Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Drood - ebook

Wydawnictwo:
Data wydania:
27 kwietnia 2022
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Discount ico

Oglądasz promocyjny produkt. Pospiesz się, aby nie przegapić najlepszej ceny!

Czytaj fragment
Pobierz fragment
PROMOCJA
Discount ico

Oglądasz promocyjny produkt. Pospiesz się, aby nie przegapić najlepszej ceny!

4390 pkt
punktów Virtualo

Drood - ebook

9 czerwca 1865 roku Charles Dickens – najsłynniejszy i najpopularniejszy powieściopisarz na świecie, będący u szczytu sławy i zdolności twórczych – jadąc pociągiem do Londynu w towarzystwie swojej potajemnej kochanki, przeżył katastrofę kolejową, która na zawsze zmieniła jego życie. Czy po tym wypadku zaczął prowadzić mroczne podwójne życie? Czy conocne eskapady do najohydniejszych londyńskich slumsów i nasilająca się obsesja na punkcie ukrytego przed światem podziemnego Londynu, trupów, grobowców, morderstw, palarni opium i rozpuszczania zwłok w dołach z wapnem były tylko przejawem zwykłej pisarskiej ciekawości, czy jednak czymś znacznie bardziej przerażającym?

Podobnie jak w Terrorze, Dan Simmons w sposób nienaganny sięga po prawdziwą historię, by na jej bazie snuć fantastycznie wciągającą i budzącą grozę opowieść. Oparty na faktach z życia Charlesa Dickensa i opowiedziany przez Wilkiego Collinsa (przyjaciela Dickensa, częstego współpracownika, a także potajemnego rywala kojarzącego się z mozartowskim Salierim) Drood zgłębia nierozwikłane tajemnice ostatnich lat życia pisarza, a także, być może, odsłania sekret ostatniego, niedokończonego dzieła Dickensa, Tajemnicy Edwina Drooda. Mrożący krew w żyłach, niedający się zapomnieć i absolutnie oryginalny – Drood to Dan Simmons w szczytowej formie.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-67023-82-5
Rozmiar pliku: 2,7 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZ­DZIAŁ 1

Nazy­wam się Wil­kie Col­lins, spo­dzie­wam się jed­nak, że moje nazwi­sko, Drogi Czy­tel­niku, nie­wiele Ci mówi, ponie­waż zamie­rzam odwlec publi­ka­cję niniej­szego doku­mentu do czasu, gdy od mojej śmierci minie co naj­mniej wiek i ćwierć. Nie­któ­rzy zarzu­cają mi skłon­ność do hazardu – i mają cał­ko­witą rację, dla­tego idę o zakład, że nie czy­ta­łeś ani nie widzia­łeś żad­nej mojej powie­ści ani sztuki. Może Wy, Bry­tyj­czycy i Ame­ry­ka­nie, w odle­głej o sto dwa­dzie­ścia pięć lat przy­szło­ści w ogóle nie mówi­cie po angiel­sku. Może ubie­ra­cie się jak Hoten­toci, miesz­ka­cie w jaski­niach oświe­tlo­nych lam­pami gazo­wymi, podró­żu­je­cie balo­nami i poro­zu­mie­wa­cie się za pomocą prze­sy­ła­nych tele­gra­fem myśli, któ­rym nie prze­szka­dza żaden język, mówiony ani pisany.

Zara­zem był­bym jed­nak gotowy posta­wić cały swój obecny mają­tek (jaki by tam był) oraz wszel­kie przy­szłe tan­tiemy (jakie­kol­wiek będą) na twier­dze­nie, że z całą pew­no­ścią znasz nazwi­sko, twór­czość lite­racką i boha­te­rów powie­ści mojego przy­ja­ciela i daw­nego współ­pra­cow­nika, nie­ja­kiego Char­lesa Dic­kensa.

Będzie to więc praw­dziwa opo­wieść o moim przy­ja­cielu (a w każ­dym razie czło­wieku, który kie­dyś był moim przy­ja­cie­lem) Char­le­sie Dic­ken­sie i wypadku w oko­licy Sta­ple­hurst, w któ­rym postra­dał zdro­wie, spo­kój ducha, oraz, jak nie­któ­rzy powta­rzają szep­tem, zdrowe zmy­sły; opo­wieść o ostat­nich pię­ciu latach z życia Char­lesa, które prze­żył drę­czony nasi­la­jącą się obse­sją na punk­cie czło­wieka – o ile fak­tycz­nie był to czło­wiek – nazwi­skiem Drood, a także na tle mor­derstw, śmierci, gro­bów, mesme­ry­zmu, opium, duchów oraz ulic i zauł­ków wypeł­nio­nych czarną żół­cią trzewi Lon­dynu, o któ­rych naj­chęt­niej mawiał „mój Babi­lon” lub „Wielki Piec”. W tym ręko­pi­sie (który, jak już wspo­mnia­łem, ze wzglę­dów for­mal­nych i hono­ro­wych zamie­rzam opie­czę­to­wać i ukryć przed wzro­kiem wszyst­kich do czasu, gdy od śmierci mojej i Char­lesa upły­nie z górą sto lat) odpo­wiem na pyta­nia, które, jak mnie­mam, nikomu z naszych współ­cze­snych nie przy­szłyby nawet do głowy: Czy sławny, uwiel­biany i czci­godny Char­les Dic­kens pla­no­wał zamor­do­wa­nie nie­win­nego czło­wieka, roz­pusz­cze­nie zwłok w dole wypeł­nio­nym żrą­cym wap­nem, a następ­nie pota­jemne pocho­wa­nie szcząt­ków (czyli samych kości i czaszki) w kryp­cie pra­sta­rej kate­dry, która ode­grała ważną rolę w jego dzie­ciń­stwie? Czy zamie­rzał zebrać wszyst­kie dro­bia­zgi oso­bi­ste nie­szczę­snej ofiary – oku­lary, pier­ście­nie, szpilki do kra­wata, spinki do koszuli i zega­rek kie­szon­kowy – i wyrzu­cić je do Tamizy? Jeżeli naprawdę tak było (a nawet jeśli Dic­kens tylko śnił o reali­za­cji tego nie­cnego planu), jaką rolę w naro­dzi­nach jego obłędu ode­grało nad­zwy­czaj rze­czy­wi­ste widmo imie­niem Drood?

***

Dniem tra­ge­dii Dic­kensa był dzie­wiąty czerwca 1865 roku. Loko­mo­tywa wio­ząca jego suk­ces, spo­kój ducha, zdrowe zmy­sły, ręko­pis oraz kochankę zmie­rzała wów­czas – cał­kiem dosłow­nie – wprost w stronę wyrwy w torze i prze­ra­ża­ją­cej kata­strofy.

Nie mam poję­cia, czy Wy, Dro­dzy Czy­tel­nicy, żyjący w tak odle­głej przy­szło­ści, wciąż zapi­su­je­cie lub wspo­mi­na­cie dawne dzieje (być może, wyrze­kli­ście się Hero­dota i Tuki­dy­desa i na wieki utkwi­li­ście w roku zero­wym), jeśli jed­nak prze­trwało do Waszych cza­sów jakie­kol­wiek, choćby naj­wą­tlej­sze poczu­cie wagi histo­rii, z pew­no­ścią przy­po­mi­na­cie sobie donio­słe wyda­rze­nia z roku, który w naszej rachu­bie nazwa­li­śmy Anno Domini 1865. Nie­które z nich, takie jak zakoń­cze­nie bra­to­bój­czej pożogi w Ame­ryce, wielu miesz­kań­ców Anglii uwa­żało za dra­ma­tyczne i inte­re­su­jące. Char­les Dic­kens się do tych ludzi nie zali­czał. Mimo wiel­kiego zain­te­re­so­wa­nia Ame­ryką – odwie­dził ją, pisał o niej (nie­zbyt pochleb­nie, trzeba przy­znać), a następ­nie wal­czył zaja­dle o odszko­do­wa­nie za nie­le­galne wyda­nia jego ksią­żek w cha­otycz­nym światku daw­nych kolo­nii, który za nic miał sobie prawa autor­skie – nie­spe­cjal­nie cie­ka­wiła go wojna mię­dzy jakąś odle­głą Pół­nocą i jesz­cze odle­glej­szym Połu­dniem. Jed­nakże w roku 1865 – roku tra­ge­dii pod Sta­ple­hurst – miał wszel­kie powody do zado­wo­le­nia z tego, jak poto­czyły się jego oso­bi­ste dzieje.

Mój przy­ja­ciel był naj­po­pu­lar­niej­szym powie­ścio­pi­sa­rzem w Anglii, a kto wie, czy nie na świe­cie. Wielu Angli­ków i Ame­ry­ka­nów uwa­żało go za naj­wy­bit­niej­szego pisa­rza wszech cza­sów, wyłą­cza­jąc Sha­ke­spe­are’a oraz, być może, Chau­cera i Keatsa. Ja, rzecz jasna, zda­wa­łem sobie sprawę, że to bzdura, lecz – jak to mówią (lub mawiali) – popu­lar­ność rodzi popu­lar­ność. Widzia­łem Char­lesa Dic­kensa, jak ze spodniami opusz­czo­nymi do kostek sie­dział w wiej­skiej wygódce bez drzwi i beczał jak zbłą­kana owca, bła­ga­jąc o kawa­łek papieru do pod­tar­cia tyłka, musi­cie mi więc wyba­czyć, jeśli ten obraz jest dla mnie bar­dziej auten­tyczny niż wizja „naj­więk­szego pisa­rza w dzie­jach ludz­ko­ści”.

Ale tam­tego czerw­co­wego dnia w 1865 roku Dic­kens naprawdę miał powody do satys­fak­cji.

Sie­dem lat wcze­śniej roz­stał się z żoną, Cathe­rine, która naj­wi­docz­niej ura­ziła go tym, że przez dwa­dzie­ścia dwa lata mał­żeń­stwa bez słowa skargi uro­dziła mu dzie­się­cioro dzieci, prze­żyła po dro­dze kilka poro­nień i przez cały ten czas cier­pli­wie zno­siła jego uty­ski­wa­nia i zaspo­ka­jała wszel­kie kaprysy. Zaskar­biła sobie tym jego sym­pa­tię do tego stop­nia, że w 1865 roku na wiej­skiej prze­chadzce, pod­czas któ­rej osą­czy­li­śmy kilka bute­lek miej­sco­wego wina, Dic­kens opi­sał mi ją nastę­pu­ją­cymi sło­wami:

– Jest mi bar­dzo droga, Wil­kie, bar­dzo, naprawdę, ale… Ogól­nie rzecz bio­rąc, jest raczej po kro­wiemu gamo­nio­wata niż cza­ru­jąca, raczej ocię­żała niż jakoś wybit­nie kobieca… Jak mętna alche­miczna esen­cja umy­sło­wej nie­zbor­no­ści, usta­wicz­nej nie­kom­pe­ten­cji, śla­ma­zar­nej ospa­ło­ści i pogrą­żo­nego w samo­za­do­wo­le­niu nie­rób­stwa; gęsta breja, którą tylko uża­la­nie się nad sobą może wzbu­rzyć.

Wąt­pię, by pamię­tał, że mi to powie­dział, ja jed­nak nie zapo­mnia­łem jego słów.

Tak się zło­żyło, że bia­do­le­nie Cathe­rine stało się gwoź­dziem do jej trumny, jeśli wolno mi użyć tak potocz­nego okre­śle­nia. Wszystko wska­zuje na to (nie, wcale nie, nie ma żad­nego „wska­zuje”: prze­cież byłem przy tym, widzia­łem, jak oso­bi­ście nabył tę prze­klętą bły­skotkę), że po pre­mie­rze _Zamar­z­nię­tej otchłani_ Dic­kens spre­zen­to­wał aktorce Ellen Ter­nan kosz­towną bran­so­letkę, którą ten dureń jubi­ler kazał dostar­czyć do Tavi­stock House, czyli jego lon­dyń­skiego domu, zamiast wprost do miesz­ka­nia panny Ter­nan. Na tę pomyłkę Cathe­rine zare­ago­wała smęt­nym bia­do­le­niem i pory­ki­wa­niem, które prze­ciętna krowa roz­wle­kłaby zapewne na kilka tygo­dni. Nie chciała uwie­rzyć, że bran­so­letka jest po pro­stu dowo­dem cał­ko­wi­cie nie­win­nego podziwu jej męża dla aktorki, która tak cudow­nie (a moim zda­niem – led­wie zado­wa­la­jąco) ode­grała rolę Clary Burn­ham, uko­cha­nej głów­nego boha­tera w naszej… to zna­czy, w mojej sztuce o nie­odwza­jem­nio­nej miło­ści w Ark­tyce.

Prawdą jest, że – jak tłu­ma­czył to głę­boko ura­żo­nej żonie w 1858 roku – miał w zwy­czaju hoj­nie obda­ro­wy­wać swo­ich współ­pra­cow­ni­ków z licz­nych wystę­pów w teatrach ama­tor­skich. Od czasu wysta­wie­nia _Zamar­z­nię­tej otchłani_ zdą­żył roz­dać człon­kom ekipy już kilka bran­so­le­tek i wisior­ków, jeden zega­rek i jeden zestaw nie­bie­sko ema­lio­wa­nych spi­nek do koszuli.

Tyle że w tam­tych obda­ro­wa­nych się nie pod­ko­chi­wał, a w mło­dej Ellen Ter­nan i ow­szem. Wie­dzia­łem o tym ja, wie­działa Cathe­rine Dic­kens… trudno powie­dzieć, czy wie­dział sam Dic­kens: był tak prze­ko­nu­ją­cym twórcą fik­cji lite­rac­kiej (a przy tym jed­nym z naj­bar­dziej zadu­fa­nych w sobie ludzi, jacy kie­dy­kol­wiek stą­pali po Ziemi), że wąt­pię, by kie­dy­kol­wiek ana­li­zo­wał czy kwe­stio­no­wał kie­ru­jące nim głę­boko ukryte motywy – chyba że były czy­ste jak źró­dlana woda.

W tym wypadku to wła­śnie on wpadł w szał i, rycząc wście­kle na łatwo dającą się zastra­szyć mał­żonkę, zarzu­cił jej, że te oskar­że­nia są plamą na hono­rze nie­ska­la­nie czy­stej i będą­cej ist­nym wcie­le­niem dosko­na­ło­ści Ellen Ter­nan. Jego emo­cjo­nalne, roman­tyczne i – tak, tak, nie waham się użyć tego słowa – ero­tyczne fan­ta­zje zawsze kon­cen­tro­wały się na świę­tym, rycer­skim uwiel­bie­niu dla jakiejś hipo­te­tycz­nej nie­win­nej boginki, któ­rej krysz­ta­łowy cha­rak­ter nie pod­le­gał dys­ku­sji. Zapo­mniał chyba jed­nak, że Cathe­rine widziała _Wujaszka Johna_, farsę wysta­wioną przez nas tuż po _Zamar­z­nię­tej otchłani_ (trzeba Wam bowiem wie­dzieć, Dro­dzy Czy­tel­nicy, że w naszym stu­le­ciu do tra­dy­cji nale­żało wysta­wia­nie żar­to­bli­wej sztuki w połą­cze­niu z poważ­nym dra­ma­tem), w któ­rej czter­dzie­sto­sze­ścio­letni Dic­kens grał sta­tecz­nego dżen­tel­mena, Ellen Ter­nan zaś (zale­d­wie osiem­na­sto­let­nia) – jego pod­opieczną, w któ­rej, co oczy­wi­ste, wuja­szek John zako­chał się do sza­leń­stwa. Cathe­rine z pew­no­ścią miała rów­nież świa­do­mość, że wpraw­dzie więk­szość _Zamar­z­nię­tej otchłani_ – dra­matu o poszu­ki­wa­niach zagi­nio­nej eks­pe­dy­cji Fran­klina – wyszła spod mojego pióra, ale to jej mąż napi­sał i wysta­wił roman­tyczną farsę, i to już po tym, jak poznał Ellen Ter­nan. Nie skoń­czyło się zresztą na tym, że wuja­szek John zako­chał się w dziew­czy­nie, którą miał się opie­ko­wać – zaczął ją także obsy­py­wać (tu zacy­tuję dida­ska­lia) „wspa­nia­łymi pre­zen­tami: naszyj­ni­kiem z pereł i kol­czy­kami z bry­lan­tami”.

Nic więc dziw­nego, że gdy prze­zna­czona dla Ellen droga bran­so­letka tra­fiła do Tavi­stock House, Cathe­rine – znaj­du­jąca się aku­rat w okre­sie mię­dzy jedną ciążą a drugą – otrzą­snęła się ze swo­jej umy­sło­wej nie­zbor­no­ści i śla­ma­zar­nej ospa­ło­ści i ryczała jak mleczna krowa dźgnięta przez walij­skiego pastu­cha oście­niem w kłąb.

Dic­kens zare­ago­wał tak, jak każdy poczu­wa­jący się do winy mąż – pod warun­kiem, że ów mąż byłby naj­po­czyt­niej­szym pisa­rzem w Anglii i całym świe­cie anglo­ję­zycz­nym, a także, być może, naj­sław­niej­szym pisa­rzem w histo­rii. Na począ­tek uparł się, żeby Cathe­rine zło­żyła wizytę Ellen Ter­nan i jej matce; w ten spo­sób miała wszyst­kim udo­wod­nić, że nie żywi żad­nych podej­rzeń ani cie­nia zazdro­ści. Krótko mówiąc, kazał swo­jej żonie publicz­nie prze­pro­sić swoją kochankę, a w każ­dym razie kobietę, którą wkrótce miał uczy­nić swoją kochanką – gdy tylko zbie­rze się na odwagę, by rzecz całą nale­ży­cie zaaran­żo­wać. Zapła­kana i nie­szczę­śliwa Cathe­rine zro­biła, co jej kazano: upo­ko­rzyła się zło­że­niem ofi­cjal­nej wizyty towa­rzy­skiej pani i pan­nie Ter­nan.

Nie wystar­czyło to jed­nak, by uga­sić mężow­ski gniew, i Dic­kens wyrzu­cił z domu matkę dzie­się­ciorga swo­ich dzieci. Posłał naj­star­szego syna, Char­leya, żeby z nią zamiesz­kał, a resztę dzieci zatrzy­mał przy sobie – naj­pierw w Tavi­stock House, następ­nie w Gad’s Hill Place. (Zawsze mia­łem wra­że­nie, że uwiel­biał swoje dzieci do czasu, gdy zaczy­nały prze­ja­wiać samo­dziel­ność w jakich­kol­wiek spra­wach – czyli, innymi słowy, gdy prze­sta­wały się zacho­wy­wać jak Mała Nell, Paul Dombey czy inne postaci z jego ksią­żek. Wtedy bar­dzo szybko się nimi nudził).

Oczy­wi­ście, skan­dal wcale się na tym nie skoń­czył. Zapro­te­sto­wali rodzice Cathe­rine, lecz adwo­kaci Dic­kensa szybko zmu­sili ich do publicz­nego wyco­fa­nia pre­ten­sji. Sam pisarz publi­ko­wał oświad­cze­nia, któ­rymi ter­ro­ry­zo­wał opo­nen­tów i wpro­wa­dzał opi­nię publiczną w błąd. Pod­chody praw­ni­cze i nowa fala paskud­nych publi­ka­cji dopro­wa­dziły do wymu­szo­nej i nie­odwo­łal­nej sepa­ra­cji z Cathe­rine. Skoń­czyło się na tym, że Dic­kens odmó­wił wszel­kich form kon­taktu z byłą żoną, nawet w kwe­stiach doty­czą­cych przy­szło­ści ich dzieci.

Wszystko to zro­bił czło­wiek, który dla swo­ich czy­tel­ni­ków – nie tylko w Anglii, ale na całym świe­cie – był ucie­le­śnie­niem idei posia­da­cza „szczę­śli­wego domu”.

Natu­ral­nie, w dal­szym ciągu potrze­bo­wał w domu kobiety, mimo że utrzy­my­wał liczną służbę. Miał dzie­wię­cioro dzieci, z któ­rymi nie chciał mieć nic wspól­nego poza tymi rzad­kimi chwi­lami, gdy przy­cho­dziła mu ochota poba­wić się z nimi albo posa­dzić je sobie na kola­nach i pozo­wać do zdjęć. Miał zobo­wią­za­nia towa­rzy­skie. Ktoś musiał przy­go­to­wy­wać karty dań, listy zaku­pów i zamó­wie­nia dla kwia­cia­rek. Ktoś musiał dopil­no­wać sprzą­ta­nia i zor­ga­ni­zo­wać funk­cjo­no­wa­nie domu, a Char­les Dic­kens nie mógł sobie zawra­cać głowy takimi dro­bia­zgami. Był prze­cież, jak­kol­wiek na to spoj­rzeć, naj­więk­szym pisa­rzem na świe­cie.

Zro­bił zatem rzecz oczy­wi­stą – nawet jeśli ani Wam, Sza­nowni Czy­tel­nicy, ani mnie oczy­wi­stą się ona nie wydaje. (Może w odle­głym dwu­dzie­stym czy dwu­dzie­stym pierw­szym wieku, któ­remu powie­rzam te wspo­mnie­nia, naprawdę jest to rzecz oczy­wi­sta. A może jeste­ście po pro­stu na tyle bystrzy, że na dobre porzu­ci­li­ście dzi­waczną, zgoła idio­tyczną insty­tu­cję mał­żeń­stwa. Jak się wkrótce prze­ko­na­cie, ja przez całe życie sku­tecz­nie uni­ka­łem wią­za­nia się węzłem ślub­nym; wola­łem żyć z jedną kobietą i w tym samym cza­sie mieć dzieci z inną. Nie­któ­rzy moi współ­cze­śni – ku mojej wiel­kiej ucie­sze – nazy­wali mnie z tego powodu łotrem i łaj­da­kiem. Ale odbie­gam od tematu).

Zro­bił więc Dic­kens rzecz oczy­wi­stą: wziął Geo­r­ginę, sio­strę Cathe­rine i starą pannę, i uczy­nił z niej swoją zastęp­czą żonę, panią domu, opie­kunkę dla dzieci, gospo­dy­nię roz­licz­nych przy­jęć i pro­szo­nych kola­cji, a także sier­żanta kucha­rek i całej służby.

Kiedy poja­wiły się – nie­unik­nione – plotki (doty­czące Geo­r­giny, nie Ellen Ter­nan, która, rzec by można, usu­nęła się ze świa­tła lamp gazo­wych w cień), Dic­kens wezwał do Tavi­stock House leka­rza, któ­remu kazał zba­dać Geo­r­ginę, a następ­nie opu­bli­ko­wać oświad­cze­nie, w któ­rym lekarz wszem wobec obwie­ścił, że panna Geo­r­gina Hogarth jest _virgo intacta_.

I na tym cała sprawa miała się zakoń­czyć. Tak przy­naj­mniej zakła­dał Char­les Dic­kens.

Jego młod­sza córka powie­działa mi póź­niej (a wła­ści­wie wypowie­działa te słowa w moim bez­po­śred­nim sąsiedz­twie, tak że bez prze­szkód je usły­sza­łem):

– Mój ojciec był jak obłą­kany. Ten romans obna­żył w nim wszystko, co naj­gor­sze i naj­słab­sze. Miał w nosie, co się z nami sta­nie. Nasza nie­dola nie miała sobie rów­nych.

Jeżeli Dic­kens zda­wał sobie sprawę z ich nie­szczę­ścia (albo jeżeli miało ono dla niego jakie­kol­wiek zna­cze­nie), to z pew­no­ścią tego nie oka­zy­wał – ani mnie, ani swoim nowym przy­ja­cio­łom, któ­rzy z cza­sem stali mu się wyjąt­kowo bli­scy.

Słusz­nie zakła­dał, że kry­zys nie zaszko­dzi jego powo­dze­niu u czy­tel­ni­ków, któ­rzy albo nie mieli poję­cia o jego rodzin­nych wybry­kach, albo po pro­stu mu je wyba­czali. Był prze­cież angiel­skim pro­ro­kiem szczę­śli­wego domu i naj­więk­szym pisa­rzem na świe­cie. Zasłu­gi­wał na ulgowe trak­to­wa­nie.

Nasi kole­dzy po fachu i przy­ja­ciele rów­nież wyba­czali mu i zapo­mi­nali (wszy­scy z wyjąt­kiem Thac­ke­raya, ale to co innego), a ja muszę przy­znać, że nie­któ­rzy z nich – nie­któ­rzy z nas! – po cichu podzi­wiali Char­lesa za to, że umiał się uwol­nić od rodzin­nych zobo­wią­zań wobec tak nie­atrak­cyj­nej i uciąż­li­wej dryf­ko­twy. Jego wyzwo­le­nie było pro­my­kiem nadziei dla naj­ża­ło­śniej­szych nawet mężów, a nas, kawa­le­rów, bawiło jako dowód na to, że jed­nak można wró­cić z nie­zba­da­nych krain mał­żeń­skich, z któ­rych, jak powia­dano, nie ma powrotu.

Bądź jed­nak łaskaw, Drogi Czy­tel­niku, nie zapo­mi­nać, że mówimy o czło­wieku, który nie­wiele wcze­śniej, na krótko przed zawar­ciem zna­jo­mo­ści z Ellen Ter­nan, kiedy razem krą­ży­li­śmy po teatrach w poszu­ki­wa­niu, jak to nazy­wa­li­śmy, „wyjąt­ko­wych kwia­tusz­ków” (mło­dziut­kich i prze­ślicz­nych akto­re­czek, któ­rych uroda wyjąt­kowo tra­fiała w nasz gust), powie­dział do mnie tak:

– Jeżeli masz jakiś dobry pomysł na to, jak spę­dzić noc, Wil­kie, mów śmiało. Nie­ważne, co to będzie; na tę jedną noc odrzu­cam wszel­kie kon­we­nanse. Jeśli twój umysł spło­dzi coś, co przy­po­mi­na­łoby syba­rycki Rzym w schył­ko­wym okre­sie z jego nie­okieł­znaną zmy­sło­wo­ścią, oddaję się w twoje ręce.

Na taką zabawę byłem przy­go­to­wany.

***

Do dziś pamię­tam dzień dzie­wiąty czerwca 1865 roku, który zapo­cząt­ko­wał istną kaskadę nie­wia­ry­god­nych wyda­rzeń.

Dic­kens, który od prze­si­le­nia zimo­wego skar­żył się na prze­mę­cze­nie pracą oraz ból, jak to nazy­wał, „odmro­żo­nej stopy”, zro­bił sobie tydzień wol­nego (koń­czył wów­czas _Naszego wspól­nego przy­ja­ciela_) i wybrał się do Paryża. Nie wiem, czy Ellen Ter­nan i jej matka mu towa­rzy­szyły, wiem nato­miast, że z nim wró­ciły.

Pewna kobieta, któ­rej ni­gdy nie pozna­łem oso­bi­ście i nie mam takiego zamiaru, pani Wil­liam Clara Pitt Byrne (przy­ja­ciółka, jak sły­sza­łem, Char­lesa Water­tona – natu­ra­li­sty i podróż­nika, który zjeź­dził pół świata, a zgi­nął wsku­tek głu­piego pośli­zgnię­cia się w swo­jej rezy­den­cji Wal­ton Hall zale­d­wie jede­na­ście dni przed wypad­kiem pod Sta­ple­hurst; ponoć jego duch nawie­dzał póź­niej posia­dłość pod posta­cią olbrzy­miej cza­pli siwej), lubo­wała się w pod­sy­ła­niu do redak­cji „Timesa” zło­śli­wych plo­te­czek. Poniż­sza szy­der­cza notka – donie­sie­nie o tym, że dzie­wią­tego czerwca naszego przy­ja­ciela widziano na pro­mie z Boulo­gne do Fol­ke­stone – uka­zała się dru­kiem kilka mie­sięcy po wypadku:

_Towa­rzy­szyła mu kobieta nie­bę­dąca ani jego żoną, ani szwa­gierką, co nie prze­szka­dzało mu prze­cha­dzać się po pokła­dzie z dumną miną i zadar­tym nosem, a każda zmarszczka na jego twa­rzy i każdy, naj­mniej­szy nawet gest mówił wynio­śle „Patrz­cie na mnie, napa­waj­cie się moim wido­kiem: oto ja, jedyny, nie­po­wta­rzalny, wielki Char­les Dic­kens. Cokol­wiek robię, moja wyjąt­kowa toż­sa­mość dosta­tecz­nie mnie tłu­ma­czy”._

Podobno pani Byrne zasły­nęła przed laty wyda­niem książki zaty­tu­ło­wa­nej _Fla­mandz­kie wnę­trza_. Moim skrom­nym zda­niem lepiej by zro­biła, oszczę­dza­jąc ostre pióro na pisa­nie o sofach i tape­tach, ponie­waż opi­sy­wa­nie istot ludz­kich naj­wy­raź­niej ją prze­ra­sta.

Po zej­ściu na ląd w Fol­ke­stone Dic­kens, Ellen i pani Ter­nan wsie­dli do pociągu, który cze­kał na przy­by­wa­jący z przy­pły­wem prom i o czter­na­stej trzy­sie­ści osiem odjeż­dżał do Lon­dynu. Zbli­ża­jąc się do Sta­ple­hurst, byli jedy­nymi pasa­że­rami w całym wago­nie – jed­nym z sied­miu wago­nów pierw­szej klasy, jakie tego dnia pro­wa­dził pociąg. Maszy­ni­sta roz­pę­dził loko­mo­tywę do peł­nej pręd­ko­ści (około pięć­dzie­się­ciu mil na godzinę). O pięt­na­stej jede­na­ście pociąg prze­je­chał przez Head­corn i zaczął się zbli­żać do wia­duktu kole­jo­wego nie­opo­dal Sta­ple­hurst – cho­ciaż okre­śle­nie „wia­dukt” (poja­wia­jące się w ofi­cjal­nym prze­wod­niku kole­jo­wym) nadano chyba tro­chę na wyrost żela­znej kra­tow­nicy mostu pod­trzy­mu­ją­cego cięż­kie drew­niane belki prze­rzu­cone nad płytką w tym miej­scu rzeką Beult.

Na przę­śle mostu trwała wła­śnie ruty­nowa wymiana sta­rych dźwi­ga­rów. Póź­niej­sze śledz­two (z któ­rego czy­ta­łem spra­woz­da­nie) dowio­dło, że bry­ga­dzi­sta źle spraw­dził godzinę przy­jazdu pociągu w roz­kła­dzie i spo­dzie­wał się go dopiero za dwie godziny. (Wygląda na to, że nie tylko my, podróżni, dajemy się zwieść bry­tyj­skim roz­kła­dom jazdy z nie­skoń­czo­nymi przy­pi­sami i nawia­sami odno­szą­cymi się do świąt, week­en­dów i pór przy­pływu).

Tysiąc jar­dów przed remon­to­wa­nym odcin­kiem torów (dwie szyny zostały już odkute od pod­kła­dów i odło­żone na bok) powi­nien stać czło­wiek z czer­woną cho­rą­giewką – tak sta­no­wią prze­pisy kole­jowe i angiel­skie prawo. Z nie­wia­do­mych przy­czyn czło­wiek z cho­rą­giewką stał jed­nak zale­d­wie pięć­set pięć­dzie­siąt jar­dów od wia­duktu, co dla pociągu eks­pre­so­wego rela­cji Fol­ke­stone–Lon­dyn sta­nowi daleko nie­wy­star­cza­jący dystans do zaha­mo­wa­nia.

Na widok unie­sio­nej ponie­wcza­sie cho­rą­giewki – a także dziury w torach, co musiało sta­no­wić widok o wiele bar­dziej dra­ma­tyczny – maszy­ni­sta zro­bił co w jego mocy. Może w cza­sach, w któ­rych żyjesz Ty, Drogi Czy­tel­niku, pociągi są już wypo­sa­żone w hamulce, które można uru­cho­mić z kabiny maszy­ni­sty, lecz w naszym roku 1865 rzecz miała się zgoła ina­czej: każdy wagon nale­żało wyha­mo­wać osobno i czy­niono to tylko na wyraźne pole­ce­nie pro­wa­dzą­cego pociąg. Maszy­ni­sta dał więc wście­kłym gwiz­dem znak wszyst­kim hamul­co­wym w wago­nach, lecz nie na wiele się to zdało.

Według raportu ze śledz­twa pociąg naje­chał na wyrwę w toro­wi­sku z pręd­ko­ścią około trzy­dzie­stu mil na godzinę. Wydaje się to nie­wia­ry­godne, ale loko­mo­tywa dosłow­nie prze­sko­czyła mie­rzącą czter­dzie­ści dwie stopy wyrwę, wylą­do­wała na dru­gim brzegu rzeki i dopiero tam się wyko­le­iła. Z sied­miu wago­nów pierw­szej klasy sześć ode­rwało się od składu, spa­dło z mostu i roz­trza­skało się w zaba­gnio­nym kory­cie rzeki.

W wago­nie, który oca­lał, jechał Dic­kens, jego kochanka, i jej matka.

Znaj­du­jący się bez­po­śred­nio za loko­mo­tywą wagon straż­ni­czy został prze­rzu­cony na sąsiedni tor, pocią­ga­jąc za sobą następne ogniwo – wagon dru­giej klasy. Następny w kolej­no­ści był wagon Dic­kensa, który, wierz­ga­jąc wście­kle, wpadł na wia­dukt, poko­nał część jego dłu­go­ści i zawisł nad prze­pa­ścią. Przed upad­kiem powstrzy­mało go tylko połą­cze­nie z wago­nem dru­giej klasy. Tylna część składu nawet nie wypa­dła z szyn, ale sześć pierw­szych klas pole­ciało w dół, roz­trza­skało się o pod­mo­kły grunt, pogięło, poła­mało i w ogóle zmie­niło się w jeden wielki stos drzazg.

W listach do przy­ja­ciół Dic­kens wspo­mi­nał cza­sem o tam­tej chwili, ale zawsze czy­nił to dys­kret­nie i sta­rał się nie wyja­wiać nazwisk swo­ich współ­pa­sa­że­rek. Jestem pewien, że tylko mnie opo­wie­dział tę histo­rię w cało­ści.

A tak pisał o tym w jed­nej z sze­rzej roz­po­wszech­nio­nych listow­nych wer­sji opo­wie­ści:

_Nagle wypa­dli­śmy z szyn. Wagon zało­mo­tał o zie­mię jak gon­dola na wpół pustego balonu._

_– Mój Boże! – zawo­łała star­sza pani_ _._

_Towa­rzy­sząca jej młoda dama_ _krzyk­nęła z prze­ra­że­nia. Chwy­ci­łem je obie w ramiona i powie­dzia­łem:_

_– Nie możemy sobie pomóc, ale z pew­no­ścią możemy zacho­wać spo­kój. Bar­dzo was pro­szę, dro­gie panie, nie krzycz­cie._

_Star­sza pani natych­miast odparła:_

_– Dzię­kuję panu. Może pan na mnie pole­gać. Klnę się na mą duszę, że zacho­wam mil­cze­nie._

_Wtem wagon prze­chy­lił się i znie­ru­cho­miał, a my wylą­do­wa­li­śmy stło­czeni w kącie._

Istot­nie, wagon prze­chy­lił się mocno w dół i w lewo. Wszyst­kie bagaże i nie­przy­mo­co­wane przed­mioty pole­ciały w dół i w lewo. Już do końca życia Char­les Dic­kens miał cza­sem doświad­czać uczu­cia, jak gdyby „dosłow­nie wszystko, całe moje ciało prze­chy­lało się i spa­dało w dół i w lewo”.

Tym­cza­sem kon­ty­nu­uje swoją opo­wieść:

_Zwró­ci­łem się do kobiet:_

_– Zapew­niam panie, że nic gor­szego stać się nie może. Nie­bez­pie­czeń­stwo bez wąt­pie­nia minęło. Pro­szę zatem, zostań­cie tutaj i nie ruszaj­cie się, ja zaś tym­cza­sem wyjdę przez okno._

Dic­kens – cał­kiem zwinny jak na pięć­dzie­się­cio­trzy­latka – nagle zapo­mniał o „odmro­żo­nej sto­pie” (jako czło­wiek od dawna cier­piący na poda­grę, która zmu­szała mnie do wie­lo­let­niego przyj­mo­wa­nia lau­da­num, umiem roz­po­znać poda­grę po obja­wach i jestem prze­ko­nany, że tym wła­śnie było rze­kome „odmro­że­nie” u Dic­kensa), wygra­mo­lił się przez okno, wyko­nał ryzy­kowny skok ze schod­ków wagonu na toro­wi­sko powy­żej mostu i, jak potem opo­wia­dał, zoba­czył dwóch straż­ni­ków, któ­rzy, kom­plet­nie zagu­bieni, bie­gali tam i z powro­tem wzdłuż torów. Pisał póź­niej, że jed­nego z nich zła­pał za rękaw i krzyk­nął:

– Spójrz na mnie! Zatrzy­maj się i spójrz na mnie! Powiedz, czy mnie znasz.

– Znamy pana dosko­nale, panie Dic­kens – miał odpo­wie­dzieć straż­nik.

Dic­kens się roz­pro­mie­nił, zachwy­cony, że nawet w takiej chwili został roz­po­znany (Clara Pitt Byrne mogłaby mu w tym miej­scu wytknąć, że ten zachwyt dowo­dzi jego małost­ko­wo­ści), i nie­mal rado­śnie zawo­łał:

– Wobec tego, dobry czło­wieku, daj mi swoje klu­cze, na Boga, i przy­ślij tu jed­nego z robot­ni­ków. Zamie­rzam opróż­nić ten wagon.

W listach, które Dic­kens roz­sy­łał potem do zna­jo­mych, straż­nik zro­bił, co mu kazał, robot­nicy poło­żyli deski uła­twia­jące zej­ście do wiszą­cego wagonu, a na koniec on sam zszedł do środka, prze­czoł­gał się na drugi koniec wnę­trza i zabrał stam­tąd swój cylin­der i butelkę brandy.

Powi­nie­nem w tym miej­scu prze­rwać opo­wieść naszego wspól­nego przy­ja­ciela i nad­mie­nić, że póź­niej, posił­ku­jąc się ofi­cjal­nym rapor­tem kole­jo­wym z kata­strofy, odna­la­złem straż­nika, któ­rego Dic­kens miał zatrzy­mać i zdo­pin­go­wać do jakże uży­tecz­nych czyn­no­ści. Ów straż­nik, nie­jaki Lester Smyth, zgoła ina­czej wspo­mi­nał tamte chwile:

– Pró­bo­wa­li­śmy zejść na dół, pomóc ran­nym i umie­ra­ją­cym, a tu nagle ten ele­gan­cik gra­moli się z wiszą­cego wagonu pierw­szej klasy, pod­biega do Paddy’ego Beale’a i do mnie, blady jak ściana, z takim dzi­kim wzro­kiem, i drze się na nas: „Pozna­jesz mnie?! Czło­wieku, pozna­jesz mnie?! Wiesz, kim jestem?!”. Nie ukry­wam, że odpo­wie­dzia­łem mu tak: „Nic mnie nie obcho­dzi, kim jesteś, bra­chu, możesz sobie być nawet księ­ciem Alber­tem, ale zejdź mi z drogi, do dia­ska”. Zazwy­czaj nie zwra­cam się tak do dżen­tel­me­nów, ale to nie był zwy­czajny dzień.

W każ­dym razie Dic­kens naprawdę pokie­ro­wał robot­ni­kami, któ­rzy wydo­stali Ellen Ter­nan i jej matkę z opre­sji; naprawdę wró­cił do wagonu po cylin­der i brandy; naprawdę napeł­nił cylin­der wodą, gdy zszedł po skar­pie nad rzekę. Wszy­scy świad­ko­wie twier­dzili też zgod­nie, że natych­miast ruszył nieść pomoc ran­nym i umie­ra­ją­cym.

***

Przez ostat­nie pięć lat życia po wypadku pod Sta­ple­hurst opi­sy­wał scenę po kata­stro­fie tylko w jeden spo­sób: „To było coś nie­wy­obra­żal­nego”. O tym zaś, co wów­czas usły­szał, mówił lako­nicz­nie „Nie­po­jęte”. I tak wypo­wia­dał się czło­wiek, który w powszech­nej opi­nii miał naj­buj­niej­szą wyobraź­nię ze wszyst­kich angiel­skich pisa­rzy – poza sir Wal­te­rem Scot­tem; czło­wiek, który zawsze dbał przy­naj­mniej o to, żeby jego histo­rie były kla­rowne i zro­zu­miałe.

Być może, nie­wy­obra­żalne zaczęło się, kiedy spró­bo­wał zejść po stro­mym brzegu rzeki, gdy oto nagle obok niego wyrósł jak spod ziemi wysoki, szczu­pły męż­czy­zna w gru­bej czar­nej pele­ry­nie, bar­dziej sto­sow­nej na wie­czorne wyj­ście do opery niż popo­łu­dniową podróż eks­pre­sem do Lon­dynu. Obaj w jed­nej ręce nie­śli cylin­dry, drugą zaś chwy­tali się dogod­nych wystę­pów na skar­pie, żeby nie stra­cić rów­no­wagi. Czło­wiek ten, jak opi­sy­wał mi go Dic­kens chra­pli­wym szep­tem kilka dni po wypadku, kiedy, jak twier­dził, „głos go zawo­dził”, był chudy jak szkie­let, tru­pio blady i wpa­try­wał się w niego mrocz­nym spoj­rze­niem oczu osa­dzo­nych głę­boko pod bia­łym jak płótno czo­łem, prze­cho­dzą­cym w rów­nie bladą łysinę. Tylko po bokach tej tru­piej czaszki ucho­wały się nie­liczne pasma siwie­ją­cych wło­sów. Dic­kens mówił rów­nież, że podo­bień­stwo do tru­piej czaszki dodat­kowo pod­kre­ślał nie­na­tu­ral­nie krótki nos intruza – „raczej dwie czarne szpary w bia­łej jak ciało robaka twa­rzy niż nos z praw­dzi­wego zda­rze­nia”, dokład­nie takich słów użył – oraz drobne, ostre, nie­równe zęby, nazbyt roz­strze­lone i osa­dzone w dzią­słach tak bla­dych, że zda­wały się bled­sze od samych zębów.

Zauwa­żył rów­nież, że nie­zna­jomy nie ma – albo pra­wie nie ma – dwóch pal­ców u pra­wej ręki (małego i ser­decz­nego), a także palca środ­ko­wego lewej. Uwagę Dic­kensa przy­kuł fakt, że palce nie zostały by­naj­mniej ampu­to­wane w sta­wie, jak to naj­czę­ściej bywa pod­czas wypad­ków lub spo­wo­do­wa­nych nimi póź­niej­szych ope­ra­cji, lecz prze­cięte w poło­wie dłu­go­ści palicz­ków.

(– Wyglą­dały jak nad­to­pione świece z bia­łego wosku – tłu­ma­czył mi potem).

Skon­ster­no­wany Dic­kens zupeł­nie nie wie­dział co myśleć o jego­mo­ściu w czar­nej pele­ry­nie, gdy obaj szu­kali dogod­nych chwy­tów wśród krze­wów i kamieni.

– Jestem Char­les Dic­kens – wysa­pał.

– Owszsz­szem… – odparła blada twarz, cedząc syczące dźwięki spo­mię­dzy drob­nych zębów. – Wiem o tym.

Kon­ster­na­cja Dic­kensa tylko się powięk­szyła.

– A pana god­ność? – zapy­tał, gdy razem zsu­nęli się po żwi­rze.

– Drood – odparł tam­ten.

Tak przy­naj­mniej wydało się Dic­ken­sowi, ponie­waż nie­zna­jomy prze­cią­gał gło­ski i mówił ze śla­do­wym, chyba cudzo­ziem­skim akcen­tem, przez co słowo zabrzmiało raczej jak „dread”¹.

– Jechał pan pocią­giem do Lon­dynu? – pytał dalej Dic­kens.

Znaj­do­wali się już pra­wie u stóp skarpy.

– Do Lime­ho­use – wysy­czał nie­zgra­biasz w czar­nej pele­ry­nie. – Do Whi­te­cha­pel. Ratc­liff Crosss. Gin Alley. Three Foxesss Court. But­cher Row i Com­mer­cial Road. Do men­nicy i innych pta­sich kolo­nii wss­schod­niego Lon­dynu.

Dic­kens spoj­rzał na niego z ukosa, zdu­miony tą dzi­waczną wyli­czanką, ponie­waż pociąg jechał wprost do cen­trum Lon­dynu i nie zamie­rzał zapusz­czać się w mroczne zaułki wschod­niej czę­ści mia­sta. „Pta­simi kolo­niami” zaś nazy­wano potocz­nie naj­gor­sze lon­dyń­skie dziel­nice nędzy. W tejże jed­nak chwili wylą­do­wali wresz­cie na samym dole stro­mi­zny i „Drood” bez słowa okrę­cił się na pię­cie i wśli­znął w pół­mrok pod wia­duk­tem. W kilka sekund jego pele­ryna ide­al­nie wto­piła się w cień.

(– Nie zro­zum mnie źle – wyja­śnił mi póź­niej szep­tem Dic­kens. – Nawet przez myśl mi nie prze­szło, że ta dzi­waczna postać mogłaby być Śmier­cią we wła­snej oso­bie, która przy­szła upo­mnieć się o swo­ich. Nie doszu­ki­wa­łem się w niej w ogóle żad­nej osoby z zawią­zu­ją­cej się już wtedy tra­ge­dii; byłby to banał nazbyt wyświech­tany nawet dla znacz­nie słab­szych pisa­rzy ode mnie. Muszę jed­nak przy­znać, Wil­kie, że przy­szło mi do głowy, że ten Drood może być przed­się­biorcą pogrze­bo­wym ze Sta­ple­hurst lub innej pobli­skiej mie­ściny).

Kiedy został sam, skon­cen­tro­wał się na skut­kach kata­strofy.

Wagony, które spo­częły w rzece i na jej muli­stych brze­gach, w niczym nie przy­po­mi­nały już pojaz­dów kole­jo­wych. Gdyby nie żela­zne osie i koła ster­czące z wody tu i ówdzie pod jaki­miś nie­wia­ry­god­nymi kątami, można by pomy­śleć, że osie­dle drew­nia­nych dom­ków spa­dło z nieba, porwane uprzed­nio przez ame­ry­kań­ski cyklon, który prze­mie­lił je na kawałki i porzu­cił wła­śnie tutaj. A potem coś pode­rwało je w powie­trze drugi raz i drugi raz prze­mie­liło.

Dic­kens nie spo­dzie­wał się, że kto­kol­wiek mógł prze­żyć taką kata­strofę, ale po doli­nie nio­sły się krzyki oca­la­łych (liczba ran­nych zna­cząco prze­wyż­szała bowiem liczbę zabi­tych). Z początku nie roz­po­znał w nich w ogóle ludz­kich dźwię­ków; nie wia­domo dla­czego, wydały mu się nie­skoń­cze­nie strasz­niej­sze od jęków i wrza­sków, któ­rych nasłu­chał się pod­czas wizyt w prze­peł­nio­nych szpi­ta­lach, takich jak East Lon­don Chil­dren’s Hospi­tal w Ratc­liff Cross (o któ­rym przed chwilą wspo­mi­nał Drood), gdzie umie­rali ubo­dzy i nie­po­trzebni. O nie, te krzyki brzmiały tak, jakby ktoś otwo­rzył bramę pro­wa­dzącą wprost w cze­lu­ście pie­kieł i pozwo­lił wszyst­kim potę­pień­com ostatni raz pora­zić wrza­skiem świat śmier­tel­nych.

Zoba­czył męż­czy­znę, który chwiej­nym kro­kiem szedł w jego stronę, z ramio­nami roz­po­star­tymi sze­roko jak do uści­sku. Czu­bek głowy miał odcięty jak jajko na miękko gotowe do spo­ży­cia na śnia­da­nie. Wewnątrz czaszki poły­ski­wała wyraź­nie widoczna sza­ro­ró­żowa pulpa. Całą twarz miał we krwi. Dwoje bia­łych oczu łyskało spod strug szkar­łatu.

Z braku lep­szego pomy­słu Dic­kens podał mu butelkę brandy, która wró­ciła do niego z uma­zaną na czer­wono szyjką. Pomógł nie­szczę­śni­kowi poło­żyć się na tra­wie i wodą z cylin­dra obmył mu twarz.

– Jak pań­ska god­ność, sza­nowny panie? – zapy­tał.

– Już po mnie – odparł męż­czy­zna i umarł. Białe oczy patrzyły w niebo z głębi dwóch czer­wo­nych kałuż.

Cień prze­su­nął się po ziemi i Dic­kens aż pod­sko­czył, prze­świad­czony, jak mi póź­niej mówił, że to Drood sta­nął nad nimi z czarną pele­ryną roz­po­startą jak skrzy­dła kruka, ale to tylko zbłą­kana chmura na moment prze­sło­niła słońce.

Dopeł­niw­szy cylin­der wodą z rzeki, Dic­kens napa­to­czył się na kobietę, któ­rej oło­wia­nej barwy twarz rów­nież była zalana krwią. Kobieta była pra­wie naga, krwawe strzępy ubra­nia zwi­sały z niej jak stare ban­daże, nie okry­wa­jąc poha­ra­ta­nego ciała. Stra­ciła lewą pierś. Nie zatrzy­mała się przy Dic­kensie, który chciał ją opa­trzyć; chyba w ogóle nie sły­szała jego nale­gań, żeby usia­dła spo­koj­nie i cze­kała na pomoc. Minęła go raź­nym kro­kiem i znik­nęła wśród nie­licz­nych drzew pora­sta­ją­cych brzeg rzeki.

Pomógł dwóm oszo­ło­mio­nym straż­ni­kom wycią­gnąć zmiaż­dżone ciało innej kobiety ze spra­so­wa­nego wagonu i ostroż­nie uło­żyć je na ziemi. Jakiś męż­czy­zna bro­dził w płyt­kiej wodzie, zawo­dząc:

– Moja żona! Moja żona!

Dic­kens zapro­wa­dził go do zwłok, na widok któ­rych męż­czy­zna zawył bole­ści­wie, wyrzu­cił ręce nad głowę i popę­dził jak obłą­kany w głąb nad­rzecz­nych mokra­deł, mio­ta­jąc się roz­pacz­li­wie i wyda­jąc dźwięki, które Dic­kens opi­sy­wał mi póź­niej jako „przed­śmiertne rzę­że­nie i chrzą­ka­nie dzika ugo­dzo­nego w płuca kil­koma kulami dużego kali­bru”. A potem zemdlał i padł w bagno, raczej jak czło­wiek z prze­strze­lo­nym ser­cem niż płu­cami.

Wró­ciw­szy do poroz­bi­ja­nych wago­nów, mój przy­ja­ciel natknął się na kobietę, która stała oparta o drzewo i – nie licząc strużki krwi na twa­rzy (sączą­cej się zapewne z jakiejś nie­wiel­kiej rany głowy) – wyglą­dała na całą i zdrową.

– Przy­niosę pani wody – zapro­po­no­wał.

– To bar­dzo miło z pań­skiej strony – odparła z uśmie­chem.

Dic­kens się wzdry­gnął. Kobieta stra­ciła wszyst­kie zęby.

Kiedy zszedł nad wodę i obej­rzał się przez ramię, zoba­czył jakąś postać, którą wziął za Dro­oda (nikt inny nie ubrałby się, jak ostatni dureń, w grubą teatralną pele­rynę w taki cie­pły czerw­cowy dzień), z tro­ską pochy­la­jącą się nad bez­zębną kobietą. Kiedy zaś po kil­ku­na­stu sekun­dach wró­cił z cylin­drem peł­nym wody, męż­czy­zna w czerni znik­nął bez śladu, a kobieta już nie żyła. Leżała na ziemi, szcze­rząc pora­nione, bez­zębne dzią­sła w paro­dii uśmie­chu.

Znów wró­cił do resz­tek pociągu i wśród szcząt­ków jed­nego z wago­nów dostrzegł słabo poję­ku­ją­cego mło­dego czło­wieka. Kolejni ratow­nicy scho­dzili po skar­pie. Dic­kens wybrał paru naj­sil­niej­szych straż­ni­ków, żeby pomo­gli mu wydo­stać mło­dzieńca spod potłu­czo­nego szkła, strzę­pów czer­wo­nego aksa­mitu, żela­stwa i kawał­ków potrza­ska­nej drew­nia­nej pod­łogi. Kiedy straż­nicy, postę­ku­jąc z wysiłku, dźwi­gali cięż­kie ramy okienne i wyła­my­wali deski pod­łogi, które nagle stały się bel­kami stro­po­wymi, Dic­kens ści­skał rękę mło­dzieńca, pocie­sza­jąc go:

– Zaraz będziesz bez­pieczny, synu.

– Dzię­kuję… – wysa­pał ranny męż­czy­zna, który naj­wi­docz­niej rów­nież podró­żo­wał wago­nem pierw­szej klasy. – Jest pan nie­zwy­kle uprzejmy.

– Jak się pan nazywa? – zapy­tał nasz pisarz, kiedy wynie­śli mło­dzieńca na brzeg.

– Dic­ken­son.

Char­les Dic­kens dopil­no­wał więc, by panicz Dic­kenson został prze­trans­por­to­wany na górę, na nasyp kole­jowy, gdzie stale przy­by­wało ratow­ni­ków, a sam jesz­cze raz wró­cił na miej­sce masa­kry. Bie­gał od jed­nego ran­nego do dru­giego, pod­trzy­my­wał, pocie­szał, poił, uspo­ka­jał, cza­sem okry­wał ich zna­le­zio­nymi przy­pad­kiem łach­ma­nami i nie­ustan­nie badał napo­tkane ciała w poszu­ki­wa­niu oznak życia.

Nie­któ­rzy pasa­że­ro­wie zacho­wali zimną krew, ale wielu było takich, jak mówił póź­niej Dic­kens, któ­rzy – w szoku – stali bez ruchu i tępo gapili się w prze­strzeń. Ludzi, któ­rzy w owo maka­bryczne popo­łu­dnie naj­żwa­wiej się uwi­jali wśród szcząt­ków pociągu i nasłu­chi­wali jęków ran­nych, było dwóch: jed­nym był Dic­kens, dru­gim – dzi­wak nazwi­skiem Drood, cho­ciaż ten drugi, w czar­nej pele­ry­nie, cały czas trzy­mał się poza zasię­giem głosu, na gra­nicy pola widze­nia, i raczej prze­śli­zgi­wał się po tra­wie, niż cho­dził od wagonu do wagonu.

Dic­kens zna­lazł masywną kobietę, któ­rej wiej­ski strój z taniego mate­riału suge­ro­wał, że jechała któ­rąś z niż­szych klas. Leżała na brzu­chu na pod­mo­kłej ziemi, z rękami pod­ku­lo­nymi pod tułów. Odwró­cił ją, żeby się upew­nić, że opu­ściła już świat żywych, gdy wtem w umo­ru­sa­nej bło­tem twa­rzy otwo­rzyły się oczy.

– Oca­li­łam ją! – wydy­szała kobieta. – Oca­li­łam ją przed nim!

Dic­kens nie od razu dostrzegł dziecko ści­śnięte mię­dzy jej gru­bymi ramio­nami, z buzią wci­śniętą w obwi­słe piersi. Było mar­twe; albo uto­piło się w płyt­kim bagni­sku, albo udu­siło pod cię­ża­rem matki.

Na dźwięk syczą­cego woła­nia odwró­cił się i zoba­czył bla­dego jak ściana Dro­oda, który zama­chał do niego z paję­czyny cieni pod mostem. Ruszył w jego kie­runku, ale po dro­dze natknął się jesz­cze na odwró­cony do góry nogami wagon, gdzie z resz­tek okna wysta­wała naga, lecz cał­kiem kształtna kobieca ręka. Ski­nęła pal­cami, jakby go przy­zy­wała.

Przy­kuc­nął i ujął deli­katne palce w obie dło­nie.

– Jestem przy tobie, naj­droż­sza – szep­nął w głąb nie­wiel­kiego otworu, który zale­d­wie przed kwa­dran­sem był naj­praw­dziw­szym oknem wagonu kole­jo­wego. Kiedy ści­snął dłoń kobiety, odpo­wie­działa mu tym samym, jakby chciała w ten spo­sób wyra­zić wdzięcz­ność za oca­le­nie.

Dic­kens przy­kuc­nął, ale zoba­czył tylko podartą tapi­cerkę, ciemne kształty i cie­nie w maleń­kiej trój­kąt­nej pie­cza­rze wraku. Nie zna­lazł dość miej­sca, żeby wci­snąć do środka choćby głowę i ramiona, (górna kra­wędź okna znaj­do­wała się tuż nad błot­ni­stym grun­tem), ale usły­szał przy­śpie­szony, prze­ra­żony oddech ran­nej, któ­rego nie zagłu­szało nawet bul­go­ta­nie pły­ną­cej wartko rzeki. Nie myśląc o tym, jak nie­sto­sowny może być to gest, prze­su­nął pal­cami po odsło­nię­tym dam­skim ramie­niu, się­ga­jąc naj­da­lej jak mógł w głąb wraku. Bladą skórę pora­stały deli­katne rudawe wło­ski, w popo­łu­dnio­wym słońcu poły­sku­jące jak miedź.

– Już idą straż­nicy – powie­dział w głąb otworu, nie pusz­cza­jąc dłoni ran­nej. – Chyba jest z nimi lekarz.

Nie miał pew­no­ści, czy jego­mość w brą­zo­wym gar­ni­tu­rze ze skó­rzaną torbą rze­czy­wi­ście jest leka­rzem, ale gorąco się modlił, żeby tak wła­śnie było. Czte­rej straż­nicy, uzbro­jeni w toporki i łomy, truch­tali przo­dem; dżen­tel­men w gar­ni­tu­rze, sapiąc jak loko­mo­tywa, usi­ło­wał dotrzy­mać im kroku.

– Tutaj! – zawo­łał do nich Dic­kens.

Ści­snął rękę uwię­zio­nej kobiety. Jej palce zaci­snęły się w odpo­wie­dzi, zaci­snęły i roz­luź­niły, zaci­snęły i roz­luź­niły na jego palcu wska­zu­ją­cym jak paluszki nie­mow­lę­cia, które instynk­tow­nie chwyta ojcow­ską dłoń. Nic nie mówiła, lecz Dic­kens na­dal sły­szał jej dobie­ga­jące z ciem­no­ści wes­tchnie­nia. Brzmiały pra­wie tak, jakby wzdy­chała z zado­wo­le­nia. Ści­skał jej dłoń w obu swo­ich i modlił się w duchu, żeby dama nie była ciężko ranna.

– Tutaj! Szyb­ciej, na litość boską! – zawo­łał.

Ratow­nicy zebrali się wokół niego, i przy­sa­dzi­sty męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze przed­sta­wił się jako dok­tor Mor­ris, lekarz. Dic­kens odmó­wił zarówno odsu­nię­cia się od wraku, jak i wypusz­cze­nia z rąk dłoni kobiety, gdy czte­rej straż­nicy zaczęli łomami pod­wa­żać ramę okna, odsu­wać poła­mane deski i pogięte żela­stwo, żeby powięk­szyć tę mikro­sko­pijną prze­strzeń, w któ­rej cudem oca­lała nie­zna­joma.

– Ostroż­nie! – krzyk­nął. – Uwa­żaj­cie, pano­wie! Niech nic się wam nie obsu­nie! Ostroż­nie z tymi łomami! – Zgiął się wpół, żeby jesz­cze bar­dziej nachy­lić się nad otwo­rem, mocno ści­snął dłoń kobiety i wyszep­tał: – Już pra­wie cię mamy, naj­droż­sza. Wytrzy­maj jesz­cze minutkę. Bądź dzielna.

Odpo­wie­działa mu ostat­nim zaci­śnię­ciem pal­ców, w któ­rym wyraź­nie wyczu­wał jej wdzięcz­ność.

– Będzie się pan musiał odsu­nąć, mój panie – powie­dział dok­tor Mor­ris. – Tylko na chwi­leczkę. Chłopcy dźwi­gną wrak, a ja nachylę się i zaj­rzę do środka, żeby oce­nić obra­że­nia. Nie wiemy, czy już można zary­zy­ko­wać wycią­gnię­cie jej. Tylko na chwi­leczkę, pro­szę pana. O tak, bar­dzo uczynny z pana dżen­tel­men.

Dic­kens pokle­pał dłoń mło­dej damy. Nie chciał się z nią roz­sta­wać, zwłasz­cza gdy wyczuł poże­gnalny skurcz szczu­płych, bla­dych, wypie­lę­gno­wa­nych pal­ców. Ode­pchnął od sie­bie nader rze­czy­wi­ste, lecz zgoła nie­sto­sowne uczu­cie pod­nie­ce­nia pły­nące z fizycz­nego kon­taktu z kobietą, któ­rej nie miał oka­zji poznać i któ­rej twa­rzy ni­gdy nie widział.

– Już za chwilę będziesz bez­pieczna wśród nas, moja droga – powie­dział i puścił jej rękę.

Wyco­fał się na czwo­ra­kach spod okna, robiąc miej­sce ratow­ni­kom. Bagienna wil­goć prze­są­czała mu się na kola­nach przez spodnie.

– Dalej! – zawo­łał lekarz, klęk­nąw­szy w miej­scu zwol­nio­nym przez Dic­kensa. – Przy­łóż­cie się, chłopcy!

Czte­rej bar­czy­ści straż­nicy rze­czy­wi­ście się przy­ło­żyli: naj­pierw pod­wa­żyli i dźwi­gnęli wrak łomami, a potem zaparli się ple­cami o nie­równą powierzch­nię potrza­ska­nej pod­łogi wagonu, góru­jącą nad nimi jak drew­niana pira­mida. Klin ciem­no­ści przy ziemi odro­binę się powięk­szył, świa­tło słońca padło w głąb wagonu. Straż­nicy stęk­nęli, dźwi­gnąw­szy cię­żar wyżej – i nagle jeden z nich sap­nął ciężko.

– Chry­ste Panie! – wykrzyk­nął ktoś.

Lekarz odsko­czył jak pora­żony prą­dem. Dic­kens wczoł­gał się na jego miej­sce, gotowy nieść pomoc, i w końcu zaj­rzał w głąb wraku.

Nie było żad­nej kobiety, nie było dziew­czyny – tylko goła ręka wyrwana z barku leżała w oczysz­czo­nym ze szcząt­ków kręgu. W mięk­kim świe­tle popo­łu­dnia główka kości wyda­wała się bar­dzo, bar­dzo biała.

Wszy­scy zaczęli krzy­czeć. Zja­wili się kolejni ratow­nicy, któ­rym wydano takie same pole­ce­nia. Topor­kami i łomami zaczęli roz­pru­wać wrak wagonu – z początku ostroż­nie, potem z prze­ra­ża­ją­cym, jakby celowo nisz­czy­ciel­skim zapa­mię­ta­niem. Reszta ciała po pro­stu znik­nęła. Zresztą, w tej ster­cie złomu w ogóle nie było kom­plet­nych zwłok, tylko nie­pa­su­jące do sie­bie strzępy ubrań, przy­pad­kowe kawałki ciał i poła­mane kości. Z kobiety nie został nawet skra­wek sukienki – tylko ta jedna biała ręka, zakoń­czona zaci­śnię­tymi i już znie­ru­cho­mia­łymi pal­cami, z któ­rych odpły­nęła cała krew.

Dok­tor Mor­ris odwró­cił się bez słowa, odszedł i dołą­czył do ratow­ni­ków sku­pio­nych wokół innych ran­nych. Dic­kens wstał, zamru­gał, obli­zał wargi i pocią­gnął z butelki. Poczuł smak mie­dzi w ustach i uświa­do­mił sobie, że brandy się skoń­czyła, a on posma­ko­wał tylko krwi pozo­sta­wio­nej na szkle przez któ­rąś z poczę­sto­wa­nych ofiar. Długą chwilę roz­glą­dał się w poszu­ki­wa­niu cylin­dra, zanim odkrył, że wło­żył go na głowę, a ście­ka­jąca zeń woda wsią­kła mu we włosy i spły­nęła za koł­nierz.

Ponie­waż ratow­ni­ków i gapiów przy­by­wało, Dic­kens doszedł do wnio­sku, że jego pomoc na nie­wiele się już zda. Powoli, nie­po­rad­nie wgra­mo­lił się na po skar­pie na nasyp, gdzie stały oca­lałe wagony, teraz już puste. Ellen i pani Ter­nan przy­sia­dły w cie­niu stosu pod­kła­dów kole­jo­wych i spo­koj­nie popi­jały wodę z fili­ża­nek, które ktoś im podał.

Dic­kens wycią­gnął rękę, jakby chciał dotknąć odzia­nej w ręka­wiczkę dłoni Ellen, ale zawa­hał się i zapy­tał:

– Jak się czu­jesz, moja droga?

Ellen uśmiech­nęła się przez łzy. Dotknęła lewego barku i torsu poni­żej oboj­czyka, a powy­żej piersi.

– Jestem tro­chę poobi­jana, ale to chyba nic poważ­nego. Dzię­kuję, panie Dic­kens.

Pisarz z nie­obec­nym wzro­kiem poki­wał głową, a potem odwró­cił się i pod­szedł do skraju mostu. Ze swo­bodą typową dla ludzi roz­tar­gnio­nych prze­sko­czył na schodki zwi­sa­ją­cego nad wąwo­zem wagonu pierw­szej klasy, wczoł­gał się do środka przez roz­bite okno (z taką samą łatwo­ścią, z jaką mógłby wejść drzwiami) i zszedł po usta­wio­nych w rzę­dzie sie­dze­niach jak po szcze­blach dra­biny na pio­no­wej teraz ścia­nie. Cały wagon – zawie­szony wysoko nad zie­mią na jed­nym jedy­nym zacze­pie łączą­cym go z sąsied­nim wago­nem dru­giej klasy – koły­sał się deli­kat­nie jak wibru­jące waha­dło w zepsu­tym zega­rze szaf­ko­wym.

Na samym początku, zanim jesz­cze wyra­to­wał Ellen i panią Ter­nan, wyniósł z wagonu skó­rzaną torbę zawie­ra­jącą ręko­pis szes­na­stego odcinka _Naszego wspól­nego przy­ja­ciela_, nad któ­rym pra­co­wał we Fran­cji. Przy­po­mniał sobie jed­nak, że dwa ostat­nie roz­działy zostały w kie­szeni płasz­cza, ten zaś leżał zło­żony na swoim miej­scu, na półce nad sie­dze­niami. Sta­nął więc na opar­ciu ostat­niego sie­dze­nia – w roz­ko­ły­sa­nym, trzesz­czą­cym wago­nie, mając trzy­dzie­ści stóp pod nogami rzekę, widoczną przez roz­bite okna i mie­niącą się odbla­skami świa­tła – i wycią­gnął ręko­pis z kie­szeni płasz­cza. Spraw­dził, czy nie bra­kuje mu kar­tek (ręko­pis oka­zał się lekko przy­bru­dzony, ale kom­pletny), po czym, wciąż balan­su­jąc na opar­ciu, wepchnął plik kar­tek z powro­tem do kie­szeni.

A potem, cał­kiem przy­pad­kowo, spoj­rzał w dół, w stronę drzwi wagonu, i dalej, przez znaj­du­jące się w nich wybite okienko. Daleko w dole, dokład­nie pod wago­nem, stał czło­wiek, który przed­sta­wił mu się jako Drood, i z zadartą głową patrzył wprost na Dic­kensa, kom­plet­nie nie przej­mu­jąc się wiszą­cymi mu nad głową tonami drewna i żelaza. W roz­mi­go­ta­nym figlar­nie świe­tle słońca wyglą­dał, jakby stą­pał po wodzie, zamiast stać w niej po kostki. Jego usta otwo­rzyły się i poru­szyły, mię­si­sty język wysu­nął spo­mię­dzy małych zębów i roz­le­gło się gło­śne sycze­nie, z któ­rego jed­nak Dic­kens nie zro­zu­miał ani słowa, gdyż zagłu­szało je skrzy­pie­nie huś­ta­ją­cego się wagonu i dobie­ga­jące z doliny poję­ki­wa­nia ran­nych. „Nie­po­jęte”, mam­ro­tał póź­niej tylko. „Nie­po­jęte”.

Nagle wagon zako­ły­sał się gwał­tow­nie i opadł, jakby zamie­rzał spaść. Dic­kens odru­chowo jedną ręką chwy­cił się półki, żeby się nie prze­wró­cić, a kiedy znów spoj­rzał w dół, Drood znik­nął. Pisarz prze­rzu­cił płaszcz z ręko­pi­sem przez ramię i wspiął się na górę, ku świa­tłu.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: