry na szu­bie­ni­cę! Ja ci po­wia­dam on nas wszyst­kich wtrą­ci w nie­szczę­ście.

– Ny, ny, nie ga­daj głu­pi goju – mruk­nął żyd nie­chęt­nie – Jan­cza już kil­ka lat z nami a jesz­cze ani razu nie po­wi­nę­ła mu się noga. On się spo – źni, no to cóż? ale on nig­dy nie przyj­dzie z go­łe­mi rę­ka­mi.

Gó­ral za­ci­snął zęby i z pod oka zer­k­nął na żyda.

– A cóż ty my­ślisz po­ga­ni­nie – za­wo­łał po chwi­li – że po­pro­wa­dzę ci ko­nie jak się za­cią­gnie do rana? Sto dy­abłów zjesz!Żyd jak­by z do­bro­dusz­nem naj­gra­wa­niem zno­wu kiw­nął gło­wą.

– Nie bój się, ja­koś to bę­dzie – szep­nął, i ręką się­gnął w za­na­drze. Na­pij się tro­chę Jur­ku – do­dał po krót­kiej prze­rwie, do­by­wa­jąc spo­rą na pół wy­próż­nio­ną flasz­kę.

Jur­ko chci­wie po­rwał za flasz­kę i po­cią­gnął łyk po­tęż­ny.

– Po­wiedz mi tyl­ko, gdzie może sie­dzieć nie­cno­ta – cią­gnął znacz­nie spo­koj­niej­szym gło­sem – w ta­kiej nocy re­wi­zor nosa nie wy­ściu­bi z bud­ki, może iść śmia­ło jak po ce­sar­skim go­ściń­cu… Jest tam jesz­cze kil­ka bulb Jew­do­cho? zwró­cił się na­gle do gó­ral­ki.

Jew­do­cha sie­dzia­ła do­tąd w po­nu­rem za­my­śle­niu i nic zda­wa­ła się zwra­cać naj­mniej­szej uwa­gi na tok roz­mo­wy. Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi na na­głe za­gad­nię­cie, i nie ru­sza­jąc się wca­le mruk­nę­ła pół gło­sem:

– Ani jed­nej!

Gó­ral zno­wu ja­kieś dzi­kie wy­rzu­cił prze­kleń­stwo i zwró­cił się gwał­tow­nie do żyda.

– Da­waj wód­ki Jol­ku – wy­krzyk­nął na­tar­czy­wie. Żyd w mil­cze­niu po­dał mu ode­bra­ną nie­daw­no flasz­kę.

Jur­ko po­cią­gnął nowy łyk spo­ry i splu­nął w żar.

– Ckno mi się cze­kać tak bez ni­cze­go – szep­nął jak­by sam do sie­bie. – Ale raz mu­szę cy­ga­no­wi na­kuć kar­ku! – do­dał po chwi­li i ści­snął sil­nie sę­ka­ty guz na koń­cu swej la­ski.

Jol­ko wy­pro­sto­wał się w ca­łej swej sąż­ni­stej po­sta­ci i wy­szedł z pod za­ło­mu ska­ły.

– Jesz­cze kil­ka go­dzin do dnia – rzekł wra­ca­jąc po chwi­li i zaj­mu­jąc daw­ne miej­sce – Jań­czy co tyl­ko nie wi­dać.

Jew­do­cha cze­goś w za­my­śle­niu wpa­trzy­ła się w pry­ska­ją­cy żar.

– Słu­chaj Jur­ku! – ozwa­ła się na­gle do po­grą­żo­ne­go w za­dą­sa­nem mil­cze­niu gó­ra­la – pa­mię­tasz tę noc, kie­dy zgi­nął Ma­xym?

Jur­ko drgnął cały jak­by nim ja­kieś przy­kre wstrzę­sło wspo­mnie­nie.

– Było to ja­koś o tym cza­sie – mruk­nął z ci­cha.

– I taka sama noc była na dwo­rze – cią­gnę­ła zwol­na gó­ral­ka da­lej.

– Praw­da, ciem­no było jak w pie­kle a wiatr lo­dem ści­nał.

– I żar tak pry­skał jak dzi­siaj na Kru­czym dzió­bie – do­da­ła Jew­do­cha z ja­kimś dziw­nym, uro­czy­stym na­ci­skiem.

Gó­ral ze­rwał się na rów­ne nogi i splu­nął w za­bo­bon­nym prze­stra­chu.

– Co mó­wisz Jew­do­cho – za­wo­łał żywo – żar pry­skał jak dzi­siaj…

I żyd ru­szył się nie­spo­koj­nie na te sło­wa, bo prze­sąd i za­bo­bon­ność na­le­ży do przy­ro­dzo­nych przy­mio­tów wszyst­kich wy­cho­wan­ków gór.

Wy­mó­wio­ne z więk­szym na­ci­skiem sło­wa Jew­do­chy prze­ję­ły wszyst­kich ja­kąś ta­jem­ną trwo­gą, i wszy­scy tro­je z wy­tę­żo­ną uwa­gą wpa­trzy­li się w ogni­sko.

– Czy my­śli­cie że co złe­go bę­dzie – wy­bąk­nął żyd wi­docz­nie zmie­nio­nym gło­sem i ten chy­try i pod­stęp­ny wy­raz jego twa­rzy za­tarł się na chwi­lę, pod wpły­wem ja­kie­goś nie­świa­do­me­go nie­po­ko­ju.

Jew­do­cha głę­biej jesz­cze na oczy za­su­nę­ła swe gę­ste, krza­cza­ste brwi i je­den gru­by ko­ści­sty pa­lec wy­cią­gnę­ła do góry.

– Dwa­dzie­ścia lat już temu – ce­dzi­ła zwol­na przez zęby – ale pa­mię­tam wszyst­ko jak dzi­siaj. Taka sama była noc… i ot słu­chaj­cie! za­wo­ła­ła i pod­nio­sła się w pół.

Na szczy­cie Kru­cze­go dzió­bu tuż nad gło­wa­mi roz­ma­wia­ją­cych ozwał się prze­raź­li­wy trzy­krot­ny krzyk pusz­czy­ka.

– Tak samo wrzesz­czał ten ptak dy­abel­ski – do­koń­czy­ła uro­czy­ście Jew­do­cha i za­ci­ska­jąc zęby usia­dła na­po­wrót.

Gó­ral po­bladł jak chu­s­ta a cien­kie sine war­gi żyda za­drga­ły kur­czo­wo.

– Chy­ba nie cze­kaj­my! – wy­szep­nął drżą­cym gło­sem.

Jur­ko obo­ma rę­ka­mi sparł się na strzel­bę i za­du­mał głę­bo­ko. Na­gle pod­niósł gło­wę, od­su­nął w tył ka­pe­lusz, splu­nął nie­chęt­nie i rzu­cił się na daw­ne sie­dze­nie.

– A! prze­klę­ta cza­row­ni­co! – wy­krzyk­nął – stra­szysz nas tyl­ko. Wów­czas zdra­dził Łysy Pań­ko a dziś żad­ne­go ta­kie­go nie ma mię­dzy nami. A zresz­tą niech pio­run trza­śnie raz tyl­ko czło­wiek musi umie­rać, a jesz­cze nie­je­den re­wi­zor za­drze nogi, nim do­sta­nie w swe ręce war­ga­te­go Jur­ka.

– No ale jak jesz­cze moż­na uciec bez nie­szczę­ścia? słu­chaj Jur­ko na co mamy cze­kać? wy­kła­dał żyd któ­re­go nie­daw­ną zim­ną krew fe­brycz­ny za­stą­pił nie­po­kój.

Jur­ko wstrząsł gło­wą.

– Da­waj wód­ki i siedź ci­cho po­gań­ski synu – za­grzmiał su­ro­wo.Żyd wzru­szył ra­mio­na­mi i coś nie­zro­zu­mia­le mruk­nął przez zęby. Do­był zno­wu flasz­kę z za­na­drza i łyk­nąw­szy na­przód sam, po­dał ją mil­cząc dzi­kie­mu to­wa­rzy­szo­wi.

Jur­ko wy­ce­dził do ostat­niej kro­pli po­zo­sta­łą resz­tę i rzu­cił flasz­kę na bok.

– Niech się dzie­je co chce – mruk­nął wstrzą­sa­jąc się cały – za­cze­ka­my do pierw­sze­go brza­sku.Żyd przy­kucz­nął na po­wrót przy ogniu i za­ru­szał war­ga­mi jak­by ja­kąś ci­chą od­pra­wiał mo­dli­twę.

Jew­do­cha cią­gle nie­ru­cho­ma pa­trzy­ła się w do­go­ry­wa­ją­cy żar.

– Bied­ny Ma­xym! – szep­nę­ła na­gle z wes­tchnie­niem – prze­padł tak mar­nie!

Jur­ko po­nu­ro po­ki­wał gło­wą.

– Nie było i nie bę­dzie już ta­kie­go dru­gie­go' wy­krzyk­nął – Z nim ra­zem czło­wiek nie bał się dzie­się­ciu re­wi­zo­rów a prze­cho­dził przez gra­ni­cę jak przez próg wła­snej cha­ty.Żyd snać skoń­czył swe pa­cie­rze, bo dwa pal­ce przy­ło­żył do ust i do czo­ła.

– Ny, może on jesz­cze żyje – ozwał się – prze­cież nie zna­leź­li jego tru­pa, choć się tyle na­szu­ka­li.

– Żyje! – po­wtó­rzy­ła gó­ral­ka z głu­chym na­ci­skiem. – Sa­mam wi­dzia­ła, jak czte­rech re­wi­zo­rów 'na­raz do nie­go dało ognia: sły­sza­łam jak jęk­nął okrop­nie, i w mo­ich oczach po­to­czył się w Soł­ty­si wą­woz.

– Ny i gdzie się po­dział, kie­dy go tam nie było? – po­de­rwał żyd zu­peł­nie nie­prze­ko­na­ny. Gó­ral­ka za­śmia­ła się pół­gęb­kiem.

– Szu­ka­li go do­pie­ro z rana a wil­ków dość w na­szych la­sach.

– Ny wie­cie co, ja wam coś po­wiem – ozwał się żyd na nowo. – Mnie się ten wasz Ma­xym za­wsze nie po­do­bał! Tak mó­wiąc mię­dzy nami, on był bar­dzo głu­pi. Uciekł z woj­ska, bił się z Ma­zu­ra­mi, na­sa­dzał się na pana, a ani raz nie chciał wdać się ze mną w in­te­res i prze­pro­wa­dzać moje ko­nie.

– Kra­dzio­ne ko­nie – po­pra­wi­ła gó­ral­ka.

– Ny co jemu do tego, niech so­bie będą i kra­dzio­ne – cią­gnął żyd nie­zra­żo­ny da­lej – ja so­bie han­dlu­ję z ku­la­wym Szmu­lem, on mi swo­je ko­nie prze­sy­ła z Wę­gier, ja jemu moje prze­sy­łam ztąd, on moje sprze­da­je tam, ja jego sprze­da­ję tu. Co jemu było w to wcho­dzić, kie­dy on so­bie szwer­co­wał ba­kun pie­cho­tą, co jemu szko­dzi­ło je­chać so­bie na ko­niu? Ale głu­pi goj, co jemu przy­szło z ba­ku­nu, kil­ka pro­stych graj­ca­rów a ja i Szmul pła­ci­my od każ­de­go ko­nia po trzy so­ro­kow­ce z wa­szą Mat­ką Bo­ską, to czy­sty in­te­res, f ein!

Jur­ko pra­wie w na­pół nie­przy­tom­nem za­my­śle­niu przy­słu­chi­wał się ży­do­wi, na­gle po­rwał się gwał­tow­nie i ude­rzył pię­ścią po strzel­bie.

– Milcz psia wia­ro – huk­nął groź­nie – bo mnie sa­me­go mało dy­abli nie bio­rą, żem się dał na­mó­wić do tego. Daw­niej czło­wiek choć re­wi­zo­ra za­bił albo po­strze­lił, to tam nie wiel­ki grzech był. Ku­po­wa­łem ba­kun za go­to­we pie­nią­dze, – on mi chciał ode­brać, to on zło­dziej i na­past­nik a nie ja. Czło­wiek musi się bro­nić, ale przez cie­bie po­gań­ski synu i przez tego ło­tra cy­ga­na Jań­czę to już i ja zo­sta­łem zło­dzie­jem. Niech cię pio­run trza­śnie z two­ją spół­ką.

– Ny już ja wi­dzę że do cie­bie przy­stę­pu­je. Słu­chaj Jur­ku, nie sie­dzia­łeś w Sam­bo­rze pięć ro­ków za za­bi­te­go re­wi­zo­ra, a po­tem nie za­bi­łeś jesz­cze jed­ne­go, dru­gie­go re­wi­zo­ra nie po­wie­si­łeś z Jań­czą za nogi, że go krew za­la­ła, nie wsa­dzi­łeś trze­cie­mu obie ręce w roz­kłu­te kli­nem drze­wo, a ja­keś wy­jął klin, ny, to on bied­ny z po­ła­ma­ne­mi rę­ka­mi mu­siał stać tak pół­to­ra dnia, aż go zna­lazł i uwol­nił le­śny. Czy ty my­ślisz że tego nie wie­dzą w Sam­bo­rze, fi, fi, fi?! Ny ja ci po­wia­dam czy ty przy­pro­wa­dzisz moją ko­by­łę lub nie, to taki bę­dziesz wi­siał jak cię zła­pią! Głu­pi goj!

1 na za­koń­cze­nie wzru­szył ra­mio­na­mi i splu­nął z in­dy­gna­cyą.

Gó­ral słu­chał w mil­cze­niu dłu­giej li­ta­nii po­peł­nio­nych zbrod­ni, po­tem mach­nął ręką za­śmiał się ru­basz­nie, i nie od­po­wia­da­jąc ani sło­wa, za­czął po­mię­ty i po­dar­ty w ręku liść ba­ku­nu spy­chać do ma­łej gli­nia­nej faj­ki.

Kon­tent snać z efek­tu swej re­pli­ki zwró­cił się żyd do mil­czą­cej cią­gle gó­ral­ki:

– Ny Jew­do­cho nie do­brze ja mó­wię, po­wiedz­cie sami.

Sta­ra gó­ral­ka po­nu­ro wstrzę­sła gło­wą.

– Ma­xym bro­nił się na­pad­nię­ty jak dzi­ki zwierz – mruk­nę­ła pół gło­sem jak­by sama do sie­bie – ale nie za­bi­jał nig­dy poj­ma­ne­go re­wi­zo­ra. Naj­wię­cej że go ro­ze­bra­ne­go do naga przy­wią­zał pod drze­wem…

Gó­ral wy­buchł ru­basz­nym śmie­chem.

– Gdzie przy­dy­bał naj­więk­sze mro­wi­sko – uzu­peł­niał opo­wia­da­nie – bied­ne­go re­wi­zo­ra ob­la­zły mrów­ki od pię­ty do czu­pry­ny i ską­sa­ły na mia­zgę, że na­za­jutrz był szel­ma czar­ny jak smo­ła.

Na wierz­choł­ku ska­ły zno­wu prze­raź­li­wie za­wrzesz­czał pusz­czyk.

Gó­ral wstrząsł się cały.

– A bog­daj­byś pękł! – wrza­snął gniew­nie i z strzel­bą w ręku wy­biegł z pod za­ło­mu.

W tej chwi­li z dzi­kim po­świ­stem wia­tru zmie­szał się ja­kiś inny świst da­le­ki.

– Jań­cza idzie! – krzyk­nął żyd i po­rwał się na rów­ne nogi.

Sta­ra gó­ral­ka nie ru­szy­ła się z miej­sca, su­cha ga­łę­zią po­pra­wi­ła żar i w za­du­mie gło­wę wspar­ła na ra­mie­niu. Żyd wy­biegł z pod za­ło­mu i obok Jur­ka sta­nął­na szczy­cie ska­ły.

Da­le­ki świst po­wtó­rzył się jesz­cze do­no­śniej niż pierw­szą razą.

– Idą! – po­wtó­rzy­li Oba­dwaj spól­ni­cy jed­no­cze­śnie.

Jur­ko wło­żył w gębę dwa za­gię­te pal­ce i dmuch­nął z całą siłą swej sze­ro­kiej wy­pu­kłej pier­si.

Roz­gło­śny świst trzy­krot­nem prze­cią­głem zła­ma­ny chem roz­legł się na ćwierć mili w od­da­li.

– Wróć­my – mruk­nął żyd trzę­sąc się cały od zim­ne­go po­wie­wu wia­tru.

Gó­ral zwró­cił się na­gle w inną stro­nę i by­stry wzrok wy­tę­żył w dal.

W tym sa­mym kie­run­ku obej­rzał się i łyd i za­drżał cały. Gó­ral po­chwy­cił go za ra­mię i za­trząsł nim gwał­tow­nie.

– Ży­dzie! wi­dzisz? Świe­ci się na Wil­czej szczę­ce! – za­wo­łał.

– Ny wi­dzę, wi­dzę – u tego cza­row­ni­ka – wy­bąk­nął.

Gó­ral po­nu­ro ścią­gnął brwi i za­gryzł war­gi.

– Czar­ny Ma­twij nie śpi! – mruk­nął, i z wy­tę­żo­ną uwa­gą wpa­trzył się w szczyt ja­kiejś da­le­kiej góry, gdzie małe jak drob­na iskier­ka mi­go­ta­ło świa­teł­ko.

– Ny, niech so­bie nie śpi, wróć­my do ognia – po­szep­nął żyd i wy­ry­wa­jąc ra­mię z ręki to­wa­rzy­sza skrę­cił pod za­łom ska­ły.

Jur­ko po­wol­nym kro­kiem po­stę­po­wał z nim.

– Ten czar­ny Ma­twij – czar­ny Ma­twij! – mru­czał z ci­cha – on coś ma nas na oku.

Na wy­mó­wio­ne imię Czar­ne­go Ma­twi­ja gó­ral­ka żywo pod­nio­sła gło­wę.

– Czar­ny Ma­twij – po­wtó­rzy­ła z szcze­gól­nym na­ci­skiem – Słu­chaj Jur­ku wo­lisz sam je­den za­cze­pić z sto­ma re­wi­zo­ra­mi niż za­drzeć z czar­nym Ma­twi­jem.

Gó­ral sil­niej jesz­cze ścią­gnął brwi i coś nie­zro­zu­mia­le mruk­nął przez zęby.

– Ny, po coby miał z nim za­dzie­rać, kie­dy on się z dy­abłem po­wą­chał – ode­zwał się żyd i splu­nął za sie­bie – ten czar­ny Ma­twij to bar­dzo nie­bez­piecz­ny czło­wiek ja go się bar­dzo boję. Na jego roz­kaz ja już od­da­łem parę koni, choć nie ukra­dłem ich, że­bym tak zdrów był.

War­ga­ty Jur­ko nic nie mó­wił, usiadł na daw­nem miej­scu i po­cią­gał dym z ma­łej swej fa­jecz­ki. Wi­docz­nie jed­nak ja­kieś po­nu­re my­śli za­prząt­nę­ły mu gło­wę, bo cza­sa­mi ręką mu­snął po po­marsz­czo­nem czo­le i od chwi­li do chwi­li ja­kieś nie­zro­zu­mia­łe sło­wo wy­ce­dził przez zęby.

Gó­ral­ka sie­dzia­ła tak­że za­my­ślo­na cza­sa­mi tyl­ko po­pra­wi­ła ogień i z ja­kiemś dziw­nem zna­cze­niem po­ki­wa­ła gło­wą.Żyd przy­siadł przy ogniu ale krę­cił się nie­spo­koj­nie na wszyst­kie stro­ny, wi­docz­nie z wiel­ką nie­cier­pli­wo­ścią ocze­ki­wał spo­dzie­wa­nych go­ści.

Po kil­ku chwi­lach nowy ozwał się świst, ale już tuż w sa­mem po­bli­żu Kru­cze­go dzió­bu.

Jol­ko po­rwał się z miej­sca: pod­su­nął pod sam kra­wędź za­ło­mu ska­ły.

– Ny, cie­ka­wym bar­dzo, czy przy­pro­wa­dzi­li jaką szka­pę – mruk­nął jak­by sam do sie­bie.

W tej chwi­li za­czę­ły z wia­trem ja­kieś ury­wa­ne do­la­ty­wać sło­wa, a nie­ba­wem pręd­kie i licz­ne ozwa­ły się gło­sy.

– Oho! szep­nę­ła gó­ral­ka, któ­ra snać do­tąd w cią­głem trwa­ła po­wąt­pie­wa­niu.

Za krót­ką chwi­lę da­le­ko trud­niej i gnu­śniej zro­bi­ło się w kry­jów­ce Kru­cze­go dzio­bu. Czte­rech znu­żo­nych i zdy­szo­nych lu­dzi uka­za­ło się pod za­ło­mem ska­ły.

Pierw­szy wsu­nął się wy­so­ki sil­nie zbu­do­wa­ny cy­gan w wę­gier­skim ob­dar­tym do­łma­nie prze­wie­szo­nym przez ple­cy i z ogrom­ną sę­ka­tą pał­ką w ręku. Za nim po­stę­po­wa­ło dwóch krę­pych gó­ra­li, spo­re­mi i peł­ne­mi ob­ła­do­wa­nych tor­ba­mi, w za­ty­le za nie­mi kry­ła się ja­kaś czwar­ta nie do­brze oświe­tlo­na po­stać.

– Jak się ma­cie, na­cze­ka­li­ście się – krzyk­nął z wę­gier­ska ru­skim ak­cen­tem cy­gan i rzu­cił się jak dłu­gi przed ogni­skiem.

I dziw­nie pięk­ną, dzi­ką i fan­ta­stycz­ną przed­sta­wia się jego po­stać w tym bla­dym od­bla­sku żaru. Czar­ny kru­czy włos o buj­nych kę­dzio­rach spa­da mu aż na ra­mio­na. W oży­wio­nej znu­że­niem, śnia­dej, re­gu­lar­nej, gę­stym za­ro­stem okry­tej twa­rzy prze­bi­ja się dzi­ka i zu­chwa­ła ener­gia po­mie­sza­na z ja­kimś moc­nym wy­ra­zem nie­okieł­za­nej swo­bo­dy i nie­dba­ło­ści, któ­ry szcze­gól­niej w ży­wem, iskrzą­cem zwier­cie­dli się oku.

Cha­rak­te­ry­stycz­ne te ce­chy fi­zy­ono­mii pod­no­si znacz­nie fan­ta­stycz­nosć stro­ju, ten ob­szar­pa­ny do­łman wę­gier­ski za­wie­szo­ny po roz­strzę­pio­nej ko­szu­li z sze­ro – kie­mi rę­ka­wa­mi, te sze­ro­kie płót­nia­ne pan­ta­lo­ny uję­te u spodu w zgrab­ne ciż­my wę­gier­skie, ta wresz­cie mała dziw­nie od kru­czych kę­dzio­rów od­bi­ja­ją­ca cza­pecz­ka czer­wo­na z odar­tym dasz­kiem na przo­dzie.

Nie tyle in­te­re­su­ją­cy są jego dwaj ob­ła­do­wa­ni to­wa­rzy­sze w stro­jach gó­ral­skich, zwy­czaj­ne twa­rze miesz­kań­ców gór z tym trud­nym do okre­śle­nia a tak wła­ści­wym wszyst­kim wy­ra­zem ule­głej po­ko­ry obok dzi­kiej zu­chwa­ło­ści, spo­koj­nej do­bro­dusz­no­ści, obok pod­stęp­nej chy­tro­ści.

Czwar­ta w gro­nie no­wych przy­by­szy po­stać przy­sta­nę­ła nie­ru­cho­mo i nie­śmia­ło w cie­niu wy­gię­tej kra­wę­dzi za­ło­mu, i trud­no było roz­po­znać jej szcze­gól­ne rysy.

Cy­gan rzu­cił pał­kę swą na bok i na­tar­czy­wie zwró­cił się do żyda.

– Jest wód­ka?… za­py­tał gło­sem, któ­re­go dźwięcz­na do­sad­ność har­mo­nio­wa­ła zu­peł­nie z siłą i wy­dat­no­ścią bu­do­wy.

– A ko­nie są? za­py­tał żyd skwa­pli­wie.

– Czte­ry szka­py, dran­dy­gi co się zo­wie, Wa­syl zo­stał z nie­mi w Soł­ty­sim wą­wo­zie.

Jol­ko ura­do­wa­ny cmok­nął ję­zy­kiem i z try­um­fem spoj­rzał na Jur­ka; a po­tem szyb­ko się­gnął w za­na­drze i wy­do­był z pod ka­fta­na nową peł­ną zie­lon­ko­wa­ta fla­szę.

Cy­gan chci­wie przy­tknął ją do ust i ły­kał raź­nie jak­by czy­stą źró­dla­ną wodę.

– A wy ma­cie co?… za­gad­nął na­gle Jur­ko obu­dwu gó­ra­li i wzrok jego po raz pierw­szy utknął w ukry­tej za nimi nie­zna­jo­mej po­sta­ci.

– Dzie­sięć pa­czek sa­me­go pro­sta­ka – od­po­wie­dział je­den z gó­ra­li, ude­rza­jąc po tor­bie wy­ła­do­wa­nej.

Jur­ko by­stro i nie­spo­koj­nie wpa­trzy! się w czwar­tą po­stać nowo przy­by­łą i na pół pod­niósł się z miej­sca. Za jego przy­kła­dem po­szła i sta­ra, do­tąd cią­gle mil­czą­ca i nie­ru­cho­ma gó­ral­ka i krza­cza­ste jej brwi zsu­nę­ły się głę­biej na oczy a po­marsz­czo­ne war­gi za­ci­snę­ły się sil­nie.

– A cóż to za je­go­mość? – ozwał się Jur­ko i wy­cią­gnął rękę ku nie­mu.

Jan­cza odło­żył flasz­kę od ust i ob­ró­cił się nie­dba­le.

– A to nasz stu­dent – od­po­wie­dział spo­koj­nie. – No pójdź tu ba­ra­ton.

Ukry­ta w cie­niu po­stać wy­su­nę­ła się na­przód a cała jej po­wierz­chow­ność dziw­nie od­bi­ła od tej szcze­gól­nej dru­ży­ny.

Był to mło­dy czło­wiek z czar­nym sta­ran­nie uło­żo­nym wą­si­kiem w stro­ju wę­gier­skie­go ju­ra­ta z spo­rem za­wi­niąt­kiem na ple­cach. Czar­ny okrą­gły ka­pe­lusz z pió­rem u boku ocie­niał mu twarz pięk­ną i re­gu­ral­ną, opię­ta czar­na cza­mar­ka wę­gier­ska osła­nia­ła fi­gu­rę smu­kłą i wy­dat­ną.

Wy­su­nął się z cie­nia nie­śmia­ło, pra­wie trwoż­li­wie, i nie­spo­koj­nem okiem rzu­cił na cy­ga­na.

Jan­cza łyk­nął nowy spo­ry haust z fla­szy i po­da­jąc ją wy­próż­nio­ną do po­ło­wy naj­bliż­sze­mu są­sia­do­wi nie­dba­le mach­nął ręką.

– Pójdź­że tu ba­ra­ton.… – za­wo­łał we­so­ło. – Łep­skie so­bie stu­den­ci­sko – cią­gnął zwra­ca­jąc się do Jur­ka – chciał ko­niecz­nie prze­kraść się przez gra­ni­cę, dał mi zło­te­go du­ka­ta, żeby go prze­pro­wa­dzić przez gra­ni­cę. Mu­siał so­bie tak­że nie­bo­rak czemś po­pa­rzeć pal­ce. Nic nam nie zro­bi I sten uczuk.

Jur­ko zpo­deł­ba spoj­rzał na cy­ga­na a po­tem by­stro i prze­ni­kli­wie wpa­trzył się w po­mie­sza­ne­go i wi­docz­nie prze­lęk­nio­ne­go mło­dzień­ca.

Jew­do­cha sil­niej przy­gry­zła war­gi i z dziw­nem zna­cze­niem po­ki­wa­ła gło­wą.

Snać za­uwa­żał to Jur­ko, bo ja­koś dziw­nie łyp­nął oczy­ma i z wi­docz­ną nie­uf­no­ścią zmie­rzył ob­ce­go przy­by­sza od stóp do gło­wy.

– To wy Wę­gier pa­nie? – ozwał się prze­cią­głym śled­czym to­nem.

– Wę­gier – od­po­wie­dział mło­dzie­niec dźwięcz­nym gło­sem ale czy­stym ak­cen­tem pol­skim i jesz­cze o krok po­stą­pił bli­żej.

Szla­chet­na po­sta­wa i wy­bor­ny ubiór nie­zna­jo­me­go tak wiel­kie na py­ta­ją­cym spra­wi­ły wra­że­nie, ie mi­mo­wol­nie się­gnął za ka­pe­lusz i skło­nił się z usza­no­wa­niem.

Sta­ra gó­ral­ka zno­wu po swo­je­mu po­ki­wa­ła gło­wą.

– Wę­gier a mówi i ro­zu­mie po na­sze­mu –

szep­nę­ła tak gło­śno, że ją zro­zu­miał war­ga­ty Jur­ko i pręd­ko na­po­wrót na­krył gło­wę.

– A skąd­że wam przy­szło na­sze­mi ba­ku­niar­skie­mi ma­now­ca­mi prze­cho­dzić przez gra­ni­cę? – za­py­tał zno­wu daw­nym in­kwi­zy­tor­skim to­nem.

Nie­zna­jo­my wi­docz­nie zmie­szał się na to za­gad­nie­nie.

– Mia­łem przy­czy­nę – wy­ce­dził z nie­ja­kiem wa­ha­niem.

Snać jed­nak spo­strzegł dziw­ne spoj­rze­nie, ja­kie na tę od­po­wiedź wy­mie­nił py­ta­ją­cy z sta­rą nie­ru­cho­mą jak głaz gó­ral­ką, bo do­dał pręd­ko:

– Mu­sia­łem umknąć z kra­ju, nie mia­łem in­nej dro­gi.

– Lu­dzie ucie­ka­ją od nas do Wę­gier, ale z Wę­gier do nas nig­dy – szep­nę­ła zno­wu sta­ra gó­ral­ka, a szept jej choć ci­chy i zu­peł­nie nie­zro­zu­mia­ły dla nie­zna­jo­me­go do­le­ciał uszu Jur­ka.

– A có­że­ście to zbro­ili, pa­ni­czu? – py­tał da­lej prze­myt­nik, a w gło­sie jego co­raz wy­raź­niej­sza prze­bi­ja­ła się su­ro­wość.

Nie­zna­jo­my zmie­szał i za­kło­po­tał się wię­cej niż pierw­szym ra­zem.

– Uni­kam przed bran­ką – od­po­wie­dział do­pie­ro po chwi­li na­my­słu.

– Umhu – wy­bąk­nął prze­myt­nik i z pod oka spoj­rzał na Jew­do­chę.

Sta­ra gó­ral­ka po­chwy­ci­ła le­żą­cą w po­bli­żu su­chą ga­łąź i po­pra­wi­ła żar.

– Pry­ska! – mruk­nę­ła krót­ko i w słup ob­ró­ci­ła oczy.

Dol­na wy­wró­co­na war­ga Jur­ka za­drga­ła z lek­ka, a ręka sil­niej wspar­ła się o po­wią­za­ną sznur­ka­mi strzel­bę.

W dzi­kim umy­śle sta­re­go prze­myt­ni­ka wi­docz­nie ja­kieś gwał­tow­ne ro­dzi­ło się po­dej­rze­nie. Spoj­rzał oko­ło sie­bie jak­by chciał za­cią­gnąć rady swych to­wa­rzy­szy, ale ci nie zda­wa­li się wca­le zwa­żać na roz­mo­wę.Żyd z cy­ga­nem na ustro­niu ja­kieś ci­che i ta­jem­ne od­by­wał tar­gi i ra­chu­by, obaj świe­żo przy­by­li prze­myt­ni­cy, czy­li jak się sami na­zy­wa­li, ba­ku­nia­rze za­kra­pia­li się obo­jęt­nie po­zo­sta­łą w flasz­cze resz­tą wód­ki i prze­li­cza­li pacz­ki prze­my­co­ne­go ba­ku­nu w swych tor­bach.

War­ga­ty Jur­ko gniew­nie za­ci­snął zęby i ja­do­wi­tym wzro­kiem rzu­cił na cy­ga­na:

– A cóż skoń­czy­cie raz po­gań­skie syny – za­grzmiał su­ro­wym gło­sem, i strzel­bą stuk­nął o zie­mię – czy w dzień mamy prze­pro­wa­dzać ko­nie.Żyd po­sko­czył prze­stra­szo­ny, cy­gan Jan­cza wy­cią­gnął się le­ni­wo i ziew­nął gło­śno.

Jur­ko wy­su­nął się zpod za­ło­mu ska­ły i ręką roz­ka­zu­ją­co ski­nął na żyda i cy­ga­na.

– Pójdź­cież psia" wia­ry – huk­nął groź­nie, i uko­śne na nie­zna­jo­me­go rzu­ciw­szy spoj­rze­nie wy­szedł na Kru­czy dziób.

Za nim le­ni­wo wy­wlókł się cy­gan z ży­dem. Nie­zna­jo­my z Jew­do­chą i obo­ma gó­ra­la­mi po­zo­stał pod za­ło­mem ska­ły.

Jur­ko za­trzy­mał się na szczy­cie i by­strem okiem po­wiódł ku stro­nie, gdzie nie­daw­no drob­ne spo­strze­gał świa­teł­ko.

– Nie świe­ci się – szep­nął sam do sie­bie jak­by uspo­ko­jo­ny.

W tej chwi­li cy­gan z ży­dem uka­za­li się na grzbie­cie. Jur­ko po­sko­czył szyb­ko ku cy­ga­no­wi i sil­ną pię­ścią po­chwy­cił go za bar­ki.

– Słu­chaj ty psie cy­gań­ski – wrza­snął przy­tłu­mio­nym i drżą­cym z gnie­wu gło­sem, trzę­sąc sil­nie swym spól­ni­kiem – zką­deś spro­wa­dził tego za­wło­kę?

Nie­przy­go­to­wa­ny na ten na­pad nie­spo­dzie­wa­ny cy­gan w pierw­szej chwi­li za­ci­snął pię­ści i zgrzyt­nął zę­ba­mi, ale ry­chło się opa­mię­tu­jąc wzru­szył ra­mio­na, i od­po­wie­dział z wła­ści­wą so­bie bez­myśl­ną nie­dba­ło­ścią:

– Przy­dy­ba­łem go w gó­rach po tam­tej stro­nie, bie­da­czy­sko chciał ko­niecz­nie prze­kraść się przez gra­ni­cę.

– I ty psie po­ka­za­łeś mu na­sze ma­now­ce i za­pro­wa­dzi­łeś do na­szej kry­jów­ki – za­wo­łał nie­ochłó­dły w gnie­wie za­czep­nik.

Cy­gan spo­koj­nie mach­nął ręką.

– On nie zdra­dzi, to ja­kieś dur­ne pa­ni­sko! My­ślisz że od razu za­pa­mię­tał wszyst­kie ma­now­ce i ścież­ki?! oj to to!

– Cze­goś go tu pro­wa­dził dra­bie – huk­nął da­lej Jur­ko.

– Dał du­ka­ta w zlo­cie, spra­wie­dli­we­go du­ka­ta isten uczuk – od­po­wie­dział cy­gan nie­za­chwia­ny w swej spo­koj­nej fleg­mie.

– Dał du­ka­ta – po­wtó­rzył mi­mo­wol­nie żyd, któ­ry mil­cząc stał do­tąd na ubo­czu i wi­docz­nie gor­szył się gwał­tow­no­ścią swe­go spól­ni­ka. – Ny, to on musi mieć dużo tych du­ka­tów.

Mnie dał tyl­ko jed­ne­go – świad­czył się cy­gan uro­czy­ście.

– A kto on jest? – py­tał da­lej Jur­ko.

– Albo ja wiem, po­wia­da że stu­dent.

– Wę­gier?

– A już­ci Wę­gier.

– I umie i ro­zu­mie po na­sze­mu?

– Le­piej od nas – po­twier­dził cy­gan z na­iw­ną obo­jęt­no­ścią.Żyd cze­goś się za­my­ślił głę­bo­ko i spodnią wąz­ką war­gę wy­dął na­przód.

– Stu­dent… ma zło­te du­ka­ty… ny… wie­cie co, ja wam coś po­wiem – ozwał się gło­śniej – może to i stu­dent…

– Re­wi­zor prze­bra­ny! – ozwał się z boku głos su­chy i su­ro­wy, a w cie­niu nocy uka­za­ła się sta­ra Jew­do­cha, któ­ra nie­znacz­nie wy­mknę­ła się od ognia.

Sło­wa te wy­war­ły ma­gne­tycz­ny wpływ na wszyst­kich. War­ga­ty Jur­ko wstrząsł się od stóp do gło­wy i za­dzwo­nił zę­ba­mi jak wilk zgłod­nia­ły.

Cy­gan szarp­nął się gwał­tow­nie i wy­ry­wa­jąc się z rąk spól­ni­ka sta­nął w groź­nej po­sta­wie. Twarz jego przy­bra­ła sro­gi wy­raz, oczy za­iskrzy­ły się zło­wro­go. A i żyd drgnął cały i ręką cze­goś pręd­ko się­gnął w za­na­drze.

– Re­wi­zor prze­bra­ny – po­wtó­rzył Jur­ko le­d­wie zro­zu­mia­łym gło­sem, i obo­ma rę­ka­mi strzel­bę wzniósł w górę.

– Nie wy­pu­ści­my go ży­we­go – krzyk­nął cy­gan ja­kiś szcze­gól­ny giest zro­bił w po­wie­trzu.

– Za­bić jak psa – szep­nę­ła Jew­do­cha.

– Ma du­ka­ty – szep­nął żyd – po­dzie­li­my się – do­dał i ze zna­cze­niem kiw­nął gło­wą.

War­ga­ty Jur­ko ści­snął strzel­bę i po­stą­pił o krok na­przód. Na­gle przy­sta­nął na miej­scu.

– A jak to nie re­wi­zor? – szep­nął co­kol­wiek za­chwia­ny.

Jew­do­cha szy­der­czym wy­bu­chła śmie­chem i nic nie po­wie­dzia­ła.Żyd skwa­pli­wie po­stą­pił na­przód.

– Wie­cie co, ja wam coś po­wiem – po­de­rwał zwin­nym ję­zy­kiem – ja do nie­go za­ga­dam po nie­miec­ku, jak on od­po­wie, to pew­nie re­wi­zor. Wy jego bę­dzie­cie za­bić, a my się po­tem po­dzie­li­my du­ka­ta­mi.

Śro­dek ten przy­padł od razu do prze­ko­na­nia Jur­ka; Jew­do­cha tyl­ko zno­wu za­śmia­ła się szy­der­czo.

– Do­brze – za­wo­łał Jur­ko – Idź na­przód, a jak tyl­ko od­po­wie po nie­miec­ku, to ja za­raz pro­sto w łeb – do­dał i przy­ło­żył się do strzel­by.

Jol­ko nie za­do­wo­lo­ny po­chwy­cił go za rękę.

– Ny, po co za­raz ro­bić ha­łas i har­mi­der – ozwał się prze­ko­ny­wa­ją­cym to­nem – na co tu strze­lać na ta­kie­go chap­cyź­ni­ka, skro­bi­faj­kę, ja wam le­piej po­ra­dzę.

Tu zno­wu się­gnął w za­na­drze i do­był dłu­gi szpi­cza­sty nóż.

– Ja będę z nim mó­wił z przo­du, a ty Jur­ku jego w kark z tyłu. A z du­ka­ta­mi to się po­dzie­li­my bez ni­czy­jej krzyw­dy.

I ta rada żyda po­do­ba­ła się Jur­ko­wi, po­chwy­cił za nóż i za­ci­ska­jąc zęby w mil­cze­niu po­stę­po­wał za ży­dem, któ­ry ostat­niem spoj­rze­niem po­ro­zu­miaw­szy się z spól­ni­kiem szedł na­przód pod za­ło­mem ska­ły. Nie­zna­jo­my sie­dział cią­gle na jed­nem miej­scu, jed­nak wi­docz­ny ja­kiś ogar­nął go nie­po­kój, bo co chwi­la się obzie­rał i czę­sto gwał­tow­nie po­cie­rał czo­ło. Pięk­ną re­gu­lar­ną jego twarz okry­ła tru­pia bla­dość a i gór­na war­ga za­drga­ła cza­sa­mi kon­wul­syj­nie.

– Czy dłu­go tu bę­dzie­my cze­kać? – za­gad­nął jed­ne­go z ba­ku­nia­rzy i pra­wą rękę moc­no do cze­goś przy­ci­skał w za­na­drzu swej opię­tej cza­mar­ki,

– Aż za­wo­ła war­ga­ty Jur­ko – od­po­wie­dział gó­ral obo­jęt­nie prze­li­cza­jąc po raz już dzie­sią­ty prze­my­co­ne pacz­ki ba­ku­nu.

Nie­zna­jo­my wsparł się o za­łom ska­ły, na­gle jak­by dziw­ną ja­kąś tknię­ty my­ślą, za­czął by­stro roz­glą­dać się da­le­ko, a na twa­rzy jego szcze­gól­niej­sze wy­bi­ło się za­ję­cie.

W tej chwi­li wszedł żyd, za nim Jur­ko i cy­gan a w sa­mym tyle po­nu­ra Jew­do­cha. Mło­dzie­niec zwró­cił się żywo ku nim, ale snać tknął go nie­mi­le od pierw­sze­go wej­rze­nia wy­raz ich twa­rzy, bo zda się wię­cej jesz­cze po­bladł i rękę pod suk­nią sil­nej przy­ci­skał do pier­si.Żyd do ob­łud­ne­go przy­mu­sił się uśmie­chu i po­stę­pu­jąc na­przód ku nie­zna­jo­me­mu, za­sła­niał wiel­ki ma­ne­wer Jur­ka, któ­ry nie­znacz­nie za­cho­dził z tyłu.

– Ny wie ga­jen pu­rydz – ozwał się żyd.

– Gut! od­po­wie­dział pręd­ko nie­zna­jo­my i w tej chwi­li jęk­nął z bolu.

Pra­wie jed­no­cze­śnie z tą od­po­wie­dzią za­dał mu Jur­ko za­mie­rzo­ny cios skry­to­bój­czy.

– Giń psie re­wi­zo­rze! – wrza­snął okrop­nym gło­sem i pchnął no­żem z ca­łej siły. Ale w sza­le wście­kło­ści za­wio­dła go ręka. Nóż przedarł koł­nierz cze­mer­ki ofia­ry i ze­śli­znął się bo­kiem szyi, sze­ro­kie tyl­ko spra­wia­jąc za­dra­śnię­cie.

Nie­zna­jo­my jed­nym su­sem od­sko­czył aż pod prze­ciw­ną ścia­nę za­ło­mu a w wy­cią­gnię­tej z za­na­drza ręki ły­snął pi­sto­let.

– Ło­trze! – krzyk­ną! pio­ru­nu­ją­cym gło­sem i wy­mie­rzył wprost w łeb skry­to­bój­cy.

War­ga­ty Jur­ko sta­nął w miej­scu jak wry­ty, a nóż wy­padł mu z ręki.

Ale w tej sa­mej chwi­li opu­ścił i nie­zna­jo­my swój groź­ny pi­sto­let. Cy­gan chył­kiem pod­su­nął się z boku i swą gru­bą pał­ką z całą siłą pal­nął go po ra­mie­niu. I nim jesz­cze nie­zna­jo­my mógł opa­mię­tać się, z boku rzu­cił się na nie­go zwin­nie i zręcz­nie jak wilk dra­pież­ny i jed­nym za­ma­chem po­wa­lił go na zie­mię.

Za­sko­czo­ny znie­nac­ka i zdra­dziec­ko mło­dzie­niec nie mógł się bro­nić sku­tecz­nie. Cy­gan obo­ma ko­la­na­mi przy­siadł mu na pier­siach, a obie ręce skrę­po­wał w swych ży­la­stych pię­ściach. A za­ra­zem i żyd z dzi­ko roz­iskrzo­ne­mi oczy­ma pod­su­wał się na­przód.

Nie­zna­jo­my wy­tę­żył wszyst­kie swo­je siły, jesz­cze raz szarp­nął się gwał­tow­nie i obo­ma no­ga­mi kop­nął przed sie­bie. I tra­fił w samą pierś na­chy­la­ją­ce­go się żyda, któ­ry za­chwiał się na­gle i padł na znak gło­wą w sam śro­dek roz­dmu­cha­ne­go żaru.

Po­tem ostat­niem wy­si­le­niu po­zo­stał bez­wład­ny i nie­ru­cho­my i z dzi­ką re­zy­gna­cyą zda­wał się ocze­ki­wać nie­unik­nio­ne­go losu,

Cy­gan jesz­cze sil­niej przy­tło­czył mu pier­si i ści­snął ręce.

– Jur­ku – wrza­snął za­dy­sza­ny – masz go! Rznij te­raz psa re­wi­zo­ra jak ba­ra­na.

– Rznij, bij, za­bij – wył okrop­nie po­pie­czo­ny żyd, su­wa­jąc gło­wą i kar­kiem po zim­nych ścia­nach skal.

– Rznij – za­wtó­ro­wa­li Oba­dwaj gó­ra­le, po­ska­ku­jąc na­przód.

Jur­ko okrop­ne wy­rzu­cił prze­kleń­stwo i z dzi­kim świ­stem owi­nął no­żem w po­wie­trzu.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: