Facebook - konwersja

Falk - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Rok wydania:
2011
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.
Pobierz fragment

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: brak
Rozmiar pliku: 221 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Wspo­mnie­nie

Kil­ku z nas sie­dzia­ło przy obie­dzie w ma­łej nad­rzecz­nej go­spo­dzie, nie da­lej niż trzy­dzie­ści mil od Lon­dy­nu i mniej niż dwa­dzie­ścia od tej płyt­kiej i nie­bez­piecz­nej ka­łu­ży, któ­rej lu­dzie z na­szej przy­brzeż­nej że­glu­gi na­da­ją wspa­nia­łe mia­no Oce­anu Nie­miec­kie­go. Wszy­scy by­li­śmy mniej lub wię­cej zwią­za­ni z mo­rzem. Za sze­ro­ki­mi okna­mi roz­ta­czał się wi­dok na Ta­mi­zę, roz­le­gły wi­dok wzdłuż Lo­wer Hope Re­ach. Ale obiad był ohyd­ny i tyl­ko oczy uczto­wa­ły.

Roz­mo­wę na­szą za­pra­wiał smak sło­nej wody, któ­ra dla tak wie­lu z nas była praw­dzi­wą wodą ży­wo­ta. Ten, kto za­znał go­ry­czy oce­anu, za­cho­wa jej smak w ustach na za­wsze. Lecz paru lu­dzi z na­szej kom­pa­nii, roz­piesz­czo­nych przez ży­cie na lą­dzie, uskar­ża­ło się na głód. Nie dało się nic prze­łknąć z tego je­dze­nia. I na­praw­dę, wszyst­ko tu mia­ło ce­chę dziw­nej zmur­sza­ło­ści. Drew­nia­na ja­dal­nia ster­cza­ła nad błot­ni­stym brze­giem jak na­wod­ne do­mo­stwo; de­ski w pod­ło­dze wy­da­wa­ły się zbu­twia­łe; zgrzy­bia­ły kel­ner drep­tał ża­ło­śnie tam i z po­wro­tem przed sto­czo­nym przez ro­ba­ki, przed­po­to­po­wym bu­fe­tem; po­szczer­bio­ne ta­le­rze wy­glą­da­ły, jak­by je wy­grze­ba­no z ja­kie­goś przed­hi­sto­rycz­ne­go kop­ca w po­bli­żu je­zio­ra, a ko­tle­ty przy­po­mi­na­ły prze­szłość jesz­cze bar­dziej za­mierz­chłą. Przy­wo­dzi­ły nie­od­par­cie na myśl mro­ki pra­daw­nych wie­ków, gdy pier­wot­ny czło­wiek, wy­ła­nia­jąc ze swej męt­nej świa­do­mo­ści pod­sta­wy sztu­ki ku­char­skiej, przy­pa­lał ka­wał­ki mię­sa na ogniu z chru­stu w to­wa­rzy­stwie swych za­cnych kom­pa­nów; po­tem zaś, na­sy­co­ny i szczę­śli­wy, za­sia­dał wśród ob­gry­zio­nych ko­ści, aby snuć nie­wy­szu­ka­ne opo­wie­ści o róż­nych prze­ży­ciach: o gło­dzie, o po­lo­wa­niu, a może i o ko­bie­tach!

Ale na szczę­ście wino oka­za­ło się rów­nie sta­re jak kel­ner. Tedy roz­sie­dli­śmy się wy­god­nie – nie­co głod­ni, lecz wca­le za­do­wo­le­ni – i roz­po­czę­li­śmy na­sze nie­wy­szu­ka­ne opo­wie­ści. Mó­wi­li­śmy o mo­rzu i wszel­kich jego spra­wach. Mo­rze nie zmie­nia się nig­dy, a jego spra­wy – wbrew ludz­kim opo­wia­da­niom – spo­wi­te są w ta­jem­ni­czość. Ale zga­dza­li­śmy się wszy­scy, że cza­sy się zmie­ni­ły. I mó­wi­li­śmy o daw­nych okrę­tach, o wy­pad­kach na mo­rzu, o za­to­nię­ciach stat­ków, o utra­cie masz­tów, a tak­że i o czło­wie­ku, któ­ry prze­pro­wa­dził cało swój okręt z rze­ki Plat­te do Li­ver­po­olu, po­słu­gu­jąc się ste­rem awa­ryj­nym. Mó­wi­li­śmy o wra­kach, o zmniej­szo­nych ra­cjach ma­ry­nar­skich i o bo­ha­ter­stwie – a przy­najm­niej o tym, co dzien­ni­ki na­zwa­ły­by bo­ha­ter­stwem na mo­rzu – o prze­ja­wach cnót róż­nią­cych się zu­peł­nie od bo­ha­ter­stwa cza­sów pier­wot­nych. A nie­kie­dy za­pa­da­ło wśród nas mil­cze­nie i wszy­scy ra­zem wpa­try­wa­li­śmy się w rze­kę. Prze­pły­nął sta­tek z li­nii P. & O., kie­ru­jąc się w dół ku mo­rzu. "Pysz­ne obia­dy jada się na tych okrę­tach", za­uwa­żył któ­ryś z na­szej kom­pa­nii. Ktoś inny o by­strym wzro­ku wy­czy­tał na­zwę na ru­fie: "Ar­ka­dia". "Cóż to za pięk­ny okaz stat­ku!", szep­nę­ło kil­ku z nas. Za okrę­tem szedł mały pa­ro­wiec to­wa­ro­wy; jego ban­de­ra wska­zy­wa­ła, że jest to sta­tek nor­we­ski. Pa­ro­wiec wy­pu­ścił mnó­stwo dymu, a nim wiatr zwiał go zu­peł­nie, po­ja­wił się przed okna­mi krót­ki, drew­nia­ny bark o wy­so­kich bur­tach, pod ba­la­stem, cią­gnię­ty przez ho­low­nik. Wszy­scy ma­ry­na­rze byli za­ję­ci na dzio­bie przy pod­no­sze­niu przed­nich ża­gli, a na ru­fie ko­bie­ta w czer­wo­nym kap­tu­rze, sam na sam z czło­wie­kiem u ste­ru, prze­cha­dza­ła się mia­ro­wo wzdłuż ru­fów­ki tam i z po­wro­tem, ro­biąc na dru­tach coś z po­pie­la­tej weł­ny. Któ­ryś z na­szej gro­mad­ki mruk­nął: "To pew­nie Niem­cy". "Ka­pi­tan ma żonę na po­kła­dzie", za­uwa­żył ktoś inny; a szkar­łat­ny za­chód, roz­go­rza­ły za dy­mem lon­dyń­skim, rzu­cił blask ben­gal­skich ogni na masz­ty bar­ku i znik­nął znad Hope Re­ach. Wów­czas je­den z nas, mil­czą­cy do­tych­czas czło­wiek po pięć­dzie­siąt­ce, któ­ry do­wo­dził stat­ka­mi przez ćwierć wie­ku, rzekł, pa­trząc na bark su­ną­cy te­raz w dal, cały czar­ny wśród bla­sku rze­ki:

– To przy­po­mi­na mi pew­ne ab­sur­dal­ne zda­rze­nie, któ­re przy­tra­fi­ło mi się przed wie­lu laty, kie­dy zo­sta­łem pierw­szy raz do­wód­cą że­la­zne­go bar­ku, przyj­mu­ją­ce­go ła­du­nek w pew­nym wschod­nim por­cie mor­skim. Ów port był za­ra­zem sto­li­cą wschod­nie­go kró­le­stwa le­żą­ce­go nie­co w górę od uj­ścia rze­ki, tak jak nie przy­mie­rza­jąc Lon­dyn leży nad na­szą sta­rą Ta­mi­zą. Nie ma co się nad ową miej­sco­wo­ścią roz­wo­dzić; tego ro­dza­ju przy­go­da mo­gła wy­da­rzyć się wszę­dzie, gdzie się znaj­du­ją okrę­ty, ich do­wód­cy, ho­low­ni­ki i bra­ta­ni­ce-sie­ro­ty o nie­opi­sa­nej kra­sie, a ab­sur­dal­ność zda­rze­nia do­ty­czy tyl­ko mnie, mo­je­go wro­ga Fal­ka i mo­je­go przy­ja­cie­la Her­man­na.

Sło­wa "mo­je­go przy­ja­cie­la Her­man­na" były wy­po­wie­dzia­ne jak­by ze spe­cjal­nym na­ci­skiem, któ­ry skło­nił któ­re­goś z nas (mó­wi­li­śmy wła­śnie o bo­ha­ter­stwie na mo­rzu) do le­ni­we­go i nie­dba­łe­go py­ta­nia:

– A czy ten Her­mann był bo­ha­te­rem?

– Wca­le nie – od­parł nasz siwy przy­ja­ciel. – By­najm­niej. Był to Schiff-füh­rer: kie­row­nik okrę­tu. Tak na­zy­wa­ją w Niem­czech ka­pi­ta­na stat­ku. Wolę na­szą no­men­kla­tu­rę. Brzmi do­brze i jest w niej coś, co daje nam jako ca­ło­ści po­czu­cie wspól­no­ty: prak­ty­kant, ofi­cer, ka­pi­tan w pra­sta­rym i za­szczyt­nym mor­skim za­wo­dzie. Co się ty­czy mego przy­ja­cie­la Her­man­na, może i był skoń­czo­nym mi­strzem w tym za­szczyt­nym kunsz­cie, lecz zwa­no go ofi­cjal­nie Schiff-füh­re­rem, a wy­gląd jego, pu­sty i ocię­ża­ły jak wy­gląd za­moż­ne­go far­me­ra, był za­ra­zem na­ce­cho­wa­ny do­bro­dusz­nym spry­tem drob­ne­go skle­pi­ka­rza. Jego wy­go­lo­ny pod­bró­dek, za­okrą­glo­ne człon­ki i ocię­ża­łe po­wie­ki nie przy­po­mi­na­ły by­najm­niej pra­cow­ni­ka mo­rza, jesz­cze zaś mniej mi­ło­śni­ka mor­skich przy­gód. Jed­nak­że po swo­je­mu pra­co­wał znoj­nie na mo­rzach jak skle­pi­karz za ladą. A okręt był źró­dłem utrzy­ma­nia dla jego ro­sną­cej ro­dzi­ny. Sta­tek Her­man­na była to cięż­ka, sil­na, tę­po­dzio­ba ma­chi­na, przy­wo­dzą­ca na myśl pry­mi­tyw­ną so­lid­ność, po­dob­nie jak drew­nia­ny pług na­szych pra­oj­ców. I z in­nych wzglę­dów ma­chi­na ta spra­wia­ła wra­że­nie swoj­skie i siel­skie. Wy­sta­ją­ce w dzi­wacz­ny spo­sób drew­nia­ne ścia­ny nad­bu­dów­ki, któ­rych nie wi­dzia­łem nig­dy na żad­nym in­nym stat­ku, spra­wia­ły, że ta ścię­ta rufa okrę­tu była po­dob­na do tyl­nej czę­ści mły­nar­skie­go wozu. Ale czte­ry okna sa­lo­nu, każ­de za­opa­trzo­ne w sześć zie­lo­na­wych szy­bek i uję­te w drew­nia­ne okien­ne ramy po­ma­lo­wa­ne na brą­zo­wo, mo­gły być rów­nie do­brze okien­ka­mi wiej­skiej cha­ty. Ma­lut­kie bia­łe fi­ra­necz­ki i zie­leń do­ni­czek z kwia­ta­mi do­peł­nia­ły po­do­bień­stwa. Raz czy dwa, gdy wy­pa­dło mi prze­pły­nąć pod rufą stat­ku, do­strze­głem z ło­dzi okrą­głe ra­mię na­chy­la­ją­ce po­le­wacz­kę i zgię­tą, gład­ką gło­wę dziew­czy­ny, któ­rą będę za­wsze na­zy­wał bra­ta­ni­cą Her­man­na, bo na­praw­dę nie sły­sza­łem nig­dy jej imie­nia, po­mi­mo mo­jej za­ży­ło­ści z całą ro­dzi­ną.

Ale ta za­ży­łość roz­wi­nę­ła się póź­niej. Tym­cza­sem zaś, na rów­ni z całą bra­cią że­glar­ską tego wschod­nie­go por­tu, nie mo­głem ży­wić żad­nych wąt­pli­wo­ści co do wy­obra­żeń Her­man­na o hi­gie­nie w za­kre­sie odzie­ży. Był naj­wi­docz­niej zwo­len­ni­kiem no­sze­nia na cie­le po­rząd­nej, gru­bej fla­ne­li. Pra­wie co dnia oglą­da­ło się małe su­kien­ki i far­tusz­ki schną­ce na oli­no­wa­niu be­zan­masz­tu lub rząd drob­nych skar­pe­te­czek po­wie­wa­ją­cych na sy­gna­ło­wych lin­kach; ale raz na dwa ty­go­dnie cała ro­dzin­na bie­li­zna była obo­wiąz­ko­wo wy­sta­wio­na na po­kaz. Za­peł­nia­ła ca­lu­teń­ką rufę. Po­po­łu­dnio­wa bry­za po­bu­dza­ła do dzi­wacz­nej, fla­ko­wa­tej ru­chli­wo­ści tę stło­czo­ną ciż­bę bie­li­zny, na­su­wa­ją­cą ja­kąś nie­ja­sną ana­lo­gię z uto­pio­ną, oka­le­cza­ła i spłasz­czo­ną ludz­ko­ścią. Bez­gło­we cia­ła ki­wa­ły na czło­wie­ka ra­mio­na­mi po­zba­wio­ny­mi rąk; nogi bez stóp ko­pa­ły fan­ta­stycz­nie po­wie­trze z okla­płym roz­ma­chem; były tam rów­nież dłu­gie, bia­łe sza­ty, któ­re chło­nę­ły wiatr przez ob­szy­ty ko­ron­ką otwór u szyi, wy­dy­ma­jąc się przez chwi­lę gwał­tow­nie, jak­by wsku­tek prze­su­wa­nia się ja­kichś oty­łych, nie­wi­dzial­nych ka­dłu­bów. W owe dni moż­na było roz­po­znać sta­tek na wiel­ką od­le­głość z po­wo­du róż­no­barw­ne­go, dzi­wacz­ne­go roz­ru­chu pa­nu­ją­ce­go na ru­fie, za be­zan­masz­tem.

Sta­tek Her­man­na miał swo­je miej­sce po­sto­ju tuż przede mną, a na­zy­wał się "Dia­na" – nie z Efe­zu, tyl­ko z Bre­my. Oznaj­mia­ły to bia­łe li­te­ry dłu­gie na sto­pę, roz­miesz­czo­ne w wiel­kich od­stę­pach w po­przek rufy (coś w ro­dza­ju na­pi­su na szyl­dzie) pod wiej­ski­mi okien­ka­mi. Ta śmiesz­nie nie­od­po­wied­nia na­zwa ude­rza­ła swą im­per­ty­nen­cją wo­bec pa­mię­ci naj­cza­row­niej­szej z bo­giń, bo po­mi­ja­jąc fakt, że sta­ry sta­tek był fi­zycz­nie nie­zdol­ny do wzię­cia udzia­łu w ja­kich­kol­wiek ło­wach, miesz­ka­ła na nim gro­mad­ka czwor­ga dzie­ci. Wy­glą­da­ły znad bur­ty, przy­pa­tru­jąc się prze­pły­wa­ją­cym ło­dziom i nie­kie­dy upusz­cza­ły w nie róż­ne przed­mio­ty. I tak, w cza­sach kie­dy jesz­cze nie zna­li­śmy się z Her­man­nem na tyle, aby z sobą roz­ma­wiać, do­sta­łem kie­dyś w ka­pe­lusz ohyd­ną lal­ką z gał­ga­nów, na­le­żą­cą do naj­star­szej có­recz­ki Her­man­na. Ale na ogół dzie­cia­ki za­cho­wy­wa­ły się grzecz­nie. Mia­ły ja­sne głów­ki, okrą­głe oczy, małe okrą­głe no­ski jak kar­to­fel­ki i były bar­dzo po­dob­ne do ojca.

Ta "Dia­na" z Bre­my była naj­nie­win­niej­szym ze sta­rych okrę­tów i zda­wa­ła się nic nie wie­dzieć o złym mo­rzu, tak jak i na lą­dzie by­wa­ją ro­dzi­ny, któ­re nie wie­dzą nic a nic o ze­psu­tym świe­cie. A uczu­cia, któ­re bu­dzi­ła, były zwy­czaj­ne i na­le­ża­ły prze­waż­nie do ka­te­go­rii uczuć do­mo­wych. "Dia­na" była ro­dzin­nym ogni­skiem. Wszyst­kie te ko­cha­ne dzie­cia­ki na­uczy­ły się cho­dzić na jej ob­szer­nym po­kła­dzie ru­fo­wym. W roz­wa­ża­niu ta­kich fak­tów jest coś ład­ne­go, a na­wet wzru­sza­ją­ce­go. Wy­obra­żam so­bie, że te bąki gry­zły koń­ce oli­no­wa­nia, kie­dy im się wy­rzy­na­ły zęby. Ob­ser­wo­wa­łem wie­le razy naj­młod­sze­go Her­man­na (Ni­cho­la­sa), jak gryzł opa­skę bra­su fok­bram­rei. Naj­bar­dziej lu­bił prze­by­wać pod koł­kow­ni­cą grot­masz­tu. Z chwi­lą gdy go pusz­czo­no lu­zem, czoł­gał się tam na­tych­miast i pierw­szy z brze­gu ma­ry­narz, któ­ry się po­ka­zał, przy­no­sił mal­ca z po­wro­tem do drzwi ka­ju­ty, trzy­ma­jąc go tro­skli­wie i pod­no­sząc wy­so­ko w rę­kach po­wa­la­nych smo­łą. Przy­pusz­czam, że dzia­ło się to wsku­tek sta­le obo­wią­zu­ją­ce­go roz­po­rzą­dze­nia. W cza­sie ta­kich prze­no­sin dzie­ciak, któ­ry był je­dy­ną gwał­tow­ną oso­bą na stat­ku, usi­ło­wał bić po twa­rzy tych ro­słych mło­dych ma­ry­na­rzy nie­miec­kich. Pani Her­mann, miła, za­żyw­na go­spo­sia, no­si­ła na po­kła­dzie wor­ko­wa­te nie­bie­skie suk­nie w bia­łe grosz­ki. Gdy się zda­rzy­ło raz czy dwa, że za­sta­łem ją przy ład­nej ma­łej ba­lij­ce, trą­cą ener­gicz­nie bia­łe koł­nie­rzy­ki, dzie­cin­ne skar­pet­ki i let­nie kra­wa­ty Her­man­na, ob­le­wa­ła się ru­mień­cem jak mło­da dziew­czy­na i pod­nió­sł­szy mo­kre ręce, wi­ta­ła się z da­le­ka, ki­wa­jąc życz­li­wie gło­wą raz po raz. Rę­ka­wy jej były za­ka­sa­ne aż po łok­cie, a zło­ta ob­rącz­ka na pal­cu po­ły­ski­wa­ła wśród my­dlin. Mia­ła miły głos, po­god­ne czo­ło, gład­kie pa­sma bar­dzo ja­snych wło­sów i we­so­ły wy­raz oczu. Była ma­cie­rzyń­ska i w mia­rę roz­mow­na. Przy uśmie­chu tej pro­sto­dusz­nej ma­tro­ny mło­dzień­cze do­łecz­ki uka­zy­wa­ły się na świe­żych, sze­ro­kich po­licz­kach.

Na­to­miast nie wi­dzia­łem nig­dy, by ma­ło­mów­na bra­ta­ni­ca Her­man­na, sie­ro­ta, pró­bo­wa­ła się kie­dy uśmiech­nąć. Nie była to jed­nak u niej po­sęp­ność, lecz po­wścią­gli­wość mło­do­cia­nej po­wa­gi.

Wo­zi­li jaz sobą wszę­dzie przez ostat­nie trzy lata, żeby była wy­rę­ką przy dzie­ciach i to­wa­rzy­stwem dla pani Her­mann, jak mi jej mąż kie­dyś nad­mie­nił. Bar­dzo im się bra­ta­ni­ca przy­da­wa­ła, póki dzie­ci nie pod­ro­sły, do­dał ze stra­pio­ną miną. Jej to ra­mię wła­śnie i gład­ka głów­ka mi­gnę­ły mi pew­ne­go rana w okien­kach ka­ju­ty na ru­fie, nad do­nicz­ka­mi z fuk­sją i re­ze­dą; ale kie­dy pierw­szy raz uj­rza­łem ją w ca­łej po­sta­ci, pod­da­łem się uro­ko­wi jej kształ­tów. Uwiecz­ni­ły mi tę dziew­czy­nę w pa­mię­ci, tak jak wiel­ka pięk­ność, wiel­ka in­te­li­gen­cja, by­stry umysł lub do­broć ser­ca mo­gły były mi upa­mięt­nić w rów­nym stop­niu ja­kąś inną ko­bie­tę. W niej zaś do­mi­no­wa­ła har­mo­nia pro­por­cji i wzro­stu. Ma­je­sta­tycz­ny czar tkwił w fi­zycz­nej oso­bo­wo­ści. Może była tak­że wy­jąt­ko­wo dow­cip­na, in­te­li­gent­na i do­bra. Nie wiem i nie o to tu cho­dzi. Wiem tyl­ko, że była wspa­nia­le zbu­do­wa­na. Zbu­do­wa­na – to jest je­dy­ne wła­ści­we sło­wo. Była zbu­do­wa­na, była nie­ja­ko wznie­sio­na z kró­lew­ską hoj­no­ścią. Za­pie­ra­ło dech na wi­dok bez­tro­skiej roz­rzut­no­ści ma­te­ria­łu zu­ży­te­go na to dziew­cząt­ko. Była mło­dzień­cza, a za­ra­zem na wskroś doj­rza­ła, jak­by na­le­ża­ła do szczę­śli­we­go gro­na nie­śmier­tel­nych. Mu­sia­ła być tak­że i cięż­ka, ale to nic nie szko­dzi. Po­więk­sza­ło to jesz­cze wra­że­nie trwa­ło­ści. Mia­ła za­le­d­wie dzie­więt­na­ście lat. Ale co za bar­ki! Co za okrą­głe ra­mio­na! Co za roz­pęd po­tęż­nych człon­ków, gdy w trzech dłu­gich su­sach rzu­ca­ła się na prze­wró­co­ne­go Ni­cho­la­sa; tego się po pro­stu nie da opi­sać. Ro­bi­ła wra­że­nie do­brej, spo­koj­nej dziew­czy­ny – czuj­nej na po­trze­by Leny, upad­ki Gu­sta­va, stan no­ska ko­cha­ne­go Kar­la; dziew­czy­ny su­mien­nej, cięż­ko pra­cu­ją­cej, i tak da­lej. Ale ja­kie wspa­nia­łe mia­ła wło­sy! Buj­ne, dłu­gie, gę­ste, pło­we. Mie­ni­ły się po­ły­skiem dro­go­cen­ne­go me­ta­lu. No­si­ła je sple­cio­ne cia­sno w war­kocz zwi­sa­ją­cy dziew­czę­co na ple­cy; ko­niec jego się­gał pasa. Zdu­mie­wa­ła ma­syw­ność tego war­ko­cza. Sło­wo daję, przy­po­mi­nał ma­czu­gę. Twarz dziew­czy­ny była duża, uro­dzi­wa, o nie­za­mą­co­nym wy­ra­zie. Cerę mia­ła ład­ną, a jej nie­bie­skie oczy były tak bla­de, że zda­wa­ły się pa­trzeć na świat z pu­stą, bia­łą otwar­to­ścią po­są­gu. Nie moż­na było jej na­zwać przy­stoj­ną. Jej uro­da wy­wie­ra­ła da­le­ko głęb­sze wra­że­nie. Pro­sty ubiór, buj­ność kształ­tów, im­po­nu­ją­ca po­sta­wa i nie­zwy­kle sil­na ży­wot­ność, któ­ra zda­wa­ła się z niej bić jak woń z kwia­tu, wszyst­ko to nada­wa­ło jej uro­dzie ce­chę siel­ską i olim­pij­ską. Gdy się pa­trzy­ło, jak się­ga­ła ku li­nie z su­szą­cą się bie­li­zną obo­ma ra­mio­na­mi wznie­sio­ny­mi wy­so­ko nad gło­wą, za­du­ma peł­na ja­kiejś po­gań­skiej czci ogar­nia­ła czło­wie­ka. Wor­ko­wa­te, ba­weł­nia­ne stro­je za­cnej pani Her­mann mia­ły u szyi i u dołu coś w ro­dza­ju pry­mi­tyw­nej fal­ban­ki, ale per­ka­lo­we suk­nie dziew­czy­ny nie mia­ły na­wet zmarszcz­ki, tyl­ko jej spód­ni­ce ukła­da­ły się w parę pro­stych fałd spły­wa­ją­cych do zie­mi, a kie­dy sta­ła bez ru­chu, fał­dy te na­bie­ra­ły ja­kie­goś su­ro­we­go i po­są­go­we­go cha­rak­te­ru. Mia­ła w so­bie wro­dzo­ny spo­kój, czy przy­szło jej sie­dzieć, czy stać. Ale nie chcę przez to po­wie­dzieć, aby była po­są­go­wa. Za buj­ne w niej było ży­cie; mo­gła jed­nak mimo to słu­żyć za wzór do ale­go­rycz­ne­go po­są­gu Zie­mi. Nie my­ślę o tej zu­ży­tej zie­mi, jaka jest w na­szym wła­da­niu, ale o Zie­mi mło­dzień­czej, o dzie­wi­czej pla­ne­cie nie na­pa­sto­wa­nej przez wi­zje przy­szło­ści ro­ją­ce się od po­twor­nych kształ­tów ży­cia, peł­ne zgieł­ku okrut­nych walk, gło­du i my­śli.

Sam za­cny Her­mann nie był szcze­gól­nie zaj­mu­ją­cy, choć mó­wił po an­giel­sku zu­peł­nie zro­zu­mia­le. Nie mo­głem na­to­miast zro­zu­mieć pani Her­mann, któ­ra za każ­dą wi­zy­tą zwra­ca­ła się do mnie co naj­mniej z jed­ną prze­mo­wą, wy­po­wie­dzia­ną go­ścin­nym, ser­decz­nym to­nem praw­do­po­dob­nie w plat­t­deutsch.

Co się ty­czy ich bra­ta­ni­cy, miło było na nią pa­trzeć (przy czym ogar­niał ja­koś czło­wie­ka opty­mizm co do przy­szło­ści ludz­kie­go rodu), ale za­cho­wy­wa­ła się nie­śmia­ło i mil­czą­co, za­ję­ta naj­czę­ściej szy­ciem; nie­kie­dy tyl­ko, jak za­uwa­ży­łem, za­pa­da­ła nad ro­bo­tą w dziew­czę­cą za­du­mę. Ciot­ka sie­dzia­ła na­prze­ciw­ko niej, tak­że coś szy­jąc, z no­ga­mi opar­ty­mi na drew­nia­nym sto­łecz­ku. Po dru­giej stro­nie po­kła­du Her­mann i ja usta­wia­li­śmy parę krze­seł z ka­ju­ty i za­sia­da­li­śmy, aby pa­lić i za­mie­niać z rzad­ka kil­ka spo­koj­nych słów. Przy­cho­dzi­łem pra­wie co wie­czór. Za­sta­wa­łem Her­man­na w ko­szu­li. Z chwi­lą gdy wra­cał z brze­gu na po­kład swe­go stat­ku, zdej­mo­wał na­tych­miast ma­ry­nar­kę, po czym kładł na gło­wę ha­fto­wa­ną okrą­głą cza­pecz­kę z ku­ta­sem i za­mie­niał trze­wi­ki na parę su­kien­nych pan­to­fli. Na­stęp­nie zaś pa­lił u drzwi ka­ju­ty, przy­pa­tru­jąc się dzie­ciom z miną peł­ną oby­wa­tel­skiej cno­ty, póki ich nie po­wy­ła­py­wa­no jed­ne­go po dru­gim i nie za­nie­sio­no do koi roz­miesz­czo­nych w róż­nych ka­bi­nach. Wresz­cie wy­pi­ja­li­śmy tro­chę piwa w me­sie, gdzie stał drew­nia­ny stół na skrzy­żo­wa­nych no­gach i czar­ne krze­sła o pro­stym opar­ciu, co przy­po­mi­na­ło ra­czej wiej­ską kuch­nię niż sa­lo­nik na stat­ku. Mia­ło się wra­że­nie, że mo­rze i wszyst­kie jego spra­wy zo­sta­ły od­su­nię­te gdzieś bar­dzo da­le­ko od go­ścin­no­ści tej wzo­ro­wej ro­dzi­ny.

A mnie się to po­do­ba­ło, po­nie­waż mia­łem dość dużo kło­po­tów na wła­snym stat­ku. Urzę­do­we pi­smo, wy­da­ne przez kon­su­la bry­tyj­skie­go, po­wie­rzy­ło mi do­wódz­two tego okrę­tu po czło­wie­ku, któ­ry zmarł na­gle, zo­sta­wia­jąc jako wy­tycz­ne dla swe­go na­stęp­cy kil­ka nie po­kwi­to­wa­nych ra­chun­ków – co wy­glą­da­ło po­dej­rza­nie – parę kosz­to­ry­sów z su­che­go doku za­la­tu­ją­cych prze­kup­stwem i mnó­stwo do­ku­men­tów stwier­dza­ją­cych trzy­let­nią roz­rzut­ną go­spo­dar­kę; wszyst­ko to le­ża­ło jak groch z ka­pu­stą w za­ku­rzo­nym sta­rym pu­dle od skrzy­piec, wy­sła­nym ru­bi­no­wym ak­sa­mi­tem. Poza tym zna­la­złem dużą książ­kę ra­chun­ko­wą, ale kie­dy ją otwo­rzy­łem, pe­łen na­dziei, oka­za­ło się ku mo­je­mu nie­sły­cha­ne­mu przy­gnę­bie­niu, że peł­na jest wier­szy – stro­ni­ca za stro­ni­cą – jo­wial­nych i nie­przy­zwo­itych wier­szy­deł, na­pi­sa­nych drob­niut­kim pi­smem, naj­po­rząd­niej­szym, ja­kie kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łem. W tym sa­mym pu­dle była i fo­to­gra­fia mego po­przed­ni­ka, ro­bio­na ostat­nio w Saj­go­nie, przed­sta­wia­ją­ca go na tle ogro­du, w to­wa­rzy­stwie ko­bie­ty przy­bra­nej w dzi­wacz­ne dra­pe­rie; uka­zy­wa­ła star­sze­go, krę­pe­go czło­wie­ka o su­ro­wej po­wierz­chow­no­ści i po­nu­rym wy­ra­zie twa­rzy, odzia­ne­go w nie­zgrab­ne ubra­nie z czar­ne­go suk­na; wło­sy nad skro­nia­mi za­cze­sa­ne miał ku przo­do­wi w spo­sób przy­po­mi­na­ją­cy kły odyń­ca. Je­dy­nym śla­dem po skrzyp­cach było to pu­dło, niby po­zo­sta­ła po nich łu­pi­na; na­to­miast po dwóch frach­tach, któ­re okręt z całą pew­no­ścią nie­daw­no za­ro­bił, nie zo­sta­ło na­wet łu­pi­ny. Nie­po­dob­na było od­gad­nąć, gdzie się po­dzia­ły te wszyst­kie pie­nią­dze. Na stat­ku ich nie było. Nie zo­sta­ły rów­nież wy­sła­ne do kra­ju, gdyż zna­la­złem w ja­kimś biur­ku list od wła­ści­cie­li – za­cho­wa­ny wi­dać tyl­ko przez czy­sty przy­pa­dek – z dość ła­god­ny­mi wy­rzu­ta­mi, że ka­pi­tan nie za­szczy­cił ich ani sło­wem już od osiem­na­stu mie­się­cy. Za­pa­sów nie zna­la­złem na stat­ku pra­wie żad­nych, ani cala liny, ani łok­cia ża­glo­we­go płót­na. Sta­tek był ze wszyst­kie­go ogo­ło­co­ny i prze­wi­dy­wa­łem trud­no­ści bez koń­ca, za­nim go wy­szy­ku­ję do dro­gi.

Po­nie­waż by­łem wów­czas mło­dy – nie mia­łem jesz­cze trzy­dzie­stu lat – bra­łem bar­dzo po­waż­nie i sie­bie, i swo­je kło­po­ty. Sta­ry pierw­szy ofi­cer, któ­ry ode­grał rolę głów­ne­go ża­łob­ni­ka na po­grze­bie ka­pi­ta­na, nie był wca­le za­chwy­co­ny moim przy­by­ciem. Ale on sam nie miał wła­ści­wie kwa­li­fi­ka­cji po­trzeb­nych do spra­wo­wa­nia do­wódz­twa, kon­sul zaś był obo­wią­za­ny w mia­rę moż­no­ści dać stat­ko­wi ka­pi­ta­na z od­po­wied­nim dy­plo­mem. Co się ty­czy dru­gie­go ofi­ce­ra, nic o nim nie mogę po­wie­dzieć poza tym, że na­zy­wał się Tot­ter­sen czy coś w tym ro­dza­ju. Miał zwy­czaj no­sze­nia na gło­wie (w tym pod­zwrot­ni­ko­wym kli­ma­cie) wy­le­nia­łej fu­trza­nej czap­ki. Był to bez kwe­stii naj­głup­szy czło­wiek, ja­kie­go kie­dy­kol­wiek spo­tka­łem na stat­ku. I wy­glą­dał na to. Wy­glą­dał tak bez­na­dziej­nie głu­pio, że się za­wsze dzi­wi­łem, kie­dy od­po­wia­dał na za­wo­ła­nie.

To­wa­rzy­stwo ich – w naj­lep­szym ra­zie – nie było dla mnie wiel­ką po­cie­chą i gnę­bi­ła mnie per­spek­ty­wa od­by­cia z tymi osob­ni­ka­mi dłu­giej po­dró­ży. A tak­że i inne moje sa­mot­ne roz­wa­ża­nia nie przed­sta­wia­ły się roz­kosz­nie. Za­ło­ga była scho­ro­wa­na, ła­du­nek nad­cho­dził bar­dzo wol­no;

prze­wi­dy­wa­łem, że będę miał mnó­stwo kło­po­tów z czar­te­ru­ją­cy­mi, i wąt­pi­łem, czy wy­pła­cą mi dość pie­nię­dzy na wy­dat­ki zwią­za­ne z okrę­tem. Ich po­sta­wa w sto­sun­ku do mnie była nie­przy­ja­zna. Szło mi jak z ka­mie­nia. Od­kry­wa­łem o róż­nych dzi­wacz­nych po­rach (prze­waż­nie oko­ło pół­no­cy), że brak mi zu­peł­nie do­świad­cze­nia, że nie mam po­ję­cia o pro­wa­dze­niu in­te­re­sów, że je­stem bez­na­dziej­nie nie­od­po­wied­ni na do­wód­cę ja­kie­go­kol­wiek okrę­tu; a gdy jesz­cze przy­szło mi od­dać do szpi­ta­la ste­war­da z ob­ja­wa­mi cho­le­ry, uczu­łem się po­zba­wio­ny je­dy­nej przy­zwo­itej oso­by na ru­fie. Była wszel­ka na­dzie­ja, że wy­zdro­wie­je, ale na ra­zie mu­siał go za­stą­pić ja­kiś inny słu­żą­cy. Z po­le­ce­nia nie­ja­kie­go Schom­ber­ga, wła­ści­cie­la mniej­sze­go z dwóch ho­te­li znaj­du­ją­cych się w mie­ście, zgo­dzi­łem Chiń­czy­ka. Schom­berg, krzep­ki, wło­cha­ty Al­zat­czyk i strasz­ny plot­karz, za­pew­niał mnie, że wszyst­ko bę­dzie w po­rząd­ku. "Ten boy jest pierw­sza kla­sa. Przy­był ze świ­tą jego eks­ce­len­cji na­miest­ni­ka Tsen­ga, wie pan. Jego eks­ce­len­cja Tseng miesz­kał tu u mnie przez trzy ty­go­dnie". Ce­dził z wiel­kim na­masz­cze­niem imię chiń­skiej eks­ce­len­cji, ale mimo to czło­nek "świ­ty" nie wy­dał mi się bar­dzo obie­cu­ją­cy. Wów­czas jesz­cze nie wie­dzia­łem jed­nak, ja­kim Schom­berg jest nie­od­po­wie­dzial­nym bla­gie­rem. Boy mógł mieć lat ze czter­dzie­ści albo i sto czter­dzie­ści, są­dząc z jego wy­glą­du; jego twarz na­le­ża­ła do chiń­skie­go typu "tru­piej czasz­ki" i była ab­so­lut­nie nie­prze­nik­nio­na. Za­nim upły­nę­ły trzy dni, oka­zał się zde­cy­do­wa­nym pa­la­czem opium, kar­cia­rzem, nie­sły­cha­nie zu­chwa­łym zło­dzie­jem i pierw­szo­rzęd­nym szyb­ko­bie­ga­czem. Gdy uciekł, roz­wi­nąw­szy naj­więk­szą swą szyb­kość, i za­brał trzy­dzie­ści dwa su­we­re­ny mo­ich wła­snych cięż­ko za­ro­bio­nych pie­nię­dzy, była to już ostat­nia kro­pla. Cho­wa­łem je na wy­pa­dek, gdy­by trud­no­ści do­szły do ze­ni­tu. Te­raz, kie­dy ta re­zer­wa prze­pa­dła, czu­łem się rów­nie bied­ny i nagi jak fa­kir. Nie po­rzu­ca­łem stat­ku, mimo wszel­kich udręk, ja­kie mi spra­wiał, ale cze­go nie mo­głem wy­trzy­mać, to dłu­gich, sa­mot­nych wie­czo­rów w sa­lo­ni­ku, któ­re­go po­wie­trze, na­sy­co­ne za­pa­chem ciek­ną­cej lam­py, drża­ło od chra­pa­nia pierw­sze­go ofi­ce­ra. Ów czło­wiek za­my­kał się w swej dusz­nej ka­bi­nie punk­tu­al­nie o ósmej i wy­da­wał gru­be, od­ra­ża­ją­ce od­gło­sy jak na­la­na wodą trą­ba. To było do­praw­dy okrop­ne, że nie mo­głem się na­wet mar­twić w spo­ko­ju na wła­snym okrę­cie. "Wszyst­ko na tym świe­cie – roz­my­śla­łem – na­wet do­wódz­two ład­ne­go ma­łe­go bar­ku może się oka­zać ułu­dą i pu­łap­ką dla nie­oględ­nej ludz­kiej py­chy".

Miło mi było ucie­kać od ta­kich roz­my­ślań na po­kład bre­meń­skiej "Dia­ny". Zda­wa­ło się, że żad­ne pod­szep­ty o nie­go­dzi­wo­ści tego świa­ta nig­dy jej nie do­się­gły. A jed­nak żyła na sze­ro­kim mo­rzu; a tra­gicz­ne i śmiesz­ne mo­rze, mo­rze ze swo­ją ohy­dą i oso­bli­wy­mi skan­da­la­mi, mo­rze, po któ­rym pły­wa­ją lu­dzie, rzą­dzo­ne przez że­la­zną ko­niecz­ność, jest nie­wąt­pli­wie czę­ścią świa­ta. Ale nic z tego nie do­cie­ra­ło do tej pa­triar­chal­nej sta­rej ba­lii, niby do ja­kie­goś świę­te­go za­kąt­ka. Była świa­to­od­por­na. Wi­docz­nie jej czci­god­na nie­win­ność okieł­zna­ła ry­czą­ce żą­dze mo­rza. A jed­nak zbyt dłu­go zna­łem mo­rze, aby wie­rzyć w jego sza­cu­nek dla za­cno­ści. Ży­wio­ło­wa moc jest bez­li­to­śnie szcze­ra. Może był to sku­tek ma­ry­nar­skiej spraw­no­ści Her­man­na, ale ja mia­łem wra­że­nie, jak gdy­by zjed­no­czo­ne oce­any same się po­wstrzy­my­wa­ły od zmiaż­dże­nia wy­so­kie­go nad­bur­cia, wy­rwa­nia cięż­kie­go ste­ru, prze­ję­cia zgro­zą dzie­ci i w ogó­le otwar­cia oczu ca­łej ro­dzi­nie – po pro­stu przez po­wścią­gli­wość. To wy­glą­da­ło jak po­wścią­gli­wość. Bez­względ­ne wy­ja­wie­nie praw­dy przy­pa­dło w koń­cu czło­wie­ko­wi; czło­wie­ko­wi dość na to sil­ne­mu i ży­wio­ło­we­mu, któ­re­go pchnę­ła do od­sło­nię­cia nie­któ­rych ta­jem­nic mo­rza po­tę­ga pro­ste­go i ży­wio­ło­we­go pra­gnie­nia.

Sta­ło się to jed­nak znacz­nie póź­niej, a tym­cza­sem chro­ni­łem się pra­wie co wie­czór na ten po­god­ny sta­ry okręt. Je­dy­ną oso­bą spo­śród jego miesz­kań­ców, któ­ra ro­bi­ła wra­że­nie za­tro­ska­nej, była mała Lena i nie­ba­wem za­uwa­ży­łem, że zdro­wie lal­ki z gał­gan­ków jest wię­cej niż de­li­kat­ne. Ów obiekt do­ży­wał nie­ja­ko ostat­ka swych dni – w drew­nia­nym pu­deł­ku usta­wio­nym przy pa­choł­kach na pra­wej bur­cie – do­zo­ro­wa­ny i pie­lę­gno­wa­ny z naj­więk­szym współ­czu­ciem i tro­skli­wo­ścią przez wszyst­kie dzie­ci, któ­rym przy­bie­ra­nie smut­ne­go wy­ra­zu twa­rzy i cho­dze­nie na pal­cach spra­wia­ło wiel­ką ra­dość. Tyl­ko naj­młod­sze bobo, Ni­cho­las, rzu­ca­ło na lal­kę z uko­sa spoj­rze­nia zim­ne i bru­tal­ne, jak­by na­le­ża­ło do zu­peł­nie in­ne­go ple­mie­nia. Lena wciąż się mar­twi­ła nad swo­im pu­deł­kiem, a i cała dzie­ciar­nia bra­ła to bar­dzo po­waż­nie. Cu­dow­ne było, jak te dzie­ci wy­wo­ły­wa­ły u sie­bie współ­czu­cie dla tego uty­tła­ne­go przed­mio­tu, któ­re­go bym nie do­tknął na­wet szczyp­ca­mi; są­dzę, że ćwi­czy­ły i roz­wi­ja­ły na owej ku­kle wła­ści­wy swo­je­mu na­ro­do­wi sen­ty­men­ta­lizm. Ta wiąz­ka gał­ga­nów była tak bar­dzo, tak po­dej­rza­nie brud­na, że nie mo­głem wyjść z po­dzi­wu, iż pani Her­mann po­zwa­la Le­nie pie­lę­gno­wać ją i tu­lić z ta­kim od­da­niem. A pani Her­mann pod­no­si­ła znad ro­bo­ty swe pięk­ne, bar­dzo ko­bie­ce oczy i przy­pa­try­wa­ła się dzie­ciom z żar­to­bli­wym współ­czu­ciem, nie do­strze­ga­jąc ja­koś, że przed­miot ich mi­ło­ści rzu­ca cień na nie­ska­zi­tel­ność stat­ku. Nie­ska­zi­tel­ność, nie czy­stość, jest tu wła­ści­wym sło­wem. Po­su­nię­ta była tak da­le­ko, że i w tym zda­wa­łem się od­kry­wać sen­ty­men­tal­ną prze­sa­dę, jak gdy­by usu­wa­nie bru­du ze stat­ku wy­pły­wa­ło z sa­mej mi­ło­ści. Nie­po­dob­na dać wy­obra­że­nia o schlud­no­ści tak dro­bia­zgo­wej. Zda­wa­ło­by się, że każ­de­go ran­ka czysz­czo­no pra­co­wi­cie ten okręt za po­mo­cą… za po­mo­cą szczo­te­czek do zę­bów. Na­wet to­a­le­tą buksz­pry­tu zaj­mo­wa­no się trzy razy na ty­dzień, szo­ru­jąc go my­dłem i ka­wał­kiem mięk­kiej fla­ne­li. Sta­tek był przy­stro­jo­ny bez pre­ten­sji, mu­szę po­wie­dzieć przy­stro­jo­ny, w dwa ko­lo­ry: drew­nia­ne czę­ści w olśnie­wa­ją­cą bia­łą far­bę, a że­la­zne w ciem­no­zie­lo­ną; pro­sto­dusz­ne roz­miesz­cze­nie tych barw przy­wo­dzi­ło na myśl ob­ra­zy nie­win­ne­go spo­ko­ju ar­ka­dyj­skiej szczę­śli­wo­ści, a dzie­cin­na ko­me­dia cho­ro­by i smut­ku ude­rza­ła mnie cza­sem jak wstręt­nie rze­czy­wi­sta pla­ma na tym ide­al­nym sta­nie rze­czy. Bar­dzo się nim roz­ko­szo­wa­łem i ze swej stro­ny wpro­wa­dzi­łem do at­mos­fe­ry tro­chę ła­god­ne­go pod­nie­ce­nia. Na­sza za­ży­łość roz­po­czę­ła się od ści­ga­nia owe­go zło­dzie­ja. Dzia­ło się to wie­czo­rem i Her­mann, któ­ry wbrew swym przy­zwy­cza­je­niom dłu­go ba­wił tego dnia na lą­dzie, gra­mo­lił się wła­śnie ty­łem z ma­łej ło­dzi u brze­gu rze­ki, kie­dy po­ścig go mi­jał. Her­mann po­ła­pał się szyb­ko w po­ło­że­niu, jak­by miał oczy na ło­pat­kach, do­padł nas jed­nym sko­kiem i wy­sfo­ro­wał się na­przód. Chiń­czyk le­ciał bez­gło­śnie jak rą­czy cień po ku­rzu nie­zmier­nie wschod­niej dro­gi. Bie­głem za nim. Da­le­ko z tyłu mój pierw­szy ofi­cer po­hu­ki­wał jak dzi­kus. Mło­dy księ­życ rzu­cał nie­śmia­łe świa­tło na rów­ni­nę po­dob­ną do po­twor­nie wiel­kie­go ugo­ru; w od­da­li ar­chi­tek­to­nicz­na masa bud­dyj­skiej świą­ty­ni ry­so­wa­ła się na nie­bie głu­chą czer­nią. Zło­dziej uszedł nam, na­tu­ral­nie, ale mimo iż do­zna­łem za­wo­du, mu­sia­łem po­dzi­wiać przy­tom­ność umy­słu Her­man­na. Szyb­kość, na jaką ten ocię­ża­ły męż­czy­zna się zdo­był w in­te­re­sie zu­peł­nie ob­ce­go czło­wie­ka, wzbu­dzi­ła moją go­rą­cą wdzięcz­ność; w jego wy­sił­ku było coś szcze­rze życz­li­we­go.

Zda­wał się rów­nie za­wie­dzio­ny jak ja, że nie uda­ło nam się schwy­tać zło­dzie­ja, i nie słu­chał pra­wie mych po­dzię­ko­wań. Od­rzekł, że to "drob­no­stek", i z miej­sca za­pro­sił mnie, abym przy­szedł do nie­go na po­kład i wy­pił ku­fel piwa. Przez chwi­lę prze­trzą­sa­li­śmy jesz­cze scep­tycz­nie krza­ki, zaj­rze­li­śmy bez prze­ko­na­nia do paru ro­wów. Nic się tam nie ru­sza­ło; pła­ty szla­mu prze­bły­ski­wa­ły nie­wy­raź­nie wśród trzci­ny. Gdy­śmy się wle­kli ocię­ża­le z po­wro­tem, schy­le­ni pod cien­kim sier­pem księ­ży­ca, po­sły­sza­łem, jak Her­mann mru­czy pod no­sem: Him­mel! Zwei und dre­is­sig Pfund! Był pod wra­że­niem roz­mia­rów mo­jej stra­ty. Już od dłuż­sze­go cza­su prze­sta­ły nas do­cho­dzić po­hu­ki­wa­nia i wrza­ski pierw­sze­go ofi­ce­ra.

– Każ­dy ma swo­je kło­po­ty – rzekł do mnie Her­mann i gdy­śmy szli da­lej, za­uwa­żył, że nig­dy by się nie do­wie­dział o mo­ich, gdy­by go ja­kimś nie­zwy­kłym zbie­giem oko­licz­no­ści ka­pi­tan Falk nie prze­trzy­mał na brze­gu. Do­dał z wes­tchnie­niem, że sie­dzieć dłu­go na lą­dzie nie lubi. Cień smut­ku w jego gło­sie przy­pi­sa­łem oczy­wi­ście współ­czu­ciu dla mo­jej nie­do­li.

Na po­kła­dzie "Dia­ny" pięk­ne oczy pani Her­mann wy­ra­ża­ły duże za­in­te­re­so­wa­nie i współ­czu­cie. Za­sta­li­śmy obie ko­bie­ty szy­ją­ce na­prze­ciw­ko sie­bie pod otwar­tym lu­kiem świetl­nym w sil­nym bla­sku lam­py. Her­mann wszedł pierw­szy, za­czy­na­jąc już we drzwiach ścią­gać ma­ry­nar­kę i za­pra­sza­jąc mnie gło­śny­mi, go­ścin­ny­mi wy­krzyk­ni­ka­mi: "Niech pan wej­dzie! Tędy! Niech pan wej­dzie, ka­pi­ta­nie!" Z ma­ry­nar­ką w ręku za­czął na­tych­miast wszyst­ko opo­wia­dać żo­nie. Pani Her­mann zło­ży­ła pulch­ne dło­nie; ja się kła­nia­łem, uśmie­cha­jąc się z cięż­kim ser­cem; bra­ta­ni­ca wsta­ła od szy­cia, aby przy­nieść pan­to­fle Her­man­na i jego ha­fto­wa­ną cza­pecz­kę, któ­rą wło­żył pon­ty­fi­kal­nie, roz­pra­wia­jąc cały czas (o mnie). Fale bia­łe­go ma­te­ria­łu le­ża­ły mię­dzy krze­sła­mi na pod­ło­dze ka­ju­ty; uchwy­ci­łem sło­wa: "Zwei und dre­is­sig Pfund", po­wtó­rzo­ne po kil­ka razy, i wkrót­ce przy­nie­sio­no piwo, któ­re pi­łem z roz­ko­szą, gdyż za­schło mi w gar­dle od bie­gu i wzru­szeń po­ści­gu.

Wy­sze­dłem od nich do­pie­ro do­brze po pół­no­cy, dłu­go po uda­niu się ko­biet na spo­czy­nek. Her­mann upra­wiał że­glu­gę na Wscho­dzie przez trzy lata lub wię­cej, wo­żąc głów­nie ła­dun­ki ryżu i bu­dul­ca. "Dia­na", zna­na do­brze we wszyst­kich por­tach od Wła­dy­wo­sto­ku do Sin­ga­pu­ru, była jego wła­sno­ścią. Do­cho­dy przy­no­si­ła umiar­ko­wa­ne, lecz wy­star­cza­ło to na po­trze­by ro­dzi­ny, póki dzie­ci były jesz­cze małe. Za rok mniej wię­cej Her­mann spo­dzie­wał się sprze­dać sta­rą "Dia­nę" za po­rząd­ną cenę fir­mie ja­poń­skiej. Za­mie­rzał wró­cić do kra­ju, do Bre­my, pa­row­cem, dru­gą kla­są, z żoną i dzieć­mi. Mó­wił to wszyst­ko fleg­ma­tycz­nie, py­ka­jąc z wol­na z faj­ki. Zmar­twi­łem się, kie­dy wy­trzą­snął ty­toń i za­czął so­bie prze­cie­rać oczy. Był­bym sie­dział z nim do sa­me­go rana. Po co się mia­łem spie­szyć na po­kład swo­je­go stat­ku? Aby zo­ba­czyć w ka­ju­cie wy­ła­ma­ną, ogra­bio­ną szu­fla­dę? Brr! Na samą myśl o tym sła­bo mi się ro­bi­ło. Sta­łem się co­dzien­nym ich go­ściem, jak już wie­cie. Zda­je mi się, że Her­man­no­wa uwa­ża­ła mnie od sa­me­go po­cząt­ku za czło­wie­ka ro­man­tycz­ne­go. Oczy­wi­ście nie wy­ry­wa­łem so­bie wło­sów z gło­wy co­ram po­pu­lo nad swo­ją stra­tą, a ona to bra­ła za wiel­ko­pań­ską obo­jęt­ność. Opo­wie­dzia­łem im póź­niej nie­któ­re z mo­ich przy­gód, ja­kie tam mia­łem do opo­wie­dze­nia, i dzi­wo­wa­li się wiel­ce mo­je­mu roz­le­głe­mu do­świad­cze­niu. Her­mann tłu­ma­czył ustę­py, któ­re uwa­żał za naj­bar­dziej ude­rza­ją­ce. Wsta­wał z krze­sła i jak­by wy­gła­sza­jąc od­czyt o ja­kimś fe­no­me­nie, zwra­cał się, ge­sty­ku­lu­jąc, do obu ko­biet, któ­re po­wo­li opusz­cza­ły ro­bo­tę na ko­la­na. A ja tym­cza­sem sie­dzia­łem nad ku­flem piwa, usi­łu­jąc przy­brać skrom­ną minę. Pani Her­mann spo­glą­da­ła na mnie prze­lot­nie od cza­su do cza­su, wy­krzy­ku­jąc z lek­ka: "Ach!" Dziew­czy­na nie od­zy­wa­ła się nig­dy. Nig­dy! Ale i ona wzno­si­ła cza­sem bla­de oczy, aby spoj­rzeć na mnie ła­god­nym, jak­by nie­wi­dzą­cym spoj­rze­niem. Jej wzrok nie był wca­le głu­pi, pro­mie­niał mięk­ko i roz­lew­nie jak księ­życ świe­cą­cy nad kra­jo­bra­zem, zu­peł­nie in­a­czej niż ba­daw­cze, śle­dzą­ce nas gwiaz­dy. Czło­wiek to­nął w tych oczach i miał wra­że­nie, że jego kon­tu­ry się roz­pły­wa­ją. A jed­nak ten sam wzrok, skie­ro­wa­ny na Chri­stia­na Fal­ka, mu­siał dzia­łać rów­nie sil­nie jak re­flek­tor okrę­tu wo­jen­ne­go.

Falk był dru­gim go­ściem od­wie­dza­ją­cym pil­nie sta­tek, ale z jego za­cho­wa­nia moż­na było wnio­sko­wać, że przy­cho­dzi z wi­zy­tą do ka­be­sta­nu na ru­fie. Nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, iż wpa­try­wał się w nie­go czę­sto, do­trzy­mu­jąc nam to­wa­rzy­stwa przed drzwia­mi ka­ju­ty. Mu­sku­lar­ne ra­mię Fal­ka było prze­rzu­co­ne przez po­ręcz krze­sła; dru­gie, kształt­ne nogi w bar­dzo cia­snych bia­łych spodniach wy­cią­gał da­le­ko przed sie­bie, a obu­ty był w czar­ne trze­wi­ki ob­szer­ne jak łód­ki. Zna­la­zł­szy się na po­kła­dzie, Falk po­trzą­sał, mru­cząc, ręką Her­man­na, kła­niał się ko­bie­tom i za­sia­dał przy nas ze zwy­kłą so­bie nie­dba­łą miną od­lud­ka. Od­cho­dził zaś, rap­tow­nie zry­wa­jąc się z krze­sła, i do­peł­niał jak­by w po­pło­chu ce­re­mo­nii mruk­nięć, uści­sków ręki, ukło­nów. Nie­kie­dy pod­cho­dził do ko­biet z pew­ne­go ro­dza­ju dys­kret­nym a kon­wul­syj­nym wy­sił­kiem i za­mie­niał z nimi kil­ka ci­chych słów, naj­wy­żej z ja­kie pół tu­zi­na. W ta­kich ra­zach zwy­kłe spoj­rze­nie Her­man­na sta­wa­ło się szkli­ste, a na peł­ną do­bro­ci twarz Her­man­no­wej wy­bi­jał się ru­mie­niec. Dziew­czy­na nig­dy na­wet nie drgnę­ła.

Falk był Duń­czy­kiem, a może Nor­we­giem, tego już so­bie nie przy­po­mi­nam. W każ­dym ra­zie po­cho­dził ze Skan­dy­na­wii, poza tym był na­dę­tym mo­no­po­li­stą. Może nie znał tego sło­wa, ale o sa­mej rze­czy miał ja­sne wy­obra­że­nie. Jego ta­ry­fa cen, po­bie­ra­nych za ho­lo­wa­nie stat­ków w górę i w dół rze­ki, sta­no­wi­ła naj­bar­dziej bru­tal­nie bez­względ­ny do­ku­ment tego ro­dza­ju, jaki kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łem. Był do­wód­cą i wła­ści­cie­lem je­dy­ne­go ho­low­ni­ka w tym por­cie, bar­dzo schlud­ne­go bia­łe­go stat­ku o wy­por­no­ści stu pięć­dzie­się­ciu ton lub wię­cej, wy­mu­ska­ne­go jak jacht, z okrą­głą ste­rów­ką wzno­szą­cą się niby oszklo­na wie­życz­ka wy­so­ko nad spi­cza­stym dzio­bem, gdzie stał je­den je­dy­ny smu­kły maszt po­wle­czo­ny po­ko­stem. Przy­pusz­czam, że jest jesz­cze kil­ku do­wód­ców na mo­rzu, pa­mię­ta­ją­cych bar­dzo do­brze Fal­ka i jego ho­low­nik. Wy­dzie­rał swo­je pół­to­ra fun­ta mię­sa nam wszyst­kim, ka­pi­ta­nom stat­ków, z pew­ne­go ro­dza­ju nie­ugię­tą obo­jęt­no­ścią, za któ­rą go nie cier­pia­no, a na­wet bano się. Schom­berg rzu­cał czę­sto uwa­gę: "Nie będę mó­wił o tym czło­wie­ku. Przez rok okrą­gły nie wy­pi­je pew­nie i sze­ściu szkla­nek w moim za­kła­dzie. Ale ra­dzę wam, pa­no­wie, nie za­da­waj­cie się z nim, broń Boże, je­śli tyl­ko mo­że­cie".

Ta rada – po­mi­nąw­szy nie­unik­nio­ne sto­sun­ki z Fal­kiem z po­wo­du in­te­re­sów – ła­twa była do wy­ko­na­nia, po­nie­waż nie na­rzu­cał się ni­ko­mu. Po­rów­na­nie szy­pra ho­low­ni­cze­go stat­ku do cen­tau­ra wy­da­je się ab­sur­dem, a jed­nak Falk przy­po­mi­nał mi ry­ci­nę przed­sta­wia­ją­cą cen­tau­ry nad stru­mie­niem z ma­łej ksią­żecz­ki, któ­rą mia­łem, bę­dąc chłop­cem; otóż był tam je­den cen­taur na pierw­szym pla­nie, wspi­na­ją­cy się na tyl­ne ko­py­ta, z łu­kiem i strza­ła­mi w ręku, o re­gu­lar­nych su­ro­wych ry­sach i ol­brzy­miej, krę­co­nej, fa­li­stej bro­dzie spły­wa­ją­cej na pier­si. Twarz Fal­ka przy­po­mi­na­ła mi owe­go cen­tau­ra. W do­dat­ku Falk ro­bił wra­że­nie isto­ty zło­żo­nej. Nie był czło­wie­kiem-ko­niem, to praw­da, ale był czło­wie­kiem-stat­kiem. Miesz­kał na swo­im ho­low­ni­ku, któ­ry pę­dził wiecz­nie w górę albo w dół rze­ki, od wcze­sne­go ran­ka aż do ro­si­ste­go wie­czo­ru. W ostat­nich pro­mie­niach za­cho­dzą­ce­go słoń­ca moż­na było do­strzec da­le­ko w dole rze­ki jego bro­dę po­wie­wa­ją­cą wy­so­ko na bia­łej bu­dow­li, su­ną­cej pod prąd wśród spie­nio­nej wody, aby rzu­cić na noc ko­twi­cę. Na most­ku wi­dać było tors bia­ło ubra­ne­go męż­czy­zny i cie­płą pla­mę brą­zo­wej bro­dy, ale od pasa ów męż­czy­zna był ukry­ty za po­przecz­ny­mi bia­ły­mi li­nia­mi bre­zen­tów na ba­rier­kach most­ko­wych, któ­re pro­wa­dzi­ły oko do spi­cza­stych, bia­łych za­ry­sów dzio­bu pru­ją­ce­go błot­ni­stą wodę rze­ki. Roz­łą­czo­ny ze swo­im stat­kiem, Falk ro­bił wra­że­nie, przy­najm­niej na mnie, cze­goś nie­kom­plet­ne­go. A i ho­low­nik bez gło­wy i tor­su swe­go do­wód­cy na most­ku wy­glą­dał jak oka­le­cza­ły. Ale Falk opusz­czał go bar­dzo rzad­ko. Przez cały czas mego po­by­tu w por­cie wi­dzia­łem Fal­ka tyl­ko dwa razy na brze­gu. Pierw­szy raz spo­tka­łem go u czar­te­ru­ją­cych mój sta­tek; wszedł z miną mi­zan­tro­pa, aby ode­brać na­leż­ność za ho­lo­wa­nie fran­cu­skie­go bar­ku w dniu po­przed­nim. Za dru­gim ra­zem le­d­wie mo­głem uwie­rzyć wła­snym oczom, bo zo­ba­czy­łem go w bi­lar­do­wym po­ko­ju Schom­ber­ga, sie­dzą­ce­go na trzci­no­wym krze­śle, z bro­dą wspar­tą na łok­ciu.

Bar­dzo było za­baw­nie pa­trzeć, jak wy­raź­nie Schom­berg igno­ru­je Fal­ka. Sztucz­ność tego igno­ro­wa­nia od­bi­ja­ła ja­skra­wo od na­tu­ral­nej obo­jęt­no­ści Skan­dy­na­wa. Oka­za­ły Al­zat­czyk roz­ma­wiał gło­śno ze swy­mi go­ść­mi, cho­dząc od sto­li­ka do sto­li­ka, tyl­ko obok krze­sła Fal­ka prze­cho­dził z ocza­mi utkwio­ny­mi pro­sto przed sie­bie. Falk sie­dział z nie tknię­tą szklan­ką u łok­cia. Mu­siał znać z wi­dze­nia i na­zwi­ska każ­de­go z bia­łych znaj­du­ją­cych się w po­ko­ju, ale nie od­zy­wał się ab­so­lut­nie do ni­ko­go. Za­re­ago­wał na moją obec­ność opusz­cze­niem po­wiek, i to było wszyst­ko. Sie­dział na krze­śle, wy­cią­gnąw­szy nogi przed sie­bie i nie­kie­dy prze­su­wał rę­ko­ma po twa­rzy z góry na dół, wzdry­ga­jąc się przy tym z lek­ka, pra­wie nie­do­strze­gal­nym ru­chem.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: