Facebook - konwersja

Dusze w niewoli - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Rok wydania:
2011
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.
Pobierz fragment

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: brak
Rozmiar pliku: 326 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZ­DZIAŁ I W CU­KIER­NI

By­wa­ją wie­czo­ry nie ja­sne i nie ciem­ne; po­pro­stu mi­zer­ne. Ma to miej­sce wów­czas, gdy na zie­mi leży śnieg, a na nie­bie chmu­ry, o tyle gę­ste, że za­sła­nia­ją księ­życ, a o tyle rzad­kie, że po­zwa­la­ją prze­są­czać się po­to­kom świa­tła. W wa­run­kach ta­kich przed­mio­ty czar­ne wy­da­ją się jesz­cze czar­niej­sze­mi, ko­lo­ro­we – sza­re­mi. Przy pew­nym wy­sił­ku or­ga­nów optycz­nych czy­tać­by moż­na książ­kę; lecz z dru­giej stro­ny, bez skom­pro­mi­to­wa­nia się, moż­na­by rów­nież nie po­znać do­brze zna­nej oso­by.

Z tej to za­pew­ne ra­cji męż­czyź­ni, któ­rzy wcho­dzi­li do cu­kier­ni, nie po­zna­wa­li in­ne­go męż­czy­zny, któ­ry spa­ce­ro­wał pode drzwia­mi za­kła­du. Wcho­dzą­cy byli to lu­dzie mło­dzi, ubra­ni po więk­szej czę­ści w fu­tra; spa­ce­ru­ją­cy no­sił na so­bie pal­to­cik, któ­ry nie mu­siał go zresz­tą zbyt ob­cią­żać, był bo­wiem na­der li­cho pod­wa­to­wa­ny. Miał on prócz tego na gło­wie sta­rą czap­kę, z pod któ­rej wy­my­ka­ły się ciem­ne, nie­dość sta­ran­nie ucze­sa­ne wło­sy. Od stro­ny dasz­ka zno­wu cie­ka­wy do­strzec mógł śnia­dą i chu­dą twarz, duże oczy i po­tar­ga­ną bro­dę.

Czło­wiek spa­ce­ru­ją­cy, na każ­de­go z tych, któ­rzy wcho­dzi­li do cu­kier­ni, rzu­cał by­stre spoj­rze­nie, a po­tem szyb­ko od­wra­cał gło­wę; oglą­da­ny ro­bił pra­wie to samo. Ta­kie za­cho­wa­nie się ro­dzi­ło dwa do­my­sły: pierw­szy – że nie­zna­jo­my mu­siał cze­kać na ko­goś, dru­gi – że mię­dzy nim a tam­ty­mi ist­nia­ło ja­kieś nie­po­ro­zu­mie­nie.

Nie­kie­dy, w oświe­tlo­nych drzwiach cu­kier­ni uka­zy­wa­li się dwaj, lub trzej pa­no­wie, i mó­wiąc coś do sie­bie, wska­zy­wa­li pal­cem na nie­zna­jo­me­go, któ­ry wów­czas szyb­ko od­cho­dził na­bok.

Ma­new­ry te trwa­ły już do­syć dłu­go, gdy na­gle na chod­ni­ku uka­zał się jesz­cze je­den mło­dy czło­wiek, ubra­ny w nowe elki i rów­nie, jak jego po­przed­ni­cy, spie­szą­cy do cu­kier­ni. Je­go­mość ten był śred­nie­go wzro­stu i miał ele­ganc­kie ru­chy; przy świe­tle dzien­nem ła­two­by się moż­na prze­ko­nać, że jest to przy­stoj­ny sza­tyn, z ja­snym za­ro­stem i sza­fi­ro­we­mi oczy­ma.

Uj­rzaw­szy go, czło­wiek w pa­le­to­cie po­biegł parę kro­ków na­przód i z od­cie­niem nie­cier­pli­wo­ści w gło­sie, za­wo­łał:

– Aaa… Siel­ski!…

Ele­ganc­ki sza­tyn sta­nął, od­wró­cił gło­wę na­bok i z lek­kim uśmie­chem od­parł:

– Aaa… La­cho­wicz?!

Świa­tło z okna pa­dło na twa­rze obu. Siel­ski był cią­gle uśmiech­nię­ty, La­cho­wicz zaś za­kło­po­ta­ny i wzru­szo­ny. Przez pe­wien czas pa­trzy­li na sie­bie mil­cząc; na­gle Siel­ski spy­tał:

– Czy masz do mnie in­te­res?…

La­cho­wicz za­wa­hał się, a po­tem od­po­wie­dział pręd­ko, to­nem szorst­kim:

– Żad­ne­go!

Za­wró­cił się i po­szedł da­lej.

Siel­ski, zno­wu uśmiech­nąw­szy się, pa­trzył na od­cho­dzą­ce­go jak na war­ja­ta i szep­nął:

– Po­trze­bu­je pie­nię­dzy!…

I wciąż pa­trzył. La­cho­wicz tym­cza­sem, ubie­gł­szy kil­ka­na­ście kro­ków, sta­nął, zro­bił ruch jak­by chciał za­wró­cić, lecz wresz­cie po­szedł przed sie­bie kro­kiem po­wol­nym, z gło­wą zwie­szo­ną.

– Jed­nak­że i w nim coś jest na­kształt am­bi­cji! – po­my­ślał Siel­ski.

W tej chwi­li to­czy­ła się dziw­na wal­ka mię­dzy dwo­ma ludź­mi, z któ­rych je­den po­trze­bo­wał pie­nię­dzy, a dru­gi je miał i hoj­nie roz­po­ży­czał zna­jo­mym. Po­dob­ną usłu­gę nie­raz Siel­ski od­da­wał La­cho­wi­czo­wi, nig­dy nie py­ta­jąc o ter­min zwro­tu. Od pew­ne­go cza­su jed­nak po­zy­cja to­wa­rzy­ska i uspo­so­bie­nie La­cho­wi­cza ule­gły zmia­nom: zna­jo­mi go uni­ka­li, on zaś stał się dziw­nie draż­li­wym. Daw­niej przy­cho­dził wprost do miesz­ka­nia Siel­skie­go i mó­wił ze śmie­chem: „Po­życz mi tyle a tyle” – dziś cza­to­wał na nie­go pode drzwia­mi cu­kier­ni, nie śmiał za­cze­pić i ob­ra­ził się bez wi­docz­ne­go po­wo­du.

– A cóż mnie to ob­cho­dzi!… – mruk­nął Siel­ski, niby koń­cząc ja­kąś myśl, i chciał wejść do cu­kier­ni. Lecz wstrzy­mał się i zno­wu spoj­rzał za La­cho­wi­czem. Miał on do­bre ser­ce, żal mu więc było czło­wie­ka wi­docz­nie bar­dzo po­trze­bu­ją­ce­go; chciał na­wet do­go­nić go i na­rzu­cić mu się z po­życz­ką. Lecz na­stęp­nie inne my­śli wzię­ły górę:

– Nie wi­dzę ra­cji pod­da­wać się jego gry­ma­som – mó­wił do sie­bie. – Kto cze­go chce, niech pro­si. I jesz­cze kto, ale on!…

Pchnął gwał­tow­nie drzwi i wszedł do za­kła­du, z któ­re­go do­le­ciał go dym, gwar i go­rą­co. Był jed­nak ja­kiś gniew­ny; wi­docz­nie La­cho­wicz ze­psuł mu hu­mor.

– Dla pana czar­nej kawy? – spy­tał go gar­son.

– Póź­niej – od­parł Siel­ski.

Gar­son ukło­nił się, po­pra­wił na ra­mie­niu ser­wet­kę i po­szedł do in­ne­go go­ścia z za­py­ta­niem:

– Pan już co sta­lo­wał?

Wśród ob­ło­ków dymu, uno­szą­ce­go się w po­ko­ju, sła­bo oświe­tlo­nym kil­ko­ma ga­zo­we­mi pło­mie­nia­mi, od­róż­nić było moż­na dwie gru­py męż­czyzn. Jed­na z nich sku­pi­ła się oko­ło pary sza­chi­stów, dru­ga ota­cza­ła wiel­ki stół mar­mu­ro­wy.

Byli to ar­ty­ści, ad­wo­ka­ci, ase­so­ro­wie, a i li­te­ra­tów nie bra­kło. Każ­dy pra­wie z tych pa­nów pę­dził ży­wot w ka­wa­ler­skim sta­nie i każ­dy, ukoń­czyw­szy ro­bo­tę dzien­ną, ucie­kał od nu­dów do­mo­wych do cu­kier­ni, gdzie się mógł na­śmiać, wy­kłó­cić, a w naj­gor­szym ra­zie zo­ba­czyć od­daw­na zna­jo­me fi­zjo­gnom­je.

– Pa­no­wie! pan Siel­ski ma głos. – za­wo­łał pe­wien mło­dy czło­wiek, uj­rzaw­szy przy­by­łe­go.

Na­sta­ło chwi­lo­we mil­cze­nie, któ­re nie­ba­wem prze­rwał ktoś inny, py­ta­jąc mło­de­go czło­wie­ka:

– Czy to ma być dow­cip, pa­nie Ru­masz­ko?…

– A ro­zu­mie się.

– No, to dam panu jed­ną radę: ile razy masz po­wie­dzieć dow­cip, tyle razy ukąś się w ję­zyk, a nie po­wiesz głup­stwa.

– Zda­je mi się, że pana zrą­ba­no, pa­nie Ru­masz­ko? – wtrą­cił ktoś trze­ci. Ale mło­dy czło­wiek zrą­ba­ny wca­le miny nie stra­cił; po­pra­wił tyl­ko oku­la­ry, słu­żą­ce mu do za­ma­sko­wa­nia cy­nicz­nych po­glą­dów na świat, i w in­nej zno­wu stro­nie po­czął pra­co­wać na to, aby go zwy­my­śla­no.

– Jak się masz, Je­rzy!… Jak się masz, Apel­le­sie!… – wi­ta­no tym­cza­sem Siel­skie­go, któ­ry do obu tych przy­dom­ków miał pra­wo: no­sił bo­wiem imię Je­rze­go i był ma­la­rzem.

– Pa­no­wie, ucisz­cie się! – za­wo­łał ktoś – i po­zwól­cie ka­pi­ta­no­wi do­koń­czyć opi­su wczo­raj­szej przy­go­dy…

– Czy zno­wu miał przy­go­dę? – spy­tał Siel­ski.

– I nie­jed­ną! W po­łu­dnie spa­dła mu na łeb fura śnie­gu z da­chu…

– Jak­to? i jesz­cze ży­jesz?…

– Za­wdzię­czam to twar­do­ści mo­jej sło­wiań­skiej czasz­ki – ode­zwał się głos spo­koj­ny.

Zgro­ma­dze­nie uci­chło.

Oso­bą, któ­ra za­re­kla­mo­wa­ła twar­dość swej czasz­ki, był blon­dyn wzro­stu śred­nie­go, bar­czy­sty, gru­by w kar­ku i po­sia­da­ją­cy wąsy dra­goń­skie. Naj­dziw­niej­sze przy­go­dy opo­wia­dał gło­sem na­tu­ral­nym, nie­kie­dy łza­wym, przy tem miał twarz zmar­twio­ną i oczy ła­god­ne i smut­ne.

– No, za­cznij zno­wu od po­cząt­ku, ka­pi­ta­nie! – za­wo­ła­no z tłu­mu.

Ka­pi­tan za­czął:

– Szcze­gól­na przy­go­da, po­wia­da­ni wam, za­kra­wa na far­sę!… Idę so­bie wczo­raj przez uli­cę i sły­szę ja­kiś sze­lest je­dwa­biu. Oglą­dam się… i – wi­dzę za­wo­alo­wa­ną damę, któ­ra za­cho­wu­je się tak, jak­by mnie go­ni­ła…

– A pan ucie­kasz?…

– Ale gdzież tam! – obu­rza się ka­pi­tan i mówi da­lej. – Wi­dząc, że mnie goni, sta­ną­łem, a ona do mnie: „Ja­siu! ja cię ko­cham…” Po­wia­dam wam, żem zgłu­piał, wo­bec tak ob­ce­so­we­go po­stę­po­wa­nia ko­bie­ty w je­dwa­biach i ko­ron­kach…

– Któż to był? – spy­ta­no z boku.

– Ktoś od Braj­bi­sza – ode­zwał się Ru­masz­ko. Zgro­ma­dze­nie wy­bu­chło śmie­chem, ka­pi­tan zaś ude­rzył pię­ścią w stół i pa­trząc do­ko­ła smut­ne­mi oczy­ma, za­wo­łał:

– Pa­no­wie!… Ależ na­ucz­my się dys­ku­to­wać par­la­men­tar­nie!

Obok ka­pi­ta­na, z wy­ra­zem nie­za­mą­co­ne­go za­do­wo­le­nia na ob­li­czu i otwar­tym ka­ta­lo­giem w ręku, sie­dział li­te­rat Ro­man, któ­ry od kil­ku lat po­lu­jąc na typy, włó­czył się po wszyst­kich knaj­pach i jak naj­sta­ran­niej każ­dy usły­sza­ny wy­raz za­pi­sy­wał. Ten to pan Ro­man, zwró­ciw­szy się do ka­pi­ta­na, za­py­tał go sło­dziut­kim gło­sem:

– Czy po­zwo­lisz mi pan zu­żyt­ko­wać tę zna­ko­mi­tą sy­tu­acją?…

– Po mo­jej śmier­ci, pa­nie!… po mo­jej śmier­ci! – od­parł me­lan­cho­lij­nie za­gad­nię­ty.

Na parę mi­nut przed­tem, przy­siadł się do wiel­kie­go sto­łu czło­wiek z miną dżen­tl­me­na, któ­ry, ko­rzy­sta­jąc ze względ­nej ci­szy, spy­tał:

– Czy nie mógł­byś mi pan, ka­pi­ta­nie, opo­wie­dzieć o awan­tu­rze La­cho­wi­cza, po­nie­waż od kil­ku dni krą­ży z tego po­wo­du mnó­stwo plo­tek…

– Panu opo­wiem! – od­parł ka­pi­tan. – Na­praw­dę rzecz się tak mia­ła: Ja­kiś fa­cet za­cze­pił na uli­cy dwie ko­bie­ty. La­cho­wicz go zwy­my­ślał, a on La­cho­wi­cza wy­zwał na po­je­dy­nek… Lu­dwik przy­jął… no! i już wszyst­ko było przy­go­to­wa­ne jak naj­po­rząd­niej, kie­dy się na­gle cof­nął…

– Po­dob­no pan chcia­łeś go za­stą­pić? – spy­tał dżen­tl­men.

– Uwa­ża­łem to za ho­no­ro­wy obo­wią­zek – od­parł ka­pi­tan. – Ale i cóż z tego, kie­dy tym zno­wu ra­zem fa­cet nie chciał sta­nąć!…– do­dał z głę­bo­kiem wes­tchnie­niem.

– To mnie dzi­wi, że się La­cho­wicz cof­nął!… – mruk­nął dżen­tl­men, krę­cąc gło­wą. – I czy nie wie pan, z ja­kie­go po­wo­du?…

– Nie wiem!… nie wiem!… – jęk­nął ka­pi­tan, zwró­ciw­szy łza­we spoj­rze­nie na dno pu­stej fi­li­żan­ki.

– Bra­wo, La­cho­wicz!… Po­do­bał mi się ten Lu­dwi­czek!… – mó­wio­no w tłu­mie.

– Ja­bym mu już od­tąd ręki nie po­dał! – mruk­nął ktoś.

– Ja się z nim nie wi­tam! – do­rzu­cił dru­gi.

– Ani ja.

Słu­cha­jąc tego – ka­pi­tan ro­bił się co­raz smut­niej­szym, dżen­tl­men spo­glą­dał zgó­ry po ze­bra­niu i nie­znacz­nie ru­szał ra­mio­na­mi, a Siel­ski był wzru­szo­ny, choć usi­ło­wał za­pa­no­wać nad sobą.

– W każ­dym ra­zie, jest to gen­jal­ny ma­larz ten La­cho­wicz – prze­rwał dżen­tl­men.

– Masz pan ra­cją, daj pan dwa zło­te! – krzyk­nął Ru­masz­ko, znu­dzo­ny dłu­giem mil­cze­niem.

Dżen­tl­men po­gar­dli­wie spoj­rzał na su­fit, na ta­kich bo­wiem, jak Ru­masz­ko, nie zwykł był rzu­cać na­wet po­gar­dli­wych spoj­rzeń. Po­tem zaś po­wtó­rzył:

– Tak! to bar­dzo zdol­ny ma­larz!

– Szko­da tyl­ko, że uni­ka po­je­dyn­ków!… – szep­nął ktoś.

– I pła­ce­nia dłu­gów. – do­rzu­cił inny.

Dżen­tl­men wstał i bio­rąc ka­pe­lusz do ręki, rzekł to­nem pro­fe­sor­skim:

– Kto wie, co go do tego skło­ni­ło?… Ży­ciem roz­po­rzą­dzać może tyl­ko czło­wiek wol­ny, pan La­cho­wicz zaś…

– Czy są­dzisz pan, że się za­prze­dał komu?… – spy­tał z uśmie­chem Siel­ski.

– Może być nie­wol­ni­kiem ja­kichś obo­wiąz­ków, któ­re nie­tyl­ko za­bra­nia­ją mu po­je­dyn­ko­wać się, ale na­wet krę­pu­ją jego ta­lent.

To po­wie­dziaw­szy, wy­szedł. Li­te­rat Ro­man każ­de jego sło­wo z go­rącz­ko­wym za­pi­sy­wał po­śpie­chem, a me­lan­cho­licz­ny ka­pi­tan ze smut­kiem roz­my­ślał: ko­go­by też wy­zwać na po­je­dy­nek, albo przy­najm­niej za­chę­cić do wal­ki i zo­stać se­kun­dan­tem? Resz­ta obec­nych roz­ma­wia­ła o La­cho­wi­czu, Siel­ski zaś me­dy­to­wał. Tra­pi­ły go wy­rzu­ty su­mie­nia, i przy­kro mu było, że nie on, ale ktoś inny uj­mo­wał się za ho­no­rem nie­lu­bia­ne­go wpraw­dzie, lecz nie­szczę­śli­we­go ko­le­gi. Z dru­giej jed­nak stro­ny, nie miał siły wy­stą­pić w jego obro­nie. Je­że­li nie cha­rak­ter, to przy­najm­niej ży­cie La­cho­wi­cza przed­sta­wia­ło wie­le punk­tów za­gad­ko­wych, a przy­tem (wstyd wy­znać!) ucho­dził on mię­dzy ludź­mi za naj­zdol­niej­sze­go ma­la­rza. Naj­zdol­niej­szy!… Miał­że­by być wyż­szym na­wet od Siel­skie­go pod tym wzglę­dem?…

Tym­cza­sem do uszu Je­rze­go do­la­ty­wa­ły wy­ra­zy: „tchórz”, „czło­wiek ma­łe­go cha­rak­te­ru,” „ar­ty­sta zdol­ny, lecz nie po­sia­da­ją­cy ukształ­ce­nia,” a wszyst­kie te epi­te­ty od­no­si­ły się do La­cho­wi­cza. Siel­ski był odu­rzo­ny i nie wie­dział, czy się ma cie­szyć, czy gnie­wać. Wresz­cie – ka­zał so­bie dać szklan­kę pon­czu…

Wy­piw­szy kil­ka ły­ków go­rą­ce­go trun­ku, Je­rzy uczuł na­gle, że jego nie­chęć do Lu­dwi­ka zmniej­sza się i ustę­pu­je li­to­ści. Siel­ski wo­gó­le nie był przy­zwy­cza­jo­ny do spi­ry­tu­al­jów, i jak po­wie­dzia­no wy­żej, miał do­bre ser­ce. Żal mu się zro­bi­ło ob­ma­wia­ne­go, prze­stał się w nim lę­kać współ­za­wod­ni­ka, na­brał w tej chwi­li wia­ry we wła­sny ta­lent, prze­jął się wstrę­tem do plo­tek i już – już miał wy­stą­pić z mów­ką w obro­nie

La­cho­wi­cza, gdy wtem uczuł, że ktoś zlek­ka do­tknął jego ra­mie­nia.

Obej­rzał się, za nim stał La­cho­wicz, z cho­ro­bli­we­mi ru­mień­ca­mi i wy­ra­zem wzbu­rze­nia na twa­rzy.

– Je­rzy… słów­ko!… – szep­nął przy­by­ły.

Uka­za­nie się La­cho­wi­cza pod­nie­ci­ło to­wa­rzy­stwo. Jed­ni śmie­li się na głos, inni po­czę­li roz­ma­wiać o po­je­dyn­kach; tyl­ko męż­czy­zna, zwa­ny ka­pi­ta­nem, oparł­szy gło­wę na ręku, mil­czał i miał taką minę, jak gdy­by pra­gnął za­paść się w zie­mię.

We­zwa­ny Siel­ski szyb­ko wstał i chciał z in­te­re­san­tem wyjść do dru­gie­go po­ko­ju. Któ­ryś jed­nak dow­cip­niś zwró­cił się do La­cho­wi­cza, mó­wiąc:

– Pa­nie Lu­dwi­ku! Kor­pa­czew­ski do­wia­du­je się o pań­ski ad­res.

– Cze­góż on chce? – spy­tał nie­ostroż­nie Lu­dwik.

– Chciał pana dar­mo po­cho­wać, usły­szaw­szy, żeś zgi­nął w po­je­dyn­ku!…

– Daj­że pan po­kój! – upo­mniał dow­cip­ni­sia Siel­ski i wziąw­szy La­cho­wi­cza pod rękę, wy­szedł z nim do bu­fe­tu.

– Po­życz mi trzy ru­ble… – ode­zwał się ci­chym gło­sem La­cho­wicz.

Proś­ba ta, nie­omal po­kor­na, roz­rzew­ni­ła Siel­skie­go. Szyb­ko wy­do­był port­mo­net­kę, lecz za­miast od­ra­zu dać pie­nią­dze, za­brał pier­wej głos.

– Mój Lu­dwi­ku! – rzekł – dla­cze­go je­steś ze mną nie­szcze­rym?… Nie trzy, ale trzy­dzie­ści i trzy­sta ru­bli dał­bym ci chęt­nie, gdy­byś mi po­wie­dział, co mia­no­wi­cie wpły­wa na two­je dziw­ne po­stę­po­wa­nie?… Wszak­że je­ste­śmy…

Usły­szaw­szy to, La­cho­wicz prze­rwał mu z szy­der­czym uśmie­chem:

– Za­wsze, wi­dzę, je­steś po­etą… Chcesz, abym przed tobą otwo­rzył ser­ce, jak pro­wen­to­wy pi­sarz przed po­ko­jów­ką?…

Ro­bię tak i po­stę­pu­ję z ludź­mi tak, jak mi wy­god­niej, oto moja ta­jem­ni­ca!… Daj­że mi te trzy ru­ble…

Roz­czu­le­nie Siel­skie­go mi­nę­ło. Szorst­ka od­po­wiedź La­cho­wi­cza wy­da­ła mu się świę­to­kradz­twem w tej chwi­li. Umilkł więc, dał mu trzy ru­ble i nie kiw­nąw­szy na­wet gło­wą, wró­cił do swe­go to­wa­rzy­stwa i do pon­czu, któ­ry po­sia­dał roz­tkli­wia­ją­ce wła­sno­ści.

Zo­ba­czyw­szy to, La­cho­wicz wy­pro­sto­wał się, a oczy mu dzi­ko bły­snę­ły. Zmiął w ręku bank­not, jak­by chciał go rzu­cić za od­cho­dzą­cym, lecz szyb­ko ochło­nął i z wy­ra­zem nie­opi­sa­nej bo­le­ści opu­ścił cu­kier­nią.

– I za co ja tyle cier­pię?… – szep­nął.

Po­wo­li knaj­pu­ją­ce to­wa­rzy­stwo po­czę­ło się roz­cho­dzić, a mię­dzy in­ny­mi wy­szedł i Siel­ski, do któ­re­go przy­cze­pił się li­te­rat z ka­ta­lo­giem.

– Pan wie – mó­wił li­te­rat – że La­cho­wicz sta­je do kon­kur­su?… Ma­lu­je „Ostat­ni dzień ska­za­ne­go…”

Siel­ski drgnął i po chwi­li od­mruk­nął:

– Tak?!

Po­tem umilkł. Wia­do­mość ta za­nie­po­ko­iła go, i on bo­wiem sta­wał do kon­kur­su, a oba­wiał się La­cho­wi­cza. Siel­ski miał wpraw­dzie grun­tow­ne ukształ­ce­nie ar­ty­stycz­ne i znał eu­ro­pej­skie ga­ler­je, współ­za­wod­nik zaś jego nie znał i nie wi­dział nic, lecz miał ogrom­ne zdol­no­ści. Pierw­szy czę­sto ma­lo­wał pięk­ne cac­ka, dru­gie­mu uda­wa­ło się nie­kie­dy pod­chwy­ty­wać głęb­sze se­kre­ty na­tu­ry i przed­sta­wiać je z nie­zrów­na­ną praw­dą. Strasz­ny ten współ­za­wod­nik stał do­tych­czas w cie­niu; ja­kieś nie­zna­ne wię­zy krę­po­wa­ły po­lot jego du­cha. Lecz coby się sta­ło, gdy­by wy­szedł kie­dy na świa­tło?…

„Zbyt małą ma war­tość mo­ral­ną, aby zo­stał wiel­kim!” – po­my­ślał Siel­ski, a po­tem mi­mo­wo­li ze­sta­wił swój ma­ją­tek z bie­do­tą współ­za­wod­ni­ka.

– To czło­wiek dziw­ny – za­czął zno­wu Ro­man – ory­gi­nal­nych za­sad… ten La­cho­wicz…

– Po­wiedz pan: żad­nych za­sad! – od­po­wie­dział gniew­nie Siel­ski.

– Musi być bar­dzo bied­ny?

– Są­dzę, że jed­nak za­ra­bia pendz­lem oko­ło ośmiu­set ru­bli…

– Osiem­set ru­bli! – wy­krzyk­nął li­te­rat, po­my­ślaw­szy o swo­ich skrom­nych do­cho­dach. – A gdzież on je po­dzie­wa?… bo wszak­że nie ma ro­dzi­ny…

– To po­dob­no całe jego szczę­ście – rzekł Siel­ski – że ro­dzi­ny nie ma, boby ją mo­ral­nie i ma­ter­jal­nie zgu­bił. Przy­pusz­czam jed­nak, że na dnie tego wszyst­kie­go musi się ukry­wać ja­kaś ko­bie­ta… Na­tu­ral­nie z tej co i on ka­te­gor­ji.

Li­te­rat strze­lił z pal­ców i ura­do­wa­ny za­wo­łał:

– A wiesz pan, że to jest pysz­ny po­mysł!… Tak, to ja­sne jak słoń­ce… Cu­dow­ną po­wieść na­pi­szę o czło­wie­ku, któ­ry mo­gąc zo­stać gen­jal­nym ma­la­rzem, roz­łaj­da­czył się – dzię­ki nie­sto­sow­nej mi­ło­ści. Do­bra­noc panu!

I po­wie­dziaw­szy to, li­te­rat z ka­ta­lo­giem po­biegł pę­dem do swe­go miesz­ka­nia.

„Co­kol­wiek­bądź – my­ślał Siel­ski – mój przy­ja­ciel La­cho­wicz ma wszel­kie kwa­li­fi­ka­cje do ty­tu­łu: czło­wie­ka bez cha­rak­te­ru. Nie chciał­bym mieć z nim kie­dy awan­tu­ry…”

Gdy­by w tej chwi­li po­wie­dział kto Siel­skie­mu, że on sam prze­ści­gnie w sztu­ce Mi­cha­ła Anio­ła, lub że Ro­man zo­sta­nie wiel­kim po­wie­ścio­pi­sa­rzem – uwie­rzył­by. Lecz nig­dy­by nie uwie­rzył temu, że on i ci, któ­rzy tak su­ma­rycz­nie osą­dzi­li i po­tę­pi­li La­cho­wi­cza, nie mają ra­cji.ROZ­DZIAŁ II NĘ­DZARZ

Tego sa­me­go wie­czo­ra, oko­ło go­dzi­ny dzie­sią­tej, jed­ną z naj­uboż­szych ulic mia­sta szedł czło­wiek, z po­zo­ru wy­glą­da­ją­cy na ro­bot­ni­ka. Miał na so­bie sta­rą bur­kę i z dłu­gie­mi cho­le­wa­mi buty. Twa­rzy nie moż­na było po­znać, okry­wa­ła ją bo­wiem brud­na chust­ka, prze­wią­za­na wi­docz­nie dla za­sło­nię­cia uszu lub zę­bów.

Po­ty­ka­jąc się co chwi­lę w wy­bo­jach, ukry­tych pod śnie­giem, na uli­cy sła­bo oświe­tlo­nej, czło­wiek do­się­gnął drew­nia­ne­go domu i za­pu­kał we drzwi, któ­re mu po upły­wie dość dłu­gie­go cza­su otwo­rzo­no.

– Kto tam? – za­py­tał stróż przy­by­łe­go.

– Ja, Sta­ni­sła­wie! Cóż tu u was sły­chać?

– Aha!… pan… Źle sły­chać, sta­ry zno­wu zmaj­stro­wał. Ukradł mi dziś sa­mo­war, co go wzią­łem od go­spo­da­rza do czysz­cze­nia.

– Nie­szczę­ście! – mruk­nął przy­by­ły. – Cóż go­spo­darz?

– Jesz­cze nic nie wie, ale jak się do­wie, to pew­nia­kiem da znać do cyr­ku­łu.

Ostat­nia uwa­ga tak wzru­szy­ła nie­zna­jo­me­go, że się oparł o ścia­nę i chwi­lę mil­czał; po­tem zaś stłu­mio­nym gło­sem za­py­tał:

– Czy wy­cho­dził gdzie dzi­siaj?…

– I, gdzie tam! ani dziś, ani wczo­raj; a sa­mo­war mu­siał tu w domu gdzieś za­prze­pa­ścić. Ale wy­pie­ra się. Com się go nie na­pro­sił, a on nic i nic… Bę­dzie bie­da!

– No, je­że­li nie wy­cho­dził, to się sa­mo­war znaj­dzie, tyl­ko nic nie mów­cie – od­po­wie­dział przy­by­ły nie­co spo­koj­niej.

Stróż za­mknął drzwi i legł w dłu­giej pace, sto­ją­cej w sie­ni; nie­zna­jo­my zaś wszedł na po­dwó­rze. Tu znaj­do­wa­ło się kil­ka tak­że drew­nia­nych dom­ków, tu­dzież bu­dy­nek, bę­dą­cy w po­ło­wie obo­rą, w po­ło­wie miesz­ka­niem ludz­kiem.

Przy bla­sku świa­tła, pa­da­ją­ce­go z nie­któ­rych okien i od­bi­ja­ją­ce­go się od śnie­gu, przy­by­ły dość szczę­śli­wie wy­mi­nął ze­psu­tą pom­pę, ro­ze­bra­ny wóz, sto­sy be­lek i do­tarł do miesz­ka­nia przy obo­rze. Sta­nął obok ma­łe­go okien­ka i za­pu­kał w nie raz i dru­gi.

– Kto tam?… – za­py­ta­no z wnę­trza.

– Ja.

W ciem­nem miesz­ka­niu roz­legł się ło­skot, i za chwi­lę po­tem uka­za­ły się przez szy­bę nie­wy­raź­ne rysy twa­rzy ludz­kiej.

– Kie­dy nie wiem kto? – za­py­ta­no po­wtór­nie.

– No ja, Lu­dwik! – od­po­wie­dział przy­by­ły.

– Aha!…

Obok okna za­sze­le­ści­ło coś, jak­by po­wróz, od­wią­zy­wa­ny od gwoź­dzia, i nie­ba­wem uchy­li­ły się drzwi wą­skie i ni­skie.

– Zim­no! – mruk­nął wła­ści­ciel miesz­ka­nia, a prze­pu­ściw­szy nie­zna­jo­me­go, szyb­ko za­trza­snął drzwi i zno­wu je sznu­rem do haka przy­wią­zał.

Przy­by­ły, na­zy­wa­ją­cy się Lu­dwi­kiem, wy­do­był z kie­sze­ni małą świecz­kę, za­pa­lił ją i osa­dził w pew­ne­go ro­dza­ju drew­nia­nym lich­ta­rzu, przy­bi­tym do ścia­ny.

Te­raz do­pie­ro moż­na było ro­zej­rzeć się w klat­ce. Mia­ła ona za­le­d­wie kil­ka­na­ście łok­ci kwa­dra­to­wych po­wierzch­ni, a całe ume­blo­wa­nie jej sta­no­wił tap­czan z brud­nych sien­ni­ków, paka miesz­czą­ca w so­bie parę sztuk gar­de­ro­by i parę gli­nia­nych na­czyń, sto­łek bez po­rę­czy i sta­ry piec że­la­zny. Drew­nia­ne ścia­ny izby peł­ne były szcze­lin, za­ma­za­nych gli­ną.

Ten ob­raz nę­dzy uzu­peł­niał sam go­spo­darz, czło­wiek z twa­rzą obrzę­kłą i po­kry­tą gę­stym, czar­nym za­ro­stem, z gło­wą na­pół łysą, na­pół si­wie­ją­ce­mi przy­sło­nię­tą wło­sa­mi. Miał na so­bie brud­ną i po­dar­tą bie­li­znę, tu­dzież dłu­gi ko­żuch, któ­ry w nocy słu­żył mu za­miast koł­dry.

Lu­dwik, nie zdej­mu­jąc czap­ki, siadł na tap­cza­nie, wy­do­był z kie­sze­ni kil­ka bu­łek, spo­ry ka­wał kieł­ba­sy i po­dał je star­co­wi.

– Niech oj­ciec je – od­rzekł su­cho.

– Gdzie mnie tam je­dze­nie w gło­wie! – mruk­nął sta­ry, sia­da­jąc obok syna i owi­ja­jąc się w ko­żuch.

– Albo co?

– Cho­ry je­stem, zim­no mi, ckli mnie…

– Wszyst­ko tak za wód­ką! – rzekł Lu­dwik, zwie­sza­jąc gło­wę na pier­si.

– Może nie?… Któż to na taki ziąb wód­ki nie pije?… Do­pó­ki czło­wiek był sam, to pił we­dle żą­da­nia, ale jak raz po­szedł na opie­kę, to mu ją niby pta­ko­wi wy­dzie­la­ją, jesz­cze kto?… Stróż!… co sam po­ło­wę roz­kra­da.

– Sta­ni­sław wód­ki nie pije – od­parł syn.

– O tem nikt nie może wie­dzieć!

Na­stą­pi­ła pau­za. Sta­rzec oparł się o ścia­nę, drżał i zie­wał, a po­tem po­czął zno­wu mó­wić gło­sem stłu­mio­nym i ża­ło­snym:

– W kry­mi­na­le go­rzej nie jest; by­łem prze­cie, to wiem! Tam bo­gat­si mają wód­kę z mia­sta i wspie­ra­ją bied­niej­szych. Wód­ka dla sta­re­go to jak mle­ko dla dziec­ka. Na sta­rość krew sty­gnie, ro­zum słab­nie, ręce i nogi sztyw­nie­ją. Dla­te­go Pan Bóg po­wie­dział do czło­wie­ka: „Na­ści wód­ki, czło­wie­cze, że­byś nie zmarzł i nie był po­dob­ny by­dlę­ciu!”

Daw­niej było le­piej. Nie­raz głód się zda­rzał na świe­cie i róż­ne cho­ro­by, ale czło­wiek wszyst­ko prze­trzy­mał, bo do­stał wód­ki za grosz wię­cej, ani­że­li dziś za sześć. Przy­tem nikt mu przez stró­żów nie wy­dzie­lał. Sy­no­wie też za daw­nych cza­sów byli insi: ża­den ojca się nie wsty­dził i nie znę­cał nad nim.

Ho! ho!… Niech-no ja­bym mo­je­mu sta­re­mu po­wie­dział: „Nie chodź, sta­ry, po mie­ście,” albo: „Sta­ni­sław bę­dzie ci wód­kę wy­da­wał,” albo: „Komu to sta­ry ko­żuch sprze­da­łeś…” dał­by on mi! Po­pa­mię­tał­bym ru­ski mie­siąc.

– Może i mnie oj­ciec zro­bi tak samo – spy­tał Lu­dwik.

– Ja tam nic nie mó­wię… ja tam ni­ko­mu nie wy­gra­żam, ani do­ku­czam!… Chcę tyl­ko na świat wyjść, choć­by do kry­mi­na­łu wró­cić, bo mi tu źle!… – mó­wił sta­ry, stop­nio­wo głos pod­no­sząc.

– A cóż ojcu złe­go? jeść nie­ma, czy co?…

– Co mi tam je­dze­nie!… Ja chcę wyjść do lu­dzi, po­ga­dać cza­sem, wód­kę pić, kie­dy się żą­dzi, albo kie­dy czło­wiek cho­ry…

A tu sie­dzę po ca­łych dniach jak pies, bo buty stróż mi cho­wa. Ro­bo­ty żad­nej; to się też tak przy­krzy, że nie­raz chciał­by się czło­wiek po­wie­sić z tę­sk­no­ty!

– Ku­pi­łem prze­cież stat­ki, przy­no­si­łem skó­ry, ale oj­ciec wszyst­ko stra­cił na wód­kę – rzekł Lu­dwik.

– Ja tam nie tra­ci­łem!… A zresz­tą, jak czło­wiek cho­ry, to się prze­cie ra­to­wać musi.

Na­sta­ło zno­wu mil­cze­nie, któ­re prze­rwał Lu­dwik, py­ta­jąc:

– Gdzie oj­ciec sa­mo­war po­dział?

– Jaki sa­mo­war?… sły­szał kto ta­kie plot­ki?

– Sa­mo­war go­spo­da­rza, któ­ry Sta­ni­sław dziś wie­czo­rem wziął do czysz­cze­nia.

– Kie­dy on czy­ścił, to i on ukradł. Ja tam o żad­nym sa­mo­wa­rze nie wiem – od­po­wie­dział sta­ry z gnie­wem.

– Ju­tro przyj­dzie po­li­cja, sa­mo­war znaj­dzie, ale i ojca weź­mie!… – rzekł Lu­dwik gło­sem stłu­mio­nym.

– To niech weź­mie! Ja chcę sie­dzieć w kry­mi­na­le… chcę!… – wo­łał sta­ry, bi­jąc pię­ścia­mi o ko­la­na. – Tu mi źle, go­rzej niż w szpi­ta­lu… Wol­no­ści żad­nej, ro­bo­ty ani źdźbła, a do tego jesz­cze nie wiem, co się z Zo­sią dzie­je, z mo­jem dziec­kiem ko­cha­nem!…

– Więc oj­ciec nie odda sa­mo­wa­ra?

– Nie od­dam!… zresz­tą ja nie wiem, cze­go kto chce ode mnie?… Sta­ni­sław roz­pusz­cza plot­ki, a ła­dzie mu wie­rzą…

– Sta­ni­sław do mnie tyl­ko mó­wił, nie do lu­dzi – od­parł Lu­dwik.

– Ja tam nie wiem, do kogo on mó­wił! – wo­łał sta­rzec, ty­łem od­wra­ca­jąc się do syna. – Plot­ki ro­bić on umie, ale nie po­tra­fi tego po­wie­dzieć, żeby mnie tu nie wię­zi­li i żeby mi Zo­się po­ka­za­li!… Może ją też w ta­kiej sa­mej ciu­pie trzy­ma­ją, czy ja wiem? Może ją i za­bi­li?…

– Zo­sia jest w szko­le.

– A to do­brze! Na­uczy się tam po­mia­tać oj­cem i do­ku­czać mu. Oj! cza­sy te­raz na­sta­ły… Ja, co praw­da, czy­tać nie umiem, alem ojca sza­no­wał, po­ma­gał mu, nie mę­czył, pod do­zór nie od­da­wał, kro­pli wód­ki nie ża­ło­wał…

Lu­dwik stra­cił cier­pli­wość.

– W tym mie­sią­cu – rzekł – wy­da­łem na ojca dwa­dzie­ścia ru­bli, za Zo­się tak­że pła­cę, sam też żyć mu­szę, – ale oj­ciec o to nie dba i my­śli tyl­ko, aby nas wszyst­kich zgu­bić. Chce oj­ciec cho­dzić po mie­ście, ale niech tyl­ko wyj­dzie, to za­raz coś nie­do­bre­go zro­bi, za co ja pła­cę. Dziś zno­wu… scho­wał oj­ciec sa­mo­war. Nie pierw­szy to fi­giel, ale chy­ba ostat­ni! Bóg wi­dzi, że wy­do­łać nie mogę; nie­chże się więc już raz skoń­czy. Ju­tro przyj­dzie po­li­cja i odda ojca do sądu, a jak sąd trze­ci raz weź­mie w ręce, to chy­ba nie­pręd­ko pu­ści!…

– O, to mnie na­stra­szył!… – za­wo­łał sta­ry, wy­bu­cha­jąc śmie­chem. – My­śli, że ja się sądu boję… Cha!… cha!… lu­dzie! – krzyk­nął, bio­rąc się pod boki – to ja ukra­dłem sa­mo­war.

– Ci­cho, oj­cze!… – za­wo­łał Lu­dwik prze­ra­żo­ny, chwy­ta­jąc go za rękę.

– Nie!… niech bio­rą do kry­mi­na­łu!… – krzy­czał sta­rzec co­raz gło­śniej.

– Dam wód­ki!… – szep­nął syn bła­gal­nym to­nem.

Sta­ry w jed­nej chwi­li zmie­nił się do nie­po­zna­nia. Sta­now­czość opu­ści­ła go; zła­god­niał, spo­kor­niał i sia­da­jąc na tap­cza­nie, spy­tał z głu­po­wa­tym uśmie­chem:

– Dasz wód­ki?… Za­raz dasz?…

Lu­dwik, z wy­ra­zem roz­pa­czy, schwy­cił się rę­ko­ma za gło­wę i szep­nął:

– Całe ży­cie tak mi już zej­dzie!…

– Może masz wód­kę przy so­bie, w kie­sze­ni?… Oj! ty zbyt­ni­ku!…

– Mu­szę ukry­wać to bied­ne dziec­ko przed nim, jego przed są­dem, nas wszyst­kich przed ca­łym świa­tem!… Boże mój, Boże! – szep­tał syn.

– Daj wó­dzi, daj, Lu­dwicz­ku!… – mru­czał sza­lo­ny sta­rzec, prze­trzą­sa­jąc kie­sze­nie bur­ki.

– Cze­go tu oj­ciec szu­ka? – za­py­tał na­gle Lu­dwik, bu­dząc się z po­nu­rych roz­my­ślań.

– Wó­dzi, sy­necz­ku, wó­dzi!…

– Nie mam przy so­bie, ale za­raz przy­nio­sę – od­parł i wy­szedł z izby.

Sta­ry tym­cza­sem, sie­dząc na tap­cza­nie, za­cie­rał ręce, strze­lał z pal­ców i mru­czał:

– Będę pił wó­decz­kę… Uuu… wó­decz­kę!… do­bra wó­dzia!… Ach!

Czło­wiek ten stał już na tak ni­skim szcze­blu zby­dlę­ce­nia, że stra­cił na­wet pra­wo do wzgar­dy, a mimo to nie utra­cił jesz­cze mi­ło­ści syna.

Po upły­wie kil­ku­na­stu mi­nut Lu­dwik wró­cił.

– Przy­nio­słeś, syn­ku?… – za­py­tał sta­ry, wy­cią­ga­jąc drżą­cą rękę.

Lu­dwik wy­do­był małą flasz­kę, do po­ło­wy na­peł­nio­ną wód­ką, i z wi­docz­nem wa­ha­niem rzekł:

– Nie­chże oj­ciec po­wie, gdzie sa­mo­war?

– Daj wó­dzi, daj!… – bła­gał sta­ry, jak­by nie sły­sząc jego py­ta­nia.

– Nie dam, aż się znaj­dzie sa­mo­war.

– No!… nie draż­nij się… – od­parł nę­dzarz, ca­łu­jąc syna w rękę.

Lu­dwik cof­nął się ze wstrę­tem i od­dał flasz­kę ojcu.

Sta­ry usiadł na rogu paki i z gry­ma­sa­mi obłą­ka­ne­go, wy­są­czył po­wo­li wód­kę, sma­ku­jąc ją i przy­glą­da­jąc się pod świa­tło. Po­wo­li zmarszcz­ki na jego twa­rzy wy­gła­dzi­ły się, dzi­ki wy­raz oczu stał się ła­god­nym i smut­nym, a z obłą­ka­ne­go zwie­rzę­cia zro­bił się (dziw­na rzecz!) czło­wiek nie­szczę­śli­wy i za­wsty­dzo­ny.

Spu­ścił on gło­wę na pier­si i z ja­kiemś dzie­cin­nem za­kło­po­ta­niem wy­sku­by­wał weł­nę z ko­żu­cha.

Lu­dwik za­uwa­żył zmia­nę (nie po raz pierw­szy zresz­tą), i chcąc wi­docz­nie za­wią­zać roz­mo­wę, rzekł:

– Czy oj­ciec nie cho­ry?

– Je­stem grzesz­ny czło­wiek – od­parł ci­cho sta­rzec. – Niech mi Bóg prze­ba­czy, i ty, synu, i na­sza bied­na Zo­sia…

Po ma­łej pau­zie, jak­by stop­nio­wo ośmie­la­jąc się, mó­wił da­lej:

– Już wód­ki pić nie będę… Oho!… Dziś ostat­ni raz mi się przy­tra­fi­ło. Przez wód­kę czło­wiek robi się by­dlę­ciem, Boga ob­ra­ża i lu­dziom do­ku­cza… A za co ja to­bie mam do­ku­czać, kie­dyś ty lep­szy od naj­ro­dzeń­szej mat­ki?… Mat­ka­by tak o mnie nie dba­ła… Bo też i nie dba­ła!…

Sta­rzec prze­rwał, za­my­ślił się i na­gle za­py­tał:

– Lu­dwiś… pa­mię­tasz ty to?…

– Cóż ta­kie­go?

– A to, jak na Zie­lo­ne Świąt­ki Bła­żej po­da­ro­wał ci wó­zek. Ja po­wia­dam: „Bę­dzie cię, syn­ku, Kur­ta wo­ził!…” A ty mó­wisz: „Nie… ja chcę, żeby wo­ził oj­ciec.” Sam się za­przą­głem i jesz­czem mu­siał bat na sie­bie zro­bić… Cha!… cha!… Sa­mo­war jest pod tap­cza­nem…

Pod­niósł się z paki i usiadł na swej nędz­nej po­ście­li.

– Albo to, ja­kem mat­ce bu­tel­kę ole­ju wy­lał. Mó­wię:

„O! wy­bi­je mnie mat­ka, jak wró­ci!…” A ty na to: „Niech ta­tuś po­wie, że to ja!…”

Po­tem za­czął coś nu­cić – za­chwiał się, po­chy­lił na ko­la­na Lu­dwi­ka i pra­wie na­tych­miast za­snął.

Tym­cza­sem syn roz­my­ślał:

„Poco ten czło­wiek żyje i poco los przy­kuł mnie do nie­go?… Wszyst­kie błę­dy moje, wszyst­kie nie­szczę­ścia, nie­do­sta­tek i po­gar­da u lu­dzi – wszyst­ko ob­cią­ża mnie z jego winy. Nie mogę wy­je­chać, bo je­że­li go choć na je­den dzień bez do­zo­ru zo­sta­wię, wnet za­pra­cu­je na wię­zie­nie… Nie mogę zgi­nąć na­wet, choć mnie dep­czą i pra­wie w twarz mi plu­ją…

„Nie!… trze­ba już raz skoń­czyć… We­zmę Zo­się, uciek­nę z nią, zmie­nię na­zwi­sko, a z nim. niech się dzie­je co chce!… Całe przy­wią­za­nie, ja­kie mia­łem dla nie­go, ustą­pi­ło już wstrę­to­wi i nie­na­wi­ści…”

W tej chwi­li gło­wa ojca zsu­nę­ła się z sy­now­skich ko­lan. Lu­dwik za­po­mniał swych roz­my­ślań, lecz in­stynk­to­wym ru­chem za­trzy­mał upa­da­ją­ce­go i ostroż­nie uło­żył go na sien­ni­ku. Po­tem wy­do­był z pod tap­cza­na ukra­dzio­ny sa­mo­war, za­ga­sił świe­cę i wy­szedł, przy­ci­ska­jąc drzwi ja­kimś drą­giem.

W sie­ni, choć to już była pół­noc, za­stał stró­ża, na­ra­dza­ją­ce­go się z żoną. Od­dał im sa­mo­war i ży­czył do­brej nocy, po­le­ca­jąc ich pa­mię­ci ojca.

Gdy już wy­szedł na uli­cę, Sta­ni­sław rzekł:

– Ja, że­bym ta był nim, to­bym sta­re­go pu­ścił w trą­bę, bo to strasz­nie wiel­kie udrę­cze­nie!

– Ale! – od­par­ła żona. – A do­brze­by ci było, żeby tak z tobą nasz Wa­lek zro­bił?…

– Kie­dy bo ze sta­re­go wiel­ki nic­poń; my prze­cie wie­my, co on wart!…

– Za­wdy to oj­ciec! – za­kon­klu­do­wa­ła żona.

Na dwo­rze nie­bo iskrzy­ło się od gwiazd i dął zim­ny, do ko­ści przej­mu­ją­cy wiatr wschod­ni, ale Lu­dwik nie wi­dział gwiazd, nie czuł zim­na, za­to­pio­ny w smut­nych my­ślach.

– Z trzech ru­bli – mó­wił do sie­bie – po kil­ku go­dzi­nach zo­stał tyl­ko je­den. Bar­dzom cie­ka­wy, kto mi też ju­tro da tak hoj­ną jał­muż­nę? Za obe­lgi!…

Gdy wy­szedł na uli­cę ru­chliw­szą, na­su­nął kap­tur na gło­wę, jak­by oba­wia­jąc się spoj­rzeń nie­licz­nych prze­chod­niów. Przy­śpie­szył kro­ku, prze­biegł jesz­cze kil­ka bar­dzo dłu­gich i do­brze za­bu­do­wa­nych ulic i na­resz­cie znikł w bra­mie jed­ne­go z do­mów, le­żą­cych w środ­ko­wej czę­ści mia­sta.ROZ­DZIAŁ III MA­SKA­RA­DA

Ze wszyst­kich istot za­miesz­ku­ją­cych zie­mię, sam tyl­ko czło­wiek po­sia­da przy­wi­lej czę­ste­go i do­wol­ne­go zmie­nia­nia po­wierz­chow­no­ści. Wpraw­dzie mo­tyl ro­dzi się gą­sie­ni­cą, póź­niej zo­sta­je po­czwar­ką, a wkoń­cu do­pie­ro mo­ty­lem: wpraw­dzie wie­wiór­ka, ruda w le­cie, robi się sza­rą pod zimę, wszyst­kie te jed­nak i tym po­dob­ne prze­bra­nia są za­le­d­wie cie­niem prze­brań ludz­kich.

Czło­wiek, przy­szedł­szy na świat bar­dzo li­cho upo­sa­żo­nym, w dal­szym bie­gu ży­cia nie­wie­le od na­tu­ry do­sta­je: tro­chę zę­bów i ja­kieś tam wąsy, o czem na­wet wspo­mi­nać nie war­to wo­bec na­przy­kład skrzy­deł… lub ro­gów. Mimo to jed­nak la­tać może, gdy ma ocho­tę i pie­nią­dze, a i na brak ro­gów na­rze­kać też nie po­wi­nien…

Od uro­dze­nia do koń­ca ży­cia lew zo­sta­je pło­wym i kon­ten­to­wać się musi jed­ną, je­dy­ną grzy­wą i je­dy­nym ogo­nem. Czło­wiek dziś jest pło­wym, ju­tro sza­rym, po­ju­trze czar­nym… Za­mie­niw­szy by­dlę­cą skó­rę na zbro­ję i togę, po­zbył się ich na­stęp­nie dla poń­czoch i je­dwab­ne­go płasz­czy­ka, po któ­rych zko­lei na­stą­pi­ły fra­ki, ma­ry­nar­ki i szla­fro­ko­wa­te pa­le­to­ty. Jego to­wa­rzysz­ka zno­wu, dla któ­rej fi­go­wy li­stek nie­gdyś sta­no­wił aż nad­to wy­star­cza­ją­cą odzież, dziś wsty­dzi się, gdy ma na so­bie tyl­ko kil­ka­na­ście ka­wał­ków róż­nych tka­nin, a szczę­śli­wą jest wów­czas do­pie­ro, gdy ilość ka­wał­ków, form i ko­lo­rów do­cho­dzi do kil­ku­dzie­się­ciu na dobę.

Oszu­kaw­szy całą na­tu­rę, ro­dzaj ludz­ki za­pra­gnął sie­bie jesz­cze oszu­kać i w tym celu – wy­my­ślił ma­ska­ra­dy.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: