Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • promocja
  • Empik Go W empik go

Diabeł w garniturze. Nie taki diabeł straszny. Tom 3 - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Data wydania:
31 maja 2023
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Diabeł w garniturze. Nie taki diabeł straszny. Tom 3 - ebook

Trudno być kobietą w męskim świecie. Jeszcze trudniej pozwolić, aby jeden mężczyzna stał się dla ciebie całym światem.

Gemma ma w życiu jeden cel – chce zostać partnerką w znanej kancelarii. Jest zdeterminowana i skłonna do wielu poświęceń, by dopiąć swego. Chce udowodnić światu i sobie samej, że kobieta może w tej branży osiągnąć tyle samo co mężczyzna.

Kiedyś Gemma zapłaciła wysoką cenę za zaufanie niewłaściwej osobie. Dzisiaj nie zamierza już powtarzać tego błędu. Nie wpuści do swojego serca żadnego faceta, a już na pewno nie Bena – Pana Idealnego Młodszego Partnera, który nie ma żadnych skrupułów, a wszystkie uwagi zbywa tym swoim irytującym uśmieszkiem. Jeśli nie ma innego wyjścia, będzie z nim współpracować – w końcu to jest właśnie ta sprawa, która może przynieść Gemmie upragniony awans – ale ich relacja będzie wyłącznie służbowa. Niech sobie gada ta uparta diablica na ramieniu Gemmy! Nie będzie jej słuchała ani brała sobie do serca tych wizji. Choćby były najsłodsze…

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8321-455-9
Rozmiar pliku: 2,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

1
BEN

Kiedy Gemma Charles się do ciebie uśmiechnie, masz przerąbane. A uśmiecha się, odkąd weszła do sali sądowej.

Jej klientce Victorii Jones grozi utrata trojga dzieci. Prokurator przedstawił już swoje dowody, a wszystko może brzmieć wiarygodnie, jeśli tylko odpowiednio się to zaprezentuje.

Na nieszczęście dla niego Gemma jest w tym znacznie lepsza.

Zaczyna od udowodnienia, że kontrola warunków bytowych była bezpodstawna. Odtwarza nagranie z kamery bodycam ukazujące karygodne nadużycie władzy zarówno przez policję, jak i pracownika socjalnego. Udowadnia, że list powiadamiający Victorię o kontroli został wysłany dopiero po tejże kontroli. Całkowicie dyskredytuje zdjęcia brudnej podłogi w kuchni zrobione przez pracownika socjalnego (stanowiące jedyny konkretny dowód na brak czystości w gospodarstwie domowym oskarżonej), prosząc faceta o zademonstrowanie, jak dokładnie Victoria miała wymyć podłogę, skoro jest przykuta do wózka inwalidzkiego.

Naturalnie miała ze sobą na sali wózek inwalidzki i mop specjalnie w tym celu.

Wszyscy zgromadzeni się śmieją, sędzia się denerwuje, a Gemma jest w swoim żywiole. Ma twarz anioła – wysokie kości policzkowe, szerokie usta, oczy w kształcie migdałów – ale jest zbyt zadziorna i porywcza, żeby zajmować się w życiu czymkolwiek innym niż walka. Sunie mopem po podłodze jak tancerka i zamienia salę sądową w cyrk, a funkcjonariusza policji i pracownika socjalnego w klaunów. Już dawno dowiodła swego, ale jest na tyle szalona, że nie zamierza wyhamować. Chce dowieść wszystkim zebranym, jak niedorzeczna i niesprawiedliwa jest cała ta sytuacja.

– Panno Charles, proszę to odstawić. To nie jest szkółka teatralna – psioczy sędzia, a gdy Gemma odstawia wózek inwalidzki na bok, zwraca się do prokuratora stanowego: – Oddalam wniosek. To było obrzydliwe nadużycie ze strony służb społecznych i możecie być pewni, że nie zapomnę wam tego, ile mojego czasu zmarnowaliście.

Victoria i jej rodzina wiwatują. Gemma przytula ich na pożegnanie, po czym pędzi w kierunku wyjścia. Ukrywam się z tyłu sali sądowej, ale łapię jej spojrzenie, zanim zdąży je schować za okularami przeciwsłonecznymi.

Płacze. I nie wygląda mi to na łzy szczęścia.2
GEMMA

_Dwa lata później_

Diablica na moim ramieniu kusi mnie co drugi poniedziałek.

Dziś rano, kiedy przygotowuję się do wyjścia na zebranie personelu, tańczy w mojej piersi niczym ognisty płomień, a ja nie potrafię przywołać jej do porządku.

Prostuję swoje lśniące ciemne włosy, które sięgają mi za ramiona. Poświęcam więcej czasu niż zwykle na makijaż i nakładam swoje szczęśliwe szpilki, dzięki którym dosięgnę zaledwie ramienia swojego wroga, ale przynajmniej odrobinę wyrównam szanse. Dzisiejsze spotkanie będzie nieco mniej przypominało starcie Dawida z Goliatem, a bardziej Churchilla z Hitlerem.

Żeby było jasne, to ja jestem Churchillem.

Wybiegam na zewnątrz na jasne wrześniowe słońce i docieram na miejsce zaledwie kilka minut przed czasem. Kancelaria Fields, McGovern i Geiger znajduje się na piętnastym piętrze najbardziej sterylnego i bezdusznego budynku w LA, co doskonale współgra z naturą firmy – to najbardziej bezduszna kancelaria prawnicza w tym mieście. I właśnie dlatego ją wybrałam.

Sala konferencyjna jest już pełna i z żalem zauważam, że znów przyszedł przede mną. Jego głowa – sięgająca jakieś trzydzieści centymetrów wyżej niż pozostałe – znajduje się dokładnie naprzeciwko krzesła, które trzyma dla mnie moja asystentka Terri. Na pewno specjalnie tam usiadł! Wkurzanie mnie wydaje się sensem życia Bena Tate’a. I nawet nie musi się jakoś szczególnie starać – wystarczy, że zobaczę jego zadowoloną minę.

Zachowaj spokój, Gemmo, napominam się w myślach, kierując się do swojego krzesła. Przynajmniej ten jeden raz nie zniżaj się do jego poziomu.

Zwykle nie jestem taka powściągliwa, ale to dla mnie wielki dzień. W FMG rzadko zdarza się okazja awansować na partnera: ktoś musi przejść na emeryturę albo umrzeć. Wyjątek stanowi Ben, który dołączył do nas już jako partner dwa lata temu. Na szczęście dwóch partnerów planuje przejść na emeryturę pod koniec roku, więc może wreszcie przestanę liczyć po cichu na tragedię.

Terri podaje mi latte, kiedy siadam obok niej.

– Założyłaś swoje szczęśliwe szpilki – zauważa, kiwając głową w stronę moich cholernie drogich błękitnych szpilek od Manola. Nigdy nie przegrałam w nich żadnej sprawy. – Myślisz, że ogłoszą dziś dobre wieści?

– Lepiej, żeby to zrobili, bo narobili mi apetytu – mamroczę.

Chociaż inni pracują w firmie dłużej ode mnie (w tym Craig, zupełnie pozbawiony charakteru faworyt Bena), to jednak nikt nie pracuje tyle co ja ani nie przyniósł firmie takiego rozgłosu.

„Gemma Charles, młodsza partnerka”. Jedyna partnerka w FMG. Boże, jak wspaniale to brzmi! Nie mogę się już doczekać, aż nią zostanę i z twarzy Tate’a zniknie w końcu ten jego idiotyczny uśmieszek.

Jest moim śmiertelnym wrogiem w zasadzie już od momentu, kiedy zatrudnił się w tej firmie. Zaledwie w pierwszym tygodniu pracy jakimś cudem zdołał mi podkraść Brewera Campbella, potencjalnego klienta, na którego polowałam przez sześć miesięcy. Niestety jestem osamotniona w swojej nienawiści do niego: moim koleżankom jakoś nie wydaje się przeszkadzać fakt, że Ben Tate jest zadowolonym z siebie draniem i złodziejem klientów, który nie zwraca nawet na nie uwagi. Najwyraźniej wszystko uchodzi tu płazem barczystym mężczyznom z mnóstwem sukcesów na koncie.

Chociaż muszę przyznać, że fizycznie nie jest aż tak odrażający.

Właściwie to trudno odwrócić od niego wzrok. Z tymi wyraźnymi kośćmi policzkowymi, nosem, który niegdyś ewidentnie został złamany, i przenikliwym spojrzeniem brązowych oczu jego twarz byłaby surowa, gdyby nie ta górna warga – nieco pełniejsza, niż można by się spodziewać, i zamieniająca go w ten rodzaj mężczyzny, o którym fantazjujesz, kiedy zamykasz oczy, choćbyś ciągle się zarzekała, że nie masz najmniejszej ochoty go widzieć.

Nicole, ładna blond współpracowniczka siedząca po jego lewej, patrzy, jak Ben przeczesuje dłonią swoje gęste włosy, które doskonale się układają, choć zawsze są nieco zmierzwione, jakby został uczesany przez profesjonalną fryzjerkę, którą potem przeleciał i znów je sobie potargał. Zaczynam stukać niecierpliwie stopą pod stołem.

Nicole odchrząkuje i zwraca się do niego:

– Ben… Byłam w Adney’s Tavern w ten weekend. Myślałam, że wpadniesz. – Jej słowa brzmią, jakby ćwiczyła je przed lustrem cały ranek. Jest w nim tak żałośnie zadurzona, że wcale bym się nie zdziwiła, gdyby rzeczywiście to robiła.

Zachowaj spokój, Gemmo. Chwytam za telefon i zaczynam oglądać buty online.

– Pojechałem odwiedzić rodzinę. – Ben z roztargnieniem przegląda dokumenty.

– Rodzinę? – mamroczę, zerkając na niego. – Nie wiedziałam, że można przepływać tam i z powrotem po rzece Styks.

Podnosi wzrok, a jego usta drżą od tłumionego uśmiechu.

– Jasne, że można. Opłata jest niewielka.

Tylko się nie śmiej, Gemmo. Ani mi się waż roześmiać. Wbijam wzrok w telefon, ignorując pudełko z pączkami, które ktoś podsuwa mi pod nos.

– Musisz trochę wrzucić na luz, Gemmo – mówi Caroline Radner, która nie powinna udzielać mi takich rad, zważywszy na to, że sama jest już po pięćdziesiątce i nigdy nie zostanie partnerką.

Chciałam zjeść kilka truskawek, które zawsze są na zebraniach, ale teraz z nich też zamierzam zrezygnować – dla zasady.

– Gemma nie spożywa cukru – mówi Ben z błyskiem w oku. – Musi dbać o zęby.

– Myślę, że każdy zaznajomiony z higieną jamy ustnej ma nadzieję jak najdłużej zachować zdrowe zęby, Ben – ripostuję.

– Ach, ale twoje są wyjątkowo ostre, nieprawdaż? – pyta.

Mrużę oczy. Prawie wszyscy w firmie żartują sobie, że nawet moja wagina gryzie. Kastratorka – tak mnie nazywają, ponieważ często reprezentuję matki w sporach o prawa rodzicielskie. Tak naprawdę chodzi jednak o to, że nie jestem taka jak inne kobiety: nie piekę babeczek ani nie roztkliwiam się nad zdjęciami małych dzieci. A jak nazywają mężczyznę, który nie piecze babeczek ani nie grucha do bobasów? Starszym partnerem. Ben nigdy nic nie upiekł. Ale mężczyźni oczekują od kobiet troskliwości, łagodności i uległości, a kiedy zarabiają mniej niż rówieśnicy, zostają napastowane na pierwszej randce lub nie dostaną awansu, mówią im, że to ich wina – są zbyt miękkie, za mało przebojowe.

Wydaje im się, że mnie obrażają, nazywając kastrującą suką, ale dla mnie to komplement. Bo to oznacza, że mają mnie za kogoś, z kim się nie zadziera. Kiedyś ze mną pogrywano, ale to już się nigdy więcej nie powtórzy.

Asystentka Fieldsa, Debbie, wychodzi na środek sali, a Terri dyskretnie ustawia stoper. Zawsze zakładamy się o to, jak długo Debbie będzie przemawiać, bo takiej zdolnej mówczyni nawet najprostsze oświadczenie może zająć trzydzieści minut.

Wysyłam do Terri SMS-a.

JA: Trzy minuty trzydzieści sekund.

TERRI: Trzy minuty czterdzieści sekund.

– Naprawdę nie powinnam już tego powtarzać… – zaczyna Debbie – Ale musicie wreszcie zacząć oznaczać swoje jedzenie w pomieszczeniu socjalnym.

Zapowiada się długa przemowa. Podsuwam Terri banknot pięciodolarowy.

– Mnóstwo waszych pojemników wygląda tak samo – kontynuuje Debbie. – Nie chciałabym przypadkowo zjeść czyjegoś ślimaka zamiast swojej kanapki z tuńczykiem.

Zastanawiam się, czy nie wspomnieć, że musiałaby być skończoną idiotką, żeby pomylić ślimaki z jakąkolwiek kanapką, ale to tylko sprowokowałoby Debbie do przedłużenia swojego monologu.

– W każdym razie naprawdę musicie oznaczać swoje jedzenie – ciągnie Debbie. – To nie jest wcale takie trudne. Wystarczy przykleić na pojemnik kawałek taśmy i napisać na niej swoje imię markerem.

Debbie nadal wyjaśnia grupie dorosłych, inteligentnych ludzi, jak podpisywać pojemniki. Wzdycham cicho, a Ben rzuca mi przelotne rozbawione spojrzenie, jakby bawiła go moja irytacja.

Pewnego dnia wyleję mu kubeł zimnej wody na głowę – zobaczymy, czy wtedy też się będzie śmiał.

Kiedy Debbie po raz trzeci powtarza, jak ważne jest podpisywanie swoich pojemników z jedzeniem – powtarzanie to jej ulubiony chwyt retoryczny – muszę się wyłączyć i udać do swojego szczęśliwego miejsca… Buty. Buty, które sobie kupię. No i szpilki, które chciałabym, żeby ktoś zaprojektował. Rozmyślam właśnie o jasnozielonych zamszowych szpilkach za pięćset dolarów, które widziałam w Nordstrom. Niektórzy powiedzieliby, że taki zakup się nie opłaca (bo do czego bym je zakładała?), ale na pewno potrafiłabym uzasadnić ten wydatek.

– Znowu fantazjujesz o butach, co? – szepcze do mnie Terri.

– A o czym miałabym myśleć? – Rzucam jej spojrzenie z ukosa.

– Jesteś młoda i atrakcyjna. Powinnaś fantazjować o seksownym facecie wychodzącym spod twojego prysznica.

– Jakim seksownym facecie? Tutaj na pewno takich nie ma.

Jej oczy kierują się na Bena, a jednak nie śmie wprost mi go zasugerować.

– A Chris Hemsworth? – podpowiada.

Śmieję się cicho. Prawdopodobieństwo wyjścia Chrisa Hemswortha spod mojego prysznica jest bliskie zeru, a gdyby nawet do tego doszło, doskonale wiem, jak by się skończyło, bo każda próba stworzenia związku po Kyle’u kończy się dokładnie w ten sam sposób: facet oskarża mnie, że mam serce z kamienia lub obsesję na punkcie pracy. Mężczyźni zawsze tak mówią, jeśli pracujesz ciężej niż oni. Buty na nic nie narzekają, kiedy tulisz je do piersi…

– Wtajemniczycie nas w swoją rozmowę? – rzuca Debbie w naszą stronę.

– Rozmawiałyśmy o markerach do podpisywania pojemników – kłamię jak z nut. – Właśnie poprosiłam Terri, żeby mi je zamówiła.

– Dziwne – wtrąca Ben ze złośliwym błyskiem w oczach. – Mógłbym przysiąc, że Terri wspomniała o Chrisie Hemsworcie.

Wyobrażam sobie, jak ciskam w niego butem przez stół – Ben dostaje obcasem, krzyczy z bólu, a ja triumfuję przez krótką chwilę, zanim dociera do mnie, że zrobiłam to na oczach najbardziej uwielbiających się procesować ludzi w całym LA.

Na szczęście zanim zdołam popełnić jakieś głupstwo, do pomieszczenia wkracza Arvin Fields, partner zarządzający. Arvin ma z milion lat, ale nie wykazuje żadnych chęci, by przejść na emeryturę, choć i tak jest młodszy od McGoverna, który prawdopodobnie głosował na Johna Adamsa podczas w trzecich wyborów prezydenckich w naszym kraju.

– Jak już wiecie, nadchodzą zmiany – zaczyna niemiłosiernie powoli, co nie wynika wcale z podeszłego wieku, lecz służy raczej budowaniu w nas napięcia. Lubi, kiedy przypominamy rój wściekłych os walczących o dominację i żądlących wszystko, co tylko spotykają na swojej drodze.

Dlatego Ben i ja doskonale się tu odnaleźliśmy. Już wcześniej byliśmy jak wściekłe osy.

– Pod koniec tego roku dwóch naszych partnerów przejdzie na emeryturę.

Prostuję się na krześle.

– Liczymy, że jedno z was zajmie ich miejsce.

Podnoszę gwałtownie głowę.

– Jedno? – pytam ostrzejszym tonem, niżbym chciała.

– Tylko jedno. W ciągu ostatniej dekady wykonywaliśmy znacznie mniej pracy w niektórych sektorach niż wcześniej i odbiło się to na naszych zyskach. Będziemy się wam bacznie przyglądać tej zimy. Niech zwycięży najlepszy. Lub najlepsza.

Czuję się, jakby ktoś właśnie przebił mi płuca i nagle uszło z nich całe powietrze. Zasługuję na awans na partnerkę, ale zamiast po prostu mi go przyznać, urządzają z tego pieprzone zawody. A Ben na pewno się postara, żebym je przegrała.

Zerkam na telefon wibrujący mi na kolanach.

BEN: O nie :-( Przykro mi z powodu złych wieści.

Boże, ależ ja go nienawidzę! Znalazł mój numer w firmowym katalogu danych. Dotychczas używał go tylko po to, żeby mi dokuczać. A ja się mu odwdzięczałam.

JA: Złe wieści? Dla kogo?

BEN: Myślałem, że to oczywiste. Ale zabawnie będzie cię oglądać przez te kilka miesięcy.

JA: Tutaj standardy są dość niskie. O ile nie przyłapią mnie w łazience z mężem klientki, powinno być dobrze.

Ben zaliczył pewien incydent na swoim pierwszym świątecznym przyjęciu w FMG, podczas którego został przyłapany z pijaną żoną klienta. Nigdy nie widziałam go tak zawstydzonego jak wtedy.

Dlatego nawiązuję do tamtego zdarzenia, kiedy tylko mogę.

Diabeł w mojej piersi chichocze maniakalnie, kiedy Ben odczytuje wiadomość. Nie dopiekłam mu jednak najwyraźniej aż tak, jak zamierzałam, bo odchyla się na krześle z nonszalanckim uśmiechem na swoich pełnych ustach, a jego oczy błyszczą zza absurdalnie grubych rzęs.

BEN: Wyjątkowo często o tym wspominasz. Jakbyś żałowała, że to nie byłaś ty.

Czuję mrowienie na szyi, jakby wyszeptał mi te słowa do ucha głosem miękkim jak aksamit i mrocznym jak grób. Odwracam telefon ekranem w dół, kończąc tym samym rozmowę. Zastanawiam się, czy nie powinnam tego zgłosić, ale analizując naszą wymianę wiadomości, szybko zdaję sobie sprawę, że mnie też nie postawiłaby ona w dobrym świetle.

Nieważne.

Niedługo zostanę pierwszą partnerką FMG i zacznę miażdżyć swoimi bardzo drogimi obcasami wszystkich tych zarozumiałych chłopców. Począwszy od Bena Tate’a.3

Mój ojciec dzwoni do mnie częściej, niżbym chciała. Niestety nie rezygnuje z prób skontaktowania się ze mną, chociaż wolałabym, żeby zniknął z powierzchni ziemi. To człowiek niezdolny do bezinteresowności – jeżeli w ogóle nawiązuje z kimś kontakt, to dlatego, że czegoś chce. Jeśli obdarzy kogoś prezentem, uśmiechem czy komplementem, na pewno w zamian poprosi o znacznie więcej.

Uparcie domaga się mojego czasu i uwagi. Nie robi tego jednak z miłości – to po prostu jego wrodzona potrzeba wygrywania za wszelką cenę. Nie wystarczył mu rozwód z mamą prawie piętnaście lat temu, podczas którego zabrał jej wszystko z wyjątkiem opieki nad mną, a potem wrócił i to też jej odebrał. Nadal mu mało.

Mam dwadzieścia dziewięć lat – to o wiele za dużo, żeby nadal być pionkiem w jego grze, ale on wciąż oferuje mi luksusowe wakacje w urodziny mamy lub w Dzień Matki, licząc na to, że uda mu się ją zranić, a kiedy zwracam mu na to uwagę, twierdzi, że to tylko niewinny zbieg okoliczności. Kiedy byłam młodsza, powiedział, że zapłaci za moje studia, pod warunkiem że spędzę lato z nim i jego nową żoną na wyspie Nantucket. Studia prawnicze? Jasne. Ale musiałabym dać mu w zamian wszystkie Święta Dziękczynienia i ferie zimowe.

Czerpię złośliwą przyjemność z faktu, że jestem jedyną osobą na świecie, której nie może kupić.

– Powiedz mu, że nie mam czasu – mówię do Terri, kiedy ojciec znów do mnie dzwoni.

Moja asystentka wzdycha ciężko, jak to ma w zwyczaju, kiedy chce dać mi do zrozumienia, że nie aprobuje ignorowania rodzica, nawet jeśli tenże rodzic jest dupkiem.

– Porozmawiaj z nim, Gemmo. Dzwonił już tyle razy, że nawet ja zaczynam mu współczuć.

Uwielbiam Terri, ale czasem wolałabym, żeby była na tyle zajęta pracą zleconą jej przez innych współpracowników, że nie miałaby czasu na wytykanie mi mojego dziecinnego i nieodpowiedzialnego zachowania.

Jęczę w duchu, wciskam przycisk głośnika i mówię grzecznym, ale pozbawionym jakichkolwiek emocji głosem:

– Cześć, tato.

– Ostatnio nie mogę się z tobą skontaktować. FMG pewnie zawala cię pracą.

– To prawda. – Odwracam się do laptopa i zaczynam usuwać spam z poczty.

– Zostałaś już partnerką?

Jego wyczucie czasu jest bez zarzutu.

– Dopiero za kilka miesięcy.

– Wiesz, że gdybyś zatrudniła się w mojej firmie, już dawno byś nią była. Do tej pory zostałabyś partnerką kapitałową.

– Tak, wspominałeś o tym. Wielokrotnie.

Nie zawsze przepadam za pracą, którą wykonuję w FMG, ale na pewno nienawidziłabym pracy wykonywanej dla mojego ojca. Wątpię, żeby jego firma choć raz opowiedziała się po słusznej stronie.

– Skoro już mówimy o pracy… – kontynuuje ojciec. – Myślałem o przekazaniu darowizny na tę organizację charytatywną, którą tak lubisz. Tę babską od przemocy domowej.

Jakże hojny gest, tato, przekazać pieniądze na cele charytatywne fundacji, której nazwy nawet nie znasz. Na pewno nie masz w tym żadnego ukrytego interesu.

– Fundusz Obrony Kobiet.

– Myślisz, że pięćdziesiąt tysięcy wystarczy? Jeśli tak, urządziłbym małe przyjęcie, żeby to uczcić. A ponieważ zainspirowałaś mnie do przekazania tej darowizny swoją pracą, chciałbym, żebyś się na nim zjawiła.

Pięćdziesiąt tysięcy na cele charytatywne za kilka godzin mojego czasu – zabrzmiało to całkiem nieźle. Tak jakby nic więcej ode mnie już za to nie chciał. Niestety z moim ojcem nigdy tak nie jest. Jeśli teraz się zgodzę, to nawet się nie obejrzę, jak zaangażuje mnie w inne wydarzenia, a któreś z nich na pewno będzie miało miejsce w Boże Narodzenie gdzieś daleko od mamy. Z ojcem zawsze jest jakiś haczyk.

– W takim razie daj mi znać, kiedy chcesz je urządzić. Jestem bardzo zajęta.

– Myślałem o lutym – mówi. – Może połączymy to z urodzinami Stephani.

Moja irytacja zamienia się teraz w pulsującą wściekłość. Stephani to jego żona, z którą zdradził moją matkę – ta, która teraz mieszka w domu mamy.

Wygląda na to, że jest gotów zapłacić pięćdziesiąt tysięcy za mój przyjazd na urodziny Stephani. Zapewne chce, żeby „The Washingtonian” i „Town and Country” pokazały nas razem jako szczęśliwą rodzinę, a on już z pewnością zadba o to, żeby prasa nazwała mnie ich córką, nie wspominając ani słowem o matce, jakby nigdy nie istniała.

– W takim razie zdecydowanie nie jestem dostępna, tato – odpowiadam. – Muszę już kończyć.

Rozłączam się i wyglądam przez okno, próbując zobaczyć LA oczami siebie sprzed dziewięciu lat, kiedy to miasto wydawało mi się nowym początkiem i szansą na ucieczkę od rodzinnego chaosu. Byłam wtedy kimś zupełnie innym niż teraz – uśmiechałam się, gdy czułam słońce na twarzy, i miałam wielkie marzenia. Czy nadal byłabym tamtą Gemmą, gdybym nie pracowała w Stadlerze podczas studiów? I kim bym była, gdyby udało mi się tam zostać?

To pytanie nie ma chyba sensu, skoro zostanie tam i tak nie wchodziło w grę.

A jednak tęsknię za innymi wersjami siebie.

PO POŁUDNIU FIELDS zaprasza mnie do swojego biura, a Terri zbyt wiele się po tym spodziewa. Kierownictwo nie rozdaje tu niczego za darmo – partnerstwa, premii ani pochwał. Gdyby to zależało od nich, płaciliby nam pięciocentówkami – rzucaliby je nam pod nogi, podczas gdy my tańczylibyśmy, jak nam zagrają. A skoro Fields nie ogłosił mojego awansu na spotkaniu, to na pewno nie zrobi tego prywatnie.

Idę długim korytarzem do jego narożnego biura ze wspaniałym widokiem na centrum LA, ale zatrzymuję się nagle, kiedy zauważam, że Ben Tate już tam jest. Jeśli Ben i ja zostaliśmy wezwani do biura Fieldsa w tym samym czasie, to znaczy, że jedno z nas zostanie zbesztane i tym razem prawdopodobnie będą to ja. To prawda, że podjudzałam ostatnio ludzi do nazywania Bena grabarzem, ale jeśli nie życzył sobie niestosownych przezwisk, nie powinien był zmuszać byłej żony klienta do pokrycia kosztów jego pogrzebu.

Przyklejam uśmiech do twarzy i podchodzę do wolnego krzesła. Zamierzam zbyć to wszystko śmiechem, przeprosić, a potem zadbać o to, aby pracownik, który mnie wydał, pożałował, że mnie w ogóle poznał.

Zresztą już i tak większość z nich tego żałuje.

Ben i ja patrzymy na siebie spod byka. Odsuwam krzesło nieco dalej od niego.

– I co ja mam z wami zrobić? – pyta Fields, wodząc między nami wzrokiem. – Zawsze wyglądacie, jakbyście mieli zaraz zacząć walkę na noże.

– Właściwie to Gemma jest taka ze wszystkimi – zauważa Ben z tym swoim promiennym uśmiechem.

– _Au contraire_ – odpowiadam. – Cieszę się, że cię tu widzę, bo to oznacza, że nie doprowadzisz w tym czasie do eksmisji bezdomnej matki ze schroniska.

– To nie było specjalnie – warczy.

– Hm. – Uśmiecham się, wielce zadowolona z jego irytacji.

– W każdym razie… – wzdycha Fields, który z pewnością z sentymentem wspomina dni, kiedy można było nazwać pyskatą kobietę wiedźmą i utopić ją w rzece. – Jak już wspomniałem Benowi, złożono przeciwko Fiducii pozew w związku z dyskryminacją ze względu na płeć. To może być dla nas bardzo lukratywne zlecenie.

Prostuję się nieco na krześle. Pozew przeciwko Fiducii – znanej firmie inwestycyjno-kapitałowej, która ciągle głosi hasła o różnorodności i równości w miejscu pracy – to naprawdę wielka sprawa, która przyciągnie uwagę mediów. Tego właśnie teraz potrzebuję. Moim długoterminowym celem jest praktykowanie wyłącznie prawa rodzinnego, ale potrzebuję wyrobić sobie nazwisko. Walter, mój ulubiony klient korporacyjny, daje mi wystarczająco dużo zleceń, abym sobie na to zapracowała, ale nie miałabym nic przeciwko, żeby skorzystać z drogi na skróty, a głośny pozew o dyskryminację na pewno by mi ją zapewnił. Poza tym jeśli wygram, nie będą już mieli innego wyboru, jak uczynić ze mnie partnerkę.

– Powódka, Margaret Lawson, ma pięćdziesiąt cztery lata i pracowała dla Fiducii przez ponad dziesięć lat. Nie dostała awansu dziewięć lat z rzędu i gdy tylko się na to poskarżyła, została zwolniona.

Ta sprawa brzmi coraz lepiej. Jestem gotowa zatańczyć na biurku Fieldsa, żeby tylko ją dostać. Nie pogniewałabym się nawet, gdyby rzucał mi monety pod stopy. Będę walczyła z Benem o tę szansę na śmierć i życie – gdyby miał w tej walce zginąć, to jeszcze lepiej.

– Chciałbym, żebyście pracowali nad tym razem – kończy Arvin, a mi opadają ramiona na te słowa. – Miałaś już do czynienia ze sprawami o dyskryminację, a Ben jest ekspertem w negocjowaniu ugód.

– Razem?

Ben, złodziej klientów i pogromca bezdomnych matek, jest ostatnią osobą, z którą chciałabym pracować, i nie sądzę, żeby kiedykolwiek zajmował się tego rodzaju sprawami, więc dlaczego, do cholery, miałabym mu teraz podlegać? Na pewno zmusi mnie do wykonania całej pracy i przypisze sobie wszystkie zasługi.

– Nie mamy wyboru, bojowniczko – mówi Ben z westchnieniem, pocierając dłonią swoją niedorzecznie przystojną twarz. Najwyraźniej on też nie ma najmniejszych chęci ze mną współpracować. W ciągu tych dwóch lat w FMG nigdy nie zaangażował mnie do żadnej sprawy, którą prowadził. – Nie wiemy jeszcze, czy coś z tego wyjdzie. Najpierw musimy z nią porozmawiać.

Bez wątpienia znajdzie sposób, żeby mnie przechytrzyć, ale nie mogę przecież zrezygnować z takiej szansy.

Wychodzę z biura Fieldsa na chwiejnych nogach i wciąż w lekkim szoku zerkam na swoje stopy, żeby sprawdzić, czy faktycznie mam na sobie swoje szczęśliwe buty.

Mam. Najwyraźniej przestały mi już przynosić szczęście.

SŁOŃCE JUŻ DAWNO ZASZŁO, a ja jestem dopiero w połowie opracowania porozumienia rodzicielskiego co do opieki nad dziećmi, kiedy w drzwiach mojego biura staje Ben.

– Puk, puk – mówi.

– Zdajesz sobie sprawę, że samo pukanie wystarczy? Nie musisz przy tym mówić „puk, puk”. – Unoszę brew.

– Powiedziałem to tylko, żeby cię zdenerwować. – Opiera się o framugę drzwi.

– Nie trzeba było się aż tak wysilać. – Otwieram nowy dokument na laptopie. – Drażni mnie już sam fakt, że tu stoisz.

Siada na krześle po drugiej stronie mojego biurka, chociaż nie zaprosiłam go do środka.

– Gemmo… – zaczyna niedorzecznie niskim, szorstkim, a zarazem aksamitnym głosem. To głos stworzony do wydawania rozkazów w sypialni. Taki, któremu nie możesz się oprzeć. Spoglądam na niego niechętnie. – Chciałbym, żebyśmy byli w stanie współpracować. To może być naprawdę ważna sprawa. Muszę mieć pewność, że dasz z siebie wszystko bez względu na to, jak bardzo nienawidzisz mnie lub po prostu wszystkich mężczyzn.

Chcę zaprotestować, bo wcale nie nienawidzę wszystkich mężczyzn, ale nie robię tego, bo chyba nie mogłabym tego przysiąc. Wygląda na to, że może mieć trochę racji.

– Zawsze daję z siebie wszystko. Ale nie powiem tej kobiecie tego, co chce usłyszeć, ani nie namówię jej do przyjęcia jakiejś nędznej ugody tylko po to, abyś mógł zaliczyć wygraną.

– Myślisz, że tak bym postąpił? – Jego nozdrza się rozszerzają.

Dokuczałam już Benowi na różne sposoby, ale to wydaje się jego szczególnie wrażliwym punktem.

– Widziałam cię w sądzie. O ile pamiętam, potrafisz sobie usprawiedliwić różne rzeczy, byleby tylko wygrać.

– Dokładnie tak jak ty – odpowiada, zgrzytając zębami. – Jedyna różnica polega na tym, że ja jestem gotów to przyznać.

Patrzymy na siebie ponuro przez chwilę, a potem potrząsa głową i wstaje. Kiedy wychodzi, po jego napiętych szerokich ramionach domyślam się, że go rozczarowałam. Wcześniej był mną zirytowany, ale nigdy rozczarowany.

Dziwne, że tak niekomfortowo się z tym czuję.5

Jakimś cudem nadal zachowałam romantyczne serce. Zalewam się łzami podczas świątecznych reklam, w których znikają podziały rasowe, a małe dzieci nawiązują więzi z samotnymi staruszkami. Mam tablicę na Pintereście z moim wymarzonym domem i obmyśliłam nawet, jak dokładnie oświadczy mi się w Islandii mój przyszły mąż. Oczywiście zrobi to w niespodziewanym momencie, w akompaniamencie chórku dziecięcego, którego wcześniej nie zauważę, a który zaśpiewa _All You Need Is Love_, na niebie zaś niespodziewanie pojawi się zorza polarna.

To wszystko przez to, że razem z mamą obejrzałyśmy niemal wszystkie filmy Hallmarku, jakie kiedykolwiek nakręcono. Chociaż dziewięćdziesiąt procent z nich ma prawie identyczną mizoginistyczną fabułę – skupiona na karierze kobieta z wielkiego miasta zostaje wybawiona od samej siebie przez seksownego faceta z małego miasteczka, gdzie ostatecznie znajduje sobie bardziej tradycyjne kobiece zajęcie (pieczenie, macierzyństwo lub prowadzenie hostelu) – to pochłaniam jeden za drugim, gdy odwiedzam rodzinny dom.

– Co dzisiaj oglądasz? – pytam mamę, kiedy odbiera telefon. Jest czwartek, godzina dwudziesta. Jadę właśnie na spotkanie z potencjalnym klientem, ale u mamy jest już dwudziesta trzecia i właśnie odpoczywa po drugiej zmianie. Żadna z nas nie ma obecnie życia jak z filmu Hallmarku.

– On jest właścicielem pensjonatu, a ona…

– Utknęła tam, bo samochód się jej zepsuł? – zgaduję, wyjeżdżając z garażu. Ktokolwiek pisze scenariusze do tych filmów, najwyraźniej uważa, że nie da się wyjechać z miasta i uniknąć awarii samochodu lub zderzenia z jeleniem.

– Nie, właściwie to przyjechała go wykupić.

– Ach, oczywiście. Reprezentuje bezduszną korporację, która planuje zniszczyć uroki małego miasteczka, czyniąc z niego miejscowość turystyczną, a on udowodni jej, że to zły pomysł, odwiedzie ją od niego i wyleczy jej zranione serce.

Mama się śmieje.

– Wygląda na to, że właśnie w tę stronę to zmierza. Skoro już mowa o bezdusznych prawnikach, to jak ci idzie ze złodziejem klientów?

Mama podobnie jak ja nie jest wielbicielką Bena, ale nie ma w tym nic dziwnego – wie o nim tylko to, co sama jej przekazałam.

Wydaję z siebie cichy jęk, zjeżdżając z Fairfax na Sunset, i trąbię na jakieś durne dzieciaki stojące na środku drogi.

– Na razie jeszcze nie zrobił nic złego. Ale dopiero co się spotkaliśmy z klientką. Daj mu trochę czasu.

– Gdyby to był film, kazałby ci pracować w Boże Narodzenie pod groźbą zwolnienia i wysłał do uroczego ośrodka narciarskiego na spotkanie z nieziemsko przystojnym klientem.

Groźba zwolnienia z powodu odmowy pracy w Boże Narodzenie brzmi całkiem prawdopodobnie, ale partnerzy z mojej firmy zachowują najlepsze cele turystyczne dla siebie.

– _À propos_ świąt… – zaczynam. – Jakie masz plany na Święto Dziękczynienia?

Mamy nie stać na zbyt wiele, przez co takie rozmowy muszę z nią przeprowadzać bardzo ostrożnie. Kiedyś myślałam, że będę mogła jej pomóc, gdy tylko spłacę swoje studenckie pożyczki, ale ona konsekwentnie odmawia przyjęcia ode mnie jakiegokolwiek sensownego wsparcia. Rozpłakała się, kiedy kupiłam jej samochód, i nie były to bynajmniej łzy szczęścia. Powiedziała, że patrząc na to auto, za każdym razem myślałaby tylko o tym, że jej własna córka uważa ją za osobę godną politowania, więc w końcu się poddałam i je zwróciłam.

Od tego czasu bardzo uważam, żeby nie zranić jej uczuć. Teraz już wiem, że z radością przyjmie książkę w twardej oprawie, choć nie pierwsze wydanie. Wełniany sweter też jest w porządku, ale nie płaszcz firmy Canada Goose. Zwykle nie sprzeciwia się, gdy kupuję coś dla nas obu albo przywożę jej jakąś pamiątkę z wycieczki. Nadal wierzy, że przywiozłam nam po parze śniegowców wysokiej jakości z wyprawy na narty ze znajomymi, podczas gdy tak naprawdę znalazłam je w internecie i kupiłam tylko z myślą o niej. Tak samo jak miękki kaszmirowy koc, wyściełane owczą wełną kapcie i niedorzecznie drogi krem do twarzy.

Nie sposób jej jednak okłamać w sprawie biletów lotniczych. Mam teraz więcej pieniędzy niż czasu i byłoby mi znacznie łatwiej, gdyby to ona do mnie przyleciała, ale i tak zawsze jej ulegam.

– Mogę ci kupić bilet do LA albo przylecieć do ciebie – proponuję. – Moja kuchnia jest do bani, ale jest tu kilka świetnych restauracji, gdzie można zamówić świąteczną kolację na wynos. Mogłybyśmy też zjeść coś na miejscu.

– Och, kochanie. Tak mi przykro. Pracuję teraz w handlu detalicznym. I tak nie dostałabym całego weekendu wolnego, więc wzięłam w Święto Dziękczynienia zmianę w barze. Po prostu założyłam, że się nie zobaczymy. Masz tyle pracy i tylu przyjaciół.

Wsuwam palec pod kołnierzyk bluzki. Możliwe, że trochę przesadziłam z opowieściami o tym, jak bardzo jestem zajęta. Trudno. Dawno, dawno temu matka organizowała wspaniałe kolacje dla dwudziestu osób w każde Święto Dziękczynienia, a teraz nie będzie go nawet świętować. Była idealną żoną i do czego ją to doprowadziło? Tkwi samotnie w gównianym mieszkaniu i pracuje na dwóch etatach.

– W takim razie przyjadę na Boże Narodzenie. Tylko daj znać, jak twój grafik.

– Mogłabyś odwiedzić ojca – sugeruje ostrożnie. – Na pewno bardzo chciałby się z tobą zobaczyć.

Krzywię się na te słowa. Nie mam pojęcia, jak może być tak wielkoduszna, ale to cecha, której zdecydowanie po niej nie odziedziczyłam… Na szczęście. O ile wiem, skupianie się na tym, co w ludziach najlepsze, i wybaczanie im wszystkich najgorszych zachowań żadnej kobiecie nie przyniosło jeszcze nic dobrego.

– Pomyślę o tym, mamo – odpowiadam, co jest grzeczną wersją: „Po moim i jego trupie” i ona doskonale o tym wie.

Rozłączam się, znajduję miejsce parkingowe i przygotowuję się mentalnie na ostatnie i najbardziej nieprzyjemne zadanie tego dnia: spotkanie z potencjalnym klientem na życzenie Fieldsa.

_Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji_
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: