Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Czekanie na smoka - ebook

Wydawnictwo:
Seria:
Data wydania:
25 lipca 2022
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
42,00

Czekanie na smoka - ebook

Z przysypanej śniegiem gospody wysoko w Alpach czwórka nieprawdopodobnych sojuszników wyruszy przeciwko potędze Bizancjum, żeby zapewnić tron Ryszardowi księciu Gloucester i uczynić go Ryszardem III. Arystokratyczny bizantyjski najemnik. Florencka lekarka. Wiekowy walijski czarnoksiężnik Tajemniczy książę Sforza. Razem zmienią los milionów...Gdyby [John M. Ford] wziął "Czekanie na smoka" i napisał pięć kolejnych książek o tym świecie, z taką samą mocą, stałby się George'em R.R. Martinem. Neil GaimanNajlepsze połączenie historii z historyczną magią, jakie kiedykolwiek widziałem Gene Wolfe

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-67353-79-3
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WPROWADZENIE

Scott Lynch

I. Corax (Kruk)

Zaczy­namy od sztuczki: John M. (Mike) Ford roz­kłada Bizan­cja na stole i pre­zen­tuje je sze­ro­kimi gestami magika, poru­sza­jąc przy tym brwiami.

– Patrz­cie uważ­nie na moje przy­go­to­wa­nia, szla­chet­nie uro­dzeni. Bacz­nie obser­wuj­cie praw­dziwe mia­sto Kon­stan­tyna – mówi, nie prze­sta­jąc taso­wać.

Jego brwi mają dwa tryby: pół-Gan­dalf i cały Gan­dalf, a te zmie­niają się jak dźwi­gnie roz­jaz­dów, kiedy Mike roz­kłada mia­sta przed tobą (albo przede mną; przyj­mijmy jako układ odnie­sie­nia, że „ty” obej­muje wszyst­kie istoty we wszech­świe­cie, które nie były, nie są i ni­gdy nie będą Mikiem For­dem). Jego palce wydają się zama­zaną plamą, ale są akto­rami czy dystrakto­rami? Oto Bizan­cja, cuda świata, mia­sta, które nazy­wają Mia­stem.

Bizan­cjum, w któ­rym wam­piry i czar­no­księż­nicy są praw­dziwi. Bizan­cjum, w któ­rym chrze­ści­jań­stwo zostało osła­bione, a zako­rze­nił się juliań­ski plu­ra­lizm reli­gijny, w któ­rym tajem­ni­cze kulty, takie jak ten poświę­cony Mitrze, roz­prze­strze­niły się i prze­trwały. Bizan­cjum, w któ­rym islam ni­gdy się nie roz­wi­nął i nie napie­rał od połu­dnia. Bizan­cjum, w któ­rym Fran­cja ni­gdy nie stała się Fran­cją, w któ­rym Galo­wie zostali podzie­leni mię­dzy cesar­stwo na wscho­dzie i Anglię na zacho­dzie. Bizan­cjum, w któ­rym Rzym upadł, ale cesar­stwo rzą­dziło przez co naj­mniej tysiąc kolej­nych lat.

Pięć Bizan­cjów mini­mum, z obiet­nicą następ­nych. Potem Mike robi coś pal­cami albo może brwiami i na stole zostaje tylko jedno.

– O, cho­lera! – mówisz. – Nie­zła sztuczka. To samo miej­sce. Wszyst­kie mia­sta zło­żone w jedno.

– Mia­sta? – powta­rza Mike.

Opusz­czasz wzrok. Bizan­cjum znik­nęło. W jego miej­scu jest teraz kilka aka­pi­tów na papie­rze maszy­no­wym, parę naba­zgra­nych nota­tek, tro­chę cien­kich lini­jek tek­stu roz­rzu­co­nych po pory­so­wa­nym bla­cie stołu.

– O to cho­dziło? – szep­czesz. – Wycza­ro­wać Mia­sto, tyle miast, z takiego lichego mate­riału. Nie­sa­mo­wita sztuczka.

– Tak? – Brwi opusz­czają się jak mar­kizy. Mike wyciąga rękę, deli­kat­nie stuka pal­cem w bok two­jej głowy i odwraca się z uśmie­chem. – Ale masz wyobraź­nię, dzie­ciaku.

II. Nym­phus (Oblu­bie­niec)

Jeśli ist­nieje taka rzecz jak „album powie­ści fan­ta­stycz­nych lat osiem­dzie­sią­tych w stylu Velvet Under­gro­und”, to trzy­masz ją w ręce. _Cze­ka­nie na smoka_, wydane pierw­szy raz w tysiąc dzie­więć­set osiem­dzie­sią­tym trze­cim roku, od razu stało się przed­mio­tem kultu, wzbu­dziło fascy­na­cję, zdu­mie­nie i nabożny lęk. Mam nadzieję, że przy­naj­mniej jedno z tych uczuć was ogar­nie, kiedy będzie­cie je czy­tać. Prawdę mówiąc, mam nadzieję, że one wszyst­kie wami zawładną, tak jak tyloma z nas, któ­rzy już weszli­śmy do tej jaskini, poczu­li­śmy krąg ognia, nauczy­li­śmy się paru taj­nych uści­sków dłoni. Nie zro­zum­cie mnie źle; nie zamie­rzam twier­dzić, że poko­cha­cie tę książkę. Żadne z dotych­czas napi­sa­nych dzieł nie ma takiej mocy, żeby to zagwa­ran­to­wać. Ale zapew­niam, że _Cze­ka­nie na smoka_ jest godne uwagi. Jedyne w swoim rodzaju. Tak pie­kiel­nie, tak bar­dzo wyjąt­kowe, otwar­cie flir­tu­jące z każ­dym gatun­kiem fan­ta­styki. I choć na koniec wie­czoru nie idzie do domu z żad­nym z nich, z każ­dym pozo­staje w dobrych sto­sun­kach.

To histo­ria alter­na­tywna, pod­bu­do­wana głę­boką zna­jo­mo­ścią realiów, usiana zna­czą­cymi szcze­gó­łami i gęstymi alu­zjami. To oschle żar­to­bliwa ide­ali­za­cja tych realiów, któ­rej mimo to udaje się stać jedną stopą twardo na ziemi. Odwaga jest odwagą, nie­bez­pie­czeń­stwo nie­bez­pie­czeń­stwem, świat ma krew, cho­roby i waż­kość we wszyst­kich wła­ści­wych miej­scach. To men­talna gra w tenisa, Mate­ria Bry­ta­nii prze­ciwko Tajem­ni­com Rzymu z Wil­lia­mem Szek­spi­rem jako sędzią linio­wym. Są intrygi, zabój­stwa, spi­ski, spo­tka­nia w gospo­dach – naj­lep­sze melo­dra­ma­tyczne kli­sze nama­lo­wane kocha­jącą dło­nią i zaaran­żo­wane dla naszej przy­jem­no­ści. Jest wam­pir rusz­ni­karz, który dostaje wszyst­kie naj­lep­sze kwe­stie wypo­wia­dane ze śmier­telną powagą. Chwi­leczkę. Wam­pir rusz­ni­karz… śmier­telna powaga. Nie­wia­ry­godne. Jest sty­czeń dwa tysiące dwu­dzie­stego roku i wła­śnie do mnie dotarło. Czy Mike wie­dział, co robi, kiedy wymy­ślał ten sko­ja­rze­niowy kalam­bur pra­wie czter­dzie­ści lat temu? Jakby w ogóle ktoś mógł wie­dzieć…

Są w _Cze­ka­niu na smoka_ kon­cepty, roz­ga­łę­zione fabuły i liczne gdy­ba­nia, wystar­cza­jące, żeby stać się krę­go­słu­pem dla pół tuzina innych powie­ści, ale w tej jed­nej wszyst­kim udaje się tań­czyć ze sobą, a jed­no­cze­śnie mię­dzy nimi zostaje miej­sce dla świę­tych duchów kilku reli­gii. To kolejny trik autora: wypeł­nić świat aż do pęk­nię­cia i porzu­cić go z drę­czą­cym uczu­ciem nie­zba­da­nia. Mike Ford był eklek­tycz­nym wędrow­cem, któ­rego napę­dzał jeden z naj­bar­dziej zdy­scy­pli­no­wa­nych kapry­sów (a może kapry­śna dys­cy­plina), zna­nych na polu fan­ta­styki. Nie wystar­czyło, że jego dzieło jest o Czymś, ono musiało roić się od tłumu Cze­goś, i nie wystar­czyło wci­snąć tego nad­miaru we wszelką dostępną prze­strzeń, nawet jeśli on sam był już dosta­tecz­nie impo­nu­jący. Te Cosie musiały być kata­li­za­to­rem, czy­nić widzialne i nie­wi­dzialne cuda, musiały wydzie­lać nar­ra­cyjny odpo­wied­nik pro­mie­nio­wa­nia Cze­ren­kowa.

Gdy Mike wykłada przed wami kolejne aka­pity, może­cie poczuć nie­wi­dzialne, dale­kie poru­sze­nie w ziemi, kiedy coś gdzieś się prze­miesz­cza. Podwójne zna­cze­nia to stan­dard, potrójne zna­cze­nia są roz­grzewką. Mike Ford był poetą i wszystko, co stwo­rzył, miało poetycką gęstość, słu­żącą za kon­struk­cję nośną dla meri­tum w nie­po­zna­wal­nej licz­bie wymia­rów.

III. Miles (Żoł­nierz)

Jakim był poetą?

Pozwól­cie, że opi­szę inną sprytną sztuczkę.

Jestem głodny chwały. A wy?

Wyobraź­cie sobie, że ruszamy na wyso­kie zbo­cza Heli­konu sta­ro­żytną bru­ko­waną drogą, po pokru­szo­nych kamie­niach, a miej­sce roi się od pisa­rzy, całej naszej wygłod­nia­łej bandy auto­rów szu­ka­ją­cych muzy albo cho­ciaż jej śladu. Wszy­scy się tutaj przy­wle­kli­śmy, z despe­ra­cją wypa­tru­jąc choćby mru­gnię­cia zza drzewa, deli­kat­nych odci­sków stóp w pyle, cze­go­kol­wiek. Tysiące nas na swo­bo­dzie, powy­żej linii drzew, a wszy­scy mają jakiś plan, łzawą histo­ryjkę, układ do zapro­po­no­wa­nia. Wszy­scy pra­gniemy szprycy ze słod­kiego źró­dła Hip­po­krene. Wszy­scy chcemy, żeby z naszych pal­ców wystrze­liła bły­ska­wica i spły­nęła na kla­wia­tury, ale muzy to rynek sprze­dawcy, a my po pro­stu się nie łapiemy. Ofe­ru­jemy nasze nadzieje, marze­nia, czas, pie­nią­dze, groźby, lęki, zdro­wie, życie, dusze. I nic, nawet krztyny. Stara świą­ty­nia na szczy­cie jest zamknięta na kłódkę, ele­gancki napis na drzwiach brzmi: „Usługa okre­sowa”.

Nagle z doliny nie­sie się dźwięk, zagłu­sza słabe becze­nie pasą­cych się owiec. Sil­nik! To John M. Ford w małym czer­wo­nym spor­to­wym samo­cho­dzie! Nawet ma opusz­czony dach! Pędzi znisz­czoną drogą, zręcz­nie omi­ja­jąc popę­kane kamie­nie, i zatrzy­muje się z pośli­zgiem w cie­niu sta­rej świą­tyni. Trąbi dwa razy, wysiada z samo­chodu i rzuca klu­czyki w powie­trze.

– Oto deal – mówi. – Pozwolę ci pojeź­dzić. Dokąd­kol­wiek chcesz, jak długo zechcesz.

Brzę­czące klu­cze nie spa­dają na zie­mię. Lądują w smu­kłej dłoni, która poja­wiła się nie wia­domo skąd.

Jakaś postać wsuwa się za kie­row­nicę, kim­kol­wiek jest. Klu­czyki znowu pobrzę­kują. Sil­nik mru­czy jak chmury burzowe. Mike spra­wia wra­że­nie cho­ler­nie swo­bod­nego, roz­party na sie­dze­niu pasa­żera. Osoba za kie­row­nicą podaje mu lau­rową laskę, prosi, żeby przez jakiś czas jej popil­no­wał. Ruszają z rykiem sil­nika, w fon­tan­nie kurzu, sta­ro­żytną kamienną drogą, roz­trą­ca­jąc bied­nych zde­mo­ra­li­zo­wa­nych poszu­ki­wa­czy muz. Mike macha do nas ręką.

– Sukin­syn – mam­ro­cze­cie.

Ale w tym sło­wie nie ma jadu. Tak naprawdę nie może­cie żywić urazy do tego gościa. On po pro­stu wie­dział, co powie­dzieć, więc do końca życia to będzie on, poza wszel­kimi roz­kła­dami, ner­wowy, cha­otyczny, bły­sko­tliwy. Owce znowu beczą. Mike znik­nął w oddali. To mógłby rów­nie dobrze być jego autor­ski por­tret: on znika w oddali, zosta­wia resztę nas osłu­pia­łych i mówią­cych: „Jak on to zro­bił, do dia­bła?”.

Takim wła­śnie poetą był Mike Ford. Może naj­lep­szym w swoim cza­sie i miej­scu, i zde­cy­do­wa­nie ostat­nim, który wie­dział, gdzie skoń­czy.

IV. Leo (Lew)

Na tej mapie jest wię­cej budo­wa­nia świata niż prze­strze­ga­nia wymia­rów, choć Mike wyjąt­kowo się sta­rał. Z tej tro­ski wyra­sta kolejna cecha _Cze­ka­nia na smoka_: bły­sko­tliwe _je ne sais quoi_, coś, co można by nazwać tek­sturą dla mózgu. Wspo­mnia­łem, że w tym fik­cyj­nym świe­cie, Julian (Mądry) nie dostał włócz­nią w brzuch po ucieczce z pola bitwy bez zbroi, tak jak w naszym Julian (Apo­stata), i dzięki temu mógł powstrzy­mać roz­wój chrze­ści­jań­stwa wspie­rany przez cesa­rza Kon­stan­tyna. Cesar­stwo w _Cze­ka­niu na smoka_ jest mozaiką kul­tów i teizmów, a żadna wiara nie jest fawo­ry­zo­wana przez prawo. To nad­zwy­czajne, że ta powieść, osa­dzona w cza­sach pra­wie tysiąc lat póź­niej­szych od klu­czo­wej histo­rycz­nej dywer­gen­cji, wydaje się auten­tycz­nie, zna­jomo śre­dnio­wieczna. Wszystko, od słów w ustach postaci po war­to­ści w ich umy­słach, od pro­stych gospód Walii po wyuz­dane przy­ję­cia we Flo­ren­cji, jest wła­śnie takie, dosto­so­wane do potrzeb, na tyle auten­tyczne w tym pogań­skim kra­jo­bra­zie, że „alter­na­tyw­ność” tego świata mogłaby umknąć waszej uwa­dze.

Jeśli naprawdę zapo­mni­cie, że Ryszard III nie wyszedł cało z bitwy pod Bosworth, nie mar­tw­cie się. Nie jeste­ście jedyni. Wła­śnie tak działa ta sztuczka, pamię­ta­cie? Mike Ford z jego grą w Pięć Bizan­cjów. Cza­sami on wykłada na stół rów­nież Medy­ce­uszy, Pere­du­rów i Woodville’ów. Nie może­cie sku­pić spoj­rze­nia na rze­czach praw­dzi­wych, bo wzrok nie ma z tym nic wspól­nego.

Ale brwi? Hmm, cóż.

V. Pers

John M. Ford zmarł nagle i o wiele za wcze­śnie (zawsze byłoby za wcze­śnie) w dwa tysiące szó­stym roku, zosta­wia­jąc praw­nie nie­ważny testa­ment, który wysa­dził jego lite­racką spu­ści­znę w powie­trze. Wyda­wało się, że to sytu­acja bez wyj­ścia, że więk­szość jego prac nie zosta­nie opu­bli­ko­wana do chwili wyga­śnię­cia praw autor­skich, czyli tuż po trzech­set­let­nich uro­dzi­nach Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ame­ryki. Ale cza­sami świa­tło prze­dziera się przez mrok. Cza­sami ludzie zadają pyta­nia i zaczy­nają deli­kat­nie roz­plą­ty­wać supły minio­nych nie­po­ro­zu­mień. Już trzy­ma­cie w rękach dobrą wia­do­mość, nowiut­kie wyda­nie skarbu, z bło­go­sła­wień­stwem rodziny Mike’a, dzięki wiel­kiemu poświę­ce­niu jego przy­ja­ciół i czy­tel­ni­ków.

Ni­gdy nie pozna­łem Mike’a oso­bi­ście (żal, z defi­ni­cji, przy­cho­dzi za późno). Byłem nie­doj­rzały i nie mia­łem poję­cia, co tracę. Póź­niej for­tunne oko­licz­no­ści mojego życia i kariery dały mi przy­jaźń wielu ludzi, któ­rzy go kochali, i oka­zję, by zoba­czyć jego ducha ich oczami. Wiem, że nie jest moim zada­niem umiesz­cza­nie nowego epi­ta­fium na tych stro­ni­cach, ale znowu jestem zły, że stra­ci­łem Mike’a, zanim go pozna­łem, i bar­dzo chcę opi­sać go dla was sło­wami jak naj­bar­dziej zbli­żo­nymi do jego wła­snych, w spo­sób, na jaki zasłu­guje. Jaki wyglą­dałby sto­sowny pomnik? Może słup pło­ną­cego świa­tła bijący z nieba, dosta­tecz­nie jasny i gorący, żeby zmie­nić ołów w parę? Czy potra­fił­bym go opi­sać? Jak stwo­rzyć taką rzecz w porów­na­niu z nim?

Wyobraź­cie sobie, że stoję na pustym polu. Gro­ma­dzę wszystko, co mam, całą ogni­stą moc swo­jego głosu. Uno­szę szkło powięk­sza­jące i sku­piam prze­zro­czy­stą wić żaru. Jestem jak dziecko robiące mio­tacz pro­mieni z dwóch pal­ców. „Pifpaf – mógł­bym powie­dzieć. – Pifpaf”.

Pod­no­szę wzrok.

I jest, na Boga. Sze­roka na kilo­metr, bijąca z miej­sca, gdzie błę­kit spo­tyka się z czer­nią, płynne złoto, falu­jące w mgiełce żaru. Kolumna świa­tła. Naj­skrom­niej­sze przy­po­mnie­nie dla wszech­świata, że kie­dyś potrzą­snął kub­kiem z kośćmi i wyrzu­cił coś tak dobrego jak Mike Ford.

Nie ja ją tam umie­ści­łem.

Oczy­wi­ście. Oczy­wi­ście. Mike kręci się po dru­giej stro­nie tej gigan­tycz­nej, prze­szy­wa­ją­cej niebo zło­tej lancy, bazgrze coś na odwro­cie sta­rej mapy ze sta­cji ben­zy­no­wej. Ni­gdy nie potrze­bo­wał, żebym pisał dla niego absur­dalne, pło­nące lite­rac­kie epi­ta­fium. Sam stwo­rzył jedno z wyprze­dze­niem i zgod­nie z wła­snym kapry­sem, gdy wyda­wało się, że powi­nien, i ono tam się wzno­siło, aż przy­szedł czas, że inni ludzie je zauwa­żyli. Jest to w naj­wyż­szym stop­niu dzieło Mike’a Forda.

– Mike! – wrzesz­czę. – Cześć! Nie pozna­łeś mnie, ale cza­sami staję przed lustrem i pró­buję samego sie­bie prze­ko­nać, że w jakiś spo­sób odzie­dzi­czy­łem po tobie brwi. Skąd, do dia­bła, wie­dzia­łeś, że aku­rat w tym roz­dziale będę potrze­bo­wał jaśnie­ją­cego zło­tego snopu łączą­cego zie­mię i niebo?

– A, to? – Mike zerka na wielką jasność i robi to coś z brwiami. Teraz naprawdę mam nad oczami dwa śmieszne nastro­szone kosmyki, parę przy­pad­ko­wych muśnięć ołów­kiem roz­tar­gnio­nego arty­sty, ale te Mike’a są dla zwy­kłego śmier­tel­nika tym, czym jest Kirby Hand wobec ludz­kiej pię­ści. – Nie mam poję­cia, kiedy ani dla­czego to tutaj umie­ści­łem, naprawdę. Może do mnie wróci.

– Co? Zacze­kaj. Żarty sobie ze mnie stro­isz? Robisz tę sztuczkę z podwój­nie błęd­nymi wska­zów­kami, pod­wa­ża­niem pew­no­ści i znaj­do­wa­niem wła­snej odpo­wie­dzi? Mnie? Kiedy cie­bie opi­suję?

– To inte­re­su­jące pyta­nia, prawda? – Mike się uśmie­cha, a ja lubię myśleć, że to nie dla­tego, że go opi­suję. – Teraz jestem zajęty. Pra­wie skoń­czy­łem pewien dro­biazg. „Pięć­dzie­siąt zabaw­niej­szych rze­czy do robie­nia w domu lau­rową laską”. Jestem przy czter­dzie­stej siód­mej. Może napi­szę dla cie­bie post­scrip­tum, kiedy skoń­czę.

– Albo to ta część, kiedy stu­kasz mnie w głowę i mówisz, jaką to mam wyobraź­nię, suge­ru­jąc, że wycza­ro­wuję nie­stwo­rzone rze­czy dzięki twoim wska­zów­kom? Jak ta wielka jasność…

– To brzmi, jak­byś wpadł z desz­czu pod rynnę. A w ogóle to jaka wielka jasność? – Mike nie­dbale macha ręką.

Ogromny pomnik ze zło­tego pło­mie­nia już znik­nął jakiś czas temu. Na jego miej­scu jest mała notatka skre­ślona w rogu mapy ze sta­cji ben­zy­no­wej.

i .

On już znika w oddali.

Jak, do dia­bła, to zro­bił?

VI. Helio­dro­mus (Sło­neczny Bie­gacz)

Może po dwóch deka­dach dwu­dzie­stego pierw­szego wieku uczci­wie będzie powie­dzieć, że w komer­cyj­nej fan­ta­styce można się spo­dzie­wać pew­nych kształ­tów i tek­stur, a przy­zwy­cza­jeni do tego stylu mogą uznać, że _Cze­ka­nie na smoka_ jest pod pew­nymi wzglę­dami wyma­ga­jące. Autora zbyt­nio nie obcho­dzą jed­no­znaczne odpo­wie­dzi. Można wręcz stwier­dzić, że w tej powie­ści one nie wystę­pują. Ist­nieje pewien rodzaj poję­ciowo her­me­tycz­nej prozy, gra­ni­czą­cej z deter­mi­ni­zmem, w któ­rym wszystko jest wyja­śniane na bie­żąco, opi­sana każda siła, każdy rezul­tat odno­to­wany, każda kwe­stia jasno roz­strzy­gnięta przed ostat­nią stroną. Muszę wam powie­dzieć, że stoi to w sprzecz­no­ści z czę­ścią lite­ra­tury zwaną „Wszystko, co napi­sał Mike Ford”. Nie szu­kaj­cie tutaj zdań i aka­pi­tów połą­czo­nych ze sobą tak ści­śle, że nic nie może wymknąć się przez szcze­liny. Dzieło Mike’a jest pełne dziur, dziur naj­lep­szego rodzaju. To coś prze­świe­ca­jące przez wszyst­kie pęk­nię­cia w kon­struk­cji? To świa­tło, przy­ja­ciele.

Jak Ford sam powie­dział w dwa tysiące dru­gim roku w wywia­dzie, który prze­pro­wa­dzili z nim Fred Bush i Mary Anne Mohan­raj: „Ide­ałem jest, wydaje mi się, poka­zać dzie­jące się rze­czy i pozwo­lić czy­tel­ni­kowi zde­cy­do­wać, co one zna­czą. Cza­sami czy­tel­nik doj­dzie do wnio­sku innego niż inten­cja autora; z pew­no­ścią jest to prawda, jeśli cho­dzi o próby empi­rycz­nego odczy­ta­nia rze­czywistości”.

Nie ozna­cza to, że _Cze­ka­nie na smoka_ jest nie­zro­zu­miałe. Prze­ciw­nie. Opi­sał­bym je jako gładką w czy­ta­niu prozę o nad­zwy­czaj­nej pre­cy­zji. Ist­nieje kilka dosko­na­łych powie­ści histo­rycz­nych, na pozór opar­tych na teo­rii, że rzu­ce­nie czy­tel­nika na głę­boką wodę i przy­trzy­ma­nie go pod nią kil­ku­set kilo­gra­mami oło­wiu jest sku­tecz­nym spo­so­bem zachę­ce­nia go, żeby wyho­do­wał sobie skrzela. Przy­cho­dzi tu na myśl seria Patricka O’Briana o przy­go­dach kapi­tana Aubreya i Matu­rina, a także _Kro­niki Lymond_ Doro­thy Dun­nett. Cenię sobie obie te rze­czy, ale przy­znaję, że ich krzywe ucze­nia się potra­fią być strome. Mike jest nie mniej obe­znany z ezo­te­ryką, ale gra w inny zestaw gier.

W tej dzie­dzi­nie było nie­wielu pisa­rzy zdol­nych kon­se­kwent­nie dorów­nać For­dowi w pre­cy­zyj­nej obróbce skra­wa­niem. Budu­jąc histo­rie i tematy jak magik albo impre­sa­rio, ciął zda­nia jak chi­rurg. Jego awer­sja do łago­dze­nia prozy wyja­śnie­niami dawała w rezul­ta­cie zdu­mie­wa­jącą gęstość infor­ma­cji. Znaj­dzie­cie tu wiele krót­kich zdań albo zwię­złych opi­sów, które peł­nią funk­cję nie­wi­dzial­nych stron. Przy two­rze­niu atmos­fery ta tech­nika jest suge­stywna. Przy opi­sy­wa­niu ludz­kich dusz jest zwod­ni­cza, nawet nie­po­ko­jąca. Ford pisał sceny akcji, a także leniwe roz­mowy z ele­gancką oszczęd­no­ścią mistrza sztuk walki, który ist­nieje tylko w lite­ra­tu­rze i który spo­koj­nie poko­nuje każ­dego prze­ciw­nika jed­nym pre­cy­zyj­nym ruchem nad­garstka, jed­nym śmier­tel­nym dźgnię­ciem małego palca. Roz­ko­szuj­cie się jego prozą, obra­caj­cie zda­nia w swoim umy­śle, szu­kaj­cie wszyst­kich rze­czy nie­wy­po­wie­dzia­nych i nie­na­pi­sa­nych, które – w wielu wypad­kach – są przy­jem­no­ściami nie mniej celowo zapla­no­wa­nymi niż te uwiecz­nione atra­men­tem.

Wytrwaj­cie, jeśli kie­dyś poczu­je­cie się zagu­bieni, wytrwaj­cie, ponie­waż wszystko to jest jasne i piękne, bo nie­wiele powie­ści wyna­gro­dzi was tak bar­dzo i sowi­cie jak wła­śnie ta.

VII. Pater (Ojciec)

No i pro­szę. Ostat­nia sztuczka. Dostą­pi­li­ście tajem­nic Kruka, Oblu­bieńca, Żoł­nie­rza, Lwa, Persa, Sło­necz­nego Bie­ga­cza, Ojca. Dozna­li­ście obja­wie­nia, otrzy­ma­li­ście obiet­nice i ostrze­że­nia, zawie­szono was w ciem­no­ści, oto­czo­nych krę­giem wia­tru i ognia. Nie zwra­caj­cie uwagi na ruchliwe brwi czło­wieka sto­ją­cego przy urzą­dze­niach kon­tro­l­nych. To wszystko jest czę­ścią przed­sta­wie­nia. Szep­ta­łem do waszych uszu, kiedy cze­ka­li­ście, mówi­łem wam o _Cze­ka­niu na smoka_ wię­cej, niż potrze­bo­wa­li­by­ście wie­dzieć. Teraz ono powie wam o sobie mniej, niż byście chcieli, bo w jego świe­cie są dziury, luki naj­lep­szego rodzaju, wszyst­kie te otwory, które Mike zain­sta­lo­wał, żeby prze­cie­kła przez nie tajem­nica. Nie­stety muszę was uprze­dzić, że ni­gdy się nie dowie­cie, które z tych roz­pro­szo­nych Bizan­cjów jest naj­bar­dziej reali­styczne, bo teraz może­cie sami dostrzec szó­ste Bizan­cjum, siódme Bizan­cjum, ósme i dzie­wiąte i tak dalej aż do nie­skoń­czo­no­ści. Im wię­cej wyczy­ta­cie mię­dzy wer­sami, tym wię­cej wer­sów pojawi się do prze­czy­ta­nia. To jest ostat­nia nie­spo­dzianka awansu na Ojca… naprawdę jeste­ście więk­szym Kru­kiem niż wcze­śniej.

– Cóż – mówi Mike, kła­nia­jąc się w cie­niu. – Nie można kie­ro­wać tajem­ni­czym kul­tem, nie roz­bi­ja­jąc paru jaj.

Sio. Zmy­kaj, bra­cie Kruku. Opuść jaski­nię. Ini­cja­cja się skoń­czyła. Jest tutaj coś wiel­kiego, dźwięcz­nego i war­tego wszyst­kich ude­rzeń two­jego serca, któ­rych potrzeba, żeby to prze­czy­tać. To coś było zamknięte przed świa­tem, znik­nęło na jakiś czas, ale jest tu znowu.

Śmiało, czy­taj­cie. Zazdrosz­czę wam. A kiedy skoń­czy­cie, kiedy byty się roz­mnożą, jakże koniecz­nie, kiedy wszyst­kie stro­nice zostaną odwró­cone, lecz moż­li­wo­ści na­dal będą tań­czyć, wtedy zro­zu­mie­cie. I będzie­cie wie­dzieli roz­kosz­nie mniej niż kie­dyś.

Podob­nie jak ja będzie­cie mogli powie­dzieć:

Mam tyle pytań.

Jak, do dia­bła, on to zro­bił?

Mas­sa­chu­setts, sty­czeń 2020NOTA HISTORYCZNA

W dru­gim wieku naszej ery Lukian z Samo­saty napi­sał: „Wszy­scy teraz piszą histo­rię, a ja nie chcę być wyklu­czony z tego poru­sze­nia”. Lukian, znany rów­nież jako Lukian Szy­derca, stwo­rzył opo­wieść fan­ta­styczną zaty­tu­ło­waną _Praw­dziwa histo­ria_.

Powstał utwór, który wyko­rzy­stuje posta­cie histo­ryczne i miej­sca akcji typowe dla dra­matu. Nie­które wyda­rze­nia i wszyst­kie dia­logi są wymy­ślone, podob­nie jak, oczy­wi­ście, otwar­cie fan­ta­styczne ele­menty. Jest w nim tyle tech­nicz­nych ana­chro­ni­zmów, ile się da, choć nie­które tech­niki nie były znane w miej­scach, gdzie toczy się akcja, i w tam­tych cza­sach.

Cytaty na początku każ­dego roz­działu pocho­dzą z _Ryszarda III_ Szek­spira. Ta sztuka oraz wiele innych dzieł histo­rycz­nych zapew­niły atmos­ferę obec­nej książce, ale wszyst­kie inter­pre­ta­cje postaci, zwłasz­cza naj­czę­ściej rein­ter­pre­to­wa­nych angiel­skich kró­lów, są natu­ral­nie moje wła­sne.

Moim celem była roz­rywka, a nie pod­no­sze­nie pro­ble­mów do god­no­ści histo­rycz­nych kon­tro­wer­sji. Jak napi­sał Nen­niusz dwa­na­ście wie­ków temu, jeśli w ogóle ist­niał taki czło­wiek: „Ustę­puję temu, kto wie wię­cej o tych rze­czach niż ja”.

JMF/1982CIENIE

w kolej­no­ści, w jakiej się poja­wiają

Posta­cie histo­ryczne

Dla tych, któ­rzy mają trud­no­ści ze śle­dze­niem licz­nych tytu­łów szla­chec­kich z tam­tego okresu albo po pro­stu inte­re­sują ich takie listy, poni­żej nie­kom­pletne zesta­wie­nie praw­dzi­wych postaci histo­rycz­nych wystę­pu­ją­cych w powie­ści. Brak nazwi­ska nie­ko­niecz­nie ozna­cza, że postać nie jest histo­ryczna, i jak zostało wcze­śniej wyja­śnione, w dość dowolny spo­sób wybrano tych, któ­rzy poja­wiają się niżej.

Anglicy i Szkoci

Cecy­lia, księżna Yorku i jej trzech synów, któ­rzy prze­żyli:

Ryszard Plan­ta­ge­net, książę Glo­uce­ster, póź­niej­szy król Ryszard III

Jerzy Plan­ta­ge­net, książę Cla­rence

Król Edward IV

Ryszard, książę Yorku

Anna Neville, żona Ryszarda Glo­uce­stera

Elż­bieta Woodville, kró­lowa Edwarda IV

James Tyrell, zaufany rycerz Ryszarda

Richard Ratc­liffe, jak wyżej

Fran­cis Lovell, jak wyżej

Ale­xan­der Stu­art, książę Albany, brat króla Szko­cji Jerzego III

Anthony Woodville, lord Sca­les, hra­bia Rivers, brat kró­lo­wej Elż­biety

Edward, książę Walii, póź­niej­szy król Edward V

Dok­tor John Mor­ton

Henry Staf­ford, książę Buc­kin­gham

Wil­liam Hastings, lord Hastings, kró­lew­ski szam­be­lan Edwarda IV

Edward Mid­dle­ham, syn Ryszarda Glo­uce­stera

Henry Tyd­der (czyli „Tudor”, według ówcze­snej pra­wi­dło­wej wymowy)

Fran­cuzi

Król Ludwik XI

François Vil­lon, poeta i nic­poń

Mał­go­rzata Ande­ga­weń­ska, żona króla Anglii Hen­ryka VI

Włosi

Luigi Pulci, poeta

Mar­si­lio Ficino, poeta i filo­zof

Julian Medy­ce­usz, brat Waw­rzyńca

Waw­rzy­niec Medy­ce­usz, zwany Wspa­nia­łym (ofi­cjalny tytuł szefa Banku Medy­ce­uszy)

Ales­san­dra Scala, aktorka

Giro­lamo Savo­na­rola

Gale­azzo Maria Sfo­rza, książę Medio­lanu

Fede­rigo da Mon­te­fel­tro, kon­do­tier, książę Urbino

Domi­nic Man­cini, dyplo­mata

Dok­tor John Argen­tine, lekarzROZDZIAŁ 2

Galia

Dimi­trios Ducas miał dzie­sięć lat, kiedy cesarz Bizan­cjum mia­no­wał jego ojca guber­na­to­rem nad­gra­nicz­nej pro­win­cji. Ten dzień na zawsze wrył się w jego pamięć: jasne słońce wokół rodzin­nej willi, błę­kit Morza Egej­skiego w dole, wiatr o zapa­chu morza i drzew oliw­nych.

Ojciec pozwo­lił mu dotknąć cesar­skiego roz­kazu, a on zapa­mię­tał wagę doku­mentu, czer­woną woskową pie­częć na fio­le­to­wej jedwab­nej wstążce. Pach­nąca cyna­mo­nem, uka­zy­wała cesa­rza z dużym nosem i małymi oczami (być może wosk nie­do­kład­nie wypeł­nił stem­pel) oraz zawie­rała datę: 1135.

Była też druga pie­czątka, dużo mniej­sza, złota z odci­skiem znaku o trzech czub­kach, którą ojciec nazwał kwia­tem Galii, oraz z inskryp­cją: „Trzech­setny rok po podziale”.

Przede wszyst­kim jed­nak Dimi pamię­tał rodzi­ców. Jego ojciec Cosmas stał w atrium w luź­nej codzien­nej todze i w uko­śnym świe­tle wyglą­dał jak Apollo.

– Będę stra­te­go­sem na zacho­dzie. To zaszczyt. Pro­win­cja jest ważna: wschod­nia część sta­rej _Lugu­du­nen­sis,_ którą Galo­wie nazy­wają Bur­gun­dią. Naszą sto­licą – spoj­rzał na syna – będzie Ale­zja. Jeśli Cosmas Ducas był Apol­lem, jego żona Ifi­ge­nia z pew­no­ścią była Herą.

– Galia? Jak możesz nazy­wać to zaszczy­tem, kiedy bar­dzo dobrze wiesz, co to jest? Pale­olo­go­wie na­dal boją się Duca­sów. Kra­dzież Tronu Świata naszemu rodowi ni­gdy im nie wystar­czyła. Teraz uwal­niają się od swo­ich słusz­nych obaw, pozby­wa­jąc się nas, wysy­ła­jąc, żeby­śmy umarli z zimna i odosob­nie­nia. Jeśli wcze­śniej nie zosta­niemy zamor­do­wani przez bar­ba­rzyń­ców w spodniach albo nie umrzemy od zarazy… Ode­słano nas, żeby­śmy ni­gdy nie wró­cili!

– Skoro taki jest roz­kaz mojego cesa­rza – powie­dział Cosmas.

– Cesa­rza? Uzur­pa­tora! Ty bar­dziej jesteś cesa­rzem niż on, ty, Ducas…

Kłót­nia trwała długo. Dimi­trios pamię­tał, że cią­gnęła się całe godziny, choć może to jego pamięć roz­wle­kła ją w cza­sie. _Ale­zja_, pomy­ślał. _Juliusz Cezar_…

Na koniec oka­zało się, że oboje, Cosmas i Ifi­ge­nia, mieli rację. Rodzina Duca­sów poje­chała do Galii i nikt o ich nazwi­sku ni­gdy już nie wró­cił do Gre­cji.

* * *

Dimi­trios pierw­szy dotarł na szczyt. Rzu­cił spoj­rze­nie za sie­bie, by się upew­nić, że inni nie mogą go zoba­czyć, a wtedy pochy­lił głowę na koń­ski kark i sło­wami nakło­nił klacz do galopu.

„Cza­sami trzeba użyć ostróg, synu”, mówił Cosmas Ducas, „ale pamię­taj, że kie­ru­jesz gło­sem i cia­łem, a nie meta­lem_”._

Dimi był już daleko w doli­nie, kiedy jego towa­rzy­sze poko­nali wznie­sie­nie. Sły­szał ich krzyki, pro­te­sty koni i łoskot kopyt daleko w tyle. Roze­śmiał się i wyszep­tał do bia­łej Luny:

– Nakar­mimy ich kurzem przed kola­cją, co, dziew­czynko?

Po jego obu stro­nach prze­my­kały nie­koń­czące się rzędy zie­lo­nej wino­ro­śli roz­pię­tej na drew­nia­nych pod­po­rach. Mało­rolni z drew­nia­nych bud pra­co­wali na polach, kape­lu­sze o sze­ro­kich ron­dach zasła­niały im twa­rze. Kilku ukło­niło się synowi guber­na­tora, kiedy ich mijał, lśniący, w zbroi z jasnych sta­lo­wych płyt.

Dimi usły­szał za sobą tętent innego konia, o wiele za bli­sko. Obej­rzał się. Doga­niał go jabł­ko­wity ogier. Jeź­dziec miał powie­wa­jące czarne włosy i sze­roki uśmiech widoczny z daleka.

Dimi­trios roze­śmiał się i mu poma­chał. Char­les, oczy­wi­ście. Tylko on mógł tak bar­dzo się do niego zbli­żyć.

– Ale nie bar­dziej, co, Luno? – rzu­cił Dimi. – Galo­puj, dziew­czyno.

Klacz zare­ago­wała, szybka jak biała chmura na roz­le­głym błę­kit­nym nie­bie.

Tuż przed nim grun­towy szlak docho­dził do cesar­skiego traktu.

– Wystar­czy, Luno.

Dimi­trios wie­dział, że nie można zajeź­dzić konia, i wie­dział rów­nież, że lepiej bez dobrego powodu nie galo­po­wać po kró­lew­skiej dro­dze, zmu­szać podróż­nych do pierz­cha­nia na boki.

Luna zwol­niła do stępa tuż przed tym, jak jej pod­kowy dotknęły kamieni bru­ko­wych. Wtedy Dimi usły­szał za sobą po lewej stro­nie łoskot kopyt i obró­cił się w sio­dle.

Char­les na niego pędził, sto­jąc w strze­mio­nach. Dimi krzyk­nął, Luna usko­czyła w bok. Fran­cuz ostro zawró­cił konia i ruszył ponow­nie.

Dimi­trios pozwo­lił się zrzu­cić z sio­dła. Obaj poto­czyli się w pyle drogi. Kiedy Char­les pró­bo­wał przy­szpi­lić do ziemi jego ramiona, Dimi zaha­czył palce stopy pod jego kola­nem, wysta­wił w bok drugą nogę dla rów­no­wagi i prze­wró­cił ich obu. Następ­nie poło­żył kolano na piersi Fran­cuza i szybko prze­cią­gnął kciu­kiem po jego szyi.

Char­les sap­nął, a potem się roze­śmiał.

– _Ave, Ceasar_ – powie­dział – _mori­turi salu­tan­dum_.

– Już jesteś mar­twy – rzekł Dimi i też się roze­śmiał.

Wstał, pocią­ga­jąc Char­lesa ze sobą. Otrze­pali się nawza­jem z kurzu, a konie ich obser­wo­wały.

Pozo­stali, wszy­scy chłopcy w wieku Dimiego, nad­je­chali wkrótce potem. Wysoki, chudy Robert, hała­śliwy Jean-Luc, cichy Leon, bliź­niacy Remy, zupeł­nie do sie­bie nie­po­dobni: Alain wło­chaty i bro­daty, Michael mały i gibki jak cyr­kowy karzeł. Mieli na sobie płó­cienne koszule, skó­rzane kami­zelki jak Char­les i szarfy z fio­le­to­wego jedwa­biu, które Dimi­trios zwę­dził matce. Byli jego pre­to­ria­nami, jego _cohors equ­itata_.

– Kto wygrał? – zapy­tał Jean po fran­cu­sku. – Gdyby nie zbroja Dimiego, nie potra­fi­li­by­śmy was roz­róż­nić.

– I wszystko zasła­niał kurz – dodał Robert.

– Wyścig ja wygra­łem – oznaj­mił Char­les.

– Jak Kan­ta­bryj­czyk! – zakrzyk­nęli wszy­scy. Dimi rów­nież.

– Walkę wygrał Dimi­trios.

– Jak cesarz!

Char­les i Dimi wsie­dli z powro­tem na konie i kohorta ruszyła do mia­sta cesar­ską drogą przez dolinę Oze­rain. Przed nimi wzno­sił się pła­sko­wyż Ale­zja o wyso­ko­ści czte­ry­stu metrów, mniej­sze wzgó­rza wokół niego ginęły w let­niej mgiełce. Słońce odbi­jało się od helio­statu na szczy­cie, usta­wio­nego na miej­scu triumfu sta­rego cesar­stwa. Bo to była Ale­zja, gdzie Wercyn­ge­to­ryks wystą­pił po raz ostatni prze­ciwko boskiemu Juliu­szowi. Po lewej stro­nie wzno­siła się Mont Rea, na którą Juliusz przy­był z odsie­czą dla swo­ich kohort, ze strażą przy­boczną, tak jak teraz jechał Dimi­trios.

Dotarli do miej­skiego muru, przy bra­mie zwol­nili do stępa. Straż­nicy nosili brą­zowe zbroje i szkar­łatne opoń­cze, dzier­żyli zło­cone włócz­nie z orłami w miej­scu jelca. Zasa­lu­to­wali synowi guber­na­tora, a on i jego towa­rzy­sze wypro­sto­wali się w sio­dłach, prze­jeż­dża­jąc obok war­tow­ni­ków.

Mijali zadbane domy z drewna albo bie­lo­nej gliny, o pochy­łych dachach kry­tych gon­tem, dachów­kami albo nawet oło­wiem, bo Ale­zja kwi­tła. Dwaj naj­bo­gatsi kupcy winni w mie­ście i żydow­ski ban­kier pobu­do­wali się z kamie­nia z Narbo leżą­cego na połu­dniu, z Lyonu, jak nazy­wali go Fran­cuzi. Ulice były na tyle sze­ro­kie, że mogły się na nich minąć dwa wozy, nie prze­szka­dza­jąc pie­szym, i miały rynsz­toki, które odpro­wa­dzały ścieki do pod­ziem­nych skle­pio­nych kana­łów. W powie­trzu uno­siły się zapa­chy goto­wa­nego jedze­nia, pyłu drzew­nego i kamien­nego, a teraz jesz­cze spo­co­nych koni, ale żad­nego odoru latryn jak w pro­win­cjo­nal­nych mia­stecz­kach i wsiach.

Z gli­nia­nych komi­nów uno­siły się białe pió­ro­pu­sze dymu. Wzdłuż szczy­tów dachów usta­wiono beczki i kadzie z wodą, pomysł jed­nego z inży­nie­rów Ducasa. Gdyby wybuchł pożar i spło­nął dach, woda spa­dłaby na pło­mie­nie i je uga­siła. Próby na mode­lach roz­cza­ro­wały, ale ktoś zauwa­żył, że mały domek został szyb­ciej stra­wiony przez ogień niż praw­dziwy, a mode­lowa beczka zawie­rała dużo mniej wody niż nor­malna – pier­wia­stek sze­ścienny jej wymia­rów. Gdy inży­nier zapro­po­no­wał zbu­do­wa­nie i pod­pa­le­nie praw­dzi­wego domu, guber­na­tor pozwo­lił mu umie­ścić beczki na dachach oby­wa­teli, któ­rzy wyra­zili na to zgodę, i zacze­kać na dowód empi­ryczny. Jean-Luc ścią­gnął wodze, kiedy grupa mijała jego dom.

– _Ave atque vale_ – powie­dział.

Pozo­stali poże­gnali go tymi samymi sło­wami. Jeźdźcy jeden po dru­gim – albo po dwóch jak w wypadku Remych – odłą­czali się od grupy aż do bram pałacu guber­na­tora, gdzie zostali tylko Dimi­trios i Char­les.

– Minę­li­śmy twój dom – zauwa­żył Dimi­trios, siląc się na nie­dbały ton.

– Chcę, żebyś popro­sił swo­jego ojca. Dzi­siaj, Dimi.

– Dla­czego dzi­siaj? Gru­dzień jest za pół roku…

– Nie chcesz go popro­sić? – Char­les nie śmiał się ani nawet nie uśmie­chał.

– Oczy­wi­ście. – _Nie chcę usły­szeć, jak on mówi „nie”, a nie zrobi tego, póki go nie zapy­tam_. Spoj­rzał na słońce, modląc się w duchu, żeby ta obawa nie odbiła się na jego twa­rzy. – Zatem chodź ze mną.

– Co? Nie. Zoba­czymy się jutro.

Char­les cmok­nął na jabł­ko­wi­tego konia, odwró­cił się i popę­dził ulicą z nie­do­zwo­loną szyb­ko­ścią.

Wtedy Dimi­trios zro­zu­miał, że jego przy­ja­ciel boi się tak samo jak on, i wszystko – nawet sama odmowa – jakoś uło­żyło się w jego gło­wie. Prze­je­chał przez bramę pałacu, żeby poszu­kać ojca.

Ifi­ge­nia Ducas była we fron­to­wym salo­nie. Świa­tło wpa­da­jące przez wyso­kie otwarte okna oświe­tlało roz­ło­żone wszę­dzie próbki dywa­nów. Kiedy Dimi wszedł, matka roz­ma­wiała z kup­cem. Czło­wiek ów nosił jedwabne poń­czo­chy, na gło­wie cha­pe­ron i miał por­tu­gal­ski akcent. Nadworny tłu­macz stał cier­pli­wie za swoją panią.

Dimi­trios zatrzy­mał się na chwilę. Zasta­na­wiał się, czy kupiec wie coś o nowych zie­miach, które Impe­rium Por­tu­gal­skie odkryło za Zachod­nim Morzem. Ale oczy­wi­ście nie­grzecz­nie byłoby go wypy­ty­wać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: